Recenzje
TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku
Jako że u mnie ostatnio dzieje się sporo, ale jest o tyle chaotycznie, że trudno mi o tym pisać, to się zabrałam do lektur nieodrobionych - a jako że wydawnictwo Bezdroża od czasu do czasu się zainteresuje faktem, że dawno nic nie czytałam, to i tym razem zadbało o mój czas wolny i tak z moich ostatnich wyborów, raczej politycznych i zaangażowanych, przeszłam się w świat lekki jak podróż na skuterze, czyli do literatury podróżniczej w wydaniu Robba Maciąga.
Z Robbem i jego uroczą żoną miałam nawet kiedyś okazję się poznać, choć zapewne mnie nie pamiętają, ale w miarę uważnie śledzę ich mniej lub bardziej podróżnicze zajęcia, dlatego bardzo się ucieszyłam, że trafiło mi do rąk Tuk Tuk Cinema, które jest relacją zeszłorocznego wyjazdu Robba do Indii. Indii, o których lubię czytać, a które tak naprawdę należą do dwóch krajów na tym świecie, do których jakoś lękam się zajechać (drugim krajem są Stany Zjednoczone). Człowiek się naczyta gazet i potem mu zostaje, że to nie jest kraj dla samotnie podróżujących kobiet. Może mi się to kiedyś odmieni, może zawinę w okolice Rzeki Matki, póki co jednak pozostaje literatura.
Literatura z gatunku lekkich i przyjemnych - dawno nie sięgałam po książki typowo podróżnicze i odwykłam trochę od tego stylu. Przyznam - wiele pozycji z tych kategorii odrzuca mnie nastawieniem "przybyłem, zobaczyłem, flagę postawiłem", ale Robb akurat nie przybywa do Indii na białym koniu, lecz jedzie tam po raz kolejny, traktując ten kraj jak starego kumpla, który czasem denerwuje, ale jest zawsze bliski sercu. Jako wymówkę dla kolejnego wyjazdu potraktował pomysł pokazania polskich kreskówek nad Gangesem i niby o tym jest ta książka, ale w sumie nie tylko. Jest to w sumie gawęda o przejażdżce rozpadającym się skuterem wzdłuż rzeki, o wewnętrznych rozważaniach nad tym, co się tam właściwie robi i do - z tego, co widać, odwzajemnionej - miłości do Indii.
Już na wejściu da się zauważyć, że jest to opowieść mówiona raczej, niemalże przelane na papier gawędy podróżnicze, z jakimi mamy do czynienia na zlotach, pokazach slajdów i spotkaniach. Tak naprawdę przy czytaniu niemal się ma wrażenie, że Robb stoi przed nami i, pokazując kolejny slajd z Bolkiem i Lolkiem na tle indyjskiego pejzażu, mówi o tym, co przeżył i czuł, kiedy sobie przez te Indie jechał, od czasu do czasu dodając anegdotkę, czy wspominając jakiś warty obejrzenia film. Tyle tylko, że spotkania podróżnicze trwają z reguły godzinę-dwie, a tu mamy do czynienia z książką, którą sobie powolutku podczytywałam w pociągach i autobusach, jako że jestem w tej chwili na etapie przemieszczania się w te i z powrotem między Polską a Niemcami, jak to mi się często zdarza. Czy ta formuła przekona każdego? Nie wiem, ale wielbicieli magazynów i portali podróżniczych na pewno, już nawet sposób wydania książki pokazuje, że wydawnictwo dokładnie wiedziało, do jakiej grupy czytelników ją kieruje.
Plus pomysł pokazywania Reksia dzieciom nad Gangesem jest uroczy sam w sobie. Jak mówiłam, mam wrażenie, że Robb mówi o Indiach jak o starym kumplu, dlatego też nie dziwię się, że chciał się z tym kumplem podzielić wspomnieniami z dzieciństwa.
Z Robbem i jego uroczą żoną miałam nawet kiedyś okazję się poznać, choć zapewne mnie nie pamiętają, ale w miarę uważnie śledzę ich mniej lub bardziej podróżnicze zajęcia, dlatego bardzo się ucieszyłam, że trafiło mi do rąk Tuk Tuk Cinema, które jest relacją zeszłorocznego wyjazdu Robba do Indii. Indii, o których lubię czytać, a które tak naprawdę należą do dwóch krajów na tym świecie, do których jakoś lękam się zajechać (drugim krajem są Stany Zjednoczone). Człowiek się naczyta gazet i potem mu zostaje, że to nie jest kraj dla samotnie podróżujących kobiet. Może mi się to kiedyś odmieni, może zawinę w okolice Rzeki Matki, póki co jednak pozostaje literatura.
Literatura z gatunku lekkich i przyjemnych - dawno nie sięgałam po książki typowo podróżnicze i odwykłam trochę od tego stylu. Przyznam - wiele pozycji z tych kategorii odrzuca mnie nastawieniem "przybyłem, zobaczyłem, flagę postawiłem", ale Robb akurat nie przybywa do Indii na białym koniu, lecz jedzie tam po raz kolejny, traktując ten kraj jak starego kumpla, który czasem denerwuje, ale jest zawsze bliski sercu. Jako wymówkę dla kolejnego wyjazdu potraktował pomysł pokazania polskich kreskówek nad Gangesem i niby o tym jest ta książka, ale w sumie nie tylko. Jest to w sumie gawęda o przejażdżce rozpadającym się skuterem wzdłuż rzeki, o wewnętrznych rozważaniach nad tym, co się tam właściwie robi i do - z tego, co widać, odwzajemnionej - miłości do Indii.
Już na wejściu da się zauważyć, że jest to opowieść mówiona raczej, niemalże przelane na papier gawędy podróżnicze, z jakimi mamy do czynienia na zlotach, pokazach slajdów i spotkaniach. Tak naprawdę przy czytaniu niemal się ma wrażenie, że Robb stoi przed nami i, pokazując kolejny slajd z Bolkiem i Lolkiem na tle indyjskiego pejzażu, mówi o tym, co przeżył i czuł, kiedy sobie przez te Indie jechał, od czasu do czasu dodając anegdotkę, czy wspominając jakiś warty obejrzenia film. Tyle tylko, że spotkania podróżnicze trwają z reguły godzinę-dwie, a tu mamy do czynienia z książką, którą sobie powolutku podczytywałam w pociągach i autobusach, jako że jestem w tej chwili na etapie przemieszczania się w te i z powrotem między Polską a Niemcami, jak to mi się często zdarza. Czy ta formuła przekona każdego? Nie wiem, ale wielbicieli magazynów i portali podróżniczych na pewno, już nawet sposób wydania książki pokazuje, że wydawnictwo dokładnie wiedziało, do jakiej grupy czytelników ją kieruje.
Plus pomysł pokazywania Reksia dzieciom nad Gangesem jest uroczy sam w sobie. Jak mówiłam, mam wrażenie, że Robb mówi o Indiach jak o starym kumplu, dlatego też nie dziwię się, że chciał się z tym kumplem podzielić wspomnieniami z dzieciństwa.
swojadroga.blogspot.com gosia drewa; 2016-10-25
TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku
Z czym kojarzy się czytelnikom lubiącym literaturę podróżniczą Robert Maciąg? Odpowiedź może być szybka i tylko jedna. A właściwie dwie:
1. Z podróżami.
2. Z Indiami.
W niespełna rok po narodzinach córki zew podróży i przygody znów się odezwał, ale czy mogło być inaczej, skoro Maciąg wcale nie ukrywa, że nad stabilizację przedkłada bycie w ruchu. Podobnie „jak krew w moich żyłach”- dodaje.
Swój miesięczny urlop tym razem postanawia spędzić w Indiach, o których pisze, że go niezmiennie fascynują. Z pewnością tak jest, skoro ten ogromny kraj Autor odwiedza już po raz szósty. Tym razem jednak nie chodzi wyłącznie o to, by „patrzeć sobie na życie” [ Hindusów]. Pisze: „Chciałem znów jechać do Indii i przy okazji zrobić coś więcej niż tylko przeżywać własną radość z podróżowania.” I tak rodzi się projekt Tuk, tuk cinema, który ma polegać na tym, że Maciąg wiezie do Indii walizkę, w której znajduje się…laptop, projektor, głośniki i filmy z Bolkiem i Lolkiem oraz Reksiem.
Plan- zdawałoby się prosty – przejechać od Delhi do Kalkuty i wyświetlać w spotykanych po drodze szkołach filmy z bohaterami znanymi każdemu polskiemu dziecku.
Pierwszy seans odbywa się na ulicy, w ramach jakiegoś festiwalu. Murek oddzielający ulicę od pola pszenicy zamienia się w ekran, a widownię stanowią dzieci i…nieco starsze „dzieci”, gdy okazuje się, że przed murkiem zasiadają i starsi; cóż- „czasem każdy dorosły jest małym dzieckiem”. Nie inaczej było i w dalszej podróży, gdy na ulicznym seansie zgromadziły się dzieci, do których dołączyli robotnicy wracający po całym dniu pracy na budowie. „Nie ma drugiego tak wspaniałego widoku na świecie jak ten, gdy z dorosłego wychodzi dziecko. Uśmiechnięte, beztroskie i naiwne”(…)I dalej: „oni dawali mi coś przepięknego, nawet o tym nie wiedząc”.
Następna projekcja wypada w żeńskiej szkole i na długi czas jest to pierwsza o zarazem ostatnia szkoła, gdzie tablica oklejona białym papierem „robi” za ekran, a dziesięcioletnie uczennice – jak wszystkie dzieci – reagują spontanicznie i żywiołowo na przygody dwóch urwisów i sympatycznego pieska.
„Ja miałem plan co do Indii, a Indie miały plan co do mnie. I jakoś się te dwa plany co pewien czas rozmijały” – wspomina Autor. Szybko okazało się, że nie każda szkoła, a raczej prawie żadna nie jest zainteresowana ofertą darmowego seansu. Nie będę pisała o powodach licznych odmów, bo o tym przeczytacie Państwo sami, gdy sięgniecie po książkę, dość rzec, że kto zjadł zęby na podróżach po Indiach i nazywa się Robert Maciąg, ten się łatwo nie poddaje. Skoro nie szkoły, to może sierocińce?! Tu też nie zawsze było łatwo, ale kilka razy udało się przekonać zarządzających tymi placówkami, że godzina radości dla osieroconych, a często upośledzonych dzieci jest bezcenna!
Na taborecie projektor, na tablicy –prześcieradło, na wprost widownia, a „w powietrzu unosił się beztroski śmiech i ciekawość”, choć i z nią bywało różnie; np. film o Reksiu na nartach nie wywołał żadnej reakcji! Okazało się, że dla dzieci nigdy nie widzących śniegu, zimy i nart poziom abstrakcji był tak wysoki, że uniemożliwił zrozumienie całości.
Ostatni seans, podobnie jak pierwszy, odbył się na miejskim murze, a widownię stanowiły dzieci bawiące się na ulicy – dzieci sprzątaczek, kucharek i praczek i….robotnicy oraz.. suka karmiąca swoje młode! Po godzinie – pisze Autor - dzieci zaczęły się rozchodzić wołane przez matki na kolację, a pozostali… dorośli, którym Robert Maciąg znów podarował chwilę dziecięcej radości.
W „Tuk, tuk cinema” odnoszę wrażenie, że funkcjonują równolegle ( choć nie symetrycznie i proporcjonalnie) dwa światy; jeden to świat przygód Bolka i Lolka oraz Reksia, których Robert Maciąg chce pokazać hinduskim dzieciom, z czym – co rusz – ma niezrozumiałe dla nas, wychowanych na kreskówkach z Bielska Białej, trudności. Świat drugi, a według mnie –pierwszy i ważniejszy- to oglądanie hinduskiej codzienności „ z szeroko otwartymi oczami” ( T.Michniewicz z obwoluty książki). Choć tytuł „Tuk, tuk cinema” raczej sugerowałby, że książka będzie zapisem kolejnych wizyt w kolejnych szkołach i seansów w nich, to wydaje mi się, że objazdowe, wymyślone przez Maciąga kino jest dodatkiem, pretekstem do tego, by znów wyruszyć w świat, by robić to, co Maciąg kocha miłością wielką i wierną – podróżować i „patrzeć sobie na życie”, bo czyż może być inaczej, skoro – jak sam pisze - „Indie wypełniają człowieka nagle i bez pytania”. Dziś tu, jutro tam, bez pośpiechu, bez określonej z góry marszruty. Z punktu A do punktu B. Na trasie Delhi - Kalkuta.
Maciąg jest świetnym i wnikliwym obserwatorem teatru świata, w którym główną rolę gra człowiek zajęty swym codziennym życiem, który „nie ma czasu na nic więcej niż to, co potrzebne i ważne’.
Warto sięgnąć po książkę, by dowiedzieć się nieco o hinduskim szkolnictwie i sposobach walki rządu z wciąż powszechnym analfabetyzmem. Warto sprawdzić, jak Indie otwierają się na nowoczesność, choćby w podejściu do edukacji ( i emancypacji) kobiet. Zasady dobierania małżonków i sytuacja wdów, niewyobrażalne dla Europejczyka zanieczyszczenie świętej rzeki Ganges ( 118 miast wylewa do niej ponad 3,6 mln litrów ścieków dziennie!!!). Robert Maciąg pisze wprost: ‘bieda, syf, żebranina”, a przecież mimo to kraj ów fascynuje i sprawia, że mimo tylu przeczytanych już o nim książek, wciąż sięga się po kolejne.
Zachwycam się językiem Maciąga; jest wnikliwy, dosadny, często ironiczny. Nawet jeśli kogoś niezbyt interesują Indie, powinien sięgnąć po „Tuk, tuk cinema”, by zobaczyć hinduskie ulice wielkich miast i bezkresne bezdroża prowincji, którą gęsto porastają pola…marihuany!
Klasą samą w sobie jest to, jak Maciąg opisuje poruszanie się po hinduskich ulicach; „To doświadczenie, które cię zmienia na zawsze” i trudno w to wątpić, gdy się czyta takie zdanie: ( Na ulicy) „jest niezły hałas, bo najpierw autobus trąbi, że zjeżdża, potem ciężarówki trąbią, że hamują, ja i inni motocykliści trąbimy na pasażerów, żeby uważali, jak łażą, autobus trąbi, że odjeżdża, a ciężarówki znów trąbią, tym razem po to, żeby autobus pospieszył”.
Jeśli chcecie Państwo dowiedzieć się
· jak hinduskie kobiety „młócą” snopki zboża,
· dlaczego w Indiach absolutnie konieczne jest szorowanie (!) rąk PRZED pójściem do toalety,
· oraz jak policja karze mężczyzn przyłapanych na oglądaniu pornografii ( a powiem, że ubawiłam się tym setnie!!! J),
to zachęcam do sięgnięcia po ostatnią książkę Roberta Maciąga, która jest nie tylko ciekawa, ale i – jak niemal zawsze bywa w przypadku wydawnictwa Bezdroża- niezwykle starannie i pięknie opracowana i wydana.
1. Z podróżami.
2. Z Indiami.
W niespełna rok po narodzinach córki zew podróży i przygody znów się odezwał, ale czy mogło być inaczej, skoro Maciąg wcale nie ukrywa, że nad stabilizację przedkłada bycie w ruchu. Podobnie „jak krew w moich żyłach”- dodaje.
Swój miesięczny urlop tym razem postanawia spędzić w Indiach, o których pisze, że go niezmiennie fascynują. Z pewnością tak jest, skoro ten ogromny kraj Autor odwiedza już po raz szósty. Tym razem jednak nie chodzi wyłącznie o to, by „patrzeć sobie na życie” [ Hindusów]. Pisze: „Chciałem znów jechać do Indii i przy okazji zrobić coś więcej niż tylko przeżywać własną radość z podróżowania.” I tak rodzi się projekt Tuk, tuk cinema, który ma polegać na tym, że Maciąg wiezie do Indii walizkę, w której znajduje się…laptop, projektor, głośniki i filmy z Bolkiem i Lolkiem oraz Reksiem.
Plan- zdawałoby się prosty – przejechać od Delhi do Kalkuty i wyświetlać w spotykanych po drodze szkołach filmy z bohaterami znanymi każdemu polskiemu dziecku.
Pierwszy seans odbywa się na ulicy, w ramach jakiegoś festiwalu. Murek oddzielający ulicę od pola pszenicy zamienia się w ekran, a widownię stanowią dzieci i…nieco starsze „dzieci”, gdy okazuje się, że przed murkiem zasiadają i starsi; cóż- „czasem każdy dorosły jest małym dzieckiem”. Nie inaczej było i w dalszej podróży, gdy na ulicznym seansie zgromadziły się dzieci, do których dołączyli robotnicy wracający po całym dniu pracy na budowie. „Nie ma drugiego tak wspaniałego widoku na świecie jak ten, gdy z dorosłego wychodzi dziecko. Uśmiechnięte, beztroskie i naiwne”(…)I dalej: „oni dawali mi coś przepięknego, nawet o tym nie wiedząc”.
Następna projekcja wypada w żeńskiej szkole i na długi czas jest to pierwsza o zarazem ostatnia szkoła, gdzie tablica oklejona białym papierem „robi” za ekran, a dziesięcioletnie uczennice – jak wszystkie dzieci – reagują spontanicznie i żywiołowo na przygody dwóch urwisów i sympatycznego pieska.
„Ja miałem plan co do Indii, a Indie miały plan co do mnie. I jakoś się te dwa plany co pewien czas rozmijały” – wspomina Autor. Szybko okazało się, że nie każda szkoła, a raczej prawie żadna nie jest zainteresowana ofertą darmowego seansu. Nie będę pisała o powodach licznych odmów, bo o tym przeczytacie Państwo sami, gdy sięgniecie po książkę, dość rzec, że kto zjadł zęby na podróżach po Indiach i nazywa się Robert Maciąg, ten się łatwo nie poddaje. Skoro nie szkoły, to może sierocińce?! Tu też nie zawsze było łatwo, ale kilka razy udało się przekonać zarządzających tymi placówkami, że godzina radości dla osieroconych, a często upośledzonych dzieci jest bezcenna!
Na taborecie projektor, na tablicy –prześcieradło, na wprost widownia, a „w powietrzu unosił się beztroski śmiech i ciekawość”, choć i z nią bywało różnie; np. film o Reksiu na nartach nie wywołał żadnej reakcji! Okazało się, że dla dzieci nigdy nie widzących śniegu, zimy i nart poziom abstrakcji był tak wysoki, że uniemożliwił zrozumienie całości.
Ostatni seans, podobnie jak pierwszy, odbył się na miejskim murze, a widownię stanowiły dzieci bawiące się na ulicy – dzieci sprzątaczek, kucharek i praczek i….robotnicy oraz.. suka karmiąca swoje młode! Po godzinie – pisze Autor - dzieci zaczęły się rozchodzić wołane przez matki na kolację, a pozostali… dorośli, którym Robert Maciąg znów podarował chwilę dziecięcej radości.
W „Tuk, tuk cinema” odnoszę wrażenie, że funkcjonują równolegle ( choć nie symetrycznie i proporcjonalnie) dwa światy; jeden to świat przygód Bolka i Lolka oraz Reksia, których Robert Maciąg chce pokazać hinduskim dzieciom, z czym – co rusz – ma niezrozumiałe dla nas, wychowanych na kreskówkach z Bielska Białej, trudności. Świat drugi, a według mnie –pierwszy i ważniejszy- to oglądanie hinduskiej codzienności „ z szeroko otwartymi oczami” ( T.Michniewicz z obwoluty książki). Choć tytuł „Tuk, tuk cinema” raczej sugerowałby, że książka będzie zapisem kolejnych wizyt w kolejnych szkołach i seansów w nich, to wydaje mi się, że objazdowe, wymyślone przez Maciąga kino jest dodatkiem, pretekstem do tego, by znów wyruszyć w świat, by robić to, co Maciąg kocha miłością wielką i wierną – podróżować i „patrzeć sobie na życie”, bo czyż może być inaczej, skoro – jak sam pisze - „Indie wypełniają człowieka nagle i bez pytania”. Dziś tu, jutro tam, bez pośpiechu, bez określonej z góry marszruty. Z punktu A do punktu B. Na trasie Delhi - Kalkuta.
Maciąg jest świetnym i wnikliwym obserwatorem teatru świata, w którym główną rolę gra człowiek zajęty swym codziennym życiem, który „nie ma czasu na nic więcej niż to, co potrzebne i ważne’.
Warto sięgnąć po książkę, by dowiedzieć się nieco o hinduskim szkolnictwie i sposobach walki rządu z wciąż powszechnym analfabetyzmem. Warto sprawdzić, jak Indie otwierają się na nowoczesność, choćby w podejściu do edukacji ( i emancypacji) kobiet. Zasady dobierania małżonków i sytuacja wdów, niewyobrażalne dla Europejczyka zanieczyszczenie świętej rzeki Ganges ( 118 miast wylewa do niej ponad 3,6 mln litrów ścieków dziennie!!!). Robert Maciąg pisze wprost: ‘bieda, syf, żebranina”, a przecież mimo to kraj ów fascynuje i sprawia, że mimo tylu przeczytanych już o nim książek, wciąż sięga się po kolejne.
Zachwycam się językiem Maciąga; jest wnikliwy, dosadny, często ironiczny. Nawet jeśli kogoś niezbyt interesują Indie, powinien sięgnąć po „Tuk, tuk cinema”, by zobaczyć hinduskie ulice wielkich miast i bezkresne bezdroża prowincji, którą gęsto porastają pola…marihuany!
Klasą samą w sobie jest to, jak Maciąg opisuje poruszanie się po hinduskich ulicach; „To doświadczenie, które cię zmienia na zawsze” i trudno w to wątpić, gdy się czyta takie zdanie: ( Na ulicy) „jest niezły hałas, bo najpierw autobus trąbi, że zjeżdża, potem ciężarówki trąbią, że hamują, ja i inni motocykliści trąbimy na pasażerów, żeby uważali, jak łażą, autobus trąbi, że odjeżdża, a ciężarówki znów trąbią, tym razem po to, żeby autobus pospieszył”.
Jeśli chcecie Państwo dowiedzieć się
· jak hinduskie kobiety „młócą” snopki zboża,
· dlaczego w Indiach absolutnie konieczne jest szorowanie (!) rąk PRZED pójściem do toalety,
· oraz jak policja karze mężczyzn przyłapanych na oglądaniu pornografii ( a powiem, że ubawiłam się tym setnie!!! J),
to zachęcam do sięgnięcia po ostatnią książkę Roberta Maciąga, która jest nie tylko ciekawa, ale i – jak niemal zawsze bywa w przypadku wydawnictwa Bezdroża- niezwykle starannie i pięknie opracowana i wydana.
http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em; 2016-12-28
Zeszyt łobuza i jego kumpli
Z pozoru jest to publikacja w stylu "Zniszcz ten dziennik". Faktycznie to pomysłowy podręczny zeszyt do zabawy dla dzieciaków-łobuziaków. Zaplanowany został dwustronnie: z jednej "jasna strona mocy", z drugiej "ciemna". Różnice nie są znaczne, bowiem w końcu to zeszyt "łobuziaka i jego kumpli".
Z obu stron jest miejsce na listę kumpli i na rysunek odznaki oddziału, a potem zaczyna się zabawa.
Po jasnej m.in.:
- głosowanie na ulubioną postać z "Gwiezdnych wojen" (jasna strona mocy),
- miejsce na sporządzenie rankingu najfajniejszych gier komputerowych,
- "połącz kropki",
- diagramy do gry w statki,
- tabela do zanotowania, ile kto robi przysiadów a ile pompek,
- instrukcja wyhodowania rzeżuchy,
- flagi państw do pokolorowania;
po ciemnej zaś m.in.:
- głosowanie na ulubioną postać z "Gwiezdnych wojen" (ciemna strona mocy),
- miejsce na sporządzenie rankingu najgorszych gier komputerowych,
- labirynt,
- instrukcja wyhodowania pleśni,
- kartki do wycięcia i włożenia za wycieraczkę samochodu,
- kupon na grę na komputerze przez godzinę (do okazania rodzicom),
- kupon zwalniający z pytania przy tablicy (do okazania nauczycielom).
Oczywiście jest znacznie więcej atrakcji. Całość pomysłowa i ładnie wydana ucieszy niejednego łobuziaka.
Z obu stron jest miejsce na listę kumpli i na rysunek odznaki oddziału, a potem zaczyna się zabawa.
Po jasnej m.in.:
- głosowanie na ulubioną postać z "Gwiezdnych wojen" (jasna strona mocy),
- miejsce na sporządzenie rankingu najfajniejszych gier komputerowych,
- "połącz kropki",
- diagramy do gry w statki,
- tabela do zanotowania, ile kto robi przysiadów a ile pompek,
- instrukcja wyhodowania rzeżuchy,
- flagi państw do pokolorowania;
po ciemnej zaś m.in.:
- głosowanie na ulubioną postać z "Gwiezdnych wojen" (ciemna strona mocy),
- miejsce na sporządzenie rankingu najgorszych gier komputerowych,
- labirynt,
- instrukcja wyhodowania pleśni,
- kartki do wycięcia i włożenia za wycieraczkę samochodu,
- kupon na grę na komputerze przez godzinę (do okazania rodzicom),
- kupon zwalniający z pytania przy tablicy (do okazania nauczycielom).
Oczywiście jest znacznie więcej atrakcji. Całość pomysłowa i ładnie wydana ucieszy niejednego łobuziaka.
Lubimy Czytać Arturion; 2016-12-19
Zeszyt łobuza i jego kumpli
... Zeszyt łobuza i jego kumpli to rewelacyjna alternatywa na długie zimowe popołudnia dla wszystkich małych rozrabiaków i nie tylko ;-) ... jest to książka prosta w swym pomyśle a zarazem niezwykle odkrywcza ... uwaga! stanowi ona poważne zagrożenie dla nudy, która tak często potrafi zadomowić się w świecie dzieci, kiedy za oknem nie ma pogody do zabawy ... Zeszyt łobuza i jego kumpli posiada dwie strony mocy - jasną i ciemną ;-) ... w obydwu dzieciaki znajdą świetne pomysły na zabawę, różne gry, eksperymenty, żarty i psikusy ... można po niej pisać, rysować a nawet można ją wycinać ... jest to niezwykle kreatywne i inspirujące ... każdy mały odkrywca będzie tą książką oczarowany ... zresztą jeśli tylko dorośli dadzą się namówić do wspólnego spędzania wolnego czasu będzie to świetna zabawa dla całej rodziny ... Zeszyt łobuza i jego kumpli pobudza wyobraźnię, edukuje, uczy kreatywnego myślenia i przede wszystkim bawi ;-) ... można go wypełnić samodzielnie, ale z kumplami zawsze jest raźniej ... no i przy okazji dzieciaki uczą się współpracy :-) ... jest to fajny pomysł na prezent dla łobuza lub aniołka w wieku od 7 do 11 lat ... gwarantuję, że zarówno forma [świetne rysunki/grafiki], jak i treść spodobają się na pewno :-) ... zdecydowanie polecam :-) ... uwaga! istnieje duże prawdopodobieństwo, że zeszyt ten może się spodobać również dziewczynkom ;-) :-) ...
... fajnym bonusem jest również możliwość odcięcia od okładki dwóch świetnych zakładek :-) ... bardzo pomysłowe rozwiązanie :-) ...
... fajnym bonusem jest również możliwość odcięcia od okładki dwóch świetnych zakładek :-) ... bardzo pomysłowe rozwiązanie :-) ...
mufloneks.blogspot.com Monika Starońska-Zych; 2016-12-18
Piekło - niebo. Zrozumieć Koreę
Nierzeczywista kraina
Różnice, jakie dzielą oba państwa, łatwo określić jako przeciwieństwo ekstremalne. Korea Północna, izolowana od świata i żyjąca w utopijnym fałszu trzeciego pokolenia Kimów, głodująca, ale nieustannie podejmująca nieudane próby z bronią nuklearną, oraz jej południowa siostra, będąca dziś wzorem hipernowoczesności, imponująca skokiem cywilizacyjnym, a jednocześnie uwikłana w destrukcyjne rygory, stanowią dwa kompletnie różne światy. Oddalające się od siebie z kosmiczną prędkością, ale nigdy nietracące z oczu nieuchronnej unifikacji. Północ cierpiąca głód, południe cierpiące z powodu zabójczego tempa i stawianych sobie wyzwań.
Cykl niewielkich tekstów opublikowanych w polskiej prasie przybliża nam w chłodnej, publicystycznej formie zakamarki życia obu Korei, państw utworzonych w efekcie wojny i podzielonych na 38. równoleżniku nienaturalną granicą, zwaną międzynarodową linią demarkacyjną. Wiele z faktów przytaczanych przez autora jest znanych i dostępnych, ale podanych w zwartej książkowej narracji, mimo kilku banalnych omyłek, stanowi ciekawy przyczynek do wiedzy o współczesnych Koreańczykach. Głównie tych z południa, ale obraz ich północnych braci jest symetryczny i nie pozostawia żadnych złudzeń co do trwałości imperium Kimów. Istnieje tylko kwestia, jak długo potrwa 1 ile będzie kosztować uprzątnięcie tej ideologicznej ruiny.
Korea Południowa jest dziś przykładem dla świata nie tylko jak dynamicznie się rozwijać, ale także jak ze swego rozwoju uczynić modny styl. Jeśli ma się pieniądze, to nietrudne, ale promocja koreańskiej kultury, jaka kreuje wizerunek państwa, dziejów sięgających 5 tys. lat i innowacyjności determinującej gospodarkę zastanawia, a swą skutecznością szokuje. Być może najwyższą cenę za to płacą południowi Koreańczycy, którzy pracują bez wytchnienia i którzy nie mają czasu wolnego do tego stopnia, że zagrażają sobie samym.
Różnice, jakie dzielą oba państwa, łatwo określić jako przeciwieństwo ekstremalne. Korea Północna, izolowana od świata i żyjąca w utopijnym fałszu trzeciego pokolenia Kimów, głodująca, ale nieustannie podejmująca nieudane próby z bronią nuklearną, oraz jej południowa siostra, będąca dziś wzorem hipernowoczesności, imponująca skokiem cywilizacyjnym, a jednocześnie uwikłana w destrukcyjne rygory, stanowią dwa kompletnie różne światy. Oddalające się od siebie z kosmiczną prędkością, ale nigdy nietracące z oczu nieuchronnej unifikacji. Północ cierpiąca głód, południe cierpiące z powodu zabójczego tempa i stawianych sobie wyzwań.
Cykl niewielkich tekstów opublikowanych w polskiej prasie przybliża nam w chłodnej, publicystycznej formie zakamarki życia obu Korei, państw utworzonych w efekcie wojny i podzielonych na 38. równoleżniku nienaturalną granicą, zwaną międzynarodową linią demarkacyjną. Wiele z faktów przytaczanych przez autora jest znanych i dostępnych, ale podanych w zwartej książkowej narracji, mimo kilku banalnych omyłek, stanowi ciekawy przyczynek do wiedzy o współczesnych Koreańczykach. Głównie tych z południa, ale obraz ich północnych braci jest symetryczny i nie pozostawia żadnych złudzeń co do trwałości imperium Kimów. Istnieje tylko kwestia, jak długo potrwa 1 ile będzie kosztować uprzątnięcie tej ideologicznej ruiny.
Korea Południowa jest dziś przykładem dla świata nie tylko jak dynamicznie się rozwijać, ale także jak ze swego rozwoju uczynić modny styl. Jeśli ma się pieniądze, to nietrudne, ale promocja koreańskiej kultury, jaka kreuje wizerunek państwa, dziejów sięgających 5 tys. lat i innowacyjności determinującej gospodarkę zastanawia, a swą skutecznością szokuje. Być może najwyższą cenę za to płacą południowi Koreańczycy, którzy pracują bez wytchnienia i którzy nie mają czasu wolnego do tego stopnia, że zagrażają sobie samym.
Tygodnik Angora Ł. Azik; 2016-12-25
