Kontrast:
ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »
APLIKACJA MOBILNANEW

Piekło - niebo. Zrozumieć Koreę

Książka jest zbiorem tekstów powstałych między czerwcem 2015 a czerwcem 2016 roku, zapisem wydarzeń, jakie miały miejsce po obu stronach 38. równoleżnika, wzdłuż którego biegnie granica oddzielająca Koreę Północną od Południowej - dwa sztucznie utworzone kraje, które pomimo wspólnej historii dzieli prawie wszystko. Autor (dziennikarz i japonista) opisuje dwanaście miesięcy z życia mieszkańców obu krajów - ich sukcesy, troski, niepokoje i nadzieje. Tytułowe piekło nie odnosi się tylko do komunistycznego reżimu Kim Dzong Una na Północy, a niebo nie jest jedynie określeniem dynamicznie rozwijającego się Południa. Korea pokazana jest jako całość, w której można zaznać nieba i piekła równocześnie, gdzie rzeczywistość mieści w sobie wiele sprzeczności z naczelnym absurdem tego systemu na czele - pasem ziemi niczyjej przecinającym półwysep wszerz, oficjalnie nazywanym Koreańską Strefą Zdemilitaryzowaną, a faktycznie będącym jednym z najsilniej uzbrojonych terenów świata.
Gazeta Częstochowska

Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej

Utracony świat - historia Leona Barszczewskiego, XIX-wiecznego badacza Azji Środkowej! 

Nakładem Wydawnictwa Bezdroża ukazała się niezwykła książka, która jest owocem przeszło trzydziestoletnich badań genealogicznych Igora Strojeckiego oraz fascynacji postacią i dokonaniami jego pradziadka — podróżnika i fotografa Leona Barszczewskiego. 

Bohaterem opowieści jest zafascynowany Azją fotograf i podróżnik, który na szklanych płytach negatywów utrwalił niepowtarzalne widoki krajobrazów i miast Azji Środkowej, zwłaszcza Samarkandy. To dzięki niemu możemy spojrzeć na twarze rdzennych mieszkańców dalekich zakątków Azji sprzed ponad stu lat. Książka zawiera ponad trzysta oryginalnych fotografii sprzed ponad stu lat! 

Leon Barszczewski uchwycił w kadrze obiektywu chwile grozy podczas górskich wypraw, utrwalił piękno i majestat lodowców oraz potęgę gór. Jednak najważniejsi byli dla niego ludzie — z jego fotografii spoglądają na nas bekowie i wieśniacy, biedacy i bogacze, tancerze i obłąkani, a nawet muzułmańskie kobiety odsłaniające twarze. Dla wielu z nich Barszczewski był pierwszym spotkanym Europejczykiem. Te jedyne w swoim rodzaju obrazy przenoszą nas w świat zagubiony i nieznany, nieomal baśniowy…

Nieistniejący już świat autor odtworzył na podstawie notatek samego podróżnika, artykułów publikowanych w prasie oraz wspomnień jego córki, Jadwigi Barszczewskiej-Michałowskiej. Przenieś się do świata, którego już nie ma, zobacz go oczami odkrywcy, fotografa i podróżnika!

...dłuższe obcowanie z półdzikimi mieszkańcami nauczyło mnie wielu rzeczy. Jak fałszywie i źle sądzimy tych biedaków. Najczęściej sami jesteśmy przyczyną nieporozumień, jakie wynikają pomiędzy nami i nimi. Niejednokrotnie sam, zdawało się, byłem w położeniu bez wyjścia wśród tych półdzikich ludów, gdzie byle drobiazg mógł pociągnąć za sobą utratę życia. A przecież zawsze dawałem sobie radę, co zawdzięczam temu, że stosunek mój do mieszkańców był zawsze serdeczny, że starałem się wniknąć w ich życie, zwyczaje i obrzędy, wierzenia i przesądy. Zjednałem sobie wśród nich wielu prawdziwych przyjaciół. Dziewiętnaście lat obracałem się między nimi i nie mogę znaleźć ani jednego przykładu ich rzekomej zwierzęcości, o czym tak chętnie piszą rozmaici podróżnicy.
L. Barszczewski

Igor Strojecki — pasjonat genealogii, publicysta, varsavianista. Z zapałem przywraca pamięć o swoich niezwykłych przodkach, m.in. aktorce Elżbiecie Barszczewskiej, psychologu i wynalazcy Julianie Ochorowiczu oraz pradziadku Leonie Barszczewskim. Jest autorem licznych artykułów o słynnym fotografie Samarkandy, katalogów towarzyszących wystawom oraz obszernego hasła do słownika biograficznego. Jest także autorem i inicjatorem wielu wystaw poświęconych wyżej wspomnianym przodkom, prezentowanych w muzeach i instytucjach kultury w całej Polsce. Często wygłasza prelekcje i udziela wywiadów na temat dokonań swojej rodziny oraz wartości badań genealogicznych. Aktywnie uczestniczy w imprezach kulturalnych, takich jak Noc Muzeów czy Festiwal Nauki. Za swoją społeczną działalność uhonorowany nagrodami (m.in. w roku 2012 otrzymał nagrodę Ludomira Benedyktowicza, a w 2014 “Złoty Liść” Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Retro im. M. Fogga).

Motto Igora Strojeckiego brzmi: “Być może nie narodził się jeszcze ten, który kiedyś zapuka do twoich drzwi i o historię twojej rodziny poprosi”.
dlaLejdis.pl

Końca świata nie było

Jakiś czas temu przeczytałam książkę Sergiusza Prokurata o jego podróży do Peru, Kolumbii i Ekwadoru ( „To nie jest miejsce dla gringo”), a że książka obudziła we mnie  ciekawość innych krajów Ameryki Łacińskiej, z zainteresowaniem   sięgnęłam po  książkę Anity Demianowicz , która w pięciomiesięcznej podróży zwiedziła ( czy to właściwe słowo?) i poznała Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Jej  książka uwiodła mnie szatą  graficzną; uwielbiam te wydane na eleganckim kredowym papierze z pięknymi zdjęciami i starannie zaprojektowaną  szatą graficzną. Książka Anity Demianowicz spełnia wszystkie  te kryteria, do czego zresztą śląskie wydawnictwo Bezdroża  zdążyło mnie już przyzwyczaić.
 
Drugi z powodów to… sama Autorka.  Zawsze gdy biorę do ręki nową książkę, czytam to, co na obwolucie i  pierwszy akapit  tekstu.  I najczęściej  to decyduje, czy powstaje między mną a książka chemia, czy nie.  Książka Anity Demianowicz uwiodła mnie już samym początkiem. Autorka z rozbrajającą szczerością pisze, że… „nie chciała być podróżniczką” (!?), że ma w sobie mnóstwo lęków, kompletnie nie ma orientacji w terenie, gubi się we własnym mieście i nie umie  określić, gdzie jest północ! Tym wyznaniem kupiła mnie, bo  wynikało z niego, że.. . Ona – to ja! Z tą różnicą, że ja nawet w najodważniejszych marzeniach nie ośmieliłabym  się na samotną podróż do innego państwa, a Ona – porzuciwszy dobrze płatną pracę w korporacji, bezpieczny dom  i kochającego męża – wyjechała w SAMOTNĄ pięciomiesięczną podróż do Ameryki Środkowej ( Gwatemala, Honduras, Salwador i w drodze powrotnej  kawałek Meksyku). Ona – młoda , zaledwie trzydziestokilkuletnia, pełna lęków, strachów i wewnętrznych ograniczeń wyrusza na drugi koniec świata, w rejon zdominowany brutalną i surową kulturą macho,  gdzie biała kobieta jest nie tylko  gringo(obca), ale i cieszy się (często zasłużoną!)  złą reputacją oraz stanowi obiekt pożądania niezależnie od …wieku i wyglądu(!).  
 
Demianowicz wyrusza w  tę część amerykańskiego kontynentu, gdzie panuje przeogromna bieda i postępująca za nią przestępczość, gdzie króluje przemoc, gangi, narkotyki, przemyt i  porachunki. W Gwatemali tym, co rzuca się w oczy na każdym kroku są pracujące dzieci i alkoholizm mężczyzn,  a ulubionym tematem rozmów Gwatemalczyków  jest bezpieczeństwo, a raczej jego brak! ( Od jednego z miejscowych usłyszy: [U nas] „śmierć jest na porządku dziennym”). W Gwatemali ostrzegano ją przed Hondurasem, w Hondurasie przed Salwadorem, do krateru wulkanu – jako podróżniczka – mogła zejść wyłącznie w towarzystwie policji turystycznej i wciąż, na każdym kroku przestrzegano ją, by nawet w stolicach (!) nie poruszała się pieszo i samotnie! Zakrawa na fenomen szczęścia, że wobec tylu lęków, w tak niebezpiecznym rejonie świata, poza jednym niemiłym incydentem młodej, atrakcyjnej turystce nie przydarzyło się NIC! Wróciła cała i zdrowa z apetytem na kolejne wyprawy! J
 
Jakie cele Jej  przyświecały?  Przede wszystkim – jak pisze – jechała po to, „by sprawdzić, jaka naprawdę jestem”, by porzucić codzienną rutynę i zacząć  spełnianie marzeń, podążanie własną drogą, poszukiwanie siebie. „Nie chciałam żyć  tak jak wszyscy, tylko trochę inaczej, po swojemu i być szczęśliwą”. I nieco dalej: „Nigdy nie jest za późno, by zmienić coś w życiu”.
 
Drugim celem  Demianowicz było nauczenie się języka hiszpańskiego, bez znajomości którego nie tylko podróżowanie, ale i poznawanie życia w tamtej części świata byłoby niemożliwe.  Niewielu lokalsów zna angielski i trudno się temu dziwić, skoro – jak pisze Autorka – Honduras to kraj, gdzie ponad połowa z ośmiomilionowego kraju żyje na granicy ubóstwa, gdzie powszechny jest analfabetyzm, bowiem „wielu ludzi  musi walczyć o przetrwanie, a nie o to, by nauczyć się czytać”.
 
Pobyt w pierwszym z odwiedzanych krajów – w Gwatemali zakładał naukę hiszpańskiego w szkole językowej i mieszkanie u gwatemalskiej rodziny. Na efekt nie trzeba było długo czekać, Demianowicz  w ciągu półtora miesiąca przyswoiła półroczny kurs hiszpańskiego w Polsce! I coś równie  cennego jak znajomość języka; Pisze: „ Szkoła w podróży dawała mi coś więcej niż tylko umiejętności językowe – szansę na poznanie kultury kraju, zwyczajów, tradycji i ludzi. Dość szybko to dostrzegłam i nauczyłam się doceniać”.
 
Wyposażona w znajomość języka i większe poczucie pewności siebie Autorka  zaczyna eksplorować miejscowe targi (mercado),  bo tam bije serce miast, toczy się nieśpieszne a prawdziwe  życie.  Smakuje lokalne kuchnie. Schodzi do krateru wulkanu, zalicza dwudniowy trekking w górach, eksploruje parki narodowe zupełnie odmienne od naszych europejskich, wreszcie ogląda  ( a my wraz z nią- za sprawą przecudnej urody zdjęć ) zachody słońca na jednym z najpiękniejszych jezior świata – jak twierdzi – nad jez. Atitlan. W Gwatemali i Hondurasie  zwiedza ruiny dawnych miast Majów, zaś w Tikal , w cieniu największej piramidy Majów uczestniczy w tytułowych obchodach końca świata.  Świat nadal  - na szczęście – trwa, podpowiem więc, że data 21.12.2012 to koniec...kalendarza Majów, który z tą data automatycznie się zeruje!!! Następne takie wydarzenie będzie miało miejsce dopiero za 5200 lat!( pięć tysięcy dwieście!)
 
Anita Demianowicz pisze: „Chciałam podróżować powoli.  (…) Chciałam nie tylko oglądać, ale i widzieć. Nie tylko słuchać, ale i wsłuchiwać się” i może dlatego dzięki Jej opisom możemy poznać, jak dwa największe święta  chrześcijańskiego świata – Wielkanoc i Boże Narodzenie – są obchodzone na drugiej półkuli. Jak zawsze w takich podróżach Autorka poznaje  nie tylko nowe miejsca, inne kultury i  odmienne style życia, ale i nowych, pięknych  ludzi. Jak chociażby szwajcarskie małżeństwo, które opiekuje się honduraskimi dziećmi ulicy, czy starszego  Amerykanina, który dwa razy w roku organizuje akcje medyczne leczące operacyjnie jaskrę. W reszcie świata to drobny zabieg korygujący defekt oka, w Ameryce Łacińskiej – poważny problem społeczny.  Poznaje wreszcie cała masę lokalsów , którzy, gdy tylko słyszeli swój język w ustach  kobiety gringo, zawsze okazywali bezinteresowną życzliwość i serdeczność  postawą swą  potwierdzając, że ludzkie dobro nie zna granic krajów ani kontynentów.
 
Bilans podróży? Oddajmy głos Autorce: „Oczywiście nie przestałam się bać”,  choć w innym miejscu przyznaje, że  samotna, długa  podróż wiele  z tych lęków pozwoliła oswoić.  Wydaje się , że skutecznie, skoro rok później  - bogatsza o znajomość języka, ludzi i bezcenne doświadczenia wyruszyła w kolejną podróż. Gdzie?  Oczywiście do Gwatemali, która najszybciej i najtrwalej skradła  jej serce:  „Od pierwszych chwil pokochałam ten kraj – za piękne tradycyjne stroje noszone z dumą przez kobiety gardzące ubraniami z Zachodu”.
 
Wobec takiej determinacji mnie wypada jedynie dodać: Pani  Anito, que la vaya bien! ( niech ci się dobrze wiedzie! J )
http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em; 2016-11-16

TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku

Podróżowanie, odkrywanie nowych lądów, obyczajów, poznawanie nowych ludów, od zawsze miało rzesze chętnych na takie wojaże. Tym którym niestety takie podróże nastręczają trudności, mogą podróżować palcem po mapie, lub czytając książki takie jak ta.Robb Maciąg, to nagrodzony Podróżnikiem Roku wojażer, który najlepiej czuje się wyprawiając się na różne ciekawe wyprawy. Napisał parę książek, a "TUK TUK Cinema...", jest pierwszą która przeczytałem. Autor jest człowiekiem niezwykle ciekawym i zakręconym. No bo kto wpadłby na pomysł przemierzania Indii na skuterze i wszędzie gdzie się da wyświetlać Bolka i Loka? W dodatku, opisując swoje przygody, podczas tej eskapady czyni to niezwykle zajmująco i od książki tej trudno się oderwać. Takie wyprawy to ja rozumiem. Niezwykle pozytywna książka pełna ciekawych historii, dodatkowo zilustrowana mnóstwem zdjęć. Nie tylko dla wielbicieli odległych miejsc, ale i tych którzy po prostu lubią dobre opowieści podróżnicze. A autor wie jak to uczynić w sposób niezwykle ciekawy. Polecam.
http://krotkoacztresciwie.blogspot.com Ande'; 2016-11-16

Krym: miłość i nienawiść

Krym od dawna miał w sobie coś romantycznego - stał się przecież miejscem podróży romantycznych poetów, czego owocem są na przykład mickiewiczowskie Sonety krymskie. Maciej Jastrzębski przywołuje także poemat Aleksandra Puszkina Fontanna Bakczysaraju. Współczesny Krym nadal jest miejscem, gdzie rodzą się miłosne uczucia, jednak przez złożoną sytuację polityczną w ostatnich latach częściej dzieli ludzi - nienawiścią. Przykładem jest para ludzi, których pewnego razu spotkał Maciej Jastrzębski. To o Fiodorze, pochodzącym z Moskwy i Mariannie z Krymu opowiada ta książka. O ich uczuciach, lękach, różnicach w poglądach i zmaganiach z przeciwnościami losu.

Krym. Miłość i nienawiść zapowiada się jako ciekawy reportaż o tym, co obecnie dzieje się na Krymie. Potrzebne są takie książki, aby móc poznać sytuację z perspektywy nie mediów, ale ludzi, którzy tam żyją. Dzięki niezwykłym umiejętnościom pisarskim Macieja Jastrzębskiego dostajemy opowieść oscylującą pomiędzy reportażem a powieścią. Z jednej strony mamy historię, która wydarzyła się naprawdę, choć sama w sobie jest niewiarygodna. Z drugiej strony - autor potrafił przełożyć ją na język literacki i sprawić, że książkę czyta się jak dobrą powieść. Głównie dlatego, że usłyszaną historię poszatkował tak, aby pokazać ją z perspektywy kilku bohaterów oraz odpowiednio budować napięcie. Opowieść dwojga postaci przeplata się z innymi historiami ludzi, które Maciej Jastrzębski jako dziennikarz radiowy wcześniej usłyszał bądź zaobserwował podczas pracy. Do tego dochodzą opisy własnych doświadczeń reportera oraz wątki historyczne, ponieważ do zrozumienia współczesności potrzebna jest znajomość przeszłości. Taka kompozycja książki pozwala czytelnikowi mieć wgląd w różne strony politycznego konfliktu i poznać zarówno oficjalne motywacje władzy rosyjskiej, medialne doniesienia o ucieczce prezydenta Ukrainy, jak i tę najbardziej prywatną sferę, do której również wdarła się polityka, choć nie powinno się tak stać.

Sama historia o miłości Fiodora i Marianny, mimo poznanego już na wstępie lektury jej happy endu, nie jest prosta. Bo też taka nie mogła być, skoro bohaterowie pochodzą z wrogich sobie krajów. Kiedy Fiodor nie dostrzegał, że jego rosyjski kraj robi coś złego, a Marianna zmuszona była opuścić swoje rodzinne tereny, bo nie chciała przyjąć rosyjskiego obywatelstwa. Mamy w tej opowieści romans, dramat i thriller. Każde przekraczanie granicy było dużym ryzykiem, a powrót do domu wiązał się z aresztowaniem i przesłuchaniem. Z kolei mieszkanie z dala od rodziny budziło lęk o życie najbliższych. Każda podróż, nawet do sąsiedniego miasta, mogła zakończyć się porwaniem, czego zresztą w wyniku pomyłki Marianna również doświadczyła.

Książka Macieja Jastrzębskiego jest silnie nacechowaną emocjami i dobrze napisaną literaturą faktu, przybliżającą czytelnikowi problematykę konfliktu rosyjsko-ukraińskiego konfliktu z perspektywy zwykłych cywilów, których plany na przyszłość zostały zburzone przez polityczne decyzje.
granice.pl Katarzyna Kurowska; 2016-11-16