Recenzje
Sen powrotu
Nie wiem jak zacząć, bo mam tyle myśli, tyle analiz, tyle wdzięczności za tę książkę.
Sen powrotu Piotrka Strzeżysza to opowieść o podróży, która jest nie tylko fizycznym doznaniem jazdy na rowerze przez obie Ameryki – ta książka to coś więcej.
To mój podróżniczy amulet, który stał się dla mnie drogowskazem na postrzeganie tego co nas otacza podczas wędrówki.
Gdy rozpoczęłam przygodę z czytaniem to miałam wrażenie, że siedzę w zamglonym lesie przed ogromną sceną, na której wisi olbrzymia i ciężka czerwona, zakurzona kurtyna. Wydawało mi się, że to co robimy do tej pory w podróżowaniu – my blogerzy, podróżnicy, odkrywcy – to jedno, a zajrzałam za kulisy świata Piotrka i zobaczyłam drugie.
Słuchajcie nikt nigdy mnie tak nie zachwycił opisem swojej podróży. Piotrek przemierza na rowerze codziennie przez kilka miesięcy setki kilometrów. Jego oczami świat i relacje z ludźmi, a także zwierzętami zdają się mieć jakiś inny wymiar. Czułam się jakbym to ja jeszcze nie była dojrzała, a on bezczelnie wszedł pewnym krokiem w dorosłość – która wcale w tym przypadku nie oznacza bycia dorosłym.
Piotrek doświadcza w mikroskopijnym zestawieniu emocji. Przynajmniej tak to opisał, za co mu jestem ogromnie wdzięczna. My dzisiaj biegamy po świecie i mówimy o rzeczach oczywistych. On zajął się tym, co skrywa się głęboko w sobie. Te wszystkie sytuacje, choroba, nieustanne dążenie do … celu? Właściwie i tak i nie. Wszystkie wspomniane w podróży koty, psy a nawet strusie ujęły mnie bardzo, a cytować bym mogła tę książkę nieustannie.
Ile trzeba przemyśleń i przebytej drogi, by dojść do pewnych podsumowań nad własnym życiem. Każda napotkana osoba w tej podróży to dowód na to, że istnieją dobrzy ludzie. Że nie trzeba o nic prosić, a można dostać tak wiele. Że czasem wystarczy uśmiech. Że tak naprawdę nic nie trzeba, a można wszystko.
Z każdą stroną zagłębiałam się w tej lirycznej opowieści, która stała się i dla mnie snem. Im dalej, tym byłam pochłonięta coraz głębiej jawną fikcją, która przecież wydarzyła się naprawdę. Czułam się podczas czytania jak mała dziewczynka, która odkrywa na mapie świata nie nowe miejsca, a wskazuje palcem cały wachlarz emocji. Uczy się ich i poznaje na nowo. Byłam „Alicją w krainie czarów” albo obserwatorką „Doliny Muminków”, z których Piotrek przytoczył tak wiele ważnych cytatów. Byłam w tym śnie. Siedziałam w lesie, mrocznym i mglistym, gdy nagle czerwona kurtyna podniosła się. Zobaczyłam świat z całkiem innej perspektywy, a na ostatniej stronie kurtyna opadła. Uniosły się smugi kurzu … a ja nadal tak zostałam wpatrzona w czerwoną kurtynę, za którą kryje się „Sen powrotu” i jestem pod ogromnym wrażeniem i nie chcę by mi przeszło…
Sen powrotu Piotrka Strzeżysza to opowieść o podróży, która jest nie tylko fizycznym doznaniem jazdy na rowerze przez obie Ameryki – ta książka to coś więcej.
To mój podróżniczy amulet, który stał się dla mnie drogowskazem na postrzeganie tego co nas otacza podczas wędrówki.
Gdy rozpoczęłam przygodę z czytaniem to miałam wrażenie, że siedzę w zamglonym lesie przed ogromną sceną, na której wisi olbrzymia i ciężka czerwona, zakurzona kurtyna. Wydawało mi się, że to co robimy do tej pory w podróżowaniu – my blogerzy, podróżnicy, odkrywcy – to jedno, a zajrzałam za kulisy świata Piotrka i zobaczyłam drugie.
Słuchajcie nikt nigdy mnie tak nie zachwycił opisem swojej podróży. Piotrek przemierza na rowerze codziennie przez kilka miesięcy setki kilometrów. Jego oczami świat i relacje z ludźmi, a także zwierzętami zdają się mieć jakiś inny wymiar. Czułam się jakbym to ja jeszcze nie była dojrzała, a on bezczelnie wszedł pewnym krokiem w dorosłość – która wcale w tym przypadku nie oznacza bycia dorosłym.
Piotrek doświadcza w mikroskopijnym zestawieniu emocji. Przynajmniej tak to opisał, za co mu jestem ogromnie wdzięczna. My dzisiaj biegamy po świecie i mówimy o rzeczach oczywistych. On zajął się tym, co skrywa się głęboko w sobie. Te wszystkie sytuacje, choroba, nieustanne dążenie do … celu? Właściwie i tak i nie. Wszystkie wspomniane w podróży koty, psy a nawet strusie ujęły mnie bardzo, a cytować bym mogła tę książkę nieustannie.
Ile trzeba przemyśleń i przebytej drogi, by dojść do pewnych podsumowań nad własnym życiem. Każda napotkana osoba w tej podróży to dowód na to, że istnieją dobrzy ludzie. Że nie trzeba o nic prosić, a można dostać tak wiele. Że czasem wystarczy uśmiech. Że tak naprawdę nic nie trzeba, a można wszystko.
Z każdą stroną zagłębiałam się w tej lirycznej opowieści, która stała się i dla mnie snem. Im dalej, tym byłam pochłonięta coraz głębiej jawną fikcją, która przecież wydarzyła się naprawdę. Czułam się podczas czytania jak mała dziewczynka, która odkrywa na mapie świata nie nowe miejsca, a wskazuje palcem cały wachlarz emocji. Uczy się ich i poznaje na nowo. Byłam „Alicją w krainie czarów” albo obserwatorką „Doliny Muminków”, z których Piotrek przytoczył tak wiele ważnych cytatów. Byłam w tym śnie. Siedziałam w lesie, mrocznym i mglistym, gdy nagle czerwona kurtyna podniosła się. Zobaczyłam świat z całkiem innej perspektywy, a na ostatniej stronie kurtyna opadła. Uniosły się smugi kurzu … a ja nadal tak zostałam wpatrzona w czerwoną kurtynę, za którą kryje się „Sen powrotu” i jestem pod ogromnym wrażeniem i nie chcę by mi przeszło…
kirzenska.wordpress.com Katarzyna Irzeńska
Wybraniec. Życie po śmierci na Evereście
Była to jedna z najbardziej niezwykłych, wręcz niesamowitych historii w trwających już ponad wiek dziejach wchodzenia, i ponad pół wieku od pierwszego osiągnięcia tego celu, ludzi na najwyższą górę świata, Mount Everest. Warto przypomnieć, że po raz pierwszy zgodę na brytyjską wyprawę w Himalaje dał w 1904 r.Dalajlama. I od tego czasu liczą się próby jej zdobywania. W 1921 r. odbyła się pierwsza ? badanie drogi wejścia na ten szczyt. Udało się to dopiero 29 maja 1953 r., gdy stanęli na nim Nowozelandczyk Edmund Hillary i Szerpa Tenzing Norgay. Po nich powtórzyło to dotychczas kilka tysięcy wspinaczy, w tym kilkudziesięcioro polskich. W 1978 r., jako pierwsza Europejka, Wanda Rutkiewicz.
Grubo ponad dwustu z całego świata oraz pomagających im Szerpów poniosło śmierć podczas próby zdobycia tego szczytu lub już schodzenia z niego. Otarł się o nią tak blisko, że ?nie miał prawa przeżyć", a nawet uznany został za zmarłego, australijski himalaista Lincoln Ross Hall. Pierwszy człowiek, który popołudnie i noc z 25 na 26 maja 2006 roku spędził samotnie, bez tlenu, z obrzękiem mózgu oraz w stanie letargu, w strefie śmierci na wysokości 8600 m. Pozostawiony tam, gdy nie był już w stanie schodzić niżej po osiągnięciu szczytu, nawet przy pomocy towarzyszących mu Szerpów i wydawał się martwy. Odnaleziony został, i ocalony, przez himalaistów którzy następnego dnia podjęli próbę zdobycia szczytu Czomolungmy, jak nazywają tę górę Chińczycy lub Sagarmatha Nepalczycy, ale ratując życie Lincolna Halla musieli z wejścia na nią zrezygnować. A następnie sprowadzony na bezpieczną wysokość przez wyprawę ratunkową składająca się z Szerpów oraz uratowany przez lekarzy. O tym jest ta książka, napisana przez człowieka, któremu udał się powrót z himalajskiej krainy śmierci. Na podstawie własnych przeżyć, ale również relacji innych uczestników tego wydarzenia, rodziny i przyjaciół w kraju, dokumentów, korespondencji mailowej itp. Napisana została w 2007 roku, ale do polskich czytelników dociera w tłumaczeniu Miłosza Habury dopiero obecnie. Składa się z trzech części oraz 31 zdjęć dokumentujących niektóre opisywane momenty. A także słowniczka pojęć związanych z himalaizmem oraz indeksów: osób wspomnianych w książce i geograficznego. Autor uczestnicząc w wyprawie na Everest w 2006 roku miał już wieloletni dorobek i doświadczenie we wspinaniu w wysokich i zimnych górach: Nowej Zelandii, Antarktydy i Himalajach. W tych ostatnich osiągnął kilka wysokich szczytów, był organizatorem wypraw trekkingowych. Ale w 1984 r., podczas pierwszej próby, nie udało mu się stanąć na najwyższym szczycie Ziemi, dzięki czemu prawdopodobnie ocalił życie. Wejście w 22 lata później miało stać się ukoronowaniem jego górskich osiągnięć. Udało się, ale zapłacił za nie ogromną cenę. W pierwszej części książki ? ?Łapacz snów" autor opisuje swoją wspinaczkową pasję, wcześniejsze wyprawy, także rodzinne, pracę i życie. I nieoczekiwaną propozycję udziału w tej najważniejszej dla niego, w 2006 roku. Problemy z pozyskaniem sponsorów aby móc zrealizować ten cel, bo to przecież ogromne wydatki. A także z odnowieniem w krótkim czasie niezbędnej kondycji fizycznej oraz pierwsze etapy jej przebiegu tej wyprawy. Jest w niej szereg ciekawych opisów, m.in. wizyty w najwyżej położonym na świecie tybetańskim klasztorze Rongbuk. Czy ceremonii pudźi zawsze odprawianej przez Szerpów przed wyruszeniem na wysokogórską wyprawę w Himalajach. Ponadto informacji o sprzęcie, odzieży pozwalającej funkcjonować w tych ekstremalnych warunkach, m.in. o podgrzewaczach powietrza do oddychania o wielkości paczek papierosów, wkładanych do ust w trakcie wspinaczki na dużych wysokościach. Część druga ? ?Kraina śmierci", to relacja z pokonywania, głównie w nocnych ciemnościach, przed świtem, ostatniego odcinka do szczytu, wejścia i pozostania na nim przez 20 minut, gdyż na więcej nie pozwalał czas niezbędny na bezpieczny powrót do najwyżej położonego obozu. I nieoczekiwanego załamania zdrowia zaledwie około 100 metrów niżej. Narastającego niedotlenienia, obrzęku mózgu, popadania w stan majaczenia, w którym nie był już w stanie kontrolować swojego organizmu, walki z usiłującymi pomóc mu w schodzeniu Szerpami będącymi już również w stanie skrajnego wyczerpania. I pozostawienie go, na wydane telefonicznie z bazy polecenie kierownika wyprawy, gdy został uznany za zmarłego, a Szerpom groziło to samo, na skalnej półce na wysokości 8.600 m n.p.m. W strefie śmierci, w której wcześniej nikomu jeszcze nie udało się przeżyć tak długo bez tlenu. Później niesamowita noc pełna halucynacji, walki organizmu na granicy świadomości o przetrwanie. Zakończona natknięciem się następnego dnia przez dwu wchodzących na szczyt himalaistów człowieka siedzącego po turecku na skraju przepaści i poruszającego się oraz dającego oznaki życia. Relacje z tego, co działo się w górach przeplatają się z opisami przekazania do kraju i rodzinie wiadomości o jego śmierci. Ogromnego zainteresowania prasy, przyjaciół oraz himalaistów i ludzi na świecie trudnym do wyobrażenia sobie ocaleniem. Ta część książki, podobnie jak trzecia ?Na pustym baku" poświęcona trudnemu powrotowi ?z zaświatów", pełna jest świetnych, wręcz znakomitych opisów i relacji. Jak trudne były to chwile, świadczyć może np. fakt, że w ciągu 7 godzin uczestniczącym w akcji ratunkowej Szerpom udało się sprowadzić himalaistę tylko o około 200 metrów w dół. Niesamowite są opisy stanu, w którym nie odróżniał on rzeczywistości od wytworów umysłu. Momentów budzenia się i prób samoobrony organizmu przed zamarznięciem oraz śmiercią. Później zaś problemów ledwie mamroczącego coś człowieka z ratownikami znającymi słabo angielski, a on tylko trochę nepalski. I zmuszania go, nawet biciem wyrwanym mu czekanem, aby szedł dalej. A nawet żądania przez Szerpów ? ratowników dodatkowej zapłaty za uratowanie mu życia. Później tak o tym napisał: ?Mogli otrzymać ode mnie obietnice, których nie miałem zamiaru dotrzymać. Śmierć podążała moim śladem od zbyt wielu godzin, by robiła na mnie wrażenie. Nie chciałem dać tym mężczyznom okazji do doprowadzenia innych na granicę śmierci w celu wykorzystania ich." Samoocenę swojego stanu w tamtych momentach Lincoln Hall, interesujący się buddyzmem, opisał tak: ?... zostałem wciągnięty na pierwszy i drugi (z ośmiu ? uwaga recenzenta) poziomów śmierci, tak jak opisują to teksty tybetańskie." A później stwierdził: ?Nikt spośród tych, których wcześniej pozostawiono na pewną śmierć na tej wysokości, nie przeżył." Niełatwe było także późniejsze ratowanie jego życia, już w obozie, przez lekarza wyprawy. Nie tylko wyprowadzanie ze stanu niedotlenienia, obrzęku mózgu, odmrożonych palców, ale także odwodnienia i wygłodzenia organizmu. ?W ciągu ostatnich sześćdziesięciu godzin ? znowu zacytuję ? nie jadłem nic prócz dwóch saszetek żelu energetycznego." I długa rehabilitacja po powrocie do Australii. Uważam, że warto przytoczyć jeszcze kilka innych fragmentów tej książki. ?Po zdobyciu szczytu ? to z rozmyślań autora podczas 5-godzinnego zjazdu na jaku do dolnej bazy, bo zejść na własnych nogach nie był w stanie ? dostałem wycisk ? poświęciłem wszystko: palce u rąk i stóp, głos i moje ego." Ta niesamowita historia zakończyła się happy endem, jeżeli nie liczyć utraty opuszków palców rąk i dużego palca stopy. Już po powrocie do zdrowia i normalnego życia, autor tak, w ?Post mortem", opisał sytuację, w jakiej znalazł się i zdołał z niej uratować. ?... w ciągu godziny od zejścia ze szczytu Mount Everestu popadłem w letarg. Czasami wydawało mi się, jakbym był przytomny, ale zachowywałem się w sposób niezrównoważony, używając niekiedy dużej siły, Chciałem się wspinać, a nie schodzić. Chciałem skoczyć ze ściany lodowca Kangshung. Cały czas odmawiałem założenia maski tlenowej, a Szerpowie bezustannie zmuszali mnie, bym włożył ją z powrotem. Widoczne u mnie objawy odpowiadały symptomom, jakie wywołuje obrzęk mózgu, który na wysokości 8600 metrów oznacza wyrok śmierci." I dalej: ?Z powodu odmrożeń i sparaliżowanej lewej struny głosowej drugą połowę roku 2006 spędziłem u lekarzy rozmaitych specjalności. Żaden z nich nie potrafił powiedzieć, dlaczego żyję... Wiedziałem wystarczająco dużo na temat fizjologii na dużych wysokościach, by mieć świadomość, iż mróz powinien mnie zabić, że hipoksja powinna mnie zabić, a gdybym jakimś sposobem przeżył to wszystko, szalę śmierci powinno przeważyć odwodnienie. Być może tak właśnie było. Cokolwiek mnie jednak miało zabić, zostałem uznany za martwego. Byłem martwy wieczorem 25 maja, ale rano 26 maja żyłem. Co się stało?...." Relacja z tej wyprawy i trudnego do wyjaśnienia przeżycia himalaisty w tak trudnych warunkach może być świetną odpowiedzią tym ?ceprom", którzy uważają, że obecnie, z doskonałym sprzętem, tlenem, olinowaniem aż do szczytu oraz przy pomocy Szerpów, na Mount Everest może wejść każdy. Niemal jak na Giewont. To również świetna lektura dla miłośników gór, wspinaczki oraz pokonywania ekstremalnych trudności. Ale także skłaniająca do postawienia i odpowiedzi na pytanie: czy osiągnięcie najwyższego szczytu naszego globu warte jest ceny, którą zapłaciło już tak wielu wspinaczy: życia, kalectwa, niesamowitego wysiłku? Na nie każdy musi odpowiedzieć sam. Kliknij żeby zobaczyć powiększenie. Kliknij żeby zobaczyć powiększenie. Kliknij żeby zobaczyć powiększenie.
Grubo ponad dwustu z całego świata oraz pomagających im Szerpów poniosło śmierć podczas próby zdobycia tego szczytu lub już schodzenia z niego. Otarł się o nią tak blisko, że ?nie miał prawa przeżyć", a nawet uznany został za zmarłego, australijski himalaista Lincoln Ross Hall. Pierwszy człowiek, który popołudnie i noc z 25 na 26 maja 2006 roku spędził samotnie, bez tlenu, z obrzękiem mózgu oraz w stanie letargu, w strefie śmierci na wysokości 8600 m. Pozostawiony tam, gdy nie był już w stanie schodzić niżej po osiągnięciu szczytu, nawet przy pomocy towarzyszących mu Szerpów i wydawał się martwy. Odnaleziony został, i ocalony, przez himalaistów którzy następnego dnia podjęli próbę zdobycia szczytu Czomolungmy, jak nazywają tę górę Chińczycy lub Sagarmatha Nepalczycy, ale ratując życie Lincolna Halla musieli z wejścia na nią zrezygnować. A następnie sprowadzony na bezpieczną wysokość przez wyprawę ratunkową składająca się z Szerpów oraz uratowany przez lekarzy. O tym jest ta książka, napisana przez człowieka, któremu udał się powrót z himalajskiej krainy śmierci. Na podstawie własnych przeżyć, ale również relacji innych uczestników tego wydarzenia, rodziny i przyjaciół w kraju, dokumentów, korespondencji mailowej itp. Napisana została w 2007 roku, ale do polskich czytelników dociera w tłumaczeniu Miłosza Habury dopiero obecnie. Składa się z trzech części oraz 31 zdjęć dokumentujących niektóre opisywane momenty. A także słowniczka pojęć związanych z himalaizmem oraz indeksów: osób wspomnianych w książce i geograficznego. Autor uczestnicząc w wyprawie na Everest w 2006 roku miał już wieloletni dorobek i doświadczenie we wspinaniu w wysokich i zimnych górach: Nowej Zelandii, Antarktydy i Himalajach. W tych ostatnich osiągnął kilka wysokich szczytów, był organizatorem wypraw trekkingowych. Ale w 1984 r., podczas pierwszej próby, nie udało mu się stanąć na najwyższym szczycie Ziemi, dzięki czemu prawdopodobnie ocalił życie. Wejście w 22 lata później miało stać się ukoronowaniem jego górskich osiągnięć. Udało się, ale zapłacił za nie ogromną cenę. W pierwszej części książki ? ?Łapacz snów" autor opisuje swoją wspinaczkową pasję, wcześniejsze wyprawy, także rodzinne, pracę i życie. I nieoczekiwaną propozycję udziału w tej najważniejszej dla niego, w 2006 roku. Problemy z pozyskaniem sponsorów aby móc zrealizować ten cel, bo to przecież ogromne wydatki. A także z odnowieniem w krótkim czasie niezbędnej kondycji fizycznej oraz pierwsze etapy jej przebiegu tej wyprawy. Jest w niej szereg ciekawych opisów, m.in. wizyty w najwyżej położonym na świecie tybetańskim klasztorze Rongbuk. Czy ceremonii pudźi zawsze odprawianej przez Szerpów przed wyruszeniem na wysokogórską wyprawę w Himalajach. Ponadto informacji o sprzęcie, odzieży pozwalającej funkcjonować w tych ekstremalnych warunkach, m.in. o podgrzewaczach powietrza do oddychania o wielkości paczek papierosów, wkładanych do ust w trakcie wspinaczki na dużych wysokościach. Część druga ? ?Kraina śmierci", to relacja z pokonywania, głównie w nocnych ciemnościach, przed świtem, ostatniego odcinka do szczytu, wejścia i pozostania na nim przez 20 minut, gdyż na więcej nie pozwalał czas niezbędny na bezpieczny powrót do najwyżej położonego obozu. I nieoczekiwanego załamania zdrowia zaledwie około 100 metrów niżej. Narastającego niedotlenienia, obrzęku mózgu, popadania w stan majaczenia, w którym nie był już w stanie kontrolować swojego organizmu, walki z usiłującymi pomóc mu w schodzeniu Szerpami będącymi już również w stanie skrajnego wyczerpania. I pozostawienie go, na wydane telefonicznie z bazy polecenie kierownika wyprawy, gdy został uznany za zmarłego, a Szerpom groziło to samo, na skalnej półce na wysokości 8.600 m n.p.m. W strefie śmierci, w której wcześniej nikomu jeszcze nie udało się przeżyć tak długo bez tlenu. Później niesamowita noc pełna halucynacji, walki organizmu na granicy świadomości o przetrwanie. Zakończona natknięciem się następnego dnia przez dwu wchodzących na szczyt himalaistów człowieka siedzącego po turecku na skraju przepaści i poruszającego się oraz dającego oznaki życia. Relacje z tego, co działo się w górach przeplatają się z opisami przekazania do kraju i rodzinie wiadomości o jego śmierci. Ogromnego zainteresowania prasy, przyjaciół oraz himalaistów i ludzi na świecie trudnym do wyobrażenia sobie ocaleniem. Ta część książki, podobnie jak trzecia ?Na pustym baku" poświęcona trudnemu powrotowi ?z zaświatów", pełna jest świetnych, wręcz znakomitych opisów i relacji. Jak trudne były to chwile, świadczyć może np. fakt, że w ciągu 7 godzin uczestniczącym w akcji ratunkowej Szerpom udało się sprowadzić himalaistę tylko o około 200 metrów w dół. Niesamowite są opisy stanu, w którym nie odróżniał on rzeczywistości od wytworów umysłu. Momentów budzenia się i prób samoobrony organizmu przed zamarznięciem oraz śmiercią. Później zaś problemów ledwie mamroczącego coś człowieka z ratownikami znającymi słabo angielski, a on tylko trochę nepalski. I zmuszania go, nawet biciem wyrwanym mu czekanem, aby szedł dalej. A nawet żądania przez Szerpów ? ratowników dodatkowej zapłaty za uratowanie mu życia. Później tak o tym napisał: ?Mogli otrzymać ode mnie obietnice, których nie miałem zamiaru dotrzymać. Śmierć podążała moim śladem od zbyt wielu godzin, by robiła na mnie wrażenie. Nie chciałem dać tym mężczyznom okazji do doprowadzenia innych na granicę śmierci w celu wykorzystania ich." Samoocenę swojego stanu w tamtych momentach Lincoln Hall, interesujący się buddyzmem, opisał tak: ?... zostałem wciągnięty na pierwszy i drugi (z ośmiu ? uwaga recenzenta) poziomów śmierci, tak jak opisują to teksty tybetańskie." A później stwierdził: ?Nikt spośród tych, których wcześniej pozostawiono na pewną śmierć na tej wysokości, nie przeżył." Niełatwe było także późniejsze ratowanie jego życia, już w obozie, przez lekarza wyprawy. Nie tylko wyprowadzanie ze stanu niedotlenienia, obrzęku mózgu, odmrożonych palców, ale także odwodnienia i wygłodzenia organizmu. ?W ciągu ostatnich sześćdziesięciu godzin ? znowu zacytuję ? nie jadłem nic prócz dwóch saszetek żelu energetycznego." I długa rehabilitacja po powrocie do Australii. Uważam, że warto przytoczyć jeszcze kilka innych fragmentów tej książki. ?Po zdobyciu szczytu ? to z rozmyślań autora podczas 5-godzinnego zjazdu na jaku do dolnej bazy, bo zejść na własnych nogach nie był w stanie ? dostałem wycisk ? poświęciłem wszystko: palce u rąk i stóp, głos i moje ego." Ta niesamowita historia zakończyła się happy endem, jeżeli nie liczyć utraty opuszków palców rąk i dużego palca stopy. Już po powrocie do zdrowia i normalnego życia, autor tak, w ?Post mortem", opisał sytuację, w jakiej znalazł się i zdołał z niej uratować. ?... w ciągu godziny od zejścia ze szczytu Mount Everestu popadłem w letarg. Czasami wydawało mi się, jakbym był przytomny, ale zachowywałem się w sposób niezrównoważony, używając niekiedy dużej siły, Chciałem się wspinać, a nie schodzić. Chciałem skoczyć ze ściany lodowca Kangshung. Cały czas odmawiałem założenia maski tlenowej, a Szerpowie bezustannie zmuszali mnie, bym włożył ją z powrotem. Widoczne u mnie objawy odpowiadały symptomom, jakie wywołuje obrzęk mózgu, który na wysokości 8600 metrów oznacza wyrok śmierci." I dalej: ?Z powodu odmrożeń i sparaliżowanej lewej struny głosowej drugą połowę roku 2006 spędziłem u lekarzy rozmaitych specjalności. Żaden z nich nie potrafił powiedzieć, dlaczego żyję... Wiedziałem wystarczająco dużo na temat fizjologii na dużych wysokościach, by mieć świadomość, iż mróz powinien mnie zabić, że hipoksja powinna mnie zabić, a gdybym jakimś sposobem przeżył to wszystko, szalę śmierci powinno przeważyć odwodnienie. Być może tak właśnie było. Cokolwiek mnie jednak miało zabić, zostałem uznany za martwego. Byłem martwy wieczorem 25 maja, ale rano 26 maja żyłem. Co się stało?...." Relacja z tej wyprawy i trudnego do wyjaśnienia przeżycia himalaisty w tak trudnych warunkach może być świetną odpowiedzią tym ?ceprom", którzy uważają, że obecnie, z doskonałym sprzętem, tlenem, olinowaniem aż do szczytu oraz przy pomocy Szerpów, na Mount Everest może wejść każdy. Niemal jak na Giewont. To również świetna lektura dla miłośników gór, wspinaczki oraz pokonywania ekstremalnych trudności. Ale także skłaniająca do postawienia i odpowiedzi na pytanie: czy osiągnięcie najwyższego szczytu naszego globu warte jest ceny, którą zapłaciło już tak wielu wspinaczy: życia, kalectwa, niesamowitego wysiłku? Na nie każdy musi odpowiedzieć sam. Kliknij żeby zobaczyć powiększenie. Kliknij żeby zobaczyć powiększenie. Kliknij żeby zobaczyć powiększenie.
kurier365.pl Cezary Rudziński; 2016-03-26
Bornholm. Travelbook. Wydanie 1
Tylko dwie i pół godziny rejsu z Kołobrzegu dzieli turystę od brzegów tej zadbanej duńskiej wyspy na Bałtyku. Jak się okazuje, nawet krótka podróż gwarantuje wiele atrakcji krajoznawczych, jak choćby baśniowe piaszczyste plaże Dueodde, Las Almindin-gen czy granitowe stoki i wrzosowiska Hammeren. Poza walorami krajobrazowymi Bornholm kusi przyjezdnych swymi zabytkami: rotundowymi kościołami sprzed tysiąca lat, ruinami zamku Hammershus, jednego z najwspanialszych reliktów dziejów skandynawskich, ale także rytami naskalnymi sprzed 3-4 tysięcy lat. Szczegóły można utrwalić w born-holmskich muzeach: NaturBornholm w Akirkeby, muzeum historii wyspy albo Centrum Średniowiecza w Ron-ne. Nawet jednodniowa wizyta na wyspie oferuje poznanie jej oferty kulinarnej: można popróbować wędzonych śledzi (wyspa eksportuje 60 mln wędzonych ryb rocznie!), popić je akvavitem Bornholmer Bitter, pachnącym i smakującym jałowcem oraz cynamonem. Warto doznać frajdy smakowania wiktuałów słynnego szwedzkiego stołu (Fiskebuffet): owoców morza, wędzonej makreli z czosnkiem, papryką i pieprzem oraz miejscowego ciemnego chleba. Można też trafić na smakołyki z wędzonej belony czy łososia. Bogata propozycja dla turysty studzi emocje tylko jednym - cenami. Bornholm jest bowiem drogą destyna-cją, trzeba więc być przygotowanym, że nasza karta płatnicza rozgrzeje się do czerwoności. Ale Bornholm proponuje spory wybór, zależny od finansowych możliwości przybysza. Można znaleźć tu schronienie w godnym 4-gwiazdkowym hotelu w Ronne, ale i tanio przenocować na polu namiotowym. Zresztą i oferta kempingowa jest na wyspie mądrze zróżnicowana. Tak więc baza wypadowa do poznania wyspy czeka, a zwiedzanie Sveneke, Gudhjem czy Hasie przyniesie nie tylko relaks, ale i długo pamiętane przeżycia. Autorski przewodnik sumuje najnowsze informacje o tym, jak sensownie spędzić tu weekend.
Tygodnik Angora Ł.Azik; 2016-03-13
Sen powrotu
Jeśli ktoś kocha podróże i literaturę podróżniczą, Piotra Strzeżysza nie trzeba mu polecać; Tramp, obieżyświat, który od ponad dwudziestu lat jeździ rowerem po świecie. Traktuję niczym klasykę gatunku jego "Campę w sakwach", z zainteresowaniem przeczytałam "Powidoki", a jednak jego ostatnia książka zdziwiła mnie.Co to jest? Literatura podróżnicza? - chyba nie do końca?! Bardziej skłonna byłabym ulokować "Sen powrotu" jako prozę poetycką. Ale przecież te Ameryki i dziesięciomiesięczna podróż (rowerowa, ma się rozumieć!) przez nie! Alaska, Stany Zjednoczone Ameryki, Meksyk, Gwatemala, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Ekwador, Peru, wreszcie Kolumbia i Argentyna ? wiele tysięcy kilometrów rowerem przez wysokie na kilka tysięcy przełęcze Andów, przez trawiastą pampę Argentyny i rozległą Patagonię aż po wybrzeże Pacyfiku. Słowem - dziesięć miesięcy podróży od jednego krańca kontynentu do drugiego.
Zapalony wędrowiec (i równie zapalony czytelnik literatury podróżniczej) powie: "Ale gratka!" i z ciekawością sięgnie po "Sen powrotu" i chyba się rozczaruje, bowiem z literaturą gatunku sensu stricte książka Strzeżysza niewiele ma wspólnego! Nie znajdziemy w niej ani jednego opisu kilkunastu krajów, przez jakie wiódł jego szlak. Nie ujrzymy fotografii, które "dopełniając tekst" ukażą urodę tej odległej a pięknej części naszego globu.
Zamiast opisów przyrody, miejsc czy krajobrazów mamy spotkania z ludźmi; Mario, który zaprasza Autora na obiad, prowadzi do szpitala (Strzeżysz przez 4 miesiące choruje na zapalenie zatok i gorączkuje), a następnie opłaca trzydniowy pobyt w hotelu i - znika! Właścicielka restauracji, która odda swój pusty dom, gdzie przez długich 27 dni Strzeżysz będzie się kurował i dochodził do sił. Anonimowy Salwadorczyk, który na widok trawionego gorączką rowerzysty po prostu zamyka swój lokal i wiezie Strzeżysza do pobliskiej lecznicy, po czym lokuje go - na dachu centrum handlowego, bo na hotel żadnego z nich nie stać.
Rob, Jose, Emilia, Ernesto - to "przystanki" na dziesięciomiesięcznym wędrownym szlaku przez obie Ameryki. Ludzie bezinteresownie życzliwi , którzy zostawiają ślad swej obecności nie tyle na geograficznej mapie kontynentu, ale w sercu i wdzięcznej pamięci. "Jak mam się odwdzięczyć?" - pyta Strzeżysz. "Nijak. Dla mnie nagrodą jest to, że mogę ci pomóc(?). Pewnego dnia pomóż drugiemu człowiekowi" - słyszy.
Poza ludźmi na swym rowerowym szlaku Autor spotyka też rozliczne zwierzęta - rude koty, bezpańskie, czekające na okruch zainteresowania psy, a także.. mrówki, strusie nandu i pancernika i wszystkie te spotkania bez wyjątku są urocze! Wszystkie też wyzwalają refleksje, którymi Autor szczodrze dzieli się z czytelnikami - o dziadku Mańku, którego "nosi w sobie", o tym, jak łatwo obchodzić się bez zdobyczy współczesnej techniki oraz "bez firanek w oknach i kafelek w łazience", o tym wreszcie, jak w pogoni za materią my, ludzie zapodzialiśmy gdzieś uważność i umiejętność cieszenia się chwilą. Zamiast opisów bujnej przyrody czy surowego krajobrazu Strzeżysz pyta każdego z nas: "A TY, JESTEŚ SZCZĘŚLIWY?"
Gdy zbliża się kres dziesięciomiesięcznej wędrówki, zaledwie 3 dni drogi od mety, którą ma być Ziemia Ognista i maleńkie miasteczko gdzieś na końcu świata, Strzeżysz zatrzymuje się, odwraca rower i - jedzie w drugą stronę! Niech cię to, drogi Czytelniku, nie zmyli: Autor nie jedzie tą samą drogą ku początkowi swej podróży na Alasce, lecz - wraca do Polski!!! Tak po prostu! Na którejś ze stron tej nietuzinkowej książki napisze, że "Wystarczy, żeby jutro był dzień, żeby świeciło słońce, żebym coś zjadł i znalazł spokojne miejsce do spania. By przez moje ciepłe myśli świat przez chwilę stał się lepszy. Albo chociaż nie był gorszy. Tyle wystarczy z tego jechania". Przyznasz, czytelniku, że niecodzienna to filozofia podróżowania przez świat, jeśli jednak - jak pisze Strzeżysz - jego "ciepłe myśli" i romantyczno - poetycki ogląd świata sprawią, że świat rzeczywiście stanie się lepszy, to ja "kupuję" ten rodzaj podróżniczej literatury. J A że Strzeżysz pisze też: "Wróciłem, ale nie jestem pewien, na ile jestem tu, a na ile jeszcze tam" - możemy się spodziewać jego następnej wyprawy i podróżniczo- niepodróżniczej książki.
Zapalony wędrowiec (i równie zapalony czytelnik literatury podróżniczej) powie: "Ale gratka!" i z ciekawością sięgnie po "Sen powrotu" i chyba się rozczaruje, bowiem z literaturą gatunku sensu stricte książka Strzeżysza niewiele ma wspólnego! Nie znajdziemy w niej ani jednego opisu kilkunastu krajów, przez jakie wiódł jego szlak. Nie ujrzymy fotografii, które "dopełniając tekst" ukażą urodę tej odległej a pięknej części naszego globu.
Zamiast opisów przyrody, miejsc czy krajobrazów mamy spotkania z ludźmi; Mario, który zaprasza Autora na obiad, prowadzi do szpitala (Strzeżysz przez 4 miesiące choruje na zapalenie zatok i gorączkuje), a następnie opłaca trzydniowy pobyt w hotelu i - znika! Właścicielka restauracji, która odda swój pusty dom, gdzie przez długich 27 dni Strzeżysz będzie się kurował i dochodził do sił. Anonimowy Salwadorczyk, który na widok trawionego gorączką rowerzysty po prostu zamyka swój lokal i wiezie Strzeżysza do pobliskiej lecznicy, po czym lokuje go - na dachu centrum handlowego, bo na hotel żadnego z nich nie stać.
Rob, Jose, Emilia, Ernesto - to "przystanki" na dziesięciomiesięcznym wędrownym szlaku przez obie Ameryki. Ludzie bezinteresownie życzliwi , którzy zostawiają ślad swej obecności nie tyle na geograficznej mapie kontynentu, ale w sercu i wdzięcznej pamięci. "Jak mam się odwdzięczyć?" - pyta Strzeżysz. "Nijak. Dla mnie nagrodą jest to, że mogę ci pomóc(?). Pewnego dnia pomóż drugiemu człowiekowi" - słyszy.
Poza ludźmi na swym rowerowym szlaku Autor spotyka też rozliczne zwierzęta - rude koty, bezpańskie, czekające na okruch zainteresowania psy, a także.. mrówki, strusie nandu i pancernika i wszystkie te spotkania bez wyjątku są urocze! Wszystkie też wyzwalają refleksje, którymi Autor szczodrze dzieli się z czytelnikami - o dziadku Mańku, którego "nosi w sobie", o tym, jak łatwo obchodzić się bez zdobyczy współczesnej techniki oraz "bez firanek w oknach i kafelek w łazience", o tym wreszcie, jak w pogoni za materią my, ludzie zapodzialiśmy gdzieś uważność i umiejętność cieszenia się chwilą. Zamiast opisów bujnej przyrody czy surowego krajobrazu Strzeżysz pyta każdego z nas: "A TY, JESTEŚ SZCZĘŚLIWY?"
Gdy zbliża się kres dziesięciomiesięcznej wędrówki, zaledwie 3 dni drogi od mety, którą ma być Ziemia Ognista i maleńkie miasteczko gdzieś na końcu świata, Strzeżysz zatrzymuje się, odwraca rower i - jedzie w drugą stronę! Niech cię to, drogi Czytelniku, nie zmyli: Autor nie jedzie tą samą drogą ku początkowi swej podróży na Alasce, lecz - wraca do Polski!!! Tak po prostu! Na którejś ze stron tej nietuzinkowej książki napisze, że "Wystarczy, żeby jutro był dzień, żeby świeciło słońce, żebym coś zjadł i znalazł spokojne miejsce do spania. By przez moje ciepłe myśli świat przez chwilę stał się lepszy. Albo chociaż nie był gorszy. Tyle wystarczy z tego jechania". Przyznasz, czytelniku, że niecodzienna to filozofia podróżowania przez świat, jeśli jednak - jak pisze Strzeżysz - jego "ciepłe myśli" i romantyczno - poetycki ogląd świata sprawią, że świat rzeczywiście stanie się lepszy, to ja "kupuję" ten rodzaj podróżniczej literatury. J A że Strzeżysz pisze też: "Wróciłem, ale nie jestem pewien, na ile jestem tu, a na ile jeszcze tam" - możemy się spodziewać jego następnej wyprawy i podróżniczo- niepodróżniczej książki.
http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em
To nie jest miejsce dla gringo
Monopol Cejrowskiego na dobre pisanie o Ameryce Łacińskiej wreszcie została przełamany. Dziś o tym, wciąż dla wielu Polaków egzotycznym, kontynencie można też przeczytać u innych, w tym u Sergiusza Prokurata - który książką "To nie jest miejsce dla Gringo" trafił do czołówki polskich autorów piszących o podróżach.
Kto z was wie kim jest Gringo? Ci co słuchają Cejrowskiego powiedzą to "Biały", tylko czy na pewno? Otóż nie, Gringo to jedynie Amerykanin a sam słowo "gringo" łatwo kojarzone z angielskim słowem green czyli zielone pochodzi od piosenki "Green grow the Rushes" śpiewanej w amerykańskich żołnierzy w czasie wojny Meksyk-USA a toczonej w latach 1846-1848. Pochwaliłem się tę wiedzą, bo ona świetnie oddaje prozę Prokurata. Autor bowiem nie pisze bloga z podróży, nie koncentruje się na własnych odczuciach a opowiada nam o kontynencie który odwiedził. Opowiada o najważniejszych oraz o najciekawszych faktach z historii i współczesności tamtego regionu. Dlatego znajdziecie tam chociażby rozdziały poświęcone historii bananów czy kokainy - zresztą oba to absolutne perełki.
Prokurat z premedytacją wyszukuje i punktuje zjawiska jak najdalsze od naszego modelu kulturowego, tym samym pokazując jak bardzo nasz i ich krąg kulturowy są od siebie rożne. Zachowuje się jak dobry przewodnik, który zamiast klepać regułki wskazuje coś palcem i mówi, spójrz tam, czy to nie jest dziwne/wspaniałe/zaskakujące.
Dzięki takiemu podejściu do tematu opowieści o podróży może nie będziemy mieli pojęcia jak pachnie targowisko w Peru ale będzie nam łatwiej zrozumieć Latynosów. Do tego zrozumieć na każdym poziomie, również tym ogólnym trafiającym do nas za pomocą telewizyjnych wiadomość. Po lekturze wreszcie zaczynam rozumieć wyraźnie lewicowy przechył w tamtej części świata i ich niechęć w stosunku do USA.
Co zaś do warstwy formalnej to na wyróżnienie zasługują dwa elementy. Po pierwsze język książki. "To nie jest miejsce dla Gringo" napisano w pierwszej osobie, dzięki czemu przez cały czas mamy wrażenie słuchania opowieści snutej przez autora. Dzięki temu trafi do nas tez cała warstwa emocjonalna przekazu. Kiedy autor się dziwi, dziwi się i czytelnik, kiedy autor się boi boimy się i my. A wszystko to choć autor nie pisze wprost o swoich odczuciach.
Drugim godnym odnotowania elementem jest poziom edytorski wydawnictwa. Pozycja jest bogato zilustrowana. Użyte zdjęcia są dobrej jakości, ustawione w logicznych miejscach (co wcale nie jest takie częste, jak by się mogło wydawać) wprost w tekście a nie na barwnych wkładkach gdzieś pomiędzy rozdziałami. Do tego każdą ilustrację obdarowano podpisem. Bardzo to pomaga w wejściu w klimat odwiedzonych i opisywanych przez autora miejsc.
Dla mnie "To nie jest miejsce dla Gringo" było pierwszym kontaktem z pisarstwem Sergiusza Prokurata. I to pierwsze spotkanie zrobiło tak dobre wrażenie, że już zaczynam się rozglądać za inną pozycją autora. Prawdopodobnie będzie to "Archipelag znikających wysp". Wrażeniami oczywiście się podzielę. Ale już po pierwszej pozycji widzę, że na mojej prywatnej liście Polaków piszących o podróżach Sergiusz Prokurat trafia do pierwszej piątki. Sięgniecie po tę pozycje, zdecydowanie warto, a żeby was jeszcze bardziej zachęcić przyznaję Gringo znaczek "Polecam".
Kto z was wie kim jest Gringo? Ci co słuchają Cejrowskiego powiedzą to "Biały", tylko czy na pewno? Otóż nie, Gringo to jedynie Amerykanin a sam słowo "gringo" łatwo kojarzone z angielskim słowem green czyli zielone pochodzi od piosenki "Green grow the Rushes" śpiewanej w amerykańskich żołnierzy w czasie wojny Meksyk-USA a toczonej w latach 1846-1848. Pochwaliłem się tę wiedzą, bo ona świetnie oddaje prozę Prokurata. Autor bowiem nie pisze bloga z podróży, nie koncentruje się na własnych odczuciach a opowiada nam o kontynencie który odwiedził. Opowiada o najważniejszych oraz o najciekawszych faktach z historii i współczesności tamtego regionu. Dlatego znajdziecie tam chociażby rozdziały poświęcone historii bananów czy kokainy - zresztą oba to absolutne perełki.
Prokurat z premedytacją wyszukuje i punktuje zjawiska jak najdalsze od naszego modelu kulturowego, tym samym pokazując jak bardzo nasz i ich krąg kulturowy są od siebie rożne. Zachowuje się jak dobry przewodnik, który zamiast klepać regułki wskazuje coś palcem i mówi, spójrz tam, czy to nie jest dziwne/wspaniałe/zaskakujące.
Dzięki takiemu podejściu do tematu opowieści o podróży może nie będziemy mieli pojęcia jak pachnie targowisko w Peru ale będzie nam łatwiej zrozumieć Latynosów. Do tego zrozumieć na każdym poziomie, również tym ogólnym trafiającym do nas za pomocą telewizyjnych wiadomość. Po lekturze wreszcie zaczynam rozumieć wyraźnie lewicowy przechył w tamtej części świata i ich niechęć w stosunku do USA.
Co zaś do warstwy formalnej to na wyróżnienie zasługują dwa elementy. Po pierwsze język książki. "To nie jest miejsce dla Gringo" napisano w pierwszej osobie, dzięki czemu przez cały czas mamy wrażenie słuchania opowieści snutej przez autora. Dzięki temu trafi do nas tez cała warstwa emocjonalna przekazu. Kiedy autor się dziwi, dziwi się i czytelnik, kiedy autor się boi boimy się i my. A wszystko to choć autor nie pisze wprost o swoich odczuciach.
Drugim godnym odnotowania elementem jest poziom edytorski wydawnictwa. Pozycja jest bogato zilustrowana. Użyte zdjęcia są dobrej jakości, ustawione w logicznych miejscach (co wcale nie jest takie częste, jak by się mogło wydawać) wprost w tekście a nie na barwnych wkładkach gdzieś pomiędzy rozdziałami. Do tego każdą ilustrację obdarowano podpisem. Bardzo to pomaga w wejściu w klimat odwiedzonych i opisywanych przez autora miejsc.
Dla mnie "To nie jest miejsce dla Gringo" było pierwszym kontaktem z pisarstwem Sergiusza Prokurata. I to pierwsze spotkanie zrobiło tak dobre wrażenie, że już zaczynam się rozglądać za inną pozycją autora. Prawdopodobnie będzie to "Archipelag znikających wysp". Wrażeniami oczywiście się podzielę. Ale już po pierwszej pozycji widzę, że na mojej prywatnej liście Polaków piszących o podróżach Sergiusz Prokurat trafia do pierwszej piątki. Sięgniecie po tę pozycje, zdecydowanie warto, a żeby was jeszcze bardziej zachęcić przyznaję Gringo znaczek "Polecam".
blurppp.com
