Recenzje:
Kryzys w Wenezueli zrodził się na wiele lat przed rządami Hugo Chaveza Wenezuela gości na łamach światowych gazet głównie z powodu panującego tam głębokiego kryzysu. Dewaluacja boliwara fuerte o 96 proc. czy prognozy mówiące o inflacji sięgającej 1 mln proc. robią wrażenie nawet na osobach, które nie potrafią znaleźć tego kraju na mapie. Możemy więc usłyszeć wiele amatorskich analiz mówiących np. że "socjalizm" w Polsce jest już prawie na wenezuelskim poziomie i rychło czeka nas podobna katastrofa. Dlatego też przeżyłem miłe zaskoczenie, czytając poświęconą Wenezueli książkę Wojciecha Ganczarka "Upały, mango i ropa naftowa". Ganczarek to polski fizyk i matematyk podróżujący po Ameryce Łacińskiej. Spędził w Wenezueli wiele miesięcy i miał okazję uważnie przyjrzeć się tamtejszym porządkom i społeczeństwu. Jego książka jest na pierwszy rzut oka jednym z typowych podróżniczych reportaży. Różni się ona jednak od nich o tyle, że zawiera naprawdę solidny zestaw twardych danych oraz innych informacji poświęconych wenezuelskiej gospodarce, polityce i społeczeństwu. Autor zamieścił w niej wywiady z lokalnymi przedsiębiorcami, naukowcami, uczestnikami opozycyjnych protestów oraz dla równowagi ze zwolennikami systemu zbudowanego przez Hugo Chaveza. Opisuje realia, z którymi muszą się zmagać wenezuelscy przedsiębiorcy oraz zwykli ludzie polujący na artykuły pierwszej potrzeby. Autor pokazuje, że mimo kryzysu toczy się (a raczej toczyło się tam w 2014-2015 r.) często w miarę normalne życie. Bardzo krytycznie patrzy na wenezuelski rząd, ale również na opozycję i poprzednie ekipy rządzące. Pokazuje, że obecny kryzys gospodarczy ma korzenie w polityce prowadzonej na wiele dekad przed rządami Chaveza. Analizuje również tamtejszą, bardzo ciekawą mentalność. A to wszystko okraszone opisami miejskiego i wiejskiego życia, przyrody, kultury oraz relacji damsko-męskich. Czytając jego książkę, żal mi było, że taki piękny kraj tak się marnuje. Odniosłem też wrażenie, że Wenezuela nie miała dobrego gospodarza od obalenia w 1958 r. wojskowego dyktatora Marcosa Pereza Jimeneza...

Gazeta Giełda Parkietm parkiet.com HK


Ktoś, kto dojrzałby książkę Wojciecha Ganczarka na wystawie księgarni, starłby się z zagadkowym tytułem złożonym z w sumie niestrawnych składników: „Upały, mango i ropa naftowa”*. Jeśliby uznał, że ta zagadka może opisywać np. znaną w Polsce światową sieć handlową funkcjonującą na Półwyspie Arabskim, pomyliłby się okrutnie, gdyż chodzi o Wenezuelę. I tak to w Polsce, pod szyfrem tego tytułu, pojawiła się ciekawa rzadkość wydawnicza. Brak u nas literatury o kraju, w którym od końca ubiegłego wieku rządzą socjaliści. Najpierw: kim jest autor? Jeśli ograniczyć się do informacji z książki, dowiemy się, że to przede wszystkim zapalony, młody rowerzysta, obieżyświat, którego miłość (do Wenezueli, ale zdaje się też do jednej z jej obywatelek) zatrzymała na rok na miejscu. Autor jest też bez wątpienia „śliczny”, jak wynika ze słów jakiejś nastolatki, które po kronikarsku przytacza. Poza tym, to 30-letni dziś fizyk i muzyk, który rzucił fizykę teoretyczną dla roweru, by dzielić się z ludźmi wrażeniami ze swych podróży: internetowo, filmowo i książkowo. Ganczarek dzielnie objechał Wenezuelę wzdłuż i wszerz, rozmawiał z ludźmi, czytał miejscowe gazety, wertował książki i w końcu napisał własną, o niemal biblijnych rozmiarach. Jej polskość wyraża się w bigosie, który z tego powstał: jest to rodzaj opus magnum, w którym autor, jakby na wzór tytułu, zebrał możliwie najwięcej najróżniejszych, cokolwiek przypadkowych składników oglądanego świata. Najważniejsze, że ostatecznie wyszła mu jednak jadalna potrawa. Nawet, jeśli ktoś nie przepada za bigosem, może z tej książki wyłowić smaczne kawałki. Rozwiązanie szyfru Ganczarek zmieszał w wielkim garze swej pracy dość klasyczną formę literatury podróżniczej z kilkoma gatunkami dziennikarskimi (wywiady, reportaże, felietony, publicystyka gospodarcza), eseistyką politologiczno-historyczną i nawet pracą naukową z przypisami jak trzeba. Poziom tego wszystkiego jest mocno nierówny, nawet generalnie urocza część podróżnicza cierpi czasem na powtórzenia, dłużyzny i fragmenty, które można sobie spokojnie darować, ale wyraźnie autor nie dostał w tej materii żadnej efektywnej, redakcyjnej pomocy z wydawnictwa. No dobrze, ale o co chodzi z tym tytułem? Gdzieś w środku dzieła autor wyjaśnia, dlaczego wybrał te trzy elementy: kryje się w nich ocena egzystencjalno-polityczna Wenezueli, którą dzieli z niejakim Ramonem z Upaty we wschodniej części kraju, lokalnym przedsiębiorcą, który też lubi jeździć na rowerze. Dwaj rowerzyści zgadzają się więc, że chodzi o trzy „przekleństwa”, które „zaważyły na losie Wenezueli”, doprowadzając w rezultacie do rządów socjalistycznych: jest gorąco, owoce mango leżą na ulicach, co znaczy, że „nie trzeba pracować”, a już całkiem rozleniwiają Wenezuelczyków zyski z ropy naftowej. Nie, nie uciekajcie, wbrew pozorom, Ganczarek to jednak nie Cejrowski, spokojnie. Sukcesy prawicy Owszem, niektóre oceny polityczno-historyczne Ganczarka byłyby dość bliskie sercu Cejrowskiego. Kiedy autor dotarł do Méridy, ok. 300-tysięcznego miasta na zachodzie kraju, podziwia sukcesy rozwoju Wenezueli za czasów wojskowego prawicowego dyktatora Marcosa Péreza Jiméneza, który na życzenie USA i lokalnej junty rządził w latach 1952-1958, aż został obalony w wyniku ludowej rewolty. Krwawa dyktatura tego złodzieja (ukradł co najmniej 200 milionów ówczesnych dolarów, zanim zwiał do Ameryki) pozostaje w Wenezueli takim symbolem czystej anty-demokracji, że np. w ubiegłym roku, kiedy Ganczarek już dawno wyjechał, prawicowa opozycja urządziła w rocznicę jego obalenia (23 stycznia) manifestację w Caracas, że niby obecny prezydent, socjalista Nicolas Maduro to też dyktator, więc należy go koniecznie obalić, wedle życzenia Ameryki. Ale tak się złożyło, że tego samego dnia socjaliści od Maduro zorganizowali uroczyste przeniesienie szczątków Fabricio Ojedy, rewolucyjnego lidera obalenia Péreza Jiméneza, do Narodowego Panteonu. Odprowadzały je setki tysięcy mieszkańców stolicy. Opozycja przerżnęła swoją manifestację, tak jak i trzy narodowe głosowania w ubiegłym roku. Sporo tych wyborów, jak na „dyktaturę”. Zarabiało się Ganczarek utrzymuje tymczasem, że po upadku generała Wenezuela „nigdy już nie wróciła na podobne wyżyny rozwoju infrastrukturalnego” i cytuje wywiad starego dyktatora, który świetnie urządził się w końcu we frankistowskiej Hiszpanii i twierdził, że to nie on upadł, tylko Wenezuela. Nie śmiejcie się jeszcze. Najlepsze jest w przypisie, w którym autor wyjaśnia bez mrugnięcia okiem, jak dobrze żyło się Wenezuelczykom za rządów Péreza Jiméneza: „(…) w Wenezueli tamtych czasów zarabiało się na tyle dobrze, że wakacje w Europie czy Stanach Zjednoczonych traktowano jak wyjazd na tanie zakupy”. Poważnie. To oczywiście nie jest wina autora, że skończył fizykę, a nie coś bardziej przydatnego do napisania takiej książki. Jeśli nie trzeba studiować Marksa, czy Webera, by się czegoś dowiedzieć o istnieniu klas społecznych, to i tak można było doszukać się informacji o gigantycznych obszarach upokarzającej nędzy w ówczesnej Wenezueli i różnicy między nimi a cienką warstwą oligarchii i jej przydupasów, która jeździła sobie na zakupy do Europy. Nie opuszczajcie jednak rąk. Przegadana miłość Czytając książkę Ganczarka odnosi się początkowo wrażenie, że to potencjalny wyborca Nowoczesnej, może PO. Szczegółowo pochyla się nad „ułatwieniami dla biznesu”, które wprowadzałby hurtowo, wypytuje bardzo dokładnie „jak robić interesy w Wenezueli”, antyamerykańskość Wenezuelczyków uważa za „ksenofobię” itp., ale to człowiek ciekawski, który potrafi czasem przezwyciężyć własne uprzedzenia. Dzięki temu są w tym bigosie również interesujące wywiady, czy to z chavistami, czy z przedstawicielami opozycji, i przede wszystkim historia miłości do ludzi i kraju, mimo krytycznego dystansu do socjalistycznych przemian. Rozwija się ona powoli, poprzez podróżne anegdoty, ale wciąga zarówno wtedy, gdy autor styka się z ludzką serdecznością, jak i kiedy jest sam, by zawiesić swój hamak między dwiema palmami nad brzegiem oceanu. Co prawda, styl opowiadania Ganczarka przywodził mi czasem na myśl pewien fragment z „Prób” de Montaigne’a, o gadulstwie: „To straszna przywara. Świadom jej jestem z przykładu niektórych bliskich; w miarę jak pamięć przywodzi im na myśl rzecz całą i żywą, cofają tak daleko wstecz swą opowieść i obciążają ją tylu zbędnymi szczegółami, że jeśli opowieść jest dobra, przyduszą nimi jej wartość, jeśli licha, przychodzi nam przeklinać bystrość ich pamięci albo też niedostatek zastanowienia.” Lecz wady tej książki nie mają większego znaczenia, wobec tej wielostronnej panoramy kraju społecznej rewolucji, jaką po pioniersku namalował Ganczarek. Sympatyczny rowerzysta, choć czasem trochę zagubiony w meandrach skomplikowanej rzeczywistości, pozwala całkiem dobrze poznać dzielny, daleki kraj i jego dumnych mieszkańców. Zainteresowani Ameryką Łacińską powinni być zadowoleni, może częściej się uśmiechną niż zniecierpliwią.

strajk.eu Jerzy Szygiel


Wenezuela - raport rowerzysty "Książka jest polifoniczna - przedstawia swe dzieło autor - Rozpina się od uśmiechów codziennych spotkań po procenty gospodarczych analiz. Socjologiczne teorie przeplata wilgoć deszczu i smak kakao". A więc ruszam do kraju, który niegdyś był mi bliski i znajomy, a dziś, w relacji autora, odmieniony i niemal obcy." Poznawałem Wenezuelę w czasach dobrobytu naftowego. Porty tętniły ruchem statków, miasta budowały się, armia wspierała badania naukowe interioru. Miałem szczęście prowadzić ekspedycję odkrywczą do gigantycznych dziewiczych studni w kwarcytowych górach stołowych, opisanych niegdyś przez Arthura Conan Doyiea w powieści Świat zaginiony. Lądowaliśmy na nich helikopterem wojskowym i zaopatrywani byliśmy mostem powietrznym z Caracas, organizowanym przez Siły Powietrzne kraju, dowodzone przez generałaParedes Bello. No, cóż... A dzisiaj? Autor "Upałów..." pedałuje na rowerze przez ten sam, a przecież inny kraj. Kaskady śmieci spadające ze skarp rzecznych i patrole uzbrojonych żołnierzy. Tak zaczyna się relacja o wszystkim. Kraj bez papieru toaletowego, ale też często bez kawy i proszku do prania. To stworzyło zawód "staczy" kolejkowych, jeszcze pamiętany przez Polaków. Przy szosie bilbordy z cytatami z Biblii, straszące końcem świata. I dodające otuchy uśmiechnięte portrety zmarłego prezydenta Hugo Chaveza. Pedałowanie w stronę niewysokich gór i smaczny chleb w przydrożnej piekarni. Gaje zielonych awokado, a potem gościna u życzliwego kolarza, posiadacza zielonej wyścigówki. Placek kukurydziany z kawą i nocleg w betonowym baraku, gdzie obraduje rada osiedla. Na stole tom Nędzników Yictora Hugo i ulotki: "Centralną pozycję zajmować ma lud, el pueblo. I rady wspólnot złożone ze zwykłych mieszkańców, a nie przekupnych polityków, oligarchów, burżui, imperialistów, zdrajców ojczyzny". Ciekawie plecie się ten ciąg spostrzeżeń chwytanych w biegu przez prąd świadomości naszego podróżnika. To niewątpliwie jedna z metod opisania kraju: notowanie wszystkiego, co wpadnie w oczy i uszy. Ba, więcej, autor przeprowadza wywiady, jak ten z sekretarzem Rady Obywatelskiej, co wprowadza czytelnika w sedno spraw miejscowych. Na szczęście "rozcieńcza" nastrój takimi scenkami, jak pożegnanie z otyłą gospodynią, która odważa się wstać z kanapy, by "z całą mocą charakteru i z ogromem ciała" wyjść na pożegnanie gościa. A za chwilę już to, czego podświadomie oczekujemy w tej przecież tropikalnej relacji: wylegiwanie się w hamaku, w cieniu mangrowca, na plaży, gdzie młode Wenezuelki smażą na słońcu pośladki, a woda w zatoce ma siedem odcieni turkusu. Przewracam kartkę i dla kontrastu zanurzam się w lekturze kilkunastu stron"politycznych" malujących oblicze Chaveza, często gęsto przeplatanych cytatami z przemówień. Zaczynam pojmować, że zamiarem autora jest opisanie rzeczywistości na wszystkich poziomach: od życia prostych ludzi po szczyty polityczne i kłamliwe mity, głoszone przez skorumpowanych polityków. Po raz kolejny odkrywam, że literatura podróżnicza od tej z czasów mojej młodości przebyła długą drogę. Od ówczesnego kanonu "fiedlerowskiego", jak go z sentymentem nazwę, przedstawiającego uroki egzotyki, rajskiej przyrody i niewinnych malowniczych tubylców, po dzisiejszy reporterski obyczaj drążenia społecznych i politycznych opresji, które wyławia dociekliwy reporter. Świat istotnie się zmienił - z dawnego pozostały nieliczne turystyczne strzeżone enklawy wokół hoteli z basenami. I tak płynie ta narracja szczegółowa, niemal dogłębna. Plakaty z wyliczeniem osiągnięć rewolucji, reklamy krajowych warzyw, spaliny samochodów, aromat kawy, huk klaksonów, delikatna muzyka. Nic nie umyka uwadze narratora, wnikliwie budującego obraz, ba, trójwymiarową strukturę kraju - od materialnej przez polityczną do psychicznej, obyczajowej. Tak jakby autor chciał wcisnąć wszystko, co spostrzegł, do podróżnego notatnika. Fabułą i przygodą jest jazda na rowerze, postoje i relacje z drogi, zasłyszane żale oraz nierzadko pochwały codzienności takiej, jaka jest. To zaczyna wciągać czytelnika. Otrzymuje on w miarę aktualny opis kraju. Kilkadziesiąt lat temu powstawały u nas klasyczne relacje podróżnicze, przygoda, napięcie, dreszczyk nowości i ryzyka. To przeszłość. Sam napisałem reportaż o odkrywaniu jaskiń kwarcytowych w dżungli. Wtedy to był temat! Kraj zamożny, spokojny, tankowce wywożące ropę, pomocna armia, turyści... Przeminęło z wiatrem. Teraz powstają takie, jak ta, książki, potrzebne i ważne świadectwo burzliwego, smutnego czasu. Trochę nadmiernie obciążone artykułami i wywiadami politycznymi, wklejanymi in extenso. Niepotrzebnie, bo tu ich czytelnik nie szuka, ale służą dokumentacji reporterskiej podróży. Pedałując setki kilometrów, Wojciech Ganczarek dociera do granicy z Brazylią, do Roraimy, krainy gigantycznych gór stołowych, tepui, o których wspomniałem na wstępie. Niestety nie ma o nich nic do powiedzenia, choć rozsławiły Wenezuelę bardziej niż ropa naftowa i Hugo Chavez. Tam przecież rozgrywa się akcja powieści Świat zaginiony oraz filmu Spielberga Park jurajski. No i dwóch wypraw badawczych, które miałem szczęście prowadzić, uczestnicząc w odkryciu w masywach tepui nieznanego typu gigajaskiń kwarcytowych, wypełnionych barwnymi kryształami. Ukazały mi się dwa światy. Ten mój, wciąż istniejący - pierwotnej przyrody, dżungli, podniebnych wodospadów, nieznanych roślin i zwierząt, Indian, ich wiosek, dłubanek na czerwonych rzekach. I świat Wojciecha Ganczarka, który zdaje się niemal nie dostrzegać niczego poza palmami na plaży i tego, co przy szosach. Całą jego uwagę pochłaniają ludzie, stosunki społeczne i polityczne. Ludzie pogodni, choć tkwiący po uszy w trybach niedoskonałej, coraz bardziej zgrzytającej cywilizacji. "A jednak coś mają w sobie Wenezuelczycy, że się za nimi tęskni" - wzdycha autor. To dodatkowa zachęta do przeczytania tej gruntownej, pouczającej relacji, pisanej z reporterskim zacięciem i talentem.

Nowe Książki MACIEJ KUCZYŃSKI


Z tak zwanymi umysłami ścisłymi jest jakoś tak, że czasami zdarza im się być jednocześnie zdolnymi humanistami. Co ciekawe, niezmiernie rzadko słyszy się o wybitnych humanistach, którzy łączyliby w sobie zdolności przypisywane tym pierwszym. Nie mam pojęcia, z czego to wynika, ale jednego jestem pewien. Pewien bloger podróżniczy, nazywający siebie fizykiem-w-podróży, właśnie napisał niesamowitą książkę. A ta udowadnia, że jej autor być może z wykształcenia jest fizykiem, ale z duszy - zdecydowanie humanistą. Wojciech Ganczarek jest znany czytelnikom "Rowertouru", ponieważ od czasu do czasu publikuje na łamach naszego magazynu. Tyle, że zupełnie inną kwestią jest napisanie tekstu do czasopisma, a zupełnie czym innym - obszernej, 400-stronicowej książki poświęconej tylko jednemu krajowi - Wenezueli - z wielu odwiedzonych przez cyklistę w ramach wielomiesięcznej podróży po Ameryce Południowej. Skąd zamiłowanie autora akurat do tego kraju? Raczej nie sądzę, aby wynikało tylko i wyłącznie z jego znajomości języka hiszpańskiego, choć ta jest zapewne niezbędna, aby rzetelnie opisać mieszkańców tego kraju pełnego kontrastów i ich życie. Przed rozpoczęciem lektury zadałem sobie pytanie: co wiem o Wenezueli? Raczej niewiele: rzeka Orinoko, góry Andy, śmiesznie tanie paliwo, socjalistyczny prezydent Hugo Chavez (nawet nie wiedziałem, że już nie żyje), piękne Latynoamerykanki, wysoka przestępczość w dużych miastach i to by chyba było na tyle. Jak to zwykle bywa, stereotypy nie biorą się znikąd, więc i moja szczątkowa wiedza na temat mitycznego Eldorado (mającego rzekomo znajdować się na terenie dzisiejszej Wenezueli) okazała się mieć konkretne podstawy. To jednak dopiero lektura książki fizyka w podróży uświadomiła mi tradycyjną gościnność mieszkańców tego kraju. Do tego niezwykle skomplikowaną sytuację polityczną, w jakiej Wenezuela się znalazła, zwłaszcza po śmierci Chaveza, narażając zarówno jej mieszkańców, jak i samego podróżnika na nieskończone pasmo absurdów życia codziennego, doskonale znanych tym, którzy pamiętają PRL, tyle że w południowoamerykańskiej wersji wszystko jest intensywniejsze. W czasach, gdy w wydawnictwach książkowych modne jest relacjonowanie typowych, turystycznych wypadów finansowanych z własnych funduszy, skupionych w głównej mierze na opisywanych ubogim językiem problemach ze sprzętem i przeciwnościach pogodowo-kondycyjnych, literacki (nie boję się użyć tego zwrotu) debiut Wojciecha Ganczarka jawi się niczym latarnia morska na wzburzonym oceanie ignorancji i bylejakości. Autor okazuje się być erudytą, łącząc obszerne fragmenty analizy politologicznej i gospodarczej z wywiadami z ciekawymi ludźmi, a to wszystko okraszone zgrabnymi opisami cudownej południowoamerykańskiej przyrody i - jakżeby inaczej! - bardziej lub mniej typowych zmagań z codziennością rowerzysty dosiadającego wysłużonego, ale dzielnego roweru. Żeby nie przesłodzić, pisząc o kraju, w którym po cukier stoi się w długim ogonku, książka ma też pewne wady: mianowicie, jest nierówna kompozycyjnie. Akcenty tematyczne rozłożone są dość karkołomnie. W pierwszej połowie książki autor prawie nie umieścił opisów samej wyprawy, koncentrując się na może nieco zbyt długich analizach ustroju, historii i gospodarki Wenezueli. Jeśli jednak czytelnikowi uda się przez nie szczęśliwie przebrnąć, akcja nabiera tempa, opisy przyrody - kolorów, smaków i zapachów, dziewcząt rumieńców... Andrzej Bobkowski ze swoimi ?Szkicami piórkiem" jest wzorem dla Wojciecha Ganczarka i to jest dobra wiadomość: młody podróżnik ma jeszcze sporo czasu, żeby nie tylko dogonić, ale nawet prześcignąć swojego mistrza. Marzyłbym, aby na kolejną wyprawę wybrał się do Europy Wschodniej, o której niekiedy napomyka - ze swoim analitycznym umysłem miałby szansę przedstawić ciekawą wizję współczesnej Ukrainy, Białorusi, może innych krajów byłego ZSRR... widzianych w najlepszy możliwy sposób, czyli z punktu widzenia użytkownika rowerowego siodełka. Bo podróżuje się nie tylko po to, aby poznać, ale także po to, aby zrozumieć.

rowertour.pl ANDRZEJ KALENIEWICZ; 2017-05-01


Na losie Wenezueli zaważyły tytułowe trzy przekleństwa - uważa Ramon, syn włoskich imigrantów, który z dystansem patrzy na swój kraj. Upały, mango i ropa naftowa to trzy rzeczy, o których świat marzy, ale które zamiast pomagać, rozleniwiają, uniemożliwiają normalne funkcjonowanie. Według Ramona trwałe gorąco sprawia, że nie trzeba budować solidnych domów, wystarczy prowizoryczna buda z anteną satelitarną i telewizorem w środku, by przy nim zaleć. Wieczne lato oznacza wieczny sezon, nie trzeba magazynować na później, oszczędzać, zawsze coś rośnie. Zwłaszcza mango, nie wymaga specjalnych zabiegów, owoce leżą na ulicy, wystarczy tylko zebrać. Tak samo z ropą naftową - skoro jest naturalnym surowcem Wenezueli, który można eksportować, to po co wytwarzać cokolwiek innego. Inwestować w produkcję? Przecież jest rząd, który daje wszystko za darmo! Tyle że - pisze Wojciech Ganczarek - ?Cha-vistowskie państwo jedną ręką dawało, drugą - wiązało ręce i zamykało usta obywatelom". Autor, absolwent fizyki teoretycznej i matematyki stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim, spędził przeszło rok w Wenezueli. Jeździł rowerem, ale też mieszkał kilka miesięcy w Meridzie i Caracas, doświadczając codzienności wenezuelskiego życia, prowadząc dziesiątki rozmów i wertując stosy książek. Z tego wszystkiego narodziła się publikacja łącząca w sobie relację z podróży, reportaż z Wenezueli pogrążonej w kryzysie i so-cjohistoryczne interpretacje mentalności latynoamerykańskiej, przetykana wywiadami. Od lat siedemdziesiątych Wenezuela zmieniała się z najbogatszego kraju Ameryki Południowej w zubożałe państwo. Od czasu boomu naftowego nie myślano o inwestowaniu w produkcję wewnętrzną. Teraz import produktów dla 30-milionowego społeczeństwa jest sprawą niezwykle kosztowną. Wielogodzinne kolejki po podstawowe produkty, niekontrolowana inflacja, dewaluacja waluty, rekordowo wysoka przestępczość, korupcja, nietykalność pracownika i arogancja władzy stały się nieodłącznym elementem nowego etapu w historii państwa, zarządzanego dyktatorską ręką przez socjalistę Hugo Chaveza, a po jego śmierci w 2013 roku przez nieudolnego Nicolasa Madura. Wygra! on wyścig o fotel prezydencki z liderem opozycji Henriquem Caprilesem Radonskim (oddało na niego swój głos 49,12 proc. uprawnionych), który miał polskie korzenie. Jak podaje Wojciech Ganczarek, według szacunków w drugiej połowie lat czterdziestych do Wenezueli trafiło od 4 do 9 tysięcy Polaków: Żydów, byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, zesłańców z Sybiru, jeńców wojennych i więźniów obozów wyzwolonych przez aliantów. Czyta się tę książkę z wielką uwagą, dla polskiego czytelnika znającego realia PRL wiele spraw nie będzie zaskakujących, absurd goni tu absurd. Rzecz czasami zabawna, ale jednak w ogólnej wymowie niezwykle smutna. Autor w sposób sugestywny i ze znawstwem ukazuje realia Wenezueli. To jedyna wydana po polsku książka, obszernie i dogłębnie omawiająca problemy pogrążonego w kryzysie latynoskiego kraju.

Magazyn Literacki Książki EWA TENDERENDA-OŻÓG


Terytorium skrajności. To słowa autora o kraju, który go zafascynował i zatrzymał na rok w swych granicach. Podróżujący rowerem po Ameryce Południowej polski tramp jest dobitnym przykładem, że można poznać wiele ziem, ale zdarzy się ta jedna, która uwięzi wędrowca, zaczaruje, zmusi do miłości. Wenezuela jest takim krajem, mieści w sobie bowiem skrajności obyczajowe, religijne, polityczne tak silne, że spotykane tylko tu. Jak pisze w Przedmowie autor, w poszukiwaniu odpowiedzi na piętrzące się pytania i paradoksy sięgnął do książek i rozmów. "Czas spędzony w Wenezueli pozwolił na przebycie całego cyklu rozwojowego miłości: od zakochania się przez rozczarowanie po akceptację i przywiązanie".

Wenezuela w tej chaotycznej, nieco amatorskiej monografii ukazuje się Czytelnikowi w całej swej fascynującej sprzeczności. Piękno wenezuelskiej natury działa na turystę inaczej, gdy spojrzeć na nie przez pryzmat polityki Hugo Chaveza. Warunki ekonomiczne - kraj drogi, a jednak tani - zmuszają do postawienia oczu w słup, zaś życie codzienne Wenezu-elczyków i ich mentalność zmusza Polaka do refleksji, czy nie łączy nas jakaś tradycja. Na przykład szlachecka? Ujmuje pogoda ducha Wenezu-elczyków i ich hart w radzeniu sobie z niedostatkiem. Opis kraju daleki jest od ?pocztówkowych" kolorów, jakimi cieszą się relacje urlopowych eksploratorów. Z każdego zdania uderza Czytelnika zdumienie autora wynikające z czasu, jaki spędził na miejscu. Autor radzi sobie ze zwątpieniami, nie tylko pisząc gęstą publicystykę, ale przeprowadzając wywiady albo relacjonując rozmowy z najdziwniejszymi ludźmi spotkanymi na szlaku. Mimo tej niejednorodności otrzymujemy obraz kraju żywy, subiektywny, ale głęboki, mówiący Czytelnikowi prawdę o trudnej współczesności latynoskiego państwa uwikłanego w globalną politykę. Ale to także opowieść o ludziach, którzy potrafią każdą sytuację obrócić w żart.

Tygodnik Angora Ł. Azik


"W sklepach brakuje wszystkiego: od papieru toaletowego i mąki kukurydzianej po mleko, cukier, olej, mydła, szampony i inne detergenty. No, po prostu - wszystkiego!"

"Jajka kupuje się spod lady w sklepie żelaznym, po mleko trzeba ustawiać się  w środku nocy".

Dla starszego pokolenia Czytelników brzmi znajomo? Spieszę z wyjaśnieniem: To nie obrazek z zamierzchłych lat 80-tych ubiegłego wieku i końca PRL-u, choć rzeczywistość - niemal identyczna. Tym razem mowa o? Wenezueli AD 2015, w której Autor książki ? Wojciech Ganczarek - spędził niemal rok. Ze skrzydełka dowiaduję się, że to absolwent fizyki teoretycznej i matematyki stosowanej. Brzmi poważnie, ale i czasem od życia w świecie nauki i poważnych artykułów dotyczących mechaniki kwantowej (!) trzeba wziąć urlop. Ganczarek wsiada na swój wiekowy dwudziestopięcioletni rower i przez półtora roku eksploruje Amerykę Łacińską. Książka, która stała się powodem niniejszych słów- "Upały, mango i ropa naftowa" wydana przez śląską oficynę Bezdroża, to owoc dziewięciomiesięcznej niespiesznej włóczęgi (?) po Wenezueli. Wraz z Autorem pedałujemy przez bezkresne wenezuelskie równiny i górzyste stany. Resztką sił w nogach i kołach (!) pokonujemy andyjskie przełęcze (3.625 m.npm!) i odpoczywamy na pocztówkowej urody karaibskich plażach. Zwiedzamy wielkie miasta i maleńkie wioski, nadmorskie plaże i andyjskie osady zagubione w gąszczu zieleni - słowem - jak pisze Ganczarek "przestrzeń i wolność". Myliłby się jednak ktoś, kto by oczekiwał kolejnej stricte podróżniczej książki z serii: "Byłem, zobaczyłem ( zwiedziłem), opisałem". Ganczarek ma o wiele ambitniejsze plany! Podróż przez Wenezuelę daje powód do dokładnego poznania tego wielowymiarowego kraju, dlatego też oprócz bajowych widoków i zjawisk ( tęcza W NOCY!) dostajemy oszałamiającą, wieloaspektową prezentację wszystkich chyba obszarów życia tego egzotycznego bądź-co-bądź dla Europejczyka kraju. Polityka i gospodarka, historia i kultura, kastowość i religia i wreszcie rola kobiety i mężczyzny, a co za tym idzie - (szokujący) model rodziny, a wszystko to poparte dogłębną analizą Autora, podpartą przedrukami obszernych wywiadów z tamtejszej prasy. To dlatego na obwolucie książki stoi, że jest ona dla tych, ?którzy nie tylko pragną POZNAĆ, ale i ZROZUMIEĆ". Oddajmy głos samemu Autorowi: "Książka jest polifoniczna. rozpina się od uśmiechów codziennych spotkań po polityczne i gospodarcze analizy, socjologiczne teorie, przeplata wilgoć deszczu i smak kakao?, zaś ogląd spraw ? jak pisze Autor - jest "nieobarczony prostymi stereotypami wyobrażeń o Wenezueli".

Wenezuela to kraj o największych rezerwach ropy naftowej na świecie! Jak więc połączyć i zrozumieć to midasowe bogactwo z szalejącą inflacją, pustymi półkami, głodowymi płacami ( cena opony do samochodu to równowartość? trzech urzędniczych pensji!) i rekordową przestępczością?! Słowem - skoro jest dobrze, to czemu jest tak źle?! Oddajmy znów głos samemu Autorowi. By na to i inne pytania odpowiedzieć, trzeba poznać mechanizmy polityczno ? ekonomiczne Wenezueli. Tak, wiem, nie brzmi to zachęcająco, ale zapewniam, że sposób, w jaki Ganczarek przeprowadza nas przez skomplikowaną i niejednoznaczną rzeczywistość tego odległego kraju budzi ciekawość, a potem zrozumienie. Ganczarek pokazuje i tłumaczy fenomen Hugo Chaveza, do 2013 roku prezydenta Wenezueli, jego politykę "rozdawnictwa", subsydiów i dopłat, które uczyniły z obywateli rentierów naftowej bossy. Czy wiecie Państwo, że w XXI wieku istnieje kraj, w którym władza rozdaje mieszkania, pralki, telewizory, lodówki, gdzie działa Ministerstwo? Szczęścia, na czele którego stoi wiceminister ds. Wyższego Szczęścia Społecznego!!!? Nie, nie, to nie żart! Więc znów pytanie: Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?! Wojciech Ganczarek serwuje nam krótki ( i zrozumiały!) kurs ekonomii made in Wenezuela i pokazuje, że to kraj absurdów i kontrastów, w którym ? nic nie jest pewne i wszystko jest możliwe?. Oto kilka przykładów ( "smaczków"):

- właściciel hektarów ziemi, na której pasą się mleczne krowy, na co dzień używa (wystanego w kolejkach!) mleka w proszku, ?bo na pastwisko za daleko, a to mleko [w proszku!] to władza rozdaje i taniej wychodzi? (!) ?
- w Caracas, stolicy kraju występuje największa dzielnica biedy w całej Ameryce Łacińskiej, z która kontrastują hektary luksusowych strzeżonych dzielnic.
- Gdy tylko są ( a są z rzadka!) dolary, kupuje się je po oficjalnym kursie ? 6,30 boliwarów za jednego dolara i odsprzedaje na tzw. czarnym rynku za? 800 boliwarów (to kurs z października 2015 czyli z czasu, gdy powstawała niniejsza książka).

Oddajmy raz jeszcze głos samemu Autorowi: "Wenezuela opływająca w ropę nie dorobiła się solidnych podstaw dla krajowej gospodarki. Nad łatwym zyskiem nie ma kontroli, a zyski z eksportu surowca skupione w rekach rządu stają się żyzną glebą pod bujny wzrost korupcji, malwersacji finansowych czy zwykłej nowobogackiej beztroski". I nieco dalej: "Szacuje się, że 84% wielomiliardowych zysków z ropy w latach 2003-2012 zostało zwyczajnie przejedzonych".

Zostawmy jednak skomplikowane stosunki polityczno - ekonomiczne Wenezueli. Tym, co stanowi największą wartość każdej podróżniczej książki, a taką jest - mimo wszystko - książka Wojciecha Ganczarka, są ludzie i spotkania z nimi. W tej akurat materii "Upały, mango i ropa naftowa" wpisują się w żelazny schemat gościnności i uczynności względem przybysza z daleka. Wprawdzie mało kto widząc Autora na rowerze pedałującego w morderczym upale lub w niemal arktycznym zimnie jest w stanie uwierzyć, że widzi to, co widzi; wszak Wenezuela to kraj, gdzie niezależnie od pustych sklepowych półek na drogach królują najnowsze modele Toyoty, Land cruiserów, Nissanów, Humerów, Jeep`ów ( Autor ironizuje: Samochody godne kraju pogrążonego w kryzysie?!). "Ja na rowerze to najdalej może do piekarni" - słyszy Ganczarek, ale gdy następuje pierwsza, a za nią kolejne awarie roweru, łańcuszek ludzi dobrej woli wydobędzie niemal spod ziemi brakujące części. Autor tłumaczy ów fenomen następująco: "W kraju, w którym codzienność zaskakuje nadzwyczajnymi uniedogodnieniami ludzie tym bardziej dbają o przyjezdnego. Przecież skoro im żyje się ciężko, a są już przyzwyczajeni, to jak ciężko musi być komuś z zewnątrz".

W przydrożnych barach i pomniejszych sklepikach ( nigdy, co podkreśla Autor, w państwowych supermarketach!) sprzedawczynie pilnują pustych półek, ale klienta witają obowiązkowym promiennym uśmiechem i słowami: "Kochanie", "Królu mój", "Książę młody".

W swej podróży Ganczarek wielokrotnie zachwyca się niepospolitą ( i wciąż poprawianą!) urodą kobiet, co nie przesłania mu prawdy o rzeczywistej ich pozycji w zdominowanym przez kulturę macho społeczeństwie. SAMICA ( spieszę wyjaśnić, że słowo to w tamtejszej kulturze absolutnie pozbawione jest pejoratywnego, polskiego wydźwięku) i MATKA - to dwie skrajne role przypisane wenezuelskim kobietom, ale do szczegółowych i precyzyjnych, wyczerpujących wyjaśnień w tej materii odsyłam do lektury książki.

Zresztą i Wenezuelczyk to mężczyzna obowiązkowo urodziwy, uśmiechnięty i mega-zadbany i tego kultu zewnętrznego piękna nie jest w stanie podważyć drugie dno wyłaniające się w tamtejszej rzeczywistości. Każdy Wenezuelczyk ma 7 miłości: Bóg, mama, równina, kobieta, dzieci, koń i pies. Zdumionych tą hierarchią odsyłam do książki, która wyczerpująco odpowie na wszelkie wątpliwości!

O systemie wartości w tym ? co by nie rzec- zdemoralizowanym społeczeństwie dużo mówi pewien "eksperyment"; poproszono Szwajcarów, by dopisali antonim do słowa: cwaniak. To "człowiek honoru, uczciwy, itd." Dla Wenezuelczyka jednak to: frajer i głupiec?!!! Ganczarek tłumaczy, iż takie postrzeganie to nie kaprys czy zachcianka, lecz konieczność i dodaje: - Tu [w Wenezueli] przebiegłość przyjmuje się za cnotę, a chytrość darzy się rozumem?.

Dalej, cytując za Autorem, Wenezuela to kraj samych NAJ: najwięcej ropy, najdłuższy most, najwyższy wodospad, najpiękniejsze kobiety, ale i największe zadłużenie i najmniej odpowiedzialny rząd!

Na zakończenie wzruszający akcent polski; W trakcie swej wielomiesięcznej podróży Autor spędził Boże Narodzenie u jednej z miejscowych rodzin. Jedną z krewnych była wiekowa Polka, która opuściła ojczyznę 70 lat temu. Poza słowem "dobrze" nie pamiętała już nic. Jakież więc było zdumienie i wzruszenie Autora, gdy podczas śpiewania kolęd staruszka w całości i bez pomyłek odśpiewała "Wśród nocnej ciszy", "Bóg się rodzi" i "W żłobie leży" J. I jeszcze jedno - zakończenie ( na pewno już ostatnie). Pora wyjaśnić, dlaczego tytułowe upały, mango i ropa według Autora są trzema największymi przekleństwami Wenezueli. Nie, nie, tego jednak nie zdradzę, w zamian zachęcając gorąco do lektury książki, dzięki której nie tylko POZNAMY piękny kraj pięknych ( i szczęśliwych?) ludzi, ale i go ZROZUZMIEMY.

http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em


"Upały, mango i ropa naftowa" to wszechstronna opowieść o Wenezueli. Wojciech Ganczarek podejmuje się ambitnego zadania, by jednym tekstem objąć gospodarkę i kulturę, zmieszać muzykę z pejzażami, a historię ozdobić anegdotami o barwnej codzienności.Jak głosi Przedmowa: w książce socjologiczne teorie przeplata wilgoć deszczu i smak kakao. Mnogość różnorodnych informacji naturalnie wkomponowuje się w relację z wielomiesięcznej podróży rowerowej autora po Wenezueli w dobie ostrego kryzysu. W sklepach brakuje podstawowych produktów żywnościowych, papier toaletowy jest na wagę złota, a przestępczość bije światowe rekordy. W kryzysowej rzeczywistości piętrzą się paradoksy, a w nich jak w lustrze ? jasno i wyraźnie ? odbijają się fundamentalne problemy kraju i jego mieszkańców. Dodatkowo wgląd w historię pozwala na dogłębne studium duszy wenezuelskiej i ? ogólnie ? latynoamerykańskiej. Zdecydowanie "Upały?" zadowolą wszystkich tych, którzy pragną nie tylko poznać, ale i zrozumieć. 

irka.com.pl


Blaski i cienie Wenezueli. Turystyka, polityka, sprawy społeczne.Ponadroczny pobyt Wojciecha Ganczarka ? fizyka, matematyka i miłośnika podróży - w Wenezueli zaowocował wydaniem książki o tym interesującym i jedynym w swoim rodzaju kraju. Prawie czterystustronicowa publikacja Polaka, który przejechał na rowerze ogromne połacie Ameryki Łacińskiej, w wyczerpujący i rzeczowy sposób przybliża czytelnikom różnorodne aspekty życia w tym państwie, zawirowania historii, polityki, tradycji, obyczajów, gospodarki. Nie brakuje w książce opisów odwiedzanych przez autora miejsc, ale są one w dużej mierze motywacją do zapoznania czytelników z wszystkim tym, co Wenezuelę stanowi, co wpływa na codzienne funkcjonowanie tego tworu państwowego itp. ?Upały, mango i ropa naftowa? pełne są odniesień do dziejów Wenezueli, poszczególnych rządów i osób sprawujących władzę, spraw bytowo-ekonomicznych, socjologii, geografii, kultury, społeczeństwa itp. Szerokie spektrum zawartych w publikacji wydawnictwa Bezdroża tematów i zagadnień sprawia, że: ?Upały, mango i ropa naftowa? stają się swoistym kompendium wiedzy na temat Wenezueli. Zapoznanie się z treścią utworu ubogaca czytelnika, poszerza jego horyzonty, pozwala usystematyzować wiedzę na temat tego karaibskiego państwa, wyobrazić sobie życie mieszkańców tej południowoamerykańskiej republiki i porównać je z polskim podwórkiem. Książka autorstwa Wojciecha Ganczarka jest lekturą pouczającą, intrygującą, ale i wymagającą. Dopomina się bowiem poświęcenia jej czasu i uwagi czytelnika oraz przebrnięcia przez momentami prawdziwy nawał informacji na tematy polityczno-gospodarcze, co mało cierpliwych czytelników może niekiedy nużyć albo odstręczać od lektury. Publikację ubogaca mapa Wenezueli, która ułatwia śledzenie przebytej przez autora trasy, zdjęcia z pobytu (szkoda, że jest ich tylko 32) oraz np. wywiady z mieszkańcami Wenezueli, wypowiadającymi się na temat spraw ważnych dla kraju. Dzięki Wojciechowi Ganczarkowi zagłębiamy się w Wenezuelę, terytorium pełnego pięknych krajobrazów, życzliwych i uczynnych ludzi, ale także różnic, skrajności i absurdów. Dowiadujemy się mnóstwa interesujących i zaskakujących rzeczy o Ameryce Południowej, poznajemy jej przeszłość i teraźniejszość i zastanawiamy razem z obywatelami Wenezueli, jaka będzie przyszłość tego opartego na ropie, która jednak nie jest remedium na wszystkie problemy, kraju. ?Upały, mango i ropa naftowa? to lektura dla wszystkich tych, którzy chcą lepiej rozumieć świat, zapoznać się z opowieścią o: ?ludziach z krwi i kości, z całą gamą ich wad i zalet, miłości i konfliktów, paradoksalnych sprzeczności, wyzwań i historycznych i zaszłości?, przeczytać coś więcej niż tylko zwykłą relację z podróży. To i o wiele więcej czeka na tych, którzy podążą śladami autora i zechcą literacko spenetrować Wenezuelę. Polecam.

dlaLejdis.pl Iwona Trojan


Wenezuela, 30-milionowy kraj w Ameryce Południowej o powierzchni ponad 882 tys. km², niemal 3 razy większej niż Polska, przeżywa jeden z najczarniejszych okresów swojej burzliwej historii. Szalejąca inflacja – w ub. roku 800-procentowa, rekordowa przestępczość, brak dosłownie wszystkiego, także żywności o którą ludzie toczą boje, i lekarstw, to rezultat przede wszystkim kilkunastoletniej polityki nie żyjącego już od blisko 3 lat komunistycznego przywódcy Hugo Cháveza i jego partii. A także załamania przed kilku laty cen ropy naftowej, która stanowi niemal wyłączny (ponad 96%) artykuł eksportowy kraju i źródło jego dochodów.

Państwo posiadające największe na świecie (!!!) jej zbadane złoża zamiast stać się, pod względem zamożności, co najmniej równie bogatym jak Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Emiraty Arabskie, doprowadzone zostało, w rezultacie realizowania wytyczonej przez „El Comandante” polityki gospodarczej i społecznej, do bankructwa i upadku. Z których bardzo trudno będzie mu się podnieść. Ciąży bowiem na nim także postkolonialna przeszłość, najgorsze cechy pozostawione narodowi przez hiszpańskich konkwistadorów, niemal cały XIX wiek wojen, rewolucji, zamachów stanu i zmian władzy.

Ponadto rujnujący wpływ polityki USA robiącej wszystko, aby utrzymać surowcowy charakter całego kontynentu południowoamerykańskiego. Wymieniam tylko główne przyczyny stanu, do którego doprowadzony został ten kraj. Znacznie więcej, w szerokiej palecie tematów historycznych, gospodarczych, społecznych, obyczajowych itd. przedstawia i omawia autor wydanej właśnie przez „Bezdroża” szalenie ciekawej książce pod trochę niefortunnym, moim zdaniem, tytułem. Z upałami, egzotycznymi owocami i ropą naftową kojarzyć się może bowiem wiele regionów naszego globu.

Dlatego w tytule recenzji tej książki dodałem, że dotyczy ona Wenezueli. Pozostałe trzy jego elementy stanowią, zdaniem autora, Wojciecha Ganczarka i jego wenezuelskich rozmówców, główne przekleństwa tego kraju. Powalające upały, chociaż nie brak ich także w wielu innych regionach naszego globu, rzeczywiście mogą być przekleństwem. Gdyż, jak pisze autor, rozleniwiają, uniemożliwiają ludziom normalne funkcjonowanie. Zacytuję: „ Spędziłem całe miesiące pedałując pod międzyzwrotnikowym słońcem, jestem pełen podziwu dla każdego, kto żyjąc w tym klimacie, pracuje chociażby godzinę dziennie.”

Chociaż zapytam przekornie, a mam pod tym względem pewne doświadczenie, gdyż bywałem już w regionach świata bardzo gorących, m.in. na kilkunastu pustyniach i w powalającej wilgotności dżungli oraz stref monsunowych. Skoro Europejczycy nie przyzwyczajeni do takich klimatów mogą w nich po wiele godzin dziennie pedałować na rowerze, czy zwiedzać pieszo, chociaż nie zmusza ich do tego głód ani jakieś nakazy, to dlaczego ludzie urodzeni i żyjący tam od pokoleń, mieliby zasługiwać na podziw pracując tylko godzinę dziennie?

Wielu tubylcom, nie tylko w Wenezueli, gdzie jest obfitość owoców mango, po które wystarczy się tylko schylić, lub zerwać z drzew, aby przeżyć, podobnie jak gdzie indziej dzięki palmom kokosowym czy drzewom daktylowym lub bananowcom, wystarcza to do życia. I może zniechęcać do pracy oraz innej działalności w upale. Ale obfitość ropy naftowej – zapyta czytelnik – jako przekleństwo, a nie źródło bogactwa? Okazuje się jednak, a książka świetnie to przedstawia i dokumentuje, że może ona być także przekleństwem.

Gdy jest tak eksploatowana, a dochody z niej wydatkowane, jak w kraju, w którym autor spędził sporo czasu i przejechał tysiące kilometrów. Książka ta nie jest jednak tylko relacją z podróży rowerowej, a częściowo, w Andach, także wędrówek pieszych. Chociaż opisy pokonywanych tras i spotykanych na nich ludzi – bo o zabytkach, chociażby z epoki kolonialnej, nie ma praktycznie ani słowa, a i o innych atrakcjach turystycznych niewiele, są ciekawe oraz ładnie napisane, to najcenniejszymi częściami tej książki, przynajmniej dla mnie, są niezliczone fakty, obserwacje, spostrzeżenia, opinie, z których wyłania się obraz kraju.

Z jego burzliwą przeszłością oraz coraz bardziej dramatyczną współczesnością. Przy czym nie są to powierzchowne stwierdzenia turysty – rowerzysty, ale człowieka znającego język, korzystającego nie tylko z doświadczeń własnych, ale także z wiedzy wielu kompetentnych rozmówców oraz bogatej literatury książkowej i zawartej w różnych publikacjach. Pisząc o faktach, cytując liczby czy opinie, autor w 240 przypisach odsyła do ich źródeł. Swoją, w sumie 9-miesięczną podróż po Wenezueli, z przygodami także na jej granicach, odbył w latach 2014, do wiosny 2015. Zaś przedstawiane fakty aktualizował do końca tegoż roku.

I chociaż od tamtej pory sytuacja w Wenezueli jeszcze bardziej skomplikowała się, jest to w sumie obraz aktualny i szalenie ciekawy. Przekonać się o tym można czytając tę obszerną książkę. 400 stron sporego formatu, z dosyć drobnym drukiem i 32 kolorowymi zdjęciami. Zacytowanie zaledwie najciekawszych jej fragmentów wymagałoby co najmniej kilkunastu, raczej kilkudziesięciu stron, co w recenzji jest oczywiście niemożliwe. Przy czym uprzedzam czytelników. Kto spodziewa się znaleźć w tej książce tylko rodzaj przewodnika po turystycznych atrakcjach kraju, lub relację z rowerowej wyprawy, niech po nią nie sięga.

Ale kogo interesuje ten kraj, meandry jego dziejów oraz współczesności przedstawione częściowo na tle losów kontynentu, z ciekawymi, skłaniającymi do refleksji, odniesieniami do gospodarki i polityki światowej, tego zachęcam do lektury. „To jest terytorium skrajności, tędy nie da się przejść obojętnie”, pisze autor na wstępie. Dodając: „Wenezuela lat 2014 i 2015 to kraj pogrążony w kryzysie, stojący na historycznym rozdrożu między kontynuacją socjalistycznych wizji Hugo Cháveza a… no właśnie, nie do końca wiadomo czym”. Blisko 400 stron dalej, w Epilogu, przedstawia to w sposób wręcz dramatyczny:

„W szpitalu nie ma już nawet opatrunków i alkoholu do przemywania ran. Umierają noworodki, pacjenci czekają na leki, które dawno już przestały docierać.” „Zostają (w kraju) ci, którzy mają rodziny, dom, coś swojego, reszta ucieka hurtem.” A przecież w ciągu roku od napisania tych słów sytuacja w Wenezueli jeszcze bardziej pogorszyła się. I to pomimo wyborów wygranych przez opozycję, ale z posiadającym szerokie pełnomocnictwa prezydentem chavezistą Maduro. Bo około 40% społeczeństwa nadal zaczadzonych jest wizjami „El Comandante”. I uważa, że skoro kraj bogaty jest w ropę, to nie musi pracować, a utrzymywać ich powinno państwo.

Relacje z podróży autora książki przeplata w niej tematyka gospodarcza, ekonomiczna, polityczna, społeczna oraz kulturalna. Umieścił w tekście również cztery obszerne, do prawie 30 stron druku każdy, rozmowy z miejscowymi znawcami poszczególnej tematyki lub uczestnikami ważnych wydarzeń. O demokracji bezpośredniej po wenezuelsku. Nonsensach ekonomicznych i finansowych oraz ich skutkach. Na temat przebiegu i rezultatów prób przekształcania społeczeństwa konsumpcjonistów w komunistów. Krwawych protestów studenckich w Meridzie w latach 2013-2014. W przypadku nonsensów finansowych, autor odpowiada m.in. na pytanie: „Dlaczego w Wenezueli jest jednocześnie drożej niż w Szwajcarii i najtaniej na świecie”.

Jednym z przykładów tego jest jego, łącznie ponad 1600 kilometrowa podróż rowerem do sąsiedniej Brazyli. Nie tylko aby przy ponownym wjeździe otrzymać prawo do kolejnego, 90-dniowego pobytu turystycznego. Przede wszystkim w celu podjęcia tam gotówki z bankomatu i zamienienia jej na dolary amerykańskie. A je później sukcesywnie na wenezuelskie boliwary tracące wartość z dnia na dzień. Bo w Wenezueli wypłacono by mu je po urzędowym kursie 6,20 boliwara za 1 $, gdy czarnorynkowy przekraczał wówczas już 800 ! Tamtejsze trzy kursy walut stanowią nie tylko główne źródło korupcji, jednej z najwyższych na świecie.

„Skrajna korupcja powszechnie uznawana jest za jedyny sposób załatwiania spraw” – pisze autor. Przy czym także korupcja polityczna. Ale również były główną przyczyną upadku gospodarki pod rządami Cháveza. Przy tak zaniżonym kursie oficjalnym boliwara do amerykańskiego dolara i równocześnie ogromnych wpływach dewizowych z eksportu ropy w okresie jej rekordowo wysokich cen, nie opłacało się bowiem niczego produkować i eksportować. Nawet jeden z głównych wcześniej artykułów eksportowych, kawę, zaczęto importować, bo wypadało to taniej, niż uprawianie i zbieranie jej na miejscu. Autor opisuje skalę inflacji.

Kilkanaście lat temu pewien człowiek włożył do banku 50 tys. boliwarów. Za połowę kupił kawał ziemi, resztę zostawił na koncie. Gdy ją podjął w okresie kryzysu, starczyło na małą kawę w piekarni na rogu. Ciekawe są opisane mechanizmy bogacenia się i życia Wenezuelczyków ponad stan. Uzyskiwania po kursie najniższym, albo i tym wyższym urzędowym, przydziału dolarów np. na import czegoś do produkcji, lub handlu. Przedstawianie na to lipnych faktur, a w rzeczywistości sprowadzania np. o połowę mniej, a resztę wymieniania po kursie czarnorynkowym.

Co przynosiło ogromne zyski. Podobnie jak system sztywnych cen w sklepach. Do których co jakiś czas „rzucane” są poszukiwane, podstawowe artykuły, po które ustawiają się wielogodzinne kolejki. A szczęśliwi nabywcy przeważnie zaraz sprzedają je na czarnym rynku za kilka, później kilkudziesięciokrotnie wyższe ceny. Doszło do tego, że za równowartość pół kilograma wolnorynkowej cebuli można było sto razy napełnić na stacji benzynowej bak samochodu osobowego. Autor przytacza niezliczone przykłady skutków tego. Dentystka przerywa pracę, chociaż w kolejce czekają pacjenci, bo gdzieś niedaleko „rzucili” mydło. I takie postępowanie uważane jest za coś normalnego i naturalnego.

Autor pisze zresztą, że „cukru w wenezuelskich sklepach to ja nigdy nie widziałem. Mydła też…”. W ciągu, przypomnę, 9 miesięcy tam pobytu. A w innym miejscu: „…jajka (zniknęły ze sklepów spożywczych po wprowadzeniu cen urzędowych poniżej kosztów hodowli) kupuje się spod lady w sklepie żelaznym, po mleko trzeba wstawać w środku nocy, na proszek do prania urządza się polowanie…”. I obserwuje jak pasażerowie autobusów miejskich, gdy widzą gdzieś kolejkę, to natychmiast wysiadają i ustawiają się w niej, bo prawdopodobnie „coś dają”, chociaż nie wiedzą jeszcze co. Z niezliczonych przykładów nonsensów i różnic cenowych, jakie opisuje autor, przytoczę jeszcze kilka.

Gdy chciał wysłać do Polski paczkę z ciężkimi rzeczami, m.in. książkami, nie do wożenia na rowerze, którym podróżował, w prywatnej firmie kurierskiej w ciągu 4 dni cena skoczyła 13-krotnie do niebotycznej kwoty 65 tys. boliwarów. Bo cofnięto jej, i innym, możliwość wymiany waluty po kursie urzędowym. Na poczcie państwowej zapłacił tylko 350 boliwarów. Ale musiał „na wolnym rynku” kupić za 180 boliwarów papier i taśmę klejącą, bo poczta ich nie posiadała. I… skserować na własny koszt niezbędny do wysyłki pocztowy formularz. W placówce pozostał już bowiem tylko jeden, wzorcowy”. Na paczkę tę naklejono blisko 200 znaczków pocztowych, bo wyższych nominałów nie było.

Opisywaną plagą jest także przemyt benzyny i innych artykułów do sąsiedniej Kolumbii. Czy można jednak dziwić się, jeżeli kilogram mleka w proszku w Wenezueli kosztuje, jak się go dostanie, równowartość złotówki, a w Kolumbii 30 zł? Zaś ceny benzyny na stacjach nie pokrywają nawet kosztu wydobycia ropy? Przemyt bardzo opłaca się, chociaż pilnująca granicy Gwardia Narodowa pobiera od niego haracze. W przypadku mleka autor przytacza także inny przykład. Właściciel sporego gospodarstwa ze stadem mlecznych krów używa w domu na co dzień… mleka w proszku. Bo… „pastwisko jest daleko, a mleko (w proszku) władza rozdaje i taniej wychodzi.”

Dramatyczne są relacje i informacje na temat szalejącej przestępczości, zwłaszcza w miastach. O ogromnej korupcji, także w wojsku. Które „Za czasów Cháveza z pozycji najbardziej szanowanej i godnej zaufania instytucji zamieniło się w upolitycznione siedlisko korupcji i upadku, uważane przez społeczeństwo za jednego z głównych sprawców nieporządków w kraju”. I znowu przytacza konkretne dowody i przykłady. M.in. gdy autor jechał autobusem międzymiastowym, którego pasażerowie wieźli trochę serów i boczku, to przed wjazdem do miasta, aby uniknąć punktu kontrolnego, kierowca skręcił na boczną, trudno przejezdną dróżkę, „bo żołnierze lubią ser i boczek” i podróżni musieli by się z nimi podzielić.

Ciekawie przedstawiony został w tej książce niechlubny spadek po kolonialnych rządach Hiszpanów, ale i porządkach wcześniejszych. Np. niewolnictwa w Nowym Świecie nie wprowadzili europejscy najeźdźcy. Istniało ono już w czasach Majów, Azteków i Inków. Czy inny bolesny w skutkach problem. Konkwistadorzy mieli mnóstwo dzieci z czarnymi niewolnicami i indiańskimi kobietami. Z czasem sprowadzali z za oceanu swoje rodziny, a „bękarty” zostały bez żadnych praw. Nadal silne są, stwierdza autor, podziały rasowe. Biali to zwykle „gringo” – znienawidzeni, a propaganda chavistów tylko to utrwalała, Amerykanie. Nawet jeżeli są Wenezuelczykami od pokoleń. Najniżej w hierarchii stoją czarni. Im ludzie maja skórę jaśniejszą, tym cenieni są wyżej.

Resentymenty historyczne są nadal codziennością. Skrót historii kraju na tle pokolumbijskich dziejów kontynentu, stanowi kolejny ważny wątek książki. Hiszpańscy najeźdźcy przenieśli na grunt południowo amerykański nie etos szlachecki hidalgów, lecz cwaniacką zasadę, którą na nim chętnie podchwycili tubylcy: „pracować mają inni, nie my”. Autor pisze wręcz: „Przeciętny Wenezuelczyk chce się wzbogacić nie pracując”. Przytacza szokujące przykłady skutków takiego podejścia do życia. Dzieci na granicy śmierci głodowej w rodzinie, w której w szałasie z gliny z dziurawym dachem jest kilkudziesięciocalowy telewizor, antena satelitarna, gigantyczne głośniki i sprzęt grający, nowe modele iPhonów oraz wiele świeżo opróżnionych skrzynek po piwie. Ale na jedzenie dla dzieci już nie starcza.

Równocześnie podkreśla gościnność, życzliwość, bezpośredniość, większości mieszkańców, z jaką spotykał się. Często gdy gdzieś chciał rozbić namiot, to zapraszano go jeśli nie do mieszkania, to do obejścia. Karmiono, częstowano kawą itp. Niechlubnie, stwierdza, zapisały się w dziejach Wenezueli Stany Zjednoczone, które od 1830 r. zdominowały politykę kraju, podobnie jak innych w Ameryce Południowej, przez tajną dyplomację i konserwowanie monopoli handlowych. I niedopuszczanie do jednoczenia się państw hiszpańskojęzycznych. Skutkiem tego była oraz w znacznym stopniu nadal jest marginalizacja i wykluczenie całych grup społecznych. Zwłaszcza proletariatu miejskiego i wiejskiego.

Nie starczało mu na jedzenie i ubrania, nie mieli, jak w sowieckich kołchozach, dowodów osobistych, nie mówiąc już o paszportach. I setki tysięcy nadal żyją w slumsach. Mnóstwo jest w tej książce obserwacji i faktów również z innych dziedzin, m.in. obyczajów. Dominującej roli matek, które dla synów są przeważnie ważniejsze, niż później żony. To efekt powszechności rozwodów oraz niezliczonych dzieci nieślubnych, co uważane jest przez tamtejsze społeczeństwo za zupełnie normalne. Trudno nie wspomnieć o opisywanych zbrodniach reżymu oraz kulcie broni, którą skorumpowane wojsko sprzedaje każdemu, kto chce zapłacić. Uzbrojone grupy chavezystów na motorach (80-90% przestępstw popełnianych jest na nich), w kominiarkach i czerwonych chustach, rozbijają protesty studentów i opozycji, strzelają do ludzi zabijając ich, terroryzują społeczeństwo.

Na ogromnych muralach – to kolejny przykład z książki – namalowany jest Chrystus w koronie cierniowej celujący z karabinu maszynowego. A Matka Boska z Coromoto, patronka kraju, trzyma na kolanach Dzieciątko Jezus oparte o ustawionego nas sztorc kałasznikowa. W Boże Narodzenie wszystko jest pozamykane, kościoły też. Tylko o 18.00 w katedrze (w Maturinie), gigantycznej budowli, zbiera się 20-30 osób. Bo stosunek do Boga i religii jest tam, jak pisze autor, dosyć ambiwalentny. Warte uwagi są informacje o wenezuelskich imionach. Pochodzą one często od „gwiazd” filmu, muzyki i sportu, rewolucjonistów itp., zapisywanych fonetycznie tak, jak je zapamiętują. Yesica, Maikol, Youlbrainer, czy… Stalin. Gdy to czytałem, przypomniał mi się poznany w Gruzji emeryt, dumny ze swojego imienia Stalber, pochodzącego od pierwszych członów nazwisk Stalin i Beria…

Sporo krytycznych uwag zebrała turystyka. „W całych Andach wenezuelskich – pisze autor – w całym stanie Mérida żyjącym głównie z turystyki, nie ma ani jednego oznakowanego szlaku wędrownego”. A są tam bardzo ciekawe trasy, m.in. przez przełęcz na wysokości 4,2 tys. m. n.p.m., na których ludzie gubią się, a nawet giną. Niedorozwinięty turystycznie jest szalenie atrakcyjny płaskowyż Gran Sabana. Zachwycające, ale z bardzo różną infrastrukturą, karaibskie plaże. Chociaż autor nie był na uznawanej za wyjątkowo atrakcyjną, wyspie Margarita.. Z ogromnym uznaniem pisze on jednak również o osiągnięciach kraju.

M.in. o niektórych reformach wprowadzonych przez chavezistów. O wiejskim szkolnictwie, a także Narodowym Systemie Orkiestr. Kształci się w nim blisko 400 tys. dzieciaków, również w małych, prowincjonalnych miasteczkach. Chociaż i temu towarzyszy korupcja, skandale, afery. Ortodoksi zarzucają mu natomiast… kolonializm. Bo „… zaszczepia muzyczny europocentryzm, pogardę dla muzyki wenezuelskiej. Staje się fabryką taniej siły roboczej dla orkiestr symfonicznych świata”. W ostatnim akapicie Epilogu czytam:

Mam jednak nadzieję, że dobrnąwszy do tych ostatnich już zdań, uzyskał Czytelnik pewne żywe, zrównoważone i nie obarczone prostymi stereotypami wyobrażenie o Wenezueli jako o rzeczywistym społeczeństwie, o ludziach z krwi i kości, z całą gamą ich wad i zalet, miłości i konfliktów, paradoksalnych sprzeczności, codziennych wyzwań i historycznych zaszłości.” Ja uzyskałem, do lektury zachęcam również innych. Bo jest to książka na pewno na nią zasługująca. A także na refleksje, do czego prowadzi nadmierna, niedostatecznie kontrolowana władza, nieodpowiedzialne eksperymenty oraz decyzje gospodarcze i polityczne. 

Globtroter CEZARY RUDZIŃSKI; 2017-02-03


Wojciech Ganczarek podróżuje rowerem po Ameryce Łacińskiej. Nie spieszy się - w samej tylko Wenezueli spędza dziewięć miesięcy. Ma czas, by uważnie patrzeć, długo rozmawiać i dużo czytać. Opisy odwiedzanych miejsc przeplata wywiadami, a także mnóstwem faktów, danych statystycznych i refleksji socjologów, próbując zrozumieć jeden z najbardziej niepojętych krajów latynoskich.

PODRÓŻE