Kontrast:
ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »
APLIKACJA MOBILNANEW

Monachium i Bawaria. Udane Wakacje. Wydanie 1

Ateny nad Izarą

Nadanie bawarskiej metropolii charakteru włoskiego miasta, pełnego muzeów i architektonicznych pereł wymyślił Ludwik I. Ten miłośnik sztuki o nieograniczonej wyobraźni po swej podróży do Włoch i rozmiłowaniu się w sztuce starożytnej Grecji i Rzymu postanowił upiększyć i rozwijać swe miasto, nie tylko, by spełnić swą pasję estetyczną, ale podnieść prestiż i renomę miasta. Co się królowi udało... Korzystając z umiejętności dwóch niemieckich architektów, król doczekał się przestronnych placów, dumnych alej, powstały propyleje, neo-renesansowe gmachy, z których wiele przypomina i dziś architekturę miast włoskich. Konigsplatz, plac Królewski, zwany Atenami nad Izarą, prezentuje trzy porządki: dorycki, joński i koryncki - wyznaczają miastu należne mu miejsce w galerii światowych centrów sztuki.

Sercem Monachium pozostaje dla miłośników sztuki Kunstreal, czyli Dzielnica Muzeów. Tu znajdziemy Starą Pinakotekę, z arcydziełami od średniowiecza do XVIII wieku, Nową Pinakotekę z dziełami XIX-wieczny-mi oraz Pinakotekę der Moderne, w której zgromadzono sztukę współczesną. Dopiero poznanie tych trzech kolekcji daje koneserowi sztuki świadomość, jak cenne są zbiory tych trzech monachijskich muzeów. A przecież jest tu jeszcze Galeria Miejska w Lenbachhause (zbudowanym w stylu florenckim) mieszcząca dzieła malarzy ekspresjonistów; jest Gliptoteka z tysiącami rzeźb greckich i rzymskich; są tu też zbiory sztuki starożytnej, której początek dała prywatna kolekcja antyków króla Ludwika. Tu obejrzymy malarstwo wazowe, biżuterię etruską, greckie wazy zdobione różnymi technikami. Aby dopełnić wizyty w Dzielnicy Muzeów, warto zajrzeć do Muzeum Brandhorst. Długi dzień, poza zmęczeniem, przyniesie też uczucie niedosytu i pragnienie powrotu do Monachium. Z zielonym przewodnikiem Michelina w garści, w którym znajdziemy też niezbędne informacje, mapy i dziesiątki zdjęć
Tygodnik Angora Ł. AZIK; 2015-09-27

Powidoki. Wydanie 1

Czy już od dziecka można zapałać miłością do podróży? A co powiecie na zwiedzanie jednośladem?

Autor opowiada, że właśnie już jako chłopiec zakochał się w zwiedzaniu i podróżowaniu na rowerze. Najpierw były to niedalekie wycieczki, następnie nagroda wygrana w radiu i tak zaczęła się niesamowita przygoda. Nie było łatwo. Różne kultury, różni ludzie, różna pogoda. To wszystko nie przeszkadzało autorowi rozbić namiotu i po prostu odpocząć po całym dniu jazdy. Mogę zdradzić, że nasz turysta był m.in. w Stanach Zjednoczonych, Indiach czy Hiszpanii, a gdzie jeszcze? Przekonajcie się sami wczytując się w tę niesamowitą historię.

Książka ma zaledwie 160 stron i lekkie pióro autora sprawia, że czytamy wszystkie przygody jednym tchem. Po prostu nie można się oderwać. Razem z naszym autorem poznajemy nowych ludzi i nowe kultury, przeżywamy wszystko razem z nim.

Dla mnie niesamowicie ważne było to, że nie jest to zwykły monolog czy suche wspomnienia. Tutaj znajdziemy dialogi, sytuacje które śmieszą, ale i uczą  z czym możemy się spotkać w obcych krajach.

Duże litery jeszcze bardziej ułatwiają nam szybkie czytanie i nie męczą naszego wzroku. Okładka specyficzna. Szczerze powiedziawszy jeszcze nigdy wcześniej nie spotkałam się z podobną. Prawie cała biała, gdzieniegdzie  przetykana czarnym kolorem na pewno zwraca wzrok czytelnika, a także jest bardzo tajemnicza.

Pewnie niektórzy z Was mogą pomyśleć, że to kolejna książka o zachciankach bogatej osoby, która chciała przeżyć przygodę podróżując na rowerze. Ogromnie się pomylicie. Nie będę Wam dokładnie zdradzać całej historii, lecz powiem tylko, że Strzeżysz na przygodę zapracował wyłącznie swoją ciężką pracą i niesamowitym poświęceniem.

Polecam miłośnikom podróży, osobom które szukają czegoś więcej niż tylko zorganizowanych wycieczek ze sztywnie ułożonym planem dnia, ale także tym którzy wcale nie chcą wyjeżdżać (z różnych powodów) a mają ochotę poznać inne kultury i zwyczaje.
DobreRecenzje.pl Edyta; 2015-09-16

Dziewczyny, na start!

"Dziewczyny, na start!" Czyli o tym, że nie każdy musi od razu biegać maratony

Ale każdy autor powinien się zawczasu zdecydować, do kogo pisze i w jakim celu. Chociaż chyba trzeba zacząć od początku – czyli od tego, że po wysypie książek dla biegaczy – zrazu głównie poradników treningowych światowych sław i autorytetów nie zawsze udolnie naśladowanych przez rodzimych autorów (i nie mam na myśli Jerzego Skarżyńskiego, który jest jedyny i niepowtarzalny), potem biografii i książek o bieganiu (i okolicach) bohaterów biegowej wyobraźni ze świata, a bieżący sezon obfituje w… autorów z naszego podwórka, i to dosłownie podwórka, bo w większości znanych biegaczom blogerów i autorów znanych ze środowiskowych mediów.

Zaczęło się jeszcze w zeszłym roku od „I jak tu nie biegać” Beaty Sadowskiej. W tym pojawiła się najpierw „Szczęśliwi biegają ultra” Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej i Krzysztofa Dołęgowskiego – biegowa książka roku Festiwalu Biegowego, potem - Kasia Żbikowska-Jusis i jej „Kobieta w biegu”, wreszcie dostajemy do rąk „Dziewczyny, na start!” napisane przez Katarzynę Karpę i jej mamę, Annę. Swoją drogą, to też jest ciekawe – polskie wydawnictwa postawiły na książki kierowane do pań… I to zdaje się jeszcze nie koniec ;-) Do tej pory typowo kobiecym poradnikiem biegowym była książka Pauli Radcliffe „Sztuka biegania”. A w tym roku – istny wysyp.

Z książką „Dziewczyny, na start!” mam ten problem, że w pierwszej chwili wzięłam ją za poradnik. No, bo przynajmniej takie wrażenie sprawia. I tytułem, i układem rozdziałów, i wreszcie – tak wynika z informacji wydawniczych. Tymczasem mam wrażenie, że to przedłużenie bloga autorki z powtykanymi gdzieniegdzie poradami.

Zamysł zrazu robi wrażenie oryginalnego, bo piszą równolegle matka – która dopiero zaczyna przygodę z bieganiem i jej porady mogą być bardzo praktyczne dla osób, które zaczynają w starszym wieku, i córka – która biega od jakiegoś czasu i pełni rolę „trenera mamy”. Zaczyna się to wszystko fajnie, poradnikowo. I gdyby konsekwentnie do końca autorki pociągnęły taki układ, pewnie dostalibyśmy świetny poradnik dla szerokiej grupy biegających kobiet. Ale gdzieś po drodze gubi się proporcja pomiędzy poradami a opisami własnych doświadczeń głównej autorki (Katarzyna Karpa) , w tym nie zawsze doświadczeń, na których warto by się było wzorować – bo dobrze jest wytknąć błędy samej sobie – ale na blogu. W poradniku można je wypunktować, a nie skupiać się na nich, bo… czytelniczka zapewne dokładnie zapamięta właśnie błędy… Taki funkcjonuje ludzka percepcja i nic na to nie poradzimy.

Druga rzecz to fakt, że Katarzyna Karpa dość szybko połączyła swoją miłość do gór z bieganiem i poszła w kierunku dość specyficznej dyscypliny jaką są biegi na orientację. Z tradycyjnym bieganiem mają one niewiele wspólnego. Nie jestem pewna, czy osoby, które dopiero zaczynają bieganie (a do takich chyba jest kierowana książka), nie poczują lekkiej konfuzji, kiedy jeszcze w pierwszym rozdziale dostaną opis nocnego startu na 50 km z „podbijaniem punktów” po drodze… W rezultacie cały poradnik jest mocno „skrzywiony” w kierunku biegów na orientację, chociaż da się w nim odszukać i rady dotyczące „zwykłego” biegania.

Szkoda jedynie, że w całym poradniku poza samym bieganiem niewiele jest mowy o dodatkowych ćwiczeniach. A właściwie – jest mowa w trzech miejscach – dwa razy o siłowni (po jednym zdaniu, raczej w postaci konieczności zakupu karnetu;--)) i raz (przy przygotowaniach maratońskich) o wzmacnianiu korpusu. Dla biegacza, przynajmniej ulicznego, to trochę mało.

Niewątpliwie mocną stroną książki jest część dotycząca stroju i dodatkowych elementów wyposażenia. Niewątpliwie znajdą w niej sporo praktycznych rad przyszłe orientalistki i fanki biegów górskich. Jest też całkiem dobry rozdział z przepisami na jedzenie dla biegaczy. Tu w pełni rozumiem autorkę, mnie wystarczy dobre wybieganie 30 km w niedzielę, żeby przez następnych kilka dni przypominać odkurzacz…

Ale osoby, które truchtają po parku i dla których 5 km jest wyzwaniem… no cóż. Też znajdą kilka porad, szczególnie we fragmentach, które pisze mama autorki, ale… mogą się poczuć lekko zaniedbane. Bo przecież od pierwszego biegu na 10 km do górskiego ultra na orientację - to tylko krok. Tak przynajmniej wynika z układu książki. A co z tymi, których góry, ultra i znajdowanie punktów na mapie kompletnie nie kręcą? Tak, są jeszcze tacy ludzie. I nawet biegają…

„Dziewczyny, na start!” to specyficzny rodzaj poradnika. Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto jest jego adresatem. Bo jeżeli kobiety – to albo bardzo młode, takie, które nie mają żadnych zobowiązań, rodziny, które mogą sobie pozwolić, żeby co któryś weekend w miesiącu ruszyć w Polskę i wyłączyć się kompletnie z życia na kilkanaście, kilkadziesiąt godzin. Albo – chociaż w tle – te w wieku dojrzałym, ale sprawne, ruszające się, uprawiające jakieś rodzaje aktywności. Takie, które po 2-3 tygodniach truchtania mogą przebiec 10 km. Kobiety, które kilkanaście lub kilkadziesiąt lat wstawały zza biurka tylko do obowiązków domowych, kobiety z dolegliwościami, wreszcie te z nadmiarowymi kilogramami, które chciałyby się ruszyć…

No, nie wiem. Ja bym się w tym poradniku nie odnalazła. Chociaż doskonale do mnie przemawia potrzeba pomalowanych paznokci na zawodach. Sama kiedyś robiłam manicure na lotnisku w Paryżu, czekając na przesiadkę do Dubaju ;-)

Chociaż nie powiem, żeby książka mnie znudziła. A nawet więcej, czytałam ją z zaciekawieniem, trochę porównując do „Kobiety w biegu”. Trudno jednak porównywać te dwie pozycje, bo widać , że założenia były inne. Ale z przyjemnością przeczytałabym poradnik dla poczatkującej orientalistki albo – jak w przypadku „Kobiety…” - książkę po prostu o tym, jak zostać wicemistrzynią Polski w PIESZYCH maratonach na orientację. A tak odczucia mam ambiwalentne. Bo z 250 stron książki najciekawsze fragmenty nie mają nic wspólnego z jej poradnikowym charakterem.
aniabiega.blox.pl beautyandb; 2015-09-20

Paul Tergat. Biegaj z mistrzem

Plany biegowe mistrzów zawsze budzą ciekawość i przyciągają czytelników – zarówno trenerów, jaki i ambitnych biegaczy, którzy lubią eksperymentować ze środkami treningowymi, a także tych, którzy uważają, że jeśli skopiują plan, to i wynikowo… zbliżą się do mistrza. Dlatego książka Jürga Wirza  „Paul Tergat. Biegaj z mistrzem!” na pewno znajdzie spore grono czytelników.

Ale ten tytuł, wydany właśnie na naszym rynku przez wydawnictwo Septem, to nie tylko poradnik i zestaw planów biegowych. To przede wszystkim historia wielkiego kenijskiego mistrza, któremu w kolekcji zabrakło złotych medali igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. Ciągle był drugi – bo szczyt jego kariery zbiegł się ze szczytem etiopskiego „Cesarza”, Hailego Gebrselassie. Opowieść o człowieku, który zaczął biegać, mając 18 lat ale wspiął się na biegowy szczyt, a jego rekordy przetrwały lata…

Jak wyglądała droga na ten szczyt, gdzie stawiał pierwsze biegowe kroki i jak wygląda życie mistrza w Kenii, o wiecznym pojedynku z Gebrselassie, a nawet o tym, że także w dzikiej i pierwotnej Afryce rywalizacja sportowa czasami przechodzi w całkiem niesportową, to niemała część opowieści, która dzięki temu zyskuje barw i wymyka się prostej definicji poradnika. Szkoda trochę, że do polskiego czytelnika książka trafia aż 10 lat po jej pierwszym wydaniu, co czyni ją już miejscami lekko nieaktualną w warstwie liczb, rekordów czy odniesienia do bieżących wydarzeń, ale jej wartość faktograficzna jest niebagatelna.

Jest jednak w książce również sporo tabelek. Są i te, które wpisują się w opowieść, bo zdradzają mistrzowskie plany Tergata, które realizował kiedy zdobywał kolejne tytuły. Dwa – trzy treningi dziennie, jakieś 170-180 km w tygodniu. Później, już w czasach startów maratońskich – 210-240 km, w czasie dwóch najintensywniejszych miesięcy – 260-280 km. Tygodniowo.  Są także takie, które do swoich potrzeb mogą zaadaptować amatorzy. I ci ambitni, i biegający mocno i dużo, gotowi pewnie próbować naśladować mistrza i biegać po te 200 km w tygodniu, jak i ci, którzy dopiero stawiają pierwsze biegowe kroki i szukają wskazówek. Większość tabelek z planami podaje tempa opisowo, wcześniej czytelnik znajdzie instrukcje, jak sobie te tempa wyznaczyć. Wystarczy trochę się skupić, poczytać, przemyśleć – i już można trenować jak mistrz! A plany wyglądają na całkiem skuteczne i sensowne, dobrze poukładane.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że autorzy planów podkreślają znaczenie ćwiczeń dodatkowych – m.in. siły biegowej, dość dokładnie pokazane, opisane i wpisane w każdy plan, jak i ćwiczenia ogólnorozwojowe, tak ważne dla biegacza, a o których często my sami i autorzy wielu planów zapominamy, poprzestając na stwierdzeniu, że powinno się je wykonywać. Tymczasem wykonują je też najlepsi – i wcale się tego nie wstydzą. Może warto podążyć śladem mistrzów?

Wracając do samej książki, to świetna propozycja zarówno dla tych, którzy lubią czytać i ważna jest dla nich opowieść o Paulu Tergacie, jak i dla treningowych freaków i analityków, którzy mogą się skupić na analizowaniu środków i samych treningów Tergata i przekładać je na trening amatorski.

I tylko jeden drobiazg zgrzyta w lekturze, może tłumacz nie do końca się zna na bieganiu, może redaktor nie dopatrzył, ale… mówi się biegi uliczne i biegi na bieżni. „Biegi drogowe” i „biegi torowe” brzmią dziwacznie. A „bieg w podskokach” (wieloskok) – całkiem śmiesznie, dopóki nie trafi na laika, który będzie próbował go wykonać.
magazynbieganie.pl Tomasz Pojawa; 2015-09-11

Floryda. Udane Wakacje. Wydanie 1

To jeden z najsłynniejszych stanów Ameryki Północnej, znany z przyjaznego klimatu, plaż i sławnych centrów turystycznych. Każda wycieczka lub rodzinny urlop prowadzący na Florydę są z założenia udane. Floryda oferuje relaks na najwyższym poziomie, zaś tak modne miejsca jak Palm Beach czy Tampa, Orlando z Disneyem i przylądek Canaveral, skąd startują rakiety, przyciągają miliony turystów.

Ilekolwiek by napisać o Everglades, czyli 600 tysiącach hektarów zalanych wodą bagien, będzie zbyt mało, by oddać atrakcje tego miejsca. Ilekolwiek by napisać o Key Largo i 240 kilometrach szosy prowadzącej na kraniec Stanów, czyli do Key West, skąd bliżej do Hawany niż do stanowej metropolii Miami będzie zbyt skromnie. Floryda jest pełna sekretów i miejsc, do których warto dotrzeć, wykazując jednak minimum wysiłku. Tego wymaga decyzja o porzuceniu południowej części stanu i jazda na północ, ku stolicy stanu Talla-hassee, a potem w stronę Pensacoli. Między obu punktami znajdziemy Florydę nieznaną: miasteczko DeFu-niak Springs, parki, rezerwaty przyrody, jaskinie o nieprawdopodobnych kolorach, z dala od turystycznej masówki. To Floryda dla koneserów.

Jedną z ciekawostek cenionych przez znawców Florydy jest Ponce de Leon Springs State Park, na którego terenie znajduje się kamienny zbiornik wodny ze stałą temperaturą, w którym można łowić ryby i pływać. Malownicze tereny wokół zbiornika gwarantują ciszę i możliwość spaceru, uprawiania joggingu i napawania się dostojeństwem starego drzewostanu. Z kolei w parku stanowym Fal-ling Waters można oglądać rzadkie zjawisko, jakim jest niezwykły typ wodospadu zasilanego wodą z potoku, który płynie kilkadziesiąt metrów pod ziemią. Wodospad można oglądać z drewnianej platformy, a spoglądanie w głąb otchłani pozostaje na długo w pamięci. Autor przewodnika przypomina, że wodospad napędzał kiedyś młyn, potem służył destylarni whisky, a dziś budzi zachwyt swą naturalną urodą. Także tu zadbano o infrastrukturę. W ciągu kilku dni na północy Florydy możemy poznać drugie oblicze słonecznego stanu.
Tygodnik Angora Ł. AZIK