Recenzje:
"Nie żebym narzekał, nie ma mowy o narzekaniu. Szczególnie wieczorem, w namiocie, po makaronie z makaronem, a co drugi dzień z parówkami. W zasadzie to nawet jest przyjemnie. Albo inaczej - jestem przyjemnie zmęczony. Szczerze mówiąc, to ja chyba lubię się tak umordować". Piotr Strzeżysz opisuje swoje trzy wyprawy rowerowe: po Ameryce Południowej (Andy, 2007, 2008) i Północnej (Kordyliery zimą, 2011 rok). Opisuje swoje zmagania, jazdę, rozmowy z napotykanymi ludźmi po hiszpańsku i angielsku, radość z darmowych noclegów i serdecznych przyjęć, smutek po usłyszeniu rozkazu wynocha stąd, wracaj do Polski:). Nie obce mu potworne zmęczenie, smaganie wiatrem, jazda w deszczu i śniegu, spotkania ze zwierzakami (niedźwiedzie, łosie, bizony, psy). A robi to jak wytrawny gawędziarz, bajkoopowiadacz. Z charakterystyczną sobie pogodą ducha, przytaknięciem na ludzkie gadanie ("konia sobie kup i zostaw ten rower"; "to w Polsce tak źle, że trzeba z niej wyjeżdżać?"), godzeniem się z losem, nieskrywanym wdziękiem, radością i wyczuwalnym potężnym ładunkiem szczęścia. "Włóczykij" z zawodu (niech sobie przetłumaczą jak chcą), człowiek, który kocha wolność, bliskość natury, spokój i otwartość ludzi (potrafi celnie skrytykować tych, którzy są zahukani, zamknięci w swoim dobrobycie i ciepełku, "w przeciwieństwie do niego ja jeżdżę, a on nadal odkłada pieniądze"), samotność, ale i poczucie, że "jednak czasem dobrze jest pobyć z ludźmi". Ma zabawny dystans do siebie i niemal nieustający humor ("trzeba się było na siłownię zapisać, żelazem pomachać, kabel wyrobić, a nie książki czytać"; "w szczycie formy nie byłem, ale tak, odpowiedziałem z uśmiechem, że wszystko świetnie, jest pięknie"; "w głowie miałem dziwne myśli, trochę radości, ale też trochę wstydu, że tak bez pokory pcham się znów na wierzchołek"; "tyle już lat włóczę się po świecie, a ciągle zapominam, że inaczej się jeździ palcem po mapie, a inaczej rowerem po ziemi"). Jazda rowerem pozwala mu dotrzeć tam, gdzie innym nawet się nie śni, poznać miejsca od podszewki, pogadać z ludźmi przy barze, pod sklepem, w schronisku dla bezdomnych, na poboczu drogi, tam, gdzie nikt nie dociera. Wilderness za friko, w nadmiarze. Wystarczą silne nogi, sprawny rower, "i wszystko inne mam gdzieś". Wspaniałe krajobrazy, wietrzne przełęcze górskie, długie drogi, strome zjazdy, jazda bez planu, z głową pustą ("z natury jestem leniwy i z reguły nie myślę wcale":), wdzięczną lub czarnymi myślami. Książka jest jak słuchanie na żywo Piotra Strzeżysza: długie zdania, splecione wątki, pamiętnik z podróży, dużo fotografii z odległych i niedostępnych miejsc. I ta myśl towarzysząca: "Lepiej nie mieć niczego, ale mieć pragnienia, niż posiadać wszystko, ale nie mieć pragnień". I poczucie, że trzeba mieć wiele odwagi i szczęścia, żeby tak sobie śmigać bez skrępowania i spiny. Może czasem za dużo gmatwaniny, rozmyślań, wahań: chcę tego i nie chcę, lubię i nie lubię, tęsknię i nie tęsknię, i zdecydowanie za mała czcionka, ale klimat jazdy na rowerze i zmagań doskonale oddany. A najważniejsze z podróży jest to: włóczykij czuje, że ma skrzydła, ma świadomość, że żyje...!!!

http://madebybibi.blogspot.com Bi Bi


Piotr Strzeżysz zalicza się do grona fascynatów z zapałem objeżdżających świat na ukochanym jednośladzie. Na swoim koncie ma on już wiele przebytych kilometrów oraz książkę pt. "Campa w sakwach", którą miałam przyjemność czytać oraz recenzować. Spotkanie z dziełem p. Piotra wspominałam bardzo pozytywnie, dlatego gdy ujrzałam w zapowiedziach tytuł- "Makaron w sakwach" czyli drugi tytuł napisany przez tego autora, wiedziałam, że sięgnę także po niego.

Trasa: oba kontynenty amerykańskie.
Start: Chile.
Nauczony doświadczeniem podróżnik chcąc oszczędzić sobie przewozu roweru w samolocie i związanej z tym papierkowej roboty, rower zakupił na miejscu i... ruszył. Jak to jednak w przypadku wypraw wszelakich bywa, nic nie mogło pójść idealnie i p. Piotr wielokrotnie w trakcie jazdy musiał stawić czoła niespodziewanym przeszkodom, zaczynając od bariery językowej, czy biurokratów, którzy uwielbiają utrudniać każdą sprawę, a kończąc na przebrzydłym wietrze spychającym mężczyznę z właściwej trasy. Na szczęście wielu spośród ludzi, na których trafił, cechowała gościnność, a jedzenie, którym go częstowali- wyborny smak.

Książka jest dokładną relacją z przebiegu wyprawy z 2008 roku. Na jej treść składają się- opis strony organizacyjnej, refleksje podróżnika oraz jego celne spostrzeżenia odnośnie ludzi, miejsc i kultur, z którymi miał styczność. Trzeba w tym momencie dodać, że w trakcie wyjazdu p. Piotr jeszcze częściej popadał w chwile zadumy niż w "Campie w sakwach". Oprócz tego muszę wspomnieć, że w poprzedniej książce, historia miała momentami wydźwięk dość zabawny, natomiast tym razem wszystko przedstawione zostało w sposób bardziej stonowany.

Choć odczułam, że "Makaron w sakwach" różni się od swojej poprzedniczki, lektura sprawiła mi sporo przyjemności. Styl autora znów był bardzo bezpośredni, plastyczny i lekki, dlatego z zainteresowaniem śledziłam kolejne etapy wędrówki rowerzysty. Ponownie udzieliła mi się również jego ekscytacja, wywołana możliwością samotnej podróży przez piękne i dzikie rejony. Estetyczne potrzeby natomiast zaspokoiły liczne fotografie wykonane przez autora w trakcie wyprawy, przeplatające się, co jakiś czas z treścią. Za niezwykle udaną uważam również okładkę z prostą, szybko przyciągającą wzrok i równocześnie dość komiczną grafiką, .

Po raz kolejny odniosłam wrażenie, że p. Strzeżysz jest niezwykle szczerą i sympatyczną osobą i chyba właśnie dzięki takiemu charakterowi tworzy książki, których czytanie jest miłym przeżyciem. Wprawdzie w porównaniu z Campą, Makaron nie ujął i nie zachwycił mnie aż tak bardzo, jednak także tę lekturę będę pozytywnie kojarzyła i polecała, jako przykład dobrej przedstawicielki gatunku literatury podróżniczej.

jarken.blogspot.com Jarka


Rowerowe wyprawy Piotra to zawsze przeżycia natury ekstremalnej! Opublikowaliśmy już niejedną jego wycieczkę i sekundujemy mu od początku rowerowej przygody.

Magazyn Rowerowy 2013-01-09


Jazda na rowerze to doskonały sposób na tanie podróżowanie. Może nie każdy zdecyduje się przejechać przez Andy i Kordyliery, ale dla Piotra Strzeżysza, to wspaniała przygoda. Swoimi wrażeniami dzieli się z nami w swojej najnowszej książce, która ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Bezdroża. Książka opisuje przygody autora podczas rowerowych wypraw w Andy i Kordyliery. Autor zadziwia i zaraża swoim zapałem, energią i konsekwencją w dążeniu do celu! Przeczytajcie koniecznie, chociażby po to, żeby się dowiedzieć dlaczego makaron jest kluczowym elementem każdej wyprawy rowerowej!

Jachting 2012-12-14


Parę miesięcy temu, "pojechałam" z Piotrem Strzeżyszem - "Z campą w sakwach na dach świata". Wyprawa zrobiła na mnie takie wrażenie, że bez wahania "ruszyłam"- wraz z autorem- w kolejną podróż, tym razem w stronę obu Ameryk.
"Pomysł wydawał się prosty. Pojechać do Chile, kupić najtańszy, w miarę sprawny rower i przepedałować na nim do Patagonii, przez drogę zwaną Carretera Austral. Raz w życiu chciałem sobie oszczędzić przepraw na
lotnisku z rowerowym pudłem, zastanawiania się, czy jednoślad doleci w całości. Postanowiłem kupić rower na miejscu i ruszyć nim z Puerto Montt na południe. Droga nie sprawiała wrażenia ani zbyt trudnej, ani długiej, miałem do pokonania niecałe tysiąc kilometrów i trzy tygodnie wolnego?".(str. 14)
Plan prawie doskonały? Prawie. Rower bardzo szybko odmówił posłuszeństwa, a plany wymagały korekty. Autor- jak zwykle poradził sobie z sytuacją i przyjął ze spokojem- choć nie bez smutku- nową rzeczywistość. Gdy wyprawa mogła trwać w najlepsze, Piotr złamał nogę i musiał wrócić do domu. Totalna katastrofa. Z zaskoczeniem kartkowałam kolejne strony, zastanawiając się: co teraz??.
Na szczęście niebawem Piotr wraca do Ameryki Południowej, ze sprawnym rowerem, choć i tym razem nie bez zmiany wcześniejszych planów: "Zwijam mapę i siadam na rower. Przewodnik po Patagonii zostawiam na ławce przy
parkingu. Miało być na południe, będzie na północ, miała być Patagonia, może będzie Boliwia?". (str.66)
Co sprawia, że książki Piotra Strzeżysza są wyjątkowe? Kolejne kilometry przez zapierające dech w piersiach krajobrazy, fotografie, które uzupełniają barwne opisy? Nie tylko. Szczególnie bliska jest mi jego filozofia życia, bezpośredniość i szczerość, z jaką dzieli się z czytelnikiem swoimi wrażeniami. Jego zapiski pozbawione są cenzury- towarzyszymy mu także w momentach, w których wypełnia go rozczarowanie, smutek, żal, czy wściekłość. Nie jest rowerowym tytanem pozbawionym chwil słabości, a jego kieszenie często są puste. Mimo determinacji i uporu, niezbędnych, by kontynuować podróż przez Amerykę Południową, a potem Północną, jest w nim dużo humoru, dystansu i wrażliwości, bez których
podróże byłyby jedynie walką z kolejnymi kilometrami i niczym więcej.
"Nad głową zawisło rozgwieżdżone niebo, nieprawdopodobnie nisko, nieprawdopodobnie blisko, przedstawienie trwało, ni to komedia, ni to dramat, zyliard gwiazd patrzyło na mnie, a ja grałem dalej, zyliard gwiazd, których może już nie ma, przecież widzę tylko odbite światło (…) byłem pewien, że jeśli tylko wyciągnę rękę, to strącę je wszystkie na
ziemię?". (str.146)
Wyprawa rowerowa do Ameryki Północnej to walka z niskim budżetem, nadciągającą zimą, nieufnymi mieszkańcami, którzy niechętnie udostępniają swoje posesje na rozbicie namiotu i strachem przed misiami. Ale nawet tak trudne warunki nie wpływają na humorystyczny stosunek Piotra do rzeczywistości- nie brak momentów, w których także poważny czytelnik uśmiechnie się szerzej- jak wtedy gdy desperacja w poszukiwaniu miejsca na nocleg zaprowadziła go w dość szczególne miejsce. Mimo, że zdecydowana większość mieszkańców Ameryki Północnej wykazała niezbyt duże zrozumienie i życzliwość dla podróżującego niskobudżetowo rowerzysty, zdarzali się też pełni szczodrości i bezinteresowności ludzie- jak w każdej podróży.
Książkę przeczytałam jednym tchem i już się cieszę na następną, bo jak sądzę będzie kolejna i kolejna?
"Znów w drodze. Z braku skrzydeł znów przemieszczam się rowerem. Nie, nie narzekam, tylko stwierdzam fakt. No więc bynajmniej nie ubolewam, bo rower bardzo lubię i inaczej ciężko sobie wyobrazić podróżowanie, ale latka lecą, tu coś strzyknie, tu zaskrzypi, tam zaboli, a włóczyć się przecież nie przestanę. Kiedyś myślałem, że przestanę, ale już
postanowiłem, że właśnie nie przestanę (…). Jeśli więc nadal mam się włóczyć, to fajnie byłoby mieć skrzydła, bo do końca życia nie będę przecież jeździł rowerem, niestety". (str.195)

http://mumagstravellers.blogspot.com/ 2012-11-04


Nakładem wydawnictwa Bezdroża ukazała się właśnie książka Piotra Strzeżysza pt. „Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery". To po „Campie w sakwach" kolejna książka podróżnika, rowerowego włóczykija, który od lat realizuje marzenie zwiedzania świata na rowerze, łącząc pasję podróżowania z pisaniem i fotografią. Przejechał już ponad trzydzieści krajów, na czterech kontynentach. Za swoje dokonania został dwukrotnie wyróżniony prestiżową nagrodą Kolosy. Książka opowiada o przygodach autora podczas rowerowych wypraw w Andy i Kordyliery. Piotr emanuje otwartością na wszelkie przygody i chęcią poznawania nowych ludzi, więc opowieściom: co przeżył, kogo spotkał na swojej drodze i dlaczego w życiu rowerzysty tak ważny jest tytułowy makaron, nie ma końca.

Dziennik Elbląski JAGO, 2012-11-05