Recenzje:
Chyba każdego naszła choć raz w życiu ochota, by rzucić wszystko i uciec gdzieś daleko. Większość podobne myśli ignoruje, są jednak tacy, którzy traktują je poważnie. Tak było w przypadku Dagmary i Piotra Andryszczaków znudzonych spokojnym, bezpiecznym życiem, jakie wiedli w Krakowie. W ich głowach coraz głośniej kołatały myśli o zmianie otoczenia, przygodzie, zrobieniu czegoś szalonego, więc kiedy wpadło im w ręce ogłoszenie o pracy na Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie - bez wahania podjęli wyzwanie. "Dom pod biegunem" to zapis rocznego pobytu małżeństwa na Spitsbergenie. Na kartach książki autorzy z detalami odtwarzają jak wygląda życie polarników pracujących w stacji badawczej, w tym działania w terenie, podział prac domowych, życie towarzyskie czy utrzymywanie kontaktu ze światem zewnętrznym; opisują polarne krajobrazy, miejscową faunę i florę (zobaczyć je można również na dołączonych do książki zdjęciach); wreszcie zaznajamiają czytelników z najważniejszymi faktami w historii Spitsbergenu i stacji w Hornsund. Relacje przeplatane są przemyśleniami na temat sensu życia, priorytetów i celów. Okazuje się bowiem, że przebywanie na końcu świata daje impuls do stawiania zasadniczych pytań. Z dystansu kilku tysięcy kilometrów łatwiej też spojrzeć na dotychczasowe życie i zastanowić się, czy daje nam szczęście. Andryszczakowie doszli do wniosku, że nie odpowiada im pośpiech, stres i nieustająca presja pod jaką żyją w Europie, stąd pomysł, by po zakończeniu misji na stacji w Hornsund znów udać się gdzieś daleko. Po trzyletnich staraniach udało się dostać pracę na przeciwległym biegunie - w Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego, w niej również spędzili rok (stając się pierwszym małżeństwem, które przezimowało w obu polskich stacjach polarnych). Temu okresowi życia bohaterowie poświęcili drugą część książki, analogicznie jak w pierwszej części opisując stację, jej mieszkańców, i szerzej kontynent. Znając stosunek bohaterów do takich wypraw, można się spodziewać, że niedługo znów wyruszą w dalszą podróż, a później opowiedzą o niej na łamach kolejnej książki

Magazyn Literacki Książki MO


SPEŁNIONE MARZENIE... ...o zimie pod biegunem. Młode małżeństwo z Krakowa - Daga i Piotrek - spełniło to marzenie, i to aż dwa razy! Ich wspomnienia z zimowania w polskich stacjach badawczych w Hornsundzie i na Antarktydzie ukazały się w formie przepięknej książki. Zdjęcia podbiegunowych krajobrazów autorstwa Piotra sąsiadują tu z barwnymi opisami życia polarników pióra Dagmary. Dla wszystkich marzących o polarnej przygodzie!

Twoje dziecko


„Dom pod Biegunem” niepozorna, ale niezwykła książka autorstwa Dagmary i Piotra Andryszczak, zwykłych ludzi, jak sami o sobie piszą, którzy spełnili swoje niezwykłe marzenie i spędzili w sumie dwa lata na obydwu biegunach, pracując w polskich stacjach badawczych. Młodzi ludzie pracujący i mieszkający w Krakowie odpowiadają pewnego dnia na zamieszczoną w Internecie ofertę pracy w Polskiej Stacji Badawczej. Szalony pomysł i odruch serca okazuje się strzałem w dziesiątkę. Przeszli całą długą drogę rekrutacji, od rozmowy kwalifikacyjnej po badania lekarskie i szkolenia i w końcu znaleźli się na Spitsbergenie. Narratorką w książce jest Dagmara i to ona opisuje bardzo ciekawie jak wygląda życie w stacji. Przygotowywanie posiłków, wspólna praca, borykanie się z przeciwnościami przyrody, jak chociażby walka z wiatrem ale także celebrowanie świąt i rocznic, przygotowywanie prezentów czy nawet oprowadzanie wycieczek odwiedzających stacje. Wielkie wrażenie zrobiły na mnie opisy podbiegunowej fauny i flory, mrożące krew w żyłach spotkania z niedźwiedziami czy opis życia pingwinów. Najciekawsze było jednak to jak kilka osób zamkniętych na małej przestrzeni i zdanych tylko na siebie daje sobie radę psychicznie. Przyznam, że zazdroszczę autorom książki czasu spędzonego na obu biegunach, gdzie ważne jest to co naprawdę ważne, gdzie czas nie gna jak oszalały, gdzie można zatrzymać się i podziwiać zorzę polarną czy położyć się na śniegu i przyglądać się drzemiącej foce. Kto jednak myśli, że pobyt na stacji to darmowe wakacje grubo się myli. Wszyscy uczestnicy wyprawy mają określone zadania, są w śród nich naukowcy prowadzący badania, meteorolodzy dzięki którym możemy codziennie usłyszeć czy zobaczyć prognozę pogody i ludzie dbający o sprzęt na stacji. W książce znajdują się także cudowne zdjęcia ilustrujące to co opisane słowami. Piękne zorze, odwiedzające stacje niedźwiedzie, foki, a także krajobraz letni no i oczywiście polarnicy. To co powoduje, że zdjęcia są tak dobrej jakości jest zarazem niestety dużym mankamentem książki, a mianowicie jej ciężar oraz to, że przy świetle lampy ciężko się czyta, bo błyszczący papier odbija światło, ale przy wszystkich innych zaletach to jedynie drobiazg. Polecam wszystkim, nie tylko podróżnikom i niespokojnym duchom, ale przede wszystkim ludziom, którzy nie są zadowoleni ze swojego życia, narzekają, ale nie mają odwagi żeby zejść z kanapy i coś zmienić! A właśnie dzisiaj jadąc samochodem słyszałam komunikat, że ponownie poszukiwani są chętni na wyprawę do Polskiej Stacji Badawczej.

DobreRecenzje.pl Anna


Książka Dagmary Bożek-Andryszczak i Piotra Andryszczaka to niesamowita historia małżeństwa, które pewnego zwykłego dnia 2012 roku wpadło na pomysł wysłania aplikacji na wyprawę pod biegun. Rok pobytu w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie wystarczył, by zupełnie przypadkowo wyjazd, spowodowany chęcią przeżycia arktycznej przygody, przerodził się w prawdziwą fascynację i wywołał u nich mityczną gorączkę polarną. Praca w terenie, przy wyjącym wietrze, niespodziewane wizyty niedźwiedzi, przełamywanie własnych barier i ograniczeń., oraz prawdziwy dom - stworzony tam, gdzie siła natury góruje nad konwenansem, a zależność od drugiego człowieka jest tak duża, jak nigdzie indziej na świecie. To tu, podczas wspólnych rozmów w mesie, nad kubkiem gorącej herbaty, powstają polarne przyjaźnie, które rozpoznaje się po mocniejszym niż zwykle uścisku dłoni i błysku w oku.

Travel Polska


Historia ta zaczęła się od wycieczki w 2011 roku do Norwegii i pierwszego spotkania tam, z oddali, z lodowcami i fascynacji Krainą Wiecznych Lodów. W roku następnym wysłaniem aplikacji na roczną wyprawę pod biegun północny. Z otwartym (dla siebie) pytaniem: czy da się wytrzymać przez rok we dwójkę przez 24 godziny na dobę, praktycznie bez innych ludzi. Bo ta dwójka, to małżeństwo z Krakowa, Dagna – z wykształcenia filolog, tłumaczka języka rosyjskiego z dyplomem Uniwersytetu Jagiellońskiego i Piotr - elektronik, a podczas wyprawy także geofizyk i informatyk, absolwent Międzywydziałowej Szkoły Energetyki na Akademii Górniczo – Hutniczej i zamiłowany fotograf. Oboje zrezygnowali z dobrze płatnej pracy w korporacjach, aby spełnić swoje marzenia. Zostać uczestnikami XXXV Wyprawy Polarnej (2012-2013) IFG PAN w Polskiej Stacji Hornsund na Spitsbergenie. Gdzie „zarazili się” gorączką arktyczną. Na tyle mocno, że po 3 latach starań trafili ponownie w podobne warunki, ale na południu naszego globu, uczestnicząc przez kolejny rok w XL Wyprawie Antarktycznej w Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego (2015-2016) na Wyspie Króla Jerzego. Stając się w ten sposób pierwszym polskim małżeństwem, które „zaliczyło” po pełnym roku pobytu pod oboma biegunami. Wydana właśnie przez Bezdroża książka napisana przez Dagę, jak jest nazywana i ilustrowana blisko 90-ma znakomitymi zdjęciami Piotrka, stanowi relację nie tylko z tych wypraw, ale także ubiegania się o miejsce na nich oraz życia między nimi. Książka szalenie ciekawa, zawierająca mnóstwo faktów, danych i spostrzeżeń o tych regionach świata. Opartych nie tylko na własnych doświadczeniach, ale i bogatej bibliografii. A także opisów codziennego tam życia i prowadzonych badań, krajobrazów, fauny – z bezpośrednimi spotkaniami z niedźwiedziami polarnymi, reniferami, polarnymi lisami, pingwinami, fokami, słoniami morskimi i ptakami oraz ubogiej flory, przeżyć, przygód itp. Przy czym napisanych świetnie, barwnym i bogatym językiem. Oba te polarne regiony: arktyczny i antarktyczny oraz znajdujące się w nich polskie stacje badawcze mimo wielu podobieństw, zwłaszcza śniegu, lodów, mrozu i długiej zimy niemal bez kontaktu z innymi ludźmi poza kilkorgiem współuczestników wypraw, znacznie się różnią. Nie tylko tym, że na Wyspie Króla Jerzego nie ma ani okresów absolutnej nocy, jak na Spitsbergenie, ani niesamowitej na północy zorzy polarnej. Czy różnej fauny: niebezpiecznych dla człowieka polarnych niedźwiedzi, czy reniferów, polarnych lisów itp. w tym drugim miejscu oraz kilkudziesięciu gatunków pingwinów, fok i innych ssaków morskich w pobliżu bieguna południowego. A także różnic stref czasowych z Polską. Tej samej na północy i z różnicą 4, a w lecie 5 godzin na północy. Co ma znaczenie w kontaktach z krajem. Czytelnik dowiaduje się z tej książki zarówno o systemie dobierania uczestników takich wypraw, badań lekarskich i psychologicznych tych, którzy mają oczywiście inne, niezbędne kwalifikacje do wykonywania tam pracy, jak i podróżach do celu. W pierwszej wyprawie tylko 8 dni rejsu 10 „zimowników” jak określani są ci, którzy udają się tam na roczny, a nie tylko paromiesięczny, letni pobyt. Natomiast na południe 36 dni na statku, gdyż polska stacja antarktyczna „oddalona jest od Krakowa o 14.233 km”. Na Spitsbergenie stacja znajduje się nad fiordem otoczonym 13 lodowcami. Nie brak w tej książce informacji nie tylko o niej, ale i o historii polskich badań arktycznych od 1932 roku. I udziale w całorocznych pobytach tam kobiet dopiero od XXVIII wyprawy (1995-1996). Opisów stacji i jej okolic oraz życia tam w różnych porach roku. Z „szaleństwem” zegarów biologicznych podczas polarnego lata. Codzienności, poza wykonywaniem obowiązków w swojej specjalności. Sprzątaniu, a podczas dyżurów gotowaniu dla wszystkich, bo kucharz jest tylko w lecie, gdy badaczy tylko sezonowych jest o wiele więcej, pieczeniu chleba, uprawianiu – w skrzyniach, w oświetlonych i dogrzewanych pomieszczeniach – bazylii, pietruszki, sałaty, a nawet pomidorów, aby mieć ich chociaż trochę świeżych. Ale i o monotonii życia i pracy. Chociaż autorka uczestniczyła też w programie Eduscience i prowadziła na żywo, na odległość, lekcje przez Internet dla uczniów polskich szkół, które do niego przystąpiły. Bardzo interesujące są, mam nadzieję, że nie tylko dla mnie, opisy funkcjonowania ludzi w grupie w warunkach arktycznych. O drobnostkach, które wyprowadzają ich z równowagi, zmianach jakie zachodzą nie tylko w psychice człowieka po roku zimowania w tych warunkach itp. Wychodzeniu poza bazę na prowadzenie badań, sprawdzanie sprzętu czy w czasie wolnym: tylko po zgłoszeniu u dyżurnego, wpisie do księgi, sprawdzeniu prognozy na najbliższe godziny, bo zmienia się ona często. I odpowiednim ubraniu, na lodowiec z rakami, z GPS, radiotelefonem, a dalej także telefonem satelitarnym. W specjalnym kombinezonie, gdy przestrzeń trzeba pokonywać łodzią. Z bronią i rakietnicą do odstraszania niedźwiedzi, zanim, w warunkach bezpośredniego zagrożenia, trzeba będzie do nich strzelać gumowymi pociskami. A w szczególnych przypadkach ostrą amunicją, bo przecież są one pod ścisłą ochroną. Oczywiście z czymś do jedzenia oraz termosem z herbatą, apteczką itp. Są opisy pary stacyjnych psów Loli i Brzydala, które ostrzegają przed zbliżaniem się białych niedźwiedzi. Jeżeli chodzi o te ostatnie, to obowiązek sprawdzania przez wizjer, czy nie ma ich gdzieś w pobliżu, zanim otworzy się drzwi budynku. I relacje z bezpośrednich spotkań z nimi. Ale także z reniferami i wzajemnym zainteresowaniu tych zwierząt oraz ludzi spotkaniem „z obcymi”. Za jedne z najlepszych fragmentów tej książki uważam opisy krajobrazów, fiordów, lodowców, tundry i tamtejszej flory na wiosnę oraz w arktycznym lecie. I wręcz niesamowite zorzy polarnej. Znakomitymi zdjęciami ilustrującymi tekst. Ale także opisami dalszych wypraw do innej stacji „Baranówka” – a przy okazji spotkania z lisami polarnymi wielkości kotów oraz wieloma informacjami na ich temat. Czy do „Chatki trapera” z 1907 roku w Hyttevice. Wypraw w okolice również w polarnych ciemnościach, z latarkami - czołówkami. O jeździe skuterami śnieżnymi po lodowcach. Zaś w opisach kontaktów i innymi uczestnikami zimowania np. o wysyłaniu im e-maili do sąsiedniego pokoju, czy rozmowach na czacie przez ścianę. Bo od 2001 r. w stacji działa poczta elektroniczna, facebook i skype. I często wygodniej jest korzystać nich, niż ruszyć się z miejsca. A później o trochę trudnym, po złapaniu „gorączki arktycznej”, życiu po powrocie do kraju. „Poczuciu – zacytuję – że wróciliśmy do rzeczywistości zatrzymanej w czasie.” I staraniach, w ich przypadku przez 3 lata, aby móc wrócić znowu na dłużej do Arktyki. Skończyło się na Antarktyce, ale znowu razem, przez rok. I kolejnymi, nowymi warunkami życia w „Domu na południu” oraz przeżyciami i wrażeniami. Z przypomnieniem przy okazji pierwszych i późniejszych badań Polaków w tym regionie świata w latach 1897-1899, od 1957 r., a następnie systematycznych od 1975 r., z własną już bazą im. Henryka Arctowskiego, do której trafili, działającą od 1977 roku. W niej polscy polarnicy nie byli już tak samotni, jak na północy. Na wyspie są bowiem podobne bazy 11 państw, z tego 4 w Zatoce Admiralicji, w której stoi polska. I ze świetnymi stosunkami zwłaszcza z Brazylijczykami. Z wzajemnymi odwiedzinami – przez zatokę, nauką tańczenia samby, kosztowaniem narodowych potraw. Ale i realiami życia oraz sposobami wypełniania czasu przez ósemkę „zimowników” w ciągu 7 miesięcy zimy. Bo w lecie załoga jest liczniejsza, często też stację odwiedzają turyści. I to przypływający po kilkadziesiąt osób jednym statkiem. Nie brak oczywiście również mnóstwa informacji o tamtejszej faunie. Na wyspie zimuje 53 gatunków ptaków, w tym 6 nielotów – pingwinów. Tych ostatnich nieporadnych na lądzie, bardzo zwinnych w wodzie. Skoro o ptakach mowa, to kto poza ornitologami wie, że np. rybitwy popielate potrafią przelecieć spod jednego bieguna pod drugi? A żyją tam również ssaki płetwonogie: foki czy słonie morskie. Jest też ubożuchna roślinność, z uwagą autorki „A kiedyś, około 40 mln lat temu, był to zielony kontynent.” Wśród wielu znakomitych opisów, szczególne ciekawe dla mnie dotyczą… złej pogody. A wściekły wiatr, określany „piątym żywiołem” potrafi tam pędzić z prędkością do 250 km/h! I porywać beczki z paliwem, przesuwać parotonowe kontenery, wymiatać ptakom jaja z gniazd. Oto fragment opisu, a zarazem próbka bogatego, plastycznego języka autorki: „…podczas huraganowych wiatrów cała konstrukcja wydaje dźwięk startującej maszyny. Albo stojącej na progu katastrofy, bo kakofonia dźwięków w środku bywa iście diabelska! Wiatr wyje, jęczy, syczy, zawodzi, grzechocze, tłucze, wydaje dzikie wrzaski, wizgi i charkoty – każde określenie jest trafne, zależności od tego, na jaką przeszkodę natrafi żywioł.” Człowiekowi, którego do pasji potrafią doprowadzać nasze jesienne wichury, w porównaniu z antarktycznymi zaledwie wietrzyki, trudno sobie wyobrazić, jak można dobrowolnie jechać w takie warunki na rok. Rozumie to Dagna pisząc: „Trudno wytłumaczyć komuś, kto tu nie był, co może być zachwycającego w polarnej monotonii”. Potrzebne jest – to już mój komentarz – prawdziwe zauroczenie Krainą Wiecznych Lodów. Gorączka (ant) arktyczna, bo to określenie znalazło się w podtytule książki. Podsumowując ją: świetna relacja, znakomite opisy realiów życia w tych bazach, tamtejszych krajobrazów, fauny, flory, innego, nieznanego większości ludzi świata. Warta przeczytania. Zwłaszcza teraz, na progu zimy, w ciepłym, odizolowanym od ewentualnych wiatrów i śnieżyc pokoju. Z filiżanką kawy lub herbaty oraz czymś do przegryzienia, a może i dobrego do wypicia pod ręką. I chyba jednak z poczuciem „jak to dobrze, że możemy to czytać w dobrych warunkach, a nie przeżywać osobiście”.

kurier365.pl CEZARY RUDZIŃSKI


Szklana kula Rzadko pojawia się reporterska relacja tak autentyczna i tak wciągająca, jak wspomnienia autorki z zimowań na Spitsbergenie i w polskiej stacji im. Henryka Arctowskiego. Od kilkudziesięciu lat polscy uczeni mają do dyspozycji dwie bazy naukowe - jedną za kręgiem polarnym północnym, drugą u brzegów Antarktydy, na Wyspie Króla Jerzego. Książka jest też sprawozdaniem ze spełnionego marzenia, by przeżyć coś fascynującego w ekstremalnych, pełnych magii warunkach, jakie niosą wyłącznie szerokości podbiegunowe. Jak pisze autorka, "polarna rzeczywistość to świat zamknięty w szklanej kuli". Metafora trafna, bo sceneria arktyczna czy antarktyczna to krótkie lato, a po nim: śnieg, mróz, wichury, ciemność i poczucie samotności, budowane nie tylko odległością od cywilizacji, ale przez świadomość ocierania się o coś nieznanego, co kryje w sobie dzika, nieujarzmiona natura. "W takich chwilach ma się dojmujące poczucie bycia otoczonym przez niepojęty ogrom, o którym lepiej za dużo nie rozmyślać, bo odnosi się wrażenie, jakby spadało się do studni bez dna". Na tle banalnych relacji z włóczęg po świecie opowieść spod obu biegunów wyróżnia się urodą języka i mądrym przesłaniem. Jest opisem dziewiczego świata, nieskażonego turystyczną komercją czy przemysłem, świata, który wymusza szacunek do natury i człowieka. To świat wyostrzający zmysły i pomagający zrozumieć człowiekowi jego miejsce w świecie. Masa ciekawych obserwacji, opis nieznanej, polarnej codzienności w bazach, ale i wiele ciepłych epizodów z życia niewielkiej grupy ludzi skazanych na długi pobyt ze sobą. Z zapartym tchem przeżywamy czas zimowych ciemności, radiowych kontaktów z sąsiadami polarnikami, cieszymy się z pojawienia się słońca i chłoniemy wiedzę o życiu polarnej fauny i flory. Do tego świetne zdjęcia i czytelna intencja: każde marzenie można spełnić!

Tygodnik Angora Ł. Azik


Niezwykła przygoda w podbiegunowej krainie lodu. Polakom czas zimy kojarzy się głównie z ponurymi popołudniami i długimi wieczorami. Jednak większość z nas marzy o tzw. „białych świętach”, bo jak spadnie śnieg to świat wygląda jakby inaczej. Powoli opadające płatki, tworzące przepiękny krajobraz, to widok pożądany przez wielu z nas, ale tylko na te kilka wyjątkowych, grudniowych dni. Czy można pokochać zimno i lód? Dagmara Bożek Andryszczak i Piotr Andryszczak w książce pt. „Dom pod biegunem. Gorączka Ant(arktyczna)” przekonują jest to możliwe! Mało tego, pokazują jak fascynującą przygodę można przeżyć, gdy udamy się do prawdziwej krainy lodu, czyli pod sam biegun naszej kuli ziemskiej. W 2012 roku przeciętne małżeństwo z Krakowa wpadło na pomysł absolutnie niezwykły. Postanowili bowiem zaaplikować na wyprawę pod sam biegun! Właśnie tak rozpoczęła się ich przygoda z zimnem i lodem. Rok pobytu w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie sprawił, że zakochali się w tamtejszym klimacie na dobre. Trzy lata później małżeństwo Andryszczaków uczestniczyło w kolejnej, ekstremalnej przygodzie. Tym razem była to Wyprawa Antarktyczna. Najważniejsze wspomnienia, niezapomniane przygody, ciekawostki, ale i codzienne obowiązki: to wszystko zostało zebrane w książce „Dom pod biegunem. Gorączka Ant(arktyczna)”. Wszystko po to, by każdy z nas mógł się poczuć, jakby sam stał się uczestnikiem wspomnianych wypraw. Sami przekonajcie, że warto oddać się w ręce prawdziwej przygody i poznać najbardziej odległy zakątek naszego globu. Życie polarników jest bowiem naprawdę niezwykłe. Prawdziwa pasja i nieukrywany zachwyt – to wszystko odnajdziecie na każdej stronie tej książki. Praca w terenie, w ekstremalnych warunkach wietrznych. Niespodziewane wizyty…niedźwiedzi i przepiękne zorze. Właśnie tym żyje się pod biegunem. Życie tam to przede wszystkim przełamywanie własnych barier i ograniczeń, ale i bezgraniczne zaufanie do napotkanych osób, wszak tak naprawdę są oni zdani tylko sami na siebie. W książce tej odnajdziemy również wiele wątków bardzo emocjonalnych, gdyż tworzenie domu w takich warunkach nie jest proste, ale dla chcącego nic trudnego. „Dom pod biegunem. Gorączka Ant(arktyczna)” to nie tylko opowieść o niezwykłej przygodzie, jaką przeżyli autorzy, ale także pokazanie, że czasem w życiu trzeba zaryzykować, by spełnić swoje marzenia. Bariery stawiamy sobie sami, a dla chcącego nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko może być w naszym zasięgu, jeżeli będziemy konsekwentnie dążyli do wyznaczonego celu. Całość spina przepiękne wydanie książki. Liczne zdjęcia przenoszą w nas niebywały, podbiegunowy klimat. Pokazują to, co w tamtejszym klimacie jest najpiękniejsze. Polecam absolutnie każdemu lekturę tej publikacji.

dlaLejdis.pl Joanna Ulanowicz


Autorzy to małżeństwo, które przezimowało w obu polskich stacjach polarnych. W książce pokazują życie polarników od kuchni: codzienne, zajęcia, pracę przy wyjącym wietrze, niespodziewane wizyty niedźwiedzi, przełamywanie własnych ograniczeń.

Przyjaciółka


DWA LATA POD BIEGUNAMI Historia ta zaczęła się od wycieczki w 2011 roku do Norwegii i pierwszego spotkania tam, z oddali, z lodowcami i fascynacji Krainą Wiecznych Lodów. W roku następnym wysłaniem aplikacji na roczną wyprawę pod biegun północny. Z otwartym (dla siebie) pytaniem: czy da się wytrzymać przez rok we dwójkę przez 24 godziny na dobę, praktycznie bez innych ludzi. Bo ta dwójka, to małżeństwo z Krakowa, Dagna – z wykształcenia filolog, tłumaczka języka rosyjskiego z dyplomem Uniwersytetu Jagiellońskiego i Piotr - elektronik, a podczas wyprawy także geofizyk i informatyk, absolwent Międzywydziałowej Szkoły Energetyki na Akademii Górniczo – Hutniczej i zamiłowany fotograf. Oboje zrezygnowali z dobrze płatnej pracy w korporacjach, aby spełnić swoje marzenia. Zostać uczestnikami XXXV Wyprawy Polarnej (2012-2013) IFG PAN w Polskiej Stacji Hornsund na Spitsbergenie. Gdzie „zarazili się” gorączką arktyczną. Na tyle mocno, że po 3 latach starań trafili ponownie w podobne warunki, ale na południu naszego globu, uczestnicząc przez kolejny rok w XL Wyprawie Antarktycznej w Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego (2015-2016) na Wyspie Króla Jerzego. Stając się w ten sposób pierwszym polskim małżeństwem, które „zaliczyło” po pełnym roku pobytu pod oboma biegunami. Wydana właśnie przez Bezdroża książka napisana przez Dagę, jak jest nazywana i ilustrowana blisko 90-ma znakomitymi zdjęciami Piotrka, stanowi relację nie tylko z tych wypraw, ale także ubiegania się o miejsce na nich oraz życia między nimi. Książka szalenie ciekawa, zawierająca mnóstwo faktów, danych i spostrzeżeń o tych regionach świata. Opartych nie tylko na własnych doświadczeniach, ale i bogatej bibliografii. A także opisów codziennego tam życia i prowadzonych badań, krajobrazów, fauny – z bezpośrednimi spotkaniami z niedźwiedziami polarnymi, reniferami, polarnymi lisami, pingwinami, fokami, słoniami morskimi i ptakami oraz ubogiej flory, przeżyć, przygód itp. Przy czym napisanych świetnie, barwnym i bogatym językiem. Oba te polarne regiony: arktyczny i antarktyczny oraz znajdujące się w nich polskie stacje badawcze mimo wielu podobieństw, zwłaszcza śniegu, lodów, mrozu i długiej zimy niemal bez kontaktu z innymi ludźmi poza kilkorgiem współuczestników wypraw, znacznie się różnią. Nie tylko tym, że na Wyspie Króla Jerzego nie ma ani okresów absolutnej nocy, jak na Spitsbergenie, ani niesamowitej na północy zorzy polarnej. Czy różnej fauny: niebezpiecznych dla człowieka polarnych niedźwiedzi, czy reniferów, polarnych lisów itp. w tym drugim miejscu oraz kilkudziesięciu gatunków pingwinów, fok i innych ssaków morskich w pobliżu bieguna południowego. A także różnic stref czasowych z Polską. Tej samej na północy i z różnicą 4, a w lecie 5 godzin na północy. Co ma znaczenie w kontaktach z krajem. Czytelnik dowiaduje się z tej książki zarówno o systemie dobierania uczestników takich wypraw, badań lekarskich i psychologicznych tych, którzy mają oczywiście inne, niezbędne kwalifikacje do wykonywania tam pracy, jak i podróżach do celu. W pierwszej wyprawie tylko 8 dni rejsu 10 „zimowników” jak określani są ci, którzy udają się tam na roczny, a nie tylko paromiesięczny, letni pobyt. Natomiast na południe 36 dni na statku, gdyż polska stacja antarktyczna „oddalona jest od Krakowa o 14.233 km”. Na Spitsbergenie stacja znajduje się nad fiordem otoczonym 13 lodowcami. Nie brak w tej książce informacji nie tylko o niej, ale i o historii polskich badań arktycznych od 1932 roku. I udziale w całorocznych pobytach tam kobiet dopiero od XXVIII wyprawy (1995-1996). Opisów stacji i jej okolic oraz życia tam w różnych porach roku. Z „szaleństwem” zegarów biologicznych podczas polarnego lata. Codzienności, poza wykonywaniem obowiązków w swojej specjalności. Sprzątaniu, a podczas dyżurów gotowaniu dla wszystkich, bo kucharz jest tylko w lecie, gdy badaczy tylko sezonowych jest o wiele więcej, pieczeniu chleba, uprawianiu – w skrzyniach, w oświetlonych i dogrzewanych pomieszczeniach – bazylii, pietruszki, sałaty, a nawet pomidorów, aby mieć ich chociaż trochę świeżych. Ale i o monotonii życia i pracy. Chociaż autorka uczestniczyła też w programie Eduscience i prowadziła na żywo, na odległość, lekcje przez Internet dla uczniów polskich szkół, które do niego przystąpiły. Bardzo interesujące są, mam nadzieję, że nie tylko dla mnie, opisy funkcjonowania ludzi w grupie w warunkach arktycznych. O drobnostkach, które wyprowadzają ich z równowagi, zmianach jakie zachodzą nie tylko w psychice człowieka po roku zimowania w tych warunkach itp. Wychodzeniu poza bazę na prowadzenie badań, sprawdzanie sprzętu czy w czasie wolnym: tylko po zgłoszeniu u dyżurnego, wpisie do księgi, sprawdzeniu prognozy na najbliższe godziny, bo zmienia się ona często. I odpowiednim ubraniu, na lodowiec z rakami, z GPS, radiotelefonem, a dalej także telefonem satelitarnym. W specjalnym kombinezonie, gdy przestrzeń trzeba pokonywać łodzią. Z bronią i rakietnicą do odstraszania niedźwiedzi, zanim, w warunkach bezpośredniego zagrożenia, trzeba będzie do nich strzelać gumowymi pociskami. A w szczególnych przypadkach ostrą amunicją, bo przecież są one pod ścisłą ochroną. Oczywiście z czymś do jedzenia oraz termosem z herbatą, apteczką itp. Są opisy pary stacyjnych psów Loli i Brzydala, które ostrzegają przed zbliżaniem się białych niedźwiedzi. Jeżeli chodzi o te ostatnie, to obowiązek sprawdzania przez wizjer, czy nie ma ich gdzieś w pobliżu, zanim otworzy się drzwi budynku. I relacje z bezpośrednich spotkań z nimi. Ale także z reniferami i wzajemnym zainteresowaniu tych zwierząt oraz ludzi spotkaniem „z obcymi”. Za jedne z najlepszych fragmentów tej książki uważam opisy krajobrazów, fiordów, lodowców, tundry i tamtejszej flory na wiosnę oraz w arktycznym lecie. I wręcz niesamowite zorzy polarnej. Znakomitymi zdjęciami ilustrującymi tekst. Ale także opisami dalszych wypraw do innej stacji „Baranówka” – a przy okazji spotkania z lisami polarnymi wielkości kotów oraz wieloma informacjami na ich temat. Czy do „Chatki trapera” z 1907 roku w Hyttevice. Wypraw w okolice również w polarnych ciemnościach, z latarkami - czołówkami. O jeździe skuterami śnieżnymi po lodowcach. Zaś w opisach kontaktów i innymi uczestnikami zimowania np. o wysyłaniu im e-maili do sąsiedniego pokoju, czy rozmowach na czacie przez ścianę. Bo od 2001 r. w stacji działa poczta elektroniczna, facebook i skype. I często wygodniej jest korzystać nich, niż ruszyć się z miejsca. A później o trochę trudnym, po złapaniu „gorączki arktycznej”, życiu po powrocie do kraju. „Poczuciu – zacytuję – że wróciliśmy do rzeczywistości zatrzymanej w czasie.” I staraniach, w ich przypadku przez 3 lata, aby móc wrócić znowu na dłużej do Arktyki. Skończyło się na Antarktyce, ale znowu razem, przez rok. I kolejnymi, nowymi warunkami życia w „Domu na południu” oraz przeżyciami i wrażeniami. Z przypomnieniem przy okazji pierwszych i późniejszych badań Polaków w tym regionie świata w latach 1897-1899, od 1957 r., a następnie systematycznych od 1975 r., z własną już bazą im. Henryka Arctowskiego, do której trafili, działającą od 1977 roku. W niej polscy polarnicy nie byli już tak samotni, jak na północy. Na wyspie są bowiem podobne bazy 11 państw, z tego 4 w Zatoce Admiralicji, w której stoi polska. I ze świetnymi stosunkami zwłaszcza z Brazylijczykami. Z wzajemnymi odwiedzinami – przez zatokę, nauką tańczenia samby, kosztowaniem narodowych potraw. Ale i realiami życia oraz sposobami wypełniania czasu przez ósemkę „zimowników” w ciągu 7 miesięcy zimy. Bo w lecie załoga jest liczniejsza, często też stację odwiedzają turyści. I to przypływający po kilkadziesiąt osób jednym statkiem. Nie brak oczywiście również mnóstwa informacji o tamtejszej faunie. Na wyspie zimuje 53 gatunków ptaków, w tym 6 nielotów – pingwinów. Tych ostatnich nieporadnych na lądzie, bardzo zwinnych w wodzie. Skoro o ptakach mowa, to kto poza ornitologami wie, że np. rybitwy popielate potrafią przelecieć spod jednego bieguna pod drugi? A żyją tam również ssaki płetwonogie: foki czy słonie morskie. Jest też ubożuchna roślinność, z uwagą autorki „A kiedyś, około 40 mln lat temu, był to zielony kontynent.” Wśród wielu znakomitych opisów, szczególne ciekawe dla mnie dotyczą… złej pogody. A wściekły wiatr, określany „piątym żywiołem” potrafi tam pędzić z prędkością do 250 km/h! I porywać beczki z paliwem, przesuwać parotonowe kontenery, wymiatać ptakom jaja z gniazd. Oto fragment opisu, a zarazem próbka bogatego, plastycznego języka autorki: „…podczas huraganowych wiatrów cała konstrukcja wydaje dźwięk startującej maszyny. Albo stojącej na progu katastrofy, bo kakofonia dźwięków w środku bywa iście diabelska! Wiatr wyje, jęczy, syczy, zawodzi, grzechocze, tłucze, wydaje dzikie wrzaski, wizgi i charkoty – każde określenie jest trafne, zależności od tego, na jaką przeszkodę natrafi żywioł.” Człowiekowi, którego do pasji potrafią doprowadzać nasze jesienne wichury, w porównaniu z antarktycznymi zaledwie wietrzyki, trudno sobie wyobrazić, jak można dobrowolnie jechać w takie warunki na rok. Rozumie to Dagna pisząc: „Trudno wytłumaczyć komuś, kto tu nie był, co może być zachwycającego w polarnej monotonii”. Potrzebne jest – to już mój komentarz – prawdziwe zauroczenie Krainą Wiecznych Lodów. Gorączka (ant) arktyczna, bo to określenie znalazło się w podtytule książki. Podsumowując ją: świetna relacja, znakomite opisy realiów życia w tych bazach, tamtejszych krajobrazów, fauny, flory, innego, nieznanego większości ludzi świata. Warta przeczytania. Zwłaszcza teraz, na progu zimy, w ciepłym, odizolowanym od ewentualnych wiatrów i śnieżyc pokoju. Z filiżanką kawy lub herbaty oraz czymś do przegryzienia, a może i dobrego do wypicia pod ręką. I chyba jednak z poczuciem „jak to dobrze, że możemy to czytać w dobrych warunkach, a nie przeżywać osobiście”.

Globtroter CEZARY RUDZIńSKI


Historia pierwszego małżeństwa, które przezimowało w obu polskich stacjach polarnych. „Jest 1 listopada. Za oknem Antarktyka. Znów jesteśmy w domu.” Nakładem Wydawnictwa Bezdroża ukazała się książka Dagmary Bożek-Andryszczak i Piotra Andryszczak „Dom pod biegunem. Gorączka (ant)arktyczna” . Niesamowita historia małżeństwa, które pewnego zwykłego dnia 2012 roku wpadli na pomysł wysłania aplikacji na wyprawę pod biegun. Rok pobytu w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie wystarczył, by zupełnie przypadkowo wyjazd, spowodowany chęcią przeżycia arktycznej przygody, przerodził się w prawdziwą fascynację i wywołał u nich mityczną gorączkę polarną. Praca w terenie, przy wyjącym wietrze, niespodziewane wizyty niedźwiedzi, przełamywanie własnych barier i ograniczeń…oraz prawdziwy dom – stworzony tam, gdzie siła natury góruje nad konwenansem, a zależność od drugiego człowieka jest tak duża jak nigdzie indziej na świecie. To tu, podczas wspólnych rozmów w mesie nad gorącym kubkiem herbaty, powstają polarne przyjaźnie. I nawiązują się kontakty, które rozpoznaje się po mocniejszym niż zwykle uścisku dłoni i błysku w oku. Książkę polecają: „Nie spodziewałem się podobnej książki o tak dobrze znanych mi miejscach. Dagmara pisze o ludziach, którzy uczestniczą w wyprawach, o sobie, o życiu w stacji polarnej. Dla mnie najciekawsze są rozważania o nas — polarnikach przebywających w tamtym świecie — oraz refleksje, jak z arktycznej perspektywy wygląda świat, do którego trzeba wrócić. Z przyjemnością zagłębiłem się w polarną rzeczywistość widzianą oczami kobiety. Od czasu wypraw, w których sam brałem udział, zmieniło się wiele: łączność, technika prowadzenia pomiarów naukowych, sposób rekrutacji, łodzie, ubrania, środki bezpieczeństwa… I tylko żar w sercach uczestników wypraw pozostaje niezmienny. Czy można się uchronić przed chorobą polarną? By się o tym przekonać, trzeba sięgnąć po „Dom pod biegunem.” - Ryszard Czajkowski, podróżnik, polarnik, polski geofizyk „Z Dagmarą i Piotrkiem poznaliśmy się na Morzu Arktycznym. Oni wracali do domu w Polsce, ja do domu na Spitsbergenie. Dopiero później dowiedziałam się, że po drodze do Krakowa Andryszczakowie zahaczyli jeszcze o Antarktykę. Tak trzeba żyć, pomyślałam. Dobrze jest spotykać takich ludzi jak Dagmara i Piotrek, odważnych i wrażliwych obserwatorów zimnego na pozór świata, którzy na dodatek chcą się dzielić swoją pasją. Każdy kolejny głos kogoś, kto pobył w zimnie pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego tak przyjemnie jest zapadać na polarną gorączkę, a tym bardziej dlaczego nie ma sensu jej zwalczać." - Ilona Wiśniewska, reporterka i fotografka. Autorka reportaży o dalekiej Północy

Wirtualny Wydawca


Ostatnie parę dni spędziłam poza granicami Polski, na obu biegunach. Uczyniłam to jednak nie za sprawą faktycznej mojej podróży a wspaniałego prezentu od znajomego. Który to prezent oczywiście był niczym innym jak książką. Dodatkowo książką, która okazała się jedną z najładniej wydanych książek jakie ostatnio wpadły mi w ręce (nie mówię o książkach dla dzieci bo to osobna bajka). Książka małżeństwa z Krakowa to opowieść o dwójce ludzi, którzy nie bali się marzyć. Ale, ponieważ wiedzieli, że marzeniom trzeba pomóc, aby je zrealizować włożyli w to swoją pracę i wysiłek. I okazało się, że czasem los potrafi uśmiechnąć się do człowieka bowiem ich marzenia spełniły się. I to do tego stopnia, że Dagmara i Piotr przezimowali w obu polskich stacjach polarnych. Informacja na okładce podaje, że w ten sposób stali się pierwszym małżeństwem, któremu to się udało. W swojej książce pod fajnym tytułem , grą słów , opowieść toczy się z ust Dagmary jako narratorki ale oczywiście współtwórcami są oboje, zwłaszcza, że książka zawiera wspaniałe zdjęcia autorstwa Piotra Andryszczaka. Tak sobie myślę, że nie wiem czy jest to książka dla każdego. Ja bardzo lubię czytać o podróżach, wyjazdach bo nie jest to właściwie podróż a mieszkanie przez rok w jednym miejscu, w miejsca, w które wiem, że raczej nie dotrę. No, wątpię abym ja, wielki zmarźlak, wybrała się jednak na bieguny a za sprawą tej książki to właśnie mi się udało. Dlaczego myślę, że nie jest to książka dla każdego? Bo nie ma tu zawirowań podróżnika, który się naraża, bo nie ma tu zwrotów akcji jak z thrillera, bo jest tu po prostu spokojna (chociaż bardzo ciekawa) opowieść o zwykłym życiu w niezwykłych miejscach. Czy to spowoduje, że każdy poczuje się zainteresowany? Pewnie nie. Ja się cieszę, że to właśnie książka opowieść o zwykłych ludziach, takich jak wielu z nas, którzy przeżyli bardzo ciekawą przygodę i postanowili o tym opowiedzieć. Książkę można podzielić na dwie części. Opowiadającą o pierwszym zimowaniu w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund imienia Stanisława Siedleckiego i drugą o zimowaniu w Polskiej Stacji Antarktycznej imienia Henryka Arctowskiego. Piotr zajmował się tam pracą związaną ze swoim wykształceniem, Dagmara wzięła udział w ogólnopolskim projekcie edukacyjnym o nazwie Eduscience i międzynarodowym Edu-Arctic. Poza pracą, o której w sumie wcale nie jest w książce aż tak wiele (chociaż nie to, że Dagmara nie opowiada nam co tam wszyscy robili) mnie podobał się opis jak już wspominałam, takiego zwykłego życia w jednak jakby nie było, nie do końca zwykłych warunkach. Nie chodzi mi wcale o renifery czochrające się o liny podtrzymujące namioty czy coś takiego, mam bardziej na myśli całokształt. Mam wrażenie, że ktoś kto w jakimś stopniu interesuje się takim tematem czy gdzieś o badaniach naszych stacji polarnych czytał czy słyszał, ma jakieś swoje wyobrażenie na temat życia tamże. Nie inaczej było ze mną. Dagmara w swojej opowieści niektórych moich przekonań mnie pozbawiła i chyba dobrze, bo na swój sposób ucieszyłam się, że kobiety przebywające w stacjach są w stanie o siebie zadbać. Że nie tylko kombinezon, kalosze ale i na makijaż znajdzie się okazja i sukienkę się nawet założy. Fakt, że rzadko ale ... :) Podobał mi się opis dzielenia się pracą, gotowaniem, opis rodzącej się w takiej sytuacji i w takich warunkach wspólnoty. Podobało mi się też, że przebywający tam ludzie starają się pamiętać zarówno o świętach typu Boże Narodzenie czy Wielkanoc ale i o swoich własnych jak chociażby urodziny. W tej książce jest miejsce na wszystko, na opowieść o realizacji własnych pragnień czy marzeń, opisu życia w stacji polarnej, ale nie brak też opisów przyrody czy otoczenia, zwierząt czy poczucia humoru. Jest też o aspektach naukowo badawczych wyjazdu w takie miejsca. Czyli wszystkiego po trochu. Po lekturze "Dom pod biegunem. Gorączka (ant)arktyczna" nigdy już nie spojrzę ot tak na prognozę pogody na mojej komórce czy w komputerze :) którą przecież codziennie kilkakrotnie sprawdzam. Po przeczytaniu wiem, że właśnie dzięki badaniom w stacjach mam te prognozy dostępne w każdym momencie i dodatkowo, trafne. Mieszkając na północy osadnicy skazani byli praktycznie głównie na swoje polskie towarzystwo. Na południu było nieco lepiej, tam jest kilka stacji badawczych należących do innych państw i Dagmara w książce pisze o całkiem całkiem ożywionym życiu towarzyskim. Myślę, że każdy kto chociaż trochę interesuje się tematyką tego typu znajdzie w tej książce coś dla siebie. Ja wyniosłam z niej refleksję i przeświadczenie, że w życiu cokolwiek by się nie działo i cokolwiek by się nie robiło, najważniejszy jest po prostu drugi, życzliwy człowiek obok. W towarzystwie bowiem wiele się wspólnie zniesie a i radości przyjemnie jest po prostu z kimś dzielić. Jak wspomniałam na początku całość okraszona jest wspaniałymi fotografiami, które wraz z tekstem naprawdę sprawiają, że można poczuć się tak jakby samemu przeniosło się w tak niezwykłe miejsca. Moja ocena to 5.5 / 6.

chiara76.blox.pl chiara