Recenzje
Na Północ. Szwecja znana i nieznana
Wiem dużo o Szwecji. Wiem dużo o Szwedach. Przeczytałam wiele książek, a także jestem niezłym obserwatorem rzeczywistości.
Wydawało mi się, że niewiele jest mnie już w stanie zaskoczyć w temacie książek o tym kraju. Tymczasem w moje ręce wpadła publikacja Pana Zborowskiego.
Zaczęło się od tego, że trafiłam czas jakiś temu na spotkanie autorskie. Zaskoczył mnie pan Maciej bardzo pozytywnie, bowiem za stołem autorskim nie siedział, jak często się zdarza, wszystkowiedzący nawiedzony bufon, ale przemiły, skromny człowiek gotowy odpowiedzieć na wszelkie, nawet najgłupsze i najbardziej oczywiste pytania.
Taka właśnie jest książka "Na północ. Szwecja znana i nieznana".
Może dla laików zbiór ciekawostek z życia naszego południowego sąsiada będzie źródłem informacji "nieznanych", jednak dla takich jak ja, więcej będzie tych "znanych".
Spotykamy w książce sieć krótkich felietonów, napisanych lekko, czasami z ironią, co dla mnie jest bardzo urokliwe.
Znajdziemy tu sporo informacji zawartych również u mnie na blogu, niektóre nawet podobne spostrzeżenia :)
I tak czytamy o tradycji "fika", o "surstromming", o uczcie rakowej, o Midsommar, a także o obyczajach i tradycjach związanych z innymi świętami.
Spotkałam w książce sporo ciekawostek, o których nie wiedziałam. Poznałam sporo miejsc, o których nigdy ani nie czytałam, ani nawet nie słyszałam. Co więcej? Nawet niektórzy Szwedzi nie wiedzą o istnieniu niektórych z nich.
To książka napisana z fascynacją. Czytając ją czułam, że chciałabym kiedyś pojechać śladami niesztampowych zupełnie miejsc opisanych przez Pana Macieja takich jak: pomnik ufo, hotel zakwasu chlebowego, hodowla wielbłądów czy świątynie buddyzmu.
Mam nadzieję, że pewnego dnia będę mogła skonfrontować refleksje napisane w książce z rzeczywistością i własnym poczuciem absurdu.
Gorąco Wam polecam, ta książka Was zaskoczy!
PolskaFika
Na Północ. Szwecja znana i nieznana
Oto książka "nie zwykła" - wydana przez wydawnictwo kojarzone przede wszystkim z przewodnikami, ale przewodnikiem samym w sobie nie jest. Nie jest jednak również reportażem, a tym bardziej powieścią. Czymże więc jest? Otóż, najprościej rzecz ujmując, zbiorem ciekawostek na temat naszego zamorskiego sąsiada - Szwecji.
Zbiór ten podzielony został na pięć rozdziałów: Ludzie, Miejsca, Zdarzenia, Jedzenie oraz Kultura. W każdym z nich autor prezentuje, jego zdaniem, najciekawsze przykłady odpowiadające hasłom przewodnim. Ich dobór wydaje się mocno subiektywny, bowiem czytając kolejne opisy nie widać, aby tworzone były one według jakiegoś klucza czy konkretnego schematu. Czasami ma się wrażenie zupełnej przypadkowości, ale być może taki był cel pana Macieja, by do jednego worka powrzucać bardzo różne elementy.
Podsumowując – książka autorstwa Macieja Zborowskiego dostarcza nam sporo przyjemności. Wprawdzie ciężko jest jednoznacznie określić jej odbiorcę, bowiem poziom treści jest bardzo przemieszany – część faktów średnio zainteresowany fan kultury skandynawskiej ma w jednym palcu i mogą go po prostu znudzić, a jednocześnie dla kogoś, kto nic o Szwecji nie wie są one podstawą, to jednak warto sięgnąć po tę lekturę. Trudno czyta się niektóre fragmenty ze względu na dość specyficzny styl autora, nadużywanie ulubionych sformułowań i fraz, nie zawsze użytych adekwatnie do sytuacji – w tym wypadku ma się wrażenie, że nieco zawiodła redakcja. Ale być może nie każdemu będzie to przeszkadzać, bo na szczęście ewidentnych błędów jest tylko kilka. Zabrakło mi jednak pewnych zdjęć – rozumiem, że w dużym stopniu wykorzystywano zbiory własne, ale pojawiły się również gotowe fotografie innych twórców, dlatego szkoda, że nie pokazano niektórych z tych bardziej zaskakujących miejsc ograniczając się raczej do tych popularnych i łatwych do wygooglowania. Wiadomo jednak, że im więcej zdjęć, tym droższe wydanie, dlatego trzeba iść na pewien kompromis. Swoją drogą książka mogłaby być nieco lżejsza i może odrobinę tańsza, gdyby nie wszystkie strony drukowano na kredowym papierze – może wystarczyło ograniczyć się tylko do tych, na których właśnie miały znajdować się zdjęcia?
Jednak, mimo pewnych niedociągnięć, które też nie są czymś wyjątkowym na tle ponad 20 tys. tytułów wydawanych rocznie, „Na Północ. Szwecja znana i nieznana” to sympatyczna podróż po miastach i wioskach naszego sąsiada zza Bałtyku. Dla tych, którzy Szwecji nie znają, będzie to pewnego rodzaju kompendium wiedzy, stanowiące dobry wstęp do odkrywania jej tajemnic. Natomiast dla wszelkiej maści fanów skandynawskich klimatów książka stanowić będzie, z jednej strony zbiór ciekawostek, do których w większym bądź mniejszym stopniu jeszcze nie dotarli, a z drugiej zestaw podstawowych faktów zaprezentowanych w przystępnej formie, które w razie potrzeby będą mieli zawsze pod ręką.
fileiholicy.blogspot.com Solveig
To nie jest miejsce dla gringo
Gdy ujrzałam nazwisko autora książki wydane przez śląskie wydawnictwo Bezdroża: „To nie jest miejsce dla gringo”, wiedziałam, że muszę ją a) mieć, b) przeczytać! Jego poprzednia książka „Archipelag znikających wysp” jest kopalnią informacji o Indonezji, którą to Sergiusz Prokurat – jej autor – bez wątpienia zna jak własną kieszeń.
Tym razem celem jego eksploracji była Ameryka Południowa, a konkretnie trzy kraje: Kolumbia, Ekwador i Peru. Co je łączy? Krwawa historia z hiszpańskimi i portugalskimi kolonizatorami w roli głównej, współczesność w cieniu biedy i ciągłego zagrożenia życia oraz nieulegająca przedawnieniu ani spłyceniu nienawiść do tytułowych gringo. Wszystko splecione niczym węzeł gordyjski i tylko wciąż nie ma współczesnego Aleksandra, który by go umiał ( i miał odwagę!) go przeciąć!
Znakiem wywoławczym książek Sergiusza Prokurata jest nie tylko relacja z tego, gdzie jest i co przeżywa jako podróżnik, ale encyklopedyczna wręcz wiedza na temat historii i dnia dzisiejszego odwiedzanych krajów. Powie ktoś: To nudne! Nic podobnego!!! Informacje, które dostajemy i sposób, w jaki je otrzymujemy, sprawiają, że trudno oderwać się od książki. „To nie jest miejsce dla gringo” przeczytałam w jeden dzień!
Sergiusz Prokurat, jak na rasowego podróżnika przystało, zwiedza świat w pojedynkę. Zamiast samolotów i wygodnych autokarów woli podróżować lokalnymi autobusami w towarzystwie „lokalsów”. Nad luksusowe restauracje przedkłada małe, lokalne bary i jadłodajnie, bo tylko tak można wtopić się w tłum, poznać jego życie i porozmawiać. Powie ktoś: Tak podróżuje wielu! To prawda. Ale mało kto decyduje się na tak wysoki poziom ryzyka ba- wcale nierzadkiego zagrożenia życia; „Podróż przez Amerykę Południową z lokalsami jest jak stąpanie po minach. Trzeba to robić ostrożnie. I z gracją” – pisze autor tłumacząc, że „nienawiść do Stanów Zjednoczonych” [ i wszystkich ‘białych”] to popularny sport w Ameryce Południowej”. W innym zaś miejscu dodaje: „Obcokrajowiec w Ameryce Południowej, zwłaszcza w nocy, jest jak otoczony lwami bawół na sawannie”. W kontekście tego, o czym przed chwilą napisałam, bez większego zdziwienia przyjmujemy informację, że przed odjazdem każdego lokalnego autobusu każdy z pasażerów jest dokładnie skamerowany, że przed wejściem do taksówki trzeba podać swe dokładne dane , zaś w stolicy Ekwadoru lokalne kawiarenki są… pilnowane przez dwie, trzy osoby z bronią. Nierzadko na widocznym miejscu wisi kartką z podobną jak ta treścią: „ Już 383 dni minęło bez incydentu, a lokal jest spokojny” (!!!).
Sergiusz Prokurat nie jest typem desperados, który bezrefleksyjnie naraża swe życie. Do podróży przez niebezpieczną i nieprzewidywalną Amerykę Łacińską jest gruntownie przygotowany i uzbrojony w niezbędną wiedzę, pokorę wobec świata, w który wkracza i dewizę: „Spontaniczne decyzje skutkują najlepszymi przygodami”. J
Wraz z nim zwiedzamy targi i bazary, plantację koki i uczestniczymy w święcie. Delektujemy się specjałami lokalnych kuchni – ot, chociażby świńskim łbem czy ziemniakami ( których w Peru, ojczyźnie ziemniaka jest ponad 100 odmian!). Obserwujemy też, jak autor raczy się i pisco , czterdziestoprocentowym trunkiem, który jest „niczym trzęsienie ziemi – jeden kieliszek i człowiek zapomina, gdzie jest”.
A propos trzęsienia ziemi; w Peru autor poznaje Polkę, Aleksandrę, która przyjechała do Ameryki Południowej, by poszukiwać ( i przeżywać!) ..trzęsienia ziemi!. I trafiła w najlepsze miejsce, bowiem Peru leży na granicy dwóch płyt tektonicznych.
Choć w Ameryce Łacińskiej – jak pisze autor – „napady z bronią w ręku oraz drobne kradzieże stanowią stały element pejzażu’, a procederem tym parają się nawet małe dzieci ( vide: maluch z nożem w dłoni żądający od Prokurata „money”), to największą bolączką, ba – dramatem państw, o których mowa, jest cyniczna i bezpardonowa eksploatacja przez współczesnych „konkwistadorów”. Przed obraniem kolejnego smakowitego i pachnącego egzotyką banana, polecam lekturę książki Sergiusza Prokurata, na kartach której autor ukazuje krwawe dzieje kolumbijskiej firmy Chiquita, potentata i import_era bananów na cały świat. Zanim podlejemy nasze kwiatki wodą zmieszaną z genialnym guano, przeczytajmy smutną historię ograbiania Peru przez bogaty Zachód z jego kolejnego naturalnego bogactwa. I wreszcie wlewając do baku benzynę, choć przez chwilę pomyślmy o mieszkańcach amazońskiej dżungli, których trzebi koncern Texaco prowadzący rabunkowe wydobycie ropy naftowej.
Który z papieży był wielkim fanem wina z…koką?! Podpowiem ( za autorem), zerkając do książki, bo galeria „smakoszy” była wcale niemała! Trzech papieży, szesnaście koronowanych głów, sześciu prezydentów Francji oraz prezydent Stanów Zjednoczonych popijali Vin Mariani; to Bordeaux, w którego 250 gramach rozpuszczonych jest ok. 50 miligramów koki. To „jak współczesne wciągnięcie „kreski”, zapewniające 15 minut ekstazy”! – zapewnia autor. Tyle statystyka, ale warto zajrzeć do książki i zgłębić się w mroczną historię liścia koki, który skolonizował zachodni świat.
Mimo że skoncentrowałam się na ciemniejszej stronie tego, co zobaczył, usłyszał i przeżył Sergiusz Prokurat, autor książki „To nie jest miejsce dla gringo”, książka jest w gruncie rzeczy pogodna, zawiera pyszne epizody, przy których czytelnik śmieje się w głos, a mnie pozostaje na koniec
a) Gorąco zachęcić KAŻDEGO do jej lektury.
b) Czekać niecierpliwie na kolejną książkę autora.
„Hasta luego” panie Sergiuszu. J
Tym razem celem jego eksploracji była Ameryka Południowa, a konkretnie trzy kraje: Kolumbia, Ekwador i Peru. Co je łączy? Krwawa historia z hiszpańskimi i portugalskimi kolonizatorami w roli głównej, współczesność w cieniu biedy i ciągłego zagrożenia życia oraz nieulegająca przedawnieniu ani spłyceniu nienawiść do tytułowych gringo. Wszystko splecione niczym węzeł gordyjski i tylko wciąż nie ma współczesnego Aleksandra, który by go umiał ( i miał odwagę!) go przeciąć!
Znakiem wywoławczym książek Sergiusza Prokurata jest nie tylko relacja z tego, gdzie jest i co przeżywa jako podróżnik, ale encyklopedyczna wręcz wiedza na temat historii i dnia dzisiejszego odwiedzanych krajów. Powie ktoś: To nudne! Nic podobnego!!! Informacje, które dostajemy i sposób, w jaki je otrzymujemy, sprawiają, że trudno oderwać się od książki. „To nie jest miejsce dla gringo” przeczytałam w jeden dzień!
Sergiusz Prokurat, jak na rasowego podróżnika przystało, zwiedza świat w pojedynkę. Zamiast samolotów i wygodnych autokarów woli podróżować lokalnymi autobusami w towarzystwie „lokalsów”. Nad luksusowe restauracje przedkłada małe, lokalne bary i jadłodajnie, bo tylko tak można wtopić się w tłum, poznać jego życie i porozmawiać. Powie ktoś: Tak podróżuje wielu! To prawda. Ale mało kto decyduje się na tak wysoki poziom ryzyka ba- wcale nierzadkiego zagrożenia życia; „Podróż przez Amerykę Południową z lokalsami jest jak stąpanie po minach. Trzeba to robić ostrożnie. I z gracją” – pisze autor tłumacząc, że „nienawiść do Stanów Zjednoczonych” [ i wszystkich ‘białych”] to popularny sport w Ameryce Południowej”. W innym zaś miejscu dodaje: „Obcokrajowiec w Ameryce Południowej, zwłaszcza w nocy, jest jak otoczony lwami bawół na sawannie”. W kontekście tego, o czym przed chwilą napisałam, bez większego zdziwienia przyjmujemy informację, że przed odjazdem każdego lokalnego autobusu każdy z pasażerów jest dokładnie skamerowany, że przed wejściem do taksówki trzeba podać swe dokładne dane , zaś w stolicy Ekwadoru lokalne kawiarenki są… pilnowane przez dwie, trzy osoby z bronią. Nierzadko na widocznym miejscu wisi kartką z podobną jak ta treścią: „ Już 383 dni minęło bez incydentu, a lokal jest spokojny” (!!!).
Sergiusz Prokurat nie jest typem desperados, który bezrefleksyjnie naraża swe życie. Do podróży przez niebezpieczną i nieprzewidywalną Amerykę Łacińską jest gruntownie przygotowany i uzbrojony w niezbędną wiedzę, pokorę wobec świata, w który wkracza i dewizę: „Spontaniczne decyzje skutkują najlepszymi przygodami”. J
Wraz z nim zwiedzamy targi i bazary, plantację koki i uczestniczymy w święcie. Delektujemy się specjałami lokalnych kuchni – ot, chociażby świńskim łbem czy ziemniakami ( których w Peru, ojczyźnie ziemniaka jest ponad 100 odmian!). Obserwujemy też, jak autor raczy się i pisco , czterdziestoprocentowym trunkiem, który jest „niczym trzęsienie ziemi – jeden kieliszek i człowiek zapomina, gdzie jest”.
A propos trzęsienia ziemi; w Peru autor poznaje Polkę, Aleksandrę, która przyjechała do Ameryki Południowej, by poszukiwać ( i przeżywać!) ..trzęsienia ziemi!. I trafiła w najlepsze miejsce, bowiem Peru leży na granicy dwóch płyt tektonicznych.
Choć w Ameryce Łacińskiej – jak pisze autor – „napady z bronią w ręku oraz drobne kradzieże stanowią stały element pejzażu’, a procederem tym parają się nawet małe dzieci ( vide: maluch z nożem w dłoni żądający od Prokurata „money”), to największą bolączką, ba – dramatem państw, o których mowa, jest cyniczna i bezpardonowa eksploatacja przez współczesnych „konkwistadorów”. Przed obraniem kolejnego smakowitego i pachnącego egzotyką banana, polecam lekturę książki Sergiusza Prokurata, na kartach której autor ukazuje krwawe dzieje kolumbijskiej firmy Chiquita, potentata i import_era bananów na cały świat. Zanim podlejemy nasze kwiatki wodą zmieszaną z genialnym guano, przeczytajmy smutną historię ograbiania Peru przez bogaty Zachód z jego kolejnego naturalnego bogactwa. I wreszcie wlewając do baku benzynę, choć przez chwilę pomyślmy o mieszkańcach amazońskiej dżungli, których trzebi koncern Texaco prowadzący rabunkowe wydobycie ropy naftowej.
Który z papieży był wielkim fanem wina z…koką?! Podpowiem ( za autorem), zerkając do książki, bo galeria „smakoszy” była wcale niemała! Trzech papieży, szesnaście koronowanych głów, sześciu prezydentów Francji oraz prezydent Stanów Zjednoczonych popijali Vin Mariani; to Bordeaux, w którego 250 gramach rozpuszczonych jest ok. 50 miligramów koki. To „jak współczesne wciągnięcie „kreski”, zapewniające 15 minut ekstazy”! – zapewnia autor. Tyle statystyka, ale warto zajrzeć do książki i zgłębić się w mroczną historię liścia koki, który skolonizował zachodni świat.
Mimo że skoncentrowałam się na ciemniejszej stronie tego, co zobaczył, usłyszał i przeżył Sergiusz Prokurat, autor książki „To nie jest miejsce dla gringo”, książka jest w gruncie rzeczy pogodna, zawiera pyszne epizody, przy których czytelnik śmieje się w głos, a mnie pozostaje na koniec
a) Gorąco zachęcić KAŻDEGO do jej lektury.
b) Czekać niecierpliwie na kolejną książkę autora.
„Hasta luego” panie Sergiuszu. J
http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em; 2015-11-17
Krym: miłość i nienawiść
Urlop na Krymie, możliwy od końca lat 50. XX w., chociaż tylko dla nielicznych obywateli PRL ze względu na niewielkie „limity miejsc" na wycieczkach organizowanych przez polskie biura podroży, był spełnieniem marzeń o wyjeździe w „egzotyczne strony". Obok wprowadzonych w tym samym czasie wycieczek do Soczi i na czarnomorskie wybrzeże Kaukazu oraz do Jugosławii. Ciepłe i egzotyczne (nie tylko) kraje „za żelazną kurtyną" były wówczas dla nas niedostępne.
Nawet jednak po przemianach ustrojowych, otwarciu granic i dostępności, przynajmniej dla tych, których na to stać, praktycznie całego świata, wyjazdy urlopowe i turystyczne na Krym, chociaż jego blask zbladł po porównaniu z piękniejszymi miejscami, cieszyły się w Polsce sporym zainteresowaniem. Aż do aneksji tego półwyspu przez Rosję na wiosnę ub. r. Jak tam jest obecnie? Jak współżyją ze sobą skłóceni Ukraińcy, Tatarzy i Rosjanie? Dokąd powiedzie te narody najnowsza historia?
Co stanie się z pięknym półwyspem, dawną perłą tatarskiego chanatu i rosyjskiego cesarstwa? Na te i podobne pytania ma, według zapowiedzi wydawcy, odpowiadać nowa książka pracującego w Moskwie dziennikarza Polskiego Radia. Nie jest to oczywiście ani przewodnik, ani książka podróżnicza, chociaż znajdują się w niej również, nieliczne, relacje z podróży i opisy walorów kilku popularnych wśród turystów miejsc. Sam tytułowy Krym zajmuje w niej stosunkowo niewiele miejsca, a relacje z niego robią wrażenie „z drugiej ręki" bądź źródeł pisanych.
Chociaż sytuacja na półwyspie i wokół niego stanowi punkt wyjścia do przedstawienia przez autora stosunków rosyjsko-ukraińskich oraz wzajemnych ich narodów w ostatnich już blisko dwu latach. Rosjan i Ukraińców uważanych przez jednych, m.in. przez prezydenta Putina, za „jeden naród". Przez innych, m.in. postacie z tej książki, za „braci". Ale także z ukraińską repliką: chyba jak biblijni Kain i Abel. Książka Macieja Jastrzębskiego stanowi połączenie formuły powieści, miejscami sensacyjnej, z głównymi bohaterami: Marianną – Ukrainką z krymskiego Symferopola i Fiodora – Rosjanina z Moskwy oraz relacji reporterskich i literatury faktu.
Z mnóstwem informacji oraz faktów ze współczesnych – doprowadzone są do połowy lipca br. – dziejów obu zwaśnionych państw i narodów. Zaczyna i kończy się zaś tą samą sceną, z dialogiem umieszczonym na tylnej okładce. Spotkania autora z jej bohaterami podczas ulewy na przystanku w pobliżu przejścia granicznego między terenami kontrolowanymi przez Ukrainę i zbuntowanym, secesjonistycznym Donbasem. Oboje są dobrze wykształconymi i sytuowanymi pracownikami agencji pośrednictwa w handlu nieruchomościami. Ona w Symferopolu, on w Moskwie.
Co pozwala im na podróże samolotami, zatrzymywanie w droższych hotelach, a nawet kupno, gdy pojawia się taka potrzeba, mieszkania w Kijowie. Poznają się tuż przed rosyjską agresją na półwysep. I pomimo historycznych zawirowań oraz zasadniczej różnicy poglądów na kwestię stosunków rosyjsko – ukraińskich, zwłaszcza ich krymskiego aspektu, rozwija się między nimi uczucie. Marianna jest Ukrainką urodzoną i mieszkającą na Krymie. Po agresji północnych sąsiadów nie przyjmuje, podobnie jak jej rodzice, rosyjskiego obywatelstwa i paszportu.
Należy więc do mniejszości obecnie ograniczanej tam w jej prawach, podobnie jak krymscy Tatarzy. Musi nawet w pewnym momencie uciekać z półwyspu, bo po aresztowaniu jej szefa obawia się o swoje bezpieczeństwo. Zamieszkuje w Kijowie i zajmuje się, jako wolontariuszka, pomocą humanitarną dla Donbasu. Ale lata też do Moskwy. Fiodor nie interesuje się polityką, popiera jednak działalność prezydenta i Kremla także w kwestii Krymu i Donbasu. Jego poglądy kształtują, podobnie jak większości obywateli Federacji Rosyjskiej, prorządowe, czyli praktycznie jedyne szerzej dostępne, media.
Czy w warunkach nienawiści, jaka panuje obecne w stosunkach tych dwu krajów i narodów, możliwa jest miłość między jej obywatelami? Autor nie stawia w tej kwestii kropki nad i. Książka podzielona na 7 części i 26 rozdziałów przedstawia ich losy na tle historycznych wydarzeń ostatnich prawie dwu lat. Od, wspomnianego tylko, kijowskiego Majdanu, z jego genezą i zajmowania Krymu przez „zielonych ludzików". Poprzez sceny z moskiewskiego CPKO – parku im. Gorkiego: wieców rosyjskich nacjonalistów – zwolenników aneksji Krymu oraz Donbasu, a w innym miejscu poparcia dla niezależności i nienaruszalności terytorialnej Ukrainy.
Po wiele faktów z życia współczesnej Moskwy. M.in. organizowania przez firmę w której pracuje Fiodor – i wiele innych podobnych – „ochotników", opłaconych studentów, na wiec poparcia polityki Putina. Defiladę Zwycięstwa 9 maja 2015 roku i zabójstwo jednego z czołowych opozycjonistów, Borysa Niemcowa. Główni bohaterowie albo uczestniczą w tych wydarzeniach, albo je obserwują z bliska. Nie brak też innych faktów, jak np. reperkusji (sankcje) aneksji Krymu oraz strącenia nad Donbasem malezyjskiego samolotu MH 17. Podobnie licznych scen i faktów dotyczących Krymu.
„Referendum" na rzecz przyszłości półwyspu. Jego aneksji „na prośbę mieszkańców" przez Rosję. Prześladowania Tatarów, m.in. głośnego zabójstwa przez „nieznanych sprawców" jednego z nich, Reszata. A także zwalniania ich z pracy, czy utrudnień dla krymskich Ukraińców, którzy nie przyjęli rosyjskiego obywatelstwa. Nawet urodzonym tam i posiadającym domy lub mieszkania, każe się ubiegać o... prawo stałego pobytu, tak jak innym cudzoziemcom. Wrogości wobec mówiących po ukraińsku, z zakazem śpiewania w tym języku piosenek i m.in. zmuszenia z tego powodu popularnego zespołu Via Familia do emigracji.
W książce przedstawione są też problemy półwyspu z dojazdem nań, wodą i energią. Puste półki w sklepach i drożyzna. Brak turystów nie tylko zachodnich, ale również dominujących w latach poprzednich z Ukrainy. A także z Federacji Rosyjskiej wobec trudności transportowych i ubożenia jej społeczeństwa w rezultacie spadku cen ropy oraz zachodnich sankcji. To tylko przykłady. Wplecione w powieściową historię Marianny i Fiodora fakty i autentyczne sceny pokazują w niemal dokumentalny sposób najnowsze dzieje tych dwu krajów.
Zwłaszcza zaś wpływ na społeczeństwo rosyjskie ogłupiającej je, jednostronnej i często kłamliwej kremlowskiej propagandy. Pełnej antyamerykańskich i antyzachodnich fobii. Generalizowania, że cała współczesna władza na Ukrainie to „banderowcy" i faszyści. Tworzenia atmosfery „Rosji – oblężonej twierdzy". Łgarstw na temat jej niezaangażowania militarnego na Krymie i w Donbasie. Kontrowanych zresztą przez autora znanymi mu faktami. Chociażby o buncie marynarzy 536 Specjalnej Brygady Rakietowo – Artyleryjskiej w Murmańsku, którzy odmówili wyjazdu aby walczyć na wschodzie Ukrainy.
Relacjami żołnierzy rosyjskiej służby czynnej, podstępem przerzucanych w nocy na wschodnią Ukrainę. I wieloma innymi przykładami. W tym zakresie wiedza autora, pracującego w Moskwie polskiego korespondenta, jest ogromna i umiejętnie ją przekazuje w książce. Wiem coś na ten temat, bo Rosją, jej kulturą, historią i współczesnością interesuję się od ponad 60 lat. I od wielu systematycznie oglądam, niekiedy z jeżącymi się resztkami włosów na głowie, główne programy informacyjne oraz publicystyczne w rosyjskiej TV.
Podobnie, niewiele krócej, Ukrainą, z 6-letnią pracą korespondenta prasy polskiej w Kijowie oraz licznymi podróżami, reporterskimi i turystycznymi, po tym kraju, łącznie z Krymem. I z braku dostępu do ukraińskiej TV lekturą tamtejszych portali informacyjnych. Tematyka krymska jest w tej książce uboższa niż rosyjska. Autor słusznie zresztą zauważa, że aneksję półwyspu „przykryła" wojna z separatystami w Donbasie. O tej ostatniej pisze wielokrotnie „z pierwszej ręki" jako dziennikarz który tam był i wiele widział – chociaż nie bezpośrednich walk.
Krym i jego realia zna zdecydowanie słabiej, głównie chyba z lektur i opinii innych. Jednak ciekawie opisanych. Chociażby w rozmowie o napaści „nieznanych osobników w mundurach bez dystynkcji" na kijowskich dziennikarzy, którzy przyjechali na półwysep aby rozmawiać z ukraińskimi uchodźcami z Donbasu. Czytając relację z podróży autora z Symferopola taksówką do Bakczysaraju i dalej, przez Bałakławę i Chersonez Taurydzki do Sewastopola, odnosiłem wrażenie, że jest on tam po raz pierwszy. I zaskoczyły mnie trochę nieliczne wątki turystyczne, zwłaszcza z dawnej stolicy chanów.
Np. opis ich dawnego pałacu: „Siedziba tatarskich władców zachwyca przepychem. Ściany są wykładane mozaiką, na podłogach marmury i dywany...". Inaczej go oceniam, chociaż od mojego pierwszego tam pobytu przed niemal 60 laty, sporo się w nim zmieniło na lepsze. Wówczas było to moje największe rozczarowanie podczas całej podróży na półwysep.
Zobaczyłem bowiem zaniedbane prowincjonalne muzeum w miasteczku z ukraińską i rosyjską ludnością, która zajęła domy deportowanych w 1944 r. przez Stalina do Azji Tatarów.
W rezultacie remontów i przywracania mu świetności, zespół pałacowy odzyskał z czasem dawny blask. O czy miałem okazję przekonywać się podczas późniejszych tam pobytów, również stosunkowo niedawno. Ale w porównaniu ze wspaniałymi pałacami innych muzułmańskich władców, że wspomnę o stambulskim Topkapi czy Alhambrze w Grenadzie w Hiszpanii? W gruncie rzeczy jest to tylko trochę bardziej luksusowa, niewiele przesadzam, wielopokojowa willa w zadbanym, pełnym w lecie kwiatów ogrodzie. A pałacowy meczet nie wytrzymuje porównania chociażby z innym krymskim, w Eupatorii, na zachodnim wybrzeżu, dziełem wielkiego Mimara Sinana. O innych dziełach tego tureckiego architekta i jego uczniów nie wspominając.
Autor pisze również o kilku innych sławnych miejscach na Krymie, m.in. o pałacu w Liwadii (Konferencja Jałtańska 1944 r.) i swoim przejeździe obok dawnego „wszechzwiązkowego" obozu pionierów w Arteku. Ale, niestety, myli skalny monastyr Zaśnięcia Matki Bożej w górach nad Bakczysarajem z położonymi wyżej i bez możliwości dojechania do nich taksówką, którą podróżował, ruinami twierdzy z VI w. Czufut Kale. Nie istnieje żaden „klasztor Czufut Kale" (str. 109) – to zupełnie inne obiekty! Zaskakujące jest też stwierdzenie autora, że Adam Mickiewicz po procesie filomatów został zesłany do... Odessy.
„Kibitką" wywieziono go przecież do stołecznego Petersburga, gdzie później uzyskał zgodę na wyjazd oraz pracę w Moskwie i Odessie. I z tej drugiej, zaproszony przez sponsora używając współczesnej terminologii, odbył wycieczkę na Krym przez stepy akermańskie. Jej to poetyckim plonem stały się sławne „Sonety krymskie" cytowane przez autora, podobnie jak poezja też zafascynowanego półwyspem, zwłaszcza Bakczysarajem, Aleksandra Puszkina. To jednak tylko niewielkie turystyczne wstawki w tej nieturystycznej książce. Ze sporą dawką faktografii na temat przeszłości i współczesności półwyspu.
Nawet z krótką rozmową z „premierem krymskiego rządu" Siergiejem Aksjonowem. Książka, na pewno warta lektury, napisana jest ciekawie, z mnóstwem realiów i faktów, a także garścią nienajlepszych niestety zdjęć opisywanych miejsc. Ale również z wątkami sensacyjnymi: porwaniem z humanitarnego transportu przez separatystów Marianny, pomylonej z jakąś ukraińską snajperką i grożenie jej śmiercią. Co przypomina historię pilotki Nadii Sawczenko, tylko z innym zakończeniem. I pełnym przygód poszukiwaniem jej przez Fiodora. Pytanie postawione przez autora w Zakończeniu, będzie chyba jeszcze długo bez odpowiedzi.
„Dla Ukraińców i Rosjan nazwa Krym stała się słowem kluczem określającym skrajne uczucia: miłość i nienawiść. Ukrainiec nienawidzi Rosjanina za to, że okradł jego kraj z ziemi, poniżył i rozpętał krwawy konflikt. Rosjanin nienawidzi Ukraińca za wszystkie złe słowa, które usłyszał od niego tylko z tego powodu, że odebrał mu to, co się Rosji słusznie należało. Przy tym jedni i drudzy kochają Krym. Czy ta miłość wystarczy, żeby przezwyciężyć nienawiść? Aneksja półwyspu pokazała, że nie".
Ale – dodam od siebie – te wielomilionowe, bliskie sobie językowo, religijnie, kulturalnie i historycznie narody, skazane są na sąsiedztwo. I prędzej czy później musi dojść do ich pojednania. Oby nie trzeba było czekać na to przez wiele pokoleń przechodzących przez kolejne, krwawe zmagania! Jako cudzoziemiec, któremu bliska jest zarówno Rosja jak i Ukraina, chciałbym dożyć tego momentu. Chociaż wydaje się on obecnie bardzo odległy, wręcz niemożliwy.
kurier365.pl Cezary Rudziński; 2015-11-18
Krym: miłość i nienawiść
Czy w politycznej zawierusze, niepewności i lęku o bezpieczeństwo innych i swoje własne jest miejsce na gesty miłości, oddania i ufności? Czy uczucie może zrodzić się tam, gdzie między dwojgiem ludzi jest totalna przepaść, zaś argumenty przeciwko takiej relacji miażdżą wszystko?
Bohaterami książki Macieja Jastrzębskiego, dziennikarza Polskiego Radia, jest przedziwna para kochających się dwojga młodych ludzi. Przedziwna, ponieważ z racjonalnego punktu widzenia miłość ich nie ma prawa bytu; ona jest Ukrainką pochodzącą z krymskiego Symferopola, on – Rosjaninem, a uczucie ich rozkwita w momencie konfliktu obu krajów, którego przedmiotem jest Krym właśnie. Para spotyka Jastrzębskiego w newralgicznym dla niej momencie, do którego doprowadziły zwroty akcji rodem z najmroczniejszego thrillera.
Zanurzamy się w opowieści, u podstaw której leży konflikt polityczny. To historia przesiąknięta gorzkimi łzami, ogromnym bólem i niepokojem wynikającym z wojennej zawieruchy. Między wersami przemawiają do nas jednak słowa ufności, ludzkie odruchy i serca przepełnione nadzieją na szczęśliwe zakończenie konfliktu. To przepiękny obraz sytuacji na Krymie widziany oczyma tych, w których uderzył on najmocniej – obywateli, którzy tracą najbliższych, ponoszą straty w majątku i zdrowiu.
Pozycja to obowiązkowa, gdy traci się wiarę w ludzi i w uczucia – bezinteresowne i bezkompromisowe – między nimi.
Bohaterami książki Macieja Jastrzębskiego, dziennikarza Polskiego Radia, jest przedziwna para kochających się dwojga młodych ludzi. Przedziwna, ponieważ z racjonalnego punktu widzenia miłość ich nie ma prawa bytu; ona jest Ukrainką pochodzącą z krymskiego Symferopola, on – Rosjaninem, a uczucie ich rozkwita w momencie konfliktu obu krajów, którego przedmiotem jest Krym właśnie. Para spotyka Jastrzębskiego w newralgicznym dla niej momencie, do którego doprowadziły zwroty akcji rodem z najmroczniejszego thrillera.
Zanurzamy się w opowieści, u podstaw której leży konflikt polityczny. To historia przesiąknięta gorzkimi łzami, ogromnym bólem i niepokojem wynikającym z wojennej zawieruchy. Między wersami przemawiają do nas jednak słowa ufności, ludzkie odruchy i serca przepełnione nadzieją na szczęśliwe zakończenie konfliktu. To przepiękny obraz sytuacji na Krymie widziany oczyma tych, w których uderzył on najmocniej – obywateli, którzy tracą najbliższych, ponoszą straty w majątku i zdrowiu.
Pozycja to obowiązkowa, gdy traci się wiarę w ludzi i w uczucia – bezinteresowne i bezkompromisowe – między nimi.
Dominika Makowska
