Kontrast:
ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »
APLIKACJA MOBILNANEW

Piekło - niebo. Zrozumieć Koreę

Rafał Tomański opisuje dwanaście miesięcy z życia mieszkańców Półwyspu Koreańskiego – ich sukcesy, troski, niepokoje i nadzieje. Niniejsza książka jest zbiorem tekstów powstałych między czerwcem 2015 a czerwcem 2016 roku, zapisem wydarzeń, jakie miały miejsce po obu stronach 38. równoleżnika, wzdłuż którego biegnie granica oddzielająca Koreę Północną od Południowej – dwa sztucznie utworzone kraje, które pomimo wspólnej historii dzieli prawie wszystko. Trzeba jednak zaznaczyć, że tytułowe piekło nie odnosi się tylko do komunistycznego reżimu Kim Dzong Una na Północy, a niebo nie jest jedynie określeniem dynamicznie rozwijającego się Południa. Korea pokazana jest jako całość, w której można zaznać nieba i piekła równocześnie, gdzie rzeczywistość mieści w sobie wiele sprzeczności z naczelnym absurdem tego systemu na czele – pasem ziemi niczyjej przecinającym półwysep wszerz, oficjalnie nazywanym Koreańską Strefą Zdemilitaryzowaną, a faktycznie będącym jednym z najsilniej uzbrojonych terenów świata – tyle na temat książki, o której chcę opowiedzieć, dowiadujemy się od wydawcy. Jakie jest moje zdanie na jej temat?
 
Mam wrażenie, że autor kompletnie nie przemyślał tego, co chce napisać. Dlaczego? W publikacji panuje totalny chaos. Nie ma jakiegokolwiek porządku, wiele informacji się powtarza. To strasznie irytujące. Chciałam dowiedzieć się z lektury czegoś nowego, a nie czytać po raz kolejny to samo.
 
Korea mnie fascynuje, wciąż niewiele wiem na jej temat, ale nie czuję, żebym po przeczytaniu tej książki w jakiś sposób uzupełniła swoje informacje. W sumie o tym, co napisał autor, już wiedziałam. Czuję się z tego powodu nieco rozczarowana.
 
Tytuł książki może nieco wyprowadzić czytelnika w pole. Nie wiadomo na dobrą sprawę, która Korea jest niebem, a która piekłem. Fakt, o Północnej krążą legendy. Jej przywódcy nie muszą korzystać z toalety i w wieku 4 lat potrafią prowadzić samochód (swoją drogą dzieci muszą mieć tam długie nogi). Ludziom nie żyje się tam dobrze, są karmieni kłamstwami i właściwie nie bardzo mogą decydować o swoim życiu. Myślicie, że mieszkańcy Korei Południowej mają lepiej? Muszę was rozczarować. Wcale tak nie jest. Niedługo mieszkańcy tego kraju będą mogli prześcignąć Japonię w wyścigu o zajęcie pierwszego miejsca w niechlubnym plebiscycie na państwo, w którym jest największy odsetek samobójstw. Mało tego, panuje tam taki pracoholizm, że organizuje się symboliczne pogrzeby pracowników, byleby tylko ci mogli nieco odpocząć. Przeraziło mnie to. Oby u nas nigdy do czegoś podobnego nie doszło.
 
Plusem publikacji są na pewno fotografie, które nadają publikacji klimatu. Bez nich byłaby ona nijaka. Autor umożliwił czytelnikom za ich pomocą odwiedzenie Korei Północnej, miejsca, do którego normalnie raczej nie mogliby się dostać.
 
Reasumując, nadal nie umiem określić, w jaki sposób oceniam tę publikację. Nieco przeszkadzał mi chaos. Lepiej wyszłoby, gdyby Rafał Tomański przekazał nam wiedzę na temat Korei w bardziej uporządkowany temat. Wtedy łatwiej byłoby zapamiętać fakty. Z drugiej strony jednak książka jest ciekawa. Niewielu autorów publikacji o Korei ma dostęp do takich informacji, do jakich miał Rafał Tomański. Nie uważam, że to zła książka. Czy ją polecam? Chyba nie podpisałabym się pod rekomendacją. Nie namawiam nikogo, ani nikomu nie odradzam lektury. Będę pod tym względem mało pomocna, ale musicie sami zadecydować, czy chcecie zapoznać się z tą publikacją.
Sztukater.pl Pani M

Końca świata nie było

Nie wiem, czy pamiętacie akcję z końcem świata, który według kalendarza Majów miał nastąpić 21 grudnia 2012 roku. Ja nawet pamiętam, co wtedy robiłam. Odwoziłam chomika do koleżanki, która miała się nim zająć, gdy wyjeżdżałam na święta do rodziców. Żartowałam, że najwyżej zginę z transporterem w ręce. Końca świata jednak nie uświadczyłam. Dlaczego jednak o nim wspominam, skoro data ważności już minęła?
 
Anita Demianowicz chciała zmienić coś w swoim życiu. Po pięciu latach pracy w korporacji postanowiła rzucić robotę i wyrwać się z rutyny. Kupiła więc bilet, spakowała plecak, zostawiła w domu męża i wyjechała na pięć miesięcy do Ameryki Środkowej. Odwiedziła w tym czasie Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Aby naprawdę dobrze poznać kraje, w których się znalazła, uczyła się języka hiszpańskiego i mieszkała u gościnnych rodzin. Z nimi spędziła Wielkanoc i Boże Narodzenie, uczestniczyła też w barwnych i hucznych procesjach. Podróżowała głównie tzw. chicken busami. Zakochała się w wulkanach i wspięła niemal na każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą przemierzała z blisko siedemdziesięcioletnim przewodnikiem, tropiła czarną pumę. W dawnej stolicy państwa Majów brała udział w uroczystościach związanych z końcem kalendarza Majów.
 
Wyjazd do Ameryki Środkowej stał się dla autorki początkiem wielkiej podróżniczej przygody autorki. na tym wyjeździe się nie skończyło. Urzekło mnie podejście jej męża do całej sytuacji. Bożydar nie miał nic przeciwko temu, by żona zostawiła go samego na parę miesięcy. Odwiózł ją na lotnisko, pomógł przygotować się do podróży, a po jej powrocie wyszukał dla niej kolejny tani bilet.
 
Autorka to prawdziwa baba z jajami. Jak ja jej zazdroszczę uwagi i samozaparcia. By zrozumieć mieszkańców, uczyła się języka hiszpańskiego. Po wyjeździe nie nocowała w hotelach, lecz u miejscowych rodzin. Opowieść kobiety jest pełna pasji. Wraz z nią przeżywałam jej wyjazd za granicę. Anita Demianowicz urzekła mnie swoją szczerością. Nie udawała chojraka. Przyznała się, że odczuwała strach. Wyjechała w nieznane i w sumie nie wiedziała, co ją czeka. Nie zawsze było jej łatwo, lecz nie załamywała rąk, tylko robiła wszystko, by pokonać trudności. Końca świata nie było czyta się jednym tchem. To naprawdę niezwykła opowieść i z wielką chęcią przeczytałabym kolejną książkę autorki, o ile tylko powstanie.
 
Wiecie, co podoba mi się najbardziej w książkach podróżniczych? Zdjęcia. To dzięki nim przenoszę się wraz z autorami w dalekie strony, których sama pewnie nigdy nie odwiedzę. Póki co mnie na to nie stać. Zdjęcia w Końca świata nie było robią wrażenie. Są niezwykłe, tętnią życiem. Trzeba mieć dobre oko, by zrobić takie fotki. Ogromny szacuj.
 
Sama chciałabym ruszyć w taką podróż w nieznane, lecz chwilowo brakuje mi na to funduszy i odwagi. Nie umiałabym porzucić swojego życia i tak po prostu wyjechać. Jednak zbyt wiele rzeczy trzyma mnie w Polsce. Dzięki Anicie Demianowicz przeniosłam się do zupełnie innego świata. Poznałam kulturę, o której w sumie niewiele wiedziałam.
 
To jedna z lepszych książek podróżniczych, jakie miałam okazję w tym roku czytać. Jeśli szukacie dobrej relacji z podróży, której prędko nie zapomnicie, polecam wam Końca świata nie było. Nie powinniście czuć się rozczarowani. Anita Demianowicz w niezwykły sposób opowiada o tym, co przeżyła.
Sztukater.pl Pani M

Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej

Aleksander Czekanowski, Jan Czerski, Benedykt Dybowski, Karol Bohdanowicz, Wiktor Godlewski, Bronisław Grąbczewski – to chyba najbardziej znani Polacy, badacze w XIX w. Syberii, Azji Środkowej i innych regionów azjatyckiej części Imperium Rosyjskiego. Było ich, oczywiście, wielu więcej. Zesłańców po powstaniach Listopadowym i Styczniowym, oficerów carskiej armii, rzadziej tych, którzy dobrowolnie wyjechali tam do pracy. Należał do nich również, trochę zapomniany w minionym stuleciu, chociaż ma obszerną notę m.in. w Wikipedii, Leon Barszczewski (1849-1910). Rosyjski oficer, Polak i katolik, który dosłużył się stopnia podpułkownika. Badacz i fotograf, na potrzeby wojska, najpierw terenów i dróg prowadzących z ówczesnego Turkiestanu, przez Afganistan, w kierunku Indii. A następnie, również w cywilnych celach poznawczych, wielu obszarów Azji Środkowej, zwłaszcza gór i lodowców. Jako topograf, geolog, etnograf, przyrodnik – w każdej z tych dziedzin formalnie amator, ale ze znakomitymi rezultatami. Potwierdzonymi członkostwem lub przynajmniej uznaniem towarzystw naukowych. Złotymi medalami uzyskanymi na wystawach fotograficznych w Paryżu i Warszawie. Nazwanie jego imieniem jednego z lodowców w Górach Hisarskich oraz jednej z odkrytych przez niego roślin itp.
 
A obecnie w „Bezdrożach” ukazała się poświęcona mu obszerna i bogato ilustrowana jego zdjęciami książka napisana, po 30 latach badań i zbierania materiałów, przez jego prawnuka. Książka, podkreślę to od razu, szalenie ciekawa. Przybliżająca współczesnemu czytelnikowi nadal mało, lub praktycznie nieznane miejsca. Miejscowości często już nieistniejące. Poza, oczywiście, dużymi miastami, jak Buchara, Samarkanda, Szachrisabs czy Taszkient oraz kilkoma w innych regionach dawnej Rosji. I ich stan oraz życie, zwyczaje itp. ludzi żyjących tam w końcu XIX i na przełomie XX wieku.

Dla mnie książka ta okazała się tym bardziej interesująca, że pół wieku temu odbyłem w tamtych stronach podróż dziennikarską częściowo śladami jednego z największych europejskich reporterów pierwszych trzech dekad XX wieku, Egona Erwina Kischa i jego książki „Asien gründlich verëndert” – „Azja odmieniona”. Poznając także niektóre miejscowości i miejsca, w których żył, lub po których podróżował Leon Barszczewski. I utrwalając ich zmieniony obraz w kilka dziesięcioleci później.

Książka o nim i jego dokonaniach, którą omawiam, składa się z 31 rozdziałów, wstępu i suplementu. Opisuje życie, podróże i badania Leona Barszczewskiego w jego porządku chronologicznym. Z niezliczonymi, szalenie ciekawymi historiami i momentami. Oparta została ona na źródłach. Na ile okazało się to możliwe, gdyż spuścizna, w tym własne relacje tego podróżnika, uległa rozproszeniu oraz częściowemu zniszczeniu w trakcie pierwszej, a zwłaszcza w Warszawie drugiej – i tuż po niej – wojen światowych.

Z jego oryginalnych relacji z podróży i innych tekstów, w języku polskim zachował się większy chyba tylko jeden. Będąc Polakiem i katolikiem, co nie ułatwiało mu kariery w carskiej armii, z żoną i dziećmi rozmawiał po polsku. Ale już z dobrym pisaniem w ojczystym języku miał problemy, co sam przyznawał. Sporo o nim pisali natomiast inni, co autor książki pieczołowicie wykorzystał. Przede wszystkim oparł się jednak na wspomnieniach jego córki, Jadwigi Barszczewskiej – Michałowskiej spisanych pod koniec jej życia.

Co ma swoje plusy, gdyż zawierają one mnóstwo szczegółów także z życia rodzinnego porucznika, później kapitana, w Samarkandzie i innych miejscowościach Azji Środkowej. Równocześnie jednak nie brak w nich historii nieprawdopodobnych, wręcz fantastycznych. Ojciec miał bowiem zwyczaj po powrocie, z niekiedy wielomiesięcznych wypraw, opowiadać o nich, wówczas kilkuletnim dzieciom. W sposób jednak, o czym pisze autor książki, możliwy do zrozumienia przez nie.

Z uproszczeniami, ciekawostkami, ubarwieniami. Wspomnienia córki spisywane po wielu latach mogły więc utrwalić wiele faktów tak, jak je odbierała jako mała dziewczynka. A równocześnie „wygładzać” i idealizować postać oraz osiągnięcia ojca. Nie trudno zwrócić uwagę na takie, mało realne sceny i wydarzenia. Sam autor książki zresztą w kilku przypadkach wyraża wątpliwości, czy mogły one wydarzyć się w rzeczywistości. Nie zawsze chyba jednak dostrzegł niektóre wewnętrzne sprzeczności.

W dziesiątkach miejsc relacji i opisie sytuacji znajdujących się w tej książce, podkreślany jest serdeczny i przyjacielski stosunek Leona Barszczewskiego do tubylców o różnym pochodzeniu etnicznym, kulturze, językach i narzeczach w których mówili. O łatwości z jaką nawiązywał z nimi kontakt – także dzięki poznaniu z czasem kilku miejscowych języków. Oraz uznania, a także przyjaźni – padają nawet słowa o jego uwielbieniu, z jakimi spotykał się z ich strony.

M.in. dzięki leczeniu – chociaż nie był przecież lekarzem – chorych np. na febrę, czy opatrywaniu rannych. I przytaczane fakty jego znakomitych stosunków z miejscową ludnością, podkreślane przez innych europejskich – bo byli wśród nich nie tylko Rosjanie, ale m.in. Francuzi – uczestników wypraw badawczych, w których Leon Barszczewski uczestniczył, lub nimi kierował. Równocześnie jednak w wielu cytowanych jego wypowiedziach aż się roi o „półdzikich ludziach”, czy wręcz narodach, z którymi styka się.

Czy wyrażanych opinii o nich: „jacy oni są dwulicowi, interesowni, w przypadku trudnej sytuacji gotowi zdradzić cię, aby ratować własną skórę…”. Tych sprzeczności autor albo nie zauważa, albo przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Nie brak też informacji co najmniej mało prawdopodobnych, zawartych we wspomnieniach córki oficera – podróżnika, poza tymi, co do których wątpliwości ma sam autor, również innych, nie zauważonych przez niego.

Np. w relacji z kilkutygodniowej rodzinnej podróży m.in. na wielbłądach przez pustynię do Aszchabadu, przeczytać można, że 9-letnia wówczas Jadzia, późniejsza autorka wspomnień, nie tylko świetnie jeździła konno, ale i posługiwała się bronią palną. Zaś jej ojciec władał, (oprócz rosyjskiego, polskiego, francuskiego i niemieckiego), także kilkoma językami egzotycznymi: turkmeńskim, sartowskim, tadżyckim, uzbeckim i… arabskim.

Co do pierwszych czterech, jest to bardzo prawdopodobne, chociaż w opisach konkretnych sytuacji podkreślane jest, iż w rozmowach z tubylcami, korzystał z pomocy zaufanego tłumacza. Ale skąd w tym zestawie wziął się arabski? Przecież w Azji Środkowej nie był on, i nadal nie jest używany. Może poza Koranem, ale recytowanym głównie na pamięć, często bez rozumienia treści Świętej Księgi. A rzekomo po arabsku mieli do niego zwracać się… gruzińscy powstańcy w górach Kaukazu.

Być może w uszach dziewczynki gruziński brzmiał tak samo niezrozumiale jak arabski? Tego rodzaju wątpliwych, czy raczej niewątpliwie wymyślonych, lub źle zapamiętanych, zwłaszcza przez główną autorkę wspomnień, opisów i informacji jest w książce więcej. Dotyczą one również nieścisłości w niektórych odsyłaczach. Przeważnie dosyć dokładnie wyjaśniających, kim był wspominany człowiek, gdzie znajduje się oraz jaką jest miejscowość, rzeka lub inny obiekt na opisywanej trasie podróży. W paru jednak, i to ważnych przypadkach, zaskakujących zwłaszcza niedopowiedzeniami.

Tak np. w odsyłaczu do Tamerlana (Timura Chromego), jest tylko informacja o jego zasługach, także dla sztuki i nauki oraz o zdobyczach. Ale ani słowa o tym, że był on jednym z najkrwawszych władców w dziejach. Do Lhasy, że to „miasto na Wyżynie Tybetańskiej, obecnie w południowo – zachodnich Chinach…”, z pominięciem tak ważnego faktu, że jest ono przede wszystkim stolicą Tybetu. Fatalne są również – ale to już wina wydawcy – opisy, szczególnie całostronicowych zdjęć.

Maleńkimi czcionkami, wzdłuż grzbietowej krawędzi. Trudne nie tylko do przeczytania, ale i ich otwarcia. Są to jednak w sumie drobne mankamenty. Natomiast opisy życia, wypraw, spotkań z tubylcami i innymi badaczami oraz osiągnięć jej bohatera, bardzo ciekawe. Zapowiada je zresztą autor w swoim wstępie pisząc:

„Losy, podróże i przygody Leona Barszczewskiego dziś mogą wydać się zupełnie nierealne. Bo też świata, który obserwował i dokumentował, już nie ma – został na zawsze utracony. Jego ślad trwa jedynie na niezwykłych fotografiach i szklanych negatywach. Podróżnik jawi się współczesnym jako tajemniczy pionier przemierzający nieznane lądy, bohater wyjęty z na poły fantastycznych powieści. Barszczewski bez wątpienia był pionierem – to on był zapewne pierwszym Europejczykiem, jakiego ujrzeli mieszkańcy niejednej wioski leżącej wśród azjatyckich szczytów i lodowców.

Ten obcy tiura z dalekiego kraju szybko zyskiwał ich zaufanie i sympatię dzięki swej otwartości, szczerości i szacunkowi, jakim darzył spotykanych ludzi. Nie bez znaczenia był fakt, że poznał lokalne języki i ich narzecza. Znajomość różnych rzemiosł i sztuki leczenia, posiadane środki medyczne, choć bardzo podstawowe (jak chinina), i zwyczajne „nadprzyrodzone zdolności”, a czasem nawet umiejętności kuglarskie powodowały, że w oczach tubylców stawał się kimś dysponującym niemal cudowną mocą…”.

Przytoczone wyżej przykłady i wątpliwości trochę zaciemniają ten jasny obraz. Ale z ogromnym zainteresowaniem i uwagą czytałem kolejne rozdziały opowieści o życiu oraz działalności tego oficera, podróżnika i badacza. Nawet, jeżeli czasami zżymałem się trochę na mało prawdopodobne, czy wręcz niemożliwe sceny, sytuacje bądź fakty, przedstawiane przez autora. Chyba nie zawsze z dostateczną dawką krytycyzmu w stosunku do źródeł, z których korzystał. Zwłaszcza dziecięcych wspomnień córki podróżnika.

Na szczęście również i innych źródeł. Wynagradzało mi to jednak mnóstwo fascynujących opowieści i relacji oraz ilustrujących wiele z nich zdjęć sprzed ponad wieku. Od opisów i informacji w jakie sposób Leon Barszczewski trafił na ponad 20-letnią służbę w tamten region Imperium Rosyjskiego. Poprzez relację z pierwszej i wielu następnych wypraw. Także wywiadowczych, do których trzeba zaliczyć m.in. badanie przez niego dróg do Afganistanu opisane w postaci częściowego przedruku jego tajnego raportu wojskowego. Czy o „przyjaciołach domu” w Samarkandzie: psie Aracie i wężu Zydze.

Nawet fantazje Jadzi o uzdrowieniu przez Leona Barszczewskiego „królowej gór i lodowców”. O oswobodzeniu przez niego przetrzymywanych w nieludzkich warunkach więźniów. A następnie, prawdopodobnie za to, podstępne uwięzienie carskiego oficera i niemal cudowne jego ocalenie. Przykłady można mnożyć. Zatrzymam się na chwilę przy opisie odkrycia przez niego na wzgórzu Afrasiab, wówczas w pobliżu Samarkandy, obecnie w tym mieście, niedaleko zresztą jego najsłynniejszego zabytku – zespołu Registanu, ruin i skarbów jej poprzedniczki, starożytnej Marakandy.

Mam bowiem podstawy, aby zakwestionować podawane jako bezsporny fakt, odkrycie tego miejsca właśnie przez niego. Podczas mojego pierwszego tam pobytu pół wieku temu, trafiłem bowiem na to wzgórze gruntownie badane wówczas przez ekspedycję archeologiczną Uzbeckiej Akademii Nauk. Miałem zresztą wówczas sporo szczęścia, gdyż w mojej obecności odkopano gliniany garnek ze skarbem srebrnych monet sogdyjskich z IX w. n.e. Ekspedycją tą kierował, trochę na odległość, gdyż z Taszkientu przyjeżdżał tylko raz na kilka tygodni, wybitny badacz i odkrywca starożytnych osad w Azji Centralnej, prof. Szyszkin.

Na miejscu zaś jego zastępca, Michaił Fiodorow. Jak mi się przedstawił, gdy dowiedział się kim jestem, prawnuk Aleksandra Koczanowskiego, polskiego zesłańca po powstaniu 1863 r. Opowiedział mi wówczas o największym odkryciu w trakcie prac w 1966 r.: przed islamskich fresków z VII w. n.e. A także o prowadzonych na tym wzgórzu wcześniej pracach wykopaliskowych. Po raz pierwszy w 1874 r., a więc 11 lat wcześniej, niż rzekomo odkrył je Leon Barszczewski.

Odkopano wówczas ślady cytadeli z okresu przed najazdem (329 r. p.n.e.) wojsk Aleksandra Macedońskiego. Następnie niewielkie wykopaliska prowadzono w latach 1885 – mogły to być wykopki polskiego badacza, chociaż nie wymienił jego nazwiska – oraz w roku 1904. A kolejne, już systematyczne, prace badawcze w latach 1905-1931. Prof. Szyszkin nie przepadał podobno za dziennikarzami, był też zresztą chyba trochę zmęczony, gdyż był to wrzesień – okres zbioru bawełny, gdy w mieście niewiele spraw można było załatwić.

Kto mógł, nawet jak nie chciał, musiał jechać pomagać kołchoźnikom i sowchoźnikom w jej zbiorach. Gdy więc zadzwoniłem do niego do hotelu „Registan” – mieszkałem w innym, „Samarkand” sieci Intourist, znacznie lepszym, bo pozwalała mi na to śmieszna na ówczesne polskie warunki cena – początkowo nie godził się na spotkanie i rozmowę ze mną. Ale na wiadomość, że jestem polskim dziennikarzem, przystał na „15-minutową wizytę”. I… przegadaliśmy w jego nad wyraz skromnym hotelowym pokoju ponad 5 godzin.

Po czym obdarowany zostałem publikacjami profesora z jego dedykacjami. On też mówił mi, że Afrasiab był już wcześniej częściowo badany w ciągu niemal stu lat, m.in. przez ekspedycję francuską jeszcze w czasach carskich. O tym, że wśród badaczy tego miejsca był również Polak, nie było jednak mowy. Być może nawet o tym nie wiedział, lub nie kojarzył rosyjskiego oficera z polskością. Trudno również wykluczyć, że do tego stopnia zapomniano o badaniach Leona Barszczewskiego na wzgórzu Afrasjab, albo nie uznawano ich za istotne.

Ja o nich dowiedziałem się dopiero z tej książki. A przecież część odkopanych wówczas przez niego starożytnych skarbów trafiła, sprzedana Francuzom przez odkrywcę, nawet do paryskiego Museé National des Arts Asiatiques Guimet. O tym też można przeczytać w niej. Pamiętam, że mój reportaż „Tajemnice Wzgórza Afrasjab” opublikowany w cyklu relacji z Uzbekistanu, spotkał się z dużym zainteresowaniem czytelników. Gdy po raz kolejny byłem w Samarkandzie kilka lat temu, zastałem miejsce wykopalisk nakryte budynkiem muzeum. Zaś w jego ekspozycji wiele odkrytych na wzgórzu skarbów.

M.in. chyba tych samych monet sogdyjskich, które widziałem zaraz po ich odkopaniu w 1966 r. Teraz, w trakcie lektury książki o polskim badaczu, z dużą ciekawością oglądałem zamieszczone w niej stare fotografie zabytkowych budowli Azji Środkowej. Miałem bowiem okazję nie tylko obejrzeć wiele z nich w ich obecnym stanie. Ale również sfotografować je, już w kolorze. Nie wiedząc, że robię to nierzadko z tego samego miejsca lub perspektywy, co fotograf przed ponad wiekiem.

Ale wróćmy do tekstu tej książki. Część zawartych w niej opisów i relacji powstała także na podstawie napisanych przez innych. M.in. bardzo obszernej relacji „Uroczystości weselne w Bucharze Wschodniej” (w książce zajmuje ona prawie 35 stron), napisanej przez Witolda Barszczewskiego (1867-1926), stryjecznego brata Leona i ojca znakomitej aktorki Elżbiety Barszczewskiej, na podstawie notatek oraz opowiadań podróżnika. I opublikowanej w 1902 r. w piśmie „Naokoło Świata”.

Podobnie wykorzystana została, jako częściowy przedruk korespondencji polskiego podróżnika z prof. Władimirem Lipskim, z którym odbył on jedną z wypraw badawczych oraz dziennik Leona Barszczewskiego z tej wyprawy, które stały się podstawą jej opisu. Takie, niezwykle interesujące historie – a przytaczam tylko niewielką ich część, dominują w tej książce. Naprawdę wartej przeczytania. Nie tylko dlatego, że przywraca z zapomnienia postać wybitnego polskiego podróżnika i badacza Azji Środkowej. Ale przede wszystkim dotyczy przeszłości ciągle mało znanego u nas, chociaż zasługuje on na to, regionu świata.
GLOBTROTER INFO CEZARY RUDZIŃSKI; 2016-12-08

Mój dziennik podróży

Wakacje trwają w najlepsze. Wiele osób wypoczywa na wczasach, niektórzy, tak jak ja, wciąż czekają na urlop. Pozwólcie, że krótko opowiem Wam dzisiaj o książeczce, którą powinni zabrać w podróż nasi milusińscy. O czym mowa?
"Mój dziennik podróży" – to twoja księga wspomnień z wyprawy. Zabierz go w podróż, zapisuj swoje przygody, wklejaj pamiątki zbierane po drodze, rysuj! To książka interaktywna! Ściągnij z internetu "Podróżnicze wycinanki" o mieście, regionie lub kraju twojej wyprawy. Wycinaj, baw się i poznawaj! Wypełniony dziennik stanie się twoim własnym pamiętnikiem-przewodnikiem. Dzięki temu twoje podróże będą niezapomniane! Publikacja powstała z myślą o dzieciach w wieku 5-10 lat oraz rodzicach, którzy chcieliby dziecku przekazać ciekawe informacje o odwiedzanym miejscu.
"Mój dziennik podróży" jest uniwersalny, można zabrać go ze sobą zarówno na zimowe i letnie wakacje, jak i kilkudniowy wyjazd za miasto. Sprawdzi się podczas wycieczek po Polsce i w trakcie zagranicznych wojaży. Uzupełnieniem publikacji są "Podróżnicze wycinanki", które w formie pliku pdf są dostępne na stronie wydawcy.
Nie posiadam jeszcze własnych dzieci, dlatego moja wersja dziennika podróży pojechała do Zakopanego z panienką H., poważnym przedszkolakiem, który żadnych przygód się nie boi. Z tego, co wiem od jej rodziców, mała wyżywa się artystycznie na książeczce codziennie i ma z tego niezłą frajdę. Owoców pracy panienki H. jeszcze nie widziałam, zobaczę je w przyszłym tygodniu. Mam nadzieję, że młoda czymś mnie zaskoczy.
Ta książeczka to nie jest duży wydatek, kosztuje około 10 złotych i myślę, że rodzice spokojnie mogą wyposażyć się w nią, gdy będą jechać z dziećmi na wakacje. Jej uzupełnianie nie wymaga zbyt wiele wysiłku, a stanowi frajdę. Za jakiś czas będzie fajną pamiątką z podróży. Sama chciałabym taką mieć ze swojego dzieciństwa, by móc powspominać gdzie byłam.
Drodzy rodzice, jeśli wybieracie się ze swoimi pociechami na wczasy, rozejrzyjcie się proszę za tą książeczką, naprawdę warto w nią zainwestować. Mam nadzieję, że sprawi waszym dzieciom frajdę.
Sztukater.pl Pani M

Mój dziennik podróży

Podróże są wspaniałą przygodą. Podróże kształcą, poszerzają horyzonty, rozwijają, w końcu pozostawiają po sobie niezatarte wspomnienia. Powinniśmy być wdzięczni, że żyjemy w obecnych czasach, kiedy podróże stały się czymś dość powszednim. Nie wymagają już nadzwyczajnych środków, nie są czymś zarezerwowanym dla wybrańców. W XXI wieku podróżnikami stają się nie tylko ludzie dorośli. Podróżnikami są już maleńkie dzieci, które wraz ze swymi opiekunami odwiedzają bliskie i dalekie zakątki świata. Często młody człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy, że właśnie staje się podróżnikiem. Może to nie skala Vasco da Gamy czy Krzysztofa Kolumba, jednak to nadal podróże.
 
Młodego podróżnika warto zatem uświadomić, że takowym się staje i warto też zrobić jak najwięcej, by ze swej podróży wyniósł niezapomniane wspomnienia, by czerpał z podróży jak najwięcej, w końcu, by podróż, która często niesie ze sobą choć odrobinę niedogodności, stała się przyczynkiem do dziecięcej radości. Zdarzyć się też może, że młody człowiek wcale nie chce zostać podróżnikiem. Nie chce nigdzie jechać, nie chce poznawać nowych miejsc. Woli zostać w domu i bez nowych wrażeń i przeżyć spędzać czas. Dzieci są przecież różne.
 
Zarówno w pierwszym jak i w drugim przypadku warto zatem sięgnąć po coś, co pomoże rodzicom przygotować dziecko do podróży, da sporą dawkę radości oraz sprawi, że młody człowiek jeszcze lepiej będzie wspominał czas spędzony na wojażach. Warto zatem sięgnąć po niewielkich rozmiarów opracowanie autorstwa Dominiki Zaręby oraz Ani Jamróz Mój dziennik podróży, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Bezdroża.
 
Mój dziennik podróży to właśnie dziennik, który sanie się dla dziecka podczas wyjazdu źródłem ciekawej i pouczającej zabawy. To księga wspomnień, do której malec już po powrocie z podróży będzie z pewnością wielokrotnie zaglądał i przypominał sobie swe niezapomniane przygody.
 
W podróży dziecku towarzyszyć będą trzej inni podróżnicy czyli Flamingo Oszalały – poszukiwacz przygód, figlarz i awanturnik, Osiołek Nudzimisię, któremu nic się nie chce i najchętniej spałby do południa oraz Iguana Mądralińska czyli postać niezwykle inteligentna i ciągle żądna wiedzy. Z takimi kompanami podróży dziecko po prostu nie może się nudzić.
 
W Mój dziennik podróży czeka na młodego podróżnika całe mnóstwo zadań do wykonania. Zabawa zaczyna się zanim jeszcze ruszymy na wyprawę, w której z pewnością przydadzą się nożyczki, klej, coś do rysowania oraz pisania. Pierwszym zadaniem dziecka jest wklejenie do dziennika swego zdjęcia oraz zapisanie dokąd, kiedy i z kim rusza w podróż. Następnie mały podróżnik ma za zadanie określenie swego podróżniczego niezbędnika – wskazanie czy woli walizkę czy plecak oraz zrobienie listy rzeczy niezbędnych w swoim bagażu. Wśród kolejnych zadań znajdziemy sporą ilość zadań, które powinny bez reszty zająć małego turystę. Malowanie mapy podróży, malowanie flagi odwiedzanego państwa albo herbu polskiego miasta, wklejanie biletów z podróży, rysowanie najfajniejszego miejsca, rysowanie najsmaczniejszego dania, tworzenie listy ciekawych potraw, owoców, warzyw i deserów smakowanych w podróży, opisywanie najfajniejszego podróżniczego dnia, opisywanie miejscowej fauny i flory, tworzenie własnego unikatowego języka lub szyfru i wiele, wiele innych zadań, które z pewnością pobudzą dziecięcą wyobraźnię a także sprawią, że podróż stanie się dla niego jeszcze bardziej atrakcyjna oraz niezapomniana.
 
Mój dziennik podróży to opracowanie skromnych rozmiarów, w którym kryje się moc zabawy. Polecam.
Sztukater.pl Krzywa Prosta