Recenzje:
Świat Majów wczoraj i dziś.
 
Wspaniała książka! Anita Demianowicz zabiera nas w niezwykłą podróż przez Amerykę Środkową. W podróż niezwykłą, w poszukiwaniu przygód, prawdy o tamtym zakątku świata, o zamieszkujących go ludziach, ich zwyczajach, codzienności, a także w podróż... w głąb samego siebie - w poszukiwaniu głosu serca, książka ta jest bowiem również o tym, że nigdy nie należy rezygnować z samego siebie i z własnych marzeń (autorka rzuciła pracę w korporacji po to, by podróżować; książka ta nigdy by nie powstała gdyby nie ta decyzja). Warto, jak się okazuje, spróbować wygrać walkę z samym sobą, podjąć ryzyko i ... wygrać marzenia.
 
Ameryka Środkowa to piękny, ale i niebezpieczny region. Pełen wspomnień z przeszłości o rdzennych tradycjach, wciąż obecnych w lokalnym sposobie życia, bycia i myślenia. To także region będący swoistą mieszanką przeszłości i teraźniejszości, w którym splata się ze sobą tradycja, nowoczesność, bieda, przestępczość, ale także gościnność, otwartość i barwny świat, który roztacza się za oknem hotelowego, może niezbyt obfitującego w luksusy, lecz swojskiego, hotelu. Plusy i minusy są zawsze i wszędzie, jednak czytając tę książkę... aż chciałoby się tam pojechać!
 
Anita Demianowicz snuje opowieść o własnych doświadczeniach, podróżach, zabytkach, tradycjach, lecz przede wszystkim o poznanych w podróży ludziach, zarówno tych mieszkających na miejscu od zawsze, jak i o podobnych sobie turystach, równie jak autorka zauroczonych światem, w który rzucił ich akurat wir podróży. Opowiada także o samej sobie, o własnych przemyśleniach, o przezwyciężaniu własnych słabości, wplatając w całość wiele anegdot i przemyśleń dotyczących jej samej. Przez to wszystko "Końca świata nie było" czyta się lekko i przyjemnie. A piękna szata graficzna, ociekająca wręcz świetnymi zdjęciami, tylko tę lekturę umila. Zdjęcia to tak naprawdę równie ważna część tej książki jak sama treść - do tego stopnia w punkt uchwytują one codzienność życia odwiedzonych przez autorkę miejsc i ich ducha, że nie sposób o tym fakcie nie wspomnieć.
 
Książka ta to coś przede wszystkim dla ludzi ciekawych świata. Nie tylko dla podróżników, choć ci będą z pewnością zachwyceni. To książka dla każdego, kto ma ochotę i chwilę czasu, by zerknąć na moment w realia trochę innego świata. Jakże przy tym ciekawego i ... choć daleko, to jednak obecnego - zapowiadanego w odniesieniu do kalendarza Majów końca świata wszak, jak dobrze wiemy (na szczęście) nie było...
 
Gorąco polecam!

cosnapolce.blogspot.com Northman; 2017-01-26


Gdy pierwszy raz otworzyłam książkę, z wnętrza okładki spojrzała na mnie przesympatyczna dziewczyna z tatuażami. Pomyślałam wtedy, że wygląda jednocześnie na twardą, ale również delikatną kobietę. Po kilku pierwszych rozdziałach nabrałam do niej ogromnego szacunku i nie raz czułam ukłucia zazdrości. O co? O to, moi drodzy, że znalazła w sobie wystarczająco odwagi, by rzucić pracę i wyjechać na samotną, półroczną podróż po Ameryce Środkowej . Co prawda, ona mówi, że też się bała, miała w sobie wiele obaw, nie raz chciała się wycofać. Wygrała jednak ciekawość świata i pogoń za największym marzeniem: poznaniem kultury Majów. Swoją podróż Anita opisuje w książce, która ukazała się nakładem wydawnictwa Bezdroża „Końca świata nie będzie”.Skąd ten tytuł? Niebawem się przekonacie.
 
Co ciekawe, autorka książki, przed swoją wyprawą do Ameryki Środkowej, podróżowała jak większość z nas: za pomocą biur podróży, na dodatek nie sama, lecz z mężem. Jej wakacje jednak, nie polegały na wygrzewaniu się na plaży. Podkreśla, że za każdym razem, gdziekolwiek by nie była, nie lubiła tracić chwili. Chciała z wyjazdu wyciągnąć jak najwięcej. Odwiedzała wszystkie muzea i miejsca warte zobaczenia. Niby było fajnie i sympatycznie, jednak gdzieś w środku czuła pociąg do innego rodzaju podróży.
 
Czemu Ameryka Środkowa i kultura Majów?
 
„Gwatemala po prostu mi się przyśniła. (…) Coś mnie tam wzywało, przyciągało.
 
Kiedyś podczas pewnej wycieczki po Polsce trafiła do podlaskiej szeptuchy, która tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że jej marzenie ma głębszy wymiar
 
”W poprzednim wcieleniu żyłaś jako indiański szaman. Pomogłaś wielu osobom, wielu wyleczyłaś” –powiedziała jej.
 
Podróżniczka opowiada również o tym, że wiele osób odradzało jej wyprawę w ten region świata. Kartele narkotykowe, gangi brzmią groźnie dla samotnej kobiety. Na początek przygody z samotnym podróżowaniem proponowali Tajlandię lub inne państwa Azji, gdzie ludzie słynną z gościnności. Anita jednak była uparta i postawiła na swoim. Zostawiła rodzinę i męża i wyruszyła w świat.
 
Nie chcę mówić Wam o wszystkim co ją spotkało, wtedy zabrałabym Wam całą przyjemność z czytania tej książki. Powiem Wam jedynie, że ilość przygód i niesamowitych sytuacji, które przeżyła nie raz spowoduje u Was zdumienie, ale i zazdrość. Nie raz będzie zabawnie, innym razem groźnie. Zawsze jednak Anita wychodzi z sytuacji obronną ręką, bo owszem na świecie jest wiele zła, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto poda Ci pomocną dłoń, gdy najmniej się tego spodziewasz.
 
Obiecałam Wam jednak, że zdradzę skąd tytuł książki. Anita swoją wyprawę odbywała w 2012 roku, a najbardziej znaną wioskę Majów odwiedziła w dniu, kiedy cały świat zamarł w oczekiwaniu na koniec świata przewidziany przez tą cywilizację, czyli 21 grudnia.  Jak widać, żyjemy dalej… Widocznie końca świata nie będzie.
 
Rzadko sięgam po książki podróżnicze i stwierdzam, że może czas to zmienić, bo  w tej książce zaczytywałam się z ogromną przyjemnością. Podróżniczka opowiada o swojej wyprawie w sposób szczery i przyjemny dla oka. Mówi wprost o swoim strachu, ale również o radościach i zaskoczeniach. Ponadto to świetna lektura dla kogoś, kto zamierza tak jak autorka wyruszyć samotnie w świat Nie raz można nauczyć się na błędach Anity, ustrzec się przed pomyłkami amatora. Swoja drogą nie raz szczerze się uśmiałam.
 
Nie sposób nie wspomnieć, że książka pełna jest przepięknych zdjęć. Nie są to jedynie zdjęcia krajobrazów, lecz również ludzi, których spotykała na swojej drodze. Zazdroszczę autorce tego co przeżyła, jednak wiem, że na pewno jej łatwiej było zdecydować się na taką wyprawę, niż kobietom takim jak na przykład ja, które mają dzieci. Dzieci zmieniają wiele, a przede wszystkim przewartościowują nasze życie. Zostaje mi czekać, aż córki dorosną i wtedy rzucić się w wir prawdziwego podróżowania, bez planu i all inclusive z Itaki ;)

degustatorka.blogspot.com


Nie wiem, czy pamiętacie akcję z końcem świata, który według kalendarza Majów miał nastąpić 21 grudnia 2012 roku. Ja nawet pamiętam, co wtedy robiłam. Odwoziłam chomika do koleżanki, która miała się nim zająć, gdy wyjeżdżałam na święta do rodziców. Żartowałam, że najwyżej zginę z transporterem w ręce. Końca świata jednak nie uświadczyłam. Dlaczego jednak o nim wspominam, skoro data ważności już minęła?
 
Anita Demianowicz chciała zmienić coś w swoim życiu. Po pięciu latach pracy w korporacji postanowiła rzucić robotę i wyrwać się z rutyny. Kupiła więc bilet, spakowała plecak, zostawiła w domu męża i wyjechała na pięć miesięcy do Ameryki Środkowej. Odwiedziła w tym czasie Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Aby naprawdę dobrze poznać kraje, w których się znalazła, uczyła się języka hiszpańskiego i mieszkała u gościnnych rodzin. Z nimi spędziła Wielkanoc i Boże Narodzenie, uczestniczyła też w barwnych i hucznych procesjach. Podróżowała głównie tzw. chicken busami. Zakochała się w wulkanach i wspięła niemal na każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą przemierzała z blisko siedemdziesięcioletnim przewodnikiem, tropiła czarną pumę. W dawnej stolicy państwa Majów brała udział w uroczystościach związanych z końcem kalendarza Majów.
 
Wyjazd do Ameryki Środkowej stał się dla autorki początkiem wielkiej podróżniczej przygody autorki. na tym wyjeździe się nie skończyło. Urzekło mnie podejście jej męża do całej sytuacji. Bożydar nie miał nic przeciwko temu, by żona zostawiła go samego na parę miesięcy. Odwiózł ją na lotnisko, pomógł przygotować się do podróży, a po jej powrocie wyszukał dla niej kolejny tani bilet.
 
Autorka to prawdziwa baba z jajami. Jak ja jej zazdroszczę uwagi i samozaparcia. By zrozumieć mieszkańców, uczyła się języka hiszpańskiego. Po wyjeździe nie nocowała w hotelach, lecz u miejscowych rodzin. Opowieść kobiety jest pełna pasji. Wraz z nią przeżywałam jej wyjazd za granicę. Anita Demianowicz urzekła mnie swoją szczerością. Nie udawała chojraka. Przyznała się, że odczuwała strach. Wyjechała w nieznane i w sumie nie wiedziała, co ją czeka. Nie zawsze było jej łatwo, lecz nie załamywała rąk, tylko robiła wszystko, by pokonać trudności. Końca świata nie było czyta się jednym tchem. To naprawdę niezwykła opowieść i z wielką chęcią przeczytałabym kolejną książkę autorki, o ile tylko powstanie.
 
Wiecie, co podoba mi się najbardziej w książkach podróżniczych? Zdjęcia. To dzięki nim przenoszę się wraz z autorami w dalekie strony, których sama pewnie nigdy nie odwiedzę. Póki co mnie na to nie stać. Zdjęcia w Końca świata nie było robią wrażenie. Są niezwykłe, tętnią życiem. Trzeba mieć dobre oko, by zrobić takie fotki. Ogromny szacuj.
 
Sama chciałabym ruszyć w taką podróż w nieznane, lecz chwilowo brakuje mi na to funduszy i odwagi. Nie umiałabym porzucić swojego życia i tak po prostu wyjechać. Jednak zbyt wiele rzeczy trzyma mnie w Polsce. Dzięki Anicie Demianowicz przeniosłam się do zupełnie innego świata. Poznałam kulturę, o której w sumie niewiele wiedziałam.
 
To jedna z lepszych książek podróżniczych, jakie miałam okazję w tym roku czytać. Jeśli szukacie dobrej relacji z podróży, której prędko nie zapomnicie, polecam wam Końca świata nie było. Nie powinniście czuć się rozczarowani. Anita Demianowicz w niezwykły sposób opowiada o tym, co przeżyła.

Sztukater.pl Pani M


Dzisiejsza lekcja geografii, którą wzbogaca nas Wydawnictwo Bezdroża, to wyprawy w regiony odległe bardziej niż nam się zwykle marzy. Anita Demianowicz, po pięciu latach pracy w korporacji, spakowała plecak i wyjechała na pięć miesięcy do Ameryki Środkowej. Odwiedziła w tym czasie Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Efekt - relacja podróżnicza "Końca świata nie było". To opowieść nie tylko o podróży do świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, o swojej drodze do szczęścia.

Dziennik Łódzki


„Końca świata nie było” to książka podróżnicza, ale przede wszystkim książka-inspiracja, która ma sprawić, że pomyślisz: „Ona dała radę, to ja też dam”. To opowieść nie tylko o podróży do świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, w poszukiwaniu życiowego celu i sensu istnienia, o znalezieniu własnej drogi do szczęścia, a przede wszystkim o odkrywaniu wiary w siebie i swoje możliwości.

Dla kogo jest ta książka?

Na pewno dla tych, którzy wybierają się do Gwatemali, Hondurasu czy Salwadoru, ale przede wszystkim dla tych, którzy marzą o długiej (o krótszej też) podróży, ale nie mają z kim wyjechać, a sami się za bardzo boją i uważają, że taki wyjazd w pojedynkę jest poza ich zasięgiem. Nie jest. Ja też tak kiedyś myślałam, a potem pewnego razu po prostu kupiłam bilet i nie miałam już wyjścia. Byłam zdeterminowana i pewna tego, że muszę to zrobić i że ta podróż zmieni moje życie. To też książka dla kobiet, o jakich w felietonie „Wyjechać z siebie” (dla którego punktem wyjścia była moja historia i książka)  dla Dużego Formatu pisze Mariusz Szczygieł. Panowie jednak też nie będą rozczarowani.

Końca świata nie było to jedna z niewielu książek (a może nawet pierwsza), która sprawiła, że pomyślałam Hej, przecież ja też tak mogę.”

O czym jest książka?

Wiele osób pyta, czy to jest reportaż? Czy dowiedzą się z niej czegoś o kraju, czy może jest to książka bardziej o autorze? Na pewno nie jest to reportaż. To książka podróżnicza, ale bardzo osobista. Zależało mi na tym, by moja opowieść nie została zaliczona do typowej literatury podróżniczej, w której główny bohater, odważny niczym Indiana Jones przedziera się przez dżunglę, przeżywa same niesamowite przygody, wszędzie jest pierwszy i w miejscach, w których wcześniej nie stanęła stopa turysty. Nie znoszę takich książek podróżniczych.

„Dla mnie przede wszystkim to inspirująca opowieść o wychodzeniu z własnej strefy komfortu. Bardziej niż walory podróżnicze, zapamiętam z tej książki jej autorkę, to, co robi i jak pokazuje, że tak naprawdę można wszystko.”

Ja nie chciałam robić z siebie bohaterki, bo też nią nie byłam. Chciałam opowiedzieć swoją historię. Historię normalnej dziewczyny, która pracowała w korporacji, miała 26 dni urlopu i wykorzystywała je na wyjazdy z mężem. To on te wyjazdy organizował (albo organizowało je biuro podróży), on załatwiał wszelkie formalności, a ona jechała na gotowe. A potem dojrzała. Praca, której nie lubiła, skłoniła ją do porzucenia wygodnego życia i wyjechania na koniec świata.

To też książka o strachu i obawach, jakie mi towarzyszyły przed i w trakcie wyjazdu, i o próbach panowania nad nimi. Jest też sporo o kraju, mieszkańcach, zwyczajach i tradycjach, bo w Gwatemali razem z rodzinami, u których mieszkałam, spędzałam i święta Bożego Narodzenia, i Wielkanoc.

Autorka bloga „Bardziej lubię książki niż ludzi” pisze o  mojej książce tak: „Dla mnie przede wszystkim to inspirująca opowieść o wychodzeniu z własnej strefy komfortu. Bardziej niż walory podróżnicze, zapamiętam z tej książki jej autorkę, to, co robi i jak pokazuje, że tak naprawdę można wszystko.” I dodaje: „Anita Demianowicz znalazła to, czego szukała i przekuła to w spełnione życie i świetną działalność. A dla nas, czytelników, ma to duże znaczenie. Bo widzimy, że można być kobietą i podróżować samemu. Bo widzimy, że to w porządku się bać, czegoś nie wiedzieć, nie być perfekcyjnym i idealnym. O ile pragniemy wyjść z własnej strefy komfortu, chcemy pokonać nasze lęki, znajdziemy na to sposób.” Zaznacza też, że: „Pisze lekko, z poczuciem humoru, zwraca uwagę na najciekawsze szczegóły, a swoje przygody wybiera tak, by oddać ducha danego miejsca. Całości dopełniają świetne zdjęcia, na których możemy zobaczyć to wszystko, o czym pisze autorka. Lubię takie połączenia.”

Zauważa też to, co chciałam tą książką przekazać, po co ją właściwie pisałam: „Końca świata nie było to jedna z niewielu książek (a może nawet pierwsza), która sprawiła, że pomyślałam Hej, przecież ja też tak mogę.” 

banita.travel.pl


Jakiś czas temu przeczytałam książkę Sergiusza Prokurata o jego podróży do Peru, Kolumbii i Ekwadoru ( „To nie jest miejsce dla gringo”), a że książka obudziła we mnie  ciekawość innych krajów Ameryki Łacińskiej, z zainteresowaniem   sięgnęłam po  książkę Anity Demianowicz , która w pięciomiesięcznej podróży zwiedziła ( czy to właściwe słowo?) i poznała Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Jej  książka uwiodła mnie szatą  graficzną; uwielbiam te wydane na eleganckim kredowym papierze z pięknymi zdjęciami i starannie zaprojektowaną  szatą graficzną. Książka Anity Demianowicz spełnia wszystkie  te kryteria, do czego zresztą śląskie wydawnictwo Bezdroża  zdążyło mnie już przyzwyczaić.
 
Drugi z powodów to… sama Autorka.  Zawsze gdy biorę do ręki nową książkę, czytam to, co na obwolucie i  pierwszy akapit  tekstu.  I najczęściej  to decyduje, czy powstaje między mną a książka chemia, czy nie.  Książka Anity Demianowicz uwiodła mnie już samym początkiem. Autorka z rozbrajającą szczerością pisze, że… „nie chciała być podróżniczką” (!?), że ma w sobie mnóstwo lęków, kompletnie nie ma orientacji w terenie, gubi się we własnym mieście i nie umie  określić, gdzie jest północ! Tym wyznaniem kupiła mnie, bo  wynikało z niego, że.. . Ona – to ja! Z tą różnicą, że ja nawet w najodważniejszych marzeniach nie ośmieliłabym  się na samotną podróż do innego państwa, a Ona – porzuciwszy dobrze płatną pracę w korporacji, bezpieczny dom  i kochającego męża – wyjechała w SAMOTNĄ pięciomiesięczną podróż do Ameryki Środkowej ( Gwatemala, Honduras, Salwador i w drodze powrotnej  kawałek Meksyku). Ona – młoda , zaledwie trzydziestokilkuletnia, pełna lęków, strachów i wewnętrznych ograniczeń wyrusza na drugi koniec świata, w rejon zdominowany brutalną i surową kulturą macho,  gdzie biała kobieta jest nie tylko  gringo(obca), ale i cieszy się (często zasłużoną!)  złą reputacją oraz stanowi obiekt pożądania niezależnie od …wieku i wyglądu(!).  
 
Demianowicz wyrusza w  tę część amerykańskiego kontynentu, gdzie panuje przeogromna bieda i postępująca za nią przestępczość, gdzie króluje przemoc, gangi, narkotyki, przemyt i  porachunki. W Gwatemali tym, co rzuca się w oczy na każdym kroku są pracujące dzieci i alkoholizm mężczyzn,  a ulubionym tematem rozmów Gwatemalczyków  jest bezpieczeństwo, a raczej jego brak! ( Od jednego z miejscowych usłyszy: [U nas] „śmierć jest na porządku dziennym”). W Gwatemali ostrzegano ją przed Hondurasem, w Hondurasie przed Salwadorem, do krateru wulkanu – jako podróżniczka – mogła zejść wyłącznie w towarzystwie policji turystycznej i wciąż, na każdym kroku przestrzegano ją, by nawet w stolicach (!) nie poruszała się pieszo i samotnie! Zakrawa na fenomen szczęścia, że wobec tylu lęków, w tak niebezpiecznym rejonie świata, poza jednym niemiłym incydentem młodej, atrakcyjnej turystce nie przydarzyło się NIC! Wróciła cała i zdrowa z apetytem na kolejne wyprawy! J
 
Jakie cele Jej  przyświecały?  Przede wszystkim – jak pisze – jechała po to, „by sprawdzić, jaka naprawdę jestem”, by porzucić codzienną rutynę i zacząć  spełnianie marzeń, podążanie własną drogą, poszukiwanie siebie. „Nie chciałam żyć  tak jak wszyscy, tylko trochę inaczej, po swojemu i być szczęśliwą”. I nieco dalej: „Nigdy nie jest za późno, by zmienić coś w życiu”.
 
Drugim celem  Demianowicz było nauczenie się języka hiszpańskiego, bez znajomości którego nie tylko podróżowanie, ale i poznawanie życia w tamtej części świata byłoby niemożliwe.  Niewielu lokalsów zna angielski i trudno się temu dziwić, skoro – jak pisze Autorka – Honduras to kraj, gdzie ponad połowa z ośmiomilionowego kraju żyje na granicy ubóstwa, gdzie powszechny jest analfabetyzm, bowiem „wielu ludzi  musi walczyć o przetrwanie, a nie o to, by nauczyć się czytać”.
 
Pobyt w pierwszym z odwiedzanych krajów – w Gwatemali zakładał naukę hiszpańskiego w szkole językowej i mieszkanie u gwatemalskiej rodziny. Na efekt nie trzeba było długo czekać, Demianowicz  w ciągu półtora miesiąca przyswoiła półroczny kurs hiszpańskiego w Polsce! I coś równie  cennego jak znajomość języka; Pisze: „ Szkoła w podróży dawała mi coś więcej niż tylko umiejętności językowe – szansę na poznanie kultury kraju, zwyczajów, tradycji i ludzi. Dość szybko to dostrzegłam i nauczyłam się doceniać”.
 
Wyposażona w znajomość języka i większe poczucie pewności siebie Autorka  zaczyna eksplorować miejscowe targi (mercado),  bo tam bije serce miast, toczy się nieśpieszne a prawdziwe  życie.  Smakuje lokalne kuchnie. Schodzi do krateru wulkanu, zalicza dwudniowy trekking w górach, eksploruje parki narodowe zupełnie odmienne od naszych europejskich, wreszcie ogląda  ( a my wraz z nią- za sprawą przecudnej urody zdjęć ) zachody słońca na jednym z najpiękniejszych jezior świata – jak twierdzi – nad jez. Atitlan. W Gwatemali i Hondurasie  zwiedza ruiny dawnych miast Majów, zaś w Tikal , w cieniu największej piramidy Majów uczestniczy w tytułowych obchodach końca świata.  Świat nadal  - na szczęście – trwa, podpowiem więc, że data 21.12.2012 to koniec...kalendarza Majów, który z tą data automatycznie się zeruje!!! Następne takie wydarzenie będzie miało miejsce dopiero za 5200 lat!( pięć tysięcy dwieście!)
 
Anita Demianowicz pisze: „Chciałam podróżować powoli.  (…) Chciałam nie tylko oglądać, ale i widzieć. Nie tylko słuchać, ale i wsłuchiwać się” i może dlatego dzięki Jej opisom możemy poznać, jak dwa największe święta  chrześcijańskiego świata – Wielkanoc i Boże Narodzenie – są obchodzone na drugiej półkuli. Jak zawsze w takich podróżach Autorka poznaje  nie tylko nowe miejsca, inne kultury i  odmienne style życia, ale i nowych, pięknych  ludzi. Jak chociażby szwajcarskie małżeństwo, które opiekuje się honduraskimi dziećmi ulicy, czy starszego  Amerykanina, który dwa razy w roku organizuje akcje medyczne leczące operacyjnie jaskrę. W reszcie świata to drobny zabieg korygujący defekt oka, w Ameryce Łacińskiej – poważny problem społeczny.  Poznaje wreszcie cała masę lokalsów , którzy, gdy tylko słyszeli swój język w ustach  kobiety gringo, zawsze okazywali bezinteresowną życzliwość i serdeczność  postawą swą  potwierdzając, że ludzkie dobro nie zna granic krajów ani kontynentów.
 
Bilans podróży? Oddajmy głos Autorce: „Oczywiście nie przestałam się bać”,  choć w innym miejscu przyznaje, że  samotna, długa  podróż wiele  z tych lęków pozwoliła oswoić.  Wydaje się , że skutecznie, skoro rok później  - bogatsza o znajomość języka, ludzi i bezcenne doświadczenia wyruszyła w kolejną podróż. Gdzie?  Oczywiście do Gwatemali, która najszybciej i najtrwalej skradła  jej serce:  „Od pierwszych chwil pokochałam ten kraj – za piękne tradycyjne stroje noszone z dumą przez kobiety gardzące ubraniami z Zachodu”.
 
Wobec takiej determinacji mnie wypada jedynie dodać: Pani  Anito, que la vaya bien! ( niech ci się dobrze wiedzie! J )

http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em; 2016-11-16


Anita Demianowicz spędziła w samotnej podróży przez Amerykę Środkową pięć miesięcy. Uczestniczyła w obchodach "końca świata" Majów, wspinała się na wulkany i próbowała jak najlepiej poznać tamtejszą kulturę i ludzi. Nade wszystko jednak udowodniła samej sobie, że warto zaryzykować i wyjść ze strefy pozornego komfortu. O tym właśnie jest jej debiutancka książka "Końca świata nie było". 

Wszyscy znamy tego typu historie: znudzony rutyną życia codziennego pracownik korporacji pragnie odciąć się od cywilizacyjnego zgiełku i w tym celu rusza w podróż do najodleglejszych zakątków świata, by w zgodzie z naturą i sobą samym poświęcić się hodowaniu kóz i wyrabianiu ekologicznych serów. Podobnie zaczyna się książka Anity Demianowicz "Końca świata nie było" - z tą różnicą, że autorka postanowiła wrócić jednak ze swojej eskapady. To była dobra decyzja, bo to właśnie dzięki jej zaangażowaniu co roku odbywają się w Gdańsku TRAMP-ki, czyli Spotkania Podróżujących Kobiet.

Zanim jednak Anita Demianowicz została zapaloną podróżniczką, pracowała przez pięć lat w firmie farmaceutycznej. Sfrustrowana, zmęczona, wiecznie poirytowana przytłaczającymi ją obowiązkami, postanowiła wreszcie podjąć trudną decyzję i radykalnie zmienić swoje życie. Zaczęło się od pomysłu, by wyjechać na miesiąc do Gwatemali, jednak wkrótce z jednego miesiąca w jednym kraju zrobiło się prawie pięć miesięcy w czterech, a jej pierwsza samotna podróż okazała się kluczem do odnalezienia prawdziwej pasji i szczęścia. 

Początki jednak nie były łatwe. Autorka w szczery sposób opisuje swoje obawy i wątpliwości przez opuszczeniem kraju na tak długi czas. Bo przecież prawdziwy podróżnik powinien być odważy, znać biegle kilka języków, mieć świetną orientację w terenie i potrafić odnaleźć się nawet w trudnych, niebezpiecznych sytuacjach. "Ten opis kompletnie do mnie nie pasował" - stwierdza na początku książki autorka. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że rejon, który wybrała sobie na cel podróży, nie cieszy się powszechnie zbyt dobra opinią: większość ludzi kojarzy Gwatemalę, Honduras, Meksyk i Salwador z gangami i przemytem narkotyków.

Ale Demianowicz się uparła i postanowiła sprawdzić na własnej skórze, jak poradzi sobie sama w takim otoczeniu, z dala od kochającego męża, przyjaciół i rodziny. Już na miejscu, w Gwatemali, nauczyła się hiszpańskiego, by móc bez przeszkód nawiązać kontakt z lokalną społecznością i jak najlepiej poznać jej zwyczaje. Z goszczącymi ją rodzinami spędziła Boże Narodzenie i Wielkanoc, uczestniczyła w kolorowych paradach i obrzędach z okazji końca kalendarza Majów. Przemieszczała się tzw. chicken busami, próbowała lokalnych specjałów i alkoholi, wspinała się na wulkany i podziwiała dziką przyrodę, jakiej nie ma w żadnym innym miejscu na świecie. Nade wszystko jednak dzień po dniu odkrywała siebie, sprawdzając się w różnych, nie zawsze przyjemnych sytuacjach, i ucząc się pokonywać strach przed obcymi.

I dla mnie właśnie o tym jest ta książka: o szukaniu swojego celu w życiu, dawaniu sobie szansy na nowy początek, nawet jeśli ryzyko wydaje się być przytłaczające, a obawy sprawiają, że chce się wrócić do tego, co było kiedyś. Ci, którzy swoją wielką wyprawę dopiero planują, na pewno dadzą się zauroczyć pięknymi, kolorowymi zdjęciami i nabiorą chęci na to, aby ruszyć w nią jak najszybciej. Bo, jak pisze Demianowicz, "nigdy nie jest za późno, by zmienić coś w swoim życiu".

kultura.trojmiasto.pl Aleksandra Lamek; 2016-11-08


Autorka niesamowicie wprowadza nas w świat Ameryki Środkowej. Zabiera nas ze sobą w podróż, a najbardziej podoba mi się to, że towarzyszymy jej od samego początku, od czasu kiedy zdecydowała się na samotną podróż.

Zostawić pracę, rodzinę i męża, to naprawdę niesamowite wyzwanie. Szczególnie kiedy dotąd wszystkie podróże odbywało się wspólnie z drugą osobą. Tak więc pani Anita zabiera plecak i wyrusza w samotną podróż, która ma trwać całe pięć miesięcy.

Na początek Gwatemala, tam autorka ma chodzić do szkoły i uczyć się języka, a przy okazji zobaczyć jak w tamtejszych rejonach toczy się codzienne życie. W tym celu zakwaterowana będzie u tamtejszej rodziny. Bardzo duży stres, i tylko dogadywanie się na migi niewiele jej wyjaśniają, do momentu kiedy dowiaduje się, że oprócz niej mieszka tam jeszcze kilku pensjonariuszy.

Dni mijają a nasza autorka wreszcie znajduje powoli przyjaciół, małymi kroczkami opanowuje też język hiszpański. Idzie jej naprawdę coraz lepiej. Zdarzają się oczywiście gorsze momenty, jak np. święta spędzane daleko od domu, jedynie z możliwością porozmawiania z rodziną chwilę przez Skype.

Te i inne swoje przygody z wielką łatwością opisuje nam bohaterka. Wspomina także, że była tam akurat w czasie kiedy to w 2012 roku w grudniu, miał nastąpić koniec świata. Jesteście ciekawi co tak naprawdę dla tamtejszych osób oznaczał koniec świata i sama ta data? A może chcielibyście się dowiedzieć jak w tamtych rejonach obchodzi się Święta Bożego Narodzenia? Tego wszystkiego dowiedzieć możecie się właśnie z tej książki.

Wybierzcie się w podróż po Ameryce Środkowej wraz z autorką, zagłębiajcie się w jej przygody, a poprzez zdjęcia, które umieszczone są w książce poczujcie jeszcze bardziej ten klimat.

Tutaj naprawdę należy się duży plus dla autorki, bowiem przedstawiła nam całą historię jak opowieść, z dialogami, z opisami. Kiedy to wszystko się czyta, to nie ma się wrażenie, że poznaje się kolejną „suchą opowieść” o Ameryce Środkowej. Tutaj przeżywamy to wszystko wspólnie z autorką i wciągamy się w  jej historię.

DobreRecenzje.pl Edyta; 2016-11-06


Poza strefą komfortu

Takich relacji mamy tysiące. Niezmierzona blogosfera i w niektórych przypadkach, gdy autor potrafi, drukowane w prasie lub w książkach reportaże. Przypadek niniejszy mieści się w ostatniej kategorii. Szukająca adrenaliny trzydziestolatka opuszcza kraj i męża na kilka miesięcy i udaje się w samotną podróż do... Gwatemali. Mogłaby gdzie indziej, ale leci do Gwatemali, tam uczy się hiszpańskiego i opisuje nieznany sobie kraj. Wspomnienia z tej podróży są niewątpliwie typowym sprawozdaniem z drogi, choć niewiele mówią o ludziach i kraju, gdzie autorka przebywała. Owszem, poznajemy towarzyszy podróży, znamy nawet niektóre imiona tubylców, ale bohaterem tej książki nie jest Gwatemala, tym bardziej Gwatemalczycy, lecz autorka jako taka. Jeśli kogoś to zainteresuje, pozna rzeczywiście niespokojnego ducha, naiwnie szukającego nowych emocji, których dać już nie może dotychczasowe życie ani podróże z mężem. Pretekstem (zarazem tytułem relacji) jest hałaśliwie zapowiadany kilka lat temu koniec świata, który - według prastarego kalendarza Majów - miał nastąpić. Aby poznać świat, każdy powód jest dobry, tym bardziej prowadzący w tak atrakcyjne i uzależniające klimaty jak Ameryka Środkowa. Poza naturalną urodą Gwatemala i zaliczony też przez autorkę Honduras są krajami podwyższonego ryzyka, co autorka zdaje się lekceważyć, a czego na pewno nie należy naśladować. Cennym walorem dla Czytelnika mogą być natomiast fotografie mówiące o kulturze, obyczajach, ludziach więcej, niż zrozumiała i opisała autorka. To one ukazują latynoski wdzięk, umiłowanie koloru, pogodę ducha, szacunek dla tradycji, tolerancję i rzadko gdzie indziej spotykaną otwartość na innych ludzi, bo Ameryka Łacińska, także Środkowa, to najlepsza lekcja dla każdego wędrowca, także dla takiego, dla którego głównie liczy się droga, a dopiero potem cała reszta. Ł. Azik ANITA DEMIANOWICZ. KOŃCA ŚWIATA NIEBYŁO. Wydawnictwo BEZDROŻA/HELION, Gliwice 2016, s. 312. Cena 39,90 zł.

ANGORA; Polsat News Ł. Azik; 2016-11-06


Uwielbiam podróże i kocham o nich czytać. Z dużą przyjemnością sięgam po relacje z wypraw szczególnie jesienią i zimą. Sama jestem ciekawa świata, ale trochę podróżniczych jaj mi brakuje, dlatego w zimne, ciemne wieczory fajnie jest poczytać o tym, co można zobaczyć na drugim końcu świata.

Bywają takie relacje, które mnie irytują (pisałam o tym przy okazji "Mojej Afryki" Kingi Choszcz), bo autorzy sprawiają wrażenie chaotycznych, nieprzygotowanych i ignoranckich wobec miejsc do których się udają. Anita Demianowicz profilem podróżniczym odpowiadała mi bardzo - jest to opowieść szczera, pełna autentycznych emocji, zwykłego kobiecego strachu i obaw. Jako podróżniczka zdawała się być ostrożna, ale nie bojaźliwa, ciekawska, ale nienachalna. To sprawia, że "Końca świata nie było" czyta się lekko i bez poczucia, że czytamy wygładzoną wersję wydarzeń.

Anita opowiada o rejonie świata o którym pewnie większość z nas wie bardzo mało. Przez pięć miesięcy przebywała w Gwatemali, Hondurasie i Salwadorze. Zwiedzała miasta, wioski, parki narodowe, w szczególności pozostałości po cywilizacji Majów. Mówi o tym w naturalny sposób, bez nadęcia i zadzierania nosa. Co jednak wydaje się najważniejsze dla autorki - w relacji nie brakuje opisów spotkań z ludźmi, którzy stworzyli prawdziwy klimat tej wyprawy. Tekst ilustrują zdjęcia autorki, a całość została wydana w piękny sposób przez Bezdroża (tym, którzy nie znają ich zacięcia do pięknego wydawania podróżniczych relacji polecam TĘ recenzję).

Polecam, szczególnie w jesienno-zimną szarugę, która powoli nas opanowuje. Warto zainspirować się lub chociaż na chwilę oderwać od swojej codzienności. kategoria: literatura podróżnicza Wydawnictwo Bezdroża 2016, s. 312 Moja ocena: 4/6

bazgradelko.blogspot.com


Samotne podróżowanie to nie lada wyzwanie. A co ma powiedzieć kobieta o jasnej karnacji i blond włosach, która zdecydowała się na samotną podróż do Ameryki Środkowej? 

Pewnego dnia Anita Demianowicz wpadła na pokręcony pomysł. Zdecydowała się porzucić ciepłą posadkę (której wręcz nienawidziła) w korporacji i postanowiła wyruszyć w pięciomiesięczną samotną podróż (a męża postanowiła zostawić w domu). Żeby tego było mało, wybranym przez nią kierunkiem była… Ameryka Środkowa. Dlaczego pokręcony? Ano dlatego, że samotnej i atrakcyjnej kobiecie o jasnej skórze i włosach nie jest łatwo przetrwać w kulturze, w której dominuje kult macho.

Dlaczego akurat Ameryka Środkowa? Na trasę swojej pierwszej samodzielnej podróży Anita (Ana – jak nazywali ją miejscowi) wybrała Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Od jakiegoś czasu interesowała ją kultura Majów, dlatego też chciała znaleźć się w tamtym rejonie świata właśnie 21 grudnia 2012 roku i „przeżyć” koniec świata, który przepowiedzieli Majowie. Jak się okazuje, końca świata nie było. Przy okazji chciała nauczyć się języka hiszpańskiego. Niestety kraje te nie cieszą się dobrą sławą, wręcz przeciwnie. Każdy odradzał podróżniczce te kierunki, nawet sami miejscowi ostrzegali ją przed niebezpieczeństwami czyhającymi za każdym rogiem. Jak sama autorka pisze, nie bała się podróży, strach zaczął ją paraliżować dopiero wtedy, gdy ludzie zaczęli ją straszyć i ostrzegać. Co więcej, Anita pisze, że w trakcie swojej podróży po jednym z najniebezpieczniejszych regionów świata, nie spotkało ją nic złego ze strony tubylców. Właściwie to na każdym kroku spotykała się z ciepłem, empatią i pomocą miejscowych, którzy w pewien sposób czuli się za nią odpowiedzialni. Przecież Latynosi słyną ze swojej otwartości i pozytywnego nastawienia do świata. Niestety raz spotkała ją jedna przykra i niebezpieczna sytuacja, na szczęście Anicie nic się nie stało, gdyż zdołała uciec. Mimo wszystko wydarzenie to dało do myślenia i przez to stała się bardziej ostrożna i mniej ufna.

Anita Demianowicz chciała dobrze poznać kulturę i obyczaje krajów, które odwiedziła. Dlatego też uczyła się języka hiszpańskiego i mieszkała u gościnnych rodzin. Z nimi spędziła Wielkanoc i Boże Narodzenie, była uczestniczką w barwnych i hucznych tradycyjnych procesjach i fiestach. Podróżowała głównie tzw. chicken busami przeznaczonymi dla miejscowych. Wspinała się po wulkanach i zdobyła prawie każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą dzielnie przemierzała towarzyszył jej blisko siedemdziesięcioletni przewodnik, który nie mógł nadziwić się jej możliwościom fizycznym i psychicznym. Jak się okazuje, jej największym marzeniem było spotkanie z czarną pumą i spojrzenie jej wprost w oczy. Z kolei w dawnej stolicy państwa Majów brała udział w uroczystościach związanych z końcem kalendarza Majów.

Od jakiegoś czasu jestem wielką fanką bloga prowadzonego przez Anitę i bacznie śledzę jej każdy wpis. Dlatego też książkę jej autorstwa pochłonęłam od razu. Język, jakim się posługuje autorka jest lekki i przyjemny, a humorystyczne fragmenty sprawiają, że uśmiech towarzyszy na twarzy czytelnika przez całą lekturę książki. Do tego piękne i profesjonalne fotografie inspirują do odbycia własnej podróży szlakiem Anity Demianowicz. „Końca świata nie było” to opowieść nie tylko o podróży do świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, w poszukiwaniu życiowego celu i sensu istnienia, o znalezieniu własnej drogi do szczęścia, a przede wszystkim o odkrywaniu wiary w siebie i swoje możliwości

dlaLejdis.pl Klaudia Kwiatkowska; 2016-10-29


​Kraje Ameryki Środkowej są stosunkowo rzadko odwiedzane przez polskich turystów, zwłaszcza podróżujących samotnie. Odstraszają ich przede wszystkim tamtejsze niebezpieczeństwa i zagrożenia, o których dużo się mówi i pisze, chociaż w praktyce nie jest aż tak źle. Ponadto dosyć powszechna bieda – ogromna część tamtejszych społeczeństw musi przeżyć za mniej niż równowartość dolara dziennie. Fatalne drogi oraz lokalna komunikacja. A także dosyć skromna liczba zabytków (może poza Gwatemalą) wysokiej klasy, chociaż równocześnie ciekawa przyroda, krajobrazy, góry oraz wulkany itp. Każda więc aktualna relacja z tamtych stron świata ma ogromne znaczenie dla innych potencjalnych podróżników. Nawet opublikowana, jak w przypadku najnowszej książki podróżniczej Bezdroży, z czteroletnim „poślizgiem” w stosunku do opisywanych miejsc i wydarzeń. A np. zawarta w niej relacja z pobytu na szczycie piramidy – świątyni Dwugłowego Węża – Majów w Tikál w Gwatemali 21 grudnia 2012 roku, czyli w dniu, w którym nastąpić miał Koniec Świata według kalendarza Majów, to już jednak prehistoria. Chociaż autorka ciekawie opisała zarówno zawiłości tego kalendarza oraz dlaczego nie doszło do zapowiadanego kataklizmu. Po prostu była to zła interpretacja faktów. Kończył się wówczas tylko, trwający 5200 lat, cykl kalendarzowy i zaczynał nowy.
 
To tylko jeden z wielu przykładów zabytków i miejsc w których autorka była. Oraz opisała nie tyle je, bo po pod tym względem odczuwałem w trakcie lektury znaczny niedosyt. Zwłaszcza w przypadku obiektów w których byłem i wiem, co o nich można napisać, aby zainteresować czytelnika i wzbogacić jego wiedzę oraz chęć poznania także i tych miejsc. Ale skoncentrowała się głównie na swoich przeżyciach i wrażeniach. Nie wszystkich aż tak ważnych dla innych.

Słusznie bowiem wydawca stwierdził na tylnej stronie okładki m.in., że: "To opowieść nie tylko o podróży do Świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, o poszukiwaniu celu w życiu, o własnej drodze do szczęścia, a przede wszystkim o odkrywaniu wiary w siebie i swoje możliwości”.

Te wątki chyba zresztą dominują w całej książce i wielu opisanych wydarzeniach. Napisanej, co warto podkreślić, ładnym językiem. Co nie dziwi, gdyż autorka ukończyła polonistykę, chociaż nie tylko. W niezliczonych miejscach jej relacji z podróży przebija strach, czy da sobie sama radę. A także przed czyhającymi na nią, jako samotnie podróżującą białą kobietą po krajach latynoskich „machos”, niebezpieczeństwami, o których ostrzegano ją na każdym kroku tylko potęgując ten strach.

Tymczasem w ciągu niemal 5 miesięcy podróży, która zaczęła się od ponad miesięcznej intensywniej nauki języka hiszpańskiego w Gwatemali, autorka pokonała blisko 4 tys. km głównie lokalnymi, najtańszymi, środkami transportu. Także – a to podobno rzeczywiście bywa niebezpieczne, nocnymi „chicken busami”, którymi podróżują niemal wyłącznie lokalsi. I chociaż wielokrotnie czuła się rzeczywiście zagrożona, a niemal zawsze mało komfortowo w miejscach publicznych, to tylko raz była napastowana seksualnie na rzekomo bezpiecznej plaży – ale udało się jej uciec napalonym tubylcom.

Kilkakrotnie też niebezpieczeństwo było blisko, ale do niego nie doszło. „Męczyło mnie to, że nie mogę swobodnie gdzieś pójść by nie narażać się na wieczne zaczepki (mężczyzn)” – napisała w jednym miejscu. „Po raz pierwszy znalazłam się w kraju (Salwador), gdzie na każdym niemal kroku bezpieczeństwa pilnowała policja” – w innym. A w jeszcze innym przytoczyła e-maila od poznanego przez Internet Eduardo, z którym zwiedzała salwadorską stolicę. Który, gdy była już „bezpieczna” w Gwatemali, napisał do niej:
Pamiętasz jak robiłaś zdjęcia w centrum? Przed kościołem El Rosario? Omal nie padłem wtedy na zawał. Nie powiedziałem ci wtedy tego, by cię nie przestraszyć, ale czekałem tylko, aż ktoś da nam w łeb i zabierze sprzęt. Twój aparat za bardzo kusił.” Autorka zrobiła nim jednak, oraz mniej rzucającym się w oczy podręcznym, mnóstwo świetnych zdjęć podczas tej podróży. A ich wybór w książce stanowi jej dodatkowy walor.

Samotna, tak długa podróż, była wyborem autorki. Chęcią sprawdzenia się – rzuciła dla niej dobrze płatną pracę – gdyż wcześniej podróżowała po świecie z mężem, który nie tylko stanowił dla niej punkt oparcia, ale i załatwiał większość spraw oraz rozwiązywał problemy, gdy pojawiały się. Tym razem pozostawał jej z nim tylko elektroniczny kontakt na odległość. Podróżniczka była, i opisała je, w wielu ciekawych miejscach.
M.in. nad jeziorem Atitlán, a także na studenckich pochodach oraz licznych procesjach wielkanocnych w Quetzaltenago w Gwatemali. W Copán Ruina i na trekkingu w parku narodowym Celaque w Hondurasie. I tamże we wsiach zamieszkanych przez mniejszość etniczną – Garifunów. Wyjątkowo biednych, w 70% analfabetów, których nadmorskie tereny wbrew prawu zamieniane są brutalnie w turystyczne kurorty. Weszła na dwa wulkany: Santa Anta i Izalu w parku narodowym Cerro Verde w Salwadorze.

Czy – w drodze powrotnej do kraju – w Meksyku, była w sławnym miasteczku Majów San Juan Chamula i tamtejszym niesamowitym kościele. W którym wiara chrześcijańska miesza się z dawnymi wierzeniami i obrzędami. Czy nad Aqua Azul składającym się z około 500 małych wodospadów, a także w stolicy tego kraju Cuidad Mexico. Jak już wspomniałem, dużo jeździła. „Jedną trzecią część z 5 miesięcy podróży – napisała pod koniec książki, spędziłam w środkach transportu”. I – dodam – czekaniu na nie.

Niekiedy w nocy, w bardzo niesprzyjających warunkach. W sumie czytelnik dowiaduje się z tej książki sporo o codziennym życiu ludzi w tamych krajach oraz upośledzonej roli w nich kobiet. Jak również o niekiedy bardzo trudnym dzieciństwie najmłodszego pokolenia. O spotkaniach z tubylcami i wieloma przykładami życzliwości oraz pomocy z ich strony z jakimi spotkała się. Ale również z podróżnikami – cudzoziemcami, zwierzętami („watahy zdziczałych psów” w Hondurasie).

Wieloma niecodziennymi sytuacjami. Nachalnymi cinkciarzami na granicach. Próbami wymuszenia przez pograniczników na granicy gwatemalsko – honduraskiej bezzasadnej opłaty, z czego zrezygnowali dopiero na wiadomość, że podróżniczka jest dziennikarką i prosi o… rachunek. Ale już po drugiej stronie granicy na honduraskich funkcjonariuszach nie zrobiło to wrażenia. Przeżyła niezbędną wizytę u dentystki z archaicznym sprzętem oraz czystością „kategorii C” w gabinecie.
I rozterki przed ruszeniem w drogę powrotną do kraju: „Obawiałam się powrotu do normalnego życia”. Ale w roku następnym przyjechała w ten region świata na kolejne 3 miesiące. A ta podróż w 2012 roku do Ameryki Środkowej stała się, o czym informuje wydawca na tylnej okładce, początkiem wielkiej podróżniczej przygody autorki.

Relację tę czyta się z zainteresowaniem, chociaż, jak już wspomniałem, również pewnym niedosytem informacji oraz ocen w wielu miejscach tak ważnych, jak wysokiej klasy zabytki czy rezerwaty przyrody. Chociaż ciekawym pomysłem okazały się „Objaśnienia” – ostatnie kilkanaście stron książki, w których autorka zawarła sporo informacji, faktów oraz komentarzy do każdego z 23 rozdziałów, z których się ona składa.

Globtroter Cezary Rudziński; 2016-10-05


Kupiłam tę książkę na jednej z prezentacji Anity. Koniecznie musiałam wiedzieć, coś więcej o kobiecie, która zaprosiła mnie do Gdańska na Spotkania Podróżujących Kobiet TRAMki (w ogóle to moja ręka jest na zdjęciu na tylnej okładce). Oraz jak wygląda warsztat pisarza kończącego kurs Instytutu Reportażu (o której skrycie marzę).
Nie można się nie oprzeć, żeby, widząc ją na półce, po nią nie sięgnąć. Nie tylko ze względu na ten śmieszny aksamitny papier, ale też intrygujące zdjęcie na okładce. Oraz tytuł. Jakiego końca świata, myśli sobie każdy. Rozwiązanie jest w środku. I jest przewrotne. Ale nie będę zdradzać. (...)
Ameryka Środkowa Anity jest pełna sympatycznych, pełnych troski ludzi. Przyjaciół i kompanów podróży. Policjantów ostrzegających przed niebezpieczeństwami i eskortującymi do domu. Zwykłych mieszkańców borykających się z problemami dnia codziennego. Kierowców chickenbusów mających gdzieś opóźnienia w rozkładzie. Amerykanów szukających wygodnego i taniego życia w latynoskim świecie. I jednej samej Anity w tym wszystkim.
Trekingi po parkach krajobrazowych są dużą częścią przygód. Ja sama bardziej lubię miejskie przygody oraz spotkania z ludźmi, aniżeli spotkania z pumą, dlatego przez tę część przebiegłam szybciej. Ale może fakt ten zainteresuje kogoś, kto poszukuje informacji na temat takiej formy aktywności.
Świat się nie skończył, kiedy pozostawiła pracę i męża i wyjechała w daleką podróż. Wiele się zmieniło, ale świat się nie skończył. To pozytywna książką, która pozostanie na mojej półce. To świetna historia, którą będę wspominać.

Czytaj całą recenzję >>
 

starczewska .


Anita Demianowicz po pięciu latach pracy w korporacji postanowiła zmienić swoje życie. Kupiła więc bilet, spakowała plecak, zostawiła w domu męża i wyjechała na pięć miesięcy do Ameryki Środkowej.Odwiedziła w tym czasie Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Zakochała się w wulkanach i wspięła niemal na każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą przemierzała z blisko siedemdziesięcioletnim przewodnikiem, tropiła czarną pumę. W dawnej stolicy państwa Majów wzięła udział w uroczystościach związanych z końcem świata, zapowiadanym w ich kalendarzu.

Podróżniczka swoje obserwacje otaczających ją ludzi i odwiedzanych miejsc opisała w książce Końca świata nie było, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Bezdroża. Powstała opowieść nie tylko o podróży do świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, w poszukiwaniu celu w życiu, o swojej własnej drodze do szczęścia, a przede wszystkim o odkrywaniu wiary w siebie i swoje możliwości. Polecamy wspaniałą i inspirującą lekturę na coraz dłuższe wieczory.

ttg.com.pl