Recenzje
Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej
Fotografie Leona Barszczewskiego są cennym źródłem informacji Azji Centralnej, choć w ostatnim czasie trochę zapomniane. Pan Barszczewski to nie tylko fotograf, ale też badacz i podróżnik. W dzisiejszym Kazachstanie odnalazł bogate pokłady rud żelaza i złoża granitu. W górach Andak odkrył żyły złota, malachity, turkusy, rudy miedzi i żelaza.To także odkrywca starożytnego miasta Samarkandy, założył tam Muzeum Historyczne.
Uczestniczył w czterech ekspedycjach naukowych, ale najbardziej podobały mi się jego fotografie ukazujące ubiory i aktualnie panującą modę zamożnych członków społeczności Samarkandy. Ludzie ci ubrani w eleganckie czapy, uszyte z luksusowych tkanin jedwabnych, wyglądali w nich bardzo dostojnie. Książka ukazuje takie właśnie zdjęcia, zarówno kobiet jak i mężczyzn, tych bogatych i tych całkiem biednych, są też np. kobiety z zasłoniętymi twarzami. Barszczewski oprócz tego, że był fotografem i podróżnikiem, odkrywcą, był także oficerem Turkieństańskiego Batalionu Liniowego. Jako miłośnik przyrody marzył, aby odwiedzić odległe kresy Rosji.
We wszystko to włożył niemało sił, pracy oraz pieniędzy, a posiadał przecież żonę i pięcioro dzieci. Autor książki Igor Strojecki to zapalony pisarz o Leonie Barszczewskim. Napisał wiele artykułów, o słynnym fotografie, katalogów, a także jest autorem wystaw poświęconych swoim przodkom, bowiem Pan Leon był jego pradziadkiem. Jego motto brzmi: „Być może jeszcze nie narodził się ten, który kiedyś zapuka do twoich drzwi i o historię twojej rodziny poprosi”.
Spuścizna fotograficzna Leona Barszczewskiego jest dziś cennym dokumentem dla mieszkańców Azji Środkowej XIX wieku.
Fotograf uchwyciwszy na zdjęciach szczegóły, ukazujące typy ubiorów i ich zdobienia przybliżył dzisiejszemu czytelnikowi odległe w czasie i inne kulturowe społeczeństwa, które zachwycają wielu podróżników i badaczy.
Jeśli choć trochę jesteś zainteresowany Drogi Czytelniku, to zajrzyj do tej książki i poczytaj o ciekawej historii Leona Barszczewskiego i o losach jego rodziny.
Zachęcam do lektury.
Uczestniczył w czterech ekspedycjach naukowych, ale najbardziej podobały mi się jego fotografie ukazujące ubiory i aktualnie panującą modę zamożnych członków społeczności Samarkandy. Ludzie ci ubrani w eleganckie czapy, uszyte z luksusowych tkanin jedwabnych, wyglądali w nich bardzo dostojnie. Książka ukazuje takie właśnie zdjęcia, zarówno kobiet jak i mężczyzn, tych bogatych i tych całkiem biednych, są też np. kobiety z zasłoniętymi twarzami. Barszczewski oprócz tego, że był fotografem i podróżnikiem, odkrywcą, był także oficerem Turkieństańskiego Batalionu Liniowego. Jako miłośnik przyrody marzył, aby odwiedzić odległe kresy Rosji.
We wszystko to włożył niemało sił, pracy oraz pieniędzy, a posiadał przecież żonę i pięcioro dzieci. Autor książki Igor Strojecki to zapalony pisarz o Leonie Barszczewskim. Napisał wiele artykułów, o słynnym fotografie, katalogów, a także jest autorem wystaw poświęconych swoim przodkom, bowiem Pan Leon był jego pradziadkiem. Jego motto brzmi: „Być może jeszcze nie narodził się ten, który kiedyś zapuka do twoich drzwi i o historię twojej rodziny poprosi”.
Spuścizna fotograficzna Leona Barszczewskiego jest dziś cennym dokumentem dla mieszkańców Azji Środkowej XIX wieku.
Fotograf uchwyciwszy na zdjęciach szczegóły, ukazujące typy ubiorów i ich zdobienia przybliżył dzisiejszemu czytelnikowi odległe w czasie i inne kulturowe społeczeństwa, które zachwycają wielu podróżników i badaczy.
Jeśli choć trochę jesteś zainteresowany Drogi Czytelniku, to zajrzyj do tej książki i poczytaj o ciekawej historii Leona Barszczewskiego i o losach jego rodziny.
Zachęcam do lektury.
DobreRecenzje.pl Dorota; 2016-12-07
TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku
W egzotyczne światy wprowadza nas Wydawnictwo Bezdroża. Barokowy tytuł "Tuk Tuk Cinema, czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku" nadał swej relacji Robb Maciąg. W 2013 roku autor jechał do Nepalu, by pokazać dzieciom... kreskówki z Bolkiem i Lolkiem i przygody Reksia. Ta "bajkowa" wyprawa staje się zaczątkiem jednoosobowego kina objazdowego. Trasa operatora na skuterze - licząca 2,5 tys. km - wiedzie wzdłuż świętego Gangesu.
Dziennik Łódzki MAREK NIEDŹWIECKI; 2016-12-07
Zeszyt łobuza i jego kumpli
Ostatnio przeżywamy prawdziwy wysyp książek kreatywnych w księgarniach. Pierwszym wielkim bestsellerem była pozycja „Zniszcz ten dziennik” zagranicznej autorki Keri Smith. Cały fun tego rodzaju „książek” polega na ich interaktywności. Książkę nie tylko się czyta, ale również maluje, wycina i niszczy na 100 i 1 sposobów. Wszystko w imię podyktowanej przez autorów „kreatywności”. Ostatnio wydawnictwo Septem wydało własną serię kreatywnych książek, a tytuł ostatniej z nich brzmi „Zeszyt Łobuza i jego kumpli”.
Pozycja ta przeznaczona jest dla chłopców w wieku od 7–11. Autorzy jasno narzucili tematykę ich zainteresowań tworząc zadania krążące wokół gier komputerowych, „Gwiezdnych wojen”, „Władcy pierścieni”, potworów, robotów, wojska, piłki nożnej i chemicznych eksperymentów.
Książka podzielona jest na dwie części – jasną i ciemną stronę mocy co zaznaczone jest poprzez dwie okładki – białą i czarną. Jak z jednej strony zadania wymyślone przez autorów mają głównie uczyć, bawić, tak z drugiej strony ich podpowiedzi mogą zakończyć się zdemolowanym mieszkaniem, znikającym papierem toaletowym, skargami sąsiadów, bądź próbą oszustwa finansowego.
Cała pozycja jest dość zgrabną próbą oderwania dzieci od komputera i smartfonów. Zachęca chłopców do wspólnej zabawy poza wirtualnym światem proponując im grę w statki, wisielca, czy państwa i miasta. Oczywiście, jeśli zasady tak starych i chyba już niemodnych gier są im dobrze znane. Niestety niektóre polecenia autorów, nawet dla mnie, nie do końca są zrozumiałe. Sama nie wiem co właściwie miałabym zrobić, gdzie, co i po co wyciąć, poukładać i przykleić.
Bardzo fajnym pomysłem za to są wszelkie proponowane przez autorów eksperymenty chemiczne, które w szkole mają za zadanie przybliżyć dzieciakom niektóre zjawiska chemiczne. I tak chłopcy mogą wyhodować sobie rzeżuchę bądź pleśń w słoiku, zrobić wulkan z sody oczyszczonej lub fontannę z coca-coli.
Autorzy „Zeszytu Łobuza” mieli dość ambitny plan, aby edukować przez psoty. Jeśli jednak chłopiec i jego kolega roztopią skorupkę jajka w occie, czy będą właściwie wiedzieli co się stało? Czy zmusi ich to do zadania pytań? Szczerze wątpię. Najlepszym rozwiązaniem dla dziecka i dobra całej rodziny, a także mieszkania byłoby psocić z jednym z rodziców. Najlepiej oczywiście z tatą, któremu tak jak innym chłopcom bliżej jest do łobuza. Dzięki temu rodzic będzie mógł wyjaśnić sprzedawcy w sklepie, że próba zapłaty za gumy do żucia stworzonym z kartki papieru banknotem jest jedynie głupim żartem, szybko zareagować, gdy wulkan z sody oczyszczonej zacznie wymykać się spod kontroli oraz wytłumaczyć niektóre zjawiska, aby nauka z psot nie poszła w las.
„Zeszyt Łobuza i jego kumpli” jest odpowiedzią autorów na dwie poprzednie pozycje czyli „Dziennik przyjaciółek 1 i 2”, które działały na podobnych zasadach. W tym wypadku podział publikacji na płeć odbiorców nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Przecież nie każdy chłopiec musi interesować się wojskiem czy piłką nożną, a nie każda dziewczynka musi malować sobie paznokcie.
Z pewnością „Zeszyt Łobuza i jego kumpli” ma więcej walorów edukacyjnych, ale tym samym rozbudza mniej kreatywności przez jasno określone polecenia niż osławiony już „Zniszcz ten dziennik”, w którym chodziło tylko o zniszczenie książki. „Zeszyt…” jest próbą zorganizowania czasu dzieciaków poza wirtualnym światem oferowanym im przez komputery i tablety. Nie twierdzę że świat komputerów i gier komputerowych to zło wcielone, od którego należy za wszelką cenę odgradzać dzieciaki, ale każda próba pokazania im czegoś innego warta jest rozważenia.
Pozycja ta przeznaczona jest dla chłopców w wieku od 7–11. Autorzy jasno narzucili tematykę ich zainteresowań tworząc zadania krążące wokół gier komputerowych, „Gwiezdnych wojen”, „Władcy pierścieni”, potworów, robotów, wojska, piłki nożnej i chemicznych eksperymentów.
Książka podzielona jest na dwie części – jasną i ciemną stronę mocy co zaznaczone jest poprzez dwie okładki – białą i czarną. Jak z jednej strony zadania wymyślone przez autorów mają głównie uczyć, bawić, tak z drugiej strony ich podpowiedzi mogą zakończyć się zdemolowanym mieszkaniem, znikającym papierem toaletowym, skargami sąsiadów, bądź próbą oszustwa finansowego.
Cała pozycja jest dość zgrabną próbą oderwania dzieci od komputera i smartfonów. Zachęca chłopców do wspólnej zabawy poza wirtualnym światem proponując im grę w statki, wisielca, czy państwa i miasta. Oczywiście, jeśli zasady tak starych i chyba już niemodnych gier są im dobrze znane. Niestety niektóre polecenia autorów, nawet dla mnie, nie do końca są zrozumiałe. Sama nie wiem co właściwie miałabym zrobić, gdzie, co i po co wyciąć, poukładać i przykleić.
Bardzo fajnym pomysłem za to są wszelkie proponowane przez autorów eksperymenty chemiczne, które w szkole mają za zadanie przybliżyć dzieciakom niektóre zjawiska chemiczne. I tak chłopcy mogą wyhodować sobie rzeżuchę bądź pleśń w słoiku, zrobić wulkan z sody oczyszczonej lub fontannę z coca-coli.
Autorzy „Zeszytu Łobuza” mieli dość ambitny plan, aby edukować przez psoty. Jeśli jednak chłopiec i jego kolega roztopią skorupkę jajka w occie, czy będą właściwie wiedzieli co się stało? Czy zmusi ich to do zadania pytań? Szczerze wątpię. Najlepszym rozwiązaniem dla dziecka i dobra całej rodziny, a także mieszkania byłoby psocić z jednym z rodziców. Najlepiej oczywiście z tatą, któremu tak jak innym chłopcom bliżej jest do łobuza. Dzięki temu rodzic będzie mógł wyjaśnić sprzedawcy w sklepie, że próba zapłaty za gumy do żucia stworzonym z kartki papieru banknotem jest jedynie głupim żartem, szybko zareagować, gdy wulkan z sody oczyszczonej zacznie wymykać się spod kontroli oraz wytłumaczyć niektóre zjawiska, aby nauka z psot nie poszła w las.
„Zeszyt Łobuza i jego kumpli” jest odpowiedzią autorów na dwie poprzednie pozycje czyli „Dziennik przyjaciółek 1 i 2”, które działały na podobnych zasadach. W tym wypadku podział publikacji na płeć odbiorców nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Przecież nie każdy chłopiec musi interesować się wojskiem czy piłką nożną, a nie każda dziewczynka musi malować sobie paznokcie.
Z pewnością „Zeszyt Łobuza i jego kumpli” ma więcej walorów edukacyjnych, ale tym samym rozbudza mniej kreatywności przez jasno określone polecenia niż osławiony już „Zniszcz ten dziennik”, w którym chodziło tylko o zniszczenie książki. „Zeszyt…” jest próbą zorganizowania czasu dzieciaków poza wirtualnym światem oferowanym im przez komputery i tablety. Nie twierdzę że świat komputerów i gier komputerowych to zło wcielone, od którego należy za wszelką cenę odgradzać dzieciaki, ale każda próba pokazania im czegoś innego warta jest rozważenia.
wywrota.pl Anna Bugajna
Hard Beat. Taniec nad otchłanią
Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że wszystkie części serii Driven są od siebie zupełnie różne, ale wszystkie szalenie dobre i zaskakujące? Byłam pewna, że siódmym tomem autorka już mnie nie powali, nie porwie i niczym nowym nie zaimponuje. Oj myliłam się, myliłam...
Życie korespondenta wojennego Tannera Thomasa zmienia się bezpowrotnie, gdy podczas jednej z reporterskich wypraw ginie Stella - jego narzeczona, a jednocześnie fotografka, z którą współpracował przez ostatnie dziesięć lat. Targany bólem rzuca się w wir kolejnych niebezpieczeństw, by choć na chwilę zapomnieć o tej stracie. Pomaga mu w tym Beaux Croslyn, nowa partnerka zawodowa, dla której Tanner - z wzajemnością - traci głowę.
Nie chcę się powtarzać, nie chcę pisać tego co wcześniej. Autorce udało się zachować oryginalność, a mi na usta przychodzą jedynie te same słowa. Wow! Pani Bromberg udowodniła, że zna się na tym co robi. Po raz kolejny zaskoczyła mnie kreacją bohaterów, subtelnym i plastycznym językiem i zarysem całej fabuły. Dałabym sobie rękę ściąć, że tym razem autorka wróci do którejś historii, zbierze wszystkie opowieści w jeden worek lub ostatnim tomem, stworzy jedno, wspólne podsumowanie. Jakże miło się zaskoczyłam, kiedy okazało się, że wcale tak nie jest. Tym razem pisarka poruszyła trudny i uwielbiany przeze mnie temat. Wojna, strata bliskiej osoby i trud poradzenia sobie z pustką jaka pozostała. Każdy sięgając po Hard Beat będzie się spodziewał gorącego seksu i wielu scen łóżkowych. Oczywiście tak owe są, lecz odniosłam wrażenie, że są one dopełnieniem do całej historii.
Tanner spotyka na swojej drodze BJ. Możecie pomyśleć "ale chwila, przecież dopiero tak bardzo cierpiał po stracie Stelli". Tylko czy to źle, że człowiek próbuje sobie ułożyć życie na nowo? Zmniejszyć ból, jaki pozostał po ukochanej? W delikatny i bardzo subtelny sposób K. Bromberg pokazuje, jak na nowo zaufać drugiej osobie. Jak zaufać samemu sobie. Może fabuła jest dość przewidywalna, jednak napisana w piękny i uroczy sposób. Tak, że nie można się od niej oderwać. Czytelnik ma tylko ochotę na więcej i więcej. A kiedy widzisz ostatnią kropkę masz żal do autorki, że to już koniec.
Pisarka odchodzi fabułą od standardowego, szablonowego erotyku. Jej powieści bardziej przypominają bardzo dobre obyczajówki okraszone erotyzmem. Sceny aktów seksualnych są przedstawione po prostu idealnie. Bez zbędnych wulgaryzmów i nieodpowiedniego języka. Czuć bijącą z nich namiętność. Uważam, że wielu autorów powinno brać z niej przykład. Trochę słabiej wypadają dialogi pomiędzy bohaterami, jednak na tle rewelacyjnych opisów czyta się je bez problemu.
W każdej książce K. Bromberg, jaką miałam do tej pory okazję poznać są ogromne emocje. Autorka umiejętnie buduje napięcie. Akcje jej powieści toczą się dobrym tempem. Poruszane tematy nie są łatwe, jednak każdy zaprezentowany jest w sposób niebanalny. Tak, że po prostu chce się czytać. Pozostać w świecie intrygujących bohaterów na dłużej. Mam nadzieję, że jeszcze wiele ciekawych lektur, wychodzących spod pióra autorki przede mną. Z całą pewnością poznam pierwsze tomy serii Driven, które ominęłam, co nie wpłynęło na bezproblemowe wbicie się w temat. Dodatkowo chciałabym zaznaczyć, że choć całość tworzy jeden wspólny cykl, to każdą historię można poznać w dowolnej kolejności.
Hard Beat. Taniec nad otchłanią to emocjonująca, delikatna i subtelna opowieść o wielkiej miłości, wojnie, stracie bliskiej osoby i pustce, jaka po niej pozostaje oraz o zaufaniu, dążeniu do szczęścia i pogodzenia się z własnym losem. Hard Beat to wspaniała powieść okraszona namiętną nutką erotyzmu, którą każdy będzie miał ochotę skosztować. Gorąco polecam.
http://krainaksiazkazwana.blogspot.com/ Daria Skiba; 2016-10-22
Włochy południowe. Śródziemnomorskie dolce vita. Wydanie 2
NiewieIka wyspa leżąca w Zatoce Neapolitańskiej owiana jest sławą historyczną, budzi podziw naturalną urodą i jest legendą snobów. Cieszy się popularnością i jest nieustannie modna. Kto chce obalić ten lukrowany stereotyp, może udać się tam promem z Neapolu i przekonać się osobiście, że sława i piękno Capri są rzeczywiste. To jeden z najpiękniejszych zakątków ziemi.
Położona w dogodnym miejscu zamieszkana była już w czasach prehistorycznych; bywała faktorią handlową, twierdzą i kurortem cezarów. August uczynił z niej wyłączną posiadłość rzymskich władców. Tu przypłynął Tyberiusz, by w pięknych okolicznościach przyrody dokonać żywota. Dziś tradycję tę podtrzymują luksusowe hotele dla ludzi naprawdę majętnych, prywatne rezydencje gwiazd i dyskretne domostwa mafiosów.
Zaglądało na Capri wielu słynnych Polaków. Wypoczywali tu i pisali: Konopnicka, Przerwa-Tetmajer, Słonimski, Żeromski, Staff, Parandow-ski. Bywali muzycy i malarze. Służyły miejscowym polskie siostry elżbietanki.
Głównymi miejscowościami wyspy są Anacapri i Capri. Znajdziemy tu również tylko dwa nabrzeża - Marina Piccola i Marina Grande, do której zawijają promy. Śladem starej tradycji jest klasztor kartuzów Certosa di San Giacomo, otoczony fortyfikacjami strzegącymi klasztoru i wyspy przed piratami. Są też ślady historii starsze, jak Villa Jovis, antyczna rezydencja Tyberiusza, gdzie zaczyna się ścieżka do urwiska, z którego cezar osobiście miał zrzucać do morza swoich nieprzyjaciół. Cudem natury są kapryjskie ogrody, na przykład Ogrody Augusta, ale najwięcej turystów zagląda do Grotta Azurra. To wyjątkowej urody nadmorska grota, nazwana tak od lazurowego koloru, jakiego nabierają skały i woda. Warto posiedzieć na piazza w miasteczku, które nabiera niezwykłej, malarskiej atmosfery szczególnie wieczorami, gdy z wyspy odpłyną ostatnie promy.
Położona w dogodnym miejscu zamieszkana była już w czasach prehistorycznych; bywała faktorią handlową, twierdzą i kurortem cezarów. August uczynił z niej wyłączną posiadłość rzymskich władców. Tu przypłynął Tyberiusz, by w pięknych okolicznościach przyrody dokonać żywota. Dziś tradycję tę podtrzymują luksusowe hotele dla ludzi naprawdę majętnych, prywatne rezydencje gwiazd i dyskretne domostwa mafiosów.
Zaglądało na Capri wielu słynnych Polaków. Wypoczywali tu i pisali: Konopnicka, Przerwa-Tetmajer, Słonimski, Żeromski, Staff, Parandow-ski. Bywali muzycy i malarze. Służyły miejscowym polskie siostry elżbietanki.
Głównymi miejscowościami wyspy są Anacapri i Capri. Znajdziemy tu również tylko dwa nabrzeża - Marina Piccola i Marina Grande, do której zawijają promy. Śladem starej tradycji jest klasztor kartuzów Certosa di San Giacomo, otoczony fortyfikacjami strzegącymi klasztoru i wyspy przed piratami. Są też ślady historii starsze, jak Villa Jovis, antyczna rezydencja Tyberiusza, gdzie zaczyna się ścieżka do urwiska, z którego cezar osobiście miał zrzucać do morza swoich nieprzyjaciół. Cudem natury są kapryjskie ogrody, na przykład Ogrody Augusta, ale najwięcej turystów zagląda do Grotta Azurra. To wyjątkowej urody nadmorska grota, nazwana tak od lazurowego koloru, jakiego nabierają skały i woda. Warto posiedzieć na piazza w miasteczku, które nabiera niezwykłej, malarskiej atmosfery szczególnie wieczorami, gdy z wyspy odpłyną ostatnie promy.
ANGORA; Polsat News Ł. Azik; 2016-12-04
