Recenzje
Rzym. Travelbook. Wydanie 1
Miasto otwarte
Nie tylko kinomani natychmiast uzupełnią ten tytuł o nazwę miasta. Rzym jest miejscem, gdzie powstało wiele kultowych fabuł, które weszły do historii kina i kultury masowej.Miasto otwarte Nie tylko kinomani natychmiast uzupełnią ten tytuł o nazwę miasta. Rzym jest miejscem, gdzie powstało wiele kultowych fabuł, które weszły do historii kina i kultury masowej. Dziś rzymscy przewodnicy oferują turystom szlak, którym tropi się ślady wielkich reżyserów i słynnych aktorów. Wspomnijmy tylko "Słodkie życie" i "Rzym" Federica Felliniego, niezapomniane "Rzymskie wakacje" z Audrey Hepburn i Gregorym Peckiem, całkiem nowy film Woody'ego Allena "Zakochani w Rzymie", stareńki "Złodzieje rowerów" Vittoria De Siki (we Włoszech uważany za jedno ze stu najważniejszych dzieł, które zmieniły zbiorową pamięć narodu), a wreszcie dreszczowiec Rona Howarda "Anioły i demony" czy rozliczający się z pokoleniem ludzi wypalonych film Paola Sorrentina "Wielkie piękno". Filmów jest więcej, zatem każdy, kto dysponuje czasem, jest w stanie dotrzeć do miejsc, w których powstawały, i odnaleźć plenery, które zapadły mu w pamięć. Kto preferuje inne klimaty, skorzysta z rady, by powałęsać się po rzymskich bazarach. Każdy z nich ma swój charakter i profil. Na Borghetto Flaminio królują starocie, a rozpiętość cen gwarantuje emocje każdemu. Jeszcze więcej wrażeń gwarantuje znany niemal każdemu pchli targ przy Porta Portese. Campo de' Fiori to targ spożywczy, podobnie jak Cola di Rienzo, gdzie królują warzywa. Sławny jest targ de Tesstacio, gdzie poza kramami i kupcami znajdziemy stoiska ze świetnym jedzeniem. Zainteresowani modą czy dodatkami i liczący na tanie zakupy towarów z rzymskim sznytem niechże jadą (metro A, stacja San Giovanni) na Via Sanni, gdzie znajdą ekstrawaganckie ciuchy, buty, biżuterię, a nawet militaria. Takich praktycznych wskazówek, szczególnie dla tego, kto Rzym już nieco zna, znajdziemy zatrzęsienie w najnowszym przewodniku po stolicy Włoch. Warto skorzystać, tym bardziej że sezon w Rzymie nie kończy się nigdy.
Nie tylko kinomani natychmiast uzupełnią ten tytuł o nazwę miasta. Rzym jest miejscem, gdzie powstało wiele kultowych fabuł, które weszły do historii kina i kultury masowej.Miasto otwarte Nie tylko kinomani natychmiast uzupełnią ten tytuł o nazwę miasta. Rzym jest miejscem, gdzie powstało wiele kultowych fabuł, które weszły do historii kina i kultury masowej. Dziś rzymscy przewodnicy oferują turystom szlak, którym tropi się ślady wielkich reżyserów i słynnych aktorów. Wspomnijmy tylko "Słodkie życie" i "Rzym" Federica Felliniego, niezapomniane "Rzymskie wakacje" z Audrey Hepburn i Gregorym Peckiem, całkiem nowy film Woody'ego Allena "Zakochani w Rzymie", stareńki "Złodzieje rowerów" Vittoria De Siki (we Włoszech uważany za jedno ze stu najważniejszych dzieł, które zmieniły zbiorową pamięć narodu), a wreszcie dreszczowiec Rona Howarda "Anioły i demony" czy rozliczający się z pokoleniem ludzi wypalonych film Paola Sorrentina "Wielkie piękno". Filmów jest więcej, zatem każdy, kto dysponuje czasem, jest w stanie dotrzeć do miejsc, w których powstawały, i odnaleźć plenery, które zapadły mu w pamięć. Kto preferuje inne klimaty, skorzysta z rady, by powałęsać się po rzymskich bazarach. Każdy z nich ma swój charakter i profil. Na Borghetto Flaminio królują starocie, a rozpiętość cen gwarantuje emocje każdemu. Jeszcze więcej wrażeń gwarantuje znany niemal każdemu pchli targ przy Porta Portese. Campo de' Fiori to targ spożywczy, podobnie jak Cola di Rienzo, gdzie królują warzywa. Sławny jest targ de Tesstacio, gdzie poza kramami i kupcami znajdziemy stoiska ze świetnym jedzeniem. Zainteresowani modą czy dodatkami i liczący na tanie zakupy towarów z rzymskim sznytem niechże jadą (metro A, stacja San Giovanni) na Via Sanni, gdzie znajdą ekstrawaganckie ciuchy, buty, biżuterię, a nawet militaria. Takich praktycznych wskazówek, szczególnie dla tego, kto Rzym już nieco zna, znajdziemy zatrzęsienie w najnowszym przewodniku po stolicy Włoch. Warto skorzystać, tym bardziej że sezon w Rzymie nie kończy się nigdy.
ANGORA; Polsat News Ł. Azik; 2016-11-27
Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej
Historia niezwykłego człowieka, zatrzymana w obrazach oraz opisach wypraw i życiowych zmagań. Biografia Leona Barszczewskiego, XIX-wiecznego badacza Azji Środkowej, którego dokonania wciąż czekają na odkrycie.
Czytelniku, trzymasz w rękach książkę o naprawdę nieprzeciętnym człowieku. Jej bohaterem jest zafascynowany Azją fotograf i podróżnik, który na szklanych płytach negatywów utrwalił niepowtarzalne widoki krajobrazów i miast Azji Środkowej, zwłaszcza Samarkandy. To dzięki niemu możemy spojrzeć na twarze rdzennych mieszkańców dalekich zakątków Azji sprzed ponad stu lat.
Leon Barszczewski uchwycił w kadrze obiektywu chwile grozy podczas górskich wypraw, utrwalił piękno i majestat lodowców oraz potęgę gór. Jednak najważniejsi byli dla niego ludzie – z jego fotografii spoglądają na nas bekowie i wieśniacy, biedacy i bogacze, tancerze i obłąkani, a nawet muzułmańskie kobiety odsłaniające twarze. Dla wielu z nich Barszczewski był pierwszym spotkanym Europejczykiem. Te jedyne w swoim rodzaju obrazy przenoszą nas w świat zagubiony i nieznany, nieomal baśniowy…
Książka jest swoistym zwierciadłem duszy Leona Barszczewskiego i jego życiowej drogi. Odsłania przed nami wrażliwego artystę i upartego człowieka, jego myśli, pasje i działania. Nieistniejący już świat został odtworzony na podstawie notatek samego fotografa, artykułów publikowanych w prasie oraz wspomnień jego córki, Jadwigi Barszczewskiej-Michałowskiej.
Publikacja jest owocem przeszło trzydziestoletnich badań genealogicznych Igora Strojeckiego oraz fascynacji postacią i dokonaniami jego pradziadka – podróżnika i fotografa Leona Barszczewskiego.
Czytelniku, trzymasz w rękach książkę o naprawdę nieprzeciętnym człowieku. Jej bohaterem jest zafascynowany Azją fotograf i podróżnik, który na szklanych płytach negatywów utrwalił niepowtarzalne widoki krajobrazów i miast Azji Środkowej, zwłaszcza Samarkandy. To dzięki niemu możemy spojrzeć na twarze rdzennych mieszkańców dalekich zakątków Azji sprzed ponad stu lat.
Leon Barszczewski uchwycił w kadrze obiektywu chwile grozy podczas górskich wypraw, utrwalił piękno i majestat lodowców oraz potęgę gór. Jednak najważniejsi byli dla niego ludzie – z jego fotografii spoglądają na nas bekowie i wieśniacy, biedacy i bogacze, tancerze i obłąkani, a nawet muzułmańskie kobiety odsłaniające twarze. Dla wielu z nich Barszczewski był pierwszym spotkanym Europejczykiem. Te jedyne w swoim rodzaju obrazy przenoszą nas w świat zagubiony i nieznany, nieomal baśniowy…
Książka jest swoistym zwierciadłem duszy Leona Barszczewskiego i jego życiowej drogi. Odsłania przed nami wrażliwego artystę i upartego człowieka, jego myśli, pasje i działania. Nieistniejący już świat został odtworzony na podstawie notatek samego fotografa, artykułów publikowanych w prasie oraz wspomnień jego córki, Jadwigi Barszczewskiej-Michałowskiej.
Publikacja jest owocem przeszło trzydziestoletnich badań genealogicznych Igora Strojeckiego oraz fascynacji postacią i dokonaniami jego pradziadka – podróżnika i fotografa Leona Barszczewskiego.
na 1 miejscu
Końca świata nie było
„Końca świata nie było” to książka podróżnicza, ale przede wszystkim książka-inspiracja, która ma sprawić, że pomyślisz: „Ona dała radę, to ja też dam”. To opowieść nie tylko o podróży do świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, w poszukiwaniu życiowego celu i sensu istnienia, o znalezieniu własnej drogi do szczęścia, a przede wszystkim o odkrywaniu wiary w siebie i swoje możliwości.
Dla kogo jest ta książka?
Na pewno dla tych, którzy wybierają się do Gwatemali, Hondurasu czy Salwadoru, ale przede wszystkim dla tych, którzy marzą o długiej (o krótszej też) podróży, ale nie mają z kim wyjechać, a sami się za bardzo boją i uważają, że taki wyjazd w pojedynkę jest poza ich zasięgiem. Nie jest. Ja też tak kiedyś myślałam, a potem pewnego razu po prostu kupiłam bilet i nie miałam już wyjścia. Byłam zdeterminowana i pewna tego, że muszę to zrobić i że ta podróż zmieni moje życie. To też książka dla kobiet, o jakich w felietonie „Wyjechać z siebie” (dla którego punktem wyjścia była moja historia i książka) dla Dużego Formatu pisze Mariusz Szczygieł. Panowie jednak też nie będą rozczarowani.
„Końca świata nie było to jedna z niewielu książek (a może nawet pierwsza), która sprawiła, że pomyślałam Hej, przecież ja też tak mogę.”
O czym jest książka?
Wiele osób pyta, czy to jest reportaż? Czy dowiedzą się z niej czegoś o kraju, czy może jest to książka bardziej o autorze? Na pewno nie jest to reportaż. To książka podróżnicza, ale bardzo osobista. Zależało mi na tym, by moja opowieść nie została zaliczona do typowej literatury podróżniczej, w której główny bohater, odważny niczym Indiana Jones przedziera się przez dżunglę, przeżywa same niesamowite przygody, wszędzie jest pierwszy i w miejscach, w których wcześniej nie stanęła stopa turysty. Nie znoszę takich książek podróżniczych.
„Dla mnie przede wszystkim to inspirująca opowieść o wychodzeniu z własnej strefy komfortu. Bardziej niż walory podróżnicze, zapamiętam z tej książki jej autorkę, to, co robi i jak pokazuje, że tak naprawdę można wszystko.”
Ja nie chciałam robić z siebie bohaterki, bo też nią nie byłam. Chciałam opowiedzieć swoją historię. Historię normalnej dziewczyny, która pracowała w korporacji, miała 26 dni urlopu i wykorzystywała je na wyjazdy z mężem. To on te wyjazdy organizował (albo organizowało je biuro podróży), on załatwiał wszelkie formalności, a ona jechała na gotowe. A potem dojrzała. Praca, której nie lubiła, skłoniła ją do porzucenia wygodnego życia i wyjechania na koniec świata.
To też książka o strachu i obawach, jakie mi towarzyszyły przed i w trakcie wyjazdu, i o próbach panowania nad nimi. Jest też sporo o kraju, mieszkańcach, zwyczajach i tradycjach, bo w Gwatemali razem z rodzinami, u których mieszkałam, spędzałam i święta Bożego Narodzenia, i Wielkanoc.
Autorka bloga „Bardziej lubię książki niż ludzi” pisze o mojej książce tak: „Dla mnie przede wszystkim to inspirująca opowieść o wychodzeniu z własnej strefy komfortu. Bardziej niż walory podróżnicze, zapamiętam z tej książki jej autorkę, to, co robi i jak pokazuje, że tak naprawdę można wszystko.” I dodaje: „Anita Demianowicz znalazła to, czego szukała i przekuła to w spełnione życie i świetną działalność. A dla nas, czytelników, ma to duże znaczenie. Bo widzimy, że można być kobietą i podróżować samemu. Bo widzimy, że to w porządku się bać, czegoś nie wiedzieć, nie być perfekcyjnym i idealnym. O ile pragniemy wyjść z własnej strefy komfortu, chcemy pokonać nasze lęki, znajdziemy na to sposób.” Zaznacza też, że: „Pisze lekko, z poczuciem humoru, zwraca uwagę na najciekawsze szczegóły, a swoje przygody wybiera tak, by oddać ducha danego miejsca. Całości dopełniają świetne zdjęcia, na których możemy zobaczyć to wszystko, o czym pisze autorka. Lubię takie połączenia.”
Zauważa też to, co chciałam tą książką przekazać, po co ją właściwie pisałam: „Końca świata nie było to jedna z niewielu książek (a może nawet pierwsza), która sprawiła, że pomyślałam Hej, przecież ja też tak mogę.”
Dla kogo jest ta książka?
Na pewno dla tych, którzy wybierają się do Gwatemali, Hondurasu czy Salwadoru, ale przede wszystkim dla tych, którzy marzą o długiej (o krótszej też) podróży, ale nie mają z kim wyjechać, a sami się za bardzo boją i uważają, że taki wyjazd w pojedynkę jest poza ich zasięgiem. Nie jest. Ja też tak kiedyś myślałam, a potem pewnego razu po prostu kupiłam bilet i nie miałam już wyjścia. Byłam zdeterminowana i pewna tego, że muszę to zrobić i że ta podróż zmieni moje życie. To też książka dla kobiet, o jakich w felietonie „Wyjechać z siebie” (dla którego punktem wyjścia była moja historia i książka) dla Dużego Formatu pisze Mariusz Szczygieł. Panowie jednak też nie będą rozczarowani.
„Końca świata nie było to jedna z niewielu książek (a może nawet pierwsza), która sprawiła, że pomyślałam Hej, przecież ja też tak mogę.”
O czym jest książka?
Wiele osób pyta, czy to jest reportaż? Czy dowiedzą się z niej czegoś o kraju, czy może jest to książka bardziej o autorze? Na pewno nie jest to reportaż. To książka podróżnicza, ale bardzo osobista. Zależało mi na tym, by moja opowieść nie została zaliczona do typowej literatury podróżniczej, w której główny bohater, odważny niczym Indiana Jones przedziera się przez dżunglę, przeżywa same niesamowite przygody, wszędzie jest pierwszy i w miejscach, w których wcześniej nie stanęła stopa turysty. Nie znoszę takich książek podróżniczych.
„Dla mnie przede wszystkim to inspirująca opowieść o wychodzeniu z własnej strefy komfortu. Bardziej niż walory podróżnicze, zapamiętam z tej książki jej autorkę, to, co robi i jak pokazuje, że tak naprawdę można wszystko.”
Ja nie chciałam robić z siebie bohaterki, bo też nią nie byłam. Chciałam opowiedzieć swoją historię. Historię normalnej dziewczyny, która pracowała w korporacji, miała 26 dni urlopu i wykorzystywała je na wyjazdy z mężem. To on te wyjazdy organizował (albo organizowało je biuro podróży), on załatwiał wszelkie formalności, a ona jechała na gotowe. A potem dojrzała. Praca, której nie lubiła, skłoniła ją do porzucenia wygodnego życia i wyjechania na koniec świata.
To też książka o strachu i obawach, jakie mi towarzyszyły przed i w trakcie wyjazdu, i o próbach panowania nad nimi. Jest też sporo o kraju, mieszkańcach, zwyczajach i tradycjach, bo w Gwatemali razem z rodzinami, u których mieszkałam, spędzałam i święta Bożego Narodzenia, i Wielkanoc.
Autorka bloga „Bardziej lubię książki niż ludzi” pisze o mojej książce tak: „Dla mnie przede wszystkim to inspirująca opowieść o wychodzeniu z własnej strefy komfortu. Bardziej niż walory podróżnicze, zapamiętam z tej książki jej autorkę, to, co robi i jak pokazuje, że tak naprawdę można wszystko.” I dodaje: „Anita Demianowicz znalazła to, czego szukała i przekuła to w spełnione życie i świetną działalność. A dla nas, czytelników, ma to duże znaczenie. Bo widzimy, że można być kobietą i podróżować samemu. Bo widzimy, że to w porządku się bać, czegoś nie wiedzieć, nie być perfekcyjnym i idealnym. O ile pragniemy wyjść z własnej strefy komfortu, chcemy pokonać nasze lęki, znajdziemy na to sposób.” Zaznacza też, że: „Pisze lekko, z poczuciem humoru, zwraca uwagę na najciekawsze szczegóły, a swoje przygody wybiera tak, by oddać ducha danego miejsca. Całości dopełniają świetne zdjęcia, na których możemy zobaczyć to wszystko, o czym pisze autorka. Lubię takie połączenia.”
Zauważa też to, co chciałam tą książką przekazać, po co ją właściwie pisałam: „Końca świata nie było to jedna z niewielu książek (a może nawet pierwsza), która sprawiła, że pomyślałam Hej, przecież ja też tak mogę.”
banita.travel.pl
Zeszyt łobuza i jego kumpli
Ostatnimi czasy nastąpił prawdziwy wysyp różnego rodzaju książek, nie będących książkami. "Zniszcz ten dziennik", "To nie jest książka", to tylko niektóre tytuły zupełnie bezwartościowych dzieł, niepojętnie dla mnie są ta pozycje całkiem popularne. Nie wnoszą nic nowego do czytelniczego świata, a jednak w jakiś sposób oddziałują na wszystkich czytaczy.Ale, niezależnie, co sądzę o tego rodzaju publikacjach i tutaj znajdują się pozycje minimalnie przynajmniej, warte naszej uwagi.
"Zeszyt łobuza i jego kumpli", to jedna z takich publikacji. Mój siostrzeniec jest zachwycony, a to na prawdę poważna sprawa. Książka w książce, można najprościej określić tę książeczkę. Z jasnej strony możemy wybrać, która postać z Gwiezdnych Wojen lubimy bardziej Luke'a Skywalkera, czy może Obi Wan Kenobi. Z ciemnej, mamy do wyboru np. Dartha Vadera. Oprócz tego na pierwszych stronach mamy kartę na której możemy wypisać członków naszej bandy, a także zapisać nazwę i tajne hasło. Pamiętajcie"krwawa łaźnia"... Do tego mnóstwo rebusów, zagadek, testów, krok po kroku przedstawione, jak narysować np. Pokemona. Wycinanki... Słowem jest wszystko.
Podsumowując, doskonała pozycja dla młodych czytelników, którzy dopiero wkraczają w świat czytelniczych podróży. Nie jest to może dzieło na miarę poważnych powieści, ale jest zabawne i pełne treści. A o to przecież chodzi. A zabawa z dzieckiem także ma znaczenie i można dostąpić zaszczytu przystąpienia do bandy. Czy można się oprzeć? Ja nie mogłem. Polecam.
"Zeszyt łobuza i jego kumpli", to jedna z takich publikacji. Mój siostrzeniec jest zachwycony, a to na prawdę poważna sprawa. Książka w książce, można najprościej określić tę książeczkę. Z jasnej strony możemy wybrać, która postać z Gwiezdnych Wojen lubimy bardziej Luke'a Skywalkera, czy może Obi Wan Kenobi. Z ciemnej, mamy do wyboru np. Dartha Vadera. Oprócz tego na pierwszych stronach mamy kartę na której możemy wypisać członków naszej bandy, a także zapisać nazwę i tajne hasło. Pamiętajcie"krwawa łaźnia"... Do tego mnóstwo rebusów, zagadek, testów, krok po kroku przedstawione, jak narysować np. Pokemona. Wycinanki... Słowem jest wszystko.
Podsumowując, doskonała pozycja dla młodych czytelników, którzy dopiero wkraczają w świat czytelniczych podróży. Nie jest to może dzieło na miarę poważnych powieści, ale jest zabawne i pełne treści. A o to przecież chodzi. A zabawa z dzieckiem także ma znaczenie i można dostąpić zaszczytu przystąpienia do bandy. Czy można się oprzeć? Ja nie mogłem. Polecam.
http://krotkoacztresciwie.blogspot.com Ande'; 2016-11-24
Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej
Zdjęcia wykonane przez tego słynnego fotografa Samarkandy, przechowywane na szklanych płytkach w tak egzotycznych i niedostępnych miejscach jak lodowce Pamiru, wciąż robią wrażenie magiczne. Ale co to był za ciekawy człowiek! Leon Barszczewski jako członek armii carskiej stacjonował w Samarkandzie, skąd wyprawiał się badawczo i fotograficznie w zakątki tak ciekawe i nieznane, że nawet w XXI w. egzotyczne. Fotografował oczywiście krajobrazy, ale i ludzi. Interesowały go egzotyczne obrzędy i codzienność tamtejszych ludów, do których nie dotarły jeszcze żadne europejskie "nowinki". Leon Barszczewski jest pradziadkiem autora książki.
przewodnik-katolicki.pl
