RELACJE Z PODRÓŻY

TransAsia 2009: wyprawa, lądem na Papuę, Darka Dąbrowskiego i Eli Paszek



Autor: Ela Peszek, Darek Dąbrowski
Data dodania do serwisu: 2009-07-17
Relacja obejmuje następujące kraje: Ukraina, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Syria, Liban, Jordania, Iran, Pakistan, Chiny, Mongolia, Wietnam, Kambodża, Laos, Tajlandia, Myanmar, Malezja, Singapur, Brunei, Indonezja, Timor Wschodni, Sri Lankę, Indie, Bangladesz, Nepal

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
5.64 2403

Przecież w rzeczywistości nie da się dojechać lądem na Papuę, gdyż leży ona na wyspie Nowa Gwinea. Skoro nie da się dotrzeć tam jadąc cały czas lądem, powstał zamiar przemierzenia tej trasy, ile tylko się da, lądem, przemieszczając się (w miarę możliwości) po powierzchni ziemi.

Wyprawa ta będzie nietuzinkowym przedsięwzięciem, a już sama myśl przewodnia (lądem na Papuę) jest w pewnym stopniu prowokacyjna i wywołuje zainteresowanie odbiorcy. Czas rozpoczęcia się wyprawy planowany jest na drugą połowę kwietnia 2009 roku (powinniśmy ruszyć pomiędzy 20 a 24 kwietnia). Wyprawa potrwa – w zależności od tempa przemieszczania się – od 8 do 12 miesięcy. Planujemy wyruszyć z Krakowa do Przemyśla, a następnie przez kolejne kraje: Ukraina, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Syria, Liban, Jordania, Iran, Pakistan, Chiny, Mongolia, Wietnam, Kambodża, Laos, Tajlandia, Myanmar, Malezja, Singapur, Brunei, Indonezja, Timor Wschodni. Powrót planowany jest drogą lądowo - lotniczą przez: Sri Lankę, Indie, Bangladesz i Nepal. Określiliśmy jakie kraje chcemy odwiedzić i w ten sposób powstał szkic wyprawy. W czasie podróży mamy zamiar dużo improwizować i wiele decyzji będzie podejmowanych z marszu w zależności od warunków jakie napotkamy na naszej drodze. Nie będzie miało znaczenia czy do danego miejsca dojedziemy za 2 czy za 7 dni. Jeśli w jakimś miejscu nam się bardziej spodoba, to zostaniemy tam dłużej. Jedyne daty, jakie będą nas nieco ograniczały to daty ważności poszczególnych wiz. Ale wiele z wiz będzie można przedłużyć na miejscu w danym kraju. W Polsce przed wyjazdem wyrobimy tylko 3 wizy: syryjską, irańska i pakistańska. Resztę wiz będziemy otrzymywać na granicach lub w krajach poprzedzających wjazd do kraju docelowego, np. wizę chińska wyrobimy w Islamabadzie, mongolską w Pekinie, tajską w Kambodży itd. Podróż ta ma być niskobudżetowym trampingiem. Zamierzamy przemieszczać się środkami transportu, jakie aktualnie będą dostępne: głownie autobusami i pociągami, ale także łodziami, rikszami, motorami, rowerami i autostopem.

 

Zamierzamy się żywić tanim kosztem, korzystając z lokalnych knajp, gdzie przyrządza się potrawy typowe dla danego regionu lub państwa. Chcąc poznać dany kraj, nie wystarczy jedynie zwiedzić jego atrakcje turystyczne. Należy również poznać ten kraj „od kuchni” i my zamierzamy to właśnie uczynić. Spać będziemy w tanich hotelach, schroniskach, namiotach, jurtach, bungalowach, u gościnnych ludzi oraz, nie rzadko, w środkach transportu (przemieszczając się w nocy). Nie zamierzamy korzystać z usług drogich hoteli, gdzie klientelę stanowią eleganccy „turyści walizkowi”, ponieważ to nie nasze klimaty. Na stronie wyprawy http://www.klubpodroznikow.eu/transasia będziemy prowadzić relację z trasy na zasadzie bloga. Oczywiście w miarę możliwości dostępu do internetu. Będzie tam można na bieżąco śledzić nasze poczynania, dowiadywać się gdzie w danej chwili się znajdujemy oraz czytać o przygodach, miejscach i ludziach jakich spotkamy na naszej trasie.

Uczestnicy wyprawy:

 

Darek Dąbrowski - absolwent geografii w Instytucie Geografii i Gospodarki Przestrzennej UJ, licencjonowany pilot wycieczek. W ciągu ostatnich trzech lat pracownik jednego z największych polskich organizatorów turystyki egzotycznej, odpowiedzialny za organizację imprez azjatyckich i sporadyczne ich pilotowanie. Zainteresowania: geografia z akcentem na kartografię i teledetekcję, GIS oraz zagadnienia geografii turyzmu; piesze i rowerowe wypady w góry, szczególnie w odludne miejsca, organizacja i realizacja niskobudżetowych wyjazdów trampingowych do egzotycznych zakątków świata; lotnictwo pasażerskie; fotografia. Podróże traktuje jako formę oderwanie się od życia codziennego, od szarej rzeczywistości oraz poznania nowych, fascynujących miejsc. W czasie wyjazdów do różnych krajów stara się dogłębnie poznać specyfikę danego miejsca oraz jego kulturę. Podróże, poza poznawaniem świata, dają też możliwość poznania samego siebie: swoich słabości, odporności na stres, umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach, swoich granic wytrzymałości, umiejętności organizacyjnych i improwizacyjnych. Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej - Ryszard Kapuściński.

 

Ela Paszek - wielbicielka siedzenia w akademickich ławach, przez wiele lat tzw. wieczny student, oprócz ukończonego kulturoznawstwa: arabistyka, historia sztuki, a nawet 3 dni na kierunku filozofia. Zawody wykonywane: korektor tekstu w jednym z największych polskich dzienników, dziennikarz i fotograf (wolny strzelec), pracownik linii produkcyjnej w angielskiej fabryce ciastek, pani od kanapek na stacji benzynowej, asystent stanowiska na wykopaliskach archeologicznych w Irlandii Północnej. Poglądy i dziwactwa: sceptyk, ateista, ironista i kuglarz, niezaangażowany politycznie liberał, nomad z wyboru, pasjonat cytatów, zbieracz książek, pogromca plotek, wielbiciel Rushdiego i Houellebecqa, bałaganiarz. Potrzeba podróży jest naturalną kontynuacją szeroko pojętej potrzeby poznania. Tak naprawdę dopiero w sytuacji podróży można poznać samego siebie i rozprawić się ze stereotypami kulturowymi, które, chcąc nie chcąc, nosimy pod skórą. Wytropić pułapki własnego systemu pojęć. Podróż to też próba dotarcia do własnych granic - tych mentalnych, ale i wytrzymałościowych. Odnalezienie się w odmiennej sytuacji kulturowej zawsze jest bowiem swego rodzaju szokiem, ale paradoksalnie to właśnie o ten szok chodzi, bo to on zmienia - wytrzeszcza oczy ze zdziwienia, stawia włosy dębem. Salman Rushdie napisał, że zbyt częste podróże mogą poluzować cumy duszy. A więc: podnosimy cumy, statek niedługo odpływa, podążając za światłem ze Wschodu.

Poniedziałek, 4 maj 2009

Oto ostatni wpis z ziemi polskiej. Już za kilka chwil, bo o 7:29 ruszamy w trasę. Udajemy się na początek pociągiem z Krakowa do Przemyśla, a następnie busem z granicy do Lwowa. Tam postaramy się dostać bilety na nocny pociąg Lwów – Czerniowce. Tym pociągiem pokonamy ok. 340 km w czasie – bagatela – 11 godzin :) Ale przynajmniej będzie okazja się wyspać porządnie. (czytaj więcej) Wtorkowy ranek przywita nas niedaleko granicy z Rumunia, którą będziemy chcieli pokonać busem z ludźmi szmuglującymi do Rumunii przeróżne produkty. Niestety w tym miejscu granicy nie można pokonać pieszo, lecz tylko pojazdem silnikowym (czyli rower też odpada). We wtorek postaramy się pokonać trasę Suczawa – Bukareszt. W stolicy Rumunii mamy już załatwiony nocleg u jednego ze znajomych. Powinno być OK. Mamy nadzieje, że w Rumunii uda nam się jakoś dogadać z miejscowymi bazując nie tylko na języku migowym.

Pozdrawiamy

Darek i Ela

Czwartek, 7 maj 2009

Francois z Bukaresztu okazał się przemiłym facetem, jednak ze względu na dużą ilość pracy  jaką miał do wykonania, nie mógł nam towarzyszyć podczas przechadzki po mieście. Sam Bukareszt okazał się wielkim molochem, miastem bez duszy. Morze betonu i bloki mieszkalne stojące nawet w centrum miasta… Zobaczyliśmy z zewnątrz Parlament (drugi największy budynek na świecie po Pentagonie), zbudowany przez Caucescu w miejscu historycznego centrum miasta. Niestety towarzysz Nikolae zmarł na tyle wcześnie, że nie doczekał końca budowy. Odwiedziliśmy jeszcze prawosławny klasztor Antim i tyle. W końcu Bukareszt nie był naszym priorytetem.

Po południu wzięliśmy busa do Giurgiu, miasta przy granicy z Bułgarią. Wg przewodnika, na drugą stronę Dunaju, do Ruse (6km), kursują pociągi co 15min. Nic z tego, od ponad roku nie ma żadnego transportu publicznego między tymi 2 miastami. Bardzo miły i pomocny właściciel dworcowej knajpy podwiózł nas swoim golfem na samą granicę, skąd chcieliśmy łapać coś na drugą stronę 2-kilometrowego mostu na Dunaju. Ledwo zdjęliśmy plecaki, podjechało do nas inne auto i kierowca zaproponował, że przewiezie nas na drugą stronę. Zaczęliśmy targować cenę. Skończyło się na 10 EUR od osoby. Co prawda mogliśmy łapać stopa, ale zbliżał się już wieczór. Okazało się, że to był strzał w 10-tkę. Facet wysadził nas na dworcu autobusowym i okazało się, że za 15min mamy ostatni autobus do Veliko Tarnowo, perełki architektonicznej Bułgarii. Tam  też pojechaliśmy. Po przyjeździe na miejsce zaczęliśmy szukać noclegu. Niestety, jak przystało na popularne miejsce turystyczne, ceny niektórych noclegów powalały. Jedna Pani sprzedająca pamiątki powiedziała, że jej mama ma 1 pokój do wynajęcia kilkaset metrów dalej. Zdecydowaliśmy się. To też okazał się trafiony wybór. Nigdzie nie było taniej, a pokój wyglądał jak w hotelu 3***. Mieliśmy nawet satelitę i małą plazmę na ścianie, szok! :)

Rano poszliśmy zwiedzać ruiny twierdzy Carawec, która jest dumą całej Bułgarii. Bardzo ciekawy obiekt, choć w wielu miejscach odrestaurowany w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Ela, jak na archeologa przystało, znalazła gdzieś w ziemi małe kawałki późnośredniowiecznej ceramiki! W tym 1 z politurą. Spotkaliśmy też wycieczkę VIPów z UNESCO (jeden z nich w jakimś tradycyjnym afrykańskim stroju).

Wracając z twierdzy do centrum miasta, natrafiliśmy też na stanowisko archeologiczne, gdzie na naszych oczach odkopywano ludzkie szkielety w ruinach cerkwi ormiańskiej. Tutaj Ela również miała swoje 5 minut. Zeszła do ekipy i wypytała ich o różne szczegóły, robiąc sobie przy okazji zdjęcie z kilofem na tle szkieletów.

Tym optymistycznym akcentem pożegnaliśmy malownicze i gościnne Veliko Tarnowo i ruszyliśmy pociągiem osobowym przez góry Stara Płaniny do Starej Zagory. Tam mamy nocleg u Lilianny z Hospitality Club. Z Zagory mamy też jedyne 160km do granicy tureckiej, a stamtąd 240km do Stambułu. Jak wszystko pójdzie dobrze, to 8.05 wieczorem powinniśmy dotrzeć nad Bosfor.

Pozdrawiamy

Darek i Ela.

Sobota, 9 maj 2009

Lilianna i Minko ze Starej Zagory to fantastyczni ludzie. Odebrali nas autem z dworca kolejowego i specjalnie na nasz przyjazd przygotowali kolację, musakę – tradycyjną bułgarską potrawę. Rano też nas powitali gotowym śniadaniem. Na stole leżała banica – tradycyjne bułgarskie kruche krokieciki z serem, ziemniakami i jabłkami. Pycha! Minko obwiózł nas po mieście: zobaczyliśmy ekspozycję archeologiczną, starą rzymską mozaikę ukrytą w podziemiach oraz szczątki neolitycznej osady. Sprawdziliśmy też autobusy do granicy z Turcją. Okazało się, że najbliższy jest…. na drugi dzień rano.Wtedy Minko powiedział: ‘mogę was zawieźć na granicę”. To było 160km w 1 stronę. Zapłaciliśmy mu za paliwo, które w Bułgarii jest dość tanie i za ok. 2h byliśmy już na granicy z Turcją. Po drodze mijaliśmy sporo polskich tirów, co budziło w nas nadzieje, że może nie będzie problemów z transportem z granicy do Istambułu. Przejście wszystkich zasiek, budek kontrolnych i szlabanów po obu stronach granicy zajęło nam ok. 45min. Po tureckiej stronie wielki plac budowy, odnawianie budynków granicznych. Robi to wrażenie. Zaraz za tureckimi szlabanami stoi wielki meczet, też na ukończeniu. Poza tym dużo pyłu, piasku i kurzu wokół. Po zakupieniu wiz tureckich (15USD lub 10EUR), postawiliśmy nasze plecaki z zamiarem łapania stopa w kierunku Istambułu. Co się okazało, nie staliśmy nawet minutę. Zatrzymał się pierwszy bułgarski tir jaki wyjeżdżał z granicy. Bardzo miły młody kierowca. A w środku dużo miejsca na bagaże i do wyciągniecie nóg. Okazało się jednak, że Bułgar zatrzymuje się w jakimś mieście 30km przed Istambułem. Pokonaliśmy z nim ok. 200km. Wyrzucił nas na zakurzonym parkingu przy autostradzie i pomachał na do widzenia :) Prawie nic nie zjeżdżało na ten parking. No to ugrzęźliśmy, pomyśleliśmy sobie. Nic z tego. Allah czuwał nad nami :) I znów zatrzymała się pierwsza ciężarówka wyjeżdżająca stamtąd. Ta już była mniej komfortowa (jakaś wielka cysterna), a kierowca znał tylko turecki. Nawijał coś do nas przez całą drogę, szczerząc żółte zęby i próbując pytać nas o coś. Było to komiczne, bo wydawało mu się, że jak będzie do nas mówił po turecku głośno i powoli, to my go zrozumiemy :) Byliśmy też najwolniejszym autem na drodze. W pewnym momencie zjechał na pobocze autostrady i oznajmił nam, że tu kończy… Zdębieliśmy. Zaczął nam tłumaczyć na migi, rysować obrazki na kartce, gestykulować i po ok. 10min chyba zrozumieliśmy o co chodzi. Przed nim stało kilkadziesiąt innych tirów, które tak jak on, nie mogą wjechać do miasta przed 21:00. Czekała nas kolejna przesiadka, ale tym razem na środku autostrady. Wzięliśmy nasze toboły, stanęliśmy na środku jakiegoś rozwidlenia, wokół śmigały tureckie auta. Ela wystawiła palec. I co? Jak zwykłe: zatrzymało się jedno z pierwszych mijających nas aut. Tym razem wygodny ford. W miarę zbliżania się do obwodnicy miasta, ruch gęstniał, aż wpadliśmy w jakiś koszmarny korek. Ten kierowca też znał tylko turecki. Po prawie godzinie spędzonej w korku, zdecydowaliśmy, że wyrzuci nas przy ostatniej stacji metra, z której złapiemy coś do centrum. Tak też uczyniliśmy. Najpierw metro, potem tramwaj, potem kolejka linowa (!) i jeszcze jedno metro. Już po 1,5h tułaczki po mieście byliśmy w dzielnicy Levent, gdzie mamy nocleg u Hakana. Jest on prawnikiem i dwa razy dziennie jest na innym kontynencie :) Pracuje po drugiej stronie Bosforu. Przy okazji jest przemiłym facetem i też nas powitał kolacją. Razem z nami mieszka u niego jeszcze jeden gość z CouchSurfing – Muhammed, Francuz algierskiego pochodzenia, który wpadł tu na weekend. Tu jest nasz pierwszy długi przystanek, nie musimy się nigdzie spieszyć. Niebawem idziemy na rekonesans miasta. Spędzimy tu kilka dni, aby trochę przesiąknąć tym miastem. Wokół słychać zawodzenie muezina.

Pozdrawiam

Darek

Poniedziałek, 11 maja 2009

Zakotwiczyliśmy na 3 dni w Stambule.Samo miasto ze swoim gwarem, egzotyka, zabytkami i przenikającymi się wpływami różnych kultur zrobiło na nas duże wrażenie. Tu już można poczuć prawdziwa Azję. Bazary pełne orientalnych przypraw, kobiety w czadorach, ogromne, pięknie zdobione meczety, muezini nawołujący do modlitwy.Trudno było nie odwiedzić najbardziej znanego zabytku miasta, czyli świątyni Hagia Sophia. Tym razem znów sprzyjało nam szczęście, bo udało nam się wejść do środka 10 min przed jej zamknięciem :) Wnętrze robi wielkie wrażenie: szczególnie liczne mozaiki i freski w czasów Bizancjum.

Jedyna uciążliwa rzecz, jaką tu można spotkać, to tłumy turystów. Tych z Europy i tych z innych zakątków Turcji. W okolicach Hagia Sophia, Błękitnego Meczetu czy mostu Galata non stop płynie ulicami tak gesty tłum, że może przyprawić o zawrót głowy.Zwykli mieszkańcy Stambułu są niezwykle mili i pomocni. Nawet jeśli słabo znają angielski, to starają się ze wszystkich sil, aby nam jakoś pomóc.Hakan, u którego śpimy kolejną noc, też jest bardzo fajny. Jako prawnik uwielbia mówić, chyba mógłby przegadać każdego. Przy tym ma ogromna wiedzę ogólną o świecie. Jest dużym człowiekiem i porusza się w swoim ciasnym mieszkaniu trochę jak słonik w składzie porcelany :)Opowiadał nam tez o swojej mamie, która jest bardzo opiekuńczą kobietą, wie, że jej Syn uwielbia gotować, ale mieszka ok. 1000km dalej. Dlatego też co jakiś czas mama przygotowuje Hakanowi jakieś gotowe półprodukty (gotowana fasole, świeży jogurt, warzywa), mrozi je głęboko i wysyła Hakanowi pocztą kurierską :)))Dziś jest już nasz ostatni dzień w tym magicznym mieście. Postaramy się odwiedzić jeszcze kilka ciekawych miejsc. Jutro natomiast udajemy się już w kierunku Ankary i dalej w stronę Kapadocji. Spróbujemy złapać stopa, jeśli będą jakieś problemy w tej kwestii, to pojedziemy autobusem.

Pozdrawiamy

Darek i Ela

Czwartek, 14 maj 2009

Goreme 14.05, godz 18:00Dziś powoli żegnamy się z Kapadocja. Jest to jednak miejsce, do którego zawsze wrócimy z miłą chęcią. Mamy szczęście, że trafiliśmy tu jeszcze przed sezonem. Po pierwsze dlatego, ze krajobrazy (poza suchymi skalami) przesycone są jeszcze świeżą zielenią trawy i innych zarośli. Kwitną kwiaty na lakach, a drzewa owocowe w sadach pomiędzy skałami kwitną kolorowymi kwiatami. Sądzę, że za dwa miesiące, kiedy temperatury będą tu sięgać 40st, wiele zarośli wyschnie na pieprz i barwą będą się zlewać ze skalami. Po drugie: nie ma jeszcze nasilonego ruchu turystycznego, da się wyczuć swoiste wyczekiwanie na szczyt sezonu. Knajpki świecą pustkami i na ulicach (a przede wszystkich na szlakach spacerowych w malowniczych dolinach) nie ma tłoku. Jedyne miejsce, w którym roi się od turystów, to największa atrakcja okolicy (ale tylko wg przewodnika...), czyli Goreme Open Air Museum. Pełno tam wycieczek autokarowych głównie z emerytowanymi turystami z Europy Zachodniej. Chodzą tylko tam, gdyż są brukowane alejki, schodki i poręcze. Dlatego też nie weszliśmy tam, wybraliśmy ciszę i spokój okolicznych dolinek, bez żadnych udogodnień dla piechurów. A jest tu gdzie chodzić i co podziwiać. Odwiedziliśmy w sumie 4 doliny:

  • Dolinę Mieczy (Swards Valley), gdzie dominują śnieżnobiałe, oślepiające skały, przypominające nieco miecze. U ich podnóża wystepują kwitnące sady owocowe - jak w bajce. Spotkaliśmy tam tez przyjaznego osiołka z łaskoczącym językiem :)
  • Dolinę Róż (Rose Valley): piękne formacje skalne, które w zamknięciu doliny tworzą szeroki wachlarz skalny mieniący się kolorami różowo-czerwono-pomarańczowymi. Znajdują się tu również wspaniałe, bizantyjskie kościoły wykute w skalach. Krajobrazy zapierają dech w piersiach, trudno je opisać słowami.
  • Dolinę Gołębi (Pigeon Valley): kręta dolina zakończona białymi wychodniami skalnymi w kształcie warzywa o nazwie patison.
  • Dolinę Miłości (Zemi Valley): nazwa bardzo wymowna i adekwatna do krajobrazów, gdyż na końcu doliny znajduje się kilkanaście pionowych wychodni skalnych, kształtem przypominających fallusy. Wychodnie te są całkiem odseparowane od dawnej skały macierzystej ze względu na silną erozję rzeczną/ wodną w tym miejscu. Wyrastają one wprost z kwitnących, kwiecistych łąk i sadów owocowych. Według mnie to najładniejsze miejsce, jakie udało nam się tu odwiedzić.

Samo miasteczko Goreme ma idealne położenie: w centrum tych wszystkich atrakcji, jakie stworzyła matka natura. Wiele domów tu jest wprost przyklejonych do skal. Niektóre domy i hotele są też dosłownie wykute w skałach. Wszystko z pełną infrastrukturą, jaka potrzebna jest turystom. Pełno tu kafejek, sklepików, agencji turystycznych. W wielu skalnych kafejkach jest też internet bezprzewodowy, z którego w tej chwili korzystam :)Jutro już stad wyjeżdżamy. Jedziemy w sumie niedaleko, bo tylko ok 300km na południe, do Adany. Tam mamy nocleg u kolejnego hosta, Aycana. To dość spore miasto, więc pewnie nie zabawimy tam długo. Liczymy po cichu na to, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, to pojutrze powitamy ziemię syryjską :)

Pozdrawiamy

Darek i Ela

Sobota, 16 maj 2009

Wczoraj wyjechaliśmy już z Kapadocji. Z pewną nutką żalu pożegnaliśmy tą przepiękną część Turcji. Jednak jeszcze sporo przed nami, a to co widzieliśmy w ostatnich dniach, to przecież dopiero sam początek trasy :) Dość szybko, za pomocą dwóch aut, udało nam się pokonać 85 km do Aksaray, leżącego przy głównej drodze z Ankary do Adany na południowym wybrzeżu Turcji. Czekając na transport w Aksaray na jednym z głównych skrzyżowań, minęło nas nagle luksusowe BMW X5 z dwoma facetami w środku. Spojrzeli na nas, zmierzyli wzrokiem i pojechali dalej. Po chwili zobaczyliśmy to samo auto, jadące w przeciwnym kierunku. Zawrócili i podjechali do nas, aby nas zabrać. Okazało się, że jadą dokładnie tam, gdzie my, czyli do Adany. Znów szczęście nam sprzyjało, takim autem jeszcze nie jechaliśmy. Wsiedliśmy i ruszyliśmy z kopyta. Tego dnia na autostradzie do Adany nie było szybszego auta niż nasze :) Średnia prędkość oscylowała w okolicy 160 km/h, chwilami dobijaliśmy do 200 km/h. Jednak w takim aucie nie było tego czuć. Odległość pokonywaliśmy błyskawicznie. Kierował Ilker, a obok siedział jego kumpel Mehmet. W połowie drogi zapytali nas, czy nie jesteśmy głodni, bo mają ochotę coś zjeść i chcieli, abyśmy zjedli coś razem. Czemu nie... Zajechaliśmy do typowej tureckiej knajpy, ale urządzonej wg dobrego gustu i zaczęło się... Najpierw wjechały przystawki: wielkie, płaskie, tureckie chleby, które się rwało, jogurty, miód, liście mięty, ogromna taca z sałatką- tak świeża, ze trudno to opisać. Do tego jeszcze jakieś mini zakąski, woda źródlana i ayran (tradycyjny turecki lekko solony jogurt). Wydawało się, ze zamówili furę jedzenia, ale to jeszcze nie było wszystko. Za chwile wjechał kurczak z grilla i grillowane udka. Prawdziwa uczta! Musze przyznać szczerze, że tak pysznego jedzenia nie miałem okazji smakować bardzo dawno. Szczególnie sałatka powalała swoją świeżością :) Po sutym obiedzie ruszyliśmy w dalszą drogę do Adany. Widoki po drodze były przecudne, bo przebijaliśmy się autostradą przez wysokie na ponad 3000 m pasmo górskie, za którym była już tylko nadmorska nizina. Od południa widok był następujący: na dole plantacje pomarańczy, oliwek i bawełny, nieco wyżej łagodne stoki porośnięte śródziemnomorską, krzaczastą roślinnością, jeszcze wyżej góry i skaliste, poszarpane grzbiety, a na ostatnim planie najwyższe ośnieżone pasma górskie. Nie mogliśmy się napatrzeć :) Gdy wjechaliśmy do Adany, okazało się, że to luksusowe BMW należy do mamy Ilkera i jedziemy zawieźć jej to auto i wziąć samochód należący do niego. Skoro mama jeździ czymś takim, to czym musi jeździć Ilker, pomyśleliśmy.... Fakty zgadzały się z naszym tokiem myślenia. Ilker jest właścicielem jeszcze bardziej wypasionego auta, mianowicie Porsche Cayenne. Zmieniliśmy więc jedną limuzynę na drugą i zostaliśmy odwiezieni w miejsce, gdzie czekał na nas Aycan, nasz znajomy, u którego spaliśmy ostatnią noc. Zawiózł nas do domu i przedstawił nas swojej rodzinie. Poznaliśmy jego rodziców, brata i siostrę. Mama Aycana przygotowała też tradycyjną, turecką kolację, tak wiec piątek minął nam pod znakiem obżarstwa :) Wieczorem pojechaliśmy z Aycanem i jego bratem do centrum. Co prawda w Adanie nie ma wiele ciekawych rzeczy, ale jest np. nowy meczet (największy w całej Turcji) i stary most na rzece z czasów rzymskich. Trafiliśmy też na wielką, trwającą tydzień, imprezę studencka - coś na wzór naszych juwenaliów. Mnóstwo ludzi imprezujących w parku na trawie, a wokół pełno muzyki i piwa :) Bardzo miło spędziliśmy wieczór. Dziś Aycan zawiezie nas na trasę wylotowa z Adany i będziemy łapać coś w stronę granicy z Syrią. Postanowiliśmy, że skoro tak dobrze nam idzie łapanie stopa, to przejedziemy w ten sposób całą Turcję. Miejmy nadzieje, że nam się to uda, bo jak do tej pory idzie całkiem nieźle. Następny wpis być może już z Syrii :)

Pozdrawiamy,

Darek i Ela.

Niedziela, 17 maj 2009

Po pożegnaniu sie z Aycanem w Adanie (w sobotę), w ciągu kilku minut złapaliśmy ciężarówkę do Iskenderun na pd.-wsch. krańcu Turcji. Kierowca okazał się bardzo miły i gdy zjeżdżał do miasta, załatwił nam od razu transport dalej u swojego kumpla z ciężarówki jadącej przed nami. Na poboczu autostrady przesiedliśmy się tylko z jednej ciężarówki do drugiej i w ten oto sposób dotarliśmy na przedmieścia Antakyi, ostatniego większego miasta w Turcji. Stamtąd złapaliśmy już auto bezpośrednio do granicy z Syrią. Mieliśmy szczęście, bo ruch na tej drodze był znikomy. Dodatkowo oba terminale (turecki i syryjski) są oddalone dość mocno od siebie. Nie wyobrażam sobie, jak byśmy mieli pokonywać to przejście na piechotę! Ten kierowca był na tyle uprzejmy, że pomógł nam jeszcze załatwić wszelkie sprawy wizowe i wymienić tureckie liry na syryjskie funty u przygranicznego konika.Już na samej granicy dało się poczuć, że wjeżdżamy do kraju, który dzieli od Turcji przepaść cywilizacyjna. Ludzie mają zupełnie inne poczucie czasu, kontrola paszportowa trwała grubo ponad 1h, mimo ze na przejściu było kilkanaście osób. Już w samym budynku przejścia wisiały wielkie portrety prezydenta Syrii, który jest dyktatorem. W drodze z granicy do Aleppo, też dało się zauważyć ciekawe scenki rodzajowe. Ciężarówki z ogromnymi kamieniami z kamieniołomu zamontowanymi na pace tak, że zaraz zlecą, a na nich siedzący ludzie. Żadnych zasad ruchu drogowego - jeździ się tam, gdzie jest miejsce dla auta, a nie tam, gdzie są pasy, które tak naprawdę rzadko występują :) Po dotarciu do Aleppo nie mieliśmy problemu ze znalezieniem taniego hoteliku w dzielnicy, gdzie są prawie same sklepy z oponami samochodowymi i tanie hotele :) Zanim wyszliśmy z hotelu, aby coś zjeść, okazało się, że nie mamy żarówki w łazience ani klucza do pokoju. Pan z recepcji początkowo próbował nam wytłumaczyć, że po co nam światło w łazience, skoro żarówka w pokoju daje wystarczająco dużo światła, aby oświetlić też łazienkę. W końcu z grymasem na twarzy przyniósł nam nową żarówkę "made in Hungary" i nastała jasność w łazience. Kolejne chwile straciliśmy na czekaniu na klucz. Pan przyniósł duży worek, w którym miał kilkadziesiąt różnych kluczy. Wreszcie jeden z nich pasował do naszego pokoju. Wreszcie mogliśmy pójść coś zjeść do jakiejś lokalnej knajpki. I tu nastąpił pierwszy kant. Podczas płacenia kelner chciał od nas większą sumę, bo uważał, że dał nam jakąś droższą potrawę, a nie tą, którą zamówiliśmy. Zacząłem się kłócić, tłumacząc mu, ze to jego problem, skoro przyniósł nam nie to, co zamówiliśmy i że nie zamierzamy płacić kwoty, której od nas żąda. Do akcji wkroczył szef knajpy. Nakrzyczał na kelnera, że nie wie, co podaje, przyznał nam rację i w ramach rekompensaty za starty moralne dostaliśmy jeszcze filiżankę herbaty na koszt firmy :) Tym optymistycznym akcentem zakończyliśmy sobotę. Dziś natomiast późnym przedpołudniem ruszyliśmy w miasto. Po śniadaniu poszliśmy do dzielnicy chrześcijańskiej, gdzie znajdują się stare kościoły: ormiański, grecki ortodoksyjny i katolicki. Fajna atmosfera tam panuje. Następnie odwiedziliśmy stare miasto: wielki bazar, gdzie sprzedają wszystko, od ubrań i biżuterii po mięso i przyprawy. Na jednym ze stoisk wisiał nawet szkielet wielbłąda powleczony częściowo mięsem z tego zwierza.... Obok wisiały natomiast zdjęcia przedstawiające kolejne etapy zarzynania 'garbusa". Widok robił wrażenie... Po drodze weszliśmy na dziedziniec Wielkiego Meczetu Omajadów, by odpocząć chwilę i pofotografować ludzi (szczególnie kobiety w czadorach, ubrane na czarno od stóp do głów oraz facetów w białych galabijach i arafatkach na głowach). Ostatnim puntem dzisiejszego dnia była Cytadela, reklamowana jako największa atrakcja miasta. Same mury obronne wyrastające ponad fosę robią wrażenie, natomiast wnętrze jest bardzo zaniedbane. Pozostałości starych meczetów, pałacu i amfiteatru niszczeją, nikt o to nie dba, a wokół pełno śmieci i chwastów. Byliśmy nieco zdegustowani tym widokiem. Cóż, widocznie taki ich lokalny zwyczaj, aby zaśmiecać zabytki. Ogólnie da się wyczuć, ze jesteśmy już z dala od Europy. Jest egzotycznie, ale nie niebezpiecznie. Ludzie wciąż są bardzo mili i pomocni, jak to w Azji. Dziś śpimy ostatnią noc w Aleppo i jutro przed południem udajemy się do miejscowości Hama - ok 140 km na południe stąd.

Pozdrawiamy bardzo gorąco, syryjsko :)

Darek i Ela.

Poniedziałek, 25 maj 2009

W niedzielę 24.05 wyjechaliśmy z Bejrutu do Damaszku. Zrobiliśmy to jednak na raty, ja wcześniej, a Ela nieco później.

Poszedłem na dworzec autobusowy, gdzie znów czekała mnie mała niespodzianka logistyczna. Okazało się, że z Bejrutu do Damaszku nie ma autobusów. Są jedynie małe busiki i taksówki. Miałem to szczęście, ze jedna z taksówek stała już prawie pełna i brakowało jej do kompletu tylko jednej osoby. Dlatego trochę się potargowałem i pojechałem taksówką prawie za taką samą cenę, jak busem (11 usd). Kierowca mocno cisnął na gaz i w niecałą godzinę zameldowaliśmy się na przejściu granicznym. Zanim tam jednak dojechaliśmy, kierowca zatrzymał się jeszcze w hurtowni spożywczej. Tam zakupił około 100 szt. batoników Lion i grubo ponad 100 szt. chipsów Pringles. Wszystko na handel do Syrii. Dopchał tym bagażnik i ruszyliśmy w kierunku terminala granicznego. Samo pokonanie granicy poszło bardzo sprawnie. Spodziewałem się o wiele większej kolejki i bardziej skomplikowanych procedur.

W taksówce jechałem z 3 Syryjczykami (w tym kierowca) i jednym Kurdem tureckim. Jedynie ten ostatni znał kilka słów po angielsku. Taksówkarz zatrzymał się gdzieś na przedmieściach Damaszku i razem z Kurdem wzięliśmy taxi do centrum miasta. Nie przepłaciliśmy, bo facet mówił po arabsku i znał tutejsze stawki.

Szybko znalazłem hotel upatrzony wcześniej w przewodniku. Bardzo miła atmosfera i świetny klimat podróżniczy. Wziąłem nocleg na specjalnie przygotowanym tarasie na dachu. Łóżka kanadyjki ustawione wokół siebie i pełna infrastruktura hotelowa do dyspozycji plus śniadanie w cenie noclegu. Poznałem od razu bardzo fajnych ludzi z Czech. Ela dotarła do Damaszku po południu i też zatrzymała się w tym samym hotelu. Hall hotelowy urządzony jest w stylu orientalnego patio z mozaikami na ścianach, małą fontanną na środku i zielonymi pnączami ciągnącymi się po ścianach i po powale.

Poszedłem od razu na spacer po starym mieście. Bardzo fajna atmosfera tu panuje, szczególnie w największym w mieście Meczecie Omajadów. Przy okazji spotkałem tam ponad 20-osobową wycieczkę z Polski. Szybko dało się ich poznać, bo byli rozwrzeszczani, mieli kiczowate pamiątki w dłoniach i używali słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne :) Zwiedziłem tez inne zaułki starego miasta, w tym kryty bazar i dzielnice chrześcijańską z kościołami prawosławnymi i katolickimi. W drodze powrotnej do hotelu wypiłem też pyszny, świeży koktajl bananowy.

Dziś z kolei pojechałem razem z poznanymi Czechami do Maaluli - małego miasteczka położonego ok 50 km na północ od Damaszku. Mieścina ta położona jest w wąskiej, górskiej dolinie, której stoki zbudowane są z prawie pionowych rudo-pomarańczowych skał. Większość domów pomalowanych jest na kolor piaskowy i niebieski. Bardzo ładnie się to wszystko ze sobą komponuje. Jednak największą atrakcją tego miejsca jest klasztor Świętej Tekli - jedno z głównych miejsc pielgrzymkowych chrześcijan w Syrii. Klasztor ten, podobnie jak inne zabudowania w Maaluli, też jest przyklejony do pionowej skały. Niektóre pomieszczenia czy sale modlitewne są wprost wykute w skałach.

Po powrocie z Maaluli postanowiliśmy z Elą, aby się powłóczyć po lokalnych knajpkach, ponieważ jest to nasz ostatni wieczór w ciągu kilku najbliższych miesięcy... Przedwczoraj podjęliśmy decyzję o rozłączeniu się i podróżowaniu przez jakiś czas samemu. Ela dziś kupiła za śmiesznie niską kwotę bilet lotniczy z Damaszku do Bangkoku przez Qatar i leci tam 27.05 po południu. Ja natomiast kontynuuję trasę wg wcześniejszych założeń. Jutro wcześnie rano jadę do Ammanu i posiedzę w Jordanii około tygodnia, zwiedzając największe atrakcje tego kraju. Z Jordanii wracam do Syrii, praktycznie tylko po to, aby zobaczyć Palmire i wjechać z powrotem do Turcji przez przejście graniczne w Qamishle. Stamtąd już pojadę bezpośrednio na Iran. Ela z kolei po przyjeździe do Bangkoku chce jechać do Birmy i pokręcić sie pewnie po regionie Azji Południowo-Wschodniej. Wiele wskazuje na to, że spotkamy się ponownie gdzieś w Chinach, na przełomie lipca i sierpnia lub w sierpniu, gdy już wyjadę z Kazachstanu do Chin.

Pozdrawiamy serdecznie:

Darek i Ela

Środa, 27 maj 2009

Wczoraj, czyli w środę rano, wstałem bardzo wcześnie i razem z poznaną dzień wcześniej parą z Czech pojechaliśmy na dworzec autobusowy, aby złapać jeden z pierwszych autobusów do Ammanu. Po przyjeździe na dworzec, rzuciło się na nas całe stado taksówkarzy chcących nas zawieźć do Jordanii. Zlekceważyliśmy ich zupełnie i poszliśmy szukać autobusu, który był 6 USD tańszy niż taxi. Jednak taksówkarze nie odpuszczali i szli za nami do samego końca. Okazało się, że autobus mamy za niecałą godzinę. Oznajmiliśmy więc taksówkarzom, że możemy jechać z nimi, ale.... za cenę autobusu. Na początku w ogóle nie chcieli o tym słyszeć. Później jednak zaczęli mięknąć. Wiedzieli, że jeśli nie spuszczą ceny, to my i tak pojedziemy, tylko że autobusem. Po szybkich targach postawiliśmy na swoim. Jeden z taksówkarzy zgodził się wziąć nas za tyle samo, ile kosztował autobus, czyli po 10 USD od osoby. Powiedział tylko, że poszuka jeszcze jednego pasażera do kompletu i ruszamy. Czwarty pasażer znalazł się bardzo szybko i już mogliśmy ruszać. Był to starszy Jordańczyk, mówiący świetnie po angielsku, gdyż mieszkał przez dłuższy czas w USA. Zapakowaliśmy się wraz z bagażami do luksusowej Toyoty z klimatyzacją i w drogę. Z Damaszku do Ammanu jest ok 150 km autostradą, więc zeszło nam bardzo szybko. Na granicy kupiliśmy wizy jordańskie za 10 JD (1JD = 4zl) i po krótkiej chwili byliśmy w Ammanie. Czesi kontynuowali dalej swoją podróż do Jerozolimy, wiec pożegnaliśmy się. Za transport po raz pierwszy zapłaciliśmy mniej niż lokalni mieszkańcy. Ja i Czesi płaciliśmy po 500 SYP, a okazało się, że ten starszy Pan z Jordanii zapłacił 700 SYP :)

W Ammanie miałem załatwiony nocleg u Selmo, Niemca pracującego tu w ambasadzie Wielkiej Brytanii jako specjalista do recyclingu. Selmo gra również w teatrze. Wcześniej przysłał mi on szczegółową instrukcję, jak dotrzeć do jego domu i zostawił mi klucze w pudełku po zapałkach na parapecie zewnętrznym :) Jednak okazało się, że w środku jest jego współlokatorka, Jo z Francji. Mieszkają sobie w ładnym domu na wzniesieniu z ładnym widokiem na miasto. W ogóle cały Amman jest bardzo ładnie usytuowany na kilkunastu stromych wzgórzach. Pełno tu serpentyn, ciasnych uliczek, schodów między nimi i męczących podejść. Wieczorem poszliśmy do kina na otwartym powietrzu, urządzonym w ruinach starożytnej świątyni z kolumnami korynckimi wśród akacji. Wyświetlano film dokumentalny o terroryście Zarkawi, który pochodzi z wschodniej Jordanii. Na prelekcji był nawet obecny główny narrator tego filmu. Poza tym pełno było mieszkających i pracujących w Ammanie europejczyków. Wielu z korpusu dyplomatycznego, którzy w większości znali Selmo. Po filmie poszliśmy w większym gronie coś zjeść, kupiliśmy pełno pysznego jordańskiego jedzenia i usiedliśmy na podłodze w salonie w domu Jimmy'ego - Szkota uczącego tu języka angielskiego. Poza tym były 2 Hiszpanki, 2 Amerykanki, 1 Francuzka i 1 Brytyjczyk. Ten ostatni miał w pokoju wielką, popielatą papugę, Lulu, która nie lubi obcycłh i strasznie się wydziera, gdy ktoś nieznajomy podejdzie bliżej :)

Poza spotkaniami towarzyskimi połaziłem też wczoraj po centrum. Jest tu ładny meczet Króla Husajna, cytadela z jakimiś rzymskimi ruinami oraz ruiny teatru rzymskiego i odeonu.

Dziś z kolei udałem się na pd.-zach. od stolicy. Odwiedziłem miasteczko Madaba. Znajduje się tam (w kościele św. Jerzego) bizantyjska mozaika z 560 r., która przedstawiała najważniejsze miejsca biblijne na Bliskim Wschodzie. Co ciekawe, jej autor umieścił północ po lewej stronie kompozycji. Niestety do dnia dzisiejszego ocalało ok 30% pierwotnego dzieła. Z Madaby złapałem stopa na Górę Nebo. To właśnie z tego miejsca Mojżesz ujrzał ziemię obiecaną. Stoi tu wielki krzyż i pomnik Jana Pawła II. Rozpościera się stad także bardzo ładny widok na dolinę rzeki Jordan i Morze Martwe z Palestyną na drugim brzegu. Podobno w nocy, gdy jest przejrzyste powietrze, widać światła Jerozolimy. Następnym autem zjechałem na samo wybrzeże Morza Martwego. Jest to najniżej położone miejsce na powierzchni naszej planety (czyli największa depresja): wg najnowszych badań położone na wysokości 408 m poniżej poziomu morza. Na początku wzdłuż wybrzeża ciągną się luksusowe hotele. Pojechałem wiec ok. 20 km dalej, gdzie plaże są czyste i można w spokoju popływać. Zatrzymałem się w miejscu, w którym do morza uchodził mały potoczek. Po to, by mieć potem świeżą, słodką wodę do zmycia soli z siebie. Morze Martwe jest najbardziej zasolonym zbiornikiem wodnym na świecie. Ze względu na wysokie temperatury i brak dopływu świeżej wody, morze to nie jest roztworem solnym, lecz wręcz zawiesina. Woda jest tak gęsta, że po przejechaniu dłonią widać ruch zawiesiny.... Wszystkie kamienie i głazy na plaży pokryte są grubą warstwą soli, tworzącej piękne kryształy solne. Całość prezentuje się przepięknie. Jest gorąco jak w piekle i oczywiście w morzu tym nie występują żadne żywe organizmy. Zanurzyłem się na kilka minut. Jedyne, co można robić w morzu, to unosić się bezwładnie na jego powierzchni jak kłoda. Nie sposób utonąć, bo gęsta zawiesina wypycha człowieka ku górze. Pływać też się nie da. Za nic w świecie nie można pozwolić, aby woda dostała się do ust czy oczu. Wiec podryfowałem sobie kilka minut, po czym spłukałem z siebie tą ogromną ilość soli w potoczku i wyszedłem z powrotem na drogę, aby złapać jakiś transport do Ammanu. Zatrzymało się drugie mijające mnie auto. Wsiadłem i ruszyliśmy. Po przejechaniu kilkunastu km, kierowca oznajmił mi, że chce, abym mu zapłacił za podwiezienie 10 JD, czyli ok 40 zł. Osłupiałem... Okazało się jednak, ze on nie żartuje, więc powiedziałem, żeby mnie wysadził. Zapytał czy w takim razie zapłacę 5 JD. Powiedziałem, że nie i wysiadłem za zakrętem. Ten jeszcze do mnie krzyczał, że może jednak 3 JD, ale machnąłem tylko ręką i pojechał sobie. Po chwili zatrzymało się kolejne auto z jakimiś robotnikami i zabrało mnie do samego Ammanu bez żadnego płacenia. W końcu nie po to stworzono autostop, aby za niego płacić :))

Tym oto sposobem znów jestem u Selmo. Jutro rano jadę już bardziej na południe do Karak i jak dobrze pójdzie, to wieczorem powinienem dotrzeć do Wadi Musa (Petra).

Pozdrawiam ciepło: Darek

Piątek, 29 maja 2009

Wczoraj, czyli 28.05 wyjechałem z Ammanu. U Selmo zostawiłem garść przewodników, które nie będą mi zupełnie potrzebne podczas mojej pętli po Jordanii. Odbiorę je od niego, gdy będę już wyjeżdżał z Jordanii. Przed południem udałem się minibusem do Karak, ok 100 km na południe od Ammanu. Najpierw facet, który zbierał dinary za przejazd, chciał ode mnie podwójna cenę, bo twierdził, że mój duży plecak zajmuje jedno wolne miejsce. Wytłumaczyłem mu na migi, że postawię go na podłodze i zwolnię mu to 1 miejsce. Tak tez zrobiłem i opuściłem ruchliwy Amman. Podróż do Karak zeszła bardzo szybko. W Karak mieści się wielka forteca z widokiem na pustynię z jednej strony i Morze Martwe z drugiej. Musiałem się mocno natrudzić, aby wdrapać się na górę z klepiska nazywanego przez mieszkańców dworcem autobusowym. W końcu osiągnąłem swój cel. Jakiś facet w restauracji zaproponował mi darmowe przechowanie bagażu. Pomyślałem, że może to być niebezpieczne, ale gdy zobaczyłem kilka innych plecaków w jego knajpie, zdecydowałem się. W ten sposób nie musiałem zwiedzać fortecy z ciężkim garbem. W środku fortecy poznałem Jima z Londynu, który do Jordanii przyjechał tylko na 10 dni ze swoją żoną. Pogadaliśmy chwilkę, po czym Jim życzył mi powodzenia na dalszej trasie i pożegnaliśmy się. Sama forteca nie rzuca specjalnie na kolana, szczególnie, że jest w trakcie renowacji i mnóstwo tam panów z taczkami, łopatami i kilofami. Widoki z jej górnego poziomu rekompensowały jednak trudy podejścia. Gdy poszedłem odebrać swój plecak, wypadało skorzystać z usług gastronomicznych owej restauracji, wiec zjadłem falafela i rozpocząłem mój marsz z powrotem na dół w stronę dworca. Chciałem jeszcze tego samego dnia przedostać się z przesiadką do Petry (Wadi Musa), zaliczanej do jednego z najnowszych cudów świata. Gdy tak szedłem w dół, nagle minął mnie jakiś samochód, po czym zatrzymał się na poboczu. Kiedy podszedłem bliżej, okazało się, że to Jim z żoną. Zapytali, czy mnie gdzieś nie podwieźć, bo wlaśnie jadą do... Petry :) Nie ma to jak porządny fart. Wsiadłem i ruszyliśmy. Zamiast jechać ruchliwą i mało ciekawą autostradą przez pustynię, pojechaliśmy widokową trasą przecinająca stronę góry i głębokie doliny przez Tafile. Miejscami widoki były powalające. Głównie widać było suche jak pieprz góry w kolorze żółtawo-piaskowym i gdzieniegdzie jakieś oazy lub mini-zbiorniki retencyjne. Krajobraz jak z Marsa. Wydawał się on nie kończyć.

Po niecałych 2 godzinach dojechaliśmy do Wadi Musa, głównego miasteczka obsługującego turystów (hotele, restauracje i sklepy), odwiedzających położoną 4 km dalej Petrę. Wcześniej miałem załatwiony nocleg u Nawafa, prawdziwego beduina mieszkającego w malej wiosce kilka kilometrów od Wadi Musa. Odebrał mnie z centrum i od razu pojechaliśmy do jego rodzinnej miejscowości - Umm Sayhoun. Przedstawił mnie swojej rodzinie i usiadł na chwilę na internecie i telefonie, gdyż prowadzi 1-osobowa agencję turystyczną i musiał załatwić kilka spraw. Porozmawialiśmy chwilkę, po czym stwierdził, że jest bardzo zajęty dziś i powiedział, że będę spal u jego znajomej z Holandii, która mieszka w kolejnej wiosce - Al Beidha. Zgodziłem się, bo przecież nie miałem innego wyjścia. Nawaf zawiózł mnie więc do niej i zostawił tam. Owa Holenderka (zapomniałem, jak miała na imię) okazała się przemiłą osobą. Pochodzi z Bredy, jest muzułmanką i kilka m-cy temu kupiła ten dom w Al Beidha, by tu pomieszkać jakiś czas. Z kolei sama wioska położona jest wśród dzikich gór, przy drodze z Wadi Musa nad Morze Martwe, a wokół są same obozy nomadów. Od Wadi Musa dzieli ją ok. 9 km asfaltowej drogi.

Okazało się, że jesteśmy zaproszeni na kolację do jej sąsiada o imieniu Talal. Fantastyczna wiadomość,, bo już trochę zgłodniałem, pomyślałem sobie :) Talal najpierw podal zakąskę w formie schłodzonego arbuza, a następnie obficie słodzoną beduińską herbatę. Pyszna była i świetnie gasiła pragnienie. Po chwili przyniósł obrus w postaci szerokiej folii nylonowej, ponieważ zaraz miało się pojawić danie główne, przygotowane przez siostry Talala. Była to tradycyjna jordańska potrawa o nazwie mensif. Przyrządza się ją kładąc na spod szerokiej (wspólnej dla wszystkich biesiadników) misy płaski arabski chleb. Na chleb kładzie się wilgotny i kleisty ryz. Następnie na ryżu układa się mięso. Zwykle jest to mięso kozie lub kurczak. Wczoraj miałem to szczęście, że był kurczak w formie gotowanych udek z jakimiś egzotycznymi przyprawami. Oczywiście nie było żadnego stołu. Jedliśmy siedząc na podłodze na wielkich poduchach, misa z mensifem też stała na podłodze. Nie było również sztućców. Jedliśmy, używając jedynie rąk, tak jak jedzą beduini. Trzeba było wziąć około pół garści ryżu, zrobić z niego mini-kulkę i podać sobie do ust. Do tego odrywało się po kawałku białego mięsa z kurczaka. Przyznam, ze najadłem się porządnie, a sama potrawa była pyszna. Spać poszedłem wcześnie, gdyż dziś czekała mnie bardzo wczesna pobudka.

Dziś wstałem o 4.00 rano. Jak wiadomo Petra jest największą atrakcją turystyczną Bliskiego Wschodu (najbardziej rozreklamowana). Bramy otwierają o 6.00, a ja chciałem być tam jak najwcześniej z dwóch powodów. Po pierwsze chciałem uniknąć strasznych tłumów, jakie suną przez cały kompleks Petry od godziny 9 do 10, a także uniknąć palącego upału, jaki tu panuje w godzinach okołopołudniowych. Czekało mnie 9 km marszu po ciemku, stąd ta wczesna pora pobudki. Idąc tak w środku nocy, mijałem po drodze kilka obozowisk beduińskich z palącymi się ogniskami i ujadającymi w moim kierunku psami. Przejście tych 9 km zajęło mi ok 1,5 godziny. Dotarłem do bram Petry i kas biletowych kilka minut przed godziną 6.00. Wokół nie było żywej duszy poza 4 podróżnikami z Anglii i 1 kundlem, który miał wielką ochotę, aby ktoś go pogłaskał. Właśnie o taką ciszę i spokój o wschodzie słońca mi chodziło. Ucieszyłem się.

Około 1 km za bramami zaczyna się słynny Siq, wąwóz długi na 1,5 km i wąski miejscami na 3-5 m. Jego pionowe ściany osiągają wysokość względną ok. 250 m. Robi to niesamowite wrażenie. A to dopiero początek wrażeń. Po pokonaniu Siq'a dochodzi się do słynnej i pokazywanej we wszystkich przewodnikach hellenistycznej fasady kościoła, zwanego Treasury, zbudowanego pomiędzy 100 r. p.n.e. a 200 r. n.e. Sam kościół i jego fasada wykute są w pionowej ścianie skalnej piaskowca i osiągają wysokość 43 m. Z Treasury idzie się dalej na wzgórze Al-Madbah, skąd roztacza się przepiękny widok na okoliczne góry i doliny. Następnie mija się starożytny amfiteatr i grobowce królewskie, by dotrzeć do ruin starożytnego miasta Petra. Niestety poza kilkunastoma kolumnami i murami fortecy, niewiele zostało do dnia dzisiejszego z tego miasta. Na samym końcu stromej doliny znajduje się kolejny kościół (zwany Monastery), zbudowany w III wieku p.n.e. Ca ły kościół, jak i jego fasada również, wykute są w litej skale. Stylem budowla owa bardzo przypomina Treasury, lecz jest nieco wyższa (50 m) i fasada skierowana jest w przeciwnym kierunku, na zachód. Gdy, wracając, dotarłem znów w okolice grobowców i Treasury, okazało się, że pobudka w środku nocy to był strzał w 10-tkę. Około godziny 12 w tej okolicy przewijały się niesamowite tłumy. Grupy wycieczkowe liczące od kilku do kilkudziesięciu osób. Panował hałas i zgiełk, sprzedawcy pamiątek biegali w tłumie, oferując swoje kiczowate wyroby, inni beduini proponowali jazdę na wielbłądzie, koniu lub osiołku. Inni z kolei mieli bardziej komfortowe środki transportu: 2-osobowe bryczki konne. Wszystko to wyglądało, jakbym był w lunaparku lub na targu, a nie w miejscu uznawanym za architektoniczny cud świata. Cóż, Petra to obecnie maszynka do robienia ogromnych pieniędzy i każdy - nawet małe dzieci - chce na tym ugrać swoje dwa grosze. Wróciłem do Wadi Musa i przez pozostałe popołudnie mam zamiar odpocząć oraz nadrobić braki snu. Jutro rano jadę na pustynię Wadi Rum i pewnie posiedzę tam do niedzieli.

Pozdrawiam: Darek

Niedziela, 31 maja 2009

Wczoraj, tj. w sobotę, wyjechałem z Wadi Musa w kierunku pustyni Wadi Rum. Jedyny autobus na tej trasie odjeżdża z Wadi Musa o 6:30. Ze względu na to, że spałem 9 km za miastem, istniały nikłe szanse, abym załapał się na ten autobus. Podjechałem autostopem z Beida do Wadi Musa i złapałem minibusa do Ma'an, położonego przy głównym szlaku komunikacyjnym Jordanii (autostradzie północ-południe). Stamtąd wsiadłem w kolejny autobus jadący do Aqaby i wysiadłem na skrzyżowaniu z drogą wiodącą w stronę wioski Rum na pustyni. Stala tam jakaś mała furgonetka i jej kierowca proponował mi transport do Rum, ale za jakieś wielkie, nawet jak na polskie warunki, pieniądze. Machnąłem tylko ręką i poszedłem na oddalony o kilkadziesiąt metrów przystanek z wiatą. Było to jedyne zacienione miejsce w okolicy, wiec zjadłem tam śniadanie. Czuć było, że pustynia już blisko, bo upał był niesamowity. Słońce prawie w zenicie.

Zawiązałem na głowie turban (zakupiony jeszcze w Maroko), aby chronił przed słońcem zarówno moją głowę, jak i kark, i zacząłem łapać stopa. Ruch na tej drodze był znikomy. Prawie każdy, kto jechał w tamtą stronę, chciał jakieś chore kwoty za transport w stosunku do odległości, jaką chciałem pokonać (od 3 do 10 USD). Na szczęście tego dnia nigdzie mi się nie spieszyło, wiec każdego płatnego stopa odprawiałem z kwitkiem.

Wreszcie po około pół godziny zatrzymał się jakiś młody chłopak, a gdy zapytałem na migi ile chce za podwiezienie, odpowiedział mi, że nic. Wsiadłem i przejechałem z nim 2/3 zaplanowanej trasy. Pozostało mi jedynie 4 km do Visitor's Centre, gdzie kupuje się bilet do parku narodowego i kolejne 7 km do wioski Rum. Po prawie 1h stania (na szczęście też w cieniu, bo rosło tam jedyne drzewo na trasie), zatrzymał się mini van z grupą turystów ze Szwajcarii. Zabrali mnie. Po drodze kupiłem bilet i za moment bylem w Rum. Tam od razu obskoczyli mnie beduini oferujący przejażdżkę jeepem lub wielbłądem po pustyni o różnym czasie trwania lub z noclegiem w obozie beduińskim na pustyni i nocą spędzoną pod gwiazdami. Noce pod gwiazdami na pustyni już przerabiałem kilka razy w Maroko, a ci faceci chcieli jakieś kosmiczne kwoty za swoje usługi. Postanowiłem, że chcę wziąć jeepa na 2-3 h, zobaczyć kilka fajnych miejsc i wrócić do Rum na nocleg w namiocie. Jednak początkowe ceny nawet za 2-3 h jeepem były bardzo nieprzyzwoite. Postanowiłem wziąć ich na przeczekanie. Rozłożyłem się z moim lunchem, a oni wciąż przekrzykiwali się nade mną. Gdy zobaczyli, że zupełnie nic sobie nie robie z ich towarzystwa i nie jestem nimi zainteresowany, odpuścili i odeszli. W momencie, gdy kończyłem lunch, podszedł do mnie jakiś chłopak. Wyglądał na 20-25 lat. Powiedział, że za połowę tej ceny, którą oferowali tamci, obwiezie mnie po tych miejscach, które chcę zobaczyć. Całość potrwa około 2,5h i możemy ruszyć, kiedy tylko będę chciał. Powiedziałem, że chcę ruszyć ok 16:30, kiedy będzie już lepsze światło do robienia zdjęć. Przez ostatnie 2h przed wyjazdem pokręciłem się trochę po okolicy.

Pustynia Wadi Rum to największa obok Petry atrakcja turystyczna Jordanii, stąd ceny takie wysokie. Różni się ona zasadniczo od wielu innych pustyń na świecie, gdyż poza żółtymi i rudawymi piaskami, jakie ją pokrywają, ogromny obszar zajmują też góry. Przybierają one formę krótkich pasm lub odosobnionych masywów wyrastających ponad poziom piasków na wysokość 300-400 m. W rejonie tym, tuż przy granicy z Arabią Saudyjską, znajduje się też najwyższy szczyt Jordanii - Jebel Umm Adaami - 1832m. Dzięki tak zróżnicowanemu krajobrazowi pustynia ta uchodzi za jedną z najpiękniejszych na świecie. Zgadzam się z tym w pełni. Z tego, co wiem, podobne krajobrazy można spotkać na pustyni w górach Hoggar na południu Algierii czy też na pustyniach w zachodnim USA.

Jak większość największych atrakcji turystycznych danego kraju, tak i Wadi Rum jest mocno skomercjalizowana i wszystko tam kreci się wokół pieniądza. Turyści indywidualni stanowią tam ok. 5% ogółu wszystkich odwiedzających. Większość turystów to grupy autokarowe, lub małe grupki na 1-dniowe wycieczki organizowane przez agencje i hotele z większych miast. Poza mną, spotkałem tam jeszcze 1 Japończyka (oni chyba są wszędzie) i 2 Niemców jeżdżących po Jordanii na rowerach z małymi przyczepkami.

Faez, mój kierowca, zjawił się punktualnie i mogliśmy już ruszać. Najpierw pojechaliśmy do Źródła Lawrenca. Miejsce to od zachodu osłonięte jest prawie pionową ścianą skalną, a w żlebie spadającym spod tej ściany bije małe źródełko. W tym miejscu kręcono słynny film Lawrence z Arabii. Na wschód z kolei rozpościera się widok na rozległą pustynię z wyrastającą z piasku górą, oświetlone ładnie przez słońce chylące się powoli ku zachodowi. Następnie pojechaliśmy na wysoką wydmę, przybierająca o zachodzie słońca kolor pomarańczowy. Wdrapałem się na jej szczyt, gdyż z góry widok był jeszcze ładniejszy. Następnie pojechaliśmy w kierunku masywu Jebel Khazali. Sam masyw wygląda podobnie, jak każdy inny na Wadi Rum. Jednak głęboki wąwóz, jaki się tam znajduje, jest wyjątkowy ze względu na inskrypcje beduińskie na jego brzegach. Jedna z nich w toporny sposób przedstawia nawet kobietę rodzącą dziecko. Z wąwozu pojechaliśmy w stronę jednego z 3 łuków skalnych na tej pustyni: Wadak Rock Bridge. Przez ten fragment miałem okazję osobiście prowadzić jeepa po piaskach pustyni. Było to całkiem ciekawe doświadczenie. Sam łuk skalny też się bardzo ładnie prezentował - szczególnie w promieniach zachodzącego słońca. Po powrocie do Rum szybko zapadł zmrok i cała wieś opustoszała. Pozostały jedynie 4 osoby śpiące w namiotach na campingu (w tym ja). Musiałem wstać dziś rano, ponieważ około 6:30 odjeżdża jedyny minibus do Aqaby. Piszę około, bo tutaj większość minibusów odjeżdża, gdy zbierze się komplet. Spakowałem się i wyszedłem przed camping. Po chwili autobus wyłonił się zza zakrętu. Podjechał, lecz okazało się, że...... już ma komplet. Nie wiedziałem, że startuje z innego miejsca w wiosce. Ale kierowca powiedział, że za 3min będzie jechał jeszcze jeden minibus do Aqaby. Początkowo wątpiłem w jego słowa, ale dwaj inni beduini, którzy zostali na poboczu, utwierdzili mnie w przekonaniu, że tak właśnie będzie. Drugi autobus przyjechał po paru minutach. Wsiadłem i po 2 h bylem w Aqabie - jedynym jordańskim porcie nad Morzem Czerwonym. Na dworcu spotkałem Darka z Polski, który właśnie przyjechał z Izraela i jedzie do Petry. Pogadaliśmy chwilę. Poleciłem mu hotele w Wadi Musa, a on opowiedział mi o swoich planach podróży jachtem dookoła świata, w którą rusza we wrześniu.... :)

Po kilku minutach znalazłem hotel, który oferuje nocleg na dachu, zostawiłem duży plecak i poszedłem na spacer po mieście. Przez cały dzień wieje tak, że głowę urywa. Ale to dobrze, bo upał jest bardziej znośny. Powłóczyłem się po Aqabie i niewiarygodnie brudnej plaży publicznej (śmieci, puszki, gazeta, potłuczone szkło).

Po drugiej stronie zatoki widać izraelski port Eilat, a nieco dalej egipski - Taba. W rejonie Zatoki Aqaba prawie stykają się granice 4 państwa: Egiptu, Izraela, Jordanii i Arabii Saudyjskiej. Po krótkim spacerze pojechałem ok. 10 km na południe od miasta w rejon, gdzie są czyste plaże i niewielkie rafy koralowe. Tam wybrzeże robiło już o wiele większe wrażenie niż w mieście. Ale wiatr był jeszcze mocniejszy. Plaża też nie grzeszyła czystością, ale to było nic w porównaniu do poprzedniej. Spodziewałem się wielu turystów nurkujących z butlą lub fajką, a tu pusto. Głównie Jordańczycy i kilku europejczyków. Połaziłem trochę wzdłuż plaży. Jak na wybrzeże koralowe przystało, woda mieniła się wieloma odcieniami koloru niebieskiego: od błękitu, przez lazur, turkus po głęboki granat. Po kilku godzinach wróciłem do Aqaby. tu dziś śpię, a jutro rano wracam autobusem przez pustynną autostradę do Ammanu. Znów będę spał u Selmo, odbiorę od niego przewodniki, które tam zostawiłem i we wtorek rano pojadę z Ammanu przez Damaszek do Palmiry w Syrii.

Pozdrawiam, Darek

Wtorek, 02.06.2009

Przez ostatnie dni niewiele się działo u mnie. W poniedziałek wyjechałem z Aqaby w kierunku Damaszku. Miałem okazję pokonać tą trasę luksusowym, jak na jordańskie warunki, piętrowym autokarem z klimatyzacją i bardzo wygodnymi fotelami. Po przyjeździe do Selmo w Ammanie, postanowiłem odpocząć przez większość dnia. Byczyłem się więc w chłodnym zaciszu domowym i używałem darmowego internetu do woli :) Szukałem też noclegów w Iranie. Z kolei dziś większość dnia spędziłem w podróży, trzema środkami transportu, którymi w sumie pokonałem ok 400 km. Najpierw rano poszedłem na dworzec autobusowy w Ammanie. Okazało się, że autobus do Damaszku jest dopiero za 3h i taxi kosztuje tylko 2 JD więcej niż autobus. Poczekałem więc pół godziny, aby zebrał się komplet pasażerów (czterech wraz ze mną) i ruszyliśmy do Damaszku w komfortowych warunkach. Razem ze mną podróżowała trzyosobowa rodzina jordańska. Na granicy wpłaciłem podatek wyjazdowy z Jordanii (5 JD), potem dostałem pieczątkę wjazdową do Syrii i znów powitały mnie wszechobecne plakaty i bilboardy prezydenta Syrii, który z wysoka pozdrawia swój naród na każdym niemalże rogu ulicy. Okazało się, że rodzina jordańska po przyjeździe do Damaszku zmierza na ten sam dworzec autobusowy co ja, gdyż też jadą gdzieś na północ Syrii. Dogadałem się z nimi, że razem weźmiemy taksówkę po Damaszku i podzielimy się jej kosztami. Zgodzili się. Po dotarciu na miejsce tak też zrobiliśmy, wzięliśmy pierwszą lepszą taksówkę i poprosiliśmy na terminal autobusowy Harasta. Rodzina dogadała się z taksówkarzem na cenę 50 SYP od osoby. Zaczęli płacić w trakcie jazdy więc ja też dałem moje 50 SYP, ale taksówkarz zwrócił mi mój banknot i powiedział, że ode mnie chce 200 SYP.... Powiedziałem, że mu tyle nie zapłacę, ale nie chciałem się kłócić w czasie jazdy. Postanowiłem poczekać aż dojedziemy na miejsce. Jak już dotarliśmy na dworzec, rodzina jordańska poszła sobie w swoją stronę i zaczął się cyrk z taksówkarzem. Chciałem mu dać te 50 SYP, ale on twardo chciał 200 SYP ode mnie mimo że tamci płacili po 50. Tu nie chodzi nawet o te 3 dolary więcej, jakie chciał ode mnie wyciągnąć, tylko o fakt, że chciał mnie oszukać, jak to zwykle Arabowie oszukują prawie każdego turystę. Postanowiłem powalczyć o swoje. Powiedziałem, że nie dam mu tyle i chciałem wyjąć mój plecak z bagażnika. Taksówkarz zaczął na mnie krzyczeć, machać rękoma i za nic w świecie nie chciał mi oddać plecaka. Po chwili zszedł do 150 SYP, co dla mnie wciąż było nie do przyjęcia. Otworzyłem więc tylne drzwi taksówki i chciałem wyjąć plecak od środka. Ten wskoczył za mną do kabiny, zaczął się ze mną szamotać, gestykulować i jeszcze bardziej krzyczeć, oczywiście po arabsku więc i tak nic nie rozumiałem. Podczas tej pyskówki zszedł do kwoty 100 SYP. Zaczął mnie straszyć tym, że wezwie policję. Powiedziałem mu żeby wezwał, bo na taksometrze widniała kwota 140 SYP za kurs czyli 35/os.... Nagle zza rogu wyszedł policjant i wtedy taksówkarz wyraźnie spuścił z tonu i stał się dość miły. Policjant zaczął wyjaśniać sprawę. Ja łamanym angielskim (żeby policjant zrozumiał) wytłumaczyłem mu w czym tkwi problem. Ostatecznie policjant zrugał taksówkarza i kazał mu wziąć ode mnie to 50 SYP. Podziękowałem mu za pomoc w ujarzmieniu tego agresywnego taksówkarza i poszedłem na autobus do Palmiry. Byłem jednym z ostatnich pasażerów, których brakowało do kompletu więc nie czekałem długo na odjazd. Droga do Palmiry (ok 230 km) minęła dość szybko, choć krajobraz był niezwykle monotonny. Wokół tylko hamada (pustynia kamienista) porośnięta jakimiś niskimi krzewami. Tu i ówdzie mijałem obozowiska nomadów. Nic nadzwyczajnego. Po dotarciu do Palmiry szybko znalazłem przytulny hotelik i postanowiłem zjeść porządny obiad. Wreszcie odpocząłem, emocje opadły i moglem pójść na spacer. W Palmirze znajdują się najsłynniejsze w Syrii ruiny rzymskie a ich wiek datuje się na sam początek naszej ery. Bardzo ładnie to wygląda. Miałem to szczęście, że byłem tam późnym popołudniem kiedy większość 1-dniowych wycieczek autokarowych już sobie pojechała, światło do robienia zdjęć było znacznie lepsze i nie było już tego ogromnego żaru. Przy okazji poznałem samotnego turystę z Basel w Szwajcarii i parę z Poznania. Ci drudzy wracają do Polski pod koniec czerwca i poprosiłem czy mogliby mi wziąć do Polski dwa przewodniki, których już nie będę używał - Syria i Jordania. Leszek i Magda zgodzili się odciążyć mnie, za co jestem im ogromnie wdzięczny. Wyślą mi je z Poznania w paczce do Krakowa. Dziś śpię w Palmirze, a jutro mam do przejechania kolejne około 400 km przez Daer es Zur (małe miasto nad Eufratem) do Qamishle, miasteczka leżącego na granicy syryjsko - tureckiej. Tam chcę przenocować, aby w czwartek rano wjechać do Turcji i skierować się na wschód przez turecki Kurdystan w stronę granicy z Iranem. Nie wiem, kiedy następny raz będę miał dostęp do maila, ale mam nadzieję, że jakoś niebawem. Przez najbliższe 3 dni będę jechał przez mało turystyczne regiony więc czas będę spędzał głównie na przemieszczaniu się. Pozdrawiam, Darek

Czwartek, 04.06.2009

Ostatnie dwa dni były pełne wrażeń głównie tych związanych z przemieszczaniem się oraz z ludźmi i sytuacjami jakie miałem okazje napotkać po drodze. Oczywiście wszystkie były zabawne. W środę 3.06 rano wyjechałem z Palmiry w środkowej Syrii. Najpierw musiałem pokonać całe miasto, aby wyjść na obwodnice i tam zacząć łapać transport w stronę granicy z Turcja. Palmira, podobnie jak większość miast na wschodzie Syrii położona jest na pustyni. W dodatku panuje tam znikomy ruch samochodowy, bo jest to boczna droga. Ale postanowiłem spróbować własnych sił, mimo wszystko. Po ok. 1h czekania (średnio jechało 1 auto na 4 min) udało mi się złapać jakiegoś vana do wioski 70 km dalej, której nazwy nie pamiętam. Trasa wyglądała mniej więcej tak, że prosty odcinek drogi liczył 5-10 km po czym następował lekki wiraż i tak dalej. Gdy już dotarłem do owej wioski, to okazało się, że tamtędy jeździ jeszcze mniej aut, a że słońce wzeszło nieco wyżej na niebie, upał się wzmagał. Tam też stałem ok 1h, po czym zatrzymał się tir. O dziwo kierowca mówił łamanym angielskim i zabrał mnie do nieco większego miasta Deir ez Zour położonego w dolinie rzeki Eufrat. Znów pokonywałem bezkresną syryjską pustynię. Po dotarciu nad Eufrat, miły kierowca tira pojechał do magazynu po towar, a mnie nie pozostało nic innego jak machać dalej. Z tego miejsca do Qamishle (miasta na granicy z Turcja) miałem jeszcze 260 km. Stałem z wyciągnięta ręką na wyjeździe z miasta na dość zakurzonym odcinku drogi, ale tam ruch samochodowy był już potężny (jak na warunki pustynne). Po kilku minutach zatrzymał się nawet luksusowy van, ale 2 arabów powiedziało, że za podwiezienie do Qamishle chcą.... 100 USD. Na szczęście po kilku następnych minutach zatrzymało się jakieś auto. Jechał nim starszy facet z młodszą o ok 20 lat żoną i 2 dzieci. Zabrali mnie do samej granicy z Turcją. Jechało się z nimi szybko i komfortowo, bo auto miało klimatyzację. Po dotarciu na miejsce, szybko znalazłem tani hotelik i poszedłem na rekonesans. Szczególnie zależało mi na zlokalizowaniu przejścia granicznego. Okazało się, że położone jest ono ok 1 km od mojego hotelu i otwarte jest w godzinach 9-15. Można je pokonywać tylko pieszo. Cała okolica zamieszkała jest przede wszystkim przez syryjskich Kurdów. Zresztą próżno było tam szukać kobiet w czadorach czy nawet w chustach. Postanowiłem odpocząć całe popołudnie, poczytać przewodnik po Iranie i porządnie się wyspać. Z tym ostatnim było kiepsko, bo pokój miałem tak nagrzany, że nawet wiatrak niewiele pomagał. Dziś wstałem wcześnie i poszedłem na zakupy. Zjadłem zdrowe śniadanie w postaci melona i kilku bananów. Podrzemałem jeszcze trochę i tuż po 8 rano poszedłem na granice. Dobrze, że wyszedłem tak wcześnie, bo mimo małej ilości osób na przejściu, moja osoba bardzo zainteresowała celników. Procedura otrzymania pieczątki wyjazdowej z Syrii trwała chyba ze 20 min, mimo że przede mną nie było nikogo. Chyba dawno nie widzieli na tym przejściu paszportu z UE. Prawie każdy urzędnik na przejściu dokładnie i długo oglądał mój paszport i każdą pieczątkę jaką w nim mam. Wreszcie gdy już dostałem pieczątkę, pozostało mi jedynie odczekać 10 pozostałych do otwarcia przejścia minut. Wielka brama, jaka dzieli Syrię od Turcji, robi wrażenie. Najpierw otwarto bramę syryjską po czym ponad 20 osób (w tym ja) zostało wpuszczonych do metalowej klatki, między dwoma bramami, gdzie oczekiwaliśmy, aż ktoś ze strony tureckiej łaskawie podejdzie i otworzy bramę turecką. Po dłuższej chwili tak się też stało i wtedy rozpoczął się sprint do okienek tureckich - kto pierwszy ten lepszy, żeby jak najszybciej otrzymać pieczątkę turecką i opuścić przejście. W wyścigu do okienka zająłem 3 miejsce :) Wcześniej jednak wszystkich czekała kontrola medyczna, 2 panie w fartuchach i maseczkach mierzyły każdemu temperaturę wkładając na kilka sekund do ucha elektroniczny termometr. To badanie było chyba w związku ze świńską grypą. Przeszedłem test pomyślnie. Moja wielokrotna wiza turecka kończy się 8.06 i celnicy powiedzieli początkowo, że muszę kupić nową wizę, bo myśleli że zostaje w Turcji dłużej. Gdy wytłumaczyłem im na migi, że tylko 2 dni i że jutro wjeżdżam już do Iranu, dali mi wreszcie pieczątkę i życzyli udanej podróży. Mogłem wreszcie opuścić granice i wejść do miasta Nusaybin. Z tego też miejsca zacząłem łapać kolejny transport na wschód w stronę gór tureckiego Kurdystanu. Najpierw padło na tira, który docelowo jechał do Iraku a wiózł jakieś wielkie konstrukcje z metalu. Jechałem nim 90 km, jednak ze względu na wieziony ładunek, nasza średnia prędkość oscylowała wokół 40 km/h. Dodatkowo droga wyglądała tak, jakby wczoraj przejechało po niej 1000 czołgów zostawiając spustoszenie i tysiące dziur. Takiej nawierzchni dawno nie widziałem. Gdy wysiadłem z tira w małym mieście Cizre nad rzeką Tygrys, szybko złapałem pick up'a na kolejne 50 km. Pokonałem je dość szybko, jednak z miasteczka Sirnak już było gorzej złapać stopa, bo im dalej na wschód i im bliżej wysokich gór, tym ruch był coraz bardziej znikomy. Na szczęście po niecałej 1h zatrzymała się ciężarówka wioząca najpopularniejsze w Turcji piwo - Efez :) Plecak do chłodni, ja do szoferki i jedziemy. Po chwili kierowca zapytał czy pije piwo. Odpowiedziałem twierdząco. Zatrzymał się, wyjął mi zimne piwo Efez z paki i tak jechałem przez piękne góry racząc się zimnym piwem. Po 50 km musiałem jednak wysiąść, bo moja ciężarówka skręcała gdzieś w bok. Miałem farta, bo po 10 min zatrzymała się wygodna honda z jakimiś 2 tureckimi biznesmenami, którzy zabrali mnie przez najbardziej widokowy odcinek dzisiejszej trasy do Hakkari. Po drodze mijaliśmy wysokie przełęcze, piękne rzeczne doliny, wioski rozsiane po górach i serpentyny górskie. Co najbardziej utkwi mi w pamięci z tej trasy, to ilość wojska na drodze. Posterunki kontrolne były średnio co 10-15 km: głównie na ważnych skrzyżowaniach, na przełęczach lub przy strategicznych mostach. Na każdym takim posterunku żołnierze uzbrojeni po zęby sprawdzali nasze dokumenty. Wcześniej pisałem, że w Libanie było dużo wojska na ulicach, ale w Kurdystanie jest go zdecydowanie więcej. Kilka razy na drodze mijaliśmy też konwoje z pojazdami opancerzonymi i wozami z wyrzutniami rakietowymi. Robiło to wrażenie. Jednak na każdym posterunku żołnierze uśmiechali się do mnie i byli bardzo mili. Nie często zdarza im się tam widzieć turystę z Europy. Gdy dojechałem do Hakkari, wysadzono mnie na obwodnicy miasta w głębokiej dolinie rzecznej przy kolejnym posterunku wojska. Obok leżały ogromne hałdy posezonowego śniegu. Nad głowami dominowały szczyty górskie przekraczające 3000 m wysokości. Zapadał już zmrok i zaczęło się robić chłodno. Dwaj biznesmeni z którymi jechałem oraz żołnierze zatrzymali dla mnie pierwszy przejeżdżający samochód. Okazało się, że jest to taxi. Nakazali taksówkarzowi zawieźć mnie do Yuksekova, miasta położonego już tylko 30 km od granicy z Iranem. Gdy zapytałem ile to będzie kosztować, powiedzieli że gratis. Taksówkarz przytaknął. W ten sposób ostatnie 70 km pokonałem taksówka na stopa. Jestem teraz w Yuksekova, wziąłem jakiś przytulny hotelik i jutro rano jadę na granicę z Iranem. Tam będę musiał nieco zmienić odzienie, krótkie spodenki będę musiał na ok 1 miesiąc schować w plecaku i założyć długie spodnie. W końcu Iran to nie przelewki :) Jutro na pewno dotrę do 1 większego miasta za granicą - Orumiyeh, a jak dobrze pójdzie to może nawet do Tabrizu. UWAGA!!!!! W Iranie nie będę już miał zasięgu, ale postaram się kupić lokalną kartę SIM i jak tylko będę już miał irański nr tel, to podam go do wiadomości. Pozdrawiam, Darek

Sobota, 06.06.2009

Mój irański numer telefonu to +98 937 934 8351. Można do mnie dzwonić i wysyłać smsy, ale już sprawdziłem, że nie dochodzą do mnie smsy wysyłane z numerów ery. Nie można do mnie też zadzwonić z tej sieci. Z numerów orange można pisać smsy, one dochodzą, ale nie wiem jak z rozmowami. Nie wiem też jak jest z siecią plus gsm. Jestem już w Tabriz, największym mieście w pn.-zach. Iranie.

W piątek rano wyjechałem z Yuksekova w kierunku Esendere (przejście graniczne). Znów miałem szczęście, bo na drodze, na której był znikomy ruch zatrzymał mi się pierwszy samochód jaki mnie minął. Był to jakiś mały, stary renault a w środku siedziało już... 6 osób (dwie z przodu i cztery z tylu). Usiadłem wiec jako druga osoba na siedzeniu pasażera z przodu i ruszyliśmy. Na szczęście 3 osoby wysiadały po 10km, więc zrobiło się luźniej :) Po dotarciu na granice, udało mi się przejść turecką i irańską kontrolę paszportową w około 15 minut, co było dla mnie dużym zaskoczeniem. Spodziewałem się o wiele dłuższego czasu oczekiwania. Zostało mi sporo lir tureckich, ale na granicy nie było ani jednego kantora. Na szczęście znalazł się bardzo pomocny Irańczyk znający kilka slow po angielsku. On poszukał jakiegoś człowieka, który wymienił mi liry na irańskie riale po dość niezłym kursie. Jeśli chodzi o walutę, to w Iranie obowiązują riale (1 USD = 9700 riali), ale większość ludzi używa wciąż nazwy starej waluty (toman). 1 toman = 10 riali. Tak więc w knajpie, sklepie czy hotelu mówią do mnie np: 1000 tomanów, a w rzeczywistości trzeba wtedy zapłacić 10.000 riali. Dla turysty z Europy jest to początkowo dość zagmatwana sytuacja, ale po pewnym czasie można się przyzwyczaić. Trzeba tylko szybko przeliczać kwoty w głowie. Wydaje mi się, że już jestem na etapie rozumienia ich sposobu podawania cen. Z przejścia granicznego złapałem taxi do Orumiyeh, pierwszego większego miasta za granica (50km). Dystans ten pokonałem najpopularniejszym autem w Iranie (miejscowej produkcji) marki Paycan.

W Iranie jest już całkiem inna kultura niż w Syrii, Libanie czy Jordanii. Irańczycy mówią w języku farsi (zbliżony do perskiego), ale używają alfabetu bardzo podobnego do arabskiego. Wszędzie po drodze wiszą wielkie portrety Chomeiniego oraz prezydenta Iranu. Pełno też innych bilbordów o tematyce politycznej, gdyż w najbliższy piątek w Iranie będą wybory prezydenckie. Piątek to zresztą święty dzień islamu i właśnie w ten dzień wjechałem do Iranu. Większość sklepów i wszystkie instytucje są wtedy zamknięte, ruch samochodowy jest mniejszy, a ludzie wypoczywają na kocach w parkach i na skwerach urządzając sobie pikniki. W piątek miałem też problemy z kupieniem irańskiej karty sim, ale znalazł się bardzo miły człowiek, który pomógł mi w tym. Karta kosztowała 7 USD, a doładowanie 2 USD. Najpierw trzeba było pójść do małego kiosku i kupić sama kartę. Później poszliśmy do miejsca, które przypominało centrum telekomunikacji, urządzone w wąskim przejściu między innymi sklepami. Tam trzeba było zarejestrować kartę. Stało tam wiele telefonów na kartę, fax i wielkie biurko, za którym siedziała młoda kobieta w chuście na głowie. Spisała ona moje wszystkie dane z paszportu (wraz z xero paszportu i wizy), adres, imiona rodziców, wykształcenie i cel podróży. Jak widać wszystko musi być pod ścisłą kontrolą. Powiedziała, ze rejestracja karty powinna zająć kilka godzin i ze karta będzie aktywna wieczorem lub najpóźniej dziś rano - inshallah (jeśli Allah pozwoli). Z Orumiyeh udałem się autobusem do Tabrizu. Pokonanie dystansu 140km kosztowało 1,5 USD. Autobus przez ok 30 km jedzie wąską groblą usypaną na Jeziorze Orumiyeh w jego najwęższym miejscu (wcześniej kursował tu prom). Dzięki tej grobli, podróż skraca się o prawie połowę.

Po dotarciu do Tabriz, dość długo szukałem hotelu, bo był on sprytnie ukryty miedzy ciasnymi uliczkami. W końcu się udało. W Iranie widoczne są wielkie różnice kulturowe oraz to, ze kobiety są zupełnie inaczej traktowane niż w Europie. Muszą one być zakryte od stop do głów, nosić szerokie czarne narzuty na ciele (aby nie było widać ich kształtów) i wielokrotnie czarne cienkie rękawiczki. Starsze kobiety zakrywają też prawie całą twarz. Wnętrze autobusów komunikacji miejskiej jest podzielone na 2 części, przód jest zarezerwowany tylko dla mężczyzn, a z tyłu siedzą same kobiety. Nie ma możliwości zamiany... Przed wjazdem do Iranu wiele słyszałem na temat wielkiej gościnności Irańczyków i ich serc, które są szeroko otwarte na turystów z Europy. Jak na razie potwierdza się to w 100%. Idąc ulicą co chwilę mnie ktoś zaczepia, uśmiecha się do mnie (dziewczyny w chustach też), pyta skąd jestem, jak mi się podoba Iran itp. Bardzo dużo ludzi chce zamienić ze mną choćby dwa słowa, lub po prostu podać mi dłoń i przywitać się ze mną. Okazuje się, ze mam dużą przewagę nad innymi turystami, ze względu na moje imię. Jak wiadomo Dariusz to imię perskie. Gdy pytają mnie jak mam na imię, a ja mowie że Dariusz, ich oczy robią się okrągłe jak guziki ze zdziwienia, a na ich twarzach pojawia się szeroki, przyjazny uśmiech. Są bardzo pozytywnie zaskoczeni i nie mogą wyjść z podziwu jak cudzoziemiec z dalekiej Europy może nosić perskie imię. Wiele osób proponuje mi wspólne wypicie herbaty, by móc nieco dłużej ze mną porozmawiać.

Ogólnie spotykam się tu z ogromną gościnnością i serdecznością na każdym kroku. Dziś rano pojechałem na dworzec autobusowy, by kupić bilet do Teheranu. Mam autobus o 22:00 i będę jechał luksusowym klimatyzowanym autokarem przez ok 10 h pokonując ok 600 km drogi za kwotę 7 USD. Gdy pan kasjer dowiedział się jak mam na imię, od razu zaparzył herbatę i pogadaliśmy chwilę. W Iranie jest mnóstwo banków i bankomatów, jednak ze względu na embargo i blokadę międzynarodowych systemów bankowych, europejskie karty kredytowe i debetowe są tu całkowicie bezużyteczne. Nie ma też możliwości wymienienia czeków podróżnych. W grę wchodzi tylko czysta gotówka. Króluje dolar, mniejszym powodzeniem cieszy się euro, jeszcze rzadziej funt. Poszedłem więc wymienić 100 USD do banku. Bardzo miła Pani w chuście mówiąca dobrze po angielsku powiedziała, ze musi najpierw zadzwonić do centrali, aby sprawdzić dzisiejszy kurs. Potem wzięła mój paszport, skserowała stronę z danymi oraz wizę, wypełniła kilka formularzy w różnych kolorach, które musiałem podpisać. Spisała serie i nr banknotu 100-dolarowego i po ok 20 min załatwiania tych wszystkich formalności, mogłem otrzymać gotówkę. Wszystko odbywało się w przemiłej atmosferze, bo Pani spytała mnie jak mam na imię.... :) Abym się nie nudził, podano mi oczywiście herbatę, cukier i jakieś ciasteczka. Gdyby polskie banki tak traktowały swych klientów, byłoby świetnie. Postanowiłem się następnie poszwędać po mieście. Nie ma tu wiele ciekawych rzeczy w porównaniu z innymi miastami w Iranie. Odwiedziłem Błękitny Meczet, błękitny jedynie z nazwy, gdyż zbudowany jest z cegieł. Jedynie na fasadzie są pozostałości błękitnych kaligrafii i islamskich ornamentów. Podszedłem też pod Wielki Meczet, ale akurat był czas modłów więc nie wchodziłem do środka. Następnie udałem się na kryty bazar, gdzie znajduje się kilkaset różnych budek i sklepików. Sprzedają tam głównie artykuły spożywcze, egzotyczne przyprawy, zioła, biżuterie i perskie dywany. Od razu zaczepił mnie jakiś facet chcący mnie poznać i oprowadził mnie po labiryncie bazarowych uliczek. Był przemiły, niestety wszystkie zęby miał spróchniałe...

Następnie z czystej ciekawości poszedłem do informacji turystycznej. Wszedłem na 1 piętro ażurowego budynku. Na drzwiach wisiało wiele naklejek różnych biur podróży z Europy i Ameryk. Była też naklejka Wisły Kraków (!!!) i poznańskiego biura podróży organizującego wyprawy trampingowe... Wyszedł do mnie jakiś pan i łamaną polszczyzną spytał mnie czy jestem z Polski. Tak - odpowiedziałem. A on wtedy do mnie "mordo Ty moja, wymiatam zajebiście po polsku". To był Nasser Khan. Znał też wiele innych polskich zwrotów jak: "chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie", "byłem luzak, ogier i podrywacz", "w mordę jeża".... Znał też kilka polskich przekleństw w tym te najbardziej popularne :) Okazało się, że kiedyś miał jakąś bliską przyjaciółkę ze Szczecina i zna wielu Polaków. Dzięki temu zna też trochę język polski. Oczywiście wypiliśmy herbatę i obejrzeliśmy fragment drugiej połowy meczu Korea - Iran (0:0) w kwalifikacjach do mistrzostw świata. Dał mi swój adres email. Wpadnę do niego jeszcze na herbatkę wieczorem przed wyjazdem do Teheranu. Jutro rano melduje się w stolicy i od razu lecę zlokalizować ambasady: uzbecką i turkmeńską, żeby później po niedzieli nie szukać ich nerwowo, tylko iść jak w dym. Ciekawe jak mi pójdzie załatwianie wizy uzbeckiej i turkmeńskiej. Jak na razie to dla mnie wielka niewiadoma, więc trzymajcie kciuki, aby się powiodło i nie zajęło zbyt wiele czasu.

Pozdrawiam, Darek

 

Wtorek, 09.06.2009

W sobotę wieczorem wyjechałem z Tabrizu w kierunku Teheranu. Już sam dworzec autobusowy w Tabrizie zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie: czysto, porządek, miła, pomocna obsługa i dużo wygodnych autobusów. Jednym z nich przyszło mi jechać nocą do Teheranu. Wygodny autokar z klimatyzacja, wygodnymi, szerokimi, rozkładanymi fotelami i mnóstwem miejsca na nogi. Po rozłożeniu fotela można było prawie przyjąć pozycje leżącą. Mało tego, na pokładzie serwowano wodę i jakieś drobne przekąski w cenie biletu. A bilet za odcinek 600 km kosztował.... 7 USD.

Po dotarciu do Teheranu spotkałem się z Arashem, pilotem wycieczek i dziennikarzem, u którego zatrzymałem się na 3 noce. Bardzo miły i ogromnie pomocny człowiek. Zostawiłem rzeczy u niego i poszedłem w niedzielę w południe na rekonesans. Chciałem jak najszybciej zlokalizować ambasadę uzbecka i turkmeńską. W Teheranie mieszka około 14 mln ludzi, ruch samochodowy jest ogromny (zwykły europejczyk nie jest sobie tego w stanie wyobrazić) i miasto to uchodzi za jedno z najbardziej zakorkowanych na świecie. Cale szczęście są 3 linie metra i wiele następnych jest w zaawansowanym stadium budowy. Dotarcie w rejon ambasad zajęło mi prawie 2 h. Kolejne 2 h zajęło mi zlokalizowanie tychże ambasad. Uważam to za mój mały sukces, bo ambasady te są "ukryte" w bardzo ciekawy sposób pomiędzy innymi wysokimi budynkami. Okazało się też, że uzbecka sekcja konsularna jest oddalona ok 1km od ambasady uzbeckiej i "ukryta" w niesamowity sposób w ślepym zaułku :) Po intensywnej niedzieli nadszedł równie intensywny poniedziałek. Moje zaproszenie do Uzbekistanu miało być gotowe na piątek, ale z niewiadomych przyczyn procesu wydawania zaproszenia nieco się wydłużyły w ministerstwie w Taszkiencie. Z tego powodu od rana w poniedziałek czekałem nerwowo na wieści z Taszkientu. Wreszcie moja znajoma Ola, która załatwiała mi zaproszenie, zadzwoniła do mnie z dobrą informacją: zaproszenie jest gotowe i za ok 2h zostanie wysłane do ambasady. Było już jednak na tyle późno, że nie zdążyłbym tam dojechać przed zamknięciem sekcji konsularnej. Pochodziłem więc trochę po mieście, które poza korkami jest jednym wielkim molochem i niewiele ciekawych rzeczy można tu zobaczyć.

Odwiedziłem miejsce, gdzie do lat '70 znajdowała się ambasada USA. Jednak około 40 lat temu Amerykanie zostali stad wprost wypędzeni. W miejscu tym ma teraz siedzibę jakaś fundamentalistyczna partia polityczna. Na murach są pozostałości godła USA, pomazanego farbą i wiele antyamerykańskich haseł po angielsku, nawołujących do zniszczenia obrażających USA. Prawie wszystkie hasła to cytaty Imama Chomeiniego - byłego duchowego przywódcy Iranu. Niektóre z haseł: "USA jest zbyt słabe, by moc cokolwiek zrobić"; "Wiedzcie, że USA jest najbardziej znienawidzonym państwem wśród wszystkich na świecie"; "Down with the USA!", płonące flagi USA i Izraela; statua wolności, która zamiast głowy ma czaszkę kościotrupa.... itp... Powiem szczerze, że robi to niesamowite wrażenie. Później poszedłem jeszcze na główny plac Teheranu, noszący oczywiście imię Imama Chomeiniego. Jestem w kolejnym muzułmańskim kraju, w którym mam okazję być świadkiem kampanii wyborczej. W najbliższy piątek 12.06 naród irański wybierze swojego nowego prezydenta. Na ulicy już teraz widać bardzo intensywną kampanię. Mnóstwo ludzi maszeruje z flagami Iranu i podobiznami kandydatów, auta są oblepione ulotkami wyborczymi i zdjęciami kandydatów, a na głównych placach i rondach odbywają się wiece i demonstracje wyborcze, które doprowadzają do jeszcze większych korków. Wczoraj byłem świadkiem takiej demonstracji: tłum ludzi wrzeszczący na rondzie, wymachujący flagami i trzymający w górze zdjęcia jednego z kandydatów.

Dziś wstałem o 5:30, gdyż chciałem być jak najwcześniej przy sekcji konsularnej Uzbekistanu. Podróż w tamtą stronę zajęła mi 2 h: taxi, metro, jeszcze jedno metro, potem autobus i jeszcze jakieś 2 km na piechotę. Ufff :) Byłem tam 1 h przed otwarciem i bylem pierwszy w kolejce. O to mi chodziło. Okienko otwarło się o czasie i cala procedura otrzymania wizy zajęła 15-20 min. Byłem bardzo mile zaskoczony, a moja kieszeń zeszczuplała o 93 USD. Bardzo miła Pani zrobiła mi tez ksero wizy uzbeckiej (potrzebne do ubiegania się o wizę tranzytową turkmeńską) i stamtąd prawie pobiegłem do ambasady Turkmenistanu. Tam już mówili tylko po rosyjsku, ale jakoś udało mi się dogadać z moim kulawym rosyjskim :) Pan wziął ode mnie tylko ksero paszportu, ksero wizy uzbeckiej i powiedział, ze jeśli odpowiedz z Aszhabatu będzie pozytywna, to 5-dniowa wiza tranzytowa będzie gotowa za 10-14 dni. Będę ją mógł odebrać w Mashhadzie, dużym mieście na pn.-wsch. Iranu, nieopodal granicy z Turkmenistanem. Tak też zrobię. Dziś idę jeszcze połazić po centrum (Pałac Golestan, bazar, meczet Imama Chomeiniego) i zamierzam odpocząć po tym wizowym maratonie. Jutro natomiast być może pojedziemy z Arashem i jego znajomymi na około 3 dni na pn.-wsch. Iranu: nad Morze Kaspijskie, w góry i pod granice z Turkmenistanem.

Pozdrawiam serdecznie, Darek

Sobota, 20 czerwiec 2009

Tak jak zaplanowaliśmy z Seanem i Edwardem w czwartek wieczorem, pojechaliśmy nocnym autobusem z Yazd w stronę Shiraz. Chcieliśmy wysiąść tuż przed wschodem słońca koło Persepolis (45km przed Shiraz), aby zwiedzić to piękne miejsce. Poprosiliśmy więc managera naszego hotelu, aby napisał nam na kartce z języku farsi, że chcemy wysiąść właśnie koło

Persepolis, niezależnie od pory. Pokazaliśmy tą karteczkę kierowcy naszego autobusu. Długo nie mógł zrozumieć, dlaczego 3 samotnych turystów chce wysiadać z autobusu w środku nocy na autostradzie. W końcu kiwnął twierdząco głowa, czyli zrozumiał, o co nam chodzi. Sam autobus jak zwykle był bardzo komfortowy i kosztował jakieś śmieszne pieniądze. Kierowca obudził nas w środku nocy twierdząc, że to już tu powinniśmy wysiąść. Wysiedliśmy, wzięliśmy bagaże. Kierowca pokazał nam znak wskazujący (wg niego) drogę do Persepolis i odjechał. Była 1:20 w nocy.... Wyciągnąłem mapę i przewodnik i okazało się, że wysiedliśmy ok. 60-70 km za wcześnie. Fakt, znak ten wskazywał drogę do ruin, ale nie do Persepolis, lecz do innych, którymi nie byliśmy bardzo zainteresowani. Konsternacja... Na szczęście kilkaset metrów dalej był posterunek policji. Poszliśmy tam zapytać o jakąkolwiek pomoc. Oczywiście żaden z policjantów nie mówił po angielsku więc dogadywaliśmy się głównie na migi. Po kilku minutach zbiegł się cały komisariat (ok. 8 policjantów i żołnierzy). Trzech turystów z 3 różnych krajów na środku autostrady w środku nocy to niecodzienny widok w Iranie. Najpierw zaproponowali nam herbatę i ciasteczka. Chętnie skorzystaliśmy. Później zaczęli czyścić i ładować broń... Okazało się, że mają zmianę warty. Po chwili gestem wskazali nam drogę do wyjścia. Wsadzili nas na pakę policyjnego radiowozu i ruszyliśmy: my + 4 policjantów. Nie za bardzo wiedzieliśmy dokąd jedziemy, ale widać było że są do nas bardzo przyjaźnie nastawieni i chcą nam pomóc. Po chwili dotarliśmy do parkingu i stacji benzynowej. Policjanci postanowili złapać nam jakiś autobus. Dwóch z nich zaczęło patrolować autostradę z włączonymi kogutami w poszukiwaniu jakiegokolwiek autobusu, a dwóch pozostałych zostało z nami na parkingu, aby nam się krzywda nie stała. Po chwili wyciągnęli papierosy i zapalniczkę i zaczęli palić w odległości 2 m od dystrybutora!!!

Za chwilkę na stację wjechał autobus pilotowany przez "nasz" radiowóz :)

Policjanci polecili kierowcy zabrać nas i wysadzić przy Persepolis. Tak też się stało. Po niecałej godzinie jazdy byliśmy już przy właściwym znaku wskazującym drogę do Persepolis. Oto nam chodziło od początku.

Brakujące 5 km od autostrady do ruin pokonaliśmy pieszo jeszcze prawie po ciemku. Do Persepolis dotarliśmy o świcie, troszkę zmęczeni po słabo przespanej nocy :)

Musieliśmy poczekać chwilę na otwarcie kas, a potem mogliśmy wejść do kompleksu ruin jako pierwsi odwiedzający je tego dnia. Persepolis zostało zbudowane przez największego króla perskiego – Dariusza Wielkiego - ponad 24 wieki temu i wtedy znajdowało się w centrum jego imperium. Dziś po dawnej świetności tego miasta-twierdzy pozostało kilkanaście stojących i wiele zburzonych kolumn, kilka pięknych bram z płaskorzeźbami, sala audiencyjna otoczona płaskorzeźbami oraz posągi byków i lwów. Ujrzenie na własne oczy tej najbardziej znanej atrakcji turystycznej Iranu było ciekawym doświadczeniem.

Następnie pojechaliśmy minibusem do Shiraz. Tu postanowiliśmy się rozdzielić, bo Sean i Edward zostawali na noc w Shiraz, a ja postanowiłem jechać dalej nocnym autobusem. Zostawiłem więc główny bagaż w przechowalni i poszliśmy razem do centrum. Po drodze spotkaliśmy Marko - Szweda z Goteborgu, aktualnie będącego w podróży dookoła świata... Połaziliśmy we czwórkę po mieście. Sam Shiraz nie ma wiele atrakcji turystycznych. Większość turystów traktuje to miasto jako bazę wypadową do Persepolis. Odwiedziliśmy 2 meczety i bardzo dobrze zachowaną fortecę w centrum miasta. Akurat był piątek i czas modlitw, więc większość meczetów była zamknięta dla turystów i nie można też było robić zdjęć wewnątrz.

Marko zmierza przez Pakistan do Chin lub Indii. Obaj zmierzamy więc do Zahedanu w pd.-wsch. Iranie. Zatem postanowiliśmy jechać chwilę razem. Wzięliśmy nocny autobus relacji Shiraz-Kerman i dziś o świcie byliśmy w Kerman. Nie ma tu nic ciekawego, to tylko węzeł komunikacyjny. Pojechaliśmy więc 100 km za miasto do Rayen. Znajduje się tu wielka obronna twierdza zbudowana w całości z gliny i błota. Kiedyś taka największa twierdza znajdowała się w Bam, ale w 2003 roku została prawie doszczętnie zniszczona w wyniku trzęsienia ziemi. Przy okazji zginęło ok. 40.000 ludzi... Dziś Rayen kandyduje do miana najważniejszej 'glinianej twierdzy" Iranu. Po zwiedzeniu Arg-e-Rayen (tejże twierdzy), wróciliśmy do Kerman i pojechaliśmy do Zahedan z przesiadką w Bam. Po drodze towarzyszyły nam tylko i wyłącznie pustynne widoki. Jak okiem sięgnąć po horyzont sama hamada (pustynia kamienista) gdzieniegdzie poprzecinana wyschniętymi dolinami rzek lub zielonymi oazami. Bardzo monotonny krajobraz dlatego większość ostatniego etapu przespaliśmy nadrabiając zaległości snu.

W Zahedanie, który leży 80 km od granicy pakistańskiej i 60 km od granicy afgańskiej, śpię u Masuda. Jest on nauczycielem angielskiego w lokalnej szkole. Jest on też jednym z pierwszych, u których miałem załatwiony nocleg. Co prawda od kiedy zdecydowałem, że nie jadę przez Pakistan, nie miałem powodu jechać do Zahedanu, ale obiecałem Masudowi, że go odwiedzę, więc wypada dotrzymać słowa. Przy okazji nadrobię zaległości internetowe. Na początku najbliższego tygodnia muszę jechać do Mashhad, aby odwiedzić konsulat Turkmenistanu i zapytać czy przyznano mi wizę i czy jest ona już gotowa. Bardzo jestem ciekaw tej wizyty, bo od jej wyniku wiele zależy. Jeśli nie dostanę wizy turkmeńskiej, to będę musiał kupić jakiś lot do Uzbekistanu lub Kirgistanu. Już nawet nastawiłem się psychicznie na taką opcje. Jednak wszystko wyjaśni się w poniedziałek lub wtorek.

Pozdrawiam, Darek

 

 

Środa, 24 czerwiec 2009

W sobotę wieczorem wraz z Marko ze Szwecji dotarliśmy do Zahedanu, a w gościnę przyjął nas Masud. Początkowo Marko chciał spać w hotelu, ale Masud powiedział, że nie ma mowy, że on też powinien spać u niego i być takim samym jego gościem jak ja. Marko przyjął więc zaproszenie i obaj zostaliśmy u Masuda kilka dni.

W niedzielę Masud zabrał nas do swojej szkoły, w której uczy angielskiego. Najpierw przedstawił nas dyrektorowi szkoły, a potem wzięliśmy udział w lekcjach trzech klas. Masud jest samoukiem tzn. nauczył się angielskiego z książek, słownika i kaset oraz płyt. Ma dopiero 19 lat (!), ale jego angielski jest na wysokim poziomie. Ma świetny akcent, lepszy niż nie jeden europejczyk. Przygotowanie pedagogiczne też ma na przyzwoitym poziomie. Ma więc zadatki na świetnego nauczyciela. Najpierw poszliśmy do klasy, gdzie ponad połowa uczniów miała problemy z wyduszeniem 1 słowa po angielsku, jedynie 2 osoby coś tam dukały. Razem z Marko zaczęliśmy trochę przysypiać, bo byliśmy zmęczeni po całodniowej podróży dzień wcześniej. Poprosiłem więc

Masuda, aby wkręcił nas w tok lekcji i zaczął zadawać pytania też nam, abyśmy mogli aktywnie uczestniczyć w lekcji. Spodobało się to zarówno nauczycielowi jak i dzieciakom. Niektóre z nich zaczęły nam zadawać różne pytania: o Polskę, Szwecję, Europę, o nasze wrażenia z Iranu i o wiele, wiele innych spraw. Oczywiście jedno z pierwszych pytań dotyczyło mojego imienia, jak to możliwe i jak to sie stało, że mam perskie imię:)

Po zakończeniu lekcji poszliśmy do klasy, która była na wyższym poziomie zaawansowania i też aktywnie uczestniczyliśmy w lekcji. Druga połowa lekcji została poświęcona na konwersacje. Masud dał wszystkim wolną rękę, tak aby każdy mógł zamienić z nami parę słów, pozadawać różne pytania. W pewnym momencie uczniowie prawie przekrzykiwali się, kto teraz ma zadać pytanie przybyszom z Europy. Na koniec poszliśmy do klasy, która już była całkiem zaawansowana, mniej więcej na poziomie Masuda i nikt z uczniów nie miał problemów ze swobodną rozmową z nami.

Nasza wizyta była głównym wydarzeniem tej lekcji, więc po szybkim sprawdzeniu zadania domowego, dyrektor szkoły przekazał głos uczniom i zaczęła się prawdziwa dyskusja między nimi, a nami na tematy przeróżne. Po zakończeniu lekcji, podeszła do mnie jedna z uczennic i powiedziała, że bardzo było jej miło nas poznać, życzyła nam szczęścia w dalszej podróży. Otrzymałem od niej mały prezent - małą fiolkę z perfumami oraz mały liścik z życzeniami :) Bardzo to było miłe z jej strony.

Wieczorem w niedzielę poszliśmy z znajomymi Masuda do kawiarni. Zamówiliśmy herbatę i fajkę wodną. Po drodze z kawiarni do domu Masud pokazał nam meczet, w którym kilka tygodni temu był.... zamach terrorystyczny. Jakiś fanatyk przyjechał tu z Pakistanu, cały obklejony materiałami wybuchowymi, wszedł do meczetu i wysadził się w powietrze!

Przy okazji odebrał życie ponad 20 osobom. Po tym wydarzeniu policja i wojsko wzmogły kontrolę bezpieczeństwa w mieście i okolicy. Zamknięto także na krótki okres czasu granice z Pakistanem. Jednak samo ujrzenie tego meczetu nie zrobiło takie wrażenia jak to, co zobaczyłem po chwili. Masud pokazał nam w telefonie komórkowym film nagrany w tymże meczecie kilka minut po zamachu. Widok był na prawdę makabryczny... Mnóstwo zakrwawionych ludzi: mężczyzn, kobiet i dzieci. Część z nich martwych, część z poważnymi obrażeniami ciała, broczący we krwi, wielu z nich krzyczących o pomoc... Był to jeden z tych widoków, którego długo nie zapomnę...

W poniedziałek z rana Masud zadzwonił na dworzec autobusowy i zarezerwował mi bilet na wieczór do Mashhad. Tutaj ludzie mają całkiem inne poczucie czasu, więc nikogo nie zdziwił fakt, że autobus odjechał z ponad 1-godzinnym opóźnieniem. Fakt też rekompensowała jego cena: 7 usd za 930 km :) No i ta wygoda - całkiem nowy autobus Volvo z dużą ilością miejsca na nogi. Chciałoby się mieć takie autobusy w Polsce.

Niedoczekanie... Cała podróż z Zahedanu do Mashhadu odbywała się drogą wiodącą wzdłuż granic: najpierw pakistańskiej, potem afgańskiej. Jest to bardzo popularny szlak przerzutu narkotyków z tych dwóch krajów do Azji Zachodniej i dalej do Europy. Stąd też częste kontrole na tej trasie. Kilka razy do autobusu wchodziła policja i wojsko, uzbrojeni po zęby i patrzyli wszystkim prosto w oczy. Czasem wnikliwie przeszukiwali autokar - bagażniki, tapicerkę, przestrzenie za tylnymi fotelami itp. Kilka razy poproszono mnie o wyjście w celu sprawdzenia paszportu. Nie czułem jednak jakiegoś szczególnego zagrożenia. Na pewno w tej części Iranu jest teraz o wiele spokojniej niż np w Teheranie.

Przyjechałem do Mashhad około 9.00 we wtorek i od razu wziąłem z dworca taxi do konsulatu turkmeńskiego. Miałem sporo szczęścia, bo co prawda konsulat czynny jest pn.-sb. oprócz piątku, ale obsługuje turystów indywidualnych tylko we wtorki, środy i soboty. Poniedziałki i czwartki są zarezerwowane tylko dla biur podróży i firm przewozowych.

Po wejściu na teren konsulatu, można poczuć radziecką atmosferę. Każdy ma tam wyraz twarzy Iwana Groznego, pełną powagę i ani grama poczucia humoru. Nie ma też co liczyć na to, że jakiemuś urzędnikowi zdarzą choćby kąciki ust w celu uśmiechnięcia się. Tam rzeczywistość jest zupełnie inaczej postrzegana. Ja starałem się jednak z całych sił porozumieć się z urzędnikiem po rosyjsku. Udało mi się. Powiedziałem, że składałem wniosek o wizę 2 tygodnie wcześniej w Teheranie i że dzwoniłem 2 dni temu do Teheranu (Masud dzwonił w moim imieniu), gdzie opowiedziano mi, że wiza jest gotowa do odbioru. Urzędnik próbował się ze mną przekomarzać, że to nie możliwe, żebym dostał wizę tak szybko i ze na pewno nie mam wszystkich dokumentów ze sobą. Zaskoczyłem go, bo miałem zarówno zdjęcie, jak i kopie paszportu i mojej wizy uzbeckiej.

Chyba wytrąciłem mu z ręki jego ostatnie argumenty, bo podał mi do wypełnienia wniosek wizowy i kazał zaczekać 5 minut, po czym zatrzasnął z hukiem metalowe okienko, przez które z nim rozmawiałem. Już wtedy wiedziałem, że będzie dobrze.

Gdy okienko znów się otwarło usłyszałem po rosyjsku: "Dąbrowski, 35 dolarów proszę". Wręczyłem mu więc odliczoną kwotę, a w zamian otrzymałem paszport ze świeżutką tranzytową wizą turkmeńską. Ważna jest nawet na 1 dzień dłużej niż chciałem. Ładnie podziękowałem i poszedłem na dworzec, aby złapać najbliższy autobus z powrotem do Zahedanu. Znów miałem szczęście, bo najbliższy był za 1h. Ten nie był już jednak tak wygodny jak poprzedni. W dodatku okazało się, że był w o wiele gorszym stanie technicznym. Nad ranem miała miejsce pierwsza awaria, a po niej następowały kolejne. Co chwile zrywały się paski klinowe, a kierowcy nie za bardzo umieli radzić sobie z tego rodzaju usterkami. Ostatnie 40 km przed Zahedanem pokonaliśmy w 2,5 h zatrzymując się pięciokrotnie i jadąc ze średnią prędkością 30-40 km/h.

Dziś rano Masud powitał mnie pysznym śniadaniem. O dziwo, spotkałem jeszcze Marko, który zabawił tu 2 dni dłużej niż planował. Ale szykował się już do wyjazdu. Odprowadziliśmy go do taksówki, która zabrała go na przejście graniczne z Pakistanem. Ja z kolei mam 3 pełne dni na odpoczynek i zebranie sił przed wjazdem do krajów byłego ZSRR. W niedzielę po południu jadę z powrotem do Mashhad, a stamtąd prosto do granicy z Turkmenistanem. Wjadę do tego dziwnego kraju 29.06 po południu. Mam nadzieję, że wszystko odbędzie się bez przeszkód.

Pozdrawiam, Darek

Sobota, 27 czerwca 2009

Grill na pustyni i turkmeńskie absurdy: Przez ostatnie dni niewiele się działo. Głównie odpoczywałem w domowym zaciszu u Masuda, odpisywałem na niezliczona ilość maili, szukałem rożnych danych o krajach Azji Centralnej i zbierałem siły przez wyruszeniem tam. W międzyczasie odwiedziliMasuda jego koledzy wiec chwilami było dość wesoło.Wczoraj 26.06 był jednak najciekawszy z ostatnich dni. Piątek jest dniem wolnym od pracy w Iranie toteż skorzystaliśmy z tego dobrodziejstwa. Wraz z 3 kolegami Masuda pojechaliśmy za miasto. Dwóch z nich poznałem wcześniej w czasie lekcji angielskiego w szkole. Poczałkowo jechaliśmy w stronę przejścia granicznego z Pakistanem, lecz w Mirjaveh (4km od przejścia) skręciliśmy na południowy wschód i dojechaliśmy do Ladiz, malej wioski na pustyni. Obaj koledzy Masuda ze szkoły pochodzą z tej malej miejscowości wciśniętej miedzy góry a pustynie. Wcześniej przygotowali dla mnie specjalny strój, który jest najbardziej popularnym ubiorem w stanie Beluczistan w Iranie (gdzie teraz jestem) i nosi go większość mężczyzn. Wszystko po to, abym nie rzucał się w oczy na ulicy jako obcokrajowiec. Ubrałem wiec szerokie spodnie, tak szerokie, ze chyba nawet na Obelixa byłyby za duże :))) Na szczęście był sznurek ściągający. Spodnie zrobione z delikatnego miękkiego materiału, szerokie w pasie i nogawkach, bardzo przewiewne z krokiem gdzieś w okolicy kolan :) Do tego koszula wykonana z tego samego materiału z dekoltem i zatrzaskami ubierana przez głowę. Tez bardzo szeroka i długa, opadająca za uda. Tak wiec paradowałem cały dzień. W Ladiz zjedliśmy śniadanie: świeży chleb z masłem i serem domowej roboty i do tego kwaśne kozie mleko. Sama wioska położona jest na skraju głębokiej doliny wokół której jest sama pustynia. W dolinie jest jednak źródło i system nawadniania, co sprawia, ze można tam uprawiać warzywa i owoce.

 Cala dolina skąpana jest w bujnej, soczystej zieleni i stanowi wielki kontrast dla otaczającej ja pustyni. Na jej dnie panuje miły chłód, tu i owdzie bulgocze przepływający strumyk. Uprawia się tam głównie granaty, a także winogrona, śliwki, słoneczniki i pistacje. Chłopcy spakowali cały sprzęt biwakowo - grillowy i pojechaliśmy w kierunku drugiej doliny. Była tam jaskinia - wąska i bardzo długa, zwężająca się ku wewnątrz szczelina w skalach, na końcu której bilo obfite źródło. Miły chłód dawał ukojenie w czasie opalu. Po ochłodzeniu się pojechaliśmy zrobić grilla w cieniu drzew oliwkowych. Rozpaliliśmy ogień i przyrządziliśmy na nim mięso owcy, wątróbkę i małe kawałki kurczaka. Samo mięso nie było jakieś rewelacyjne, bardzo żylaste i łykowate. Skopiłem się wiec głownie na ryżu, który (tak jak pikantne warzywa marynowane) sprowadzony został z Pakistanu. Po bardzo obfitym posiłku i poobiedniej sieście, ruszyliśmy dalej. tym razem udaliśmy się ok 25km dalej na pd.-zach. do wioski Temin. Sama miejscowość położona jest u stop wulkanu Taftan. Jest to jeden z najstarszych geologicznie wulkanów świata, obecnie nieaktywny, ale wygląda groźnie. W wiosce znajduje się tez mały wodospad, a na małych lakach wzdłuż strumyka rosną krzewy mięty dając prześliczny zapach, szczególnie wieczorem. Tu tez zrobiliśmy wieczornego grilla pod gwiazdami. Tym razem na ruszt poszło głównie mięso z kurczaka. Późnym wieczorem wróciliśmy do Zahedan, po ciekawych dniu pełnym wrażeń - głównie kulinarnych :) Dziś ostatni dzień wypoczynku w Zahedanie w gościnie u Masuda. Jutro tj. w niedziele po południu wyjeżdżam nocnym autobusem do Mashhad. Dotrę tam w poniedziałek nad ranem. Wezmę pierwszy autobus do Quchan i stamtąd jakikolwiek transport (pewnie taxi) by pokonać 70km dzielące mnie od granicy z Turkmenistanem. Na szczęście Aszgabat leży 40km od granicy z Iranem wiec powinienem tam dotrzeć w poniedziałek po południo. Spotkam się tam z Samem z Anglii, którego poznałem 2 tygodnie wcześniej w Yazd. Będziemy mieli okazje razem pojeździć po Turkmenistanie, kraju pełnym absurdów, będącym reliktem ZSRR.

A oto kilka z tych absurdów znalezionych w tekście:

1. Turkmenistan planuje zbudować największe sztuczne jezioro w Azji Centralnej na środku... Pustyni Karakum, co będzie kosztowało ok 8 bilionów dolarów. Obecnie w kraju tym znajduje się najdłuższy na świecie kanał irygacyjny (1370km).

2. W 2003 roku rząd zadziwił wszystkich zastępując nazwy ulic, czterocyfrowymi numerami.

3. Największy meczet w Azji Centralnej jest właśnie budowany z Turkmenistanie. W miejscu, gdzie matka i brat prezydenta Nijazowa (nazywającego siebie Turkmenbasza) zostali zabici przez trzęsienie ziemi w 1948r.

4. Benzyna w Turkmenistanie na stacjach benzynowych kosztuje ok 0,05 USD za litr.

5. W kraju tym gaz do kuchenek jest za darmo. Mieszkańcy muszą jednak kupować zapałki. W wyniku tego wielu z nich w ramach oszczędności ma kurki gazowe włączone 24h na dobę.

6. Banknot o największym nominale w Turkmenistanie jest wart poniżej 1 USD. To tyle humoreski na koniec.

Pozdrawiam, Darek

 

 

 

Wtorek, 30 czerwca 2009

Tak jak zaplanowałem, w niedzielę wyjechałem z Zahedanu, pożegnawszy się uprzednio z Masudem i całą jego rodziną. Jednak nie wszystko szło od początku po mojej myśli. Miałem kupiony bilet na autobus o 13:00, jednak na dworcu okazało się, że firma, która sprzedała mi ten bilet.... nie posiada własnych autobusów. Muszą pożyczać autobusy od innych, stąd powiedzieli mi, że mój autobus będzie opóźniony około 3h.

W Iranie oznacza to, ze opóźnienie może być nawet 5-6h, bo tam ludzie maja inne poczucie czasu. Zwróciłem wiec mój bilet i kupiłem nowy w innej firmie, której autobus odjeżdżał o 15:00. W rzeczywistości wyjechałem z Zahedanu do Mashhadu o 16:00, bo kierowcy nie spieszyło się zbytnio. Tym samym autobusem jechały też 3 rodziny z rozwrzeszczanymi i piszczącymi dziećmi. Ciekaw bylem, jak długo wytrzyma moja cierpliwość... Wytrzymała do końca. W środku nocy kilka razy zatrzymywaliśmy się na kontrole policyjne i wojskowe. Dwa razy kazano mi wyjść z autobusu (ale tylko mnie) w celu sprawdzenia mojego paszportu, sprawdzano też mój plecak. W Mashhadzie od razu złapałem autobus dalej, do Quchan, skąd pozostało mi już tylko 80 km do granicy z Turkmenistanem. Z Quchan nie ma już żadnego transportu publicznego do granicy, więc musiałem wziąć taxi. Początkowo kierowca chciał 15 USD za kurs, ale po twardych negocjacjach udało mi się wytargować 5 USD. W południe bylem już na granicy położonej na wysokiej górskiej przełęczy.

Szczerze mówiąc prawie 2 miesiące spędzone w krajach arabskich i perskich trochę mnie zmęczyły. Szczególnie ostatni tydzień w pd.-wsch. Iranie. Tam nie ma wielu turystów i często czułem się jak małpa w Zoo, na którą każdy się gapi i wskazuje palcem. Fakt, ludzie byli przemili, ale im bliżej końca wizyty w Iranie, tym bardziej chciałem zmienić klimat z perskiego na sowiecki. Dość szybko przeszedłem bramki irańskie i przeszedłem na stronę turkmeńską. Spodziewałem się bardzo chłodnego powitania i starej sowieckiej biurokracji, podczas której czas liczy się najmniej. Byłem miło zaskoczony. Kilku strażników turkmeńskich dużo chętniej rozmawiało ze mną po angielsku niż rosyjsku, wszyscy traktowali mnie na granicy bardzo milo i z uśmiechem na twarzy. Musiałem jeszcze przejść kontrolę medyczną: pani zapytała mnie, czy dobrze się czuję i czy z moim zdrowiem wszystko w porządku, po czym dała mi małą karteczkę z pieczątką, że jestem zdrowy. Na koniec mój bagaż został prześwietlony i bardzo mila Pani ze złotymi zębami zapytała, czy nie mam żadnych narkotyków lub broni - w końcu wyjeżdżam z Iranu. Wszystko odbyło się w bardzo milej atmosferze. Poza tym na przejściu granicznym było zupełnie pusto. To przejście używane jest przede wszystkim przez TIR-y a pieszy turysta jest tam nie lada zjawiskiem. Poza mną był jeszcze jakiś jeden Turkmen przewożący szczepki róż i jakieś inne badyle ogrodowe w ilości hurtowej. Po tym wszystkim zamówił furgonetkę, zapakował to wszystko i pojechał do Aszgabatu.

Ja tez pojechałem taką samą furgonetką z 3 innymi turkmeńskimi pasażerami. Podróż zajęła niewiele więcej niż 45 min, gdyż z granicy do stolicy jest ok 40 km. Postanowiłem spędzić noc w nieoficjalnym obiekcie noclegowym, który mało kto zna. Spędziłem więc prawie godzinę w taksówce, krążąc po mieście w poszukiwaniu tego hostelu, prowadzonego przez turkmeńską rodzinę. Zależało mi na noclegu tam, gdyż - jak się okazało - ceny poszły w górę 2-4-krotnie w porównaniu z tym, co podaje przewodnik, a to jest najtańsze miejsce noclegowe w mieście. Oczywiście taksówkarz też nie wiedział, gdzie to jest, więc musiałem go nawigować, używając prymitywnej i nieaktualnej mapy z przewodnika. Dodatkowo w mieście zmieniono parę lat temu nazwy ulic z normalnych na liczbowe (4-cyfrowe liczby), co wprowadziło ogólny chaos nazewniczy. Niektórzy znają stare nazwy, niektórzy nowe, ale ogólnie nikt nie potrafi poprawnie wskazać drogi - szczególnie do hostelu, którego nikt nie zna :)) Totalna paranoja. To był właśnie przedsmak tego, jakie jest to państwo. A sam hostel nie ma nawet tabliczki informacyjnej, więc udało mi się go znaleźć całkiem przypadkowo.

Tak jak zakładałem, był tu Sam, Anglik, którego poznałem w Yazd w Iranie. Mamy zamiar razem podróżować przez najbliższe 4-6 dni. Po chwili odpoczynku poszliśmy zwiedzić miasto. Czuć tu sowiecką atmosferę na każdym rogu ulicy. Ogromne gmachy budynków mieszkalnych i administracyjnych (mieszanka marmuru, betonu i szkła) mieszają się z szerokimi ulicami i obszernymi terenami zielonymi, gdzie dominują rozległe skwery, wielkie fontanny. Widać, że miasto zostało zaplanowane z dużym rozmachem. Jeśli do tego wszystkiego dołoży się orientalne rysy turkmeńskich twarzy, to może wyjść całkiem ciekawa mieszanka. Wiele kobiet nosi wciąż tradycyjne, bardzo kolorowe suknie z wyszywanymi kwiatami. Dużo osób posiada też srebrne i złote zęby. Szczególnie po 24 dniach w Iranie, tu czuję się całkiem swobodnie. Pełno rosyjskich samochodów na ulicy, mam swobodę w porozumiewaniu się z ludźmi, wszyscy są uśmiechnięci i bardzo uprzejmi, pełno tu zieleni, kobiety nie zakrywają ciał i twarzy, wiele tu typowych radzieckich bazarów, gdzie można się ubrać, najeść do syta i poobserwować lokalnych mieszkańców. Jest też jeszcze jedna rzecz, która bardzo uderza na ulicy - czystość. Jest to jedno z najczystszych miast, jakie widziałem. Każda ulica, każdy chodnik i krawężnik są prawie wypolerowane.

Wokół pełno ludzi, którzy zamiatają, czyszczą i myją ulice. Robi to duże wrażenie. Jednym słowem, bardzo mi się tu podoba. Turkmenbasza (Nijazow, poprzedni prezydent) znany był z fobii na swym punkcie. W mieście pełno jest jego złotych pomników, które stawiał sobie jeszcze za życia. Obecnie państwem rządzi jego następca, który wcześniej był jego dentysta :) Nieoficjalnie mówi się, ze to także nieślubny syn Nijazowa. Wraz z Sam'em zwiedziliśmy wczoraj centrum miasta z wielką "statua wolności', kształtem przypominająca rakietę. Na jej szczycie stoi oczywiście zloty Turkmenbasza pozdrawiający naród turkmeński. Malo tego, pomnik ten kreci się wraz z ruchem słońca tak, ze twarz Nijazowa w ciągu dnia skierowana jest na słonce. Na sama gore można wyjechać nowoczesna winda by podziwiać widok miasta. Prezentuje się ono na prawdę okazale. Zaraz obok mieści się paląc Turkmenbaszy ze złota kopula oraz muzeum trzęsienia ziemi. Przed wejściem do muzeum stoi wielki byk unoszący na swych rogach kule ziemska. Na kuli siedzi kobieta trzymająca na rekach złote dziecko. Jest to matka oraz jej syn - młodziutki Nijazow. Kilkaset metrów dalej stoi pomnik ku chwale radzieckich żołnierzy poległych w czasie II wojny światowej oraz park z pomnikiem Lenina pozdrawiającego mieszkańców Aszgabatu. Wzdłuż głównej ulicy jest tez wiele innych wielkich budynków użyteczności publicznej: teatry, kina, ministerstwa itp. W ich bryle dominuje idealna symetria, kolumny, biały kolor i szkło. Pod wieczór poszliśmy z Samem na dworzec kolejowy (tez imponująca budowla) i kopiliśmy bilety do Mary.

Dziś wieczorem jedziemy pociągiem sypialnym do ww miejscowości. Podroż zajmie nam 9h, pokonamy 360km w kuszetce a to wszystko za ok 1,3 USD!!!. Obok Mary znajduje się Merv - najlepiej zachowane w Azji Centralnej ruiny kilku bardzo starych miast. Jest to jedna z większych atrakcji turystycznych Turkmenistanu. 2.07 wracamy do Aszgabatu po to, by wziąć kolejny nocny pociąg do Turkmenabatu tuz przy granicy uzbeckiej.

Pozdrawiam, Darek

Czwartek, 2 lipca 2009

 

Powoli zegnam Turkmenistan Tak jak pisałem poprzednio, wraz z Samem pojechaliśmy 1.07 do Mary. Pociąg był bardzo wygodny, taki sam rosyjski wagon, jaki używają koleje ukraińskie i rosyjskie, wiec stare dobre studenckie czasy się przypomniały. Pokonanie 360km zajęło nam 9h. Ten czas wykorzystaliśmy na uzupełnienie niedoboru snu. Razem z nami w przedziale jechało dwóch turkmeńskich muzyków po konserwatorium. Wieźli ze sobą tradycyjny turkmeński instrument muzyczny przypominający skrzyżowanie indyjskiej sitar z mandolina. Postanowili zagrać dla nas kilka "otworów" na tym instrumencie. Było to dość ciekawe doświadczenie.

Ogólnie byliśmy nie lada atrakcja w tym pociągu i wszyscy się dziwili dlaczego my jako turyści z zachodu jedziemy takim starym i wolnym pociągiem, zamiast samolotem już w najgorszym razie klimatyzowana taksówką. Każdy nas pytal skad jestesmy, co tu robimy i gdzie mamy zamiar jechac potem (czytaj wiecej). Dojechaliśmy do Mary wcześnie rano i po śniadaniu na bazarze wsiedliśmy do autobusu, który zawiózł nas do Bairam Ali 30km na wschód. Stamtąd już złapaliśmy jakaś furgonetkę, która wyglądała jakby była zrobiona domowym sposobem. W ten sposób dotarliśmy do Merv. Jest to kompleks ruin kilku starożytnych miast. Datuje się je na okres od czasów Aleksandra Wielkiego do ok 5-6 wieku n.e. Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś więcej po tym miejscu, gdyż jest to jedna z największych atrakcji turystycznych Turkmenistanu. Świadczy o tym jednak tylko cena biletu, jaka podyktował nam strażnik. Większość budynków, mauzolea i mury obronne są zniszczone i nikt zbytnio nie dba o to, aby odrestaurować te zabytki. Z powrotem do Mary pojechaliśmy także auto stopem i dalej autobusem publicznym.

Oczekując na pociąg do Aszgabatu zwiedziliśmy jeszcze Mary. W pierwszej kolejność wielki nowy meczet oraz jeden ze złotych pomników Turkmenbaszy, jakich pełno w tym kraju. Następnie poszliśmy zobaczyć stary radziecki myśliwiec MiG, pamiątkę po czasach sowieckich oraz ponad 100-letnia cerkiew prawosławna. Bardzo ładna budowla z ciemnej cegły ze złota kopula na szczycie wierzy. Następnie odwiedziliśmy jeszcze miejsce, gdzie stoi pomnik "zamyślonego, siedzącego, złotego Turkmenbaszy" oraz pomnik Matki i Syna... Gdy odpoczywaliśmy pod pierwszym z pomników w promieniach zachodzącego słońca, zatrzymał się radiowóz i uprzejmi policjanci polecili nam oddalić się od pomnika "wodza". Dobrze ze nie widzieli nas wcześniej jak robiliśmy zdjęcia pomnikowi z bliska, szczególnie gdy Sam wdrapał się na niego i usiadł na kolanach prezydenta Nijazowa :) Oczekując na pociąg powrotny do Aszgabatu spotkaliśmy tez na dworcu kilkoro turkmeńskich studentów pracujących jako wolontariusze dla jakiejś amerykańskiej organizacji społecznej. Właśnie wracali z wymiany studenckiej w USA. Pogadaliśmy z nimi chwile, po czym wsiedliśmy do naszego pociągu, którym dziś nad ranem dotarliśmy do stolicy. Zostawiliśmy nasze bagaże w przechowalni i udaliśmy się w miasto, najpierw na bazar, żeby coś zjeść na śniadanie. W skład naszej podstawowej diety w Turkmenistanie wchodzą: pierożki, czeburiaki, szaszłyki, kebaby, drożdżówki, owoce, stalki warzywne, kwas chlebowy, piwo i woda mineralna. Tradycyjne wyroby rosyjskiej kuchni :) Dziśis mamy dzień w pełni przeznaczony na relaks, odpoczywamy wiec w parku przy fontannie, a na przeciw nas stoi Lenin i pozdrawia nas, wyciągniętą w naszym kierunku, ręką.

Dziś wieczorem wsiadamy w kolejny nocny pociąg, który dowiezie nas jutro do Turkmenabatu tuz przy granicy z Uzbekistanem. Jutro wjeżdżamy do Uzbekistanu i pierwszym miastem jakie tam zobaczymy będzie Buchara - jedna z 3 pereł architektonicznych w uzbeckiej części Jedwabnego Szlaku (obok Samarkandy i Chiwy). Jutro po obejrzeniu zabytków Buchary udamy się do Taszkientu. Sadze, ze wraz z Samem powłóczę się jeszcze po Uzbekistanie przez około tydzień. Dobrze nam się razem jeździ, bo on tez lubi ciąć koszta, mam z kim pogadać, a ja jestem dla niego tłumaczem rosyjskiego i uczę go podstawowych zwrotów po rosyjsku. Niestety nie jest pilnym uczniem :)

Pozdrawiam, Darek

Sobota, 4 lipca 2009

Przez Pustynie Karakum do Taszkientu Tak jak zaplanowaliśmy, wyjechaliśmy z Aszgabatu nocnym pociągiem do Turkmenabatu. Stamtąd wzięliśmy taxi już do samej granicy z Uzbekistanem. Po drodze pokonaliśmy jeszcze most pontonowy na rzece Amu-Daria. Jest to jedna z 2 największych rzek w Azji Centralnej i jedna z dwóch, które kiedyś zasilały Morze Aralskie.

Jednak dziś ta szeroka na prawie kilometr rzeka zasila głównie siec kanałów irygacyjnych, które doprowadzają wodę do plantacji bawełny, owoców i pól zbóż na pograniczu turkmeńsku - uzbeckim. Z tego tez powodu rzeka ta obecnie nie dociera do Morza Aralskiego. Podobnie jak płynąca kilkaset kilometrów na północ Syr-Daria, kończy swój bieg gdzieś w środku pustyni. Stad tez Morze Aralskie wysycha. Obecnie jest o ponad polowe mniejsze niż w 1960 roku. Jest to przykład na to, jak ludzka bezmyślność doprowadza do prawdziwej katastrofy ekologicznej. Najpierw musieliśmy pokonać baki turkmeńskie, co nie było łatwym zadaniem, bo pełno tam było ciężarówek (głownie tureckich), a ich kierowcy kłębili się w budynku granicznym czekając na załatwienie swoich spraw celno - paszportowych i odprawienie towaru.

Niestety i my musieliśmy odczekać swoje. Jednak nie ma tego złego co by na dobę nie wyszło. Czytaliśmy wcześniej w przewodniku, ze przy wyjeździe w Turkmenistanu płaci się 25 USD podatku wyjazdowego. Ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu, nikt nie kazał nam płacić owego podatku. Po długim oczekiwaniu, dostaliśmy wreszcie pieczątki wyjazdowe z Turkmenistanu i z uśmiechem na twarzy opuściliśmy turkmeńską strefę celna. Poszliśmy do budek uzbeckich. Tam przebadano nas czy przypadkiem nie wnosimy świńskiej grypy na ich terytorium. Potem musieliśmy wypełnić deklaracje celna w 2 kopiach i po prześwietleniu naszych bagaży mogliśmy wreszcie wkroczyć na terytorium Republiki Uzbekistanu. Okazało się, ze do postoju taksówek mamy do przejścia prawie 3km wzdłuż zasiek przez pas ziemi niczyjej w pełnym słońcu. Cale szczęście udało nam się podjechać ten odcinek na pace radzieckiej ciężarówki. Na postoju taksówek oczywiście najpierw posypały się ceny za transport jak z kosmosu. Postanowiliśmy wziąć taksówkarzy na przetrzymanie i poczekać aż od strony przejścia granicznego dojdą jeszcze jakieś osoby, aby był komplet 4 pasażerów do taksówki. Tak tez zrobiliśmy i pojechaliśmy 40km do miasta Alat za dość przyzwoita cenę. Stamtąd złapaliśmy już busa do Buchary, jednak w mieście tym byliśmy po południu i postanowiliśmy skupić się na zdobyciu biletów kolejowych do Taszkientu. Udało nam się kopic jedne z kilku ostatnich biletów na nocny pociąg do stolicy a pomógł nam w tym właściciel jednej z agencji turystycznych. Niby mieliśmy wyjechać z Buchary, ale stacja kolejowa jest 15km za miastem w malej miejscowości Kagan. Do odjazdu pociągu pozostały 4h wiec postanowiliśmy odpocząć.

Zabytki Buchary zwiedzimy niebawem robiąc kolo wokół Uzbekistanu. Podróż do Taszkientu upłynęła bardzo milo, gdyż wagony uzbeckie są nieporównywalnie bardziej komfortowe niż te w Turkmenistanie. Kilka lat temu większość wagonów uzbeckich przeszła gruntowna renowacje i lśnią one nowością. Na miejsce dotarliśmy o czasie i postanowiliśmy się zatrzymać w przydworcowej noclegowni. Brzmi to dość podle, ale niedawno obiekt przeszedł gruntowny remont i teraz jest nowiutki, czysty i całkiem wygodny. No i przede wszystkim ma świetna lokalizacje tuz przy peronach. Myślałem ze w Uzbekistanie nie będę miał już problemów z podjęciem gotówki z bankomatów. Myliłem się. Większość bankomatów w Taszkiencie albo nie akceptuje kart Visa, albo tez zwyczajnie nie ma gotówki. Ostatecznie udało nam się znaleźć oddział Western Union w jednym z 5-gwiazdkowych hoteli i tam mogliśmy wreszcie cieszyć się posiadaniem większej ilości lokalnej waluty bez konieczności sprzedawania dolarów. Waluta Uzbekistanu do 1 sum. Jeden dolar to 1500 sumów. Co ciekawe, największy banknot uzbecki jaki można spotkać, ma nominał.... 1000 sumów. Z tego powodu Pani z Western Union wręczyła mi plik 100 banknotów 1000-sumowych, tak ze portfel ledwo mi się zmieścił do saszetki :)

Weekend w Taszkiencie przeznaczam na odpoczynek i regeneracje sil, gdyż kilka ostatnich dni pokonywaliśmy w szybkim tempie, a ostatnie 4 noce spędziliśmy w wagonach sypialnych, wiec musimy nadrobić brak snu i przypomnieć sobie jak to jest spać w normalnym łózko. Wokółol pełno bazarów, gdzie maja dobry czarnorynkowy kurs wymiany walut i gdzie można najeść się do syta i zaopatrzyć się w inne artykuły codziennego użytku. W poniedziałek wcześnie rano idę ustawić się w kolejce do ambasady chińskiej i spróbować złożyć wniosek o wizę chińską. Bardzo jestem ciekaw jak mi pójdzie bo słyszałem rożne opinie na temat możliwości i warunków ubiegania się o wizę chińską w Azji Centralnej. No cóż, wszystko okaże się w poniedziałek 6.07. Dziś minęły równo 2 miesiące odkąd wyjechałem z Polski, szybko zleciał ten czas. Szczerze mówiąc nie przypuszczałem ze w 2 miesiące uda mi się dojechać do Taszkientu, a jednak.

Pozdrawiam serdecznie, Darek

 Środa, 8 lipca 2009

Tak, jak zaplanowałem, 6.07 poszedłem do ambasady chińskiej wcześnie rano. Aby być jednym z pierwszych w kolejce, bylem tam już o 6:30 rano. Sekcja konsularna czynna jest tylko w poniedziałki, środy i piątki 9:00 - 12:00. W praktyce otwierają ja ok 9:30 i nie przyjmują już żadnych petentów po 11:30! Poza mną przed brama stały jeszcze 2 inne kobiety. Zupełnie nie bylem świadom co mnie czeka... Okazało się, ze trzeba się zapisać na listę obecności. Listę ta tworzy milicjant siedzący w budce obok. Wpisał mnie na listę i okazało się ze jestem 15-ty na liście, bo większość osób zapisała się dzień wcześniej lub jeszcze wcześniej... To jeszcze nic - to milicjant decyduje, na którym miejscu zapisać dana osobę. O miejscu na liście decyduje widzi mi się milicjanta, wygląd danej osoby lub wielkość "wynagrodzenia" dla milicjanta. Ja o tym wszystkim nie wiedziałem. Okazało się, ze wiele osób "wynagrodziło" milicjanta, aby znaleźć się w odpowiednim miejscu na liście. Sporo zdziałały także młode kobiety, które podeszły do milicjanta w krótkich spódniczkach i z pokaźnymi dekoltami... Po godzinie 9-tej otwarły się drzwi i wyszedł smutny pan, po czym rozdał numerki osobom z listy. Jednak numerki dostali tylko Ci, co mieli miejsca 1-12. Reszta miała stać i czekać na cud. Jeśli konsul się zlituje, to może wpuści jeszcze 2-3 osoby. Cud nie nastąpił i w poniedziałek musiałem dać za wygrana. Poza tymi 12 osobami, do środka weszło jeszcze wiele przedstawicieli agencji turystycznych, które maja akredytacje od ambasady i maja tam nieograniczony wstęp. Agenci wprowadzili również bokiem wiele swoich zaprzyjaźnionych osób, sadze ze nie za darmo. W wielu krajach można ubiegać się o wizy z pomocą agencji turystycznych. Tutaj się nie da. Jeśli nie jest się rezydentem ani nie pracuje w Uzbekistanie, agencja nie może oficjalnie w niczym pomoc. Oficjalnie, bo słyszałem, ze trojka Brytyjczyków skorzystała z pomocy jednej z agencji w zamian za sowite wynagrodzenie. Każdy z nich zapłacił po 2 banknoty z Franklinem na awersie, dal tylko sam paszport i sprawa załatwiona!!! Dodam, ze oficjalna cena za wydanie wizy chińskiej w 4 dni, to 60 USD.

Postanowiłem, ze tez skorzystam z pomocy jednej z akredytowanych agencji. Ale nie bezpośrednio. Poprosiłem o pomoc moja znajoma z innej agencji, która nie ma akredytacji, aby zadzwoniła do swych znajomych z innej agencji (z akredytacja). Tak tez się stało. Wydarzenia przybrały tempa. Wczoraj, tj 7.07 poszedłem pod ambasadę i stamtąd zadzwoniłem do pewnego faceta z agencji. On już pociągnął rozmowę z milicjantem przy bramie. Dałem milicjantowi paszport i on spisał moje dane. Umówiliśmy się, ze dziś przyjdę tam wcześnie rano i on tak załatwi sprawę, żebym wszedł do środka. Dziś przyszedłem pod ambasadę o 5:10 rano!!! Ten sam milicjant spisał raz jeszcze moje dane i powiedział, żebym czekał. Gdy chciałem go wynagrodzić, powiedział, ze nie teraz, lecz później, gdy już dostane numerek. W odpowiednim czasie, wyszedł znów ten sam smutny pan od numerków. Znów rozdał tylko 12 numerów, ja dostałem 11-ty. To oznaczało, ze na pewno wejdę do środka. Samo wejście, nie oznacza jednak zgody na otrzymanie wizy.... Musiałem wynagrodzić milicjanta równowartością 6,5 USD i czekałem dalej na swoja kolei. Gdy już nadeszła, zaczął się horror. Słowo wyjaśnienia: aby ubiegać się o wizę chińską, należy (poza paszportem i wnioskiem wizowym), okazać rezerwacje hotelu i rezerwacje biletu lotniczego. Miałem z sobą wszystkie wymagane dokumenty. Jednak ja zamierzam podróżować lądem i nawet jeśli bym wizę dostał, to nie zamierzam wykopywać lotu, tylko jechać lądem do Chin przez Kazachstan. Słyszałem jednak, ze obcokrajowiec może się ubiegać o wizę chińską w Taszkiencie, tylko wtedy, gdy ma zamiar przelecieć stad do Chin samolotem. Oznacza to, ze jeśli dostane wizę chińską w Taszkiencie, nie mogę przed Chinami odwiedzić żadnego innego kraju. Konsul, który okazał się być bardzo niemiłym człowiekiem, przejrzał moje dokumenty kilka razy. Następnie stwierdził, ze nie może ich przyjąć. Mam rezerwacje lotu na 29.07 a dziś jest 9.07 i to jest za wcześnie dla nich, aby wydać mi wizę oraz za wcześnie dla mnie, aby ubiegać się o wizę. Powiedział, ze to nie jest odmowa wizy, lecz ubiegam się o nią za wcześnie. Mam sobie kupić bilet lotniczy do Chin i przyjść do nich z tym biletem 3-4 dni przed data wylotu. Wpuszcza mnie (niby) bez kolejki i dadzą mi wizę ekspresowa w ten sam dzień i będę sobie mógł lecieć za kilka dni. Istny koszmar.

W ogóle nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy... Taka wersja wydarzeń w ogóle mnie nie urządza, bo nie zamierzam na razie latać samolotem. Wcielam wiec w życie plan B. Z ambasady chińskiej pobiegłem czym prędzej do ambasady kazachskiej. A tam zupełnie inny świat. Do wizy potrzeba tylko paszport, wniosek i 30 USD. Wszyscy (łącznie z konsulem) się uśmiechają i są mili dla ludzi, kolejka przed brama posuwa się dość szybko i milicjanci tez są jakby ulepieni z innej gliny. Wszystko można załatwić po ludzku. W ciągu 45 minut udało mi się złożyć wniosek o wizę, która będzie gotowa na następny dzień! Jak widać da się - wystarczy tylko chcieć. Kazachstan wydaje się być zupełnie innym krajem. Podsumowując: jutro odbieram wizę kazachska i przez 10 dni pojeżdżę sobie po Uzbekistanie. Mam już dość siedzenia w 1 miejscu (w Taszkiencie spędziłem 5 dni i nie załatwiłem tego, co chciałem). Wiza kazachska będzie ważna od 20.07 - wtedy tez wjadę do Kazachstanu i jadę od razu do Alma Aty. Tam jest wiele pomocnych agencji, które oficjalnie zajmują się usługami konsularnymi dla obcokrajowców. Mam zamiar skorzystać z pomocy jednej z nich. Mam nadzieje, ze nie będę musiał wcielać w życie planów C, D ani E. Dla wyjaśnienia - plany C, D i E istnieją w rzeczywistości, to nie fikcja :) Musze odpocząć i zebrać myśli po tych 3 całkowicie zwariowanych dniach!

Pozdrawiam, Darek

Sobota, 11 lipca 2009

Tak jak było zaplanowane, w czwartek 9.07 odebrałem wizę kazachską, której wyrobienie zajęło 24h. Miło, szybko i bez żadnych kłopotów konsul przyjął moje dokumenty. Na drugi dzień musiałem tylko zapłacić 30 USD za wizę i gotowe. Razem z Samem wzięliśmy w czwartek nocny pociąg do Samarkandy - perły architektonicznej i jednego z najbardziej znanych miast na Jedwabnym Szlaku, prowadzącym 1000 lat temu z Chin przez Azję Centralna do Bizancjum i Europy.

Niby pociąg nocny, bardzo wygodny, jednak przyjeżdża on do Samarkandy o wściekłej porze - 1:20 w nocy :) Właśnie wtedy wysiedliśmy z niego i zaczęliśmy się zastanawiać co zrobić ze sobą i z tak dobrze rozpoczętym dniem. Postanowiliśmy, że prześpimy się gdzieś do wschodu słońca i rano pojedziemy do hostelu. Okazało się jednak ze dworzec kolejowy jest w remoncie i jedyne co możemy zrobić, to przeczekać do rana na twardych ławkach na peronie. Mogloby to być dobre wyjście gdyby nie dwie sprawy: pociągi towarowe przejeżdżające przez stację co 15min, które miały ponad 40 wagonu każdy i robiły niesamowity huk (czytaj dalej).

Drugą niedogodnością był mocny i zimny wiatr. Zeszliśmy wiec do podziemia :) Rozłożyliśmy się w tunelu pod torami - tam huk był mniejszy i mniej wiało. W pewnej chwili podszedł do nas milicjant i powiedział, że otworzy nam salę dworca, że tam jest cieplej i żebyśmy się tam przespali. Super, wreszcie jakiś dobry człowiek. Położyliśmy się koło grzejnika w sali, gdzie nie wiało i nie słychać było pociągów towarowych i tak pospaliśmy do 6 rano. Wtedy ten sam milicjant obudził nas i powiedział, żebyśmy się już zbierali, bo za chwilę przyjdzie naczelnik i może być niezadowolony, że tu śpimy Wsiedliśmy w miejski autobus i pojechaliśmy do centrum miasta do naszego hostelu. Okazało się, że to bardzo przyjemne miejsce, pełne świrów podróżniczych. Tu w Azji Centralnej przecinają się szlaki wielu podróżników jadących z Europy do Azji Wschodniej lub nawet do Australii. Spotkałem tu też kilka osób będących w podroży dookoła świata. Mnóstwo tu też ludzi jadących na rowerach. Jest para z Francji, która jedzie na tandemie do.... Australii. Jest dwójka Holendrów na dwóch rowerach. Oni zmierzają do Tajlandii. Szczęściarze, bo maja już wizę chińską! Jest też jeden Anglik i Japonka jadący dookoła świata, oboje jadą w przeciwnych kierunkach i spotkali się właśnie tu :)) Jednak wszystkich przebił pewien Francuz, którego spotkałem 2 dni temu w Taszkiencie. Otóż jest on w trakcie podroży z Paryża do Szanghaju. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten Francuz podróżuje.... na piechotę Naprawdę! Idzie już 1 rok i 2 miesiące. Zimę spędził w Istambule. Później w Iranie nie dostał wizy Turkmeńskiej, wiec musiał przelecieć Teheran - Taszkient samolotem. Chciał być jednak w porządku wobec siebie, więc przed wylotem z Teheranu poszedł na piechotę do granicy turkmeńskiej i potem po przylocie do Taszkientu poszedł znów na południe do granicy uzbecko-turkmeńskiej i zaczął chodzić po Uzbekistanie właśnie od południa, tak, jakby wjeżdżał z Turkmenistanu. To jest dopiero kompletny świr!!! :) Największy jakiego do tej pory spotkałem :) Cały jego bagaż to dwie małe torby przewiązane przez ramie, kurtka i butelka wody.

Sama Samarkanda jest ciekawym miastem, w którym mieszają się wpływy uzbeckie i tadżyckie z naciskiem na te drugie. Miasto to było do II wojny światowej częścią Tadżykistanu. Jednak po wojnie Stalin - znany z dziwnych pomysłów - postanowił zmienić przebieg granic w tym regionie. W ten sposób Samarkanda weszła w skład Uzbekistanu. Mało tego - została na chwile stolicą Uzbeckiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Ten fakt rozwścieczył bardzo wszystkich Tadżyków i wojna domowa wisiała na włosku. Dlatego kilka lat później Stalin - aby uspokoić Tadżyków - przeniósł stolice do Taszkientu i tak już zostało do dziś. Te wydarzenia powodują jednak, ze Tadżycy i Uzbecy nie lubią się zbytnio. Najciekawszym obiektem w mieście jest Regi stan - kompleks trzech medres (szkół koranicznych) ustawionych bokami do siebie. Poza tym wiele tu parków. Jest te kilka innych meczetów (mniej okazałych). Są też 3 czy 4 mauzolea poświęcone bohaterom z przeszłości lub nawet niektórym postaciom biblijnym, np Dawidowi. Stąd też częste pielgrzymki Żydów i chrześcijan do tego mauzoleum.

Chyba posiedzę tu jeszcze 1 dzień, po czym pojadę do Buchary, kolejnego zabytkowego miasta. Byłem tam już po wyjeździe z Turkmenistanu, jednak wtedy spieszyłem się do Taszkientu po wizę chińską. Teraz będę miał okazję pozwiedzać to ciekawe miasto.

Wracając jeszcze do wizy chińskiej, to sprawy zaczynają się coraz bardziej komplikować i powoli nie wiem, co robić. Wszystko przez zamieszki w Chinach Zachodnich. Władze chińskie nie chcą teraz wydawać wiz obcokrajowcom, gdyż nie chcą, aby oni widzieli te wszystkie wydarzenia. Na pewno nie da się zrobić wizy chińskiej w Duszanbe. Pojadę 20 lipca do Armaty, ale tam ponoć też jest ciężko z wizą do Chin. Pozostaje jeszcze Biszkek. Na temat tego miejsca wiem najmniej, ale szanse na zdobycie tam wizy chińskiej tez są małe, gdyż cały region graniczy z Chinami Zachodnimi. Mogę też przelecieć do Mongolii i spróbować zrobić wizę chińską w Ulan Bator. Jeśli jednak tam mi odmówią, to już będzie kompletne dno, bo Mongolia graniczy tylko z Chinami i Rosją... Mogę też spróbować przepłynąć przez Morze Kaspiskie do Baku i tam spróbować zrobić wizę do Chin lub też w Tbilisi lub..... w Turcji. Jak widać im dalej, tym plany są coraz bardziej zagmatwane.

Jest tez plan, który zakłada przelot do Delhi i próbę wyrobienia wizy chińskiej w Indiach lub.... Nepalu. Brzmi trochę jak science fiction, ale być możne nie będę miał wyjścia. Jeśli zrobienie wizy chińskiej w Azji nie będzie możliwe (bo taka hipotezę też murze brać pod uwagę), to rozważam nawet przylot do Polski na kilka dni. Zrobienie wizy chińskiej w Warszawie i powrót do Kazachstanu by kontynuować trasę ladę tak jak zakładałem Jestem w lekkiej rozterce i nie za bardzo wiem co teraz robić Trudno mi zebrać myśli Założenia wyprawy zaczynają się powoli sypać i zaczynam miedz coraz bardziej pod górkę Czo.. Do 20 lipca i tak nic nie zdziałam, bo dopiero wtedy mogę wjechać do Kazachstanu. Na razie siedzę w Uzbekistanie i walczę z czasem.

Pozdrawiam, Darek

Poniedziałek, 13 lipca 2009

Tak jak zakładałem, wczoraj tj w niedziele pożegnałem przytulny hostel w Samarkandzie i ruszyłem w drogę do Buchary, 100km od granicy z Turkmenistanem. Zanim jednak wsiadłem w pociąg, poznałem w pochodziłem jeszcze trochę po Samarkandzie i nie ostając w zdobywaniu informacji dotyczących wizy chińskiej i możliwości wjechania do tego kraju. Rozmawiałem z moim kumplem, Kuba, który aktualnie jest w Chinach. Powiedział mi on, ze lądowa granica miedzy Kazachstanem oraz Kirgistanem a Chinami jest - jak na razie - otwarta dla obcokrajowców Wreszcie jakaś pozytywna wiadomość Pisa tez do mnie Janusz z Armaty, u kto ego będę spal 2 noce, ze - ponoć - konsulat chiński w Armaty wydaje wizy, ale trzeba je załatwiać przez agencje turystyczna. Oka ze się na miejscu. W Samarkandzie wszedłem tez całkiem przypadkiem do pewnej agencji sprzedającej bilety lotnicze, bo chciałem się dowiedzieć o ceny biletów do Indii. Okazało się ze właściciel mówi dobrze po angielsku, bo mieszkał kiedyś w Anglii. Opowiedziałem mu moje przygody z ambasada chińska, a on na to, ze jego przyjaciel pracuje w ambasadzie chińskiej w Taszkiencie.

Powiedział, ze spróbuje mi pomoc. Wysłał temu znajomemu xero mojego paszportu, xero wizy uzbeckiej i kilka innych moich dokumentów Ten facet z ambasady jest teraz na etapie sprawdzania moich danych i będzie się dowiadywał, czy da się coś zrobić w mojej sprawie. Nie wiem co o tym myśleć, mam mieszane uczucia i jakoś slabu wierze w to, ze uda mu się cokolwiek zdziałać Wiadomo, próbować warto, ze to przecież konsul decyduje czy wydać wirze czy nie. Zobaczymy - w drodze powrotnej do Taszkientu mam się zatrzymać w Samarkandzie i zapytać co i jak. Po wizycie w ww. agencji pognałem na dworzec kolejowy w Samarkandzie. Balem się, ze już nie będzie biletów, bo to była niedziela. Bryl targ w mieście i wiele babaszek i innych ludzi wracało z targu na wieś A to był pociąg podmiejski, bardzo tani wiec myślałem ze będzie dozę obłożenie na niego. Nic z tych rzeczy. Na pól godziny przed odjazdem udało mi się kopic bilet, a pociąg okazał się podmiejski tylko z nazwy. Mail normalne wagony z miejscami do leżenia i kosztował 1 USD za dystans 300km :))

Wsiadłem, ale okazało się, ze wszystkie miejsca do leżenia SA już zajęte W tej samej chwili zawołał mnie konduktor i otworzył mi jeden z zamkniętych, jeszcze pustych przedziałów Wskazał ręka, ze mogę wejść i powiedział, ze przyjdzie tu zaraz jeszcze dwoje ludzi. Mail na myśli 2 milicjantów, których przyprowadził po paru minutach. Mailem wiec doborowe towarzystwo. Okazało się, ze jeden z tych milicjantów służył w radzieckich koszarach na Pomorzu w 1990 roku. Pogadaliśmy chwile, po czym rozłożyłem się wygodnie na górnym łózko i pospałem dość długo Pociąg pokonał dystans 300km w 6h i przyjechał do Kagan (15km od Buchary) o 22:00. Noc spędziłem w noclegowni na dworcu kolejowym. Okazało się, ze ta noclegownia jest jeszcze lepsza niż ta w Taszkiencie. Dwuosobowy pokój z klimatyzacja miałem tylko dla siebie i to za 3,5 USD. Gdy już się wyspałem, pojechałem rano busem do Buchary i zatrzymałem się w cichym przytulnym hostelu.

Miasto jest niewielkie, wiec po dnia mi zajęło zwiedzenie prawie wszystkich jego atrakcji. Do najważniejszych należna: twierdza (Ark), która jednak w środku jest mocno zniszczona i jedynie zewnętrzne mury obronne i baszty prezentują się okazale i ciekawie. Reszta ciekawych obiektów to przede wszystkim meczety i medresy. Najbardziej okazały jest meczet Kalą (z wysokim, ślicznie rzeźbionym minaretem obok) i medresa Mir-i-Arab.

Jeszcze w Samarkandzie poznałem 4 Holendrów Spotkałem ich tez dziś i jutro rano wszyscy razem jedziemy do Urgens i potem do Hiwy, trzeciej perły architektonicznej Jedwabnego Szlaku. Po miedzy Buchara a Urgens droga jest bardzo prosta, gdyż na odcinku ok 400km prowadzi przez nieprzyjazna Pustynie Kyzyl-Kum. Dlatego musimy wyjechać bardzo wcześnie rano, aby uniknąć zabójczych opałów, które o tej porze roku przekraczają 50st ciepła Nie mowie w cieniu, bo tam nie ma cienia :))) W okolicach Hiwy będziemy szukać Jankego transportu w stronę Morza Aralskiego.

Pozdrawiam, Darek

Piątek, 17 lipca 2009

Tak jak informowałem w poprzednim wpisie, 14.07 wyjechałem z Buchary do Hiwy Najpierw jednak wraz z 4 Holendrami Musialik znaleźć jakiś transport. Poczałkowo wiele osób informowało nas, ze drogę przez pustynie Kyzyl-Kum pokonać możemy tylko busem lub taksówka, gdyż prawie żadne autobusy nie jeżdżą ta droga. Trudno było mi w to uwierzyć Wcześnie rano zebraliśmy się i pojechaliśmy na północne przedmieście Buchary. Tam oczywiście otoczyło nas stado taksówkarzy chcących nas zawieźć 480km do Hiwy za jakieś astronomiczne sumy. Nie weszliśmy z nimi w okład, mimo ze twierdzili, ze nie ma żadnych autobusów Zdziwiło mnie jednak, ze na poboczu drogi stoi kilka osób z tobolami i ewidentnie na coś czekają Podszedłem i zagadałem do kilku osób Okazało się, ze (wg ich obliczę) za kilka minut ma tedy przejeżdżać autobus z Taszkientu jadący w stronę Urgens i Hiwy Ludzie mieli racje (czytaj więcej).

Za chwile zza zakrętu wyłonił się odrapany i stary autokar. Trzeba było się potargować chwile z kierowca, bo cena wywoławcza dla turystów była 2-krotnie wyższa niż dla Uzbeków Na szczęście udało mi się stargować 50% kwoty. Wsiedliśmy i okazało się, ze do dyspozycji pasażerów jest tylko przednia polowa autokaru. Cala tylna polowa aż po dach załadowana była rożnymi kartonami i tobolami. Jak widać w Uzbekistanie istnieją autobusy pasażersko - towarowe. Głównymi towarami przewożonymi w tym autobusie były dywany, inne tkaniny oraz niezliczona ilość kartonów z ciastkami. Usadowiłem się w przejściu, wcisnąłem się miedzy dwa dywany i jakiś rulon tkanin i prawie cala drogę przez pustynie przespałem w pozycji embrionalnej :) Po drodze mijaliśmy wiele posterunków milicji i wojska. Za oknem prawdziwa pustynia z wydmami porośniętymi kolczasta pustynna roślinnością Ostatnie 40km od głównej drogi do Hiwy pokonaliśmy małym busikiem. Znaleźliśmy przytulny prywatny hotelik i cale popołudnie spędziliśmy Szweda się po wąskich, zabytkowych uliczkach Hiwy To małe miasteczko, podobnie jak Samarkanda i Buchara, leżało także na Jedwabnym Szlaku. Z tych 3 uzbeckich miast, Chiba jest najmniejsza i panuje tam spokojna, sielska atmosfera. Cale stare miasto otoczone jest murami zbudowanymi z gliny, przez które do miasta prowadza 4 bramy z 4 stron świata Głównymi zabytkami miasta SA stare medresy (szkoły koraniczne) z pięknie zdobionymi fasadami i kopulami. Godne uwagi SA tez 3 wolno stojące minarety, z których jeden jest najwyższy w tej części Azji Centralnej a inny przypomina gruby ścięty stożek lub jakaś wielka gruba tubę Holendrzy postanowili zostać nieco dłużej w Hiwie wiec ja pojechałem w środę sam w kierunku Morza Aralskiego z przesiadka w Kun grad Cale terytorium północno zachodniego Uzbekistanu zajmuje autonomiczna republika Karakałpaczka zamieszkała przez mniejszość etniczna. SA to muzułmanie, którzy kiedyś prowadzili koczownicze życie na tych terenach.

Od kilkuset lat żyją głownie w małych miasteczkach i osadach. Maja swój własny jerzyk różniący się od uzbeckiego i SA bardzo gościnni Ostatni odcinek z Kun grad do Mojak pokonałem małym autobusem i w tymże autobusie poznałem starego dziadka z siwa kozia broda, skośnymi oczami i tradycyjna, muzułmańska, kanciasta czapka na głowie Mobil po rosyjsku wiec po krótkiej rozmowie zaprosił mnie do siebie do domu na nocleg. Przyjąłem zaproszenie. Mojak to wąska i długa wieś, położna wzdłuż jednej drogi, która kiedyś była miastem. Przy wjeździe do wioski stoi wielki znak witający przyjezdnych, a na nim widać herb Mojaka - wyskakująca z wody rybę, ponieważ kiedyś był tu port nad Morzem Aralskim. Ostatni raz morze było tu widziane w... 1960r. Od tamtego czasu, ze względu na budowę kanałów irygacyjnych dwie wielkie rzeki (Amu Daria i Syr Daria) nie dopływają już do Morza. Jest to główna przyczyna, dla której Morze sukcesywnie wysycha. Przez 40 lat Morze Aralskie zmniejszyć się ponad 4-krotnie. W połowie lat '80 zasolenie Morza osiągnęło tak dyzy poziom, ze zniknęły wszystkie ryby a Morze starciom jakiekolwiek znaczenie dla przemysłu rybnego. Ponad 10.000 ludzi zajmujących się przez lata rybołówstwem, zostało bez pracy i środków do życia Większość młodych ludzi wyemigrowało z Mojaka do większych miast za chlebem. W wiosce dominuje stara, drewniana zabudowa. Jest tez stary niski meczet, stary cmentarz prawostronny (przysypany piaskiem) i budynek gdzie kiedyś mieściło się kino i teatr. Obecnie jest w nim skład złomu i sklep spożywczy.. Zis brzeg Morza Aralskiego znajduje się ok 150km na północ od Mojaka Okol wioski znajduje się tylko pustynia.

Silne wiatry z północy wpychają piasek i coraz większe wydmy do wioski, można odnieść wrażenie, ze Monka jest pożerany przez pustynie. W miejscu, gdzie był port, na wysokim klifie stoi wielki pomnik upamiętniający to wyjątkowa katastrofa ekologiczna. W dole aż po horyzont rozciągają się piaszczyste wydmy (dawne dno morskie), porośnięte karłowata, kolczasta pustynna roślinnością W zasięgu wzroku, wśród wydm stoi kilka zardzewiałych wraków statków czy tez kutrów rybackich, będących dowodem na to, ze jeszcze 40-50 lat temu Mojak tętnił życiem jako port rybacki nad Morzem Aralskim. Po noclegu u miejscowej rodziny na skraju Mojaka, wyjechałem w czwartek nad ranem w drogę powrotna. Szczęśliwie udało mi się złapać autobus jadący prosto do Nukus - stolicy republiki Karakałpaczka i tam od razu przesiadłem się na autobus do Buchary, którym pokonałem znów bezkresna Pustynie Kyzyl-Kum. W Bucharze zabawiłem tylko 3h po czym wsiadłem w nocny pociąg do Samarkandy. Poczałkowo konduktor chciał mnie umieścić w wagonie z drewnianymi ławkami Po znalem jednak milicjanta, który pod koniec lat '80 służył w wojsku w Warszawie. On porozmawiał z konduktorem i ten wpuścił mnie do jednego z pustych, zamykanych przedziałów Moglem się spokojnie i wygodnie wyspać podczas nocnej jazdy do Samarkandy. Zis i jutro mam zamiar odpocząć w przytulnym hostelu w Samarkandzie. W sobotę wieczorem lub w niedziele rano pojadę z powrotem do Taszkientu, by w poniedziałek rano wjechać wreszcie do Kazachstanu.

Pozdrawiam, Darek

MAM WRESZCIE CHIŃSKĄ WIZĘ!

Szimkent 23.07.

W niedziele 19.07 wróciłem z powrotem do Taszkientu. W Samarkandzie udało mi się poznać chłopaka, który ma agencje turystyczną i ma również znajomego w Taszkiencie, który załatwia wizy chińskie drogą mniej oficjalną ... Postanowiłem więc skorzystać z tej nowej znajomości i sprobować raz jeszcze zdobyć wizę chińska w Taszkiencie. Oczywiście, mogłem w poniedziałek jechać prosto do Almaty i próbować w Kazachstanie. Nie chciałem jednak zostawiać traktować Almaty, jako ostatniego miejsca, gdzie mogę wyrobić chińską wizę przed wjazdem do Chin. W poniedziałek, wg wskazówek znajomego z Samarkandy, skontaktowałem się z Timurem (chłopakiem z Taszkientu). O dziwo udało mi sie do niego dodzwonić i umówiliśmy się na spotkanie w jego biurze w centrum miasta. Okazało się, że on też pracuje w jednej z miejscowych agencji turystycznych. W jednej z takich agencji, która ma świetne układy z ambasadą chińską. Dodatkowo Timur robi jeszcze jakieś prywatne biznesy z Chińczykiem pracującym z ambasadzie. Po rozmowie z nim powiało optymizmem.

Postanowiłem, że wejdę w ten układ i zostawiłem Timurowi mój paszport. Tylko sam paszport - żadnego wniosku wizowego, zdjęcia, rezerwacji lotu, hotelu czy też pieniędzy. Powiedział, że zaniesie mój paszport do ambasady w środę 22.07 z samego rana. Wiza może być gotowa na poniedziałek 27.07 za 130 USD, na piątek 24.07 za 160 USD lub w ten sam dzień za 180 USD. Kwoty nieco zwalały z nóg, bo przykładowo w Polsce wiza chińska kosztuje 70 USD. Czułem jednak, że nie mam innego wyjścia i może to być moja ostatnia szansa na zdobycie wizy chińskiej w Azji Centralnej. Zamówiłem więc serwis super express na ten sam dzień i na 3 dni zostałem bez paszportu. Oczywiście już kilka minut po wyjściu od Timura, na stacji metra podszedł do mnie milicjant i poprosił o okazanie paszportu :) Powiedziałem, że mój paszport jest w ambasadzie chińskiej i odbieram go za dwa dni. Pokazałem mu xero paszportu i wizy uzbeckiej. Uśmiechnął się, powiedział, że wszystko rozumie, uścisnął mi dłoń i pojechałem dalej. W sumie podczas całego 19-dniowego pobytu w Uzbekistanie w samym tylko Taszkiencie spędziłem 9 bitych dni czekając na wizę chińską lub kazachską. To zdecydowanie za dużo jak na miasto, w którym nie ma prawie nic ciekawego do zobaczenia. Czułem, że już zaczynam sie dusić w tym mieście i to też był jeden z powodów zamówienia serwisu super express. W następnym dniu poszedłem raz jeszcze do Timura - tak dla podtrzymania kontaktu i znajomości. Zapytałem, czy nie mogę podejść z nim do ambasady i już tam odebrać od niego paszport, dać mu pieniądze i wrócić do hostelu. Powiedział, ze lepiej abyśmy spotkali sie w środę ok. 17.00 w jego biurze, gdyż wokół ambasady jest mnóstwo... kamer. No tak skoro wiza jest załatwiana metodą nieoficjalną, to nie powinno mnie być w pobliżu ambasady :) Timur jednak był pewien siebie, swych kontaktów i przekonywał mnie, że z wizą nie powinno być żadnego problemu. Bardzo chciałem mu wierzyć, ale wolałem nie zapeszać i nie cieszyć się na zapas.

W środę po południu poszedłem do Timura nieco wcześniej niż umówiona pora i okazało się, że zastałem go. Bo w rzeczywistości to nie on jest osobą od brudnej roboty, tylko jego jakiś znajomy biega do ambasady z paszportami. Timur tylko kasuje forsę :) Trzy kwadranse przed czasem "goniec" przyniósł mój paszport, a w środku świeża chińska wiza. Ogromnie się ucieszyłem i już nawet zapomniałem, że musiałem zapłacić za wizę tak dużo pieniędzy... Jest tylko jeden mały mankament. Wiza upoważnia mnie do pobytu na terenie Chin tylko przez 20 dni od daty wjazdu. Jeśli uda mi sie wjechać do Chin (czyt. jeśli przepuszczą mnie przez granicę), to będę miał tylko 20 dni na to, aby przejechać całe Chiny: od granicy kazachskiej do Hong Kongu. Ta była kolonia brytyjska potraktuje to jako ucieczkę z Chin w ostatnim dniu trwania wizy. Tam też będę musiał wyrobić drugą wizę chińską, aby móc dalej kontynuować podróż lądem przez Chiny Pd.-Wsch. i Wietnam do Kambodży i Tajlandii. Słyszałem jednak z wielu potwierdzonych źródeł, że Hong Kong jest jednym z najłatwiejszych miejsc jeśli chodzi o wyrabianie wizy chińskiej. Liczę na to, że nie powinienem mieć z tym problemów. Nawet jeśli, to znów mogę poprosić o pomoc jakąś agencję turystyczną. Po odebraniu wizy, Timur stwierdził, ze jego kumpel z biura ma dzis urodziny i ze musze razem z nimi wypić jego zdrowie. Ja na to, że muszę jeszcze jechać na dworzec kolejowy i kupić bilet na pociąg do Kazachstanu, który odjeżdżał za 3h. Timur na to: "nie ma problemu, mam znajomego w kasie kolejowej, zaraz do niego zadzwonię i bilet będziesz miał w 5 minut" Jak powiedział, tak zrobił. Mogłem spokojnie wypić z chłopakami zdrowie jednego z nich. Ciekawe, bo jeszcze nigdy nie piłem wódki z... chińskich czarek na herbatę :)) Do tego zagrycha z ogórków i popitka z soku. Raz, dwa i już byłem w drodze na dworzec kolejowy. Okazało się, że obcokrajowcowi wcale nie tak łatwo kupić w Taszkiencie bilet na pociąg międzynarodowy. Pani w kasie powiedziała, że najpierw muszę iść do biura imigracyjnego piętro wyżej i zapytać naczelnika stacji czy mogę taki bilet kupić... Poszedłem. Sprawdził mój paszport, wizę i wszystkie karteczki rejestracyjne (takie małe druczki z miejsc gdzie spałem, świadczące o tym ze jestem tu legalnie) po czym stwierdził, że nie ma problemu - mogę jechać do Kazachstanu. Napisał mi na małej karteczce nr tel i powiedział, żeby pani z kasy zadzwoniła do niego, to on jej potwierdzi :))) Przemiła Pani kasjerka sprzedała mi bilet do pierwszego większego miasta za granicą (Aris) i jeszcze sprawdziła mi pociągi na dalszą podróż do Almaty. Musiałem jeszcze kupić sobie coś do jedzenia na noc i pozbyć sie ostatnich sumów (waluta uzbecka) kupując konika na dworcu 10 USD :))) W końcu udało mi się znaleźć jakiegoś cinkciarza, który miał takie drobne dolary i mogłem wreszcie usiąść na chwilę w hotelu, aby złapać oddech przed podróżą.

Gdy wszedłem do pociągu, uderzyła mnie fala gorąca, poczułem się jakbym wszedł do sauny. To był pociąg relacji Taszkient - Czelabińsk (Rosja) i widocznie cały dzień stał na bocznicy w Taszkiencie w pełnym słońcu i nagrzał się jak piekarnik. Dla niewtajemniczonych - w większości rosyjskich pociągów okna się nie otwierają. Tak też było w tym składzie :) W jednej chwili zalałem się potem, zresztą podobnie wyglądali inny pasażerowie i każdy tylko czekał na to, aż pociąg ruszy. Jak już ruszył, to było tylko trochę lepiej. Jednak po pół godziny jazdy, pociąg stanął na granicy i znów każdy robił co mógł, aby się ochłodzić. Zaczęła się rutynowa kontrola celno - paszportowa. Do pociągu weszli też żołnierze z psami węszącymi w zakamarkach wagonu. Wszyscy jednak byli dla mnie bardzo mili - w końcu nie codziennie zdarza im się turysta z Europy na tej trasie. Nad ranem wysiadłem z pociągu w Aris i od razu na stacji natknąłem sie na.... bankomat. Całe szczęście, bo już zacząłem się martwić, gdzie wymienię dolary o 4 rano :) Co ciekawe, bankomat wydał mi kwotę jaką chciałem. Ufff wreszcie powrót do cywilizacji. Nie miałem dostępu do sprawnych bankomatów przez równe 49 dni, czyli od kiedy wyjechałem z Turcji do Iranu. Kupiłem więc bilet na pociąg do Szimkienta i teraz właśnie siedzę sobie w tym małym miasteczku na południu Kazachstanu w parku pod drzewem i piszę wpis :) Tu w Kazachstanie, są już 4 godziny różnicy czasu w porównaniu do Polski. Jeśli w Polsce jest 12:00, to u mnie jest już 16:00. Za dwie godziny mam nocny autobus do Almaty. Dotrę tam jutro wcześnie rano. Całe szczęcie, że w Almaty zatrzymam się u Janusza - znajomego z Polski, bo słyszałem, że Almaty to jedno z najdroższych miast w Azji Centralnej... Troszkę tam odpocznę. Miasto to leży u podnóża pasma Tien Szan, wierzchołki pokryte sż śniegiem, wyżej występują lodowce i górskie polodowcowe jeziora. Chyba wybiorę się na 2 dniowy trekking w niższe partie tych gór, ale o tym zadecyduję dopiero jak dotrę na miejsce.

Pozdrawiam, Darek

NOCLEG NA KOMISARIACIE W TIEN SZAN

Wtorek, 2 lipiec 2009
Almaty 27.07.

Tak jak zaplanowałem, z Szimkenta wyjechałem do Almaty nocnym autobusem. Autobus nie był dobrą opcją, ale był opcja jedyna gdyż wszystkie bilety na nocny pociąg były już sprzedane, gdy dotarłem na dworzec kolejowy. Na szczęście na przeciw dworca kolejowego stały autobusy. Nie wszystkie bilety na ten środek transportu kosztowały tyle samo. Im bliżej przedniej szyby, tym miejsce było droższe. Wziąłem więc miejsce na samym końcu :) Po 11h jazdy dotarłem w końcu do Almaty. Tu - tak jak pisałem poprzednio - zatrzymałem się u Janusza, znajomego z Polski. Samo miasto nie ma zbyt wielu zabytków, jednak ma świetną lokalizację. Leży u podnóża gór Tien Szan (pasmo graniczne z Kirgistanem). Wiele szczytów w okolicy przekracza 4000m wysokości. Prawie z każdego miejsca w mieście widać ośnieżone wierzchołki gór. Bliskość gór powoduje, że nie jest tu zbyt upalnie (czytaj więcej). Oczywiście w ciągu dnia temperatura przekracza 30st, jednak wieczorem odczuć można przyjemny chłód.

Z ciekawszych zabytków miasta, na uwagę zasługują dwie kolorowe cerkwie prawosławne zwieńczone złotymi kopułami. Godny uwagi jest także pomnik ku czci żołnierzy radzieckich, poległych na różnych frontach ZSRR. Pomnik znajduje się w jednym z parków i prowadzi do niego szeroka aleja. Wzdłuż niej ustawione są głośniki i grany jest marsz wojenny... W mieście znajduje się dużo zieleni, skwerów, parków i innych terenów rekreacyjnych. Istnieje tu kategoryczny zakaz wycinania drzew, wydany przez prezydenta. Almaty to nie tylko zieleń i piękne położenie. To również, a może i przede wszystkim, prawdziwa oaza bogactwa i przepychu w Azji Centralnej.

Kazachstan to kraj bogaty w złoża naturalne: ma duże pokłady gazu ziemnego, ropy naftowej, uranu, żelaza i innych surowców. To głównie dzięki nim oraz importowi wysokich technologii, dwa główne miasta: Almaty (była stolica) i Astana (obecna stolica), zawdzięczają swoje bogactwo. Widać je na każdym kroku. W lokalach i restauracjach, a szczególnie w hotelach, ceny są głownie zachodnioeuropejskie, mieszkańcy ubierają się po europejsku. Mnóstwo tu sklepów, galerii handlowych i butików sprzedających towary z najwyższej światowej półki. Na dużą uwagę zasługuje też fakt, że jeszcze nigdzie na mojej dotychczasowej trasie nie spotkałem takiego nagromadzenia luksusowych, bardzo drogich samochodów. Co ciekawe, dominują głównie luksusowe jeepy i drogie limuzyny. Obserwując ruch samochodowy, można odnieść wrażenie, że w Almaty jest największe zagęszczenie jeepów na 1km kw. na świecie. Przynajmniej ja takowe odniosłem. Wracając jeszcze do ruchu samochodowego - kierowcy wykazują się tu największą kulturą jazdy ze wszystkich krajów azjatyckich jakie do tej pory odwiedziłem.

Tak jak planowałem, w niedziele 26.07 wybrałem sie na 2-dniowy trekking w góry. Ze względu na brak odpowiedniego sprzętu, wybrałem łatwą pętle nad jezioro i przez przełęcz. Najpierw podjechałem miejskim autobusem do początku szlaku, po czym ruszyłem w górę Doliny Wielkiej Almatyńskiej. Ku mojego negatywnemu zaskoczeniu, pełna kurzu i pyłu droga, była mocno uczęszczana przez jeepy zwykłych mieszkańców Almaty. Była to niedziela, więc mnóstwo ludzi wybrało się w góry na piknik. Kazachowie uwielbiają piknikować. Na kazachskim pikniku zwykle piecze się szaszłyki z baraniny, pije, odpoczywa się na kocach (najlepiej nad rzeką) i słucha się głośnego disco przez otwarte drzwi samochodu.

Myślałem, że ten intensywny ruch samochodowy i tumany kurzu  unoszące sie za każdym autem, skończą się po paru kilometrach. Nic z tego, dławiący kurz i warkot silników towarzyszył mi przez ok 7-9 km! Aż do miejsca, gdzie droga opuszcza dno doliny i pnie się serpentynami po stokach nad brzeg Wielkiego Almatyńskiego Jeziora. Na szczęście większość samochodów nie jechała nad samo jezioro. Ostatnie 500 m przewyższenia pokonuje się wzdłuż ogromnej żelaznej rury, przez którą woda z jeziora pompowana jest do Almaty. Wzdłuż rury poprowadzono metalowe schody więc szybko zyskuje się wysokość.

Jezioro Almatyńskie leży na wysokości 2500 m i jest otoczone przez malownicze szczyty. Niektóre z nich pokryte są śniegiem przez cały rok. W dolinach położonych powyżej 3300-3500 znajdują się z kolei małe lodowce. Woda w jeziorze ma barwę jasno turkusową ze względu na dużą ilość krzemionki i dlatego, że jest zasilana woda z lodowca. Kolor wody świetnie kontrastuje z ciemną zielenią okolicznych świerków i ciemnymi skałami, co daje znakomity efekt wizualny. Poszedłem na spacer wokół jeziora, jednak nie przewidziałem, że na przeciwległym brzegu (tam gdzie do jeziora wpływa rzeka) nie ma mostu... Nie chciało mi się wracać z powrotem tą samą drogą, więc zdjąłem buty i spodnie i na bosaka pokonałem wartki nurt kilku potoczków. Woda miała jednak temperaturę poniżej 4-5 stopni (woda lodowcowa), więc po pokonaniu każdego potoczka musiałem masować stopy i łydki, gdyż były sine od zimna i aż bolały... Przeprawę zakończyłem sukcesem. Wróciłem z powrotem nad północny brzeg jeziora, gdzie wokół tamy znajdują się zabudowania. Nie wiem kto i po co tam mieszka.

Podczas konsumowania kolacji na tamie jeziora, zauważyłem przechodzącego policjanta. Zapytałem czy zna jakiś tani nocleg. Powiedział, że tu można wynająć domek letniskowy, ale cena powaliła mnie... Po krótkiej wymianie zdań ustaliliśmy, że mogę spać na mini-komisariacie policji. Komisariat ten przypomina gabarytami domek dla krasnali. Dwóch policjantów pełni tam tygodniową służbę i pilnują, aby nikt nie kąpał się i nie zaśmiecał jeziora. W końcu to woda pitna dla Almaty. Przemili policjanci dali mi kolację, jedliśmy zupę rybną z ziemniakami i cebulą we trzech ze wspólnej michy :) Smaczne było. Dostałem jedną z dwóch prycz i po ciężkim dniu, szybko zapadłem w głęboki sen.

Rano zjadłem szybkie śniadanie i wyruszyłem w kierunku przełęczy (3400 m wysokości). Po drodze minąłem obserwatorium astronomiczne na wysokości ponad 2600 m. Obserwatorium to posiada drugi pod względem wielkości teleskop w całym byłym ZSRR. Na samej przełęczy znajduję się tzw. Kosmostancja. Jest to jakaś stacja naukowa, skupisko beczek, starych rozsypujących się baraków i innych metalowych, betonowych i drewnianych zabudowań. Wokół pełno śmieci o dużych gabarytach. Przede wszystkim dookoła leży mnóstwo złomu; stare kaloryfery, druty, beczki, gąsienice od spychacza, elementy ogrodzenia, kable itp. Ogólnie panuje tam obraz nędzy i rozpaczy. Natrafiłem też na "wysypisko komputerowe". Kilkanaście starych monitorów i obudowy komputerowe leżały w wielkiej kałuży jakiegoś oleju lub innej niezidentyfikowanej mazi....

Nic tam po mnie, więc zacząłem schodzić do sąsiedniej doliny. Najpierw przez rumowiska, później przez hale z bujną trawą aż w końcu dotarłem do dna doliny (sąsiedniej do Wielkiej Almatyńskiej), które pokryte było łąkami pełnymi kwiatów. Piękny widok.  Na południe widać było główny grzbiet Tien Szan (prowadzi tamtędy granica z Kirgistanem) ze spływającymi ku północy lodowcami. Ja udałem się w dół i po kilku godzinach marszu przez lasy i łąki, dotarłem do Alma Arasan - skupiska domków letniskowych i miejsca na pikniki. Stamtąd jeszcze tylko 4 km i już byłem przy pętli autobusowej, skąd miejskim autobusem wróciłem do miasta.

Góry Tien Szan są na tyle piękne, dzikie i mało uczęszczane przez turystów, że można by w nich spędzić kilka dni, albo nawet ponad tydzień. Jednak góry te nie są moim priorytetem tym razem. W środę 28.07 zamierzam odpocząć, zregenerować się i zebrać siły przez kolejnym etapem podróży. Wiele wskazuje na to, że w środę (29.07) rano wyjadę z Almaty autobusem do Chin. Mam nadzieje, że uda mi się pokonać chińską granice...

Pozdrawiam, Darek

ODCIETA OD SWIATA PROWINCJA XINJIANG

Dunhuang 01.08

Dzień przed wyjazdem z Almaty, czyli we wtorek 28.09, kupiłem już bilet autobusowy do Urumczi. Bardzo miła pani w kasie zapewniła mnie, że granica kazachsko - chińska otwarta jest dla obcokrajowców. Ucieszyło mnie to, ale wciąż nie byłem pewien czy wjadę do Chin. W środę Almaty pożegnało mnie pochmurną, deszczową pogodą. Wyjechałem sypialnym autobusem w kierunku granicy chińskiej. Podróż była całkiem wygodna. Szerokie łóżka, ustawione w 2 rzędach wzdłuż autobusu, zapewniały całkiem niezły komfort jazdy. Prawie cały dzień spałem. Obudziłem się tylko podczas przerwy na lunch, gdy zjadłem szaszłyka z lepioszka i spałem dalej aż do granicy. W autobusie poznałem miłą Kazaszkę, która jechała do swojej cioci w Urumczi na rok uczyć się języka chińskiego. Zaprzyjaźniłem się też z miłym Uzbekiem, Muzaffarem, z Taszkientu, który jechał do Urumczi po towar. Handluje wyrobami tekstylnymi i w Urumczi miał odebrać przesyłkę z Szanghaju.

Na granicy po stronie kazachskiej wszystko poszło gładko i przyjemnie. Przemyciłem Muzaffarowi kilkaset dolarów. Poprosił mnie o to, gdyż spodziewał się, że Kazachowie będą chcieli od niego jakąż łapówkę. Tak rzeczywiście było, musiał zapłacić ok 10 USD łapówki. Powiedział: widzisz Darek, gdyby zobaczyli że mam dolary, to chcieliby więcej, a tak zapłaciłem 'tylko' 1500 KZT. Po stronie chińskiej miała już miejsce o wiele bardziej wnikliwa kontrola. Kilka minut sprawdzali moje obydwa plecaki i gdy zobaczyli, że mam laptopa i aparat fotograficzny, wzięli te dwie rzeczy na szczegółową kontrolę. Komputer i aparat były sprawdzane prawie godzinę. Nie wiem czego Chińczycy szukali, ale wyprowadzili mnie lekko z równowagi. Popełniłem też błąd taktyczny: wychodząc na kontrolę zostawiłem mapę Azji Centralnej na łóżku pod kołdrą. Spodobała się pogranicznikom i mi ją zabrali... Mam to gdzieś, mapa Azji Centralnej nie będzie mi już potrzebna.

Po stronie chińskiej zaczęła się już prawdziwa egzotyka - nieporównywalnie większa niż w krajach byłego ZSRR, czy nawet w Iranie. Kompletnie nic nie rozumiem co jest napisane na ścianach czy sklepach i nie ma żadnej nici porozumienia pomiędzy mną a Chińczykami. Chiny Zachodnie (prowincja Xinjiang) zamieszkałe są głównie przez mniejszość etniczną Ujgorów. Są to muzułmanie, którzy mają swoje własne tradycje (różne od chińskich), język i kuchnie. Język ujgurski jest z rodziny języków tureckich i jest bardzo podobny do turkmeńskiego czy uzbeckiego. Dlatego Muzaffar rozmawiał z tubylcami po uzbecku i oni go rozumieli. Kuchnia ujgurska też jest bardzo zbliżona do środkowoazjatyckiej. Zjadłem więc langman (gruby makaron z warzywami i mięsem na ostro) i popiłem aromatyczną, gorącą herbatą.

30.08 rano dojechaliśmy do Urumczi - największego miasta Chin Zachodnich, stolicy Xinjiangu, ostatnio znanego z krwawych zamieszek pomiędzy Ujgurami, a wojskiem chińskim, jakie miały miejsce na początku lipca. Oficjalnie w zamieszkach zginęło ponad 150 osób. Dane nieoficjalne są ponad 3-krotnie wyższe.

W Urumczi wciąż czuć napięta atmosferę. Po ulicach jeżdżą konwoje ciężarówek wojskowych wypełnione po brzegi chińskimi żołnierzami uzbrojonymi po zęby, gotowymi do wymiany ognia w każdej chwili. Prawie na każdym rogu ulicy są wojskowe posterunki, składające się z zasiek, 6-8 żołnierzy w pełnej gotowości bojowej i jakiegoś pojazdu opancerzonego. Także główny plac miasta, na którym były zamieszki jest zamknięty. Cały otoczony jest taśmą z napisem 'police' i nikt nie ma tam prawa wstępu. Poza tym cala prowincja Xinjiang nie ma łączności ze światem. Nie działa internet, ani telefony. Generalnie Urumczi jest miastem bardzo nowoczesnym, pełno szklanych biurowców i nowych drapaczy chmur oraz wszelkich nowoczesnych rozwiązań komunikacyjnych.

Po prawie całym dniu spędzonym w Urumczi, pojechałem wieczorem do Turpan i tam zostałem na noc. W centrum miasta wieczorem 'rozkłada się' nocny targ czyli obwoźne mini restauracje na wolnym powietrzu. Coś takiego jak na placu Djemaa el Fna w Marakeszu, tylko w wersji mini :) Można zjeść różne chińskie i ujgurskie specyfiki za jakieś śmieszne pieniądze typu 1-2 USD :) Można najeść się do syta, co też uczyniłem.

Następnego dnia spotkałem się z moim dobrym kumplem, Kubą (dla wtajemniczonych 'Kuba from Cuba'), który właśnie przyjechał do Turpan z grupą, jaką pilotuje przez Chiny, Kirgistan i Uzbekistan. Razem z Kubą i 'jego' grupą miło spędziliśmy czas realizując półdniową wycieczkę w okolice Turpan. Odwiedziliśmy ruiny dwóch antycznych miast: Jiaohe i Gaochang oraz jaskinie buddyjskie w Bezeklik. Niestety większość buddyjskich malowideł została tam zniszczona, byłem nieco zawiedziony tym faktem. W drodze powrotnej do Turpan zatrzymaliśmy się przy tzw. Flaming Mountains. Jest to krótkie pasmo górskie, którego stoki są tak porozcinane małymi dolinkami rzecznymi, że cały stok kształtem przypomina płomienie ognia. Efekt ten widoczny jest szczególnie przy zachodzie słońca, gdy cały stok czerwienieje. Turpan, poza atrakcjami turystycznymi w okolicy, znany jest także z 2 innych rzeczy. Pierwszą z nich są bogate plantacje winogron. Poza miastem jak i w jego obrębie, gdzie okiem sięgnąć, widać uprawy winogron. Jednak Ujgurzy są muzułmanami, więc nie uprawiają winogron w celu wytwarzania alkoholu. Głównym celem, dla którego uprawia się tu winogrona, jest produkcja rodzynek. Ponad plantacjami widać domki kształtem przypominające idealne prostopadłościany ? to wielkie suszarnie rodzynek. Drugą rzeczą, z której słynie Turpan i okolica, to Kotlina Turpańska. Dno tej kotliny położone jest na wysokości 154 m poniżej poziomu morza. Jest to druga pod względem głębokości depresja na świecie (po depresji Morza Martwego). Wychodzi na to, że w przeciągu około 2 miesięcy przeszedłem przez dwie największe na świecie depresje :) Wieczorem ostatniego dnia lipca wyjechałem, znów autobusem sypialnym, do Dunhuang. Tym razem autobus nie był tak wygodny jak ten do Urumczi. Miał 3 rzędy łóżek, tak wąskich i tak ciasnych, że komfort podróży pozostawiał wiele do życzenia. No cóż... podróżowało się w gorszych warunkach :) Po 14 h jazdy dotarłem wreszcie do Dunhuang i opuściłem Xinjiang. Obecnie jestem w prowincji Gansu i mam już pełny kontakt ze światem. Działa już moja komórka i mam też dostęp do internetu.

Samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Jest tylko bazą wypadową do atrakcji turystycznych położonych w jego okolicach. Mowa tu głównie o jaskiniach buddyjskich Mogao i wysokich wydmach piaszczystych ze znanym Księżycowym Jeziorem wśród wydm. Dziś wybiorę się odwiedzić któreś z tych miejsc. Jutro o 11:00 czasu lokalnego (5:00 czasu polskiego) wyjeżdżam już z Dunhuang i jadę sypialnym autobusem do Lanzhou - stolicy prowincji Gansu. Tym razem czeka mnie 18 h jazdy. Stamtąd najprawdopodobniej udam się do Xiahe - jednego z największych centrów buddyjskich w Chinach poza Tybetem. Czy rzeczywiście tam dotrę ? okaże się za około 2 dni.

Pozdrawiam serdecznie ze skraju pustyni, Darek.

TYBETANSKA ATMOSFERA W XIAHE

Xiahe 03.08.2009

Tak jak pisałem wcześniej, chcialem w Dunhuang pójść zobaczyć wysokie wydmy oraz jaskinie buddyjskie Mogao. Jednak okazało się, że Chińczycy chyba zwariowali i podyktowali zaporowe ceny (wg mnie) za wstęp do tych dwóch miejsc. Za wstęp do jaskiń życzą sobie prawie 30 USD plus dojazd!!! Z fotografii wiem jednak, że te jaskinie podobne są do tych, jakie kilka razy widziałem w Ajancie i Ellorze w Indiach. Postanowiłem więc, że odpuszczę sobie tą atrakcje. To samo z wydmami i tzw Księżycowym Jeziorem pośród nich. Wstęp tam kosztuje 20 USD i dodatkowo jest to miejsce niesamowicie turystyczne i zatłoczone. Dosłownie przypomina lunapark:) Można pojeździć po wydmach jeepem, quadem, wielbłądem, na nartach, na desce, można polatać nad wydmami na paralotni i nie wiadomo co jeszcze... Gdy zobaczyłem te tłumy ludzi na wydmach, uczyniłem w tył zwrot i wróciłem do hotelu. Szkoda czasu i pieniędzy na taką tandetę, szczególnie, że wydmy widziałem już 2 razy na Saharze i 2 m-ce wcześniej w Jordanii (przede wszystkim nie były to tak komercyjne miejsce jak to w Dunhuang).

Chińczycy mają takie samo poczucie czasu jak ludzie w Azji Centralnej. Autobus z Dunhuang do Lanzhou miał wyjechać o 11.00, ale czekał na jakiś dodatkowych pasażerów i zanim opuścił miasto, to zbierał jeszcze ludzi po drodze. Poza ludźmi zbierał jeszcze jakieś wielkie pakunki do zabrania i dostarczenia komuś gdzieś po drodze. Kierowca chyba sobie dorabiał jako nieoficjalny kurier :)

Tym razem zająłem pierwsze środkowe łóżko w dolnym rzędzie. Miało ono tą przewagę nad pozostałymi łóżkami, że nie miało ograniczonego miejsca na nogi. Mogłem sobie swobodnie wyprostować kończyny, tak że łydki i stopy opierały mi się na wielkim pudle przykrywającym silnik. Było to niesamowite udogodnienie, gdyż - jak wiadomo - nogi mam długie :) Podróż minęła mi całkiem szybko i przyjemnie. Poznałem na pokładzie Travis'a z USA, który mieszka na stałe w Dunhuang i prowadzi tam kawiarnię. Wcześniej studiował język chiński na Tajwanie. Travis był tłumaczem między mną, a całą resztą autobusu, gdyż wielu pasazerów było ciekawych co to za dwaj białasy jadą wraz z nimi. Jedną z rzeczy, które wzbudzały największe zainteresowanie u miejscowych były moje... włosy na rękach i nogach. Chińczycy nie mają prawie w ogóle włosów na rękach, więc byli niezwykle ciekawi moich rąk i nóg :) Wielu z nich po prostu podchodziło do mnie i głaskało moje nogi czy ręce, aby przekonać się, czy te moje włosy są prawdziwe :)

Jeszcze tego samego wieczoru, mniej więcej w połowie drogi do Lanzhou, zaczeło padać. Im bliżej Lanzhou, tym deszcz przybierał coraz bardziej na sile. Gdy rano dojechaliśmy do stolicy prowincji Gansu, miała miejsce prawdziwa ulewa. Tak mocna, że wycieraczki nie nadążały zbierać wody z szyb. Planowałem pojechać dalej do Xiahe, małej miejscowości w górach. Zacząłem się jednak zastanawiać, czy to zrobić. Z dwóch powodów. Pierwszym był ulewny deszcz. Drugim były informacje jakie otrzymałem w Dunhuang. Od kilku turystów z Francji, a także na forum globtroterów, dowiedziałem się, że z powodów politycznych, obcokrajowcy mają zakaz wjazdu do Xiahe. Przede wszystkim dlatego, że Xiahe jest centrum kultury tybetańskiej.

Z moich założeń pokonywania odległości wynikało, że miałem 3 dni zapasu, więc pomyslałem sobie, że sprobóje pojechać do Xiahe. Przedostałem się taksówką na drugi koniec miasta, na inny dworzec autobusowy i skacząc po kostki przez kałuże, dotarłem wreszcie do kas. Gdy obsługa dworca zobaczyła mnie, od razu zaczęli machać rękami i krzyczeć łamanym angielskim, że nie ma autobusów do Xiahe, lub że nie wolno mi tam jechać. A ja na to, że nie chcę do Xiahe, tylko do Linxia - miejscowości w połowie drogi do Xiahe. Chyba nie byli przygotowani na taką moją odpowiedź, bo nie wiedzieli co powiedzieć. Kasjerka powiedziała, że jeśli chce jechać do Linxia, to muszę jej dać xero paszportu, wizy i stempla z granicy. Miałem to wszystko gotowe, więc wyciągnąłem i jej wręczyłem. Była zaskoczona i nie pozostało jej już nic innego jak wydać mi bilet do Linxia. Gdy już jechalem autobusem, najpierw deszcz ustał, a po dalszych kilometrach niebo zaczęło się przecierać. Gdy już dotarłem na miejsce, nikt nie mówił, że nie mogę jechać dalej do Xiahe. Na przesiadkę czekałem niespełna 15 min.

W popołudniowych promieniach słońca, z widokami na piękne, porośnięte bujnym lasem góry, dotarłem do Xiahe. Po dotarciu do hotelu oniemiałem z lekka. Wokół zielone góry, klasztory i stupy buddyjskie, na ulicy pełno Tybetanczyków, mnichów w czewonych klasztornych szatach, pełno buddyjskich malowideł na domach i mantry buddyjskie z głośników na każdym kroku. Poczułem się jak w Nepalu lub jak gdzieś u bram Tybetu. Na prawdę, atmosfera panuje tu niesamowita. Rzekłbym nawet, że nieco magiczna. Przede wszystkim poczułem się tu wyśmienicie, bo stęskniłem się już nieco za klimatami buddyjskimi :) Od razu poszedłem do lokalnej knajpki, gdzie na migi pokazałem co chce zjeść. Po prostu wskazałem na potrawę, która już konsumował jakiś Tybetańczyk wraz ze swoją całą tybetańską rodziną. Powitali mnie z szerokim, szczerym, serdecznym uśmiechem. Jeden z mężczyzn znów zainteresował się moimi włosami na rękach i zaczął je głaskać. Po niewerbalnej wymianie uprzejmości, wreszcie zjadłem mój pierwszy posiłek dnia dzisiejszego i poszedłem na spacer po mieście.

Główną atrakcją Xiahe jest tybetański klasztor Labrang, do którego oczywiście poszedłem. Cały klasztor otacza tzw. Kora, ścieżka dla pielgrzymów o długości ponad 3 km. Na jej trasie ustawionych jest ponad 1000 dużych młynków modlitewnych i kilkadziesiąt innych wielkich "młynów". Setki, a może i tysiące pielgrzymów, pokonują codziennie Koreę idąc zgodnie z ruchem wskazówek zegara i wprawiając w ruch młynki modlitewne. Przy tym spiewają pieśni religijne lub powtarzają w kółko teksty mantr buddyjskich. Na trasie jest też kilka kaplic buddyjskich i jedna wysoka stupa, na której taras można wejść za niewielką opłatą. Wszędzie kolorowe, bogate zdobienia w postaci kwiatów lotosu, smoków i innych masek. Na ścianach podziwiać można żmudne malowidła przedstawiające różne sceny z życia Buddy. W środku u stop Buddy pielgrzymi składają w ofierze kwiaty, ryż, a na krzewach wokół świątyń wieszają różne kolorowe sznureczki czy paski materiału. W jednej ze świątyń trafiłem akurat na porę modlitwy. Kilkudziesięciu mnichów w wieku (mniej wiecej) 10-50 lat śpiewało mantry, powtarzając wciąż ten sam tekst modlitwy. Co jakiś czas słychać było donośny, glęboki dźwięk bębna lub wysoki dźwięk talerzy. Jestem na prawdę bardzo szczęśliwy, że udało mi się tu dotrzeć, pomimo różnych przeciwności losu. Trochę szkoda stąd wyjeżdżać, ale nie mam innego wyjścia. Ze względu na krótki czas trwania mojej chińskiej wizy, tym razem nie mogę sobie pozwolić na dłuższy relaks, jak to miało miejsce w Taszkiencie, czy Almaty. Jutro rano wracam do Lanzhou i potem mam w planie przedostać się stamtąd nocnym pociągiem lub autobusem do Xian.

Pozdrawiam, Darek

Z WIZYTĄ W ARMII TERAKOTOWEJ

Xian 5.08.

We wtorek 4.08 wyjechałem z malowniczego miasteczka Xiahe i udałem się porannym autobusem do Lanzhou. Xiahe pożegnało mnie chłodną, mglistą pogodą. Szczyty gór były skryte gdzieś głęboko w chmurach, wiszących nisko nad głowami. Na szczęście nie padało. Podróż minęła szybciej niż w drugą stronę, ponieważ tym razem autobus jechał z górki. Kierowca nie przestrzegał przepisów (jak większość Chińczyków), więc 270 km po górach pokonaliśmy w niecałe 5h.

Po przyjeździe do Lanzhou udałem się od razu na dworzec kolejowy, gdyż miałem cichą nadzieje, że uda mi się zdobyć bilet kolejowy do Xian. Kupienie w Chinach biletu na pociąg w dniu wyjazdu często graniczy z cudem. Dodatkowo panie kasjerki nie mówią w żadnym innym języku poza chińskim. Gdy wszedłem do holu kasowego i zobaczyłem ten tłum ludzi stojących po bilety, to aż się przeraziłem. Na pierwszy rzut oka wyglądało to tragicznie, co najmniej 1h czekania. Tak na pewno byłoby w którymś z krajów byłego ZSRR, ale nie tu. Chińskie kasjerki działają jak małe maszyny i wydaja bilety w trybie ekspresowym. W drodze do kasy opanowałem - z pomocą przewodnika - 3 lub 4 chińskie słowa. Musiałem w końcu powiedzieć dokąd chce bilet, jaki bilet, na kiedy i na który pociąg. Kasjerka uśmiechnęła się od ucha do ucha i od razu wydala mi bilet, jaki chciałem. Bardzo sie ucieszyłem. Po pierwsze dlatego, że udało mi się kupić bilet, po drugie, że wreszcie pojadę pociągiem. Kupiłem jednak bilet w klasie hard-seat, czyli najtańszej i najmniej wygodnej z możliwych. Do jednego takiego wagonu wchodzi ok 120 osób, a siedzenia i ich rozkład do złudzenia przypominają, te w naszych polskich pociągach podmiejskich. Tylko, że te w chinach są wyższe, twardsze i zdecydowanie mniej wygodne niż polskie. Dodatkowo wagon był jeszcze przeludniony i było bardzo gorąco. W takich warunkach pokonałem prawie 700 km z Lanzhou do Xian (10 h jazdy). Starałem się oczywiście spać, ale w pokrzywionych pozycjach lub z głową opartą na rękach na stole nie można pospać zbyt długo. To nic, jakoś wytrzymałem :)

Zanim jednak wyjechałem do Xian, pospacerowałem kilka godzin po Lanzhou. Miasto to położone jest w głębokiej dolinie, przez którą płynie jedna z największych i najbardziej znanych chińskich rzek - Rzeka Zolta (Huang He). Jej nazwa jest bardzo adekwatna do jej koloru, rzeczywiście kolor ma rudo - pomarańczowy, gdy płynie przez tereny muliste i niesie w swym korycie ogromne ilości rudego mułu. Jej kolor bardzo fajnie kontrastuje z zielenią okolicznych parków oraz bielą i srebrem wieżowców stojących nad rzeką.

Centrum Lanzhou to właśnie bardzo wysokie wieżowce, zbudowane z mieszanki betonu, szkła i betonu. Wygląda to dość imponująco. Po drugiej stronie Rzeki Żółtej patrząc od strony centrum znajduje się Wzgórze Białej Pagody, na które się wybrałem. Jest to park na wzgórzu z licznymi alejkami, schodami i knajpkami. Wśród drzew i krzewów ukrytych jest wiele pagód i świątyń buddyjskich. Wejścia do świątyń często strzegą pomniki lwów lub smoków. W jednej ze świątyń znów trafiłem na modlących się, przy dźwiękach bębna, buddyjskich mnichów. Na samym szczycie wzgórza dominuje nad okolicą Biała Pagoda. Nie wiem skąd nazwa, gdyż nie ma w niej żadnego elementu białego, a sama pagoda jest bezowa. Może kiedyż była biała :)

Po dotarciu do Xian, byłem tak niewyspany i tak połamany po nocy na twardym siedzeniu, że wszystko mnie bolało - z kręgosłupem na czele. Zanim jednak poszedłem do hostelu, postanowiłem kupić bilet kolejowy na dalszą część podróży, do Chengdu. Tym razem dopłaciłem trochę i wziąłem kuszetkę, bo w tym pociągu spędzę 15 h (pokonam dystans 850 km).

Okazało się, że hostel w Xian mieści się w starych koszarach armii czerwonej (chińskiej). Ma jednak wszelkie udogodnienia, jakie potrzeba turyście niskobudżetowemu. Pokoje wieloosobowe, pralnie, bar, czyste sanitariaty, stół do ping ponga i bardzo miłą, pomocną obsługę. Po szybkim ogarnięciu się, pojechałem odwiedzić jedno z tych miejsc, których w Chinach nie można nie zobaczyć - muzeum Żołnierzy Armii Terakotowej. Jest to dość młoda atrakcja kraju. W 1974 roku kilku facetów kopiących studnie natrafiło wewnątrz ziemi na posąg żołnierza w skali 1:1. Od tamtego czasu prowadzone są w tym miejscu prace archeologiczne. Dziś muzeum składa się z 3 wielkich hangarów, gdzie pod dachem chroniącym od deszczu i słońca, prezentuje się gościom żołnierzy armii terakotowej. W muzeum znajduje się w sumie... kilka tysięcy żołnierzy, wszystkie w skali 1:1 razem z końmi. Wszyscy żołnierze stoją w jednym szyku, zwykle twarzą skierowaną w 1 kierunku. Na uwagę zasługuje też fakt, że w całym kompleksie nie ma dwóch żołnierzy, którzy mieliby takie same twarze. Wszystkie posągi wyrzeźbione są z niesamowitą precyzją. Jest to miejsce bardzo turystyczne i zatłoczone, ale jednak warto je odwiedzić. Nie rzuciło mnie na kolana, ale podobało mi się. Po powrocie do Xian, odwiedziłem jeszcze 4 główne atrakcje miasta: Wieżę Dzwonu - potężną wieżę w centrum miasta, z której w przeszłości rozbrzmiewał dzwon o wschodzie słońca; Wieżę Bebna - równie masywną budowlę, gdzie dźwięk bębna informował kiedyś mieszkańców o zachodzie słońca; Pagodę Wielkiej Gęsi - zbudowaną w VII w n.e., mieszczącą hinduskie księgi buddyjskie przywiezione tu przez jednego z mnichów; Pagodę Małej Gęsi - zbudowaną w VIII w n.e., mieszczącą się w malowniczym, cichym parku.

Samo miasto nie ma nic poza tym do zaoferowania. Jest to największe chińskie miasto, jakie do tej pory odwiedziłem. Zatłoczone, pełne spalin, szerokich ulic i wszędzie coś się buduje. To wszystko tworzy atmosferę lekkiego chaosu. Znajduje się tu także centrum biznesowe z wysokimi, szklanymi drapaczami chmur i sklepami lub biurami światowych marek. Jutro rano zamierzam odpocząć porządnie przed czekającą mnie długą podróżą do Chengdu. 6.08 o 14:00 czasu lokalnego wyjeżdżam z Xian i jadę dalej na południe.

Pozdrawiam serdecznie, Darek

NA ŚNIADANIU U PANDY WIELKIEJ

Chengdu 08.08

W czwartek 6.08 poszedłem jeszcze tylko rano w Xian zobaczyć Pagodę Wielkiej Gęsi, po czym wróciłem do hotelu po bagaż i poszedłem na dworzec kolejowy na pociąg, który miał mnie zabrać do Chengdu. Co prawda pociąg spóźnił sie 30min, ale komfort jaki miałem w wagonie, zrekompensował mi wszelkie dotychczasowe niedogodności, jakie miałem podczas podróżowania po Chinach. W wagonie z miejscami do leżenia zastałem na moim łóżku białą, miękką poduszkę i kołdrę obleczoną w świeżą poszwę. Aż miło się zrobiło. W każdym przedziale było 6 bardzo wygodnych łóżek, stolik i... mini plazma nad oknem. Leciał jakiś rosyjski film wojenny z chińskim tłumaczeniem :)

Czułem, że jestem mocno zmęczony więc wdrapałem się na łóżko i momentalnie zasnąłem. I tak spiąc i budząc się z przerwami spędziłem większość podróży. W sumie przez te 15 h podróży, spałem ok 13 h... Ale w takich warunkach każdemu spałoby się dobrze. To jednak nie była wcale najwyższa klasa sypialna.

Po dotarciu na miejsce, od razu skierowałem swe kroki do upatrzonego wcześniej hostelu. Jednak Chengdu liczy ponad 4 mln mieszkańców więc troszkę czasu mi to zajęło. Dotarłem na miejsce, a tu niespodzianka - cały hostel zarezerwowany, zostały tylko te najdroższe pokoje, zdecydowanie nie na moja kieszeń. Zadzwoniłem więc do dwóch pozostałych hosteli, które miałem na liście rezerwowej i okazało się, że w jednym z nich mają tanie miejsca. Ufff :)

Przedostanie się na drugą stronę miasta znów zajęło sporo czasu, potem odnalezienie adresu w plątaninie ciasnych uliczek tak samo. Sam hostel położony jest w bardzo cichej i ładnej dzielnicy. Cały kwartał tworzy kilka krzyżujących się ulic, odrestaurowanych w jakimś starym chińskim stylu architektonicznym. Na ulicy kostka brukowa, dachy domów z zawiniętymi rogami i lekko pagodowe dachy. W kolorystyce budynków dominuje kolor grafitowy i czerwony. Wszędzie wiszą tradycyjne chińskie czerwone lampiony i abażury, a wejść do wielu domów strzegą chińskie lwy lub smoki. Dzielnica ta jest urządzona typowo pod turystów, gdyż mieszczą się tu głównie drogie knajpy, puby i galerie. Lokale te nie są zupełnie na kieszeń turysty niskobudżetowego :) Na szczęście 400 m dalej jest już "normalny świat", gdzie można zjeść jakąś lokalną potrawę w typowo lokalnej knajpce, w której żywi się lokalna ludność, a ceny są całkiem znośne.

Po krótkim odpoczynku w hostelu i zjedzeniu czegoś dobrego, poszedłem w miasto pozwiedzać kilka świątyń. Większość ulic Chengdu przecina się pod kątem prostym. Dodatkowo połączone są one trzema pierścieniowo ułożonymi obwodnicami. Najpierw poszedłem do taoistycznej Świątyni Zielonego Ramy, położnej przy jednej z obwodnic. Kolejno odwiedziłem jeszcze jedną z najważniejszych w mieście, buddyjską Świątynię Wuhou oraz buddyjski Klasztor Wenshu. Ledwo się obejrzałem, a minęło ponad pół dnia i zbliżało się późne popołudnie.

Centrum Chengdu to morze drapaczy chmur, całych we szkle i metalu: niektóre już lśnią nowością, inne dopiero się budują, co widać po potężnych żurawiach w okolicy. Pośród tych wielkich biurowców znajduje się ogromny Plac Tianfu. Stoi na nim potężny pomnik Mao Zedonga, pozdrawiającego naród wyciągniętą prawą ręką...

W międzyczasie, jak tak chodziłem po mieście, to zaszedłem też na posterunek policji turystycznej, aby zapytać jak wyglądają szanse na przedłużenie mojej obecnej wizy chińskiej. Miła pani, która całkiem dobrze mówiła po angielsku (ewenement!) powiedziała, że teoretycznie nie powinno być z tym problemu i mogę się starać o przedłużenie wizy na... 30 dni. Tyle tylko, że w Chengdu cała procedura trwa 5 dni i lepiej spróbować zrobić to w Leshan, mieście 120 km stąd. Tak czy inaczej Leshan jest na mojej trasie, więc zawitam tam być może w najbliższy poniedziałek.

Dziś z kolei miałem wczesną pobudkę, gdyż postanowiłem odwiedzić symbol Chengdu i całej prowincji Syczuan, a mianowicie misia pandę. Pandy odwiedza się w specjalnym Ośrodku Badawczym, bo jak wiadomo jest to gatunek zagrożony. W tym ośrodku pandy rozmnażają się i żyją pod kontrolą. Jest to popularne miejsce wśród turystów, również tych chińskich, więc pojechałem tam wcześnie rano, aby uniknąć tłumów. Najpierw odwiedziłem wybieg dla czerwonych pand, które są nieco mniejsze od tych czarno białych i mają długie ogony. Szczerze mówiąc, to czerwone pandy bardziej przypominają szopy pracze niż pandy. Trafiłem akurat na porę karmienia wszystkich pand, więc było na co popatrzeć i było wesoło. Po sesji fotograficznej u pand czerwonych, poszedłem do miejsc, gdzie oglądać można wielkie pandy biało czarne. To są dopiero aktorki... Jeżdżąc na śniadanie pędy bambusa, robią takie miny i przyjmują takie pozycje, że nie można się powstrzymać od śmiechu. Jedna panda siedziała cała w pędach bambusowych i tylko głowa jej wystawała, bo jakoś musiała jeść. Inne dwie siedziały plecami do siebie oparte wzajemnie o siebie i wsuwały śniadanie :) Inna z kolei chyba nie była głodna, bo smacznie sobie spała na bambusowej półce wśród gałęzi drzew. Przy tym miała taka pozycje i taki wyraz 'twarzy', że wyglądała jakby wczoraj miała niezłą imprezę i spała skacowana :) Im bliżej południa, tym coraz więcej ludzi przybywało do Ośrodka, więc wyszedłem i resztę dnia spędziłem na relaksie. Nie wiem co będę robił jutro. Chyba wszystko zależy od nastroju i tego jak długo będę spał. Pomyślę o tym jutro rano.

Pozdrawiam, Darek

FANTASTYCZNE KRAJOBRAZY WŚRÓD TARASÓW I MOGOTÓW

Yangshuo 18..

W niedziele, 16.08, tak jak chciałem, bardzo wcześnie rano pojechałem na północ od Guilin w kierunku miejscowości Longsheng. Do samego Longsheng nie dojechałem jednak, gdyż wcześniej, na trasie, przesiadłem się na lokalny autobus, jadący w kierunku górskiej doliny. Nie jest to jakaś zwykła dolina, gdyż na jej końcu znajdują się zbocza, a na nich można znależć jedne z największych atrakcji regionu. Słynne tarasy ryżowe Long Ji. Przez niektórych nazywane są też Tarasami Smoczych Zeber.

Autobus dowiózł mnie do lokalnej wioski nad górską rzeką z wiszącym mostem. Zanim jednak poszedłem w górę, zjdałem małe śniadanie w lokalnej knajpce. Gdy już się wzmocniłem, ruszyłem na szlak. Poszedłem początkowo drogą zupełnie nie używaną przez turystów, gdyż większość z nich podjeżdża serpentynami prosto na parking, do którego ja miałem 40 min marszu stromą ścieżką po stoku. I to był dobry wybór, bo widoki i wrażenia dawkowałem sobie sukcesywnie. Było też niesamowicie duszno i gorąco. Tak bardzo, że pot kapał mi z nosa, uszu i palców u rąk! Po 20 min wykręciłem też podkoszulek...

W końcu dotarłem do ww. parkingu dla turystów i głównej "bramy" do tarasów. Następnie szedłem już wygodną ścieżką ułożoną z w miarę równych kamieni. Po kilkunastu minutach doszedłem do górskiej wioski Ping'an, która jest takim mini centrum turystycznym. Znajduje się tam kilka małych hoteli, restauracji i mnóstwo sklepów z pamiątkami. Poniżej Ping'an leży wioska Huangluo, zamieszkała przez górskie plemię Yao. Plemię, jak plemię, ale kobiety z tego plemienia znane są ze swych bardzo długich włosów. Na co dzień włosy mają związane na głowie w ogromny kok i przykryte kolorową czapką. Jednak, gdy im się odpowiednio dużo zapłaci, to mogą rozwiązać ów kok i wtedy ich włosy opadają w dół sięgając prawie do samej ziemi. Ponoć wszystkie te kobiety trafiły kiedyś do księgi rekordów Guinessa, jako posiadaczki najdłuższych włosów na świecie (gdy się zsumuje długości włosów wszystkich mieszkanek wioski).

Gdy już minąłem Ping'an dotarłem do pierwszego punktu widokowego na tarasy. Moim oczom ukazał się widok, jakiego jeszcze nigdy do tej pory nie doświadczyłem. Strome stoki górskie ciągnące się wzdłuż głębokiej doliny. Wzdłuż stoków ciągnące się tarasy ryżowe, które przybierają tak soczyście zieloną barwę, że ma się wrażenie, że są podkolorowane sztuczną farbą. Nic z tego - są prawdziwe :) Każdy taras ryżowy ma inny kształt i każdy też nie jest prosty choćby przez chwilę. Tarasy nawiązują swym kształtem do układu stoków górskich i rzeczywiście wyglądają jak żebra jakiegoś wielkiego zwierza. Przez to, że stoki są bardzo wąskie, same tarasy też są dość wąskie. Zwykle nie przekraczają 1-2 metrów szerokości. Gdy się patrzy z góry na tarasy, jedno z pierwszych nasuwających się skojarzeń, to takie, że przypominają one idealny profil hipsometryczny. Taki, jaki pokazuje się dzieciom na pierwszych lekcjach geografii, żeby wyobraziły sobie budowę terenów górskich :) Trudno uwierzyć, że te wszystkie tarasy, zostały zbudowane ręką ludzką. W końcu to tak strome stoki, że między jednym tarasem, a drugim jest czasem metr różnicy wysokości!

Niemal całą niedzielę spędziłem maszerując szlakami wśród tarasów ryżowych. Za każdym zakrętem moim oczom ukazywał się nowy, równie fascynujący widok, jak chwile wcześniej. I tak w kółko. Cały czas byłem ciekaw, co kryje się za następnym zakrętem. Wieczorem wróciłem do Guilin. Zmęczony, ale pełen wrażeń, po dobrze spędzonym dniu.

W poniedziałek wcześnie rano wyjechałem z Guilin i udałem się do Yangshuo - kolejnej prawdziwej perełki krajobrazowej prowincji Guanxi. Yangshuo jest małym miasteczkiem wciśniętym pomiędzy sterczące pionowo wzgórza mogotowe, zbudowane z wapiennych skał i porośnięte subtropikalną roślinnością. Cała okolica wygląda jak z bajki. Pionowe mogoty, a między nimi wijące się rzeki i małe wioski wyglądają, jak z jakiegoś surrealistycznego filmu. Jakby ktoś specjalnie poustawiał te góry jak klocki, posadził na nich gęstą roślinność, a między nimi poprowadził rzeki :)) Oniemiałem na ten widok, który to już raz - nie tylko w Chinach, ale podczas całej podróży :)

Nie chciałem marnować czasu. Wypożyczyłem rower (wreszcie) i pojechałem na cały dzień na prowincje. Po drodze mijałem kilka jaskiń udostępnionych turystom, ale nie zdecydowałem się na wizytę w nich, bo przed każdym z wejść kłębił się wielki tłum zorganizowanych wycieczek. Pojechałem prosto w kierunku Wzgórza Księżycowego (Moon Hill). Wzgórze to wygląda, jakby ktoś je stworzył wbrew prawom fizyki :) Ma zaokrąglony kształt, a przez środek wzgórza 'przebita' jest ogromna dziura (mini tunel) o średnicy około 50-60 metrów. Patrząc z dołu pod różnym kątem, dziura ta wygląda jak Księżyc w różnych fazach. Coś niesamowitego! Można podejść do samego podnóża owego wzgórza i przyjrzeć się temu cudowi natury z bliska. Uczyniłem to. Można też wejść na sam wierzchołek Moon Hill, aby z góry (niemal z lotu ptaka) podziwiać okolice. Gdzie okiem sięgnąć, aż po horyzont wystają z ziemi mogoty o tak fantastycznych kształtach, że w głowie się to nie mieści :)

Na sklepieniu tunelu wydrążonego w Moon Hill znajdują się jedne z najtrudniejszych na świecie tras wspinaczkowych. Wprawiony wspinacz jest w stanie pokonać całe sklepienie niczym ?spiderman?. Co ciekawe, sporo z tych najtrudniejszych tras zostało wytyczonych przez jednego z najlepszych specjalistów w dziedzinie, Jacka Kudłatego. Z Moon Hill, pojechałem jeszcze długą doliną wzdłuż Smoczej Rzeki. Po drodze mijałem kolejne tarasy ryżowe (tym razem płaskie) i wzgórza o niewyobrażalnych kształtach. Zatrzymywałem się też w lokalnych wioskach, aby z bliska poobserwować codziennie życie mieszkańców. Po dojechaniu i przekroczeniu Mostu Smoka, zatoczyłem pętle i zwykłą drogą wrociłem do Yangshuo. Znów zmęczony, wycieńczony, ale bardzo szczęśliwy po tym co udało mi się zobaczyć. No i wreszcie mogłem pojeździć na rowerze, bo trochę mi tego brakowało :)

Dziś mam dzień całkowitego relaksu. Spacerowałem po miasteczku, pełnym hotelików, knajpek i restauracji. Jest to prawdziwa mekka turystów niskobudżetowych, gdzie ani przez chwilę nie można się nudzić. Mam nadzieje, że pewnego dnia będę mógł tu jeszcze wrócić, bo krajobrazy są tu niesamowite.

Za godzinę opuszczam już to zaczarowane miejsce. Jadę nocnym autobusem do Guangzhou (Kanton) i tam pobędę około 2 dni, gdyż jutro rano odwiedzę konsulat Wietnamu i zobaczę jak wygląda kwestia wyrobienia wizy do tego kraju.

Pozdrawiam, Darek

MIŁA WIZYTA W WIETNAMSKIM KONSULACIE I WIZA BIZNESOWA :)

Kunming 21.08.

Autobus nocny z Yangshuo do Kantonu nie należał do najwygodniejszych, ale znów udało mi się zaoszczędzić sporo czasu poprzez podróżowanie w nocy. Dotarłem do Kantonu wcześnie rano, jeszcze zanim wzeszło słońce. Posiedziałem chwile na dworcu, aż zacznie świtać i pojechałem metrem do centrum, do hostelu. Bardzo przytulna lokalizacja, hostel ten znajduję się na Wyspie Shamian, położonej na Rzece Perłowej płynącej przez Kanton. Zaraz obok znajduje się też polski konsulat generalny. Nie zachodziłem tam, gdyż nie ten konsulat był moim głównym celem wizyty w Kantonie.

Gdy tylko rozgościłem się w pokoju i zostawiłem tam główny bagaż, udałem się od razu do konsulatu generalnego Socjalistycznej Republiki Wietnamu. Ma on siedzibę w jednym z 4-gwiazdkowych hoteli w centrum miasta. Szybko namierzyłem ów hotel. Zapytałem na recepcji o konsulat i zostałem wysłany na... 39 piętro. Niezły muszą mieć widok stamtąd - pomyślałem. Okazało się jednak, że nawet recepcjonista w 4-gwiazdkowym hotelu w Kantonie (głównej bramie na świat dla Chin Południowych), nie zna podstaw angielskiego, bo na 39 pietrze mieściła się luksusowa restauracja. Konsulat znajduje się natomiast w oddzielnym skrzydle hotelu. Skierował mnie tam jakiś facet, którego spotkałem w hallu hotelu. Byłem 30 min przed otwarciem sekcji wizowej. Pracownicy konsulatu wietnamskiego okazali się bardzo mili, pomocni i wszyscy mówili biegle po angielsku. Całkowite przeciwieństwo pracowników chińskich konsulatów.

Dowiedziałem się, że nie wydaja tu wiz 14-dniowych (takich jak w Warszawie), lecz tylko miesięczne. Wiza w normalnym trybie kosztuje 50 USD i jej przygotowanie trwa 3 dni robocze, więc będzie gotowa na 24.08. Mogę jednak dopłacić 35 USD i otrzymać wizę tego samego dnia po południu (wersja ekspres). Zdecydowałem się na ekspres, bo i tak siedząc przez weekend w Kantonie wydałbym pewnie więcej niż 35 USD, gdyż to drogie miasto. I jeszcze jeden mały szczegół: nie mogłem aplikować o wizę turystyczną, gdyż akurat w ten dzień wiz turystycznych nie wydawali. Milły Pan powiedział mi, że mam zaznaczyć we wniosku opcje... "wiza biznesowa" i że dla mnie nie ma to żadnej różnicy. Chodzi tylko o zasady i biurokracje :) Uczyniłem co radził i po południu tego samego dnia odebrałem bez żadnych problemów moją miesięczną, biznesową wizę wietnamską :)

W czasie oczekiwania na wizę pochodziłem po mieście. Tak jak wspomniałem powyżej - jest to największę miasto w Chinach południowych, mające bliskie koneksje z niedalekim Shenzhen oraz Hong Kongiem i Macau - dwoma byłymi koloniami europejskimi. Centrum miasta to - jak zwykle w dużych chińskich metropoliach - morze szklano-metalowych drapaczy chmur. Wśród nich pewną oazą spokoju jest Rzeka Perłowa - główny wodny szlak komunikacyjny miasta. Można popływać po rzece wieloma statkami turystycznymi lub pospacerować czy pojeździć rowerem po szerokich, zacienionych bulwarach.

Ja tego dnia odwiedziłem 3 świątynie trzech różnych religii. Najpierw poszedłem do meczetu. Gdyby nie stożkowaty mina ter wystający zza murów oraz napisy arabskie, nie można by pomyśleć, że znajduje się tam meczet. Został on bowiem zaadoptowany z jakiejś dawnej chińskiej świątyni i stylem architektonicznym nie nawiązuje w żaden sposób do stylów muzułmańskich. Wszedłem tylko na dziedziniec, gdyż do sali modlitw wstęp mają tylko muzułmanie. Następnie poszedłem do świątyni taoistycznej Pięciu Nieśmiertelników. Prosta świątynia nie wybijająca się w sumie niczym szczególnym ponad te, które widziałem do tej pory. Ostatnią atrakcją turystyczną tego dnia był katolicki kościół pod wezwaniem Świętego Serca, zaprojektowany w stylu neogotyckim przez francuskiego architekta i wzniesiony w połowie XIX wieku. Jego dzwon został odlany we Francji i stamtąd też przywieziony, a wieżę mają wysokość 48 m.

Po odebraniu mojej wietnamskiej wizy biznesowej, przespacerowałem się wzdłuż rzeki i wróciłem do hostelu. Wieczorem wyszedłem jeszcze na chwile pooglądać jak wygląda Kanton nocą. Wszystkie wieżowce są oświetlone neonami, wszędzie jest kolorowo i bardzo nowocześnie.

W czwartek 20.08 odwiedziłem jeszcze 2 świątynie buddyjskie: Guangxiao i Temple of Six Banyan Trees. W obu świątyniach byłem przed południem (ok 9:00) i trafiłem na tłumy pielgrzymów. Nie wiem czy powodem takich tłumów była zwykła pora modlitwy czy tezż jakieś specjalne święto buddyjskie. W każdym razie w obu tych świątyniach atmosfera była bardzo podniosła. Rzesze wiernych sunących wokół posągów Buddy (zawsze zgodnie z ruchem wskazówek zegara) z kadzidełkami. Inni składający w ofierze, kwiaty, owoce i pieniądze u stóp Buddy. Wewnątrz świątyni - tam gdzie pielgrzymi nie mogli wejść - przesuwał się korowód mnichów i mniszek, ubranych w ciemnobrązowe szaty. Chodzili gęsiego wokół wielkich, głównych posągów Buddy, śpiewając chóralnie mantry. Wokół unosił się słodki zapach kadzideł, a ich śpiewy co chwile przerywane były przez donośny dźwięk dzwonu lub bębna, w który uderzał jeden z mnichów na tyłach świątyni.

Tego samego dnia poszedłem jeszcze do ogrodu botanicznego, znanego też pod nazwą Ogrodu Orchidei. Jest to istna oaza spokoju i ciszy wciśnięta między główne arterie komunikacyjne miasta. Pełno tam wąskich, wijących się alejek spacerowych, oczek wodnych i kilka małych pagód. Poza tym całe mnóstwo egzotycznych roślin, których nazw nie znam, w różnych, pięknych kolorach. Orchidei jednak było tam jak na lekarstwo. Spodziewałem się większej ilości tych roślin. Były za to kwitnące bananowce z czerwonymi, wielkimi kwiatami z kielichem w kształcie pionowej korony i wiele innych bajecznych roślin, krzewów i drzew.

Stamtąd udałem się szybko w drogę powrotną do hostelu (bardzo nowoczesnym metrem), tylko po to, aby wziąć mój główny bagaż. Pojechałem potem na dworzec kolejowy, gdyż niebawem miałem pociąg do Kunming, stolicy prowincji Yunnan. Na szczęście znów miałem kuszetkę, bo w tymże pociągu spędziłem... 25 h. Powiem szczerze, że tak komfortowymi pociągami jak w Chinach, nie miałem jeszcze okazji jeździć. Wygodne łóżka (po 6 w każdym przedziale), czysta biała pościel, dostęp do wrzątku (więc można sobie zjeść coś dobrego), czyste toalety i umywalki, ładne zasłony, dywan w korytarzu, muzyka relaksacyjna w głośnikach.... Tak, to można podróżować :) W Kunming spędzę prawie dwa dni i potem sukcesywnie będę się przemieszczał na zachód Yunannu (jednej z najładniejszych prowincji w Chinach) w kierunku granicy z Tybetem. Spędzę tu ok 10 dni zanim opuszczę Chiny i wjadę do Wietnamu.

Pozdrawiam serdecznie, Darek.

DESZCZOWE, ALE PIĘKNE OKOLICE DALI

Dali 24.08.

Po przyjeździe do Kunming, udałem się do wcześniej upatrzonego hostelu. Słyszałem wcześniej od znajomych, że Kunming to wielki moloch, przypominający morze betonu i że niewiele jest tam ciekawych miejsc. Niestety, ta opinia potwierdziła się w rzeczywistości. Wady wielkiego, betonowego miasta miałem okazje poznać już jadąc z dworca miejskim autobusem. Dość długo pokonywałem względnie niewielką odległość do hostelu, gdyż sporo czasu spędziłem stojąc w ogromnych korkach. Okazało się jednak, zż hostel jest w dość ciekawej dzielnicy. Blisko do centrum, a wokół pełno knajp, barów i wielki plac miejski. Zanim jednak tam dotarłem, było już późno, bo przed opuszczeniem dworca, postanowiłem kupić bilet kolejowy na dalszą podróż. Kolejka do kasy była jednak bardzo długa i zeszło mi prawie godzinę. Dlatego też tego dnia nie poznałem dokładnie Kunmingu. Za to w sobotę miałem prawie cały dzień na lepsze poznanie miasta. Główna ulica zalana tłumem pieszych, dwie dosyć nowe pagody, świątynia buddyjska i park - to główne atrakcje stolicy prowincji Yunnan. Owe pagody stoją niedaleko mojego miejsca noclegu i pochodzą z czasów dynastii Tang, lecz w przeszłości były niszczone przez trzęsienia ziemi czy też przez najazdy muzułmanów. Dlatego też wielokrotnie je odbudowywano, ostatni raz w XIX wieku. Następnie przespacerowałem się główną ulicą miasta wśród biurowców i galerii handlowych. Chwilami było bardzo tłocznie.
Niedaleko tejże ulicy znajduje się dzielnica muzułmańska, a także największy meczet w mieście. Jest to nowy 12-letni budynek, który z zewnątrz przypomina bardziej jakieś kasyno z Las Vegas albo multipleks niż świątynie muzułmańską :) Ma on bardzo futurystyczne założenia architektoniczne, ale przez to pasuje idealnie do otoczenia. Po kilkunastu minutach dotarłem do najważniejszej świątyni buddyjskiej w Kunming - Swiatyni Yuantong. Nie jest to wielka atrakcja, do której ściągają tłumy turystów, dlatego cena biletu była normalna i jak najbardziej przystępna. Po środku wielu zabudowań świątynnych znajduje się zielona sadzawka z pomarańczowymi rybami. Niestety niektórym z nich zaszkodziły śmieci wrzucane do sadzawki przez wiernych i dlatego unoszą się na powierzchni wody w stylu grzbietowym :) W tej świątyni również trafiłem na porę modlitwy. I znów wiele mniszek ubranych w ciemne szaty wraz ze zwykłymi wiernymi bilo pokłony głową skierowana w stronę złotych posągów Buddy na głównych ołtarzu. Palili przy tym różne kadzidła i świece na szczęście i składali Buddzie kwiaty i owoce w ofierze. Po krótkiej obserwacji tych wszystkich obrządków, udałem się w dalszą drogę.
Dotarłem do Parku Zielonego Jeziora. Zastanawiałem się skąd ta nazwa. Otóż w parku tym znajduje się wielka sadzawka pełna zielonych lilii wodnych unoszących się na powierzchni wody. Niektóre z nich kwitły różowymi kwiatami. Przypadkiem trafiłem na jakieś chińskie występy folklorystyczne. Dwie pary tańczyły na jednym z deptaków. Ubrani oni byli w tradycyjne chińskie kolorowe stroje, a na twarzach mieli bardzo mocne makijaże. Szczególnie panowie bardzo przypominali klaunów swoim wyglądem. Cały ten pokaz był bardzo kiczowaty, szczególnie, że ich śpiew bardziej przypominał miałczenie jakiegoś rozstrojonego kota :) Po takich wrażeniach duchowo - artystycznych, wróciłem do hostelu, żeby się spakować, zjeść coś przed podróżą i pojechać na dworzec kolejowy. Czekała mnie bowiem kolejna noc w pociągu, tym razem do Dali. Pociąg znów był bardzo wygodny. Dojechałem na miejsce o wschodzie słońca.
Wielu turystów bywa początkowo sfrustrowanych, ponieważ obok siebie leżą dwa miasta o nazwie Dali. To, do którego dojeżdża pociąg ma nawet 3 nazwy: Dali City, New Dali lub Xiaguan. Ja na bilecie miałem napisane Dali. Z kolei starsze miasto, które było moim celem ma dwie nazwy: Old Dali lub po prostu Dali :) Trochę to wszystko skomplikowane na pierwszy rzut oka. Ja w każdym razie pojechałem z dworca kolejowego w New Dali autobusem miejskim 15 km do Old Dali. Jest to prześliczne średniowieczne miasteczko, otoczone równie starymi murami obronnymi. Posiada też piękne, bogato zdobione 4 bramy w chińskim stylu na 4 końcach murów. I jeszcze kilka pomniejszych bram w centrum. Do tego prawie wszystkie budowle w obrębie murów są oryginalne i bardzo stare. Wszystkie ulice wewnątrz murów są brukowane. To wszystko tworzy niesamowitą atmosferę. Szkoda tylko, że miejsce to jest tak licznie odwiedzane przez hordy turystów. Pełno tu również restauracji, galerii, sklepów z pamiątkami i hoteli. Ale to nie wszystko. Na zachód od miasta wznoszą się zalesione wzgórza pasma górskiego Cang Shan, którego najwyższe wierzchołki przekraczają wysokość 4000 m.

Na wschód od miasta leży z kolei Jezioro Erhai ("W kształcie ucha"). Jest to piaty pod względem wielkości naturalny zbiornik wody słodkiej w Chinach. Wielkie jezioro, wysokie góry, a między nimi średniowieczne Dali - bardzo ładnie się to wszystko komponuje. Dlatego wczoraj, postanowiłem wykorzystać dobrą pogodę i odwiedzić Park Narodowy Cang Shan. Do jego bram doszedłem pieszo z miasta i wyjechałem kolejką krzesełkową na punkt widokowy. Nieopodal znajduje się też cicha, wciśnięta w las Świątynia Zhonghe. Po jej odwiedzeniu udałem się na południe trawersując przez cały czas stoki pasma Cang Shan. Myślałem, że wędrówka ta będzie wymagała ode mnie jakiegoś większego wysiłku. Okazało się jednak, że szlak wiedzie wygodnych chodnikiem, ułożonym z równiuteńkich kamieni, niemalże płytek chodnikowych. Na mojej trasie nie było też prawie żadnych przewyższen. Szlak się mocno wił, gdyż raz trawersował strome stoki, a innym razem wrzynał się w głębokie doliny górskie i przecinał rwące potoki. Po drodze minąłem płytką jaskinie i wiele eksponowanych punktów widokowych.

W połowie drogi odwiedziłem malowniczą dolinę. W miejscu, gdzie dolina górska się rozszerza i wypłaszcza, znajdowały się wypolerowane przez wodę wychodnie skalne, tworzące koryto rzeczne. Tam, gdzie w korycie był uskok, występował malowniczy, szeroki wodospad. W miejscu gdzie potok zwalniał bieg, potworzyły się naturalne, głębokie oczka wodne w litej skale. Miały one kolor intensywnie niebieski lub też turkusowy.

Idąc dalej wygodnym trawersem, doszedłem do doliny potoku Qingbi, gdzie również można było podziwiać piękny wodospad oraz miejsce, w kórym dolina zwęża się mocno, tworząc wąski, malowniczy kanion na odcinku kilkuset metrów. Z tego miejsca na sam dół nie można już zejść szlakiem. Jeszcze kilka lat temu było to możliwe, ale częste i intensywne deszcze podmyły szlak w wielu miejscach. Dodatkowo osuwiska ziemno - skalne i połamane drzewa całkowicie zatarasowały zejście w dół. Jedynym wyjściem był w tym momencie zjazd w dół nową, zbudowaną niedawno, linową kolejką gondolową. Nie zwykłem jeździć tego rodzaju kolejkami, szczególnie w dół, ale tym razem nie miałem wyjścia :(

Wróciłem do Dali autobusem miejskim z mnóstwem planów na dzień dzisiejszy. Chciałem dziś wypożyczyć rower, przepłynąć promem na drugą stronę jeziora i przejechać pół pętli wokół tej malowniczej okolicy. Rano obudził mnie jakiś szum. Myślałem, że ktoś hałasuje za ścianą. To jednak była ściana deszczu za oknem. Lało bezlitośnie całe przedpołudnie. W południe tylko na około dwie godziny wyjrzało słońce, ale tylko nad miastem. Góry, prawie do podnóży, wciąż były spowite ciemnymi deszczowymi chmurami. Taka sama sytuacja panowała nad jeziorem. W górach i nad jeziorem wciąż padał ulewny deszcz. Zostałem więc w hostelu i w przerwach między deszczem pospacerowałem po uroczych zakątkach Dali. Dobrze zrobiłem, bo przez prawie całe popołudnie przechodziły fale ulewnych opadów, jedna za drugą. Dziś miałem więc dzień lenistwa :) Jutro rano jadę dalej wgłąb prowincji Yunnan, tym razem do miasta Lijiang. Bardzo jestem ciekaw czy tam będę miał szczęście zobaczyć coś więcej poza lobby hotelu :) Oby...

Pozdrawiam, Darek

NIESAMOWITA ATMOSFERA W LIJIANG

Shangri La 27.08.

Wyjeżdżając z Dali 25.08 znów pełno ciemnych, deszczowych chmur wisiało nad głową. Wierzchołki gór spowite były we mgle, a tafla Jeziora Erhai była ledwo co widoczna. Ruszyłem w drogę jednym z pierwszych autobusów. Początkowo droga była wygodna, dwupasmowa, jednak po jakimś czasie zaczęła się wspinać serpentynami po stokach górskich. Nisko wiszące chmury wciąż ograniczały widoczność. Jednak w miarę zbliżania się do Lijiang, niebo coraz bardziej się przecierało, by w samym Lijiang przywitać mnie słoneczną, trochę pochmurną pogodą.

Miasto to położone jest w kotlinie śródgórskiej, na dawnym szlaku handlowym z Chin Południowych do Tybetu, nad malowniczą rzeką, nieco na południe od świętej góry buddystów Yulong Xueshan (5500m). Lijiang dzieli się na nowe miasto z szerokimi ulicami, szpetnymi domami i biurowcami oraz na stare miasto, które na prawdę powala swoją architekturą i założeniami urbanistycznymi. W obrębie starego miasta wszystkie uliczki są wąskie i brukowane, nie ma też ani jednego odcinka prostej ulicy. Kręte ulice wiją się wśród licznych wąskich kanałów rzecznych, a większość zabudowań jest autentyczna, drewniana i liczy sobie dobre kilkaset lat. Większość domów przyozdobiona jest pięknymi, kolorowymi kwiatami i czerwonymi chińskimi lampionami. Wszystko to tworzy niesamowitą i zdecydowanie niepowtarzalną atmosferę. Sercem starego miasta jest kameralny Plac Sifang w kształcie nierównego trapezu, również brukowany. Na nim kłębi się tłum turystów, przedstawicieli mniejszości etnicznej Naxi, zamieszkującej te tereny oraz kilku tybetańczyków ze swoimi końmi z dzwonkami. Wzdłuż kilku głównych ulic i kanałów w starych domach urządzone są tradycyjne restauracje i karczmy. Wieczorami, na głównym placu jak i w wielu knajpach, bardzo popularne są tańce folklorystyczne ludzi z plemienia Naxi, głównie kobiet ubranych w kolorowe ludowe strojem, z głową przyozdobioną kolorowymi wisiorami i koralami.

Tego samego dnia poszedłem też na okoliczne Wzgórze Słonia, skąd można podziwiać panoramę całego starego miasta oraz do Black Dragon Pool Park, malowniczego parku położonego na przedmieściach. Znajduje się tam kilka ładnych pagód, a centralną część parku zajmuje jezioro, w którego tafli przegląda się majestatyczna góra Yulong Xueshan. Miasto tak bardzo wciąga swoją atmosferą, że można by tak spacerować po tych uliczkach nawet kilka dni i nie być znudzonym, ponieważ żadna uliczka nie jest podobna do innej. Jedynym mankamentem w Lijiang jest ogromny tłum turystów, który przelewa się przez ulicę, kamienne mostki i place. Wieczorami tłum tak bardzo przybiera na siłę, że nie rzadko tworzą się prawdziwe korki. Do teraz wydaje mi się to nieprawdopodobne, ale właśnie w takim gęstym, wieczornym tłumie spotkałem Izę i Pawła, dwoje znajomych ze studiów! We trójkę byliśmy mocno zaskoczeni tą sytuacją. Poszliśmy wieczorem do knajpy, aby spokojnie porozmawiać chwilę. Iza z Pawłem jechali w przeciwnym kierunku, gdyż zjeżdżali z gór w dół i zmierzali do Kunming na samolot do Pekinu, by z chińskiej stolicy wrócić do Polski.

Ja tymczasem następnego dnia udałem się w kierunku małej wioski Qiaotou, położonej u wylotu Wąwozu Skaczącego Tygrysa - jednej z największych atrakcji turystycznych prowincji Yunnan. Znów szczęście się do mnie uśmiechnęło, usłyszałem od miejscowych, że niektórzy turyści czekali prawie tydzień na poprawę pogody, bo wcześniej lało non stop. Ja przyjechałem na gotowe: świeciło ostre słońce, a niebo było tylko częściowo pokryte niegroźnymi chmurami. W autobusie z Lijiang jechało poza kierowcą tylko 5 osób, sami turyści. Zaczęliśmy z sobą rozmawiać. Byli to: Jeremy i Amaury z Francji, będący od grudnia 2008 w podróży dookoła świata; Joeri z Brukseli, hipis z dziwną fryzurą na głowie przemierzający świat bez konkretnego miejsca przeznaczenia, tak sobie jedzie dokąd go los zaprowadzi i Iwan, pochodzący z Syberii Zachodniej obecnie mieszkający w Kantonie i studiujący sinologie. Jak widać towarzystwo dość ciekawe :)

Postanowiliśmy przejść wąwóz w piątkę. Zostawiliśmy nasze duże bagaże w Qiaotou w jednej z kawiarni, która służy turystom jako przechowalnia bagażu i ruszyliśmy w górę szlakiem. Przez Wąwóz płynie rzeka Jinsha, która po kilkuset kilometrach, po połączeniu z inną dużą rzeką, tworzy słynną rzekę Jangcy. Dnem Wąwozu, nad stromymi przepaściami prowadzi droga asfaltowa. Kilkaset metrów wyżej, na południowym stoku, nad jeszcze większymi przepaściami, poprowadzony jest wygodny, niezbyt trudny szlak. Pod wieczór 26.08 doszliśmy do pierwszego górskiego hotelu na trasie. Przytulny mały guest house, położony na stoku, prowadzony jest przez wielopokoleniową rodzinę z mniejszości etnicznej Naxi. Wszyscy byli dla nas przemili, przywitali nas kubkiem gorącej, aromatycznej herbaty, zjedliśmy też smaczną kolację.

Zachód słońca obserwowany z tego miejsca był przepiękny. Strome, pionowe skały oświetlone były promieniami zachodzącego słońca i przybierały różne odcienie koloru pomarańczowego. Na drugi dzień, po obfitym śniadaniu, ruszyliśmy w dalszą drogę trawersując stoki Wąwozu. Po prawej w dole grzmiały groźne bystrza rzeki Jinsha. Szliśmy raz widokowymi łąkami, innym razem przez las sosnowy, gdzie różne owady urządzały sobie istny koncert cykając, gwiżdżąc i świszcząc. Po lunchu w jednym z guest housów po drodze, ruszyliśmy dalej. Pokonaliśmy kilka ślicznych wodospadów i po około 7 godzinach marszu zeszliśmy na dno Wąwozu. Stamtąd zjechaliśmy w dół, by odebrać nasze bagaże. Tam też, nasza 5-osobowa grupa się rozdzieliła. Iwan i Joeri wrócili do Kunmingu, a ja z dwójką Francuzów pojechałem w góre do Shangri La, jeszcze bliżej granicy z Tybetem. Miasto to, położone na plateau, na wysokości 3200 m, będzie moją bazą przez kilkadziesiąt godzin. Jeśli dobra pogoda się utrzyma, spróbuje pojechać do Deqin, tuż przy granicy z Tybetem. Na razie odpoczywam w Shangri La.

Pozdrawiam, Darek

W DZIKICH GÓRACH YUNNANU U WROT TYBETU

Kunming 31.08.

W Shanrgi La zabawiłem niewiele ponad dobę. Na szczęście pogoda wciąż dopisywała, gdyż akurat w tym rejonie Chin spodziewałem się mocnych opadów deszczu. Jednak tu, gdzie miało być słonecznie, to było i z tego się cieszę. Myslałem też, że Shangri La ma nieco więcej do zaoferowania. Okazało się, że jest to miasto zamieszkałe przez ponad 100 tys mieszkańców, zlokalizowane na wysoko położonym plateau, na wysokości ponad 3000 m n.p.m. Większość miasta, to nowe budynki, wzniesione nie wcześniej niż 5-6 lat temu. Wiele z nich miało - wg zamysłu architekta - nawiązywać do architektury tybetańskiej (mowa tu głównie o zadartych dachach czy też trapezowatym kształcie otworów okiennych i ozdobach wokół nich). Jednak wygląd zabudowy miasta niewiele się różni od nowych dzielnic miast w innej części Chin. Brzydkie nowe budynki, jedynie odpychają swoją architekturą.

Jedyną godną uwagi część miasta, to tzw. Stare Miasto w południowej części Shangri La. Ostało się tam kilka ciasnych, krętych uliczek wyłożonych kostką brukową oraz wiele autentycznych starych, drewnianych domów. Ta cześć miasta na prawdę może się podobać. Na niewielkim skwerku stoi także ładna, biała stupa z małym posagiem Buddy, a z jej wierzchołka rozprowadzone są w wielu kierunkach kolorowe chorągiewki modlitewne, z wypisanymi na nich fragmentami modlitw buddyjskich. Na terenie Starego Miasta zlokalizowana jest też większość tanich hosteli, restauracji dla turystów i sklepy z pamiątkami. Kilkaset metrów na południe od starego miasta, wznosi się niewielkie wzgórze, a na nim stoi stary klasztor buddyjski. O dziwo nikt nie chciał ode mnie żadnych pieniędzy za wstęp na jego teren. Obok ceglanego, ładnie zdobionego klasztoru stoi wielki młyn (walec) modlitewny, który można wprawić w ruch za pomocą poręczy go opasającej. Wielu pielgrzymów dociera tu i kręci tymże walcem - koniecznie zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Cztery kilometry na północ od Shangri La mieści się co prawda najciekawszy - teoretycznie - zabytek miasta, jednak lokalne władze zrobiły z niego - podobnie jak w wielu innych częściach kraju - bardzo komercyjna atrakcja. Niby można tam dojechać autobusem miejskim, ale jeśli jest się obcokrajowcem, to nie można... Autobus miejski zatrzymuje się 2 km przed klasztorem przy wielkim, surowym parkingu, obok którego stoi wielki, brzydki, surowy budynek z kasami i tzw. "centrum turystycznym". Tam też wszyscy obcokrajowcy muszą wysiąść, uiścić opłatę wstępu (ponad 10 USD) i przesiąść się na specjalny, sterylny autobus turystyczny, który dowozi turystów pod sam klasztor. Gdy zobaczyłem ten cały cyrk, poczułem się trochę dziwnie. Takie zachowanie władz, powoduje, że tego rodzaju miejsca całkowicie tracą swoją, unikalną do tej pory, atmosferę. Odwróciłem się na pięcie i wróciłem do centrum miasta pierwszym autobusem.

Na drugi dzień, 29.08, pojechałem, razem z dwoma poznanymi wcześniej Francuzami dalej wgłąb prowincji Yunnan, aż do odległego o 187 km miasteczka Deqin. Pokonanie tego dystansu zajęło nam 6 h. Droga była wyjątkowo kręta, wąska, poprowadzona nad stromymi przepaściami, a przez to bardzo widokowa. Przemierzaliśmy obszary, gdzie swój początek biorą dwie największe i najbardziej znane rzeki tej cześci Azji - Jangcy i Mekong. W pewnym momencie płyną one równolegle do siebie w odległości ok 30-40 km, oddzielone jedynie wysokim pasmem górskim. Potem koryto Jangcy skręca na pn.-wsch. w kierunku Chin Centralnych, a Mekong skręca na południe i przez długi odcinek stanowi granice między Birmą a Laosem, by ujść do morza w południowym Wietnamie.

Wczesnym popołudniem po jeździe pełnej wrażeń, dotarłem do Deqin. Wcześniej czytałem, że miasteczko to jest zamieszkałe w 80% przez Tybetańczyków, jest malownicze i że ma niepowtarzalną atmosferę. W rzeczywistości zgadzał się tylko pierwszy opis, dotyczące zróżnicowania etnicznego miasta. Deqin wciśnięty jest w wąską i głęboką dolinę górska i z samego miasta niewiele widać, szczególnie, że widok zasłania, również szpetna zabudowa jak w Shangri La. Do tego na ulicach pełno śmieci i odpadków z restauracji. To wszystko na wysokości ponad 3500 m npm. Słyszałem, że w okolicy są ładne lodowce. Fakt, w promieniu kilkunastu - kilkudziesięciu kilometrów od Deqin, można podziwiać wysokie skaliste góry i lodowce spływające dolinami, jednak widoki nie były aż tak rewelacyjne, aby paść na kolana z zachwytu. Głównie dlatego, że dużą część gór była spowita chmurami, a lodowce były mocno zanieczyszczone materiałem skalnym. Przez to ich kolor był bardziej bury i szary niż biały. Czułem lekki niedosyt, gdyż spodziewałem się czegoś więcej. Jednak podsumowując jestem zadowolony, że dotarłem w to miejsce, około 100 km od granic Tybetu.

Wczoraj pożegnałem malownicze góry prowincji Yunnan i udałem się z Deqin w drogę powrotną do Kunming. Autobus, którym jechałem pokonał odcinek 840 km w 19 h. Na szczęście był to autobus sypialny i można było się w miarę wyspać. Dziś odpoczywam i zbieram siły przed kolejnym etapem podróży. Dziś wieczorem wyjeżdżam z Kunming kolejnym sypialnym autobusem w kierunku miasta Hekou przy granicy z Wietnamem. Wiele wskazuje na to, że jutro pożegnam Chiny i wkroczę do Wietnamu przez przejście graniczne Hekou / Lao Cai. Przez dwa dni za bazą będzie służyła mi mała miejscowość Sapa. Kilka ulic już tam znam, gdyż miałem okazje odwiedzić to miejsce w lutym 2008 r.

Pozdrawiam, Darek

DESZCZOWE SAPA I SŁONECZNE HANOI

Hanoi 04.09.

Chiny po żegnałem podczas podróży z Kunming do Hekou wyjątkowo niewygodnym autobusem sypialnym. Nie dość, że nie mieściłem się na długość na pryczy, to jeszcze ledwo co mieściłem się na szerokość. Właśnie tak, pokrzywiony i z podkurczonymi nogami dojechałem do granicy. Chwilami trasa przypominała prawdziwy off-road. Droga bez asfaltu, po obfitych opadach deszczu, zamieniła się w nocy w błotnisty trakt, pełen wybojów i głębokich kałuż w kolorze rudo-brunatnym. Po prawie 12 h jazdy dotarłem do małego miasteczka Hekou, położonego przy granicy z Wietnamem.

Okazało się, że przejście graniczne zostanie otwarte dopiero za pół godziny, więc czas oczekiwania na jego otwarcie przeznaczyłem na śniadanie i wymianę ostatnich yuanów na wietnamskie dongi. Razem ze mną na otwarcie granicy czekało mnóstwo tzw 'mrówek', ludzi przemycających różne towary z Chin do Wietnamu i odwrotnie. Przejście to jest dostępne tylko dla ruchu pieszego i rowerowego, wiec 'mrówki' maja tu raj :) Granica została otwarta punktualnie. Jednak przed jej otwarciem, po stronie chińskiej, przemaszerowało przed szlabanem granicznym w rytm marsza wojskowego kilkunastu żołnierzy w białych rękawiczkach, z bagnetami na broni i chińska flaga. Po podniesieniu szlabanu, dość szybko opuściłem terytorium Chin i przeszedłem na drugą stronę mostu granicznego. Po stronie wietnamskiej musiałem wypełnić 3 różne formularze: imigracyjny, celny i medyczny. Ten ostatni miał na celu zbadanie czy nie jestem nosicielem świńskiej grypy lub innej choroby zakaźnej.

Po wkroczeniu do miasta Lao Cai po stronie wietnamskiej, udałem się do centrum miasta i pojechałem mini busem do miejscowości Sapa, położonej w górach na wysokości 1650 m npm u stóp najwyższego szczytu Wietnamu - Fansipan 3143 m npm. Znalazłem się znów w miejscu, które miałem okazje odwiedzić w zeszłym roku. Miasteczko to jest licznie odwiedzane przez turystów ze względu na piękne widoki i możliwości aktywnego spędzenia czasu. Okoliczne wioski zamieszkałe są przez dwie duże grupy etniczne: H'mong i Dzao. Przedstawicielki tych grup, ubrane w kolorowe stroje codziennie wędrują kilka kilometrów do Sapa, aby tam sprzedać swoje wyroby: zwykle kolorowe tkaniny, wisiorki i srebrną, ręcznie robioną biżuterię. Chwilami miałem wrażenie, że do Sapa przyszły wszystkie kobiety z tych 2 grup etnicznych - tyle ich było na ulicach miasteczka i na głównym placu. Wyglądają one dość ciekawie: mają interesujące rysy twarzy, na głowie zwykle zawiązaną okrągłą, kolorową chustę, bardzo kolorowe, ręcznie szyte swetry, bluzy oraz spódniczki i wysokie podkolanówki. Wszystko to w kolorach ciemno szarych lub granatowych z kontrastującymi wstawkami czerwieni, żółci i zieleni. Przez swój strój i egzotyczne rysy twarzy, kobiety te są bardzo fotogeniczne. Z resztą bardzo chętnie się fotografują. Jednak potem zwykle nie można się od nich odpędzić, gdyż potrafią iść za turystą przez pół miasta i nagabywać go, aby coś od nich kupił :)

Podczas pobytu w Sapa wynająłem motor i pojechałem w okolice miasteczka. Odwiedziłem bardzo malowniczy, największy w okolicy wodospad Thac Bac (Srebrny Wodospad) mierzący prawie 100 m wysokości. Dojechałem aż na przełęcz Tram Ton, na wysokości 1900 m npm. Jest to najwyższa przełęcz drogowa w Wietnamie i położona jest w głównym grzbiecie najwyższego pasma górskiego kraju - Hoang Lien. Przez większość pozostałego czasu, relaksowałem się w Sapa i spacerowałem stromymi, wąskimi uliczkami miasta, robiąc przy tym mnóstwo zdjęć kobietom z dwóch ww. grup etnicznych.

Wieczorem 2.09 pojechałem z Sapa do Lao Cai, by nocnym pociągiem przedostać się do Hanoi. Pociąg był bardzo wygodny, klimatyzowany, więc podróż przebiegła szybko i całkiem komfortowo. W Hanoi zatrzymałem się u mojej znajomej, Lan, która ugościła mnie w swoim domu. Niestety jest ona bardzo zapracowana, więc nie mieliśmy wielu okazji, aby porozmawiać. Wczoraj spędziłem cały dzień na zwiedzanie miasta. Pierwsze kroki skierowałem do Pagody Tran Quoc. Położonej na małym cyplu, na Jeziorze Zachodnim. Jest to wysoka, smukła Pagoda w kolorze rudym, kształtem bardzo przypominająca sękacz :)

Samo Hanoi, to drugie pod względem wielkości miasto Wietnamu, położone nad Czerwoną Rzeką. W samym mieście jest dużo zieleni i parków oraz kilkanaście jezior. Mieszkańcy miasta mają więc wiele terenów rekreacyjnych, aby rano uprawiać jogging, zwykle ćwiczenia czy też tai chi. Na ulicach panuje istny chaos. Warto wspomnieć, że zdecydowana większość pojazdów na ulicach, to motory, skutery i rowery. Sądzę, że gdyby choć połowa użytkowników jednośladów, przesiadła się do samochodów, miasto byłoby sparalizowane komunikacyjnie. Do Hanoi przybyłem dzień po Świecie Wyzwolenia. 2.09.1945 wietnamski przywódca Ho Chi Minh ogłosił niepodległość Wietnamu. Do dnia dzisiejszego jest on tu traktowany jak półbóg, który oswobodził Wietnam.

Jednym z najważniejszych miejsc w Hanoi jest Plac Ba Dinh, na którym stoi mauzoleum wodza. Otwarte jest ono dla zwiedzających tylko kilka dni w tygodniu. Działa ono na podobnej zasadzie, jak mauzoleum Lenina w Moskwie. W środku w klimatyzowanej sali i klimatyzowanym, przezroczystym sarkofagu leży sobie wujek Ho z bladą twarzą i długą siwą brodą. Lud przechodzi na około sarkofagu ruchem jednokierunkowym, oddając część zwłokom przywódcy. Mauzoleum, zarówno w środku jak i na zewnątrz, strzeżone jest przez uzbrojonych żołnierzy w śnieżnobiałych mundurach i białych rękawiczkach. Atmosfera jest bardzo podniosła. W zimie na około 2 miesiące, wujek Ho lata zawsze do Moskwy, w celu poprawienia makijażu. Zajmują się nim ci sami ludzie, którzy dbają o image spoczywającego Lenina.

A propos Włodzimierza Iljicza - stoi on sobie w Hanoi w całkiem niedalekiej odległości od mauzoleum Ho Chi Minha, pozdrawiając z wysokiego cokołu swoich wietnamskich, socjalistycznych przyjaciół. Tego samego dnia, odwiedziłem też dwie inne świątynie buddyjskie zbudowane w chińskim stylu: Quan Thanh oraz Świątynie Literatury. Szczególnie ta druga robi wrażenie swoją architekturą i niepowtarzalną atmosferą. Podszedłem także do Pogody Na Jednej Kolumnie. Jest to mała, kameralna pagoda, stojąca pośród zielonkawej sadzawki, również w niedalekiej odległości od mauzoleum. Resztę wczorajszego dnia spędziłem na spacerowaniu, po starej dzielnicy Hanoi, tzw Old Quarter. Jest to typowo turystyczna dzielnica z mnóstwem hoteli, restauracji i agencji turystycznych, gdzie każdy turysta znajdzie wszystko czego mu potrzeba. W dzielnicy tej znajduje się też malownicze jezioro Hoan Kiem ze śliczną świątynią Ngoc Son na wyspie. Do tejże świątyni prowadzi równie urokliwy czerwony most w chińskim stylu. Nieopodal mieści się słynny Teatr Lalek na wodzie. Każdego wieczoru tradycyjne, wietnamskie, kolorowe lalki wprawiane są w ruch podczas dwóch przedstawień. W dzielnicy tej mieści się także stara kolonialna katedra Świętego Józefa w stylu neogotyckim.

Dziś mam zamiar jeszcze trochę pospacerować po mieście i odwiedzić słynne wiezienie Hoa Lo niedaleko jeziora Hoan Kiem. W miejscu tym przetrzymywani i torturowani byli francuscy i amerykańscy jeńcy wojenni i więźniowie podczas wojen z Wietnamem. Przez ironistów miejsce to było nazywane "wietnamskim Hiltonem". Więziony był tam między innymi przyszły amerykański ambasador w Wietnamie, Peterson. Dziś wieczorem żegnam się już z Hanoi i jadę w kierunku centrum Wietnamu, do miasta Hue, około 700 km od stolicy.

Pozdrawiam, Darek

RZEKI PŁYNĄCE ULICAMI HOI AN

Hoi An 07.09.

W piątek, 4.09 spędziłem ostatnie chwile w Hanoi. Poszedłem więc do Hoa Lu, muzeum, będącego niegdyś jednym z najsurowszych i najbardziej strzeżonych więzień w Azji Pd-Wsch. Zostało ono założone na przełomie XIX i XX wieku. W pierwszej połowie ubiegłego stulecia przetrzymywani tam byli przede wszystkim wietnamscy więźniowie polityczni. Wielu z nich nie wróciło już na wolność, gdyż mieli wyroki śmierci.. W latach '60 i '70 w obiekcie tym przetrzymywano wielu amerykańskich jeńców, głównie pilotów amerykańskich samolotów wojennych, które zostały zestrzelone nad Hanoi, gdy bombardowały stolice Wietnamu. Jednym z takich jeńców w Hao Lu był niejaki John McCain, niedawny kandydat na prezydenta USA. Do dziś w tym muzeum wiszą zdjęcia pilota McCaina ze szpitala więziennego oraz jego kombinezon lotniczy, w którym przebywał podczas bombardowania Hanoi.

Wizyta w Hao Lu była bardzo ciekawa i poruszająca. Przez reszta dnia spacerowałem sobie wśród ulic i parków Hanoi. Nie wiedziałem, że będą to - jak na razie - moje ostatnie słoneczne chwile w Wietnamie. Wieczorem wyjechałem autobusem sypialnym w kierunku Hue w środkowej części kraju. Wietnamskie autobusy sypialne są nieporównywalnie bardziej komfortowe niż ich chińskie odpowiedniki: łóżka są nieco szersze i lepiej wyprofilowane, a przede wszystkim dluższe. Zatem wyspałem się porządnie. Rano obudziło mnie mlaskanie za oknem, lało jak z cebra. Im bliżej Hue, tym deszcz bardziej przybierał na sile... Z dworca autobusowego odebrała mnie moja znajoma Phuong, która zapewniła mi nocleg u swoich kanadyjskich znajomych: Jill i Ryana. Było bardzo miło i przyjemnie. Deszcz jednak nie przestawał padać.

Hue, to była średniowieczna stolica Wietnamu i główną jej atrakcją jest potężna cytadela. Ta budowla obronna otoczona jest fosą i murami, których długość wynosi ok 10 km. Poszedłem zwiedzić cytadele wraz z Jill, gdyż ona (nauczycielka angielskiego) mieszka w Hue dopiero miesiąc, więc jeszcze nie była w cytadeli. Główne wejście do cytadeli stanowi wielka, bogato zdobiona brama Ngo Mon, na przeciw której powiewa wielka flaga Wietnamu na kilkudziesięciometrowym maszcie. Na owej bramie wisi także wielki portret Ho Chi Minha. Wewnątrz murów cytadeli znajduje się wiele innych, ciekawych, zabytkowych zabudowań pałacowo - obronnych.

Deszcz nie ustawał padać, więc Jill wróciła do domu, a ja pospacerowałem jeszcze chwilę bulwarami Perfumowej Rzeki i też postanowiłem wrócić do domu. Z każdą chwilą deszcz przybierał na sile. Byłem dość zdziwiony, ponieważ sądziłem, że im bliżej końca roku, tym opadów będzie coraz mniej. Okazało się jednak, że ta reguła dotyczy głównie północnego i południowego Wietnamu. W środkowej części kraju, pora deszczowa występuje w innej części roku: zaczyna sie we wrześniu i trwa do grudnia. Ja więc trafiłem tu na początek największych opadów, 3 dni przed moim przyjazdem w Hue świeciło jeszcze słońce. Wieczorem opady nieznacznie się zmniejszyły. Poszliśmy razem z Phuong, Jill i Ryanem do lokalnej, wietnamskiej restauracji wegetariańskiej, gdzie turyści w ogóle nie zaglądają. Menu było tylko po wietnamsku, a ceny zupełnie normalne, nie zawyżone, jak we wszystkich restauracjach odwiedzanych przez turystów. Miałem okazje spróbować pysznej kuchni wietnamskiej. Potrawy są bardzo podobne do chińskich, jednak makaron różni się tu zasadniczo. W Wietnamie mianowicie makaron robi się głównie z... ryżu :) Abstrahując od dziedziny kulinarnej, można tu zaobserwować jeszcze dwie inne różnice, dzielące Chiny i Wietnam. W Wietnamie bardzo dużo ludzi mówi po angielsku, wiele z nich zna jakieś podstawy tego języka i nie ma tu żadnych problemów z dogadaniem się. Nie tylko w hotelu, ale i na ulicy ze zwykłymi mieszkańcami, czy nawet z kobietą sprzedającą owoce na ulicy. W Chinach było to nie do pomyślenia. Kolejna rzecz jaka rzuca się w oczy, to prawie całkowity brak pieszych na ulicach miast wietnamskich. Wszyscy potencjalni piesi, niezależnie od wieku, używaja tu rowerów, skuterów lub motocykli :)

W niedzielę 6.09 wyjechałem z Hue do Hoi An. Po drodze miałem pokonać przełęcz górską. Pasma górskie zwykle stanowią barierę dla wilgotnych mas powietrza. Liczyłem zatem, że opady zatrzymają się na górach i po ich drugiej stronie będzie już nieco lepsza pogoda. Okazało się, że lepsza pogoda była, ale właśnie po stronie Hue... Wjeżdżając do Hoi An, miałem wrażenie że ktoś leje wodę z góry wiaderkami. Czułem się jak w myjni samochodowej, ulewa była tak mocna, że nie było widać nic na ok 200 m. Nic też nie wskazywało na to, że przestanie padać. Na szczęście autobus dowiózł mnie do dzielnicy turystycznej, prawie pod sam hotel. Gdy wysiadałem z autobusu, wpadłem w wodę po łydki. Myślałem, że wskoczyłem w kałużę. Nie - to była rzeka, która płynęła na całej szerokości ulicy!  Resztę wieczoru postanowiłem spędzić w hotelu, snując plany na dzień dzisiejszy.

Nie nastawiałem się na to, że przestanie padać, więc postanowiłem się "uzbroić". Kupiłem długie ponczo, sięgające po kolana, dobrze chroniące przed deszczem oraz szeroki parasol. To była dobra inwestycja. Dziś rano pojechałem do My Son, 45 km na zachód od Hoi An. Jest to kompleks średniowiecznych świątyń hinduistycznych, zbudowanych tu przez dynastie Champa około V w. n.e. Dynastia ta panowała na ziemiach dzisiejszego Wietnamu w okresie IV - XIII w. n.e, a świątynie w My Son, są jednym z najważniejszych tego typu kompleksów w Azji Pd-Wsch i znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Po powrocie do Hoi An, deszcz jeszcze bardziej przybrał na sile, a ulicami znów - podobnie jak w dniu wczorajszym - zaczęły płynąć prawdziwe rzeki! Brodząc po kostki, a chwilami po łydki, pospacerowałem po centrum miasta w strugach monsunowego, ciepłego deszczu. Odwiedziłem pagodę Phac Hat, kryty most zbudowany w japońskim stylu i jeszcze jakąś jedną chińską świątynię nieopodal. Ociekający deszczem i przesiąknięty wilgocią wróciłem do hotelu, aby wysuszyć nieco mokre ubranie i odpoczać. Nie mam jeszcze sprecyzowanych planów na dzień jutrzejszy. Pomyślę o nich później.

Pozdrawiam, Darek

RELAKS POD PALMĄ W NHA TRANG

Dalat

11.09.
We wtorek 8.09 rano deszcz na chwilę przestał padać, więc postanowiłem, że odwiedzę miasto Danang, położone nieopodal Hoi An. Wybrałem się tam lokalnym autobusem. Im bliżej punktu docelowego, tym niebo bardziej ciemniało i w samym Danang zaczeło padać niemiłosiernie. Na szczęście miałem z sobą moje, prawie niezawodne, ponczo. Rozpocząłem krótki spacer po mieście, jednak dwa z trzech obiektów, jakie chciałem odwiedzić, były zamknięte. Mowa tu o Świątyni Cao Dai oraz katedrze chrześcijańskiej. Ta ostatnia pokryta jest cukierkowo różowym tynkiem i mocno kontrastuje z otaczającymi ją budynkami. Chciałem jeszcze odwiedzić muzeum rzeźb z czasów dynastii Chamba, ale niestety jest to muzeum na otwartym powietrzu. Pech chciał, że gdy dotarłem tam, miało miejsce oberwanie chmury. Zrezygnowałem i wsiadłem w nadjeżdżający autobus, który zabrał mnie z powrotem do Hoi An.

Resztę dnia spędziłem w hotelu obserwując ścianę deszczu za oknem i odpoczywając. Wieczorem pożegnałem zalane Hoi An i udałem się nocnym, sypialnym autobusem do Nha Trang, około 500 km na południe. Przez pierwsze 2 godziny od momentu opuszczenia Hoi An, padało tak mocno, że autobus zwalniał znacznie kilka razy, bo chwilami trudno było odróżniź zarys drogi od tafli wody, która pokrywała szczelnie otaczające pola ryżowe. W tych miejscach w poprzek drogi płynęły zwykle rzeki, niosące masę wody wymieszana z mułem. Autobus zanurzał się w te brody prawie na głębokość koła. Postanowiłem się nie przejmować tym co za oknem i zapadłem w sen. Ranek powitał mnie w Nha Trang, a moim oczom ukazało się jedynie częściowo zachmurzone niebo. Słońce leniwie przebijało się przez cienką warstwę chmur. Odetchnąłem z ulgą i bardzo się ucieszyłem tym widokiem. Szybko znalazłem przytulny hotel i ruszyłem w miasto.

Nha Trang to spokojny nadmorski kurort w zatoce morskiej z szeroką piaszczystą plażą i promenada, na której można posiedzieć w cieniu palm kokosowych. Poszedłem odwiedzić kilka ciekawych obiektów w mieście. Po drodze mijałem znów katedrę chrześcijańską w stylu neogotyckim, jednak ta też była zamknięta. Skierowałem więc swe kroki do pagody Long Son z bogatymi zdobieniami, tak na zewnątrz, jak i w środku. Nieopodal pagody, na małym wzgórzu stoi ogromny, biały posag Siedzącego Buddy, spoglądającego dumnie na cale miasto. Wykonany jest chyba ze śnieżnobiałego marmuru. Niezła robota. Z tego miejsca przespacerowałem się wzdłuż ulic Nha Trang w kierunku Świątyń Po Nagar. Jest to kompleks świątynny, położony w północnej części miasta, po drugiej stronie rzeki Cai. Świątynie te (oryginalnie hinduistyczne) zostały zbudowane pomiędzy VII a XII wiekiem n.e. Obecnie także wietnamscy buddyści przybywają tu, aby się modlić i składać ofiary.

Kolejny dzień, czyli 10.09 przeznaczyłem na całkowity relaks. Wyspałem sie do późna i większość dnia spędziłem na plaży pod jedną z palm zagryzając świeże, chrupiące bagietki i popijając soki owocowe :) Ten dzień znów był w większości słoneczny, co napawało mnie sporym optymizmem. Dziś rano wyjechałem już z Nha Trang w kierunku Dalat, starego kolonialnego kurortu w górach, położonego na wysokości około 1400 m npm. Podróż dłużyła się niesamowicie. Głównie dlatego, że jechałem starym autobusem, który lata świetności ma już dawno za sobą. Na górskich serpentynach zwalniał tak, że moglem spokojnie wysiąść i iść poboczem, a i tak bym go chyba przegonił :) Dodatkowo droga była tak dziurawa i wyboista, jakby wczoraj przejechał nią batalion wojska lub kolumna czołgów. Rzucało mną na twardym fotelu we wszystkie strony i dodatkowo co chwila uderzałem głową w sufit. Jednak każda podróż ma swój urok, ta też była na swój sposób wyjątkowa. Dobrze jednak, ze już się zakończyła. W Dalat spędzę około 2 dni i zamierzam pozwiedzać okolice, tego urokliwego miasteczka.

Pozdrawiam, Darek

MOTOCYKLEM PO DALAT I OKOLICY

Mui Ne 14.09.

Górska miejscowość Dalat okazała się być bardzo ciekawym miejscem i jednocześnie bardzo przyjaznym. W samym mieście i okolicy działa grupa przewodników na motocyklach. Działają oni pod nazwą 'Easy Riders' i oferują jedno- oraz dwudniowe wycieczki na motocyklach po Dalat i okolicy. Jeden z takich przewodników - motocyklistów przyszedł do hotelu, w którym się zatrzymałem i zaoferował swoje usługi. Przystała na to pewna dziewczyna z Walii i po chwili ja też się zgodziłem na to, aby na drugi dzień (12.09) objechać motocyklem tą malowniczą okolice.

Okazało się, że mogę jechać sam na motocyklu i wtedy cena usługi będzie ponad dwukrotnie niższa. Naszym przewodnikiem miał być Wing, około 50-letni facet, całkiem dobrze mówiący po angielsku. Jak się później okazało, nie mogłem chyba lepiej trafić. Wing jest przesympatycznym, roześmianym od ucha do ucha człowiekiem i jednocześnie jednym z najbardziej znanych i doświadczonych przewodników w okolicy. Przyjechał po nas rano i ruszyliśmy. Wing oraz Walijka (Ana) razem na jednym i ja sam, na drugim motocyklu. Początkowo pogoda nie była dla nas łaskawa, gdyż zaraz po wyjeździe z miasta, zaczęło padać. Z każdą chwilą coraz bardziej. Miałem jednak cichą nadzieję, że w dalszej części dnia, pogoda się poprawi.

Na samym początku odwiedziliśmy ładną i bogato zdobioną Pagodę Smoka, ze złotym posagiem Buddy w środku i wielkim kolorowym smokiem wijącym się przed wejściem do świątyni. Wing poopowiadał nam nieco o historii tej pagody, buddyzmie oraz o zwyczajach panujących wśród mieszkańców okolicy. Nasz przewodnik posiada dużą wiedzę i opowiada ciekawie, więc słuchaliśmy go uważnie. Jadąc dalej, zatrzymaliśmy się na serpentynie, z której rozciągał się ładny widok na okoliczne pagórki, całe pokryte plantacjami warzyw. Wing opowiedział nam, że po śmierci Ho Chi Minh'a w Wietnamie nastał skrajny komunizm, wszystkie ziemie były państwowe i kraj został objęty embargo ekonomicznym. Dopiero w 1993 roku, nowy rząd zniósł tą silną wersje komunizmu i od tego momentu nastały lepsze czasy dla Wietnamu i jego ekonomii. Zwykli ludzie znów mogli uprawiać swoją własną ziemię. Obecnie okolice Dalat są najważniejszym warzywniczym regionem w kraju. To właśnie stąd pochodzą najsmaczniejsze warzywa, które można kupić w całym kraju. Te najlepsze przeznaczone są także na eksport. Uprawom warzyw sprzyja bardzo tutejszy klimat: nie ma tu palących upałów i jest dostateczna ilość wilgoci. Jednocześnie nie docierają tu ulewy i tajfuny znad oceanu.

Kolejnym przystankiem na naszej trasie była plantacja kwiatów. Odwiedziliśmy miejsce, gdzie uprawia się róże. Kilka takich plantacji w okolicy ma powierzchnie od 1 do 4 km kwadratowych. Nie są to więc jakieś małe plantacje, lecz prawdziwe 'fabryki' kwiatów. Są one sprzedawane głównie na lokalnych targach, a także eksportowane do największego miasta kraju - Ho Chi Minh City (dawniej Saigon). Raz do roku w Dalat organizowany jest tez festiwal kwiatów. Z tej okazji, swoje piękne kwiaty prezentują tu także plantatorzy z Chin, Japonii i Korei. Oszołomieni zapachem tysięcy róż, udaliśmy się dalej. Zaczęliśmy zjeżdżać stromymi serpentynami w dół i niebo zaczęło się przecierać. Po chwili przestało padać i zza chmur zaczęło przebijać słonce. Wtedy też zatrzymaliśmy się przy plantacji... kawy. Co jak co, ale nie spodziewałem się plantacji kawy w Wietnamie. W dodatku plantacji o takiej wielkiej powierzchni. Całe zbocze pokryte było równo posadzonymi krzewami kawy. Większość owoców była jeszcze zielona, ale część z nich już lekko dojrzewała i miała kolor bordowo - brązowy. Był to bardzo interesujący widok.

Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, okazało się, że Wietnam należy do jednych z największych eksporterów kawy na świecie! Po krótkim spacerze po plantacji, ruszyliśmy dalej. Po drodze zatrzymaliśmy się w lokalnej (przydomowej) wytworni... mioteł :) Wing powiedział, że tutejsze miotły uchodzą za jedne z najbardziej solidnych w całej Azji Południowo - Wschodniej. A to dlatego, że używa sie do ich wyrobu specjalnej, sztywnej i wytrzymałej górskiej trawy. Przez chwilę obserwowaliśmy jak dwie starsze kobiety, zwinnymi ruchami zaplatają źdźbła owej trawy tworząc z nich miotły. Podobno wprawiona kobieta potrafi wyprodukować do 200 sztuk mioteł dziennie!

Kolejnym przystankiem na naszej trasie był jeden z najbardziej malowniczych wodospadów w okolicy - Wodospad Słonia. Nie jest on zbyt wysoki, ale jest szeroki. Ogromna ilość biało - brunatnej wody spada z hukiem z około 30-40 metrowego uskoku w korycie rzeki. Po krótkiej sesji zdjęciowej nad wodospadem, odwiedziliśmy jeszcze, znajdującą się tuż obok pagodę. Z zewnątrz wyglądała ona całkiem niepozornie. W środku jednak stał wielki posąg Buddy o 6 czy też 8 głowach i ponad 10 parach rąk. Widok był bardzo imponujący. Po takiej dawce emocji i wiedzy, udaliśmy się na krótki lunch w lokalnej knajpie.

Najedzeni i wypoczęci, odwiedziliśmy położoną tuż obok fabrykę jedwabiu. Prawdziwa fabryka, gdzie mogliśmy zobaczyć jak produkuje się jedwab od chwili uwicia kokonu przez jedwabnika, do momentu uzyskania gotowej tkaniny. Zaraz za brama, stały szerokie półki, a na nich leżały wielkie kosze, pełne "dojrzałych kokonów". Takie kokony były brane i wrzucane do wrzącej wody, aby pogotowały się chwile i stwardniały. Następnie wrzucano je do zimnej wody i za pomocą specjalnych, bardzo sprytnych kołowrotków, pozyskiwano jedwabne nitki prosto z kokonu. Według Wing'a z jednego kokonu można pozyskać nitkę o długości do 1000 m! Następnie nitki z tych pierwszych malutkich kołowrotków, były nawijane na szpule, coraz większe i większe, aż w końcu powstawały wielkie, gotowe zwoje nici jedwabnych, gotowe do wyrobu tkaniny. W osobnej części fabryki stało kilka wielkich, drewnianych, automatycznych maszyn tkalniczych. To właśnie w takich fabrykach powstają piękne wzory tkanych, jedwabnych wyrobów, które można kupić w wielu sklepach w okolicy. Ciekawie było zobaczyć cały proces powstawania tkanin jedwabnych.

Z jednej dużej fabryki jedwabiu, udaliśmy się do bardzo kameralnej "fabryki", w której wytwarzano domowym sposobem lokalne wino. W gospodarstwie nie było nikogo, ale Wing, zapraszającym gestem dłoni zawołał nas do środka. Weszliśmy do obory, gdzie przywitały nas dwie ciężarne maciory. Na końcu pomieszczenia stały cztery wielkie kadzie i pod każdą palił się ogień. To właśnie była ta wytwórnia wina. Wing otworzył jeden z baniaków z gotowym winem i dał nam kieliszek do degustacji. Nie wiem, czemu oni to nazywają winem, bo kolor ma krystaliczny i bardziej przypomina bimber lub sake niż jakiekolwiek wino. Głównym składnikiem tego napitku jest bowiem ryż, rzadziej z domieszką kukurydzy. Wing powiedział nam, że tu nic sie nie marnuje, więc gdy odsączy się wino z kadzi, to na dnie zostają sfermentowane resztki zbóż, nasączone tym dość mocnym alkoholem. Właśnie te resztki rzuca się świniom. One to ponoć bardzo lubią. Przez jakiś czas są pijane, ale po takiej procentowej paszy, podobno, szybciej przybierają na wadze :)) Po pożegnaniu z alkoholową oborą, wróciliśmy do Dalat, by odwiedzić ostatnie już miejsce na naszej trasie. To Hang Nga Gallery, miejsce bardziej znane pod nazwa "Crazy House". Trudno to opisać słowami, ale osoba, która projektowała ten dom, musiała chyba wcześniej wypić dużo wina z ryżu :) A była to pani architekt, która pobierała nauki w Moskwie. Po powrocie do Dalat postanowiła wybudować sobie dom. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Ogromny dom ma imitować dwa wielkie, szerokie pnie drzewa z wydrążonymi w środku tunelami, połączone wąskimi pomostami, mającymi imitować szerokie konary. Wchodząc do środka, jeszcze bardziej oniemiałem. Nie ma tam ani jednego kąta prostego, wszystkie ściany i korytarze wyglądają jakby się wiły, wszędzie są zaokrąglenia i opływowe kształty. Jednym słowem, jest to pewnego rodzaju ewenement architektoniczny.

Ze względu na to, że mój motocykl był wypożyczony na cały dzień, przed zmrokiem postanowiłem jeszcze pojeździć troszkę po samym Dalat. Odwiedziłem lokalną katedrę chrześcijańską w kolorze łososiowym, okolice malowniczego Jeziora Xuan Huong w centrum miasta oraz zabytkową, zbudowaną w stylu kolonialnym, stacje kolejki wąskotorowej. Ten dzień bez dwóch zdań był najciekawszym jak do tej pory w Wietnamie!

Rano, 13 września, wyjechałem z Dalat w kierunku wybrzeża i kurortu Mui Ne, położonego w malowniczej zatoce morskiej. Rano znów mżyło i ciemne chmury wisiały nisko nad głową. Jednak im niżej zjeżdżał autobus i im było bliżej wybrzeża, tym niebo coraz bardziej się przecierało, aż w końcu pojawiło się pełne słonce, a powietrze stało się gorące i wilgotne. Po południu dotarłem do Mui Ne i znalazłem bardzo przytulny hostel. Po odpoczynku i obiedzie, udałem się na krótki spacer po tej nadmorskiej miejscowości. Cale Mui Ne, to przede wszystkim jedna droga wzdłuż plaży i wiele, wiele hoteli i restauracji ciągnących się wzdłuż niej. Odwiedziłem pagodę Chua Phuoc Thien oraz przespacerowałem się wzdłuż plaży, pełnej muszel różnej wielkości i barwy. Akurat był przypływ i wiele rybaków naprawiało lub rozwijało swoje sieci, by były gotowe do zarzucenia w nocy.

Dziś rano wypożyczyłem rower i wybrałem się na dłuższy objazd okolicy. Najpierw odwiedziłem przepiękna dolinę potoku o nazwie Fairy Stream. Jest to krótki potok o mulistym, piaszczystym, pomarańczowo - czerwonym dnie, głęboki na 10-40 cm. Przez to, że jest płytki i ma miękkie dno, nie ma ścieżki wzdłuż niego. Idzie się po prostu jego korytem, co też uczyniłem. Koryto tej rzeki poprowadzone jest w niesamowitej scenerii. Po prawej stronie Fairy Stream, wznoszą się stromo piaszczyste zbocza w kolorze mocno ceglastym, przechodzącym w czerwony. Po drugiej stronie występują soczyście zielone zarośla nadrzeczne, a nad nimi górują palmy kokosowe. Tak wiec: czerwone zbocza, pomarańczowe dno i zielona flora - kontrastujące ze sobą barwy robią duże wrażenie. Cały ten wodny szlak zakończony jest malowniczym wodospadem. Po powrocie na parking dla rowerów, pojechałem w kierunku wioski rybackiej. Ciasna zabudowa, wąskie, kręte uliczki, schodzące stromo do morza i szeroka, piaszczysta plaża (akurat był odpływ). Na plaży i w jej okolicy ruch jak w ulu! Dziesiątki kobiet i mężczyzn uwijają się jak w ukropie. Wyciągają na brzeg sieci, pełne ryb z nocnych połowów, wrzucają je do wielkich koszy i transportują na brzeg, by wysypać je na specjalne (okrągłe lub kwadratowe) sita. Na tych sitach ryby się suszą na słońcu. Wyschnięte ryby pakowane są z powrotem do koszy i wywożone na  ciężarówkach, jeepach, skuterach, rowerach i na czym tylko się da, do punktów skupu. W zatoce na turkusowych falach morskich unoszą się kolorowe kutry, gotowe, aby wieczorem wypłynąć w morze na nocny połów.

Następnie udałem się jeszcze dalej, do miejsca, gdzie występują żółte, wysokie, piaszczyste wydmy. Maja one około 20-50 m wysokości. Nie są tak wysokie jak wydmy na Saharze, ale i tak wyglądają bardzo ciekawie. Szczególnie, że położone są nad samym morzem. Zmęczony długim, aktywnym dniem, ale pełen wrażeń wróciłem po południu do hotelu i postanowiłem odpocząć. Jutro rano opuszczam to śliczne miejsce i jadę do Ho Chi Minh City. Tam zabawię około 3 dni i najprawdopodobniej będę goęciem mojej znajomej, Phuong.

Pozdrawiam serdecznie, Darek

W DELCIE MEKONGU I TUNELACH VIET CONGU

Phnom Penh  18.09.

Podróż z Mui Ne do Ho Chi Minh City trwała prawie pięć godzin, ale odbyła się w dość komfortowych warunkach, gdyż autobus był bardzo wygodny. Po dotarciu na miejsce, zostawiłem bagaż w przechowalni i udałem się na krótki spacer po mieście. Nadciągały ciemne chmury, więc chciałem zdążyć przed burzą. Miasto Ho Chi Minh (dawna nazwa - Saigon), to największa metropolia Wietnamu, zamieszkała przez około 8 mln ludzi. Jednocześnie jest to najbardziej zanieczyszczone i zakorkowane wietnamskie miasto. Sam wyjazd z miasta zajmuje średnio 1-2 h!

Tego dnia (15.09) zdążyłem odwiedzić Pałac Miejski oraz Muzeum Wojenne. Pierwszy obiekt ma dość modernistyczną architekturę i jest ważnym symbolem południowowietnamskiego rządu. Muzeum wojenne posiada bogatą kolekcję eksponatów z czasów wielu wojen w jakie uwikłany był Wietnam. Począwszy od wojen z Francuzami na początku XX wieku, skończywszy na długiej wojnie z USA, obfitującej w wiele tysięcy ofiar. W drodze powrotnej z muzeum do centrum odwiedziłem też miejsce, gdzie znajduje się neogotycka katedra Notre Dame oraz budynek poczty w stylu neoklasycystycznym.

Wieczorem spotkałem się z moją znajomą Phuong, która zabrała mnie swoim skuterem do domu. Następnego dnia postanowiłem odwiedzić deltę największej rzeki Indochin, Mekongu. Jest to prawie niemożliwe, aby zwiedzić deltę Mekongu indywidualnie, a nawet jeśli, to wychodzi to bardzo drogo. Dlatego też zdecydowałem się na dołączenie do wycieczki zorganizowanej. Takie jedno-, dwu- czy też trzydniowe wycieczki można kupić bardzo tanio w jednej z kilkudziesięciu agencji turystycznych rozsianych po całej dzielnicy turystycznej. Wygodny autobus zawiózł mnie do miejscowości My Tho, 70 km na południowy - zachód od Ho Chi Minh i tam cała grupa została 'zaokrętowana' na mini statek rzeczny. Popłynęliśmy najpierw na jedną z wysp w delcie, gdzie odwiedziliśmy farmę pszczół. Można było zdegustować lokalne wyroby pszczelarskie, głównie różne gatunki miodu oraz wiele innych słodyczy wytwarzanych na bazie lokalnego miodu. Tu wytwarza się także lokalny specyfik nazywany winem bananowym. Taka miejscowa nalewka o smaku banana, która podobno jest wyśmienita na kamice nerkową i wszelkie choroby układy pokarmowego. Inną atrakcją na farmie pszczół, była możliwość potrzymania na szyi wijącego się, długiego, ponad pięciokilogramowego pytona :) Ciekawe doświadczenie. Po tych wszystkich ww. atrakcjach, wsiedliśmy wszyscy na małe 4-osobowe łódki wiosłowe i przez jakiś czas pływaliśmy po wąskich, krętych kanałach w delcie. Krajobraz byl fantastyczny, gdyż mulista, bezowa woda mocno kontrastowała z soczyście zieloną roślinnością, pokrywającą oba brzegi kanałów. Rosły tam przede wszystkim gaje bambusowe oraz palmy kokosowe. Była to jedna z najciekawszych części tego dnia. Po chwili znów płynęliśmy naszą dużą łódką z silnikiem, tym razem w kierunku Wyspy Żółwia, gdzie zjedliśmy lunch. Najedzeni, zwarci i gotowi wsiedliśmy na kolejne łodzie średniej wielkości (6-8-osobowe) z silnikiem i popłynęliśmy przez kolejny labirynt wąskich i krętych kanałów. Po chwili dotarliśmy do 'fabryki' cukierków kokosowych oraz innych słodyczy produkowanych na bazie orzechów kokosowych. Pokazano nam w skrócie cały proces wytwarzania tych słodyczy od momentu ścięcia orzecha to chwili uzyskania gotowego produktu. Gdy szykowaliśmy się do powrotu na główna łódź, która zabrała nas potem z powrotem do autobusu, słychać było coraz bliższe grzmoty zbliżającej się silnej burzy. Na nasze szczęście, główna nawałnica przeszła gdzieś bokiem. Nad nami tylko lekko pokropiło.

W dniu wczorajszym (17.09) pojechałem na kolejną 1-dniową wycieczkę w okolice Ho Chi Minh City, tym razem na północny - zachód od miasta. W pierwszej kolejności udałem się do świątyni Cao Dai. Jest to dość ciekawa świątynia i z pewnością nie często można podziwiać tego rodzaju obiekty w Azji Pd-Wsch. Świątynia ta służy wyznawcom kaodaizmu, całkiem nowej religii, która jest o wiele mniej popularna niż rozpowszechnione w regionie buddyzm, hinduizm czy katolicyzm. Kaodaizm został stworzony przez człowieka o imieniu Ngo Minh Chieu i oficjalnie przyjęty jako religia w 1926 r. Główną cechą tej religii jest jednoczesne połączenie elementów buddyzmu, hinduizmu, islamu, chrześcijaństwa, taoizmu i konfucjonizmu. Głównym atrybutem, czy też znakiem rozpoznawalnym kaodaizmu jest niebieskie oko w trójkątnej ramce. Kaodaiści modlą się zawsze co 6 godzin, czyli dokładnie 4 razy na dobę. My trafiliśmy na południowe modły. Wszyscy wierni zmierzający do świątyni w ten bardzo upalny dzień, ubrani byli w śnieżno białe szaty, a na głowach mieli czarne nakrycia, trochę przypominające turban. Tuż po godzinie 12:00 wszyscy weszli do świątyni i usiedli na podłodze 'po turecku'. Mężczyźni po jednej, kobiety osobno, po drugiej stronie. Turyści z kolei zgromadzeni byli na balkonikach około 4-5 m ponad wiernymi. Kilkunastu mężczyzn modlących się, miało jednak szaty kolorowe. Byli to wyżej postawieni kaodaiści. Ich szaty były: czerwone (katolicyzm), żółte (buddyzm) i niebieskie (hinduizm). Poza tłumem wiernych, siedzących w równych odstępach od siebie na podłodze, w mszy brał też udział chór kobiecy i kilku mężczyzn przygrywających na różnych instrumentach. Wszystko to co działo się dookoła podczas mszy, powodowało, że w świątyni kaodaistycznej wytworzyła się bardzo mistyczna, niepowtarzalna atmosfera.

W drodze powrotnej do Ho Chi Minh, odwiedziliśmy jeszcze prowincje Cu Chi, znaną przede wszystkim z systemu podziemnych korytarzy i tuneli przeciw bombowych. Schrony te używane były przez lokalną ludność do ukrywania się podczas amerykańskich ataków, gdy samoloty nieprzyjaciela zrzucały w południowym Wietnamie tysiące bomb. Poza samymi tunelami w całej tej byłej strefie militarnej, wiele jest również starych, autentycznych okopów, a także lejów powstałych po uderzeniu bomb, zrzucanych głównie z bombowców B-52. Obejrzeć też można kolekcje różnych pocisków, wyrzutni lub autentycznych niewypałów, używanych do walki z Amerykanami. Po środku lasu stoi także duży, zardzewiały amerykański czołg M-41, którego załoga trafiła do wietnamskiej niewoli. Na sam koniec odwiedziliśmy też miejsce, gdzie za drobną opłatą można postrzelać z prawdziwej broni z czasów wojny wietnamsko - amerykańskiej, między innymi z karabinu maszynowego AK-47. Pod wieczór wróciłem już do Ho Chi Minh, by spędzić ostatnią noc w tym największym wietnamskim mieście.

Dziś rano pożegnałem się z gościnną Phuong i udałem się bardzo wygodnym, komfortowym, klimatyzowanym autokarem do Kambodży, konkretnie do stolicy tego królestwa - Phnom Penh. Na granicy szybko, łatwo i przyjemnie wyrobiłem sobie wizę kambodżańską i już po chwili byłem w drodze wgłąb Kambodży. Po stronie kambodżańskiej ruch na drogach jest o wiele mniejszy niż w Wietnamie i jest też dużo mniej motocykli na drogach. Jednak sama nawierzchnia drogowa jest w o wiele gorszym stanie. Późnym popołudniem dotarłem do Phnom Penh i ulokowałem się w bardzo przyjemnym hotelu w centrum miasta. Pobędę tu 2-3 dni. Jutro natomiast ważny dzień w czasie mojej podróży, gdyż to właśnie od jutra przez kolejny miesiąc będę miał towarzystwo :) Przylatuje do mnie Kasia i razem będziemy przemierzać szlaki na terenie Kambodży i Tajlandii w poszukiwaniu przygody :)

Pozdrawiam, Darek.

LUDOBÓJCY Z TUOL SLENG

Phnom Penh 21.09.

W sobotę (19.09) postanowiłem si przede wszystkim wyspać. Potem wypożyczyłem motor i pojeździłem sobie po mieście i okolicy. Trafiłem akurat na jakieś święto państwowe, więc prawie wszystko było pozamykane, a ruch na ulicach był bardzo mały. Po wjeździe do Kambodży i kilku pierwszych godzinach pobytu w stolicy tego kraju, można zauważyć kilka, rzucających się w oczy, cech. Przede wszystkim wokół widać ogromną biedę. Ludzie poruszają się głównie na motocyklach, bo niewielu stać na własne auto. Ruch na ulicach jest o wiele mniejszy niż w Wietnamie, a ludzie maja zupełnie inne, bardziej egzotyczne (ciemniejsze) rysy twarzy. Jest jeszcze jedna dość ważna cecha organizacyjna. Oficjalna waluta Kambodży to 1 riel. 4000 rieli to w przybliżeniu 1 dolar amerykański. I to właśnie dolar jest drugą walutą w Kambodży. Chcąc pobrać gotówkę z bankomatu, można otrzymać tylko dolary, gdyż w bankomatach nie ma rieli. Zwykle tuż obok każdego bankomatu jest kantor, w którym od razu można zamienić dolary na riele. Jeśli jednak ktoś chce, może płacić za wszystko dolarami. W sklepach ceny również są podawane zarówno w rielach jak i w dolarach.
Po południu, po krótkim rekonesansie na motorze, pojechałem na lotnisko, aby odebrać Kasię, która przyleciała do Phnom Penh z przesiadką w Bangkoku. Jej samolot wylądował na kameralnym lotnisku o czasie i wróciliśmy do hotelu na motorze. Następnego dnia tzn w niedziele (20.09) postanowiliśmy odwiedzić kilka atrakcji Phnom Penh. Najpierw swe kroki skierowaliśmy w kierunku świątyni Wat Phnom. Jest to ważna świątynia buddyjska położona na niewielkim wzgórzu w centrum miasta. Obok świątyni w małym zagajniku buszuje zwykle stado małp. Można też odbyć przejażdżkę na słoniu. Sama świątynia jest bardzo ładna architektonicznie, a nad nią góruje wielka, wysoka, szara stupa. Wewnątrz można podziwiać wiele, różnej wielkości, złotych posągów Buddy.
Z Wat Phnom poszliśmy na lokalny, kryty targ, Psar Thmei, gdzie sprzedawano głównie ryby, skorupiaki i inne owoce morza. Było bardzo gwarnie i dosyć egzotycznie. W dalszej kolejności swe kroki skierowaliśmy do najsmutniejszego miejsca w Phnom Penh, czyli muzeum Tuol Sleng. W połowie lat '70 Pol Pot, lider partii komunistycznej i jednocześnie premier Kambodży rozpoczął, trwający kilka lat, horror. Był to początek "rewolucji" czerwonych Khmerów. Pozbawił on zwykłych obywateli własności ziemskiej, wszystkie grunty stały się państwowe. Według tamtej ideologii, dobry obywatel, to nie ten który pracuje umysłowo lub w fabryce, lecz ten, który uprawia ziemię, oczywiście należąca do państwa. Rozpoczęła się też eksterminacja inteligencji kambodżańskiej, wszystkich obywateli będących niewygodnymi dla władz oraz tych, którzy sprzeciwiali się systemowi. Pol Pot przerobił jedną ze szkół w centrum miasta na brutalne więzienie. Zsyłano tam wtedy każdego, którego uznano za wroga systemu. Nie tylko dorosłych mężczyzn, ale także niczemu nie winne kobiety oraz - nie wiedzieć dlaczego - zwykle dzieci... Wszyscy więźniowie byli poddawani brutalnym, okropnym torturom, byli bici, poniżani i wrzucani do karceru. Gdy ich poczucie własnej wartości spadało do zera, większość z tych więźniów była bestialsko mordowana, zwykle strzałem w głowę, poderżnięciem gardła lub przez pobicie na śmierć. Ówczesne władze uwielbiały dokumentować swoją "działalność" na zdjęciach. Większość więźniów była fotografowana w czasie tortur i bicia. Władze więzienia fotografowały chętnie także te osoby, na których za kilka minut miał zostać wykonany wyrok śmierci: mężczyzn, kobiety (niektóre z niemowlakami na rekach) i małe dzieci... Setki, a nawet tysiące czarno białych zdjęć można teraz oglądać w wielu pomieszczeniach byłego więzienia, obecnie przerobionego na muzeum. Zbliżenia twarzy fotografowanych ludzi, którzy są w pełni świadomi, że ktoś im zaraz przystawi do głowy broń i pociągnie za spust, mrożą krew w żyłach i powodują, że przez całe ciało przechodzą ciarki. Zdjęcia twarzy tych ludzi mają ogromny ładunek emocjonalny i wywołują u odbiorcy bardzo głębokie refleksje. W wielu pomieszczeniach tego byłego, bestialskiego wiezienia obejrzeć można, poza zdjęciami ludzi, zwykle ciasne cele oraz byłe karcery; narzędzia tortur używane do katowanie więźniów, naczynia używane przez osadzonych, ich ubrania, a także ryciny przedstawiające rodzaje stosowanych tortur. Do najpopularniejszych należało bicie, łamania kończyn czy też wieszanie ludzi za nogi (głową w dół) i spuszczanie ich głową w dół do wielkiej balii z wodą, tak, aby dana osoba zaczęła się dusić pod wodą i najnormalniej topić! W jednej z ostatnich sal można zobaczyć fotografie sprawców całego zła - Pol Pota oraz innych liderów ówczesnej kambodżańskiej partii komunistycznej. Oglądając całą tą ekspozycję, trudno uwierzyć, jak wiele zła jeden człowiek jest w stanie wyrządzić drugiemu. Ci wszyscy oprawcy torturujący i mordujący niewinnych ludzi musieli być całkiem pozbawieni człowieczeństwa. Po wyjściu stamtąd trudno jest wydusić z siebie choć jedno słowo, gdyż wciąż ma się przed oczami te makabryczne zdjęcia. Po opuszczeniu tego muzeum, człowiek zwykle nie ma na nic ochoty poza głęboką zadumą i refleksją... Jednym słowem, był to wtedy horror, jakiego zwykłym ludziom trudno sobie wyobrazić. To trzeba zobaczyć.

Dnia dzisiejszego, pojechaliśmy najpierw do ambasady Tajlandii i złożyliśmy wnioski o wydanie wiz tajskich. Wizy będą gotowe 23.09. Następnie skierowaliśmy swe kroki w kierunku najbardziej znanej atrakcji Phnom Penh: Pałacu Królewskiego i Srebrnej Pagody. Ten kompleks pałacowo - świątynny na prawdę robi ogromne wrażenie swoją, egzotyczną i pełna kunsztu, architektura. Zarówno zabudowania pałacu jak i pagody mają trójkątne dachy, pokryte czerwono - pomarańczową dachówką i zwieńczone złotymi iglicami. Rogi dachów zakończone są, tak charakterystycznymi dla tego regionu, zakrzywionymi hakami. Wokół pełno złotych i marmurowych rzeźb lub płaskorzeźb. Ponad podcieniami Srebrnej Pagody, liczne garudy groźnie spoglądają na odwiedzających. Wewnątrz tejże pagody w centralnej jej części, siedzi sobie na tronie zielonkawy, półprzeźroczysty posąg Buddy wykonany ze szmaragdu. Wszystko to śliczne, wymuskane i przesycone egzotyką.

Następnie udaliśmy się na motorze kilka kilometrów na południowy - zachód od Phnom Penh do małej wioski Choeung Ek, gdzie pod koniec lat '70 utworzono obóz zagłady dla więźniów, których torturowano wewnątrz Tuol Sleng. Znajdują się tu tzw. "Pola Śmierci". W latach 1975 - 1978 przewieziono tu około 17.000 mężczyzn, kobiet, dzieci i niemowląt. Nikt z tych osób nie wyszedł stąd żywy. Tu likwidowano ludzi w sposób masowy, głównie przez strzał w tył głowy. Gdy amunicja się kończyła, ludziom zaczęto po prostu odcinać głowy... Na niewielkim obszarze, wśród pól ryżowych i rozlewisk utworzono kilkadziesiąt masowych grobów, w których grzebano po kilkaset ciał na raz. Widok jest na prawdę przerażający! Emocje, jakie rodzą się w głowie, są spotęgowane widokiem jaki można oglądać tuż po wejściu na obszar Pól Śmierci. W wielkiej, przeszklonej stupie, zebrano około 8000 ludzkich czaszek... Podzielono je mniej więcej według płci i wieku. Większość z nich ma na sobie ślady tortur czy też śmiertelnych strzałów lub ciosów... To była ostatnia rzecz jaką widzieliśmy w stolicy Kambodży. Wróciliśmy do hotelu, by nieco odpocząć, również psychicznie, po tym co widzieliśmy. To nasza - jak na razie - ostatnia noc w Phnom Penh. Jutro rano wyjeżdżamy stąd i jedziemy nad morze, do małej wioski Kep. Na kambodżańskim wybrzeżu spędzimy około 3 dni i potem wracamy do stolicy, by odebrać nasze wizy.

Pozdrawiam, Darek

TAKSÓWKA NA 12 OSÓB TO NORMA

Sihanoukville 24.09.

Z Phnom Penh wyjechaliśmy we wtorek (22.09) rano i wygodnym autobusem udaliśmy się w kierunku Kep na wybrzeżu. Jest to mała osada z bardzo rozproszoną zabudową i licznymi guest housami rozsianymi wśród okolicznych zagajników i ogrodów. My trafiliśmy do jednego z nich. Był on zlokalizowany w pięknym ogrodzie pełnym bananowców, paproci, orchidei i innych tropikalnych, soczyście zielonych roślin. Wspaniała sprawa. Wynajęliśmy jeden bungałów, a następnie postanowiliśmy wypożyczyć motocykl. Początkowo naszym głównym celem na ten dzień była wizyta w niedalekim Parku Narodowym Bokor. Znany jest on ze ślicznych gór porośniętych dżunglą, starej stacji górskiej zbudowanej jeszcze przez Francuzów w czasach kolonialnych oraz ładnego wodospadu, pod którym można się wykąpać. W recepcji naszego guest hous'u siedział pewien Belg, więc mogliśmy go wypytać o wiele opcji zwiedzania okolicy na motocyklu. On z kolei oznajmił nam, że wizyta w Parku Narodowym Bokor jest obecnie niemożliwa. Przyczyna tego jest bardzo prosta. Otóż jakiś bogaty mieszkaniec Kambodży mający niezłe znajomości, kupił sobie na własność (!) tereny leżące w granicach Parku. Ogrodził cały ten prywatny teren i podobno planuje zbudować tam m.in. hotele pięciogwiazdkowe, pola golfowe, baseny i inne tego rodzaju rzeczy... Jak widać w Kambodży mając furę pieniędzy i odpowiednie znajomości, można wszystko.

Musieliśmy zweryfikować nasze pierwotne plany. Zamiast do Parku, postanowiliśmy pojechać do Wodospadu Tek Chhouu. Po dotarciu na miejsce, czekała nas kolejna niespodzianka. W miejscu, gdzie powinien być wodospad, był wielki plac budowy i chińska firma budowlana konstruowała tu pokaźny zbiornik retencyjny. Zawróciliśmy i postanowiliśmy odwiedzić położone nieopodal zoo. Wśród wielu gatunków zwierząt, największe wrażenie na nas zrobiła para orangutanów. Według mnie, są to najśmieszniejsze małpy. Jedna z nich cały czas wyciągała lapę przez kraty, żeby jej dać coś do jedzenia lub cokolwiek innego, czym mogłaby się bawić. Chętnie też przybijała 'piątkę' z ludźmi. Widać było że jest oswojona i bliski kontakt z ludźmi nie jest jej obcy. W pewnym momencie orangutan chwycił rękę Kasi w przegubie i złapał jej korale, które miała na nadgarstku. Chwycił je tak mocno, że nie dało się ich już uwolnić. W pewnym momencie je pociągnął i zerwał z ręki Kasi. Na koniec zjadł te koraliki i widać było, że ta zabawa bardzo mu się podobała. Druga małpa bawiła się wraz z innymi ludźmi kawałkiem jakiejś szmaty. W pewnym momencie ktoś z odwiedzających dał małpom plastikowe kubki z jakimiś napojami i rurkami, a one jak gdyby nigdy nic, chwyciły je w dłonie i zaczęły pić zawartość kubków przez rurkę. Gdy skończyły, wystawiły łapę z kubkiem w kierunku ludzi z ewidentną prośbą o jeszcze. Więc kilka razy nalewaliśmy orangutanom wodę mineralną do tych kubków, a one najnormalniej piły wodę przez plastikową rurkę.

Po zabawie z małpami, zaczęliśmy już wracać w kierunku Kep, ale jeszcze postanowiliśmy odwiedzić jedną jaskinie po drodze. Zanim jeszcze dojechaliśmy do jaskini, to zgasł nam motocykl. Przyczyną była bardzo prosta - skończyło się paliwo. Całe szczęście w Kambodży to nie jest żaden problem, nawet na głębokiej prowincji. Na zewnątrz wielu domów stoją na stołach butelki po napojach gazowanych wypełnione kolorowym paliwem. Kupuje się zwykle 1 lub 2 takie butelki i na miejscu napełnia się bak. Tak też uczyniliśmy. Przy okazji tego postoju byliśmy nie lada atrakcją i dzieci z kilku okolicznych domów zbiegły się, żeby się z nami przywitać i sfotografować. Po uzupełnieniu paliwa, ruszyliśmy dalej i jeszcze zanim dotarliśmy do jaskini, podszedł do nas lokalny chłopiec i powiedział, że będzie naszym przewodnikiem po jaskini. Rzeczywiście, pokazał nam śliczne zakamarki tej jaskini, warto było skorzystać z jego usług. Sądzę, że samemu nie zobaczylibyśmy nawet połowy tych rzeczy, jakie widzieliśmy z nim. Pełni wrażeń wróciliśmy do Kep i odpoczęliśmy po intensywnym dniu.

W dniu wczorajszym (23.09) postanowiliśmy odwiedzić małą wyspę, położoną o 30 minut rejsu małą łódką z Kep. To Koh Tonsay (Wyspa Królicza). Popłynęliśmy tam i prawie cały dzień spędziliśmy leżąc na hamakach w ciszy i spokoju, słuchając szumu morskich fal i spacerując wśród palm kokosowych. Do tego smakowaliśmy jeszcze pysznego jedzenia w lokalnej knajpce na plaży. Jednym słowem jeden wielki relaks. Pod wieczór wróciliśmy do naszego guest hous'u w Kep. Dziś wstaliśmy przed 6 rano, by wyjechać 'wieloosobową' taksówką do Sihanoukville. Kilka razy w różnych krajach jeździłem już 'wieloosobowymi' taksówkami, ale ta dzisiejsza w Kambodży przebiła wszystkie dotychczasowe. Najpierw z Kep wyjechaliśmy w piątkę (wraz z kierowca), ale po drodze co chwila dosiadali sie ludzie. Na ostatnim przystanku wsiadło kolejnych... 6 osób. Układ pasażerów wyglądał więc następująco: 2 osoby z przodu na siedzeniu pasażera, 2 osoby z przodu na fotelu kierowcy (kierowca siedział cały pokrzywiony, ale nie miał problemu z prowadzeniem), 4 osoby z tyłu  (w tym my) i 4 kolejne osoby w... bagażniku :) Czegoś takiego jeszcze nie widziałem i przyznam, że oboje mieliśmy niesamowity ubaw z tej całej sytuacji w jakiej się znaleźliśmy.

Po ponad 1 godzinie jazdy, dotarliśmy do Sihanoukville. Jest to typowa miejscowość wypoczynkowa z licznymi zatokami, w których znajdują się śliczne, piaszczyste plaże. Znów wynajęliśmy wygodny bungalów prawie na samej plaży i pospacerowaliśmy po okolicy przez resztę dnia. Większość restauracji skupiona jest wzdłuż plaży. W okolicy wiele jest też pubów, barów i innych wszelakich obiektów gastronomicznych, stałych lub obwoźnych. Jest to z pewnością bardzo relaksacyjne miejsce, gdzie można się wyciszyć i odpocząć, jednak po kilku dniach można by się już zacząć nudzić. Dlatego jutro rano wracamy już do Phnom Penh, głównie po to, aby odebrać nasze paszporty z ambasady tajskiej i kontynuować naszą podróż dalej. Tym razem do Siem Reap.

Pozdrawiam, Darek

PIĘKNE, TAJEMNICZE ŚWIĄTYNIE ANGKOR WAT

Siem Reap 27.09.

W piątek (25.09) wyjechaliśmy z deszczowego Sihanoukville i udaliśmy się z powrotem do stolicy Kambodży - Phnom Penh. Jednak tym razem zabawiliśmy jedynie kilka godzin w tym największym kambodżańskim mieście. Głównym celem naszej powtórnej wizyty było odebranie wiz tajskich z ambasady Tajlandii. Nie było z tym żadnego problemu, wszystko poszło szybko i sprawnie. Wieczorem wyjechaliśmy już z Phnom Penh nocnym autobusem do Siem Reap, miasta na północnym wschodzie kraju. W sobotę po przyjeździe znaleźliśmy fajny, przytulny hotel i poszliśmy na krótki spacer po mieście. Po południu pojechaliśmy tuk tukiem (motoriksza) nad największe jezioro Kambodży, Tonle Sap. Po drodze mijaliśmy wiele domów zbudowanych na palach, pod którymi płynęła wezbrana rzeka. Tu całe rodziny żyją 'na wodzie'. Nad jeziorem Tonle Sap jest kilka wiosek, których domy nie tylko zbudowane są na palach, lecz wiele z nich zwyczajnie dryfuje po tafli wody. Są to tak zwane pływające wioski.
Odwiedziliśmy jedna z nich, przechadzając się wśród drewnianych domów. Co chwila podbiegały do nas roześmiane, małe dzieci, chcące, abyśmy im zrobili zdjęcie. W ogóle ludzie tu w Kambodży bardzo lubią się fotografować, szczególnie dzieci to uwielbiają i są przy tym bardzo wdzięczne. Po powrocie znad jeziora do Siem Reap, odwiedziliśmy jeszcze farmę krokodyli. Było tam wiele basenów, w których pływały te groźne gady. Wiele z nich wylegiwało się też na brzegu. Krokodyle z tej farmy hodowane są głównie w celu pozyskiwania skóry na wyroby galanteryjne. Spóźniliśmy się nieco na porę karmienia, ale i tak wizytę na farmie uważam za bardzo ciekawe doświadczenie.
Miasteczko Siem Reap, to głównie baza wypadowa i miejsce noclegu wszystkich turystów, którzy zamierzają odwiedzić jeden z największych i najbardziej znanych kompleksów świątynnych na świecie: Angkor Wat. Być w Kambodży i nie zobaczyć Angkor Wat, to tak jakby jechać do Indii i nie widzieć Taj Mahal lub do Peru i nie widzieć Machu Picchu. Dziś rano pożyczyliśmy rowery i jeszcze przed wschodem słońca pojechaliśmy w kierunku tego rozległego kompleksu świątyń. Pierwsze kroki skierowaliśmy do świątyni Angkor Wat, chyba najbardziej znanej i rozpoznawalnej ze wszystkich świątyń w tej okolicy. Wysokie, strzeliste wieże w kształcie kolb kukurydzy, szeroka grobla i szeroka, pełna kwiatów lotosu fosa, to cechy, które pozwalają łatwo rozpoznać świątynie Angkor Wat.
Na początku naszej wycieczki rowerowej, pogoda nie była dla nas łaskawa, lało niemiłosiernie. Później opady ustały, a my udaliśmy się do świątyni Phnom Bakheng. Jest to jedna z nielicznych świątyń w tej okolicy, która położona jest na dosc stromym wzgórzu. Prowadzi na nie, szeroka, wygodna ścieżka. Już z samej góry z tzw. wzgórza słoniowego, roztacza się przepiękny widok na cala okolice.
Następnie pojechaliśmy w kierunku, drugiej najbardziej znanej - świątyni Bayon, znajdującej się w kompleksie świątynnym Angkor Thom. Nie jest ona już tak rozległa powierzchniowo jak Angkor Wat. Cechują jś liczne wysokie wieże. Na prawie każdej z nich wyrzeźbiona jest podobizna Buddy, zwykle sama twarz z lekkim, charakterystycznym uśmiechem. Owe twarze Buddy spoglądają zwykle w cztery strony świata z każdej z wież. W świątyni Bayon liczne są także płaskorzeźby, przedstawiające różne bóstwa oraz ładne mozaiki.
Cały kompleks świątyń Angkor Thom otoczony jest murami, w których znajdują się 4 wielkie bramy: południowa, północna, zachodnia i wschodnia. Bramy te, są do siebie bliźniaczo podobne. Każda posiada 3 wieże i na każdej z wież podziwiać można wielkie, twarze Buddy z tym lekkim, tajemniczym uśmiechem.
Inna świątynia, którą odwiedziliśmy na naszej trasie, a która zrobiła na nas wielkie wrażenie, było świątynia Ta Prohm. Świątynia ta jest mocno zrujnowana, jednak ma ona w sobie wiele magii. Po bardziej wnikliwej obserwacji wydaje się, jakby cała świątynia była "pożerana" przez dżunglę. Takie wrażenie można odnieść dzięki wielkim drzewom z grubymi, długimi, wijącymi się korzeniami, które oplatają mury i wieże świątyni niczym jakaś wielka ośmiornica. Robi to ogromne wrażenie.
W strugach ulewnego deszczu wróciliśmy do Siem Reap i resztę dnia spędziliśmy na odpoczynku. To był nasz ostatni pełny dzień w Kambodży. Jutro rano wyjeżdżamy już autobusem do Bangkoku i mamy dotrzeć do stolicy Tajlandii późnym popołudniem. Tam zabawimy około 2 dni.

Pozdrawiam, Darek

ZŁOTE ŚWIĄTYNIE I BLIŹNIAKI SYJAMSKIE

Bangkok 30.09.

Z Kambodży wyjechaliśmy planowo, 28.09 rano w kierunku granicy z Tajlandia. Mieliśmy transport łączony tzn. najpierw kambodżański autobus miał nas zabrać do granicy. Następnie pokonać mieliśmy granice pieszo i po stronie tajskiej czekał na nas kolejny transport, już do Bangkoku. Autobus do granicy był niemiłosiernie przeładowany ludźmi i bagażami. Większość pasażerów gniotła się na wąskich i twardych fotelach, a duża część bagaży leżała w przejściu między fotelami. Na szczęście tym autobusem jechaliśmy tylko 3 godziny. Odprawa paszportowa poszła bardzo sprawnie i po szybkim lunchu, ruszyliśmy w dalszą drogę do Bangkoku - tym razem bardzo wygodnymi, szybkimi furgonetkami.
Stolica Tajlandii przywitała nas burzową pogodą: mocno wiało, a na niebie kłębiły się bardzo ciemne chmury. Po kilku minutach przeszła silna burza. Na szczęście klimat jest tu nieco inny niż w Kambodży i jeśli pada, to zwykle krótko. Jest też nieco cieplej i o wiele dłużej świeci słońce. Resztę wieczoru spędziliśmy na odpoczynku i spacerze po Khao San - dzielnicy globtroterów i trampów, pełnej hoteli, restauracji, pubów, kramów z jedzeniem i pamiątkami.
W dniu wczorajszym odwiedziliśmy kilka z tych miejsc, których nie można pominąć będąc w Bangkoku. Pierwsze kroki skierowaliśmy do kompleksu świątynnego Wat Phra Kaew (Świątynia Szmaragdowego Buddy) oraz Pałacu Królewskiego. Popłynęliśmy tam 'tramwajem' wodnym, kursującym regularnie po wielkiej rzece Choa Phraya. Niestety, większość świątyń jest w tej chwili okryta rusztowaniami, gdyż prowadzone są prace remontowo - renowacyjne. Bez względu na to cały ten kompleks robi spore wrażenie. Każda budowla, świątynia, pomnik czy stupa wewnątrz murów, dosłownie ocieka złotem i złotymi, misternymi zdobieniami. Na ścianach wielu świątyń pełno jest też fresków przedstawiających walki różnych średniowiecznych wojowników. Przed wejściami do głównych świątyń oraz przy dwóch głównych bramach stoją wielkie posągi groźnych strażników. Najważniejszą budowlą w tym kompleksie jest Świątynia Szmaragdowego Buddy. Wokół niej i w środku, zawsze kłębi się tłum wiernych i turystów. W centralnej części świątyni, na wysokim tronie, siedzi zielonawy Budda wykonany ze szmaragdu. Liczni wierni modlą się wewnątrz i składają ofiary w postaci owoców, pieniędzy i kwiatów.
Zaraz za świątynią jest przejście do części rezydencjalnej Pałacu Królewskiego. Przechodzi się przez wielką salę koronacyjną z wielkim złotym tronem, używanym przez wieki do koronacji królów tajskich. Następnie można podziwiać (tylko z zewnątrz) główny budynek Pałacu. Wokół pełno strażników ubranych w śnieżnobiałe, galowe stroje.
W dalszej części dnia poszliśmy do Wat Pho (Świątyni Leżącego Buddy). To chyba drugi najważniejszy kompleks świątynny w mieście. W głównej, największej świątyni znajduje się ogromny posąg złotego Buddy. Przedstawiony on jest w pozycji leżącej na boku i podpiera swoją głowę prawą ręką. Ma 46 m długości i 15 m wysokości! Wokół Wat Pho znajduje się jeszcze kilka nieco mniej ważnych świątyń, w których zazwyczaj znajduje się jakiś złoty posąg siedzącego Buddy. Pełno jest też wysokich, strzelistych, ślicznie rzeźbionych i bogato zdobionych stup. Następnie przepłynęliśmy rzekę Chao Phraya wszerz małym, lokalnym promem i udaliśmy się do Wat Arun (Świątyni Świtu). Ma ona zupełnie inną architekturę niż większość świątyń w Bangkoku. Nie ma złotych zdobień ani charakterystycznych dachów z zakrzywionymi 'hakami' na przedłużeniu kalenicy. Ma ona kształt wysokiego, pionowego słupa, rozszerzającego się w kształt ostrosłupa i jego podnóża. Dodatkowo na przedłużeniu każdego z rogów tego ostrosłupa, znajdują się kolejne - nieco niższe niż główny - słupy. Całość ma bardzo bogate zdobienia oraz inkrustacje. Tego dnia trafiliśmy na okazjonalną imprezę ku czci Króla. Pełno było w środku różnych oficjeli i jakichś innych ważnych postaci. Dużą część gości stanowili też mnisi buddyjscy ubrani w swe tradycyjne żółto - pomarańczowe szaty.
Na zakończenie wczorajszego dnia, poszliśmy jeszcze do... szpitala. Tak, w lokalnym szpitalu o nazwie Siriraj mieści się mało znane turystom muzeum anatomii. Słyszałem, że to jest trochę straszne i makabryczne miejsce, ale mimo to postanowiliśmy tam pójść. Nie będę się zbytnio rozpisywał nad rodzajami eksponatów muzealnych, ale większość z nich stanowią płody oraz noworodki na różnym etapie rozwoju życia z wieloma wadami genetycznymi. Wiele jest też przykładów bliźniąt syjamskich zrośniętych różnymi częściami ciał. Wszystkie te 'eksponaty' są zachowane w oryginalnej formie i kształcie i poustawiane na półkach w wielkich akwariach z formaliną.
Wieczorem pojechaliśmy jeszcze na chwilę do Chinatown, czyli dzielnicy zamieszkałej głównie przez Chińczyków, pełnej chińskich restauracji, sklepów, lokali i ogromnej ilości kolorowo migających neonów z chińskimi napisami. Wśród tamtejszych restauracji, dominują te, serwujące potrawy z owoców morza. Wokół pełno też kramów z wszelakimi owocami.
W dniu dzisiejszym znów popływaliśmy łodzią po rzece Chao Phraya. Poza zwykłymi tramwajami wodnymi, które są głównym środkiem transportu rzecznego w Bangkoku, po rzece tej pływają także szybkie, wąskie łódki turystyczne, jachty, promy łączące oba brzegi rzeki, ogromne barki transportujące towary z głębi kraju do portu nad morzem, pontony i wiele, wiele innych jednostek pływających. Chwilami ruch jest tak intensywny, że człowiek ma wrażenie, jakby był na jakiejś zatłoczonej ulicy. Podczas powrotnej, pieszej wędrówki po mieście, odwiedziliśmy jeszcze buddyjską świątynie Wat Traimit, chińską świątynie Wat Mangkon Kamalawat oraz tzw. Złoty Kopiec (Golden Mount). Z tego ostatniego roztacza się rozległy widok na prawie cały Bangkok i na szczycie stoi świątynia ze złotymi posągami Buddy.
Po powrocie do hotelu, postanowiliśmy odpocząć i rozkoszować się przepysznym jedzeniem jakie serwują na okolicznych kramach. Jest w czym wybierać, a Tajowie przygotowują niesamowite potrawy i wspaniale desery.

Pozdrawiam, Darek

PŁYWAJĄCY TARG I AYUTTHAYA

Ayutthaya 04.10.

W okolicy Bangkoku jest kilka miejscowości, w których codziennie odbywają się tzw. pływające targi. Mnóstwo kobiet ubranych w tradycyjne szaty, pływa po lokalnych kanałach małymi drewnianymi łodziami i z tych łodzi sprzedaje wszelakie towary. Najbardziej znanymi miejscem, w którym odbywa się taki targ jest mała miejscowość Damnoen Saduak, położona ok 100 km na południowy - zachód od Bangkoku. Pływający targ zaczyna się tam już około 7 rano, jednak prawie wszyscy odwiedzający ten targ przyjeżdżają w to miejsce z Bangkoku w ramach jednodniowych, zorganizowanych wycieczek turystycznych. Rano jest tu jeszcze spokojnie, jednak, gdy wszystkie zorganizowane wycieczki dotrą z Bangkoku do Damnoen Saduak, robi się bardzo tłoczno i miejsce to traci całkiem swój urok.

My postanowiliśmy pojechać do Damnoen Saduak dzień wcześniej po południu. Spędziliśmy noc w jedynym, nieco obskurnym hotelu w miasteczku. Jeszcze przed zapadnięciem zmroku, pospacerowaliśmy wzdłuż zupełnie pustych kanałów, wśród których rano i w południe każdego dnia wrze jak w ulu. Wieczorem życie wraca tam do normalności. Ludzie prowadzą zwykłe życie, słychać śpiew ptaków, co jakiś czas po kanale przemknie łódka wiosłowa lub motorowa, kobiety myją w wodach kanału naczynia po kolacji. Inni siedzą na ławkach przed swymi drewnianymi domami na palach, łuskając czosnek, drudzy kąpią się i cali namydleni wskakują do kanału, aby się spłukać. Jest cicho, spokojnie i można wtedy wyczuć niesamowitą atmosferę tego miejsca. Do tego można być sam na sam z kanałami i zamieszkującymi je ludźmi - bez żadnych innych turystów.
Następnego dnia (02.10) rano, obudziliśmy się bardzo wcześnie, aby odwiedzić pływający targ zanim jeszcze dojadą tu tłumy rozwrzeszczanych turystów z Bangkoku. To było dobre posunięcie, gdyż udało nam się zdążyć przed tymi całymi tłumami. Kilka kanałów było pełnych drewnianych łodzi. Pływały na nich głównie kobiety (prawie każda miała dużą posturę) i sprzedawały z nich przeróżne towary. Dominowały owoce: banany, mango, winogrona, kokosy, papaja, ananasy. Wiele z nich sprzedawało także jakieś jedzenie na ciepło, które przyrządzały bezpośrednio na łodzi przy użyciu mini kuchenki i jakichś bardzo prostych naczyń. Był to głównie ryż i makaron smażone na patelni wraz z warzywami i niewielkim dodatkiem mięsa, drobiowego lub wieprzowego.
Wszystkie panie pływające łodziami po tym wyjątkowym targu, miały na głowach charakterystyczne kapelusze z szerokim rondem wykonane z trzciny cukrowej. Kształtem kapelusze te przypominają wielki, szeroki abażur. Poza owocami i jedzeniem, wiele z tych kobiet sprzedawało także owe kapelusze oraz wszelkie inne pamiątki, które mogą zaciekawić turystów. Po dwugodzinnym spacerze, wśród kanałów, dało się poznać, że tłum turystów gęstnieje. To właśnie zaczęły docierać wycieczki z Bangkoku. Wtedy też wycofaliśmy się stamtąd i postanowiliśmy opuścić to urokliwe miejsce.
Lokalnym autobusem bez szyb w oknach i z wielką ilością warzyw i owoców przewożonych z tyłu na podłodze, udaliśmy się w dalszą drogę - tym razem do Kanchanaburi. Miasto to, położone nad rzeką Kwai, ma najwięcej sladów z drugiej wojny światowej, spośród wszystkich tajskich miast. To właśnie tu w latach '40 ubiegłego wieku do japońskiej niewoli dostało się wielu alianckich jeńców wojennych. Japończycy wykorzystali ich wiedze oraz umiejętności i użyli ich jako siłę roboczą do budowy jednego z najtrudniejszych w tamtych czasach odcinka kolei. Była to trasa kolejowa, prowadząca z Kanchababuri do Birmy, przecinająca głębokie doliny górskie i wysokie przełęcze. Budowa tej trasy kosztowała wiele wysiłku, ale też wiele istnień ludzkich, stąd też trasa kolejowa do Birmy nazywana jest Koleją Śmierci. Jeńcy budujący tory kolejowe, pracowali nierzadko w tragicznych warunkach, a najtrudniejszym etapem całego przedsięwzięcia, była budowa słynnego na cały świat, mostu na rzece Kwai. Zaraz obok tej kolejowej przeprawy przez rzekę, stoi muzeum wojenne, upamiętniające walki wojenne w tym regionie. Nieco dalej na południe od mostu, można odwiedzić centrum kolejnictwa, gdzie obejrzeć można film dokumentalny i bardzo wiele zdjęć archiwalnych przedstawiających historie budowy owej linii kolejowej. Tuż obok znajduje się też cmentarz żołnierzy alianckich, poległych na frontach azjatyckich w walkach głównie z japońskim wrogiem.
W Kanchanaburi zamieszkaliśmy w guest housie zlokalizowanym w wielkich pływających domach, przycumowanych u brzegu rzeki Kwai. Można się było poczuć jak w porządnej kajucie jakiegoś dużego statku rzecznego. Wczoraj rano pojechaliśmy jeszcze poza Kanchanaburi do Wat Luang, czyli świątyni znanej bardziej jako Świątynia Tygrysa. Otóż w tej świątyni od 1999 roku hoduje się około 40 tygrysów w rożnym wieku. Te wielkie koty rozmnażają się pod okiem profesjonalnych treserów i są przez nich oswajane. Codziennie około południa kilkanaście wielkich tygrysów, wychodzi z klatek wraz ze swymi opiekunami, aby turyści mogli się z nimi bliżej zapoznać. Pod bacznym okiem treserów, można pogłaskać te wielkie, groźne koty i zrobić sobie z nimi zdjęcie.
Po powrocie do Kanchanaburi, pojechaliśmy już w dalszą drogę. Poruszaliśmy się wciąż w bliskiej okolicy Bangkoku. Późnym wieczorem dotarliśmy do Ayutthaya. Jest to obecnie kilkudziesięciotysięczne miasto, które w przeszłości (ok XIII - XIV w) było stolicą Królestwa Tajlandii i siedzibą władz. Do dziś, w zachodniej części miasta, zachowało się wiele ogromnych, monumentalnych świątyń z tamtego czasu. Duża część z nich jest mocno zniszczona, jednak inne są (częściowo lub w całości) bardzo dobrze zachowane i - powiem szczerze - robią wielkie wrażenie. Wykonane są one głównie z cegieł i betonu z lekką domieszką piaskowca. Świątynie te są mocno rozproszone po okolicy wśród gobli, łąk, mostów i kanałów rzecznych, więc aby odwiedzić najważniejsze z nich, wypożyczyliśmy rower i większość dnia spędziliśmy w siodle :)
Do najważniejszych świątyń jakie udało nam się dziś odwiedzić należą: Wat Mahathat, Wat Ratburana, Wat Yai Chai Mongkhon, Wat Phra Si Sanphet, Wat Phra Ram i Wat Chaiwatthanaram. Po powrocie do hotelu, zdecydowaliśmy się odpocząć, po upalnym i lekko męczącym dniu. Dziś wieczorem wyjeżdżamy już z Ayutthaya i udajemy się nocnym pociągiem nieco dalej na północ, tym razem do Sukhothai.

Pozdrawiam, Darek

ŚREDNIOWIECZNIE W SUKHOTHAI I ZŁOTO W CHIANG MAI

Chiang Mai 07.10.

W niedziele wieczorem (04.10) planowaliśmy wyjechać nocnym pociągiem z Ayutthaya do Phitsanulok. Mieliśmy nawet bilety kolejowe na nocny pociąg. Po dotarciu na dworzec kolejowy w Ayutthaya okazało się, że nasz pociąg ma opóźnienie, ale nikt nie wie jak duże i nikt też nie zna odpowiedzi na pytanie: kiedy ten pociąg przyjedzie. Na początku usłyszeliśmy, że pociąg jest opóźniony 3 godziny, a zaczyna swoją trasę w Bangkoku, czyli ok 60km od miejsca, w którym mieliśmy do niego wsiąść. Kasjer zaproponował, żebyśmy dopłacili i pojechali expresem, który też jest opóźniony i też nie wiadomo ile, lecz wg niego powinien dotrzeć tu wcześniej. Nie zdecydowaliśmy się na taką opcję. Okazało się, że to był trafny wybór. Po krótkiej chwili okazało się, że nasz pociąg jest już opóźniony 'tylko' 2 godziny i ostatecznie przyjechał z 1,5-godzinnym opóźnieniem. Wygodne, miękkie, rozkładane fotele, dużo miejsca na nogi i prawie pusty wagon. Jechało się bardzo wygodnie i noc minęła dość szybko.
Nad ranem dotarliśmy do Phitsanulok i stamtąd wzięliśmy lokalny autobus, który zawiózł nas do Sukhothai. Miasto to było w XIII wieku pierwszą stolicą Tajlandii i siedzibą 9 króli na przestrzeni 200 lat. Podczas panowania dynastii Sukhothai, Królestwo Tajlndii powiększyło się mniej więcej do rozmiarów dzisiejszego państwa Tajów. Obecnie Sukhothai podzielone jest na nowe i stare miasto. Nowe miasto, to głównie współczesne, brzydkie zabudowania, dwie główne ulice, kilka sklepów i to wszystko. Stare miasto, to obecnie tzw Park Historyczny. Wśród alei palmowych, malowniczych stawów i licznych łąk, rozsiane są stare, średniowieczne świątynie, z których większość zachowała się w całkiem niezłym stanie. Największą świątynia w całym kompleksie jest Wat Mahathat z wielką kolumnadą (będącą kiedyś zadaszoną) oraz gigantycznymi czterema kamiennymi posągami Buddy, patrzącymi w 4 strony świata. Odwiedziliśmy też, tajemniczą Wat Si Sawai, ukrytą wśród podmokłych pól z trzema wielkimi wieżami, przypominającymi z daleka 3 duże kolby kukurydzy. Następnie, minąwszy Wat Tra Phang Ngoen, udaliśmy się do Wat Sa Si, malowniczej świątyni położonej wśród klombów kwiatów na wyspie, na jeziorze. Tu też można podziwiać podlużną kolumnadę i wielki posąg Buddy, siedzącego w kwiecie lotosu i spoglądającego na wschód. Opuszczając kompleks świątyń w Starym Sukhothai, przeszliśmy jeszcze obok Wat Sorasak, ogromnej stupy. Jej podstawę na swych grzbietach podtrzymują rzeźbione słonie.
Po powrocie do hotelu w nowej części Sukhothai, postanowiliśmy odpocząć i pójść wcześnie spać, bo następnego dnia czekała nas wczesna pobudka. Mieliśmy autobus do Chiang Mai wczesnym rankiem. Okazało się jednak, że nie jest to autobus pospieszny, lecz taki, który zatrzymuje się na każde machnięcie ręka, więc podróż do Chiang Mai zajęła nam nieco więcej czasu niż początkowo myśleliśmy. Po dotarciu na miejsce i znalezieniu cichego, przytulnego hotelu, poszliśmy na spacer po mieście. Tu również można wyodrębnić osobne stare miasto. Ma ono kształt kwadratu i otoczone jest szeroką fosą oraz resztkami murów miejskich. Wewnątrz murów zlokalizowana jest większość najciekawszych świątyń w mieście oraz infrastruktura turystyczna (hotele, restauracje, agencje turystyczne). Tego dnia odwiedziliśmy najstarszą świątynie w mieście - Wat Chiang Man z pięknymi złotymi zdobieniami na fasadzie. Następnie mijając pomnik trzech króli, odwiedziliśmy jeszcze Wat Duang Dee i następnie skierowaliśmy swe kroki do architektonicznego skarbu miasta: świątyni Wat Phan Tao - jej ściany wykonane są z rzeźbionego drewna tekowego. Świątynia ta ma fantastyczną atmosferę. Następnie odwiedziliśmy Wat Chedi Luang. Poza tradycyjną świątynią w tajskim stylu, znajdują się tu także ruiny wielkiej stupy (chedi) wykonanej pierwotnie z cegieł. Niestety górna jej część została zburzona i obecnie podziwiać można jedynie środkową i dolną część dawnej stupy z dużymi posągami Buddy w 4 jej wielkich wnękach. Na koniec dnia, poszliśmy jeszcze do Wat Phra Singh, jednej z najładniejszych świątyń w mieście. Mieliśmy to szczęście, że mogliśmy ją podziwiać w promieniach zachodzącego słońca, które jeszcze bardziej podkreślały jej piękno.
Wieczorem pospacerowaliśmy ruchliwymi uliczkami Chiang Mai, gdzie umiejscowionych jest pełno kafejek, knajp i barów. W wielu z nich odbywają się koncerty muzyki na żywo. Dziś rano wypożyczyliśmy rowery z zamiarem pojechania około 12 km za miasto, do jednego z najświętszych miejsc buddyzmu w okolicy, mianowicie świątyni Wat Phra That Doi Suthep. Jest to świątynia, która dosłownie ocieka złotem, jakie spływa z pomników Buddy, stup oraz jej dachów. Umiejscowiona jest ona blisko szczytu o nazwie Doi Suthep, wznoszącego się do wysokości 1676 m npm. Przy dobrej pogodzie z tarasu widokowego na terenie świątyni, podziwiać można ładną panoramę Chiang Mai. Okazało się jednak, że nasze rowery są w tak opłakanym stanie technicznym, że nie jesteśmy w stanie wjechać w nich na samą góre. A do pokonania mieliśmy wielką ilość stromych serpentyn, wijących się zakosami wśród dżungli w piekącym upale. Po pokonaniu pierwszych (jeszcze w miarę łagodnych) wzniesień, droga stawała się coraz bardziej stroma. Zdecydowaliśmy się zostawić rowery w altanie przy drodze i resztę trasy w górę do świątyni pokonaliśmy auto stopem :)
Wróciliśmy do Chiang Mai przed zachodem słońca i postanowiliśmy napełnić nasze puste żołądki jakimś pysznym tajskim jedzeniem. Znaleźliśmy bardzo fajną, cichą knajpkę z miłą obsługą i wyśmienitym kucharzem. Jutro rano opuszczamy to miasto, bo już trochę jesteśmy zmęczeni zgiełkiem wokół. Udajemy się na dwudniowy trekking w góry na północ od Chiang Mai. Poza samym trekkingiem, czeka nas jeszcze mnóstwo innych atrakcji przez dwa kolejne dni :)

Pozdrawiam, Darek

DWUDNIOWY RELAKS W GÓRACH NA TREKKINGU

Mae Sariang 10.10.

Tak jak mieliśmy w planach, 8.10 rano ruszyliśmy poza Chiang Mai. Przedstawiciel lokalnej agencji turystycznej odebrał nas z hotelu i razem z innymi turystami udaliśmy się w góry. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę przy farmie motyli i orchidei. Mały teren nad jakimś potokiem podzielony był na 2 części. Pierwsza część to był jakby wielki worek z siateczki, przypominało to też wielką moskitierę w kształcie ogromnego prostopadłościanu. W środku fruwało mnóstwo pięknych motyli o bajecznych kształtach i kolorach. Niektóre z nich często przysiadały na liściach bananowców, na lianach i innych tropikalnych roślinach. W rogu tej wielkiej moskitiery była wylęgarnia motyli, gdzie wisiało wiele kokonów w różnych stadiach rozwoju. Niektóre z nich zaczynały już pękać, a z wielu wydobywały się już prawdziwe motyle gotowe do pierwszego lotu. Na drugim brzegu potoku była poustawiana w rzędach niezliczona ilość orchidei w przeróżnych kolorach. Niebieskie, czerwone, pomarańczowe, fioletowe, żółte i wiele innych barw. Ich kwiaty również były różnej wielkości. Był to prześliczny widok.

Po nacieszeniu oczu takim pięknem, ruszyliśmy w dalszą drogę i po kilkunastu kilometrach zatrzymaliśmy się jeszcze na chwile na lokalnym targu w małej miejscowości Mae Malai. Był to taki zwykły tajski, małomiasteczkowy targ, jakich pełno w okolicy. Sprzedawano na nim wszystko, co potrzebne jest lokalnej ludności: żywność, sprzęt AGD, napoje, świeże i suszone ryby, świeże mięso itp. Można było tam zrobić ostatnie zakupy przed opuszczeniem cywilizacji. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach jazdy otwartym jeepem, dotarliśmy do miejsca (na końcu drogi), gdzie mieliśmy rozpocząć nasz trekking przez dżunglę. Przed wymarszem, zjedliśmy jeszcze mały lunch i w drogę. Nasza grupa liczyła w sumie 10 osób razem z lokalnym przewodnikiem. Po drodze pokonywaliśmy gęste lasy tropikalne, pola ryżowe, plantacje bananów i górskie strumienie. Po chwili dotarliśmy do małej jaskini, gdzie mieszkało kilkanaście nietoperzy. Po przeszkadzaliśmy im chwilę we śnie i ruszyliśmy dalej. Następnie zatrzymaliśmy się na chwilkę w lokalnej wiosce górskiej, by zjeść po kilka bananów i uzupełnić zapasy wody. W dalszym etapie nasza trasa wiodła wąską i głęboką doliną górskiego potoku. Jej dno było tak wąskie, że przez dłuższy czas szliśmy korytem skacząc z kamienia na kamień i z jednej lachy piasku na drugą. Minęliśmy po drodze jeszcze 2 inne wioski, położone w środku dżungli i pod wieczór dotarliśmy do naszego obozu nad rzeką, w którym mieliśmy spędzić noc.
Zmęczeni i nieco brudni, wzięliśmy prysznic w zakolu tejże rzeczki, polewając się wodą z potoku za pomocą plastikowej miski. Taki naturalny, chłodny prysznic po całym dniu w piekącym słońcu, to było bardzo fajne uczucie. Wieczorem podano nam kolację (ryż z warzywami), a po niej rozpalono ognisko, grano na gitarze i bębnach. Poza światłem z ogniska i kilku świeczek, wokół nie było żadnych źródeł światła, dlatego można było obserwować nad głowami przepięknie rozgwieżdżone niebo.

Na drugi dzień po śniadaniu, zeszliśmy tylko około pół godziny do drogi, skąd kolejny jeep zabrał nas do obozu słoni. Tam też pojeździliśmy prawie godzinę na tych wielkich zwierzakach, które spacerowały wzdłuż rzeki z nami na grzbiecie. Na każdym słoniu siedziały po dwie osoby i instruktor. Gdy skończyliśmy jazdę na słoniach, czekała nas kolejna atrakcja tego dnia, a mianowicie spływ tratwami bambusowymi po rzece. Na każdej tratwie mieściło się po 5 osób i spływ trwał około godzinę. Z miejsca, w którym zeszliśmy na brzeg, przewieziono nas na lunch. Po nim pojechaliśmy jeszcze nad malowniczy wodospad składający się z kilku kaskad i głębokich oczek wodnych. Były one na tyle głębokie, że można było do nich skakać z otaczających je skał. Poza tym kąpiel pod wodospadem należała do bardzo ciekawych doświadczeń :)
Cali mokrzy, udaliśmy się po ostatnią przygodę tego dnia, na rafting pontonem po spienionej rzece. W jednym pontonie mieściło się 6 osób i instruktor. Rafting trwał około godziny i był najciekawszą i najbardziej ekscytującą atrakcją całej imprezy. Było kilka takich szybkich i spienionych odcinków, że trzeba było na prawdę mocno wiosłować i jednocześnie trzymać się linki, aby nie wypaść za burtę. Dwom osobom to się jednak przydarzyło na dość niebezpiecznym bystrzu. Na szczęście z pomocą innych, udało się wciągnąć na ponton te dwie osoby. Wieczór zbliżał się już nieubłaganie, a my rozpoczęliśmy drogę powrotną do Chiang Mai. Po odpoczynku, poszliśmy jeszcze na kolacje do naszej ulubionej knajpki, gdzie serwują pyszne jedzenie tajskie i meksykańskie.
Dzś wstaliśmy jeszcze przed wschodem słońca i pojechaliśmy na dworzec autobusowy. Wyjechaliśmy z Chiang Mai pierwszym lokalnym autobusem do Mae Sariang, małej miejscowości w górach, położonej 185 km na zachód od Chiang Mai, niedaleko granicy z Birmą. Dotarliśmy tu późnym przedpołudniem, gdyż droga wiodła prawie cały czas po górach i była bardzo kręta. Mae Sariang okazało się bardzo cichą mieściną nad rzeką z kilkoma hotelikami i knajpkami. Dociera tu tylko kilka autobusów dziennie z Chiang Mai i jest to miejsce położne z dala od utartych szlaków turystycznych. Dlatego też bardzo mało jest tu turystów, jest cisza i spokój. Po południu, gdy lejący się z nieba upał nieco zelżał, poszliśmy na długi spacer wzdłuż rzeki, wśród pól ryżowych. Mogliśmy poobserwować normalne życie lokalnych ludzi bez żadnej komercji dookoła i byliśmy jedynymi turystami w okolicy. W hotelu, w którym dziś śpimy też chyba jesteśmy jedynymi gośćmi.
Jutro rano wyjeżdżamy pierwszym autobusem i jedziemy nieco dalej na północ wzdłuż doliny górskiej do Mae Hong Son.

Pozdrawiam, Darek.

W ZŁOTYM TRÓJKĄCIE U STYKU TRZECH GRANIC

Bangkok 17.10.

Rano 11 października wyjechaliśmy pierwszym autobusem z Mae Sariang do Mae Hong Son. Droga była bardzo kręta, ale jednocześnie bardzo malownicza. Trasa wiodła raz doliną rzeki górskiej, innym razem wspinała się na wysokie górskie stoki porośnięte dżunglą i przełęcze, z których roztaczały się prześliczne widoki - szczególnie na zachód w stronę granicy tajsko - birmańskiej. W okolicach południa dotarliśmy do Mae Hong Son - największego miasta w okolicy i stolicy prowincji o tej samej nazwie. To małe miasto jest bardzo malowniczo położone w szerokiej dolinie górskiej i otoczone jest soczyście zielonymi pasmami górskimi, których szczyty oscylują wokół 1500 - 2000 m npm. W centrum miasta jest też mały, sztuczny zbiornik wodny. Jednak podczas naszego pobytu tam, był on... wyschnięty, gdyż prowadzone były jakieś prace remontowe.

Tego dnia zwiedziliśmy dość szybko Mae Hong Son. Odwiedziliśmy Wat Jong Kham, kameralną, drewnianą świątynie z ładnymi rzeźbami i srebrnymi zdobieniami dachu. Obok niej stoi świątynia Wat Jong Klang, do której też zajrzeliśmy. Przed tą ostatnią świątynią stoi wielka biała stupa w stylu birmańskim ze złotymi, połyskującymi zdobieniami. Przespacerowaliśmy się także, do starej drewnianej świątyni Wat Hua Wiang. Na koniec dnia, udaliśmy się na górujące nad miastem wzgórze Doi Kong Mu, z którego rozpościera się piękny widok na całe Mae Hong Son oraz na otaczające je góry. Na wzgórzu tym stoi także duża świątynia Wat Phra That Doi Kong Mu, a obok niej znajduje się dość duży klasztor buddyjski. Ze wzgórza mieliśmy okazję obejrzeć zachód słońca, po czym skierowaliśmy swe kroki z powrotem do przytulnego hotelu.

Następnego dnia, 12 października pojechaliśmy lokalnym autobusem do następnej miejscowości na naszej trasie - Pai. To małe miasteczko, położone w połowie drogi pomiędzy Mae Hong Son a Chiang Mai, znane jest przede wszystkim z bogatej oferty trekkingów w okoliczne góry. My po zameldowaniu się w guest housie, postanowiliśmy wypożyczyć motor i poznać okolice Pai. Pojechaliśmy najpierw w kierunku ładnego wodospadu, około 6 km na północ od miasteczka. Po drodze minęliśmy farmę piranii, jednak woda w stawach była na tyle mulista, że żadnej z tych żarłocznych ryb nie było widać. Sam wodospad składa się natomiast z kilku skalnych kaskad, a pomiędzy nimi znajdują się głębokie oczka wodne, w których można się zrelaksować. Jednak miejsce to jest popularne wśród miejscowych, którzy przyjeżdżają tam tłumnie na pikniki. Przez to wodospad nieco traci swój urok. Stamtąd wróciliśmy z powrotem do Pai i odwiedziliśmy dwie zadbane świątynie, ze złotymi stupami i licznymi posagami Buddy: Wat Klang oraz Wat Phra That Mae Yen. Ta druga świątynia położona jest około 2 km za miasteczkiem na wyniosłym wzgórzu z ładnymi widokami na okolice. Nieopodal znajduje się także kompleks gorących źródeł, jednak powietrze było na tyle gorące, że dodatkowe ogrzewanie ciał nie było niczym wskazanym.

Wieczorem Pai ożywa, po upalnym dniu. Na ulice wylęgają tłumy turystów, którzy spacerują wśród licznych kramów i stoisk z pamiątkami, ubraniami i jedzeniem przygotowywanym na poczekaniu na licznych straganach. Można czasem zjeść bardzo smaczne potrawy.

Następnego dnia mieliśmy w planach dostać się z Pai do Chiang Rai, jednak na tej trasie nie było bezpośredniego autobusu. Musieliśmy więc jechać z przesiadką w Chiang Mai, które jest głównym centrum komunikacyjnym północnej Tajlandii. Tak też zrobiliśmy. Najpierw pojechaliśmy starym, swoje najlepsze lata mającym już za sobą, autobusem do Chiang Mai, po czym przesiedliśmy się na kolejny autobus, który zawiózł nas do Chiang Rai. Przez to, że większość trasy pokonaliśmy po górach, podróż odbywała się w niezbyt szybkim tempie. Toteż prawie cały 13 października spędziliśmy w podróży. W Chiang Rai zatrzymaliśmy się w hotelu z bardzo miłą obsługą. Na miejscu jest też agencja turystyczna i jej właściciel zaproponował nam ciekawą wycieczkę następnego dnia. Gdy popytaliśmy o ceny podobnej wycieczki w innych agencjach, okazało się, że cena jaką nam proponowano jest prawie dwukrotnie niższa. Zgodziliśmy się na to.

Następnego dnia, 14 października, wyjechaliśmy wraz z właścicielem naszego hotelu, jego własnym autem na północ. Pierwszym miejscem jakie odwiedziliśmy, była plantacja ananasów. Mogliśmy zobaczyć wielkie pola krzewów ananasowych, które najwięcej owoców rodzą w porze deszczowej - od czerwca do sierpnia. Mieliśmy też okazję zdegustować świeże ananasy prosto z plantacji oraz lokalny trunek alkoholowy sporządzany z tych owoców. Następnie pojechaliśmy na prowincje - odwiedziliśmy dwie wioski zamieszkałe przez dwa lokalne plemiona etniczne - Akha i Yao. Kobiety z plemiona Akha ubierają się bardzo kolorowo. Noszą kolorowe nakrycia głowy z wiszącymi, srebrnymi medalionikami, duża ilość różnych kolorowych naszyjników, bransolety na rękach, kolorowe, ręcznie tkane ubrania oraz wysokie ciemne podkolanówki. Bardzo chętnie pozują do zdjęć w takich strojach, oczywiście nie za darmo. Kobiety Yao maja nieco mniej wyszukane stroje, a głównym ich atrybutem jest szerokie, grube nakrycie głowy, przypominające nieco hinduski turban.

Następnym przystankiem na naszej trasie była Malpia Jaskinie, wydrążona przez wody potoku w masywie górskim zbudowanym ze skal osadowych - głównie z wapienia. Wewnątrz jaskini jest mały ołtarzyk ze złotym posągiem Buddy oraz... wyflizowana podłoga. Na zewnątrz wśród lian i drzew buszuje zwykle spore stado małp, które liczą na jakiś smaczny kąsek od turystów. Z jaskini pojechaliśmy nieco dalej na północ do Mae Sai, najbardziej na północ położonego tajskiego miasta. Leży ono nad rzeka Mae Nam Sai, która stanowi granice z Birmą. Po stronie tajskiej urządzony jest natomiast istny jarmark. Moąna tam kupić wszystko - jedzenie, biżuterię, sprzęt AGD, wyroby włókiennicze i wiele, wiele różnych kiczowatych produktów, sprowadzanych w większości z Chin. Z Mae Sai tranzytem przez Birmę do granicy chińskiej jest niecałe 200 km, dlatego też większość towarów tu sprzedawanych pochodzi właśnie z Chin. Zjedliśmy smaczny lunch w lokalnej, przygranicznej knajpce, po czym udaliśmy się w dalszą drogę, tym razem w kierunku tzw. Złotego Trójkąta. Jest to miejsce gdzie rzeka Mae Nam Sai uchodzi do Mekongu. Tu właśnie stykają się granice 3 państw: Tajlandii, Birmy i Laosu. Jest to ciekawe miejsce z wielkim złotym posągiem siedzącego Buddy nad brzegiem Mekongu, spoglądającego w kierunku południowym. Region ten jest także znany ze względu na uprawę opium. W przeszłości uprawy te były rozpowszechnione na szeroką skalę. Obecnie, gdy lokalne władze przejęły kontrolę nad procederem uprawy opium, większość plantacji ma charakter marginalny i są głównie ukryte gdzieś głęboko w dżungli.

Znajduje się tu jednak Muzeum Opium, gdzie można zapoznać się z całą historią i otoczką uprawy tej używki. Ze Złotego Trójkąta pojechaliśmy jeszcze do miasteczka Chiang Saen, gdzie odwiedziliśmy jeszcze jedną świątynie tego dnia - Wat Chedi Luang. Położona jest ona w cichym, zacienionym parku i poza samą świątynią z posągami Buddy, znajduje się tam także wysoka 18-metrowa, ośmiokątna stupa z cegieł. To miejsce było ostatnim punktem programu naszej jednodniowej wycieczki. Stamtąd wróciliśmy już do naszego hotelu w Chiang Rai. Kolejny dzień naszego pobytu w północnej Tajlandii, spędziliśmy w Chiang Rai, cichym, spokojnym mieście. Tego dnia odwiedziliśmy kilka świątyń, między innymi Wat Jet Yot, Wat Phra Singh, Wat Phra Kaew oraz położoną na wysokim wzgórzu, nieco na przedmieściach, Wat Phra That Doi Chom Thong. Szczególnie Wat Phra Singh posiada bardzo fajną atmosferę, wyłożona jest wewnątrz czerwonymi dywanami, a w okolicznych budynkach klasztornych słychać mnichów śpiewajacych mantry.

Tego dnia wieczorem wyjechaliśmy już z Chiang Rai i udaliśmy się w długą, dwunastogodzinną podróż powrotną do Bangkoku. Autobus okazał się być bardzo wygodny, miał rozkładane siedzenia, zatem podróż minęła nam szybko i komfortowo. Wczorajszy dzień w Bangkoku poświęciliśmy głównie na relaks, gdyż wszystkie najważniejsze atrakcje miasta widzieliśmy już wcześniej. Kupiliśmy też wiele pamiaąek dla siebie, rodziny i znajomych. Dziś rano był dzień, w którym Kasia miała zaplanowany powrót do Polski. Wcześnie rano odwiozłem ją więc na lotnisko, uściskałem raz jeszcze i Kasia wsiadła w samolot powrotny do Warszawy. Znów zostałem sam na trasie. Czas na to, aby znów w pojedynkę stawić czoła wyzwaniu. Dziś wieczorem wyjeżdżam już z Bangkoku i zmierzam nocnym autobusem do Nong Khai, miasta na granicy z Laosem. Wiele wskazuje na to, że jutro rano wjadę już do Laosu i zatrzymam się w stolicy tego kraju - Vientiane.

Pozdrawiam, Darek

PODCHODY Z KOLEJNĄ AMBASADĄ

Luang Prabang 20:.

Nocny autobus z Bangkoku do Nong Khai przy granicy z Laosem wyjechał z opóźnieniem. Byłem jednak na tyle senny, że zasnąłem zanim jeszcze wyjechał z dworca autobusowego. Niewiele pamiętam z całej podróży, gdyż spałem przez większą cześć trasy i obudziłem się zaledwie 10 km przed miastem granicznym. Z Nong Khai można przejechać do Vientiane, stolicy Laosu bezpośrednim, międzynarodowym autobusem, ale był on już pełny, a następny był dopiero za 2 godziny. Zdecydowałem, że nie będę czekał. Wziąłem rikszę, która zawiozła mnie pod samo przejście graniczne. Po otrzymaniu tajskiego stempla wyjazdowego, wsiadłem w transgraniczny autobus, przewożący pasażerów na drugą stronę Laotansko - Tajskiego Mostu Przyjaźni, łączącego dwa brzegi Mekongu. Rzeka ta w tym miejscu stanowi granice państwową. Po stronie laotańskiej, dość szybko i sprawnie udało mi się wyrobić wizę do tego kraju i za chwilę wkroczyłem na jego terytorium. Z samego przejścia pojechałem lokalnym autobusem do centrum Vientiane.

Szybko znalazłem tani i spokojny guest house, była niedziela, 18 października. Poszedłem zwiedzić chyba najbardziej okazały zabytek miasta, łuk triumfalny Patuxai. Ta wielka, około 4-5 kondygnacyjna budowla wzorowana jest na łuku triumfalnym jaki stoi w Paryżu. Nazwa Patuxai pochodzi od dwóch laotańskich słów: patuu oznacza bramę, a xai zwycięstwo. Łuk ten wzniesiono w latach '60 ubiegłego stulecia. Do jego budowy użyto betonu zakupionego w USA, który pierwotnie miał służyć do budowy nowego... pasa startowego na lokalnym lotnisku. Przez złośliwych budowla ta nazywana jest 'pionowym pasem startowym'.

Spod Patuxai udałem się do Pha That Luang, złotej świątyni buddyjskiej, będącej jednocześnie jedną z najważniejszych świątyń buddyjskich Laosu. Pierwotna budowla, jaka powstała tu w połowie XVI wieku była wielokrotnie przebudowywana. Sama świątynia na kształt kwadratowej, kanciastej stupy, osadzonej na wielopoziomowej, kwadratowej podstawie. Cała stupa lśni w słońcu na złoto. Po czterech jej stronach znajdują się cztery wnęki, a w nich posągi Buddy. Niestety, przez to, że wtedy była niedziela, świątynia ta nie miała podniosłej atmosfery. Wielu Laotańczyków przybyło tam w ramach popołudniowego spaceru lub dla relaksu, stąd też było dość tłumnie w środku.

Po drodze z Pha That Luang do centrum Vientiane, zlokalizowałem jeszcze ambasadę Indonezji, gdyż w najbliższym czasie muszę wyrobić sobie 60-dniową wizę do tego kraju. Następnie, minąwszy That Dam ? największą buddyjską stupę w mieście - poszedłem w rejon dwóch innych ważnych świątyń. Zajrzałem do świątyni Haw Pha Kaeo, zbudowanej pierwotnie w połowie XVI, później wielokrotnie przebudowywanej. Obecnie mieści się tam muzeum sztuki religijnej. Nieopodal stoi świątynia Wat Si Saket, powstała w pierwszej połowie XIX. Uważana jest za najstarszą obecnie istniejącą świątynie w Vientiane.

Po powrocie do hotelu, położonym blisko brzegu Mekongu, odpocząłem chwilę, a później położyłem się spać, zmęczony po nocy w autobusie i dniu pełnym wrażeń. Następnego dnia, 19 października, poszedłem wcześnie rano do ambasady Indonezji, gotowy do złożenia dokumentów celem wyrobienia wizy. Pytałem w takowej ambasadzie w Bangkoku czy jest możliwość wyrobienia interesującej mnie wizy w Laosie. Rzeczywistość okazała się całkiem inna. Miły pan z okienka sekcji konsularnej poinformował mnie, że nie ma możliwości wyrobienia 60-dniowej wizy indonezyjskiej w Vientiane, ponieważ ambasada ta nie ma autoryzacji, do wydawania takich wiz. Najbliższe miejsce, gdzie mogę otrzymać taką wizę, to Bangkok lub Kuala Lumpur... Wyszedłem z ambasady bardzo zły, gdyż taki obrót sprawy nieco zepsuł moje plany, jakie miałem na terenie Laosu. Po dłuższej analizie sytuacji, zdecydowałem, że muszę niestety skrócić mój pobyt w Laosie o około 2-3 dni. Te dni, które będą mi potrzebne, na zdobycie 60-dniowej wizy indonezyjskiej w Bangkoku. Szkoda, że tak wyszło, bo nie będę mógł odwiedzić dwóch miejscowości, które chciałem zobaczyć. Jednak w tym momencie Indonezja i Papua to największy priorytet, więc Laos i jego odległe prowincje muszą zaczekać na następny raz.

Z pechowej ambasady pognałem szybko na dworzec autobusowy i pojechałem lokalnym autobusem do Vang Vieng, położonego około 155 km na północ od stolicy. Jest to mała mieścina położona w górach w dolinie rzeki Nam Song i mająca opinie miejsca rozrywkowo - imprezowego. Nie ma tu praktycznie rządnych zabytków architektonicznych. Wszyscy turyści, którzy się tu zatrzymują, zwiedzają głównie liczne w okolicy jaskinie, wspinają się, jeżdżą na rowerach po okolicznych dolinach, pływają kajakami, pontonami i na dętkach od traktora. Można też tu odbyć kurs wspinaczki skałkowej. Ja wypożyczyłem rower i pojechałem do kompleksu 4 jaskiń, położonego około 13 km na północ od miasta. Rower był bardzo niewygodny toteż dotarcie do celu kosztowało mnie sporo sil :)

Gdy już bylem na miejscu, musiałem uiścic opłatę, za przejście przez... drewniany, bambusowy most na rzece Nam Song. W promieniu 1-2 km znajdują się 4 ciekawe jaskinie. Pierwsza z nich, Tham Sang, wydrążona jest w wapienno - dolomitowym mogocie skalnym, wolno stojącym ponad otaczającymi go polami ryżowymi. Aby dojść do kolejnych dwóch jaskiń, położonych w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie, trzeba właśnie przekroczyć kompleks pól ryżowych. W tychże dwóch jaskiniach (Tham Loup i Tham Hoi), podziwiać można ciekawe formy naciekowe. Najatrakcyjniejsza wydaje się być ostatnia jaskinia, Tham Nam (Jaskinia Wodna). Aby się do niej dostać, należy wsiąść do dętki po traktorze, ubrać latarkę na czoło i przesuwając się oburącz po stalowej lince, wpłynąć do środka. Wrażenia gwarantowane. Powrót do Vang Vieng okazał się nieco łatwiejszy, gdyż jechałem w dół doliny, więc miałem nieco z góry.

Po dotarciu na miejsce, zdecydowałem się, że jednak nie zostanę na noc w Vang Vieng. Droga stąd do Luang Prabang wiedzie przez góry, jest bardzo kręta i długa. Pomimo, że jest to dystans około 220 km, autobus potrzebuje zwykle 6-7 h na jego pokonanie. Postanowiłem więc pokonać tą drogę w nocy, zamiast tracić pół dnia w autobusie. Po zmroku wyszedłem na główną drogę i postanowiłem poczekać na jakiś autobus jadący z Vientiane gdzieś na północ (do Luang Prabang lub innego miasta przez Luang Prabang). Nie czekałem zbyt długo, bo po 30 minutach, zatrzymał się autobus jadący do Udomxai na północy kraju. Miał wolne miejsca, więc wsiadłem. Jak się później okazało, trzeba było jeszcze chwilę poczekać przy tej drodze, gdyż do Luang Prabang dotarłem o 3 w nocy. O tej porze całe miasto śpi i wszystkie hotele są pozamykane, więc nawet nie było co próbować dostać się do któregoś z nich. Przeczekałem więc kilka godzin na pustym dworcu autobusowym do czasu, aż zrobi się jasno i wtedy rikszą pojechałem do centrum. Gdy wysiadłem, rozszalała się burza z piorunami i lało jak z cebra. Znów miałem chwilę przymusowego czekania pod jakimś małym daszkiem na ulicy. Gdy deszcz nieco ustał, znalazłem znów jakiś tani guest house i udałem się na spacer po mieście. Z każdą chwilą pogoda się poprawiała, aż po kilku godzinach wyjrzało słońce, a niebo się przetarło.

Luang Prabang, miasto położone nad Mekongiem, to stolica kulturalna Laosu i chyba najbardziej popularne z laotańskich miast, ze względu na dużą ilość zabytków i atrakcje przyrodnicze, jakie można podziwiać dookoła. Miasto to było także stolicą pierwszego laotańskiego królestwa, aż do połowy XVI wieku, gdy przeniesiono stolicę do Vientiane. Odwiedziłem dziś cztery najważniejsze świątynie miasta: Wat Mai, Wat Visoun, Wat Aham i Wat Xieng Thong. Szczególnie ta ostatnia uważana jest za jeden z najpiękniejszych kompleksów świątynnych w Laosie. Pod koniec dnia wyszedłem też na górujące nad miastem wzgórze Phu Si, aby podziwiać panoramę miasta i Mekongu o zachodzie słońca. Widok był przedni. Na szczycie wzgórza znajduje się złota stupa That Chomsi, a w jej pobliżu kilka posągów Buddy w różnych pozycjach. Wieczorem wybrałem się na Nocny Targ - jedną z pozostałych atrakcji miasta. Można na nim zakupić różne pamiątki, wyroby rzemieślnicze i tekstylne, a także zjeść różne pyszne potrawy, świeżo przygotowywane na wielu kramach. Jutro rano wyjeżdżam już stąd. Jadę minibusem około 100 km na północ do miejscowości Nong Khiaw położonej nad rzeka Nam Ou.

Pozdrawiam, Darek

NA WESELU W WIOSCE POŚRÓD DŻUNGLI

Udomxai 23.10.

Zanim jeszcze opuściłem Luang Prabang, wstałem wcześnie rano, aby móc obejrzeć pewne, codzienne wydarzenie religijno - kulturalne. Otóż każdego dnia wcześnie rano (zwykle o wschodzie słońca lub zaraz po nim) z większości klasztorów w mieście wychodzą mnisi buddyjscy ubrani w swe tradycyjne pomarańczowo - żółte szaty. Idą oni główną ulicą miasta jeden za drugim, zbierając ryż do małych pojemników zawieszonych na szyi. Mnóstwo tutejszych kobiet dzień wcześniej przygotowuje ryż, aby nazajutrz rano, podzielić się nim z mnichami. Całe to wydarzenie z mnichami idącymi w korowodzie trwa około pół godziny. Niestety, przez to, że wiele przewodników szeroko rozpisuje się na ten temat, wydarzenie to zostało dość mocno skomercjalizowane w ostatnich latach. Na przemarsz mnichów zwykle czeka tłum turystów z aparatami fotograficznymi, statywami i kamerami video.

Po zjedzeniu śniadania, udałem się turystycznym minivanem do Nong Khiaw - małej, cichej miejscowości, położonej nad rzeką Nam Ou, lewym dopływem Mekongu. Jest to już mocno prowincjonalna miejscowość, przez którą przebiega wąska asfaltowa droga (droga krajowa nr 1), wiodąca w kierunku granicy z Wietnamem. Reszta dróg w Nong Khiaw nie ma nawierzchni asfaltowej. Większość domów jest drewniana, tylko nieliczne są murowane. Dla wielu turystów Nong Khiaw jest tylko miejscem tranzytowym w drodze do Muang Ngoi, wioski położonej o godzinę drogi łodzią w górę rzeki Nam Ou. Ja też należałem do tej większości. W miejscu tym zabawiłem tylko godzinę, po czym (razem z kilkunastoma innymi osobami) wsiadłem do długiej, drewnianej, wąskiej łodzi z silnikiem, która zabrała mnie do Muang Ngoi. Po drodze mijaliśmy lokalne małe wioski położone na brzegach Nam Ou z drewnianymi chatkami krytymi trzciną. W każdej z takich wiosek na brzegu stała chmara dzieciaków, które na widok naszej łodzi zaczynały do nas głośno krzyczeć i machać. Nie pozostawaliśmy im dłużni. Po nieco ponad godzinie rejsu, dobiliśmy do brzegu w wiosce Muang Ngoi., położonej na lewym (wschodnim) brzegu rzeki. Tu nie dociera żadna droga kołowa, można się tu dostać tylko łodzią z Nong Khiaw od południa lub z Muang Khoua (ok. 60 km) od północy. Nie ma tu żadnych dróg asfaltowych i 99% budynków jest drewniana. Jest to oaza ciszy i spokoju. Wokół same góry pokryte gęstą, trudno dostępną dżunglą. Tu i ówdzie przez tą gęstwinę przebijają, pionowe, ciemne ściany skalne. Wieczorem wiele kobiet, mężczyzn i dzieci myje się i robi pranie na brzegu Nam Ou. W Muang Ngoi przez większość dnia nie ma też prądu. Jest on włączany (przy pomocy generatora) tylko na 4 godziny dziennie: od 18:00 do 22:00. Jest tu za to kilka guest housów z podstawowymi udogodnieniami dla turystów i kilka restauracji serwujących najprostsze dania, głównie na bazie ryżu, makaronu i warzyw. Codziennie dociera tu około 30 turystów chcących odpocząć od cywilizacji i pobyć w ciszy i spokoju na łonie natury.

Miałem to szczęście, że wieczorem w dniu kiedy dotarłem do Muang Ngoi, miała się odbyć impreza weselna. Poinformował mnie o tym jeden mieszkanców wioski, płynący tą samą łodzią co ja. Rzeczywiście, jak tylko wyszedłem z przystani na główną "ulicą" miasta, której nawierzchnia wykonana jest z zakurzonej gliny, zobaczyłem wiele ustawionych stołów i krzeseł. Wisiał też wielki plakat reklamujący wesele, a na nim dwa wielkie różowe serca po środku. Reszty nie rozumiałem, bo było po laotańsku :) Jak tylko znalazłem jakieś fajne lokum i zjadłem wczesną kolację, postanowiłem bliżej przyjrzeć się tej lokalnej imprezie. Młoda para była bardzo... młoda. Chyba nie mieli jeszcze 20 lat, ale tutaj małżeństwo w młodym wieku jest na porządku dziennym. On ubrany był w ciemne spodnie i śnieżnobiałą koszule rozpinaną u góry; Ona miała na sobie wściekle różową garsonkę. Jednym słowem, pasowali do siebie. Była też muzyka na żywo, oczywiście same laotańskie hity. Jeden z panów "muzyków" grał z playbacku na syntezatorze, a drugi udawał, że miauczy do mikrofonu. Jednak wszyscy świetnie się bawili - w końcu to jest najważniejsze :)

Miałem też wrażenie, że młoda para - poza wszystkimi mieszkańcami Muang Ngoi - zaprosiła jeszcze mieszkańców wielu innych okolicznych wiosek. Było tłoczno. Stoły były suto zastawione. Wśród potraw dominował oczywiście ryż. Poza tym zauważyłem jeszcze jakieś, dziwnej postaci, warzywa w kwaśnej zalewie, sałatki, frytki, ciastka i słonecznik. Wśród napojów prym wiodło laotańskie piwo: Beer Lao oraz lokalna, niezbyt mocna wódka o nazwie Lao Lao :) Wszyscy turyści, snujący się tego wieczoru po głównej ulicy, również byli bardzo chętnie zapraszani przez biesiadników do czynnego udziału w tym wyjątkowym wydarzeniu. Ja - razem z poznanymi wcześniej Czechem i Niemcem - także wszedłem na imprezę na "krzywy ryj". Szybko nawiązaliśmy wspólny język (migowy oczywiście) z kilkoma Laotańczykami. Ci z kolei ucieszyli się, że mogą się napić z Europejczykami. Lao Lao wydawało się nie kończyć, co chwilę podsuwano mi nową szklankę. Z ciężką głowa, wróciłem do swojego bungalowa i zapadłem z głęboki, zasłużony sen.

Następnego dnia, 22 października obudziłem się, nieco później niż planowałem... Nie zastanawiałem się długo, co począć z tak dobrze rozpoczętym dniem - poszedłem na śniadanie. Ostatnia łódź z turystami do Nong Khiaw już odpłynęła, kolejna z Nong Khiaw jeszcze nie przypłynęła, więc teoretycznie powinna być sielanka - absolutna cisza i spokój. Jednak coś w oddali mąciło tą ciszę. Okazało się, że od rana trwają... poprawiny. Widać, Laotańczycy też mają mocne głowy. Wcale nie wyglądali na przemęczonych. Jednak tego dnia nie zamierzałem brać czynnego udziału w dalszej części imprezy. Po śniadaniu spakowałem mały plecak i postanowiłem pójść w górę doliny odchodzącej na wschód od głównej doliny rzeki Nam Ou. Początkowo nie mogłem znaleźć właściwej ścieżki. W końcu się udało, ruszyłem. Szedłem relatywnie płaskim dnem doliny u podnóża skalistego klifu. Po prawej stronie w dolinie jasnozielone pola ryżowe kontrastowały z ciemnozielonymi zaroślami dżungli oraz błękitem nieba. W pewnym momencie dotarłem do miejsca, gdzie ścieżkę przecinał leniwy potok z krystalicznie czystą wodą. W miejscu tym latało całe mnóstwo motyli o tak bajecznych barwach, że nie mogłem tu nie przystanąć. Usiadłem i wpatrywałem się długo w tą chmarę motyli. One z kolei co chwile przysiadały na kamieniach, liściach, na plecaku, na mojej głowie i stopach... Udało mi się kilka z nich sfotografować w dużym przybliżeniu. Po tej chwili odpoczynku ruszyłem dalej i po kilku minutach marszu, dotarłem do dużej jaskini Tham Kang, wydrążonej w skalach wapienno - dolomitowych. Z jaskini tej wypływał potok o idealnie przeźroczystej wodzie. Posiedziałem chwile w tym miejscu. Później poszedłem dalej. Po drodze minąłem jeszcze jedną, dużo mniejszą jaskinie: Tham Pha Kaeo. Po kilkunastu minutach marszu, dolina się mocno rozszerzyła, a jej dno, gdzie okiem sięgnąć, zajmowały soczyście zielone pola ryżowe. Dno doliny było w tym miejscu na tyle płaskie, że pola nie były starasowane. Po kolejnych 2 km marszu przez pola ryżowe i przekroczeniu dwóch potoków w bród, dotarłem do wioski Huay Bo, zamieszkałej przez mniejszość etniczną Lao i Khamu. Tam jest już prawdziwy trzeci świat: domy wykonane jedynie z pali bambusowych i wielkich kantowników ze ścianami z trzcinowej plecionki i dachami krytymi trzciną. Przy braku bieżącej wody i prądu ludzie żyją prawie takim samym rytmem jak jeszcze 100 - 200 lat temu. Jedyne ślady cywilizacji w tej wiosce to pompa wodna służąca do czerpania wody, prania i mycia się, naczynia i narzędzia domowego użytku oraz ubrania, jakie mieszkańcy mają ze sklepów w miasteczkach.

Pochodziłem chwilę po tej wiosce i zjadłem tam ciepły posiłek, gdyż - czego w ogóle się nie spodziewałem - znajduje się tam mały, prosty guest house i restauracja z menu po angielsku... Po szybkim posiłku udałem się w drogę powrotną, ale po drodze znajdowała się jeszcze jedna wioska, zamieszkała przez mniejszość etniczną. Wystarczyło tylko odbić od głównego szlaku i przejść około pół kilometra przez kolejne połacie pól ryżowych. Druga z odwiedzonych przez mnie wiosek - o nazwie Ban Na - była bardzo podobna do poprzedniej, jednak nie tak bardzo rozproszona i skupiona głównie wzdłuż jednej "ulicy". W tejże wiosce można było zaobserwować wiele osób zajmujących się zwykłymi codziennymi czynnościami: piorących ubrania przy pompie, ubijających zboże na mąkę wielkim drewnianym palem, wykonujących wielkie kosze z wikliny, rozkładających ziarna zbóż i paprykę do wysuszenia na wielkich matach itp. Koniec dnia zbliżał się nieubłaganie, więc po kilkunastu minutach spędzonych w Ban Na, ruszyłem w drogę powrotną do Muang Ngoi. Tym razem droga wiodła w dół doliny, więc szybciej dotarłem do miejsca, w którym spędziłem kolejną noc nad malowniczą rzeką Nam Ou.

Dzisiejszego dnia wypłynąłem z Muang Ngoi jedną z kursowych łodzi z powrotem do Nong Khiaw. Tam miałem nadzieję złapać kolejny transport - minivana do Udomxai, nieco większej miejscowości położonej 80 km dalej. W tym samym kierunku co ja chciały jechać jeszcze tylko dwie osoby. Jak się okazało, była to niewystarczająca ilość pasażerów, aby kurs się odbył... Został on odwołany. Na szczęście w tym samym czasie odjeżdżał pickup do Luang Prabang, który podwiózł mnie 25 km do głównej drogi. Tam w małej wiosce Pak Mong, na zakurzonym skrzyżowaniu próbowałem łapać jakieś dalsze połączenie do Udomxai. Nie byłem sam, gdyż w tą samą stronę zmierzały jeszcze 2 osoby: turysta z Tajlandii i jeden z mieszkańców Pak Mong. Ruch drogowy w tej części Laosu jest bardzo mały, żeby nie powiedzieć, znikomy. Czasem zdarza się, że przemknie jeden samochód na 5 minut. Drogi i ich stan, to temat na osobną relację, bo tak fatalnych dróg już dawno nie widziałem. Ich opłakany stan i kręte serpentyny powodują, że dystans 80 km pokonuje się czasem nawet w 4 godziny.

Ja wraz z dwoma wspomnianymi podróżnymi, po ponad godzinę czekania, zatrzymaliśmy przejeżdżającego pickupa. Kierowca wyraził zgodę na podwiezienie nas za drobną opłatą i po już chwili jechaliśmy na pace, a wraz z nami 3 inne osoby z lokalnych wiosek, silnik do auta, worki ze zbożem, dwie kury i jeden prosiak... Przyznać muszę, że wytrzęsło mnie solidnie. Po prawie 3 godzinach takiej jazdy, dotarłem do Udomxai. Miasteczko to jest stolicą prowincji o tej samej nazwie i mieszka tu sporo ludności pochodzenia chińskiego. Boten, przejście graniczne z Chinami, znajduje się około 100 km stąd i wielu Chińczyków przyjeżdża tu na handel. Mają oni tu swoje własne hotele i restauracje. W Udomxai znajduję się też najważniejsze skrzyżowanie drogowe w północnym Laosie, gdyż spotykają się tu aż 3 drogi krajowe... Poza tym i jedną stupą buddyjską nie ma w mieście wiele ciekawych rzeczy i prawie każdy traktuje to miejsce jako tranzyt dalej na północ lub południe kraju, ja też
. Jutro z samego rana wyjeżdżam w dalszą podróż przez dzikie góry Laosu - tym razem do Luang Namtha.

Pozdrawiam, Darek

CZYM PRĘDZEJ PO WIZĘ INDONEZYJSKĄ

Georgetown 29.10; godz. 20:00

Wyjechałem z Udomxai z nieco ponad półgodzinnym opóźnieniem, gdyż kierowca czekał, aż zbierze się komplet pasażerów. Gdy juz wreszcie ruszyliśmy, dobra droga miejska szybko ustąpiła miejsca drodze, która... no właśnie, przypominała drogę tylko z nazwy. Kurz, pył, wciskający się do kabiny autobusu wszystkimi szparami, dziury, wyboje, nierówne kamienie. O braku asfaltu nie muszę chyba wspominać. W pewnym momencie, na podjeździe kierowca postanowił wysadzić jednego pasażera, po czym zgasł mu silnik i nie chciał zapalić. Wszyscy mężczyźni jacy byli na pokładzie wyszli na zapyloną drogę. Kierowca wrzucił na luz i popchnęliśmy pojazd w dół, do tyłu. Udało się zapalić silnik i ruszyliśmy dalej. Takie przerwy na zapalanie silnika autobusu na popych miały miejsce jeszcze kilka razy podczas tej podróży. Gdy dotarliśmy do malej mieściny, gdzie znajduje się skrzyżowanie drogi do Luang Namtha z drogą do przejścia granicznego z Chinami w Boten, droga nagle zmieniła się nie do poznania. Pojawiła się nawierzchnia asfaltowa równa jak stół, droga była szeroka, miała pobocze i była wyśmienicie oznakowana. Okazuje się, że to Chińczycy zadbali o to, aby od granicy wgłąb Laosu ich autobusy (przynajmniej przez jakiś odcinek) jechały po równej nawierzchni i nie pourywały kół. Taka dobra droga zaprowadziła nas aż do samego Luang Namtha. Samo miasteczko nie ma wiele do zaoferowania, poza dwoma świątyniami na przedmieściach i kilkoma wioskami mniejszości etnicznych w okolicy. Kilkanaście kilometrów na południowy zachód od miasta zaczyna się jednak jeden z najważniejszych w Laosie parków narodowych, który jest rezerwatem biosfery i jednym z najbardziej zalesionych terenów w kraju. To w ten rejon organizowane są liczne trekkingi z Luang Namtha. Ja jednak nie miałem czasu pozwiedzać okolicy Luang Namtha. Priorytetem dla mnie było wyrobienie 60-dniowej wizy indonezyjskiej i robiłem wszystko, aby w poniedziałek 26.10 znaleźć się z powrotem w Bangkoku. Pospacerowałem wiec tylko chwile po dzielnicy turystycznej miasta i postanowiłem odpocząć, przed długą podróżą do stolicy Tajlandii.

Rano wyjechałem pierwszym z dwóch autobusów z Luang Namtha do Huay Xai na granicy z Tajlandią. Szybko uzyskałem pieczątkę wyjazdowa z Laosu i przeprawiłem się łodzią na drugą stronę Mekongu do tajskiego Chiang Khong, by uzyskać tajską wizę w tutejszym biurze imigracyjnym. Niestety trafiłem tam na bardzo nieuprzejmego strażnika, który chcąc mi chyba zrobić na złość, co chwila podawał mi nowe dokumenty do wypełnienia i wymagał zostawienia coraz to dziwniejszych dokumentów: ksero paszportu, ksero... pieczątek laotańskich i aż dwóch zdjęć. Zwykle przy wizie tajskiej wyrabianej na granicy nie potrzeba aż tylu papierków. Najwidoczniej miałem pecha. Powstrzymywałem się bardzo, żeby nie zbluzgać tego faceta. Udało mi się :) Wreszcie po kilkukrotnym odwiedzeniu sklepu z ksero, otrzymałem wizę tajską w formie niechlujnej pieczątki i moglem kontynuować swą podróż. Przeszedłem szybko z granicy na dworzec autobusowy i - na moje szczęście - złapałem ostatni autobus do Chiang Rai, większego miasta w okolicy. Jadąc tym autobusem zastanawiałem się tylko czy zdążę w Chiang Rai na jakiś ostatni nocny autobus do Bangkoku. Wpadłem zdyszany na dworzec i pan w okienku powiedział mi, że wszystkie autobusy odjeżdżające stąd do Bangkoku są pełne. Zrobiłem więc minę skrzywdzonej osoby i pan się nade mną nieco zlitował - postarał się i znalazł jedno z ostatnich miejsc w jakimś autobusie przelotowym. Uff udało się.

Nazajutrz rano, 26.10, dotarłem do Bangkoku. Szybko rzuciłem rzeczy w pokoju hotelowym i pognałem co sił w nogach do ambasady Indonezji. Miałem już gotowe wszystkie dokumenty. Tym razem obyło się bez nieprzewidzianych przygód. Jeden z urzędników powiedział, że moja wiza będzie gotowa za dwa dni, czyli w środę. Przez dwa dni pobytu w Bangkoku nieco się nudziłem, chodziłem trochę bez celu ulicami miasta i regenerowałem siły przed czekającą mnie długą podróżą do Malezji.

W środę, 28.10, zgodnie z planem odebrałem moją wizę. Dzień wcześniej zakupiłem bilet na autobus na malezyjską wyspę Penang. Następnie spakowałem się i jeden z naganiaczy biura odebrał mnie z hotelu, i zaprowadził kilka ulic dalej w miejsce, skąd miał odjechać autobus. Wtedy też dowiedziałem się, że nie jest to połączenie bezpośrednie i będę się musiał przesiąść gdzieś po drodze. Podstawiono autokar z mocno rozkładanymi siedzeniami, ale z małą ilością miejsca na nogi. Spędziłem noc cały poskręcany i rano obudził mnie ból pleców, i krzyk kierowcy, oznajmiający, że wszyscy mają wysiadać. Dojechaliśmy do Surat Thani na południu kraju. Tym samym autobusem jechało mnóstwo innych turystów udających się do kurortów nad Morzem Andamańskim (Krabi, Phuket) oraz na okoliczne wyspy w Zatoce Tajskiej (Ko Samui, Ko Pangan, Ko Tao). Stąd mieli już niedaleko, mnie za to czekał jeszcze prawie cały dzień w trasie.

Po pół godzinie podjechał jakiś pan na motorze i zabrał mnie do agencji turystycznej, z której z kolei mini van zabrał mnie do Hat Yai - miasta położonego około 40 km od granicy z Malezją. Okazało się, że właśnie w tym miejscu czeka mnie kolejna, druga przesiadka. Tym razem do mini vana malezyjskiego, który miał mnie zabrać prosto na Penang, do Georgetown. Po sprawnym pokonaniu granicy i kolejnych czterech godzinach szybkiej jazdy, dotarłem do Georgetown - największego miasta wyspy Penang, położonej około 350 km na północny zachód od Kuala Lumpur. Jak tylko znalazłem właściwy hotel, rozszalała się ogromna burza z piorunami i ulewnym deszczem. Dopiero po dłuższej chwili, gdy ulewa nieco ustała, wyszedłem na zewnątrz, aby coś zjeść i odpocząć po męczącej, prawie 24-godzinnej podróży z Bangkoku. W Georgetown panuje całkiem inna atmosfera niż w Tajlandii i Bangkoku. Ale o tym napisze w kolejnym wpisie. Pozdrawiam, Darek

ZAWIŁOŚCI WIZY PAPUASKIEJ

Kuala Lumpur 02.11; godz. 13:00

Następnego dnia, gdy już porządnie się wyspałem po podróży z Bangkoku, obudził mnie głos muezina nawołującego z minaretu wiernych na poranną modlitwę. Myślałem, że jest bardzo wcześnie i to nawoływanie na poranną modlitwę, jeszcze przed wschodem słońca. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że przecież mam pokój bez okna... Wyszedłem na zewnątrz i okazało się, iż nad błękitnym niebem słońce jest już wysoko. Czas najwyższy, aby poznać miasto. Już poprzedniego wieczoru zauważyłem, że duże miasta malezyjskie charakteryzują się bardzo dużym zróżnicowaniem etnicznym. Poza Malezyjczykami, najliczniejszą mniejszość etniczną stanowią Hindusi i Chińczycy. Szczególnie Ci pierwsi są dość dobrze zauważalni. Mam wrażenie, że są oni wszędzie. W Georgetown jest sporej wielkości dzielnica hinduska zwana Little India. Wchodząc tam, ma się wrażenie, że przeniosło się w czasie i w jednej chwili człowiek znalazł się w środku jakiegoś miasta w Indiach. Wokół same kobiety w sari, mężczyźni z długimi wąsami w turbanach, same hinduskie knajpy, sklepy z tekstyliami oraz muzyką i filmami z Bollywood. Kakofonia tej muzyki miesza się z dźwiękiem klaksonów, zapachem curry unoszącym się z każdego lokalu gastronomicznego i kramów na ulicy, oraz zapachem wszechobecnych kadzideł. Jest to magiczne miejsce. Nieopodal, dosłownie kilka przecznic dalej rozpoczyna się Chinatown, dzielnica zamieszkała głównie przez Chińczyków, w której z kolei pełno jest lokali z potrawami kuchni chińskiej. Większość ich menu jest tylko po chińsku. Nie zaglądałem do żadnego z chińskich lokali, gdyż po ponad miesiącu spędzonym w Chinach, to jedzenie mi się nieco przejadło. Zdecydowanie tęsknie za kuchnia hinduska.

Po zapoznaniu się z dzielnicami mniejszości narodowych, postanowiłem odwiedzić część kolonialną Georgetown m.in. fort Cornwallis, zbudowany jeszcze przez kolonizatorów z Anglii; ratusz miejski zbudowany w kolonialnym stylu, położony na samym nadbrzeżu; wieżę zegarową; kościół św. Jerzego w neoklasycystycznym stylu otoczony palmami. W następnej kolejności zajrzałem jeszcze na krótka chwilę do dwóch chińskich świątyń: Kuan Yin Teng oraz dużo ładniejszej i bardziej popularnej Khoo Kongsi. W drodze do tej drugiej minąłem jeszcze najważniejszy meczet w mieście, Masjid Kapitan Keling, położony w otoczeniu zadbanego ogrodu. Stamtąd udałem się do... centrum handlowego Komtar, gdzie mieści się pętla autobusów miejskich. Wsiadłem w pierwszy autobus, który zawiózł mnie do Air Itam, małego miasteczka, położonego około 4km na południowy - zachód od Georgetown.

Znajduje się tam Kek Lok Si, największy kompleks świątyń buddyjskich w całej Malezji. Kilka świątyń położonych jest na stokach Wzgórza Penang, na które można też wyjechać kolejką linową - nie skorzystałem. Przy wejściu do głównej świątyni w całym kompleksie, znajdowała się sadzawka, a w niej pływało kilkadziesiąt ogromnych żółwi wodnych. Wielkością zbliżone były do jaśka - malej poduszki do spania. Zwieńczeniem kompleksu świątynnego jest Ban Po Thar - wielka 7-poziomowa stupa, która ma 30m wysokości. Nazywana jest ona także, stupą tysiąca wizerunków buddów. Jak tylko skończyłem spacer wśród świątyń, nadeszła wielka ulewa. Zszedłem w dół i wróciłem do Georgetown autobusem.

Gdy deszcz ustał, pojechałem późnym popołudniem do Batu Ferringhi. Jest to mała miejscowość, którą niektórzy nazywają kurortem. Dowiedziałem się, że jest tam podobno jedna z ładniejszych plaż na wyspie. Jakież było moje zaskoczenie, gdy dotarłem na miejsce. Wokół morze betonowych resortów i wysokiej klasy hoteli, świecących pustkami. Kilka stoisk z tandetnymi pamiątkami, restauracji, tanich guest house'ów i plaża. Na plaży brudny piasek, a czystość wody morskiej również pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Szybko wróciłem do Georgetown.

Następnego dnia musiałem wstać na długo przed wschodem słońca, gdyż wyjeżdżałem wcześnie w kierunku Cameron Highlands. Jest to górzysty teren, mniej więcej w połowie drogi z Georgetown do Kuala Lumpur, z centrum turystycznym zlokalizowanym w małej mieścinie, Tanah Rata. Dotarłem tam relatywnie wcześnie i zostawiwszy rzeczy w hotelu, zacząłem rozmyślać, co zrobić z tak wcześnie rozpoczętym dniem. W Cameron Highlands panuje specyficzny mikroklimat - jest dużo chłodniej niż na nizinach, zwykle o 10-15 stopni i jest więcej opadów. Dzięki temu w rejonie tym zlokalizowano wiele upraw i plantacji. W krajobrazie dominują plantacje herbaty, truskawek, farmy motyli, pasieki na potrzeby wyrobu miodu i plantacje kwiatów, głównie róż. Do klasycznych atrakcji tego terenu należy zorganizowana wycieczka trwająca pół dnia. Stłacza się turystów w jednym minibusie i wozi się od jednej plantacji do drugiej i od farmy do farmy. Postanowiłem, że nie będę uczestniczył w tego rodzaju imprezie i zdecydowałem, że sam sobie zagospodaruje czas.

Pochodziłem po bliskiej okolicy miasteczka i odwiedziłem dwa okoliczne wodospady: Parit i Robinson's. Tylko ten drugi warty jest zobaczenia. Po południu skupiłem się na kosztowaniu lokalnych specyfików kuchni malajskiej. Jest ona nieco podobna do tajskiej, ale jest tu wiele potraw i składników, których wcześniej nie znałem i tym bardziej nie umiem przytoczyć ich nazw. Jednak za każdym razem mój talerz był bardzo kolorowy i była na nim taka mieszanka smaków, ze hej :) Kilka razy jedynym rozpoznawalnym składnikiem na moim talerzu był ryż... Jadłem przykładowo jakieś warzywo, które smakowało jak choinka. Była też laksa - makaron, który wyglądał i smakował jakby był zrobiony z bezsmakowego kisielu. Było też wiele innych egzotycznych warzyw i potraw. Wszystko pyszne i świeże, gdyż przygotowywane na miejscu.

Od kiedy jestem w Malezji, nie było jeszcze dnia, w którym by nie lało jak z cebra. Tak też było i tym razem: wieczorem przyszła ulewa i główna ulica Tanah Rata zupełnie opustoszała. Ja zaszyłem się na werandzie hotelu. Następnego dnia, we Wszystkich Świętych, ruszyłem w drogę do Kuala Lumpur. Droga początkowo wiodła zboczami gór, wśród lasów piniowych. Była bardzo kręta, więc autobus posuwał się bardzo powoli. Przyśpieszył dopiero po opuszczeniu gór i wyjechaniu na równą jak stół autostradę.

Gdy wjechałem do Kuala Lumpur, czekało mnie burzliwe przywitanie. Z nieba woda lała się wiadrami i główne ulice w kilka chwil zamieniły się w rwące potoki. Samochody tonęły w nich prawie do poziomu podwozia! Wcześniej byłem umówiony na nocleg w stolicy z moim znajomym, Hunchem. Umówiliśmy się w lobby Petronas Twin Towers. Te dwie Wieże pod koniec lat '90 były najwyższym budynkiem na świecie. Okazało się, że Hunch pracuje w Wieżach jako... przewodnik i zarezerwował dla mnie bilet na platformę widokową. Była to dla mnie bardzo miła niespodzianka na sam początek pobytu w stolicy. Przed wizytą na platformie obejrzałem film ukazujący historię budowy tego kolosa, a następnie super szybką windą wjechałem w 42 sekundy na 42 piętro, tzw Skybridge, by podziwiać panoramę miasta. Przyznam, że byłem pod dużym wrażeniem tego widoku. A oto kilka faktów dotyczących Petronas Towers: ilość pięter - 88; wysokość Wież - 452m; długość Skybridge, łączącego obie wieże - 59m; wysokość Skybridge ponad poziom ulicy - 170m; wysokość każdej z iglic na Wieżach - 73,5m; ilość wind w każdej Wieży - 29; ilość miejsc parkingowych w podziemiach - 5400; objętość fundamentów - 13.200 metrów sześciennych; powierzchnia Wież - 395.000 metrów kwadratowych; ilość zużytej stali - 83.500 metrów kwadratowych; ilość zużytego szkła - 77.000 metrów kwadratowych; ilość zużytego betonu - 160.000 metrów sześciennych; waga każdej z Wież - 300.000 ton :) Hunch mieszka w małym, ciasnym pokoju w samym centrum Kuala Lumpur i z tego miejsca jest wszędzie blisko. Wieczorem zjedliśmy pyszna malajską kolację i to by było na tyle w dniu wczorajszym.

Dziś moim głównym priorytetem była wizyta w konsulacie Papui Nowej Gwinei (PNG). Na szczęście nie miałem problemów z jego odszukaniem. Strażnik na bramie wręczył mi formularz wizowy i listę dokumentów, jakie powinienem przedłożyć w celu ubieganie się o wizę papuaska. Szczególnie dwie rzeczy na tej liści mnie zaskoczyły. Wymóg posiadania rezerwacji hotelu na terenie PNG oraz kopia biletu lotniczego z zaznaczeniem, że sam plan lotu (rezerwacja lotu), nie jest wystarczająca, musi być bilet. Nie miałem rezerwacji hotelu, ani tym bardziej biletu lotniczego. Miałem jedynie wydruk rezerwacji lotu, który jest tak skonstruowany, że wygląda jak bilet. Poza tym miałem jeszcze przedłożyć najświeższy wyciąg z konta (na szczęście miałem) oraz podanie do konsula opisujące dokładnie cel mojej wizyty, a także przybliżoną trasę przejazdu i odwiedzane miejsca. Pomyślałem, że lista dokumentów to jedno, a rozmowa z pracownikiem ambasady to drugie. Postanowiłem aplikować. Oczywiście zostałem zapytany o rezerwacje hotelu. Gdy powiedziałem, ze nie posiadam, miła pani w okienku machnęła ręką i powiedziała, że może obejdzie się bez. Następnie kazała mi napisać odręcznie podanie i uiścić opłatę. Zrobiłem to o co prosiła, po czym powiedziała, żebym przyszedł w najbliższą środę. Być może po odbiór wizy, a być może po odbiór samego paszportu - tego nie wiem i niczego nie mogę być pewny. Mam pewne obawy, gdyż gdzieś tam występuje jeszcze kilka małych kruczków, które mogą spowodować odmowę przyznania mi wizy. Wszystko wyjaśni się w środę około południa.

Po opuszczeniu miłego konsulatu PNG, pojechałem do centrum Kuala Lumpur, aby poznać nieco to miasto. Pospacerowałem dłuższą chwilę po tutejszym Chinatown, gdzie, na ulicy wydzielonej tylko dla pieszych, można znaleźć kramy z jedzeniem, owocami, napojami, ubraniami, obuwiem i calą masą tandetnych chińskich towarów. sprowadzanych z Chin bądź Tajwanu. Odwiedziłem też dwie chińskie świątynie: Chan See Shu Yuen oraz Guandi. Były one bliźniaczo podobne do dziesiątek świątyń, jakie widziałem w Chinach, zatem nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia. Niestety, hinduska świątynia Sri Mahamariamman, była w remoncie i fantastyczne rzeźby hinduskich bóstw, które można zwykle podziwiać na fasadzie, były zakryte rusztowaniami. Następnie udałem się na najbardziej znany plac miasta - Merdeka Square. Jest to teren zajęty przez zieloną murawę, która jest tak przystrzyżona, że wygląda jak boisko piłkarskie. Wokół tej zielonej tafli trawy pełno budynków zbudowanych w czasach kolonialnych oraz tych z naleciałościami architektury muzułmańskiej. Największe wrażenie na mnie zrobił budynek Sultana Abdula Samada, który jest mieszanką stylu kolonialnego i muzułmańskiego. Wieczorem, jak zwykle, przyszła ulewa, więc po pysznej - tym razem hinduskiej - kolacji wróciłem do domu. Jutro kolejny dzień, w czasie którego będę musiał coś wymyślić, aby zabić czas i nie myśleć o wizie... Coś wymyślę i postaram się odpowiednio zagospodarować mój czas. Hunch ma jutro wolne, więc pewnie wybierzemy się gdzieś razem. Pozdrawiam serdecznie, Darek

Kuala Lumpur 07.11; godz 22:00

We wtorek, 3 listopada pojechaliśmy rano z moim znajomym Hunchem poza miasto. Na północ od centrum, w stronę jednej z większych atrakcji turystycznych w tej okolicy ? Jaskiń Batu. Dostaliśmy się tam lokalnym miejskim autobusem. Tego dnia pogoda nam wyjątkowo sprzyjała, było słonecznie i gorąco. Jaskinie Batu, to nie tylko sam kompleks jaskiń w skałach wapiennych, ale też wielki kompleks świątyń hinduistycznych. W okolicy wejścia do jaskini, jak i w samym jej wnętrzu znajduje się w sumie kilkanaście większych lub mniejszych świątyń i ołtarzyków poświęconych różnym bóstwom hinduskim. Aby wejść do jaskiń, należy pokonać strome podejście i przejść prawie 300 mocno nachylonych schodów. Przy owych schodach stoi ogromny, około 20-metrowy, złoty pomnik Marugi, jednego z bogów hinduskich.

Po wdrapaniu się na samą górę, można podziwiać ładny widok na okolicę i wielkie wieżowce stojące w centrum Kuala Lumpur. Wewnątrz jaskini panuje przyjemny chłód i pobyt w środku z pewnością rekompensuje wcześniejszy wysiłek. Przez obszerną jaskinię z bardzo wysokim stropem i kilkoma małymi świątyńkami hinduskimi w środku, przechodzi się do wielkiej studni skalnej. Na jej dnie stoi kolejna, tym razem większa, świątynia, a górne półki skalne studni porośnięte są lianami i innymi tropikalnymi roślinami. Z każdej ze świątyń dochodzi głos dzwonków, śpiewanych mantr hinduskich czy też głos modlącego się hinduskiego kapłana. Wszystko to powoduje, że wewnątrz jaskini, jak i w jej okolicy panuje niepowtarzalna atmosfera.

Gdy w południe upał stawał się coraz bardziej nie do zniesienia, wróciliśmy do centrum Kuala Lumpur i poszliśmy na lunch do jednej z restauracji pakistańskich. Kuchnia ta jest mocno zbliżona do hinduskiej. Nie ukrywam, że przez ostatnie 12 miesięcy brakowało mi prawdziwych potraw hinduskich, więc ten lunch bardzo mi smakował i ogromnie mnie ucieszył.

Wczesnym popołudniem czekała nas kolejna atrakcja tego dnia, pokaz tańców folklorystycznych. W tym celu udaliśmy się do Centrum Turystycznego, położonego niedaleko Wież Petronas. Hunch ma tam znajomego, więc udało się nas wprowadzić na pokaz bocznymi drzwiami. Szczerze mówiąc, nie jestem fanem wszelakich pokazów folklorystycznych i tego typu imprez. Jednak te malezyjskie tańce zrobiły na mnie ogromne wrażenie i siedząc w pierwszym rzędzie widowni, patrzyłem na to wszystko z zapartym tchem, nie mogąc oderwać wzroku od sceny. Ich stroje, choreografia, a szczególnie muzyka, były pewnego rodzaju artystycznym majstersztykiem. Cały pokaz trwał około 45 minut i prezentowano na nim tańce z różnych, etnicznie zróżnicowanych, części Malezji: były tańce "górali" z Cameron Highlands, z wyspy Penang, tańce kolonialne z naleciałościami portugalskimi, a przede wszystkim tańce z dwóch malezyjskich prowincji na Borneo: Sarawak i Sabah. Szczególnie tańce z Borneo pod względem strojów i choreografii były przepiękne.

Resztę dnia spędziliśmy z Hunchem na włóczędze po głośnych, rozświetlonych neonami ulicach Złotego Trójkąta i kosztowaniu potraw kuchni malezyjskiej oraz lokalnych owoców. Następnego dnia miałem jeden główny cel ? wycieczkę do konsulatu Papui Nowej Gwinei i sprawdzenie czy moja wiza jest już gotowa. Tak też uczyniłem. Po wejściu do sekcji konsularnej, ta sama miła pani wręczyła mi mój paszport i dowód wpłaty za wizę. Powiedziała, abym sprawdził sobie daty na wizie i życzyła miłego dnia. Otworzyłem paszport i zobaczyłem świeżo wbity stempel z pozwoleniem na pobyt na terytorium PNG. Okazało się jednak, że daty są pomylone. Data ważności wizy nie zgadzała się z ilością dni, jakie mogę spędzić w PNG. Zapytałem o co chodzi i w odpowiedzi usłyszałem tylko: "oh shit!" No tak, nikt nie jest doskonały. Miła pani przeprosiła mnie i powiedziała, że popełniła błąd; postara się go szybko naprawić. Poprosiła bym przyszedł ponownie za 2 godziny i odebrał wizę z właściwymi już datami. Niestety wymagało to zużycia dodatkowej strony w paszporcie.

Po 2 godzinach odebrałem już wizę bez żadnych błędów. Zamieniłem dwa słowa z przemiłym konsulem PNG, który życzył mi udanego pobytu w ich kraju i wróciłem do domu Huncha. Byłem wtedy bardzo szczęśliwy, gdyż otrzymanie tej wizy, to był kamień milowy tej wyprawy. Poza tym miałem wiele obaw, bo słyszałem i czytałem, iż wielu ludzi wcześniej miało niemałe problemy przy aplikowaniu o wizę do PNG. Reasumując, nieważne kiedy wjadę do Papui, muszę opuścić terytorium tego kraju najpóźniej 04.01.2010r. Pozostałą, krótką część dnia spędziłem na relaksie i spacerowaniu po Little India - hinduskiej dzielnicy Kuala Lumpur.

Następny dzień, 5 listopada był dniem leniwym, który poświęciłem głównie na kontakty towarzyskie. Wczesnym popołudniem spotkałem się z moim znajomym, Bartkiem, który akurat był przejazdem w Kuala Lumpur. Wieczorem pojechałem na lotnisko, odebrać moje trzy znajome, które tego dnia miały przylecieć z Polski do Malezji. Ich samolot wylądował o czasie. Powitałem zmęczone dwie Kasie i Jagodę i wróciliśmy do wcześniej zarezerwowanego hotelu w chińskiej dzielnicy Kuala Lumpur - Chinatown.

Wczoraj skoncentrowaliśmy się na urokach stolicy i wybraliśmy się na Petronas Twin Towers. Tym razem pogoda także nie dopisała, gdyż siąpił deszcz. Dobrze, że Hunch zarezerwował nam 4 darmowe bilety na platformę widokową, bo rano była bardzo długa kolejka do kasy. Następnie pospacerowaliśmy w czwórkę po Złotym Trójkącie i Chinatown. Odwiedziliśmy też Meczet Narodowy - główny meczet w Kuala Lumpur. Akurat minął czas południowej modlitwy i - jako turyści - mogliśmy wejść do środka. Meczet ten jest dość prosty i surowy i nie ma w sobie nic atrakcyjnego, ponieważ został zbudowany w latach '60 XX wieku. Trafiliśmy jednak na bardzo miłego przewodnika, który z wielką pasją i szczegółami opowiadał nam o głównych filarach i wszelkich założeniach islamu. Wizyta w tym meczecie była bardzo ciekawa i pouczająca. Późnym popołudniem postanowiliśmy odwiedzić Jaskinię Batu. Mimo, że już tam byłem, pojechałem tam ponownie z miłą chęcią. Po powrocie znowu kolacja w jednej z hinduskich lokalnych jadłodajni, położonej tuż przy świątyni Ganesha i na koniec intensywnego dnia, zasłużony sen.

Dzisiaj rano pojechaliśmy na długą, praktycznie całodniową, wycieczkę poza Kuala Lumpur. Udaliśmy się wygodnym autobusem około 160 km na południowy ? wschód, do miasta Melaka. Jest to port nad wąską cieśniną morską oddzielająca Półwysep Malajski od Sumatry. Miasto to jest bardzo popularne wśród mieszkańców stolicy i przyjeżdżają tu oni często na jednodniowy wypoczynek, szczególnie w czasie weekendów. My tam byliśmy w sobotę i rzeczywiście było dość tłoczno. Sama Melaka jest miastem, w którym krzyżują się wpływy kultur i relgii z różnych częsci świata. Można tam odnaleźć liczne wpływy islamskie (pałac sułtana, meczety, grobowce imamow), hinduskie (świątynie), chińskie (świątynie buddyjskie i taoistyczne) i europejskie (portugalsko - holenderska architektura kolonialna, kościoły i ruiny fortów, kolonialne kamieniczki w centrum miasta itp.) Wszystkie atrakcje architektoniczne Melaki są ładnie odrestaurowane i zadbane.

Centrum miasta stanowi mały skwer z wieżą zegarową i położonym tuż obok kościołem Chrystusa, zbudowanym przez Holendrów. Oba te obiekty pokryte są ciemnoczerwonym tynkiem, co jeszcze bardziej potęguje atmosferę kolonialną. Obok kościoła stoi Stadthuys, czyli poholenderski ratusz miejski z okiennicami oraz starym wozem drabiniastym z 1936 roku na parterze. Nieco dalej na wschód od tego miejsca wznosi się wzgórze świętego Pawła. Na wzgórzu stoją ruiny kościoła św. Pawła, a za nim, u podnóży wzgórza, kolejne ruiny, tym razem bramy Santiago, prowadzącej niegdyś do fortu. W pobliżu bramy wśród drzew, stoi wspomniany wcześniej, drewniany pałac sułtana, zbudowany pierwotnie w XV wieku. Nieco na zachód od wieży zegarowej, po drugiej stronie rzeki Melaka, znajduje się Chinatown. Jest to labirynt wąskich, jednokierunkowych uliczek, zwykle przecinających się pod kątem prostym. Domy w dzielnicy chińskiej, niegdyś były zamieszkałe przez kolonizatorów holenderskich i portugalskich. Ich fasady często mają elementy łukowe i liczne pilastry, a masywne okiennice chronią wnętrze domów przed upałem z zewnątrz. Dzisiejsze Chinatown w Melace, to typowa dzielnica turystyczna, pełna dobrych hoteli, restauracji, sklepów z pamiątkami, galerii czy sklepów z antykami pokolonialnymi. W dzielnicy tej odwiedziliśmy także świątynie taoistyczne Guangfu, Sanduo oraz Wah Teck Kiong; świątynie buddyjskie Cheng Hoon Teng, Guanyin i Xianglin, a także meczet Kampung Kling z minaretem o nietypowym kształcie - wąskiego, wysokiego stożka ściętego u góry. Główny budynek meczetu miał taką architekturę, jakby był przerobiony ze świątyni chińskiej.

Generalnie Melaka zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie, wygląda ona prawie dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem: typowy mały kolonialny port azjatycki z przenikającymi się wpływami wielu kultur. Wieczorem wróciliśmy do Kuala Lumpur. Ostatni etap podróży dłużył nam się, ponieważ staliśmy w gigantycznym korku na autostradzie. Na szczęście mieliśmy kierowcę Hindusa, a ci mają szeroką fantazję w prowadzeniu samochodów. Najwidoczniej on też nie chciał stać w tym korku i większość samochodów starał się wyprzedzić, jadąc bezczelnie poboczem. Wieczorem chcieliśmy zdążyć jeszcze na pokaz tańców folklorystycznych w centrum turystycznym. Udało nam się. Tym muzyczno - tanecznym akcentem zakończyliśmy nasz pobyt w stolicy Malezji i jej okolicy. Jutro z samego rana ruszamy w podróż do Georgetown na wyspę Penang, by później popłynąć stamtąd na Sumatrę. Pozdrawiam, Darek

Berastagi 11.11; godz. 22:00

W niedzielę, 8 listopada opuściliśmy Kuala Lumpur wcześnie rano i pojechaliśmy bardzo komfortowym autobusem na północ, do Georgetown. Tam zatrzymaliśmy się w bardzo przytulnym guest housie. Po południu skupiliśmy się na kupnie biletów na prom, który następnego dnia miał nas zabrać do Medan na Sumatrze. Miałem informacje, iż firma promowa nie ma własnych kas biletowych w Georgetown i że bilety trzeba kupować za pośrednictwem agencji turystycznych. Wierzyć mi się nie chciało, więc postanowiliśmy to sprawdzić. Na miejscu okazało się, że tak właśnie jest. Bilet promowy do Medan można kupić jedynie w jednej z licznych agencji w mieście. Tak też zrobiliśmy.

Dnia następnego, w poniedziałek 9 listopada wypłynęliśmy przed południem z Georgetown i tym samym pożegnaliśmy gościnną Malezję. Prom tak naprawdę okazał się być bardzo szybką łodzią, która rozwijała prędkość około 40km/h . Cała podróż na Sumatrę zajęła około 6h. Podczas rejsu mijaliśmy stada małych ptaków morskich żywiących się rybami i... śmieciami. Okazało się bowiem, że cieśnina morska dzieląca Malezję i Sumatrę jest mocno zaśmiecona. Za plecami zostawiliśmy pogodne niebo i zbliżaliśmy się coraz bardziej w kierunku wysokich, ciemnych i groźnych chmur burzowych stagnujących nad Sumatrą. Na szczęście okazało się, że na lądzie nie ma burzy i jest dość pogodnie.

Naszą bramą do Indonezji było miasto Belawan, jeden z największych portów na Sumatrze. Po przejściu kontroli paszportowej, wynajęliśmy minibusa, który zawiózł nas prosto do Bukit Lawang. Jadąc przez Medan (wyjątkowo brzydkie miasto) i dalej, doszedłem do wniosku, że tu kierowcy mają jeszcze większą fantazję niż np. w Indiach. Przez większość czasu miałem wrażenie, że bierzemy udział w jakimś wyścigu. Tu żaden kierowca nie odpuszcza, każdy stara się wycisnąć ze swego samochodu ile tylko się da. W związku z tym, tu pokonuje się wąskie i kręte drogi na dużych prędkościach. Generalnie można odnieść wrażenie, że non stop trwa na drodze walka o każdy metr asfaltu.

Wieczorem dotarliśmy do Bukit Lawang: małej, cichej wioski położonej nad rwącą, górską rzeką. Przyjechaliśmy tam, gdyż chcieliśmy obejrzeć z bliska orangutany żyjące w ich naturalnym środowisku. Jeszcze tego samego wieczora dobiliśmy targu z naszym przewodnikiem i ustaliliśmy dokładny program oraz cenę jednodniowego trekkingu nazajutrz. Wyruszyliśmy po śniadaniu i udaliśmy się wprost do dżungli. Po drodze mijaliśmy wiele drzew porośniętych lianami i mchami. Po krótkim, stromym podejściu, dotarliśmy do plantacji kauczukowców. Drzewa te rosną maksymalnie 40-50 lat i pobiera się z nich kauczuk już wtedy, gdy osiągną wiek 4-7 lat. Nacina się korę specjalnym, ostrym nożem, tworząc pewnego rodzaju spiralny rowek w pniu. Z tego rowka sączy się kauczuk i kapie powoli, kropla po kropli, do przygotowanego specjalnie pojemnika, zrobionego zwykle ze skorupy kokosa. Co tydzień w każdy piątek odbywa się wielki targ w Bukit Lawang, gdzie lokalni farmerzy sprzedają swój kauczuk. Obecnie sprzedaje się go na targu za równowartość około 1 USD za 1 kg.

Ruszyliśmy dalej i nasz przewodnik o imieniu Jojon objaśniał nam co chwila rodzaje tropikalnych roślin i ich zastosowanie. Widzieliśmy palmę olejową, z której robi się olej jadalny oraz lokalne wino, wielu ludziom znane pod nazwą arak. Pokazał nam także drzewo chinowca, z którego kory pozyskuje się tak dobrze znaną chininę, używaną w tym regionie profilaktycznie przeciw malarii. Mieszkańcy tych terenów dwa razy w tygodniu piją wywar z kory chinowca, aby ich organizmy były odporne na malarię. Mijaliśmy też po drodze liczne drzewa żywiczne, które mają bardzo twardą korę i dożywają czasem wieku ponad 300 lat. Napotkaliśmy też na naszej drodze drzewa rattanowe, z których wyrabia się znany rodzaj mebli.

Podziwiając florę dżungli nagle coś zatrzepotało w koronach drzew i bynajmniej nie był to ptak. Okazało się, iż nad naszymi głowami przemieszczała się samica orangutana z potomstwem. Około 30-40 metrów nad ziemią, chwytając się rękami i nogami kolejnych pni i giętkich konarów drzew, przesuwała się wśród gęstwiny. Wyglądało to trochę tak, jakby szła na bardzo wysokich szczudłach. Kilka minut później w ten sam sposób nad naszymi głowami przeszedł jeszcze jeden orangutan. W sumie tego dnia udało nam się zobaczyć 4 lub 5 osobników. Obecnie w Parku Narodowym Gunung Lauser, wpisanym na listę UNESCO, żyje niecałe 7000 orangutanów. W ostatnim stuleciu ich populacja zmniejszyła się o ponad 80%. Główną tego przyczyną jest rabunkowa gospodarka leśna. W ostatnich 50 latach wycięto ogromną ilość indonezyjskich lasów, głównie w celu uzyskania ziemi pod plantacje palm olejowych, drzew kauczukowych i innych roślin. Obecnie dzikie orangutany można spotkać głównie w północnej Sumatrze i na Borneo (w indonezyjskiej prowincji Kalimantan i malezyjskiej Sabah).

Po kolejnych paru metrach marszu ujrzeliśmy na pniu drzewa popielato - czarną małpę. To była małpa Thomasa Leaf'a, bardzo rzadki gatunek endemiczny. Można go spotkać tylko i wyłącznie w północnej Sumatrze, nie występuje w żadnym innym miejscu na świecie. Małpa ta podeszła bardzo blisko nas, dosłownie na kilka metrów, usiadła sobie na gałęzi i można było odnieść wrażenie, że pozuje do zdjęć. Jednocześnie patrzyła na nas tak, jakbyśmy to my byli dla niej jakimiś ciekawymi okazami :) Po kilku minutach odwróciła się i skacząc z gałęzi na gałąź uciekła wgłąb lasu. Po drodze słychać było charakterystyczne nawoływania gdzieś w oddali. To były gibony królujące w koronach drzew. Przez krótką chwilę, udało nam się ujrzeć kilka sztuk tych bardzo płochliwych małp. Jedna z nich leżała leniwie na pniu. Inne skakały gdzieś daleko. Był to niesamowity widok, gdyż mogliśmy zobaczyć jak skaczą one z jednego drzewa na drugie, na bardzo duże odległości, dosłownie fruwając w powietrzu.

Zaczęliśmy schodzić do koryta głównej rzeki. Tuż przy szlaku, na jednym z pniów, natknęliśmy się na gekona zwisającego głową w dół i jeszcze jedną jaszczurkę o tak lśniącej skórze, że przypominała węża. Po bardzo stromym i śliskim zejściu wśród wielkich korzeni, kamieni i lian, dotarliśmy nad brzeg rwącej, spienionej rzeki. Stało tam kilka namiotów i kilka osób krzątało się po okolicy. Była to jakaś baza przewodników w dżungli. Stąd do Bukit Lawang czekało nas jeszcze 30 minut spływu. Początkowo nie wiedzieliśmy czym będziemy spływać. Po chwili nasz przewodnik przyniósł 4 wielkie dętki (chyba traktorowe) powiązane z sobą mocną liną. Nasze bagaże trafiły do plastikowych worków i zostały przywiązane do dętek. My usadowiliśmy się wygodnie w naszych nietypowych pontonach i ruszyliśmy w drogę. Dwóch sterników z kijami bambusowymi dbało o to, abyśmy nie uderzyli w skały: te na brzegu lub te wystające z wody. Okazało się, że nie zauważyli jednej z nich i po mocnym uderzeniu w skałę, nasz "ponton" przewrócił się i wszyscy wylądowali w wodzie. Chwila grozy trwała krótko i nikt nie ucierpiał, choć przyznać trzeba że prąd rzeki i okoliczne bystrza budziły szacunek. Niebawem dopłynęliśmy do naszego guest house'u nad rzeką i wtedy złapał nas ulewny deszcz. Na szczęście do progu było już blisko. Trzeba przyznać że był to bardzo ciekawy dzień.

Dziś rano poszliśmy do siedziby Parku Narodowego Gunung Leuser, by zobaczyć półdzikie orangutany. Są to osobniki, które mają imiona, lecz na co dzień żyją w dżungli. Tylko raz lub dwa razy dziennie przychodzą w to miejsce, by dostać jedzenie od strażników. Tym razem zaszczyciła nas swoją obecnością samica z dzieckiem. Strażnicy karmili je bananami, poili mlekiem, a kilkoro turystów mogło się temu przyjrzeć z bliska.

Zaraz potem wróciliśmy do hotelu i po śniadaniu opuściliśmy to urocze i ciche miejsce. Lokalnym autobusem udaliśmy się w drogę powrotną do Medan. Jakość drogi na tym odcinku pozostawia wiele do życzenia, dlatego pokonanie dystansu 85 km zajęło nam ponad 3 godziny! W Medan, największym mieście Sumatry, przesiedliśmy się na lokalny minibus, który zabrał nas do Berastagi. Jest to miejscowość położona na wysokości ponad 1000m n.p.m. u stóp jednego z najlepiej dostępnych wulkanów w tym kraju - wulkanu Sibayak. Samo Berastagi jest typowym, chaotycznym i bardzo brzydkim miastem, jakich wiele w Indonezji. Dlatego jutro, jeśli pogoda nam pozwoli, chcemy zdobyć ten wulkan i wyjechać stąd szybko. Pozdrawiam, Darek

Bukittinggi 15.11; godz. 12:30
W czwartek, 12 listopada wstaliśmy bardzo wcześnie rano i zgodnie z planem, po szybkim śniadaniu opuściliśmy nasz hotel w Berastagi. Mały, lokalny minibus zabrał nas kilka kilometrów poza miasto do miejsca, gdzie zaczyna się szlak na wulkan Sibayak. Rozpoczęliśmy podejście. Niebo było całkiem zachmurzone, ale nie padało, było duszno i parno. Początkowo szlak wiódł wąską, asfaltową drogą, która trawersowała zbocze. Mijaliśmy po drodze pełno różnych tropikalnych roślin, między innymi wiele odmian paproci, widlaków, karłowatych palm czy rododendronów.

W pewnej chwili, gdzieś w oddali, usłyszeliśmy dziwne syczenie. Okazało się, że u stóp wulkanu są gorące źródła, a obok nich mini elektrownia geotermalna. Unosił się z niej wysoki pióropusz białego dymu. Po niedługim czasie, nasza droga zaczęła się piąć coraz stromiej pod górę licznymi zakosami. Było coraz wyżej, więc roślinność zaczęła się robić mniej gęsta i uboższa. Zaczął też siąpić deszcz i weszliśmy w chmurę, która dodatkowo ograniczała widoczność. Dogoniliśmy parę Czechów, którzy wyszli z hotelu chwilę przed nami, ale szli z przewodnikiem. Postanowiliśmy, że będziemy szli w pewnej odległości za nimi, aby nie zgubić drogi. W tym momencie byliśmy już bardzo blisko korony krateru. Z licznych szczelin buchała gorąca para oraz gazy wulkaniczne o silnym zapachu siarki. Chwilami fala wyziewów była tak mocna, że mieliśmy problemy ze złapaniem oddechu i szczypało nas w oczy.

Po krótkim czasie, ścieżka doszła do rumowiska skalnego, po którym wspięliśmy się na koronę krateru. Ze względu na gęsta mgłę, wciąż nie było nic widać. Skoro byliśmy już tak blisko szczytu, podjęliśmy decyzję, że spróbujemy na niego wyjść, podążając za przewodnikiem Czechów. Teraz ścieżka była już nieco bardziej płaska. Po kilkunastu minutach marszu i krótkiej wspinaczce (ostatnie 30 - 50 metrów) stanęliśmy na wierzchołku wulkanu Sibayak 2095 m n.p.m. Postaliśmy tam jakiś czas i nagle, ku naszej radości, niebo zaczęło się coraz bardziej przecierać. Chmury się rozrywały, zaczęło przez nie przebijać słońce i naszym oczom ukazywały się coraz bardziej odległe i piękniejsze widoki. U stóp wulkanu nadal syczała stacja geotermalna; gdzie okiem sięgnąć rozciągały się relatywnie młode pola lawy - niektóre już porośnięte bujną roślinnością, głównie paprociami. Po drugiej stronie w dole, widać było turkusowe jezioro wypełniające samo dno krateru. Obok niego, wśród skał buchała siarkowa para, która osadzała na tychże skałach typowy, siarkowy, jasnożółty osad. Skoro pogoda się znacznie polepszyła, postanowiliśmy, że nie będziemy schodzić tą samą drogą. Wybraliśmy opcję krótszą, lecz bardziej stromą. Przez to zeszliśmy pod same gorące źródła w około 1 godzinę. Zejście było męczące, gdyż szło się prawie non stop stromymi, betonowymi, niewygodnymi schodami. Miejscami, tam gdzie nie było schodów, ścieżka była bardzo błotnista i śliska. Jednak daliśmy sobie radę.

Gdy zeszliśmy do wioski Semangat Gunung, okazało się, że mamy problem z wydostaniem się z niej. Większość minibusów jadących do Berastagi, była załadowana, liśćmi palmowymi, pomidorami lub innymi warzywami. Próbowaliśmy wsiąść do 2 lub 3 samochodów pod rząd - bez powodzenia. W końcu zaczęliśmy iść w dół doliny, próbując złapać autostop. Po krótkim czasie udało się, zatrzymał się jakiś pick up i podwiózł nas kilka kilometrów do głównej drogi. Stamtąd pojechaliśmy już do Berastagi kursowym autobusem, co zajęło nam około 15 minut. Po obiedzie, który zjedliśmy w ekspresowym tempie, wyczarterowaliśmy minibusa tylko dla naszej czwórki i tym sposobem udaliśmy się w dalszą drogę w kierunku Jeziora Toba. Jest to największe naturalne jezioro w Azji Południowo - Wschodniej. Jego wody wypełniają zagłębienie starej kaldery wulkanicznej, a brzegi tego akwenu są bardzo strome. Na środku jeziora położona jest Wyspa Samosir z licznymi miejscowościami wypoczynkowymi. Droga nad jezioro okazała się bardziej czasochłonna niż podejrzewaliśmy początkowo. Z tego powodu nie zdążyliśmy na ostatni prom, który miał nas zabrać z Parapat do Tuk Tuk, małej miejscowości na wyspie. Nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy spędzić noc w małym hoteliku przy przystani w Parapat.

Następnego dnia rano, popłynęliśmy na wyspę pierwszym promem. Wysiedliśmy tuż przy wcześniej upatrzonym guest housie o nazwie Merlyn. Jego lokalizacja i warunki noclegowe w stosunku do ceny były świetne. Jest to kompleks dwuosobowych, drewnianych domków położonych nad samym brzegiem Jeziora Toba z łagodnym zejściem do wody. Tu i ówdzie rosną palmy kokosowe, a w lokalnej knajpce serwują pyszne jedzenie. Rejon jeziora zamieszkały jest przez grupę etniczną Bataków. Są to bardzo mili, serdeczni ludzie, witający turystów z szerokim uśmiechem na twarzy. Wyznają oni katolicyzm, więc są pewnego rodzaju mniejszością religijną, bowiem Indonezja jest w większości krajem muzułmańskim. Jednocześnie jest to największy pod względem liczby mieszkańców kraj muzułmański na świecie.

Batakowie mają bardzo ciekawą kulturę, muzykę, rękodzielnictwo i charakterystyczną architekturę. Główną cechą tej ostatniej są typowe, wygięte dachy. Patrząc na te dachy z profilu, widać jak ich kalenica wygięta jest w środku w dół i tworzy kształt siodła. Z kolei na obu końcach kalenicy, dachy są wydłużone i wyglądają jakby miały "rogi". W okolicy Jeziora Toba domy z tego rodzaju dachami są stałym elementem krajobrazu. Dodatkową rzeczą, która rzuca się w oczy są... groby, a dokładniej ich wygląd i lokalizacja. Groby często są zlokalizowane blisko domów i stoją w polach ryżu, kukurydzy czy innych zbóż. Nierzadko są one także... wyflizowane płytkami w jaskrawych kolorach: błękit, róż, zieleń itp. Dodatkowo przy każdym grobie jest mini świątynia lub ołtarzyk z tym typowym, wygiętym dachem.

Dzień, w którym przybyliśmy na wyspę Samosir poświęciliśmy głównie na relaks. Wybraliśmy się jedynie na krótki spacer do Tomok, sąsiedniej wioski, gdzie znajduje się grób króla Sidabutara. Król ten znany jest z tego, ze zaszczepił chrześcijaństwo w tej okolicy. Jego grób jest bogato zdobiony, a na jednym z jego boków, wyrzeźbiona jest twarz króla. Przed zbliżeniem się do owego grobu, każdemu z nas wręczono tradycyjny, ręcznie tkany, odświętny szal, który zarzucało się na jedno ramię. To wszystko w ramach respektu dla tego miejsca.

Następnego dnia, 14 listopada, zanim opuściliśmy wyspę, postanowiliśmy wypożyczyć skutery i pojeździć po okolicy. Wybraliśmy się na północ od Tuk Tuk w stronę wioski Ambarita. W tym miejscu znajdują się megalityczne, kamienne krzesła, które liczą sobie ponad 300 lat. Tutaj, ponad 300 lat temu zbierała się starszyzna wioski, by się naradzić, przedyskutować ważne kwestie czy też rozwiązać swoje problemy. W miejscu tym stało też kilka starych chat Bataków z wygiętymi dachami, w których można było zobaczyć wystrój wnętrza charakterystycznego domu Bataków. Po krótkiej przerwie, pojechaliśmy dalej i od północnej strony, przejechaliśmy na drugą stronę Wyspy Samosir. Dotarliśmy do największej miejscowości wyspy - Pangururan, położonej u stóp góry Pusuk. Tu trafiliśmy na uroczystości weselne. Liczny tłum weselników kłębił się pod rozstawionymi baldachimami, chroniącymi ich przed piekącym słońcem lub ulewnym deszczem. Tuż obok przygrywała lokalna kapela. Wszyscy zdawali się dobrze bawić. Przystanęliśmy przy ogrodzeniu i poobserwowaliśmy tą imprezę zza płotu. Po środku stała spora grupa odświętnie, kolorowo ubranych kobiet. Gibały się wszystkie lekko w rytm muzyki i chyba im się wydawało że... tańczą :) Po krótkiej chwili odpoczynku i zrobieniu paru zdjęć ruszyliśmy w dalszą drogę.

Zupełnie nieświadomi co nas czeka za godzinę lub dwie, postanowiliśmy ściąć drogę i pojechać wszerz wyspy, bo na mapie droga wyglądała na ponad dwukrotnie krótszą niż dookoła wyspy. Tak też zrobiliśmy. Początkowo nic nie wskazywało na to, że będziemy mieli jakieś trudności. Po krótkim czasie, droga zaczęła się piąć stromo w górę licznymi serpentynami i asfalt ustąpił miejsca wybojom, kamieniom i dziurom wypełnionym głębokimi, błotnistymi kałużami. Chwilami było tak stromo, że trzeba było wyjeżdżać pod górę na pierwszym biegu. Na tym samym biegu pokonywać trzeba było kałuże i pola błota. Po jakimś czasie całe skutery były tak ubłocone, jakbyśmy brali udział w jakimś ekstremalnym wyścigu. Nie było już możliwości zawrócenia, bo paliwo kończyło się w szybkim tempie i nie wiedzieliśmy kiedy się skończy zupełnie. Gdyby tego było mało, po chwili rozszalała się burza z ulewnym deszczem i piorunami. Deszcz jeszcze bardziej pogłębił kałuże i rozmiękczył błotnistą już drogę. Niebawem wjechaliśmy w gęsty las, gdzie kamieniste, wyboiste odcinki drogi były miejscami pokryte błotnistymi koleinami. Gdzieniegdzie błoto było na tyle głębokie, że musieliśmy pchać motocykle brodząc po łydki w błocie. Od czasu do czasu jeden z motocykli gasł. Baliśmy się, że to benzyna się skończyła i utkniemy na dobre w środku głuszy. Wtedy dogonił nas jakiś facet na swoim motorze, zatrzymał się i postanowił nam pomóc.

Okazało się, że to tylko problem z podajnikiem paliwa i pomógł nam zapalić motocykl manualnie. Na odcinku około siedmiu kilometrów jechał razem z nami i jeszcze kilka razy ratował nas z opresji. W pewnym momencie natrafiliśmy na kolejną przeszkodę, gęstą mgłę, gdyż wjechaliśmy w niską chmurę, poważnie ograniczającą widoczność. Nie przestawało padać. Nie wiem czy w tamtej chwili miałem na sobie choć jeden centymetr kwadratowy suchej odzieży... Całe szczęście po krótkiej chwili pojawił się asfalt i droga zaczęła się obniżać coraz bardziej. Po kilku kilometrach stromego zjazdu, dotarliśmy nad brzeg jeziora w Tomok. Znaliśmy już odcinek drogi z Tomok do Tuk Tuk, więc szybko dotarliśmy do naszego hotelu na brzegu - cali przemoczeni, przemarznięci i głodni... Byliśmy jednak mocno opóźnieni, gdyż ostatni prom odpływał z wyspy za 1,5 godziny. Mieliśmy jedynie czas na zrzucenie z siebie mokrych rzeczy, wypicie ciepłej herbaty i zamówienie taksówek... motorowych, które zawiozły nas na przystań. Zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili, wsiadając na prom około 5 minut przed jego odpłynięciem...

Dotarliśmy do Parapat już po ciemku. Na miejscu okazało się, że jest awaria prądu w całym miasteczku. Za 2 godziny mieliśmy wyjechać autobusem do Bukittinggi. Musieliśmy jeszcze coś zjeść przed drogą. Tak też zrobiliśmy. Ostatecznie autobus miał wyjazd opóźniony około 1 godzinę, gdyż jechał on z Medan, a więc zaczynał trasę około 175 km stąd. Cały ten dzień był na wariackich papierach i w szybkim tempie, więc po ruszeniu autobusu, zapadliśmy szybko w głęboki sen. Mieliśmy do pokonania około 600 km wzdłuż tzw. 'autostrady trans sumatrzańskiej', która chwilami jest tak wąska, że dwa autobusy mają problem, aby się minąć... W czasie pory deszczowej, trwającej od października do lutego, występują tu liczne osuwiska błotne, które blokują tą drogę nieraz na kilkanaście godzin. Dlatego nikt nie wie jak długo potrwa podróż. Zwykle trwa ona około 16 godzin, ale zdarza się, że wydłuża się do... 30 godzin. Słyszałem też, że rekordziści pokonywali ten odcinek w... 42 godzin. My po drodze widzieliśmy kilka osuwisk, a raczej pozostałości po nich i na nasze szczęście, udało nam się dotrzeć do Bukittinggi w niecałe 16 godzin. Tak na marginesie, około 50 km przed dotarciem do celu pokonaliśmy równik. Jest to więc pierwszy odcinek relacji pisany już z półkuli południowej.

Dziś leje równo od prawie 8 godzin, więc relaksujemy się. Nie straciliśmy wiele, gdyż samo miasto jest bardzo szpetne. Jutro rano mamy zamiar pojechać na wycieczkę krajoznawczą po okolicy. Oby pogoda była dla nas bardziej łaskawa. Pozdrawiam, Darek

Herbata z liści kawy

Yogyakarta 21.11; godz. 09:00


Zgodnie z założeniem, podczas drugiego dnia pobytu w Bukittinggi wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę po okolicy. Naszym przewodnikiem był pracownik miejscowej restauracji. Wsiedliśmy do wygodnego vana i ruszyliśmy poza miasto. Sama nazwa Bukittinggi, to zlepek dwóch indonezyjskich słów: ?buikt? - wzgórza i ?tinggi? - wysoki. Oznacza to, że miasto położone jest w terenie górzystym. Tak jest w rzeczywistości, gdyż położone jest ono na wysokości prawie 1000m n.p.m., a wokół występują dość wysokie wzgórza, z których najwyższe kulminacje to wulkan Merapi 2890 m n.p.m. i góra Singgalang 2880m n.p.m. Położenie miasta na dużej wysokości da się odczuć szczególnie wieczorami, gdy temperatura powietrza spada bardziej niż w pozostałych rejonach Sumatry (czytaj więcej).

Region etnograficzny, w którego centrum leży Bukittinggi nazywa się Minangkabao. Nazwa ta, to także zlepek dwóch słów. ?Minang? oznacza zwycięstwo, a ?kabao? to po indonezyjsku byk. W przeszłości organizowane tu były walki byków i stąd pochodzenie nazwy regionu. Najpierw skierowaliśmy się na wschód od Merapi w stronę łagodnych stoków górskich, na których znajdują się plantacje różnych tropikalnych roślin i przypraw. W tym miejscu mieliśmy okazję zobaczyć jak na małej powierzchni terenu uprawia się wiele gatunków roślin, które do tej pory znaliśmy jedynie z lekcji geografii lub filmów dokumentalnych. Wśród wielu gatunków, można było obejrzeć krzewy kakaowca, owoce kawy, drzewo, z którego kory pozyskuje się cynamon, a także goździki. Niestety ta pora roku nie jest okresem kwitnienia goździków, więc nie widzieliśmy ich kwiatów. Jedynie co mogliśmy zrobić, to zerwać kilka liści drzewa goździkowego, rozerwać je i zmielić lekko w dłoniach. Miały one rzeczywiście bardzo silny i aromatyczny goździkowy zapach. Podobnie było z wysuszoną korą drzewa cynamonowego. Oprócz wymienionych roślin, rosły tam także drzewa z owocami guawy, całe mnóstwo bananowców oraz owoce będące miejscowym przysmakiem, czyli duriany. Te ostatnie nie znajdują uznania w oczach europejczyków, gdyż mają niezbyt przyjemny, wręcz odrażający zapach.

Po zwiedzeniu tejże plantacji, pojechaliśmy do sklepu dla turystów, gdzie można było zakupić te wszystkie przyprawy, owoce i miejscową kawę, czyli wszystko to, co przed chwilą widzieliśmy jeszcze w stanie surowym. W celach marketingowych zostaliśmy poczęstowani suszonymi bananami oraz gorącym napojem z suszonych owoców i herbatą z liści... kawy. No właśnie - tak przynajmniej wytłumaczono nam jak się robi drugi z tych dwóch naparów. W przysklepowym ogródku, można było podziwiać różne rośliny lecznicze. Niektóre z nich miały zastosowanie w profilaktyce anty malarycznej, leczeniu katarakty, dolegliwości żołądkowych i innych popularnych schorzeń. Niestety w tym dniu nieobecna była pani, która zna wyśmienicie każdą z tych roślin i umie wiele o nich powiedzieć. Nasz przewodnik nie miał aż tak bogatej wiedzy botanicznej. W dalszej kolejności udaliśmy się w kierunku młyna, gdzie mielono kawę. Sumatra posiada bardzo dobre warunki klimatyczne do uprawy tej używki. Mowa tu przede wszystkim o terenach położonych na wysokości powyżej 900 m n.p.m. Jest tam na tyle chłodno i równocześnie na tyle wilgotno, że kawa ma tam dobre warunki do dojrzewania.

Młyn wyglądał na stary. W środku przy mieleniu kawy pracowały dwie kobiety, a same żarna, które mieliły ziarna kawy na miał, były wprawiane w ruch za pomocą wielkiego koła młyńskiego, znajdującego się na zewnątrz. Z kolei koło to było napędzane - jak to w młynie - siłą wody z małego potoku.

Oprócz plantacji owoców, przypraw i kawy, region Minangkabao słynie także z bardzo charakterystycznych i interesujących architektonicznie domów. Najbardziej charakterystyczną ich cechą są szpiczaste, skierowane ku górze dachy. Przypominają wygięte, postawione na sztorc rogi byka. Zabudowań oryginalnie pokrytych strzechą niewiele się zachowało. Strzecha coraz częściej ustępuje miejsca dachówkom lub blachom dachowym, ale i tak wygląda to wciąż bardzo ciekawie. Odwiedziliśmy po drodze kilka ważnych budynków użyteczności publicznej, pokrytych właśnie takimi dachami. Najważniejszym z nich był dawny pałac królewski w miejscowości Pagaruyung. Jest to ogromna budowla. Już z daleka budzi podziw swoją wielkością, a gdy się podejdzie bliżej ma się wrażenie, że aż przytłacza. Zatrzymaliśmy się także przy budynku w stylu Minangkabao, który ponoć jest najstarszym tego typu domem w okolicy i liczy sobie ponad 300 lat. Zwiedziliśmy go w środku po czym udaliśmy się w dalszą drogę - tym razem w stronę Jeziora Singkarak. Jest to owalne, duże jezioro, którego wody wypełniają starą, wulkaniczną kalderę. Ze względu na swoje pochodzenie, akwen ten jest bardzo głęboki i liczy sobie prawie 500 m głębokości. Przystanęliśmy tu na krótki czas, po czym ruszyliśmy dalej w drogę powrotną do Bukittinggi. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w małej wiosce znanej z tradycyjnych wyrobów rękodzielniczych (głównie z drewna) i pracowni tkalniczych.

Pod wieczór, po dniu pełnym wrażeń, zawitaliśmy z powrotem do Bukittinggi. Mieliśmy mało czasu na posiłek i odpoczynek, bo wieczorem opuszczaliśmy już to miasteczko. Czekała nas długa i męcząca podróż do Jakarty. Nie wiem ile dokładnie kilometrów dzieli środkową Sumatrę od Jakarty, ale wiele osób mówiło nam, że będziemy jechać (w zależności od warunków drogowych) 30-36 godzin. Bilety kupiliśmy dzień wcześniej i w dniu wyjazdu stawiliśmy się na dworcu autobusowym godzinę przed planowanym odjazdem - wszystko według zaleceń pracowników biura, w którym kupowaliśmy bilety. To miejsce tylko nazywało się dworcem, ale nie miało z nim nic wspólnego. Wokół pełno walących się baraków z drewna i metalu, pokrytych tu i tam kawałkami tektury lub eternitu. Do tego kilka budek (wyglądających jak budki z zapiekankami), w których za dnia sprzedawano bilety, oraz duży plac. Po tymże placu tam i z powrotem latały - popędzane przez wiatr - jakieś papierowe i foliowe śmieci w dużych ilościach. Jednym słowem obraz wielkiej nędzy i rozpaczy. Nie mówiąc już o tym, że nie było tam ani jednego autobusu...

W pewnym momencie podjechał jakiś minibus i wyskoczyło z niego kilku facetów. Jeden z nich znał kilka słów po angielsku. Z tego co mówił i gestykulował, okazało się, że nasz autobus dziś nie odjedzie. Musimy wsiąść do mini vana i pojechać w jakieś inne miejsce. Nikt nie wiedział dokąd. Jechaliśmy tak chwilę, aż wysadzono nas, sami nie wiemy, gdzie. Powiedziano nam, że tu jest biuro przewozowe, spod którego odjedzie dziś autobus do Jakarty. Nikt jednak nie umiał powiedzieć o której to nastąpi i każdy z kręcących się po okolicy mężczyzn podawał inną godzinę. Przestałem się dziwić, gdy dowiedziałem się, że autobus ten zaczyna swoją trasę w Medan, czyli około 24 godziny stąd, więc nikt nie wie ile się spóźni. Biuro składało się z ciasnego pomieszczenia ze stołem przykrytym ceratą na środku. Do tego kilka drewnianych, długich, wąskich ławek i plakaty reklamowe. Włączony był też telewizor. Po chwili przekonałem się, że działa tylko jeden program, na którym wyświetlane są głównie reklamy. Za ścianką z telewizorem znajdowało się pomieszczenie przypominające kuchnię. Jedynym znakiem mogącym pomóc w nazwaniu tego miejsca biurem, było biurko w kącie, przegniłe od wilgoci oraz fotel bez oparcia. W takich warunkach czekaliśmy na autobus do Jakarty bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Na szczęście oprócz nas czekało jeszcze dwóch innych mężczyzn, więc była to dla nas duża dawka pocieszenia: skoro oni tu czekają, to chyba wiedzą co robią... Deszcz siąpił nieprzyjemnie, a okoliczne zakłady wulkanizacyjne, obsługiwały klientów podjeżdżających na motorach.

Wreszcie, po około godzinie czekania, podjechał jakiś autobus. Po szybkiej wymianie zdań (głównie na migi), okazało się że to nasz autobus. Szybko wrzuciliśmy bagaże do środka, zajęliśmy nasze miejsca i ruszyliśmy przez dżunglę, mknąc rozklekotanym autobusem wzdłuż 'autostrady' trans sumatrzańskiej. Jak się później dowiedziałem, czas podróży autobusami w Indonezji nie zależy tylko od stanu drogi czy samego pojazdu. Zależy też zasadniczo od tego jak długo kierowca spożywa posiłek podczas przerw. Nasi kierowcy zdawali się mieć wszystko gdzieś i podczas tychże przerw, ociągali się jak tylko mogli. Bodajże dwie przerwy trwały około 2 godziny każda. Dodatkowo na samej tylko Sumatrze, autobus psuł się chyba 3 razy. Już wtedy mieliśmy znaczne opóźnienie. Droga wydawała się nie mieć końca. Nad ranem 18 listopada dotarliśmy do południowo - wschodniego krańca Sumatry i stanęliśmy w kolejce do wjazdu na prom mający nas przewieźć na Jawę. Po długim czasie przyszła nasza kolej i przez kolejne 2 godziny płynęliśmy w kierunku Jawy. Po zjeździe z promu, nie pokonaliśmy nawet 10 kilometrów, gdy nasi kierowcy zadecydowali o kolejnej przerwie. Ta również trwała 2 godziny.

W międzyczasie zostałem poinformowany, iż nasz autobus kończy bieg gdzieś... przed Jakartą, a jeśli chcemy jechać do centrum, musimy się przesiąść do innego, stojącego obok autobusu. Tak też zrobiliśmy, bo był on wygodniejszy niż nasz pierwotny i miał klimatyzację. Wsiedliśmy do niego i już myśleliśmy, że rusza. On jednak zajechał do przydrożnej knajpy na... przerwę. Z deszczu pod rynnę. Po dłuższej chwili ruszyliśmy dalej. Poruszaliśmy się drogą szybkiego ruchu. Nagle, na przedmieściach Jakarty, na środku drogi ekspresowej, autobus się zatrzymał i... dalej już nie ruszył. Okazało się, że usterka jest na tyle poważna, że trzeba wezwać pomoc drogową z holem. Zanim jednak obsługa do tego doszła, siedzieliśmy na środku autostrady w nagrzanym autobusie z wyłączoną klimą. Temperatura wciąż wzrastała i czuliśmy się jak w saunie. Po chwili przyjechała pomoc drogowa i holowała nas gdzieś na pobocze pod jakimś wiaduktem. Byliśmy już na tyle zmęczeni, iż z tego miejsca wzięliśmy taksówkę do naszego hotelu. Reasumując, nasza podróż z Bukittinggi (środkowa Sumatra) do Jakarty zajęła nam ok 42-43 godziny. Jeszcze nigdy nie spędziłem tyle czasu w jednym autobusie bez przerwy!

Sprawdziły się opinie na temat stolicy Indonezji, które słyszałem od znajomych. Jest to jedno z najbrzydszych, najbrudniejszych i najmniej ciekawych dużych miast azjatyckich. Jest to ogromny moloch, zamieszkały przez prawie 10 mln ludzi (w całej aglomeracji ponad 15 mln). Pokryte szkłem i metalem, drapacze chmur mieszają się ze slumsami i innymi dzielnicami biedoty. Po przyjeździe, zdecydowaliśmy się na długi odpoczynek i dopiero na następny dzień poszliśmy obejrzeć miasto z bliska. Najpierw udaliśmy się do Muzeum Narodowego, gdyż w ten dzień odbywała się darmowa wycieczka z anglojęzycznym przewodnikiem. Mogliśmy obejrzeć eksponaty ukazujące sztukę, architekturę czy obrzędy pochodzące z różnych, nawet tych najbardziej odległych, zakątków Indonezji. Następnie odwiedziliśmy Pomnik Narodowy. Jest to 132-metrowa, zbudowana w 1975 roku iglica stojąca w centrum Placu Merdeka. Można wyjechać windą na jej szczyt i z samej góry podziwiać panoramę miasta. Tak też uczyniliśmy. Potem poszliśmy do największego meczetu w Azji Południowo - wschodniej; Masjid Istiqlal. Akurat w tym czasie rozszalała się ulewa, więc mogliśmy się schronić przed deszczem w owym meczecie. Oprowadzająca nas pani stwierdziła, że świątynia ta może pomieścić 150.000 - 200.000 wiernych jednorazowo.

W drugiej połowie dnia pojechaliśmy na północ miasta do dzielnicy Kota, która kiedyś była centrum kolonialnym Indonezji. Jest to stara, poholenderska dzielnica portowa. Centralną jej część zajmuje Taman Fatahillah - prostokątny, brukowany plac, a wokół niego pełno starych, pokolonialnych kamienic. Potem poszliśmy jeszcze na chwilę do samego portu, by przyjrzeć się z bliska towarom ładowanym na statki.

Następnego dnia, 20 listopada pojechaliśmy wygodnym, szybkim pociągiem 60 kilometrów na południe, do Bogor. Jest to małe miasteczko, słynące w całej Azji (i nie tylko) z pięknych ogrodów botanicznych. Wreszcie mieliśmy chwilę prawdziwego relaksu w ciszy i spokoju. Nie musieliśmy wreszcie wdychać spalin, słuchać ryku silników. W samym ogrodzie spędziliśmy około 5 godzin. Jest on podzielony na kilka sekcji tematycznych, między innymi: wiele rodzajów palm, bambusów, rośliny lecznicze, orchidee, ogródek meksykański i wiele innych. Jest to istny raj dla fanów roślinności. Pod wieczór wróciliśmy do Jakarty, by po kolacji opuścić stolicę Indonezji i pojechać nocnym pociągiem do Yogyakarty, około 500 kilometrów na wschód. Znów wybraliśmy opcję niskobudżetową i pojechaliśmy trzecią klasą... Kupując bilety nie wiedzieliśmy jednak co nas czeka tej nocy. Zaczęło się, gdy pociąg wtaczał się na peron: tłum kotłował się niesamowicie. Gdy już drzwi się otwarły, rozpoczęła się ostra walka o miejsca. To że były one numerowane, nie miało w tym momencie żadnego znaczenia. Udało się - złapaliśmy 3 miejsca i usiedliśmy na nich, kładąc uprzednio plecaki na górnych półkach. Gdy pociąg ruszył, szybko zasnąłem.

Po północy obudził mnie ból w krzyżach i kolanach. Otwarłem oczy i zobaczyłem, ze wagon był wypełniony po brzegi ludźmi. Tłum był wszędzie: na siedzeniach, w przejściu, na podłodze, w przejściach pomiędzy dwoma wagonami i chyba nawet w toaletach. Byłem tak ściśnięty, że nie mogłem się ruszyć, nie mówiąc już o poprawieniu się czy wyprostowaniu nóg. Dodatkowo atmosferę przepełnienia potęgowali liczni sprzedawcy, chodzący przez całą (!) noc po pociągu tam i z powrotem i wykrzykujący nazwy towarów, jakie sprzedają. Nie wiem tylko jak oni się przemieszczali, między ludźmi siedzącymi na podłodze. Oto niektóre wyroby oferowane przez sprzedawców: prasa, chipsy, ryż, kawa, herbata, ciastka, grzebienie, słowniki językowe, latarki, zabawkowe pistolety wydające dzikie dźwięki. Okazało się, że pociąg miał prawie godzinę opóźnienia, ale wreszcie dotarliśmy do końcowej stacji. Po wyjściu na zewnątrz nie kryliśmy zadowolenia po tym jak udało nam się oswobodzić z tego tłumu. Jak się potem dowiedziałem, przez 6 innych dni w tygodniu ten pociąg nie jest tak przepełniony i podróż wygląda całkiem normalnie. My jednak podróżowaliśmy nim w piątek, gdy wiele osób pracujących lub studiujących w Jakarcie, wracało do domu na weekend. Ot, takie nasze kulawe szczęście :) Szybko znaleźliśmy miły i przytulny hotelik w dzielnicy turystycznej Yogyakarty i postanowiliśmy odpocząć po nocy pełnej bólu. Pozdrawiam, Darek

Piękne krajobrazy i ludzkie cierpienie na wulkanach

Medewi 25.11; godz. 23:00


Yogyakarta przywitała nas pochmurną, deszczową pogodą. Miasto to wydaje się być najbardziej turystycznym z większych miast na Jawie. Jest tam duża dzielnica dla turystów niskobudżetowych, w której znajduje się wiele tanich hoteli i kwater. Wokół pełno knajpek i agencji turystycznych pomagających turystom zaplanować czas na miejscu. W Yogyakarcie jest dobrze zorganizowany transport publiczny: są wygodne, klimatyzowane autobusy miejskie, bryczki konne z końmi mającymi na łbach charakterystyczne maski z białą gwiazdą na czole oraz dwuosobowe riksze rowerowe, tzw. becak, gdzie pasażerowie siedzą z przodu, a riksiarz i cały układ napędowy znajduje się w tylnej części rikszy. W dniu przyjazdu do Yogyakarty, postanowiliśmy poznać nieco atrakcje miasta. W pierwszej kolejności wybraliśmy się w kierunku Pałacu Sułtana - Kratonu (czytaj więcej).

Pałac ten zbudowano pod koniec XVIII wieku. Wewnątrz murów na uwagę zasługuje Złoty Pawilon, czyli centralna sala tronowa. Jest to pawilon otwarty z ozdobnym, spadzistym dachem. Styl jawajski miesza się tu z europejskim, stąd też obecność takich elementów jak żeliwne kolumny, kryształowe żyrandole czy meble w stylu rokoko. Po krótkiej wizycie w pałacu, udaliśmy się becakiem do galerii batiku. Batik, czyli malowane tkaniny, to najsłynniejszy wyrób rzemieślniczy Yogyakarty. Przy produkcji batiku wykorzystuje się różnorakie wzory, kolorystykę pochodzącą z poszczególnych regionów wyspy. Obrazy przede wszystkim przedstawiają sceny z codziennego życia Jawajczyków, mają także tematykę religijną. Przebieg tworzenia tych malowanych tkanin, gotowych do oprawienia i powieszenia na ścianie, wydaje się być bardzo żmudnym procesem. Jednak efekt pracy miejscowych artystów robi duże wrażenie. Tylko w jednej, maleńkiej galerii batiku można spędzić nawet 2 godziny, podziwiając te piękne malowidła.

Po nacieszeniu oczu batikiem, wsiedliśmy w jeden z wygodnych autobusów miejskich i pojechaliśmy około 20 kilometrów za miasto, w stronę kompleksu świątynnego Prambanan. Jest to rozległy kompleks świątyń hinduistycznych, poświęconych trzem najważniejszym hinduskim bogom: Brahmie, Wisznu i Sziwie, którego budowa została ukończona w połowie IX wieku. Niestety po krótkim okresie świetności, budowle te zostały (nie wiadomo dlaczego) opuszczone i popadły w ruinę. Ich ponowne "odkrywanie" i odrestaurowywanie miało miejsce w połowie XX wieku. Niestety w 2006 roku rejon ten nawiedziło silne trzęsienie ziemi, które poważnie uszkodziło cały kompleks Prambanan. Do dnia dzisiejszego w tym miejscu trwają wciąż prace renowacyjne i kilka okazałych świątyń jest wciąż pokrytych rusztowaniami. Główna grupa budowli, zaraz przy wejściu jest najbardziej okazała. Kilka ciemnych, masywnych, pionowych świątyń, przypominających z daleka kolby kukurydzy, stoi w niewielkiej odległości od siebie. Wokół nich jest zwykle najbardziej tłoczno. Idąc dalej, można już spokojnie i w ciszy podziwiać kolejne, dalsze i mniej okazałe grupy: Lumbung, Bubrah i Sewu. Szczególnie do tej ostatniej świątyni dociera bardzo mało miejscowych turystów i wycieczek zorganizowanych.

Po powrocie do Yogyakarty i krótkim odpoczynku poszliśmy wieczorem obejrzeć lalkowy teatr cieni. Lalkarze i instrumentaliści rozłożyli się pod wielkim baldachimem tuż przy jednej z głównych ulic miasta. Cały występ był bardzo powolny, by nie powiedzieć, anemiczny. Kilka osób brzdąkało na jawajskich instrumentach klawiszowych i perkusyjnych, a jedna pani (chyba wokalistka) wydawała z siebie dźwięki, które ktoś mógłby zakwalifikować jako śpiew. Przy ich akompaniamencie jeden z mężczyzn poruszał płaskimi lalkami, które na ścianie rzucały cienie. Po nocy spędzonej w trudnych warunkach w pociągu, byliśmy na tyle zmęczeni, że nawet nie próbowaliśmy doczekać do końca przedstawienia. Szczególnie, iż miało ono trwać do wczesnych godzin porannych...

Następnego dnia rano udaliśmy się do Borobudur, czyli największej buddyjskiej świątyni na świecie. Budowla ta została wzniesiona na przełomie VIII i IX wieku. Szacuje się, że cały ten zespół świątynny był budowany przez 30.000 kamieniarzy i rzeźbiarzy, 15.000 innych robotników fizycznych i tysiące murarzy, którzy pracowali w tym miejscu od 20 do 75 lat. Około 100 lat po wzniesieniu tej wspaniałej budowli, wybuchł sąsiedni wulkan Merapi. Popioły wulkaniczne pokryły Borobudur grubą warstwą na wiele tysięcy lat. W latach '70 XX wieku z pomocą Unesco rozpoczęto projekt renowacji Borobudur. Rozbiórka całej budowli, katalogowanie, fotografowanie, czyszczenie, konserwacja i ponowne układanie ponad 1,3 miliona kamiennych bloków zajęło ponad... 10 lat. Borobudur widziany z lotu ptaka ma kształt wielkiej mandali z ogromną stupą pośrodku, ustawionej na pięciu wielkich, monumentalnych, kaskadowych tarasach. Idąc od dołu, najpierw mija się 5 tarasów procesyjnych, wokół których (po kwadracie) podąża się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Na ścianach wewnętrznych owych tarasów znajdują się setki płaskorzeźb ukazujących sceny z życia księcia Siddharthy. Zdradzają one wiele ciekawych szczegółów z codziennego życia dawnej Jawy. W niszach nad galeriami umieszczono ponad 400 posągów Buddy. Ponad tarasami, znajdują się 3 okrągłe galerie, a na nich ustawione w sumie 72 miniaturowe, ażurowe stupy zwieńczone iglicami - najlepiej rozpoznawalny element architektoniczny Borobudur. Większość z tych stup zawiera w sobie posąg Buddy. Dwa posagi - na wschodnim i zachodnim krańcu kompleksu - pozostają bez nakrycia i spoglądają na okoliczne wzgórza. Całość budowli wieńczy na samej górze ogromna, monumentalna stupa, odzwierciedlająca niematerialną sferę czystego ducha.

Na zwiedzenie całego kompleksu Borobudur zwykle trzeba przeznaczyć około 2 godzin. Niestety, ze względu na swą sławę, miejsce to jest odwiedzane przez tłumy turystów, co nie pozwala poczuć prawdziwej atmosfery tego miejsca. Po południu wróciliśmy do Yogyakarty pełni wrażeń po wizycie w Boroboudur i większość popołudnia spędziliśmy na odpoczynku i oczekiwaniu na nocny transport na wschód Jawy. Późnym wieczorem wyjechaliśmy nocnym autobusem do Surabaya - drugiego pod względem wielkości miasta w Indonezji. Po wyjściu z autobusu, rzuciła się na nas chmara natrętnych taksówkarzy chcących nas zawieźć w różne części miasta. Nic z tego, gdyż my nie zamierzaliśmy opuszczać dworca i traktowaliśmy to miejsce tylko jako punkt przesiadkowy. Za kilka minut odjechaliśmy kolejnym autobusem dalej na wschód, do małej miejscowości Probolinggo. Wyjeżdżając z Surabaya, można było zauważyć wulkan Arjuna 3339 m n.p.m. - jeden z najwyższych wulkanów Jawy. Po dotarciu na miejsce, przesiedliśmy się raz jeszcze, tym razem do lokalnego minibusa. Zawiózł nas on do małej wioski Cemero Lawang, na wysokości około 2000 m n.p.m. Wioska ta, położona jest w niesamowitej krajobrazowo scenerii, na granicy starej, szerokiej na około 10 kilometrów, kaldery wulkanicznej.

Zwykle wszyscy, którzy docierają na brzeg kaldery, mogą ujrzeć widok, jaki na długo pozostaje w pamięci, gdyż jest to jedyne takie miejsce na świecie. Na wprost, w odległości około 2 kilometrów, widać, wyrastający z płaskiego dna kaldery, wulkan Batok 2440 m, który kształtem przypomina babkę drożdżową o idealnie równych bokach porozcinanych małymi żlebami, porośniętych krzewami. Jego wierzchołek jest płaski. Na lewo od wulkanu Batok, również z dna kaldery wyrasta nieco bardziej płaski i rozłożysty, najbardziej chyba znany wulkan Jawy, mianowicie Bromo 2392 m. Jego zbocza nie są porośnięte żadną roślinnością, gdyż są pokryte relatywnie młodymi warstwami lawy i pyłów wulkanicznych. Dodatkowo z wulkanu tego cały czas wydobywają się opary siarki i innych gazów wulkanicznych, tworzące nad kraterem charakterystyczny pióropusz. Gdzieś tam z tyłu, pomiędzy Bromo i Batok góruje trzeci z bliższych wulkanów - Kursi 2581m.

Postanowiliśmy nie tracić ani chwili i po szybkim posiłku zeszliśmy na dno kaldery, udając się czym prędzej w stronę dymiącego krateru Bromo. Idąc po płaskim dnie kaldery, wśród mchów i pyłów wulkanicznych, nie mogłem uwierzyć, że w końcu tu dotarłem. Było słonecznie i na niebie można było zauważyć niewiele chmur. Ten fakt cieszył nas dodatkowo, gdyż przez ostatni tydzień pogoda była deszczowa, a niskie chmury prawie całkowicie ograniczały widoczność. Jednym słowem mieliśmy dużo szczęścia. Gdy już doszliśmy do podstawy krateru, stroma ścieżka wśród zastygłych potoków lawy doprowadziła nas do schodów - ostatniego etapu trasy na krater Bromo. Po pokonaniu ponad 200 stopni stanęliśmy wreszcie na koronie krateru. Po stronie wewnętrznej w dole rysowały się przepaściste, szare, niebezpiecznie strome stoki krateru, a z jego dna buchały wielkie obłoki biało - szarego dymu. To była zabójcza mieszanka gazów wulkanicznych. Gdy wiatr skierował tą chmurę w naszą stronę, zaczęło nas lekko drapać w gardle, dusić i szczypać w oczy.

Po krótkim pobycie na koronie krateru, zeszliśmy w dół. Przed powrotem do Cemero Lawang, postanowiliśmy wejść jeszcze na płaski szczyt wulkanu Batok. Podejście na ten wierzchołek było już bardzo strome, prowadziło wąską, obsypującą się ścieżką z pyłu wulkanicznego i kosztowało nas sporo wysiłku. Opłacało się i widok jaki ujrzeliśmy ze szczytu zrekompensował cały ten wysiłek. Ze względu na to, że Batok znajduje się prawie na środku tej szerokiej kaldery, widok z niego jest przepiękny. Po jednej stronie można praktycznie zajrzeć z góry do środka krateru wulkanu Bromo i spowitego przez kłębiące się dymy. Podążając wzrokiem dalej zgodnie z ruchem wskazówek zegara, można ujrzeć na horyzoncie, wyłaniający się zza zboczy, wulkan Semeru 3676 m n.p.m. - najwyższy wulkan Jawy. Tego dnia jego wierzchołek przykryty był charakterystycznym pióropuszem chmur w kształcie soczewki. Dalej górował rudawy wulkan Kursi, a na prawo od niego płaskie dno szerokiej kaldery z rzeką wijącą się jak wąż po dnie. Był to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie miałem okazje podziwiać na dotychczasowej trasie!

Dzień miał się ku końcowi, a z drugiej strony zaczęły się zbliżać groźne chmury deszczowe. Wróciliśmy do Cemero Lawang na kolację w restauracji położonej na skraju kaldery. W trakcie kolacji mogliśmy podziwiać iście bajeczny zachód Słońca na tle Bromo i Batuk. Niebo i obłoki przyjmowały takie kolory, że wyglądało to wszystko nienaturalnie. A jednak, zdarzyło się naprawdę. Ciemny błękit nieba i chmury w kolorach pomarańczowo - czerwonym, świetnie kontrastowały z ciemnym, ledwo widocznym podłożem. Na horyzoncie rysował się jedynie charakterystyczny kształt "babki drożdżowej", czyli wulkanu Batok. Bromo wciąż wypuszczał w górę siwe dymy. Po tym przepięknym spektaklu kolorów, wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać, gdyż następnego dnia zaplanowaliśmy wczesną pobudkę, by móc podziwiać okolicę w promieniach wschodzącego Słońca.

Nazajutrz, 24 listopada, wyruszyliśmy z hotelu zanim jeszcze pojedyncze chmury na niebie zaczęły się czerwienić. Początkowo szliśmy w ciemnościach, asfaltową drogą w stronę szczytu Pananjakan 2770 m n.p.m., z którego rozpościera się "klasyczny" widok na kalderę, Bromo, Batuk i Semeru na ostatnim planie. Gdy zrobiło się już całkiem jasno, asfaltowa droga ustąpiła miejsca wąskiej, kamienistej, stromej ścieżce, pnącej się stromo po stoku. Pierwsze, mocne promienie wschodzącego Słońca rozświetliły urwiste ściany kaldery, nadając im kolor brązowo - złoto - czerwony. My wspinaliśmy się coraz wyżej wśród bujnych paproci, a naszym oczom ukazywał się coraz bardziej okazały widok. Ostatecznie doszliśmy na jedną z niższych kulminacji góry Pananjakan i stamtąd mogliśmy się w pełni rozkoszować wspaniałym widokiem, jaki rysował się przed nami.

Okoliczne stoki, żleby i wulkany prezentowały się znakomicie w mocnych promieniach wschodzącego Słońca. Niesamowita gra światła i cieni nadawała tej kompozycji dodatkowego smaku. Na wprost wyrastał Batok, na lewo od niego wciąż dymiący wulkan Bromo, za nimi nieco bardziej rozłożysty Kursi, a na horyzoncie dominowała idealna piramida wulkanu Semeru z wierzchołkiem spowitym przez chmury. Nie mogliśmy się wprost napatrzeć na to wszystko co nas otaczało. Nie codziennie ma się okazję podziwiać takie fantastyczne widoki i dodatkowo w tak sprzyjających warunkach atmosferycznych. Silny wiatr dawał nam się coraz bardziej we znaki więc w końcu zdecydowaliśmy się zejść w dół. Szczególnie, że jeszcze tego samego dnia chcieliśmy się przedostać w inne, równie urokliwe miejsce. Wróciliśmy do hotelu i po szybkim śniadaniu, lokalny minibus zwiózł nas 40 kilometrów do Probolinggo. Z tego miejsca pojechaliśmy kolejnym lokalnym autobusem do Bondowoso, innego lokalnego miasteczka będącego naszym miejscem przesiadkowym.

Tego dnia chcieliśmy dotrzeć do podnóży wulkanu Ijen, znanego z kopalni siarki i turkusowego jeziora na dnie krateru. W Bondowoso wsiedliśmy do lokalnego minibusa, który miał nas zabrać w kierunku Sempol, jednego z ostatnich osiedli ludzkich przed wulkanem. Po około godzinie jazdy okazało się, że nasz minibus, służy przede wszystkim do transportu towarów, ryżu i warzyw; w mniejszym stopniu do transportu ludzi. Do tego momentu i tak było ciasno w środku, ale my jeszcze nie byliśmy świadomi tego w jakich warunkach przyjdzie nam jechać dalej. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się pod jakąś hurtownią spożywczą, wszyscy pasażerowie wysiedli i zaczęli robić zakupy w takich ilościach, jakby się chcieli zaopatrzyć na co najmniej tydzień. Dodatkowo kierowcy zaczęli wynosić z magazynu kilkudziesięcio kilogramowe worki ryżu. Było ich w sumie chyba ponad 20. Kilka udało im się wrzucić na dach, a resztę umieścili na siedzeniach zaraz za kierowcą. Worki wewnątrz sięgały aż po dach i nie wszystkie się zmieściły, więc część z nich wciśnięto wszystkim pod fotele i pod nogi. Kilka worków leżało też wprost na siedzeniach, a my siedzieliśmy na workach. Po około godzinie postoju, gdy już wszyscy zrobili zakupy, ruszyliśmy dalej obciążeni jak jakaś porządna ciężarówka. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze chyba 2 razy. Widocznie komuś jeszcze czegoś brakowało...

Droga stawała się stroma, a nasz pojazd nie przekraczał średniej prędkości kilkunastu kilometrów na godzinę. Dodatkowo naszą prędkość zmniejszała tragiczna nawierzchnia drogi. Nawet dobry jeep miałby problemy z jej pokonaniem, a co dopiero obciążony do granic możliwości minibus. Wreszcie, po około 4 godzinach niezapomnianej podróży, dotarliśmy do Sempol. Z tego miejsca brakowało nam jeszcze 13 kilometrów do siedziby parku narodowego, skąd zaczyna się podejście na wulkan Ijen. Co prawda mogliśmy spędzić noc w Sempol, ale po co, skoro może się uda dotrzeć bliżej wulkanu jeszcze dziś. Było już kompletnie ciemno i tylko w pojedynczych domach świeciła się jakaś żarówka. Kilka osób proponowało nam przejazd na motorach za jakieś irracjonalne kwoty pieniędzy. Wymyśliliśmy, że może złapiemy auto stopa. Tylko kto o tej porze będzie jeszcze jechał w głusze... Żaden pojazd nie jechał w naszym kierunku. Po dłuższej chwili oczekiwania, nagle z ciemności wyłoniła się para świateł. Okazało się, że to furgonetka z bambusem. Udało się ją zatrzymać i rozpoczęliśmy negocjację ceny. Oczywiście na migi, bo jakżeby inaczej. Stargowaliśmy niewiele i po chwili na pace z bambusem jechaliśmy w stronę siedziby parku. Udało się i po dniu obfitującym w przygody transportowe znaleźliśmy się w naszym docelowym miejscu. Tego wieczoru zjedliśmy tylko trochę ryżu na kolację i poszliśmy spać. Nasz pokój przypominał celę więzienną, a nasze plecaki dodatkowo śmierdziały ropą, którą zostały ubrudzone podczas podróży minibusem z workami ryżu.

W dniu następnym, wstaliśmy o 4 rano i podążając wskazaną dzień wcześniej ścieżką, zaczęliśmy podchodzić w ciemnościach przez niezbyt gęste zagajniki. Na szczęście z każdą minutą robiło się coraz jaśniej. Po chwili marszu minęliśmy pierwszego tragarza, niosącego siarkę w dół. Niósł on mnóstwo żółtych kamieni różnej wielkości w dwóch koszach połączonych kijem bambusowym, uginającym się pod ciężarem surowca jak chorągiewka na wietrze. Ta bambusowa poprzeczka opierała się na jego ramionach. Mężczyzna ten nie miał żadnej podkładki pomiędzy podkoszulkiem i bambusem, szedł w zwykłych, starych gumiakach... Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy ile waży cały ładunek siarki, niesiony przez niego. Po drodze minęliśmy obóz tragarzy, gdzie odpoczywali. Im bliżej korony krateru, tym coraz więcej tragarzy spotykaliśmy. Osłupieliśmy, gdy ujrzeliśmy kilku z nich idących po ostrych skałach na bosaka i niosących bambusową poprzeczkę wprost na gołej skórze. Widać było szerokie bruzdy i blizny jakie mieli od tego ciężaru.

Gdy dotarliśmy na koronę krateru, naszym oczom ukazały się dwa rodzaje widoków. Pierwszy przecudny: szeroki na ponad kilometr krater wulkanu o pionowych ścianach w kolorach szarym, czerwonym, purpurowym i żółtym (w miejscu gdzie wydobywano siarkę). Do tego cały krater wypełniony był wodami jeziora w kolorze soczyście turkusowym. Tuż przy jednym z zakol jeziora, ze szczelin w skałach buchały gęste, szaro - żółte, żrące opary siarki, fumaroli i innych gazów wulkanicznych. To wszystko tworzyło niesamowitą kompozycję. W tym miejscu można naprawdę poczuć respekt dla siły natury.

Drugi z widoków był smutny, dający wiele do myślenia. Niezwykle trudno opisać słowami, to co zobaczyliśmy na wewnętrznych stokach krateru. Kilkudziesięciu mężczyzn, jeden za drugim, dźwigających w pocie czoła po dwa kosze wypełnione po brzegi odłamkami siarki. Część z nich szła w gumiakach, część w klapkach, a kilku na bosaka. Z dna krateru mieli do pokonania przewyższenie około 200 metrów po stromym stoku, często po ostrych, śliskich kamieniach. Musieli odpoczywać co chwilę, gdyż był to wysiłek ponad ich siły. Każdy z nich sapał i pocił się niesamowicie, wszyscy tragarze mieli na twarzach grymas bólu... Gdy już wyszli z krateru, mieli do pokonania jeszcze około 3 kilometrów w dół z tym ciężarem. Dodatkowo, gdy wiatr skierował chmurę siarkową w ich stronę, wszyscy stawali i dusili się, zakrywali twarz brudnymi szmatami nie mogąc złapać oddechu. Był to widok jak z jakiegoś kamieniołomu pracy przymusowej. Oni jednak nie pracowali przymusowo.

Po chwili i my zeszliśmy na sam dół, na brzeg jeziora, aby z bliska przyjrzeć się ich pracy. To co ujrzeliśmy, mroziło krew w żyłach. Zaniemówiliśmy. W surrealistycznej scenerii turkusowego jeziora i żółto - czerwonych skał, ludzie pracowali w gęstych oparach siarki i innych gazów wulkanicznych wydobywających się z ziemi pod wielkim ciśnieniem. Mało tego: 99% z nich nie miała żadnych masek przeciwgazowych, pracowali "na żywca". Nie wiem jak długo taki człowiek żyje, ale pewnie cały jego organizm przeżarty jest przez siarkę. Ci wszyscy mężczyźni wyglądali jakby nieśli ze studni dwa wiadra wody zawieszone na barkach na poziomym kiju. Powaliło nas, gdy poznaliśmy wagę ich ładunku i ich wynagrodzenie. Otóż każdy z nich - w zależności od kondycji - niósł pomiędzy 80 a 95 kilogramów na jednym barku!!! Gdy już zeszli w dół, wypłacano im po 600 rupii indonezyjskich za każdy kilogram. Dla ułatwienia dodam, że 600 rupii to równowartość... niecałych 6 centów amerykańskich. Trudno sobie wyobrazić to wszystko, dopóki się tego nie zobaczy na własne oczy. Te dane dedykuję wszystkim malkontentom, którzy twierdzą, iż w Polsce żyje się ciężko...

Po obejrzeniu tych dwóch, jakże różnych od siebie obrazów, zeszliśmy czym prędzej do siedziby parku, zjedliśmy szybkie śniadanie i postanowiliśmy, że zaczniemy szukać jakiegoś transportu w stronę wschodniego wybrzeża Jawy, konkretnie do portu Ketapang, skąd odpływa prom na wyspę Bali. W naszym kierunku nie jechał ani jeden pojazd. Po chwili okazało się, że na parkingu kręci się para Holendrów, którzy przyjechali tu wynajęta limuzyną z kierowcą, klimatyzacją i innymi udogodnieniami. Po krótkiej wymianie zdań, stwierdzili, że mają na tyle dużo miejsca w aucie, iż mogą nas zabrać w dół. A, że też jadą do Ketapang, to czemu nie. Zapakowaliśmy nasze śmierdzące bagaże, do ich "sterylnego" samochodu, sami (równie śmierdzący) zajęliśmy wygodne miejsca, kierowca włączył klimatyzację i ruszyliśmy. To był chyba największy fart, jaki nam się przytrafił w Indonezji, bo w niecałe dwie godziny byliśmy w porcie promowym i odpływaliśmy na Bali. Gdybyśmy chcieli jechać transportem kombinowanym, pokonanie tego dystansu mogłoby nam zająć nawet i cały dzień. Jak widać Allah nam sprzyjał tego dnia.

Po dopłynięciu do balijskiego portu Gilimanuk, szybko wsiedliśmy w lokalny autobus, który miał nas zabrać do Medewi. Ledwo wyjechaliśmy z portu, zobaczyliśmy wiele ciężarówek stojących na środku drogi pod jakimś drzewem. Nasz kierowca też się tam zatrzymał i wyszedł. Jak się później okazało - w pniu drzewa była mała świątynia hinduistyczna i większość kierowców zatrzymywała się tu, aby złożyć bogom ofiarę w podzięce za udaną podróż lub przed podróżą, prosząc bogów o czuwanie nad nimi. W skład ofiary wchodziły: ryż, banknot 1000 rupii, kwiatek, cukierek i kadzidło. Wszystko to podane na koszyczku z pandanowca (rodzaj lokalnej wikliny). Po drodze nasz autobus zatrzymywał się jeszcze 2 razy w tym samym celu. Po dwóch godzinach jazdy, dotarliśmy do Medewi, spokojnej, sennej wioski rybackiej nad morzem. To tu znajduje się istny raj dla osób uprawiających windsurfing. Silne wiatry powodują powstawanie wysokich, szybkich fal, a sielska atmosfera sprzyja wypoczynkowi z dala od zgiełku i brudu dużych miast. Tu mamy zamiar spędzić najbliższą noc. Pozdrawiam, Darek.

NIEZAPOMNIANY REJS Z PAPUI

Rantepao 20.12; godz 22:00


Zgodnie z informacja, jaka otrzymalem w porcie w Jayapurze, moj prom w strone Sulawesi mial wyplywac 15 grudnia miedzy 5.00 a 8.00 rano. Zjawilem sie wiec w porcie w srodku nocy i zastalem tam ogromny tlum ludzi i tragarzy. Wszyscy byli zwarci i gotowi do tego, aby wejsc na poklad promu, ktory dopiero co wplywal do portu. Po tym jak zacumowal, trzeba bylo poczekac az wszyscy pasazerowie wyjda, a zaloga ogarnie wszystkie poklady. Okazalo sie, ze ten statek byl o wiele, wiele wiekszy od tego, ktorym plynalem na Papue, wiec caly proces wysiadania jednych i wsiadania kolejnych pasazerow trwal bardzo dlugo. Od momentu zacumowania statku do chwili mojego wejscia na poklad minely ponad 3 godziny. Ja bylem juz tak zmeczony po calej nieprzespanej nocy, ze nogi mialem miekkie jak z waty i autentycznie zasypialem na stojaco z ciezkim plecakiem na plecach. Nie bylo gdzie usiasc. Tlum napieral na trap coraz bardziej, az w koncu wezwano posilki policji, ktora utworzyla kordon przed trapem. Gdy wreszcie nadszedl czas wejscia na poklad, dziki tlum ruszyl ze zdwojona sila. Znalazlem sie w samym srodku tego istnego kotla i nie pozostalo mi nic innego, jak tylko przepychac sie i walczyc o swoje tak jak inni. To tez uczynilem. Po wejsciu na poklad poczulem silny zapach stechlizny i fekaliow. To dopiero byl poczatek niemilych doznan. Zaczalem szybko chodzic wsrod sal zbiorowych klasy ekonimicznej i rozgladac sie w pospiechu za jakims wolnym lozkiem. Wszedzie bylo pelno tragarzy pilnujacych lozek dla swoich klientow, zwykle calych rodzin lub grup znajomych. Pelno bylo tez zolnierzy, gdyz plynelo ich sporo tym promem. Kazdy pilnowal swojego / swoich lozek jak jakiejs zdobyczy i nie mialem najmniejszych szans, na to, aby zdobyc miejsce na lozku. Gdy tak szukalem wolnej pryczy, rzucily mi sie w oczy przede wszystkim brudne, potargane, smierdzace, zakurzone materace lezace w wielkim nieladzie. Nie zdziwilbym sie gdyby zyly w nich jakies pchly lub inne male stworzenia, uprzykrzajace ludziom zycie.

Skoro nie bylo szans na zdobycie lozka, zaczalem szukac jakiegokolwiek innego miejsca. Musialem dzialac szybko, bo ludzi na statku przybywalo bardzo szybko. W koncu udalo mi sie znalezc wyjscie na gorny poklad i znalazlem sie na lewej burcie promu. Poszedlem najdalej jak sie dalo, tam gdzie byl slepy koniec burty. To miejsce wydawalo mi sie calkiem w porzadku, bo nikt tamtedy nie chodzil. Gdy juz usadowilem sie na twardej, drewnianej podlodze, musialem poszukac jakichs kartonow, na ktorych moglbym spedzic noc. Znalazlem szybko jakis duzy, wolny karton po ryzu i wodzie mineralnej. Przez kolejne 5 dni, te dwa kartony sluzyly mi za poslanie.

Na dlugo przed wyplynieciem statku z Jayapury, cala burta byla pelna ludzi. To samo bylo wewnatrz, doslownie wszedzie lezeli ludzie.
Czlowiek obok czlowieka lezal na prawie kazdym metrze kwadratowym statku - na korytarzach, schodach, obu burtach, na gornym, otwartym pokladzie, w kantynie, a nawet na waskich korytarzach (ich szerokosc nie przekraczala 1 metra) prowadzacych do kajut wyzszych klas. Czegos takiego jeszcze nie widzialem i pewnie jeszcze dlugo nie zobacze. W koncu okolo 8.00 rano, 15 grudnia, statek opuscil port w Jayapurze. Byl on nie tylko wiekszy niz poprzedni, ktorym plynalem, ale takze o wiele starszy, a co za tym idzie bardziej zniszczony, zaniedbany i bardzo brudny. W niektorych miejscach na korytarzach podloga byla tak wytarta, ze porobily sie szerokie dziury i zaglebienia. W nich zbierala sie wilgoc i woda... Zagrzybiale plyty pilsniowe odchodzily od scian i zwisaly gdzieniegdzie z sufitu. Na glownej klatce schodowej, laczacej wszystkie poklady nie bylo wykladziny (tak jak poprzednio), lecz stare popekane i porozrywane plytki PCV. W czasie calego rejsu mialem bardzo ograniczony dostep do pradu, gdyz okolo 10% gniazdek elektrycznych bylo sprawnych. Do kazdego z nich byla dluga kolejka osob, chcacych naladowac baterie telefonow. Musialem prawie walczyc o to, aby dostac sie do gniazdka. Poruszanie sie po statku (np w celu odebrania posilku z kantyny czy skorzystania z toalety) bylo relatywnie trudne, gdyz z prawie kazdym krokiem musialem przekraczac lezacych na podlodze ludzi lub przeciskac sie wsrod tlumu na schodach czy korytarzach. Prom ten byl ewidentnie przeladowany. Osobna kwestia pozostaje temat warunkow sanitarnych i stanu toalet. Poprzedni prom wydawal sie byc oaza luksusu w porownaniu z waunkami, jakie byly na promie wyplywajacym z Papui. Tym razem nie dzialal zaden (doslownie zaden) kran w toalecie, sluzacej jednoczesnie za umywalnie. W kazdym takim pomieszczeniu byly 3 umywalki, lecz calkiem bezuzyteczne. Na tym statku sluzyly one jako spluwaczki i pojemniki na przerozne smieci i odpady organiczne! Wszystko to gnilo w tych umywalkach i w kazdej toalecie panowal niesamowity fetor. To jednak nie koniec. Wiekszosc pisuarow byla zatkana, a srednio co druga kabina toaletowa byla zwyczajnie zamknieta na klodke. Nie wiem dlaczego. Aby skorzystac z dostepnych kabin, trzeba bylo odczekac sporo czasu w kolejce, a potem sie niezle nagimnastykowac, poniewaz w wiekszosci kabin byl dosc wysoki poziom... moczu i kalu na podlodze. Indonezyjczycy to jednak jest pomyslowy narod. Skoro kabiny toaletowe byly w tragicznym stanie, to wiele osob zaczelo zalatwiac swe potrzeby fizjologiczne w kabinach... prysznicowych! Nie musze chyba dodawac, ze po kilkudziesieciu godzinach rejsu kabiny prysznicowe rowniez nie nadawaly sie do uzytku. Wiele osob podrozujacych w salach zbiorowych klasy ekonomicznej nic sobie nie robilo z zakazu palenia papierosow na pokladzie i wszedzie unosily sie opary dymu. Dodatkowo w klasie ekonomicznej nie dzialala klimatyzacja. W czasie dnia na zewnatrz bylo okolo 30 stopni, a w srodku bylo o wiele cieplej i bardzo duszno. Tak duszno, ze ciezko bylo oddychac i mozna bylo sie poczuc jak w smierdzacej, zgnilej saunie. Takie warunki panowaly w salach klasy ekonomicznej przez cala dobe, bo nie bylo tam zadnej wentylacji. Jak sie pozniej okazalo, moje miejsce na koncu lewej burty nie bylo wcale takie zle. Jednak pierwszej nocy, przed 5 rano, gdy jeszcze bylo ciemno, obudzil mnie bardzo silny wiatr. Byl tak silny, ze przewrocil moj duzy plecak, wazacy ponad 20 kilogramow. Po krotkiej chwili poczulem na twarzy pierwsze krople deszczu - to byl sygnal, ze trzeba sie szybko gdzies schowac. Nie za bardzo wiedzialem gdzie. Przebieglem szybko po burcie wsrod skulonych, spiacych ludzi... Okazalo sie, ze tuz obok jest jakas dziwna nisza o powierzchni okolo 1 metra kwadratowego, a w niej zamkniete, metalowe drzwi. Wygladaly jak wlaz do lodzi podwodnej. Mniejsza z tym - szybko porwalem moje rzeczy, oba kartony i schowalem sie w tym malym zaglebieniu. Po kilku sekundach rozpetalo sie pieklo. Rozszalala sie burza z piorunami, zaczelo tak mocno wiac, ze ulewny deszcz padal w poziomie. Po chwili po burcie plynela rzeka. Mysle, ze kazdy kto nie zdazyl uciec na czas, byl ciagu sekundy przemoczony do suchej nitki. Moja nisza byla na szczescie ustawiona prostopadle do kierunku porywistego wiatru i zacinajacego, ulewnego deszczu. Mialem szczescie. Cala ta zawierucha trwala okolo pol godziny i na szczescie nie zmoklem zbyt mocno.

Statek ten, zanim doplynal do Bitung u polnocno-wschodnich wybrzezy Sulawesi, zatrzymywal sie jeszcze w 5 portach po drodze: w Serui na wyspie Yapen, Kota Biak na wyspie Biak, Manokwari i Sorong w zachodniej Papui oraz w Kota Ternate na wyspach Maluku. W kazdym z tych portow o wiele wiecej ludzi wsiadalo na prom, niz z niego wysiadalo. Na nadbrzezu rozgrywaly sie czesto sceny grozy. Zwykle przed trapem klebil sie ogromny tlum - czegos takiego jeszcze nie widzialem nawet przed meczami pilkarskimi. Kazdy z tych ludzi chcial sie jak najszybciej dostac na poklad z nadzieja, ze znajdzie jakies dogodne miejsce. Widzac napierajacy tlum, oddzialy policji i wojska staraly sie pilnowac porzadku i zapanowac nad ta ludzka dzicza. Sluzby porzadkowe czesto tworzyly kordon, aby najpierw ulatwic zejscie z promu tym co wysiadaja. Potem w pierwszej kolejnosci na poklad wpuszczani byli tragarze. Ci zwykle mieli ochote sie pobic i pozabijac o to, kto pierwszy wbiegnie na poklad. Czesto dochodzilo do jakichs drobnych rekoczynow. Reszta zwyklych pasazerow czekala z tylu, az policja i wojsko zezwola na wejscie na prom. Wiele razy sie zdarzalo, ze ludziom puszczaly nerwy, albo byli juz zmeczeni dlugim czekaniem i chcieli sforsowac kordon. Wtedy policjanci nie patyczkowali sie z nikim: bili, kopali, spychali z trapu i wywracali tych wszystkich, ktorzy nie chcieli sie podporzadkowac. Po postoju w kazdym nastepnym porcie, ludzi na promie wciaz przybywalo. Nie mam pojecia gdzie oni wszyscy sie miescili, ale kazdy obszar promu wygladal jakby zostal on przerobiony na oboz dla uchodzcow. Ja tym czasem plynalem sobie na burcie, majac wokol calkiem milych wspolpasazerow, dzienne swiatlo i przede wszystkim swieze powietrze. Jedyne co mi nieco przeszkadzalo, to bardzo twarda podloga. Moje dwa kartony nie amortyzowaly zbyt mocno, wiec w nocy co chwila musialem zmieniac pozycje, w ktorej lezalem. Kosci udowe, zebra i kregoslup chwilami dosc mocno mnie bolaly, ale jakos udalo mi sie to zniesc.

Po doplynieciu do Bitung okazalo sie, ze jest to port przeznaczenia dla okolo 60-75% pasazerow. Nagle (w ciagu 3 godzin postoju w porcie)
statek prawie opustoszal. Nikt oprocz mnie nie pozostal wtedy na burcie, opustoszaly wszystkie korytarze i klatki schodowe. Po 3 dniach w koszmarnych warunkach, ten widok byl troche dziwny, ale napawal mnie optymizmem przed kolejnymi, prawie dwoma, dobami rejsu. Po tym jak zaloga zmyla (usilowala zmyc) podlogi wewnatrz statku, postanowilem sie przeniesc z burty do srodka, ale w takie miejsce, aby byc blisko drzwi i swiezego powietrza. Kolejne dwie noce pomiedzy Bitung, a Makassar spedzilem wiec w cieple, majac nieograniczony dostep do pradu. Moglem sie tez swobodnie przemieszczac po promie bez obaw, ze kogos zdeptam. Wreszcie, po prawie 5 dobach rejsu, dotarlem do Makassar. Bylo to 20 grudnia okolo 4.00 rano czasu lokalnego. Jest to najwieksze miasto na wyspie Sulawesi (ponad 1 mln mieszkancow) i jeden z najwiekszych portow w kraju. Nie ma tu praktycznie nic ciekawego, co zachecaloby turyste do dluzszego pozostania w tym miescie. Dodatkowo Makassar przywitalo mnie ulewnym deszczem, ktory wydawal sie nie miec konca.

Chcialem sie jak najszybciej przedostac do Tana Toraja. Jest to region polozony okolo 300 kilometrow na polnoc i slynie on z bogatych tradycji religijnych, etnicznych i kulturalnych. Okazalo sie jednak, ze dworzec, ktory opisany jest w przewodniku i z ktorego odjezdzaja autobusy do Tana Toraja... nie istnieje. I tu podziekowania dla obu Kasi, moich kolezanek, ktore kilka dni wczesnie zbadaly temat :)
Musialem jechac na inny dworzec (kilkanascie kilometrow za miastem) i tam poczekac kilka godzin na polaczenie. W koncu moj lokalny autobus zabral mnie w dluga, meczaca podroz do Rantepao - miasteczka bedacego centrum turystycznym Tana Toraja. Autobus, ktorym mialem okazje jechac nie rozwijal zawrotnych predkosci. Po drodze byly takze 3 przerwy: 2 na posilki i toalete oraz 1 na zmiane kola. Ta ostatnia trwala ponad godzine. Ostatecznie po ponad 10 godzinach jazdy i pokonaniu 330 kilometrow, dotarlem do celu. Przez najblizsze dwa dni, musze odpoczac zarowno fizycznie jak i psychicznie, gdyz warunki na promie wplynely dosc negatywnie na moje samopoczucie. Mysle, ze jest to dobre miejsce, aby naladowac
akumulatory przed kolejnym etapem podrozy. Zamierzam tez odwiedzic kilka malych wiosek polozonych w okolicznych gorach, a to co zobacze i uslysze, opisze przy nastepnej okazji.

Pozdrawiam, Darek


KRWAWA JATKA W TANA TORAJA

Labuanbajo 25.12; godz 07:00


Jeszcze tego samego wieczora po przyjezdzie do Rantepao w Tana Toraja, spotkalem sie w jednej z restauracji z, poleconym przez znajomych, przewodnikiem, Lutherem. Mialem jedynie dwa pelne dni na pobyt w tym regionie, wiec nie chcialem tracic ani chwili i chcialem rozpoczac zwiedzanie juz nastepnego dnia wczesnie rano. Tana Toraja to region gorski polozony okolo 300 km na polnoc od Makassar, zamieszkaly przez chrzescijan, przede wszystkim protestantow. Glownym centrum turystyczno - administracyjnym regionu jest male miasteczko Rantepao (polozone na wysokosci 800m npm), gdzie znajduje sie baza hotelowa i gastronomiczna. Tana Toraja slynie przede wszystkim z dwoch rzeczy. Pierwsza z nich sa tradycyjne drewniane domy z dachami wygietymi w gore. Lokalna nazwa tych domow to tongkonan. Gdy patrzy sie na nie z boku, ich dachy przypominaja ksztaltem lodke.

Niektorzy twierdza jednak, ze bardziej przypominaja rozlozone rogi byka. Tradycyjne domy w Tana Toraja naleza do jednej rodziny i sluza jako miejsce spotkan towarzyskich. Teoretycznie nie mozna takiego domu kupic ani sprzedac, kazda z rodzin buduje tongkonan wlasnorecznie.
Domy z Tana Toraja maja jedyny i niepowtarzalny ksztalt i sa symbolem tego regionu. Innym waznym elementem kultury w Tana Toraja sa ceremonie pogrzebowe. Nie sa to zwykle ceremonie, lecz wielkie, rozbudowane i trwajace czasem nawet kilka dni obrzedy. W takich kilkudniowych ceremoniach pogrzebowych bierze udzial czasem po kilkaset osob. Zjezdzaja sie oni z okolicznych wiosek, a czasem i z odleglych miejscowosci, by razem biesiadowac kilka dni. Ludzie w tym rejonie wierza, ze dusze zwierzat powinny podazac za swoim wlascicielem, dlatego tez podczas ceremonii pogrzebowych zazyna sie czesto cala mase bykow i swin. Byki zabija sie dlugim, szerokim, bardzo ostrym nozem poprzez podciecie gardla w rejonie tetnicy szyjnej. Swinie sa zabijane za pomoca waskiego, dlugiego noza przez pchniecie nim prosto w serce. Po takim ciosie zwierze bardzo szybko sie wykrwawia i zdycha.

Ja rozpoczalem zwiedzanie okolicy 21 grudnia wczesnie rano razem z Lutherem. Przemieszczalismy sie po gorskich drogach jego starym motorem. To byl dobry wybor, bo mozna bylo w ten sposob dojechac w wiele malo dostepnych miejsc i tempo przemieszczanie sie bylo o wiele wieksze niz samochodem.
W pierwszej kolejnosci udalismy sie do malej wioski, Balusu, nieco na polnocny-wschod od Rantepao. Luther wiedzial, ze tam odbywa sie kilkudniowa ceremonia pogrzebowa (to byl juz chyba 4 dzien obrzedow) i ze tego dnia prawdopodobnie beda zazynane jakies byki. Niestety, spoznilismy sie, gdyz dwa byki usmiercono jeszcze o swicie, czyli okolo 2 godziny przed naszym przybyciem. Ja tylko moglem zobaczyc skore sciagnieta z tego wielkiego zwierza, oskalpowana czaszke z rogami oparta o pien drzewa i gory miesa, ktore kilku mezczyzn dzielilo i rozbieralo wielkimi tasakami. Spedzilismy kilka chwil w Balusu, ale niewiele ciekawego sie tam dzialo. Luther przypadkiem dowiedzial sie, ze w okolicy, kilka kilometrow dalej, odbywa sie rownolegla ceremonia i ze tam jednak bedzie ciekawiej, wiec zdecydowalismy, ze podjedziemy tam i zobaczymy jak to wyglada. Ta druga ceremonia trwala tez od kilku dni, ale byla bardziej aktywna i duzo wiecej sie tam dzialo. Okazalo sie, ze uroczystosci te sa ku czci zmarlego pradziadka gospodarza. Cala ceremonia odbywala sie na wielkim obejsciu wokol tongkonanow z powyginanymi dachami, ustawionymi jeden obok drugiego w dwoch rzedach. Na obejsciu ustawionych bylo ponad dwadziescia wiat z podestami oraz miejscem do siedzenia i biesiadowania. Kazda wiata miala swoj numer i przeznaczona byla dla czlonkow jednej lub dwoch rodzin. Na srodku lezalo mieso zarznietego wczesnie rano byka. Kilku mezczyzn cwiartowalo je i wrzucalo do wielkiego kotla z gotujaca sie woda, smrod byl nieziemski! Kilku innych mezczyzn stalo z boku, trzymajac na powrozach kilka innych wielkich, dorodnych bykow. Moj przewodnik powiedzial, ze sa one przeznaczone takze do zarzniecia, ale dopiero jutro lub pojutrze.

Wedle zwyczaju zadnemu z gosci nie wypada przyjsc na ceremonie pogrzebowa z pustymi rekami. Dlatego tez ja kupilem 3 kilogramy cukru jako "wejsciowe". Jednak glownym podarkiem od wiekszosci biesiadnikow jest swinia. Zwykle kazda z rodzin przybywajaca na ceremonie, przywozi z soba jedna lub dwie swinie. Im dorodniejsza sztuka, tym wiekszy poklask ma dana rodzina wsrod biesiadnikow. Przywozone swinie przywiazuje sie wzdluz nog i grzbietu do pali bambusowych, zeby sie nie rzucaly i transportuje je zwykle na plecach 4 mezczyzn. Oczywiscie wszystkie ofiarowane swinie przeznaczone sa do pozniejszego zarzniecia i skonsumowania na miejscu. Uroczystosc tego dnia powoli sie zaczynala i wokol obejscia gromadzilo sie coraz wiecej osob. Cialo zmarlego seniora rodziny lezalo zawiniete w rytualne szaty na specjalnym, wysokim podescie wsrod bogatej dekoracji. Cialo to nie bylo jednak widoczne z zewnatrz. Po okolicy przechadzial sie mezczyzna pelniacy role mistrza ceremonii, mial on jakas kartke, dlugopis i megafon.

Nagle kilkudziesieciu mezczyzn wnioslo na srodek ponad 20 dorodnych, powiazanych swin. Trzeba bylo je oznakowac, to znaczy oznaczyc ktora rodzina jest ofiarodawca konkretnej sztuki trzody. Zaczeto znakowac poszczegolnie swinie czerwonym sprayem. Te juz oznakowane niesiono pod podest, na ktorym siedziala konkretna rodzina. Tym czasem w wielkim kotle wciaz gotowalo sie mieso z zabitego wczesniej byka... Po chwili rozpoczely sie cykliczne procesje zalobnikow. Przedstawiciele kazdej rodziny schodzili po kolei z kazdego z podestow i przechodzili wokol calego obejscia zataczajac kolo tuz przed podestem, na ktorym lezalo cialo zmarlego. Kazda z poszczegolnych procesji odbywala sie z zachowaniem pewnego porzadku: procesje prowadzil mistrz ceremonii dzierzac w rece jakis ozdobny, rytualny kostur, tuz za nim szla dwojka dzieci ubranych w tradycyjne stroje z Tana Toraja i zaraz za nimi szli wszyscy czlonkowie danej rodziny - najpierw wszystkie kobiety, a za nimi sami mezczyzni. Wszystkie z tych poszczegolnych przemarszow odbywaly sie w absolutnej ciszy. Luther powiedzial mi, ze takie procesje zalobnikow beda odbywac sie przez reszte dnia, wiec nie bylo sensu zostawac tam dluzej. Poszlismy jedynie na skraj gospodarstwa, gdzie stalo kilka wielkich bykow i gdzie czesc swin gotowych do usmiercenia zostala juz przetransportowana. Proces pozbawienia zycia kazdej ze swin byl dosc szybki. Do zwiazanej swini podchodzil mezczyzna i dzgal zwierze dlugim. ostrym nozem pod lewa, przednia noge tak, aby zadac cios w samo serce. Z tej glebokiej rany momentalnie tryskala krew, jak z jakiegos obfitego zrodla. Swinia poczatkowo sie rzucala, ale w miare wykrwawiania sie, jej funcke zyciowe zamieraly i krotkiej chwili zwierze bylo juz martwe. Taka swinie transportowano wtedy na bok i rozcinano jej podbrzusze. Po otwarciu brzucha swini, zwykle jeden lub dwoch mezczyzn golymi rekami wyciagalo jej trzewia: przede wszystkim jelita, zoladek i inne wnetrznosci. Pozniej zaczeto odkrawac same tusze.  Wprost z ciala swini niesiono te wielkie porcje miecha nad ognisko, aby je jak najszybciej upiec i zeby jak najszybciej byly gotowe do podania na stol dla biesiadnikow. Bylem swiadkiem usmiercenia kilku swin i po chwili wraz z Lutherem opuscilismy to miejsce krwawej jatki.

Udalismy sie motorem do Batutumonga, malowniczo polozonej (na wysokosci 1400m npm) gorskiej miejscowosci. Zanim tam dotarlismy, pokonalismy wiele gorskich serpentyn, wznoszacych sie stromo posrod pol i tarasow ryzowych. W samej miejscowosci nie ma w sumie nic
ciekawego poza przepieknymi panoramami na okoliczne pasma gorskie i opary mgiel unoszace sie w dolinach srodgorskich. Po krotkiej chwili odpoczynku i mozliwosci podziwiania przecudnych widokow, zaczelismy zjezdzac w dol, gdyz tego dnia chcielismy odwiedzic jeszcze 3 inne miejsca.

Pierwszym z nich byla mala miejscowosc Bori. Znajduje sie tu spory kompleks tradycyjnych domow (tongkonan), ustawionych jeden obok drugiego w trzech rownoleglych rzedach. Poza charakterystycznie wygietymi dachami, domy te sa takze bogato rzezbione, szczegolnie ich kolorowe, trojkatne fasady. Glowne barwy zdobien to czarny, czerwony i pomaranczowy. Dodatkowo przy fasadzie wiekszosc z tongkonanow ustawiona jest wysoka pionowa belka, a na niej ustawione jeden na drugim poroza bawolow. Zwierze to jest uznawane w Tana Toraja za symbol dobrobytu. Im wiecej takich porozy na belce i fasadzie danego domu, tym wyzszy jego status i rodzina, do ktorej nalezy ten dom, cieszy sie zwykle duzym szacunkiem spoleczenstwa. Miejscem, z ktorego Bori jest najbardziej znane, sa wielkie kilkumetrowe, pionowe megality. Ustawione sa one tuz przy wejsciu na teren starego cmentarza. Sam cmentarz jest dosc oryginalny, gdyz wiekszosc grobow zostala wykuta wprost w skalach i ogromnych glazach. Ponoc kazdy megalit ustawiony przy wejsciu ofiarowany jest jednej, spoczywajacej tu osobie. Im wyzszy status miala dana osoba za zycia, tym wiekszy i wyzszy megalit zostal jej poswiecony.

Z Bori pojechalismy jeszcze do Sa'dan, starej tradycyjnej wioski, gdzie takze znajduje sie kompleks tradycyjnych domow z wygietymi dachami. Oprocz domow jest tu takze (nieco podupadle) centrum tkactwa. Kiedys to miejsce tetnilo zyciem, ale na przestrzeni ostatnich kilku lat, nieco utracilo na znaczeniu i w tej chwili mozna tu znalezc tylko 2 lub 3 krosna i tylko kilka kobiet trudniacych sie tkactwem - glowie na potrzeby turystow. Pomimo, ze miejsce to nie powalilo mnie na kolana, bylo tam dosc ciekawie.

Ostatnia miejscowoscia, odwiedzona tego dnia byla wioska Palawa. Tu na uwage zaslugiwal kompleks ponad dwudziestu tongkonanow, ustawionych w dwoch rownoleglych rzedach. Niby tego dnia juz widzialem ponad sto tego rodzaju domow, jednak te w Palawa zrobily najwieksze wrazenie, gdyz naleza do najstarszych w okolicy. Poza tym wiekszosc tradycyjnych domow kryta jest obecnie blacha, a te w Palawa mialy tradycyjne dachy kryte strzecha, co dodawalo sporego smaczku temu miejscu.

Poznym popoludniem, po dniu pelnym wrazen, wrocilem z powrotem do hotelu tuz przed nadciagajaca burza. Ulewny deszcz padal prawie cala noc i nastepnego dnia rano, gdy znow wyjezdzalem z Lutherem w okolice, bylo pelno blota na wiejskich, nieutwardzonych drogach.
Najpierw udalismy sie do Lemo, okolo 10 kilometrow na poludnie od Rantepao. Tu znajduja sie dwa kompleksy cmentarzy z grobami wykutymi w klifach skalnych. Wszystkie te skalne groby sa wykute wedlug pewnego porzadku i ma sie wrazenie ze klif skalny jest podzielony na kilka kondygnacji, to znaczy na jednym poziomie znajduje sie zwykle 5-7 grobow, a reszta miesci sie nizej lub wyzej kazdego z poziomow. Na kazdym "pietrze" znajduje sie takze cos w rodzaju skalnego balkonu, na ktorym ustawione sa tzw. tau tau. Sa to tradycyjne, drewniane kukly. Kazda z nich prezentuje osobe, ktora spoczywa na danej kondygnacji skalnego cmentarza. Chodzi o to, ze gdy rodziny czy znajomi tychze zmarlych chca odwiedzic to miejsce i "porozmawiac" ze zmarlymi, to nie musza mowic to litej skaly, lecz do danej kukly stojacej na balkonie. Ot taka namiastka zmarlej osoby na zewnatrz grobu. W bliskim sasiedztwie tego miejsca znajduje sie kilka pracowni artystycznych wykonujacych tau tau z pni roznych drzew. Oczywiscie mozna sobie takze kupic taka kukle na pamiatke, do czego tworcy tau tau goraco zachecaja kazdego turyste.

Podczas mojego pobytu w Tana Toraja, mialem szczescie do ceremonii i tego dnia odwiedzilem kolejna. Tym razem jednak nie byla to ceremonia pogrzebowa, lecz ceremonia zwiazana z poswieceniem i oddaniem do uzytku nowego, tradycyjnego domu. Niby nic wielkiego, ale ceremonia ta odbywala sie z o wiele wieksza pompa niz ceremonie pogrzebowe. Na wyplaszczeniu stoku stal nowiutki tongkonan, ozdobiony odswietnie. Reszta czynnosci ceremonalnych przypominala do zludzenia te, ktore widzialem dzien wczesniej na pogrzebie. Roznica polegala glownie na tym, ze tym razem atmosfera byla o wiele bardziej podniosla, bylo nieco mniej gosci, duzo wiecej blota na srodku obejscia i nie bylo zadnego byka w okolicy. W zastepstwie bykow, bylo ponad 30 swin gotowych do zarzniecia - wszystkie zgromadzone w wielkiej, blotnistej zagrodzie na srodku blotnistego podworka. Po kilku slowach wstepu wypowiedzianych z pomoca megafonu przez mistrza ceremonii, rozpoczela sie istna jatka. Swinie usmiercano w taki sam sposob jak dzien wczesniej. Swinski trup slal sie gesto, krew co chwile tryskala ciurkiem z coraz to innego zwierzecia. Po chwili brazowe bloto bylo porzadnie wymieszane z krwia i co chwile odciagano na bok nowo zabita swinie. Wszyscy zdawali sie bardzo dobrze bawic. Male dzieci bawily sie latawcami, puszczaly banki mydlane, graly w berka - wszystko to wsrod kwiczacych, zabijanych swin i coraz wiekszych, czerwonych kaluz krwi na ziemi...

Po pewnym czasie i byciu swiadkiem tej najbardziej krawej ceremonii, jaka w zyciu widzialem, pojechalem z Lutherem do kolejnej miejscowosci o nazwie Kambira. Tu mialem okazje zobaczyc bardzo nietypowy cmentarz. Na srodku niewielkiego obejscia stal smulky, zwezajacy sie ku gorze, prawie uschniety pien drzewa. W tym pniu znajdowaly sie niewielkie otwory. Kazdy z nich zasloniety byl watlymi drzwiczkami wykonanymi z kory drzewa. Okazalo sie, ze sa to groby malych dzieci, ktorych ciala zostaly zlozone wewnatrz pnia drzewa bez zadnych trumien, jedynie w pozycji embrionalnej. Moj przewodnik powiedzial mi, ze zadne z dzieci, ktore tu sa pochowane nie mialo wiecej niz kilka miesiecy. Mozna wiec smialo powiedziec, ze jest to pewnego rodzaju cmentarzysko noworodkow. Napawde, az ciarki przechodza po plecach na sama myls o tym miejscu.

Ten dzien byl nieco mniej obfity w atrakcje niz poprzedni, poniewaz chcialem wczesniej wrocic do hotelu i odpoczac przed czekajaca mnie dluga podroza. 22 grudnia poznym wieczorem udalem sie nocnym autobusem w droge powrotna do Makassar i z dworca autobusowego pojechalem od razu do portu, by potwierdzic to czy moj prom faktycznie odplywa tego dnia w kierunku wyspy Flores. Na szczescie - od 3 dni, czyli od czasu gdy kupilem bilet na prom - nic nie uleglo zmianie i po kilku godzinach oczekiwania, udalo mi sie wejsc na prom. Tym razem statek, ktorym plynalem z Makassar do Labuanbajo byl duzo mniejszy niz te dwa kolosy, ktorymi podrozowalem na Papue i z powrotem. Byl zarowno mniejszy, jak i o wiele wolniejszy, dlatego tez podroz zajela mi 19 godzin. Tym razem mialem jednak wiecej szczescia: prom byl relatywnie czysty (choc bez biezacej wody), a na jednym z pokladow mial nawet dywan. Przede wszystkim bylem jedna z pierwszych osob, ktora weszla na poklad w Makassar i udalo mi sie szybko wywalczyc calkiem dobre miejsce. Mialem wiec wlasne lozko i materac, moglem wiec spedzic ta podroz w relatywnie cywilizowanych warunkach. Doplynalem do Labuanbajo 24 grudnia rano i szybko znalazlem fajny hotel. Poza mna jest tu jeszcze wielu turystow, przede wszystkim z Europy i Australii, wiec nie czuje sie tak wyobcowany jak chocby na Papui. Wczorajszy wieczor spedzilem w turystycznej restauracji, gdzie wiekszosc turystow spedzala wlasnie ten wyjatkowy wieczor. A pozniej poszedlem wczesnie spac i tak oto mam dzis pierwszy dzien Swiat Bozego Narodzenia. Na wyspie Flores dominuje chrzescijanizm, wiec tu prawie kazdy mocno swietuje. Z tego powodu dzis nie mam szans nigdzie sie wydostac, poniewaz komunikacja autobusowa zamarla. Mam nadzieje, ze jutro juz zaczna kursowac jakies lokalne autobusy i uda mi sie pojechac nieco bardziej na wschod wyspy. Przy okazji zycze wszystkim Wesolych Swiat spedzonych w rodzinnym gronie i wszystkiego najlepszego w tym wyjatkowym okresie w roku.

Pozdrawiam, Darek


NIESAMOWITE JEZIORA KELIMUTU

Moni 30.12 ; 09:00


Co prawda 26 grudnia to tez bylo swieto dla indonezyjskich chrzescijan (ktorzy dominuja na Flores), jednak tego dnia autobusy publiczne znow zaczely kursowac, cale szczescie. Wstalem bardzo wczesnie rano, gdyz wlasnie rano (miedzy 6.00 a 9.00) odjezdza najwiecej autobusow i im wczesniej sie wyruszy, tym dalej mozna zajechac tego samego dnia. Wiekszosc autobusow z Labuanbajo kursuje jedynie do Ruteng (130 km). Jest tylko jeden autobus, ktory jedzie dalej (kolejne 130 km), do miejscowosci Bajawa. Chcialem pojechac wlasnie tym autobusem, jednak nikt nie umial mi powiedziec czy ten autobus w ogole pojedzie tego dnia, o ktorej dokladnie odjezdza, ani nawet z jakiego miejsca... Paranoja!

Jeszcze przed wschodem slonca zaczalem sie snuc wzdluz glownej drogi tej malej miesciny i pytalem roznych ludzi o ten autobus. W koncu zaszedlem do starego portu i to wlasnie bylo miejsce skad odjezdzal autobus do Bajawy. Udalo sie. Zanim jednak autobus na dobre ruszyl na trase, przez okolo godzine jezdzil po Labuanbajo i okolicznych wioskach zbierajac komplet pasazerow oraz rozne towary: glownie worki z ryzem i maka, ale takze przesylki, ktore odbierali potem rozni ludzie gdzies po drodze. W srodku jechalo tez kilka kurczakow. Autobus teoretycznie miescil kilkunastu pasazerow, jednak jechalo nim okolo 30 osob. W puste przestrzenie miedzy fotelami upychano worki z ryzem i na nich siadali kolejni pasazerowie. Kilka osob siedzialo tez na schodach i na kolanach innych wspolpasazerow. Gdy kierowca doszedl do wniosku, ze miejsce w srodku sie skonczylo, reszta osob, ktore mialy zamiar jechac tym autobusem, zajmowala miejsca na dachu.
Droga z Labuanbajo przez Ruteng do Bajawy jest bardzo waska i kreta. Na calej trasie nie bylo chyba nawet 300-400 metrowego, prostego odcinka drogi. Non stop serpentyny. Kilka razy droga pokonywala rozne pasma gorskie, a autobus przejezdzal wiele razy przez bardzo malowniczo polozone gorskie wioski. Mniej wiecej w polowie drogi byla przerwa na posilek. Ja tez z niej skorzystalem i zjadlem miske ryzu z jajkiem i warzywami.

Poznym popoludniem udalo mi sie w koncu dotrzec do Bajawy. Odcinek 260 kilometrow jechalem... 10 godzin! W Bajawie nie ma nic ciekawego, jednak musialem tam zostac na jedna noc, poniewaz na Flores nie ma nocnych autobusow. Miejscowosc ta trudno nawet nazwac miasteczkiem, to bardziej jest przerosnieta wies z kilkoma krzyzujacymi sie ulicami, prostymi hotelami i trzema restauracjami serwujacymi podstawowe dania. To wlasnie tu zatrzymuje sie wiekszosc osob jadacych z zachodu na wschod wyspy.
Nastepnego dnia, znow bardzo wczesnie rano, opuscilem Bajawe i wsiadlem w jeden z autobusow jadacych do Ende - najwiekszej miejscowosci na Flores. Dotarlem tam w niedziele, 27 grudnia po poludniu. Glownym celem mojej wizyty w Ende byla chec kupna biletu na prom do Kupang (na wyspie Timor), ale z jego kupnem musialem poczekac do poniedzialku, 28 grudnia. Z tego powodu reszte niedzieli spedzilem nie robiac praktycznie nic ciekawego.
W poniedzialek rano udalem sie do biura firmy promowej Pelni celem zakupienia biletu. Niestety - jak sie okazalo tego biletu nie moglem kupic w Ende. Przyczyna okazala sie bardzo prozaiczna - awaria jedynego komputera i drukarki sluzacych do drukowania biletow promowych. Zostalem poinformowany, ze najblizsze biuro Pelni z dzialajacym komputerem i drukarka znajduje sie w miasteczku Maumere - ponad 150 kilometrow na wschod. Cale szczescie, ze mam zamiar wyplynac wlasnie z Maumere - pomyslalem. Moze uda mi sie kupic bilet wlasnie tam w dniu, w ktorym odplywa prom.

We wtorek 29 grudnia opuscilem Ende i udalem sie 50 kilometrow na wschod, do malej wioski Moni, polozonej na wysokosci okolo 600m npm u podnozy wulkany Kelimutu (1645m npm). Gdy tam dotarlem bylo bardzo pochmurno i po poludniu przeszla ulewa w piorunami. Moni jest glowna baza wypadowa na tenze wulkan, a jego otoczenie jest na prawde niezwykle. Znajduje sie tu jedno z najpiekniejszych miejsc w Indonezji i jednoczesnie jedna z najwiekszych atrakcji turystycznych kraju. Mowa tu o bajecznie kolorowych Jeziorach Kelimutu, lezacych w trzech kraterach wulkanu. Jeziora te polozone sa w bardzo bliskiej odleglosci od siebie i kazde z nich ma... inny kolor i inna temperature wody. Malo tego: kolory tych malych jezior stale sie zmieniaja. Kazdy kto tu przybywa, zastanawia sie nad przyczyna tego zjawiska. Otoz kazde z tych jezior wypelnia krater zbudowany z innych mineralow i to wlasnie podloze skalne oraz mineraly sa glownym czynnikiem determinujacym zabarwienie wody w jeziorach. Patrzac na te 3 trzy zbiorniki wodne z lotu ptaka, ma sie wrazenie, ze wygladaja one jak wielka paleta z kolorowymi farbami, a krajobraz wokol jezior wyglada jak z Marsa. Wokol dominuja skaly i urwiska o zabarwieniu brunatnym, czerwonym, zoltym i purpurowym. Cos niesamowitego. Najwieksze z tych trzech jezior charakteryzuje sie najbardziej logodnymi zmianami barwy wody - zwykle ma ona rozne odmiany koloru turkusowego. Tuz obok znajduje sie drugie co do wielkosci jezioro, ktore najczesciej i najbardziej kontrastowo zmienia kolor swojej wody. Podczas mojej wizyty, mialo ono kolor zgnilo zielony, jednak jakis czas temu mialo kolor siny, a jeszcze wczesniej purpurowy lub nawet krwisto czerwony... Okolo pol kilometra dalej lezy trzecie, najmniejsze z Jezior Kelimutu, ktore zwykle ma barwe czekoladowa lub brunatna. Krater, w ktorym sie ono znajduje ma bardzo lagodne stoki, porosniete w wiekszosc roslinnoscia krzaczasta i drzewami iglastymi.

W dniu dzisiejszym wstalem na dlugo przed wschodem slonca i o 4:30 jechalem juz motorem (z kierowca) stromymi serpentynami w kierunku wygaslych kraterow wulkanu Kelimutu. Ze wzgledu na duza popularnosc tego miejsca, pod prawie sam krater doprowadzono asfaltowa droge. Odcinek z hotelu do gornego parkingu pokonalismy w niecala godzine (okolo 13 kilometrow). Cale szczescie, ze bylem w tej okolicy podczas pory deszczowej, gdy ilosc turystow odwiedzajacych to miejsce mozna policzyc na palcach jednej reki. Dzieki temu moglem byc praktycznie sam na sam z tym cudem natury i rozkoszowac sie pieknem krajobrazow i absolutnej ciszy. Moj kierowca pojechal w dol juz sam, poniewaz droge powrotna zamierzalem pokonac na piechote. Tuz przed wschodem slonca pogoda byla sprzyjajaca. Zanim promienie Slonca na dobre rozswietlily okolice, moglem podziwiac bajeczne barwy chmur podswietlonych przez wschodzace Slonce, ktorego tarcza (schowana jeszcze za chmurami) odbijala sie w tafli... morza, polozonego ponad 20 kilometrow dalej. Przepiekny widok. Gdy zrobilo sie juz jasno, zatoczylem szeroka petle wokol dwoch, sasiadujacych ze soba, najwiekszych Jezior Kelimutu. Idac waska sciezka, po koronie krateru moglem obserwowac te piekne jeziorka pod roznym katem. Za plecami tez mialem ladne widoki na wschodnia czesc wyspy Flores i pasma gorskie, a po obu ich stronach wody morza. Po zamknieciu petli, wszedlem na popularny punkt widokowy, bedacy jedynym miejscem w okolicy, skad widac wszystkie 3 jeziora: dwa najwieksze, polozone z przodu w surowych, budzacych respekt, kraterach i trzecie (najmniejsze) z tylu, wypelniajace zielony, zarosniety i malo skalisty krater. Po krotkiej chwili, ktora poswiecilem na kontemplacje ciszy, ruszylem w droge powrotna w dol. Nie spieszylem sie tym razem nigdzie, szedlem wolnym krokiem i po okolo 3 godzinach wrocilem do Moni w sam raz na lunch. Niecala godzine po moim zejsciu na dol, wierzcholki gor znow spowily ciemne chmury i niebawem rozpoczela sie ulewa. Na szczescie poznym popoludniem znow sie wypogodzilo. Moni bedzie moja baza na kolejna noc, zanim wyjade (31 grudnia) w kierunku Maumere.

Pozdrawiam, Darek.

ABSURDY TIMORU WSCHODNIEGO

Dili 06.01; godz 07:00


Ostatniego dnia 2009 roku wyjechalem z Moni na zachod w strone Maumere. Dzien wczesniej mowiono mi, ze pierwszy autobus publiczny relacji Ende - Maumere, przejezdzac bedzie przez Moni okolo godziny 9 rano. Wyszedlem na droge nieco wczesniej. Pomyslalem sobie, ze moze uda mi sie zlapac jakikolwiek inny srodek transportu nieco wczesniej. Nie pomylilem sie. Po okolo pol godziny czekania, droga jechal jakis minivan, a w nim tylko kierowca. Zatrzymal sie i powiedzial, ze jedzie wlasnie do Maumere i czy chce z nim jechac. Gdy zapytalem o cene, podal kwote dwukrotnie wyzsza niz autobus. Machnalem tylko reka i odszedlem. On z kolei wysiadl i szybko zaproponowal kwote praktycznie taka sama, jak za przejazd zatloczonym autobusem publicznym. Zgodzilem sie i juz po chwili jechalem w swietnych warunkach w kierunku Maumere. Po drodze wspomniany kierowca, zabral jeszcze troje innych osob. Pokonanie dystansu 100 kilometrow zajelo nam nieco ponad 2 godziny, gdyz droga byla bardzo kreta, waska i ruchliwa, co nie pozwalalo na rozwijanie duzych predkosci. Mialem szczescie, gdyz wysadzono mnie przy biurze firmy promowej Pelni, gdzie moglem kupic bilet na rejs z Maumere do Kupang. Tak tez zrobilem i pozostal mi prawie caly dzien w Maumere, ktory musialem jakos zagospodarowac.

Miasto to nie ma zadnych atrakcji. Jest to zwykle male, brudne indonezyjskie miasteczko z kilkoma ulicami przecinajacymi sie pod katem prostym. Wokol pelno smieci, kurzu, blota, a koryto malej rzeki sluzy za wysypisko smieci. Przechodzac mostem nad ta rzeka, trzeba to zrobic na bezdechu, bo panuje tam taki fetor, ze ma sie nudnosci... W samym miescie nie ma nawet gdzie usiasc, nie ma zadnego placu, ani skweru. Jest kilka hoteli niskiej kategorii i kilka lokali, ktore nazywaja sie restauracjami, serwujacymi niezbyt wyszukane jedzenie. Wiekszosc dnia spedzilem czytajac przewodnik i siedzac w klimatyzowanej kafejce internetowej, bo w tym miasteczku na prawde nie ma co robic.
Dzien, a wraz z nim 2009 rok zblizal sie ku koncowi, wiec po zmroku skierowalem swe kroki do portu. Wieczorem mial przyplynac prom, ktory zaczal swoj rejs kilka dni wczesniej na Borneo i po drodze mial jeszcze przystanek w Makassar. Nie chcialem nic mowic, ale spodziewalem sie najgorszego. Myslalem, ze znow przyjdzie mi spedzic rejs w okropnych warunkach. Jednak juz podczas oczekiwania w porcie bylem pozytywnie zaskoczony tym, co tam ujrzalem. Nie bylo tam w ogole dobrze mi juz znanej szajki tragarzy, ktorzy zawsze jako pierwsi wbiegali na poklad i zajmowali miejsca dla swych klientow. Poza brakiem tragarzy, samych podroznych bylo tez jakos dziwnie malo. Na nadbrzezu bylo pelno wolnego miejsca. Wreszcie przyplynal ogromny prom, byl wiekszy nawet niz ten, ktorym plynalem na Papue. Po niedlugiej chwili, wszyscy oczekujacy zostali wpuszczeni na poklad. Na pokladzie bylo pelno miejsca, cale mnostwo wolnych lozek i materacow. Nie mialem najmniejszych problemow w zdobyciu miejsca lezacego dla siebie. Ulozylem sie wygodnie i dosc szybko - zanim jeszcze prom wyplynal w dalszy rejs - zapadlem w gleboki sen.

Obudzilem sie juz w nowym roku, gdy moj prom doplywal do portu Lewoleba na wyspie Lempata. Tam postal okolo 2 godziny, wysadzil czesc pasazerow, zabral kolejnych i ruszyl w dalszy rejs do portu przeznaczenia, jakim byl Kupang na wyspie Timor. Myslalem, ze ta podroz bedzie trwala o wiele dluzej. Statek byl jednak dosyc opustoszaly i plynal calkiem szybko. Po poludniu, po okolo 16 godzinach rejsu, doplynalem wreszcie na Timor. Musialem jeszcze tylko przedostac sie minibusem z portu do centrum miasta (okolo 10 kilometrow) i znalezc jakis przyzwoity hotel. Gdy szukalem noclegu, miasto wydawalo sie jakby wymarle. Wszystkie lokale (sklepy, restauracje, biura) byly pozamykane, wiele hoteli takze mialo wywieszki, ze sa zamkniete na czas Swiat i nowego roku. Co prawda ulicami jezdzily pojedyncze samochody, jednak nie bylo zadnych pieszych wokol. Dalo sie wyczuc, ze Kupang i sam Timor, to bardzo peryferyjnie polozone miejsce i daleko stad do jakiejkolwiek cywilizacji.

Nastepnego dnia (2 stycznia) od samego rana staralem sie zdobyc jakiekolwiek informacje dotyczace jakiegokolwiek transportu do Dili - stolicy Timoru Wschodniego. Nie bylo to latwe zadanie, gdyz w Kupang prawie nikt nie zna ani jednego slowa po angielsku, poza "Hallo mister" oczywiscie. Nawet w trzech agencjach turystycznych nikt nie potrafil mi w zaden sposob pomoc. Wczesniej wiedzialem, ze z Kupang do Dili jezdza minibusy z dwoch jakichs biur podrozy, ale nikt nie potrafil mi wskazac prawidlowej lokalizacji tych dwoch biur. Poprosilem w koncu managera mojego hotelu, aby zadzwonil do jednego z tych dwoch biur i zapytal, czy moge jechac dnia nastepnego do Dili. Uczynil to, jednak nie mial dla mnie dobrych wiesci - brak wolnych miejsc w ktorymkolwiek z 8 minibusow jadacych nazajutrz do Dili. Rece mi opadly. Postanowilem wziac sprawy w swoje rece. Zdobylem w koncu adres agencji turystycznej majacej minibusy do Timoru Wschodniego i pojechalem do jej siedziby osobiscie. Okazalo sie, ze faktycznie maja komplet pasazerow. Probowalem ich podejsc na rozne sposoby, ale byli nieugieci. Zgodzili sie jedyne wpisac mnie na liste rezerwowa i powiedzieli, abym zadzwonil jeszcze tego dnia wieczorem - moze ktorys z pasazerow zrezygnuje z biletu i moze uda mi sie wskoczyc na czyjes miejsce. Byl to jakis plan, ale nie wierzylem w jego powodzenie. Ja chcialem za wszelka cene wyjechac z Kupang 3 stycznia. Zaczalem wiec zbierac informacje na temat publicznych srodkow transportu jadacych w strone granicy z Timorem Wschodnim i po kilku godzinach juz wiele wiedzialem na ten temat. Bylem juz praktycznie zdecydowany na jazde w nieznane autobusem publicznym. Nie moglem jednak byc pewien zarowno tego, o ktorej odjedzie ten autobus, jak i czasu przejazdu. Glownie dlatego, ze nikt nie umial mi odpowiedziec na te pytania. Jednak wieczorem postanowilem sprobowac raz jeszcze w agencji turystycznej i zadzwonilem tam. W ten sposob udalo mi sie zdobyc bilet do Dili rzutem na tasme, poniewaz wlasnie jedna osoba zrezygnowala z podrozy. Udalo mi sie. Ten fakt zdecydowanie poprawil mi humor.

Podroz z Kupang do Dili (okolo 400 km) zajela ponad 12 godzin. Nie bylbym w stanie pokonac tego dystansu publicznymi srodkami transportu w jeden dzien. Szczegolnie, ze przejscie graniczne miedzy Indonezja a Timorem Wschodnim jest zamykane po poludniu. Jednym slowem mialem sporego farta. Kontrola paszportowa na granicy po stronie indonezyjskiej przebiegla bardzo sprawnie. Po stronie timorskiej kazdy z pasazerow musial kupic wize timorska wazna na 30 dni i kosztujaca 30 dolarow, po czym ruszylismy w dalsza podroz w strone Dili. Droga wiodla wzdluz stromego, urwistego wybrzeza. Co chwile mijalismy jakas mala wioske z domami zbudowanymi z gliny, bambusa, trzciny i innych bardzo prostych materialow budowlanych. Zadna z tych wiosek nie miala pradu ani biezacej wody. Zwykle wokol kazdego z tych malych domow biegaly jakies dzieci. Szwedalo sie tez kilka koz lub kur, czasem mozna bylo zobaczyc jakas swinie. Obraz nedzy i rozpaczy. Timor Wschodni jest jednym z najmlodszych krajow na swiecie i jednoczesnie najbiedniejszym krajem Azji. Ekonomia tego kraju jest na tyle slaba, ze nie pozwala Timorowi Wschodniemu na posiadanie... swojej wlasnej waluty. Oficjalna waluta tego panstwa jest dolar amerykanski. Timor Wschodni w ostatnim dziesiecioleciu mial bardzo burzliwe losy. Jednak poczatkowo (kilkaset lat temu) byla to jedna z najdalszych portugalskich kolonii, niczym nie wyrozniajaca sie wsrod innych kolonii tego krolewstwa. Gdy Indonezja uzyskala niepodleglosc po 1945 roku, panstwo to zajelo takze Timor Wschodni. Jednak Timor Wschodni zawsze byl traktowany po macoszemu przez wladze w Jakarcie. Od samego poczatku w miejscowej ludnosci rosl bunt, jednak kazda proba wyrazenia swojej dezoprobaty, byla zwykle brutalnie i krwawo tepiona przez armie indonezyjska. W koncu nadszedl rok 1999, ktory okazal sie byc przelomowym dla losow wszystkich Timorczykow. W tym roku na cmentarzu Santa Cruz, glownej nekropolii w Dili, miala miejsce calkiem pokojowa demonstracja studentow. Jednak nie przypadla ona do gustu armii indonezyjskiej, ktora postanowila ja krwawo stlumic. Oficjalnie zginelo wtedy okolo 100 osob, ale nieoficjalne dane sa kilkakrotnie wyzsze. To wydarzenie pewnie przeszlo by bez echa i zostaloby zamiecione pod dywan jak wiele innych tego rodzaju zdarzen. Jednak w czasie tej masakry zginal pewien cywil z Nowej Zelandii i australijski dziennikarz - podobno jedyny zagraniczny zurnalista obecny wtedy w Timorze Wschodnim. Dzieki takiemu zbiegowi okolicznosci, sprawa nie mogla przejsc bez echa i wreszcie wiele organizacji miedzynarodowych postanowilo pomoc Timorczykom. Jeszcze w tym samym roku odbylo sie referendum, w ktorym ponad 80% ludnosci zadeklarowalo chec uzyskania niepodleglosci. Wladze Indonezji nie mialy wyjscia i w 2002 ostatni oddzial armii indonezyjskiej opuscil Timor Wschodni. 20 maja 2002 roku sekretarz generalny ONZ, Kofi Anan, przybyl do Dili, aby podpisac dekret potwierdzajacy narodziny nowego, suwerennego panstwa o nazwie Timor Wschodni. Ten dzien jest swietem narodowym panstwa. Minie jednak jeszcze wiele czasu, zanim ten kraj zacznie normalnie funkcjonowac. Obecnie ulice Dili i wiekszosc drog w kraju patrolowanych jest przez setki lub moze nawet tysiace (nie przesadzam) patroli ONZ, dolar amerykanski wciaz jest oficjalna waluta Timoru Wschodniego, a z Dili mozna poleciec samolotem jedynie do 3 miejsc na swiecie: Denpasar, Singapuru i Darwin. Wiekszosc ulic w miescie posiada asfalt, ale ich pobocza w czasie deszczu przypominaja blotniste bajora. Na trawnikach w centrum miasta pasa sie krowy, kozy, a liczne swinie wyjadaja resztki smieci z rynsztokow. Kilka razy dziennie wylacza sie prad, zagraniczne telefony komorkowe nie dzialaja, a predkosc z jaka dziala internet, przyprawia o zawrot glowy! Tutaj na nikim nie robi to zadnego wrazenia, wszyscy sa bardzo mili i uprzejmi (o wiele bardziej niz w innych czesciach wschodniej Indonezji) i wydaje sie, ze sa bardzo szczesliwi z tego powodu, ze maja swoje wlasne panstwo, wlasne wladze, flage itp.

Cel mojej wizyty w Timorze Wschodnim, to przede wszystkim chec wyrobienia nowej wizy indonezyjskiej, poniewaz stara wiza konczyla sie 10 stycznia. Dlatego tez wczesnym rankiem w poniedzialek (4 stycznia) poszedlem do ambasady Indonezji, aby zlozyc wniosek o wize. Nie sadzilem, ze caly proces aplikacji bedzie mial absurdalny charakter. Poczatkowo moj wniosek zostal odrzucony. Przyczyna bylo to, ze byl on wypelniony niebieskim dlugopisem, a powinien byc wypelniony czarnym. Oczywiscie nigdzie nie bylo zadnych informacji na ten temat. Nastepnie kazano mi napisac obszerne podanie do konsula, w ktorym musialem wyjasnic cel, dla ktorego ubiegam sie o wize oraz powod mojej wizyty w Indonezji. Po tym wszystkim niewiele brakowalo, a moj wniosek zostalby odrzucony po raz kolejny. Dlaczego? Otoz moje zdjecie bylo wykonane na bialym tle, a przepisy w tej ambasadzie mowia, ze zdjecie dolaczone do wniosku ma byc na.... czerwonym tle. Szkoda, ze nie na fioletowym, albo na zoltym w czerwona kratke... Absurd nad absurdy! Na nic zdaly sie moje wyjasnienia, ze przeciez juz 2 razy wyrabialem wize indonezyjska i zdjecie na bialym tle bylo zawsze honorowane. Zostalem dobitnie poinformowany, ze ambasada w Dili ma takie, a nie inne przepisy i jesli mi sie one nie podobaja, to przeciez nie musze aplikowac o wize. W drodze wyjatku zgodzono sie przyjac moje zdjecie na bialym tle, ale zaznaczono, ze w momencie odbioru wizy mam obowiazek dostarczyc zdjecie wykonane na czerwonym tle. Jeszcze tego samego dnia poszedlem do fotografa i zrobilem zdjecie na czerwonym tle. Dostarczylem je od razu do ambasady, zeby nie bylo potem zadnych nieporozumien. Skoro mialem juz termin odbioru wizy, to postanowielm zaczal zalatwiac moj powrot do Kupang. Poszedlem do znanej mi juz agencji turystycznej i tym razem nie mialem juz klopotow z kupnem biletu powrotnego, poszlo calkiem sprawnie. Tym razem nie mam juz zamiaru wracac do zachodniej czesci Indonezji statkiem, chce przeleciec samolotem. Rozpoczalem wiec zmudny proces poszukiwania jakiejkolwiek agencji turystycznej mogacej mi pomoc w kupnie biletu lotniczego z Kupang na Bali lub na Jawe. Znalezienie takiej agencji graniczylo - jak sie okazalo - z cudem! Chodzilem tak od jednego biura do drugiego i do kolejnego. Prawie wszedzie dostawalem odmowna odpowiedz. Argumentacje byly rozne - nie sprzedaja biletow lotniczych na wyloty z Kupang bo: sprzedaja tylko na wylot z Dili; maja zbyt slabe lacze internetowe; nie maja podpisanych umow z liniami indonezyjskimi; nie maja systemu rezerwacji; nie sprzedaja, bo nie; nie ma szefa, a tylko on potrafi sprzedac taki bilet i nie wiadomo kiedy wroci; "co? slucham? nie rozumiem o co panu chodzi" i tym podobne odpowiedzi. Po kilku godzinach poszukiwan bylem calkiem zrezygnowany, zly i czulem wszechobecna bezsilnosc. W koncu zaszedlem do biura, gdzie kupilem bilet na minibusa do Kupang i poprosilem o rade. Poradzili mi, aby pojsc do pewnej agencji turystycznej, w ktorej tego dnia jeszcze nie bylem. To miejsce wydawalo sie byc ostatnia deska ratunku. Wszedlem tam na miekkich nogach, ale szef biura powital mnie z szerokim usmiechem. Czyzby mialo sie powiesc, pomyslalem... Powiedzial, ze nie powinno byc najmniejszego problemu z kupnem takiego biletu dla mnie, ale... juz nie dzis! Nie, poniewaz to nie jego biuro bedzie fizycznie dokonywac zakupu biletu, lecz jego wspolnik, ktory ma biuro na.... Bali. Ze wzgledu na roznice czasu, biuro na Bali jest juz zamkniete. Poprosil mnie, abym zostawil moje dane, on w miedzyczasie napisze na Bali i postara sie zrobic dla mnie rezerwacje. Poprosil, abym przyszedl nazajutrz z samego rana i wtedy powinno sie juz udac. Jak radzil, tak tez uczynilem i 5 stycznia z samego rana zjawilem sie ponownie w tym uczynnym biurze. Ten mily czlowiek zrobil rezerwacje na moje nazwisko na loty trzema roznymi liniami - od najtanszej po najdrozsza opcje. Wybralem oczywiscie opcje najtansza. Wlasciciel biura stwierdzil, ze zaraz wyda mi bilet. Od tej chwili, do momentu, gdy juz mialem bilet w rece minely..... bagatela.... 2 godziny. Okazalo sie bowiem, ze na Bali wlasnie zaczela sie... przerwa na lunch i trzeba zaczekac prawie godzine. Nastepnie, ze wzgledu na niewiarygodnie slabe i wolne lacze internetowe, caly proces finalizowania transakcji na linii Dili - Bali zajal kolejna godzine. Ja w tym czasie mialem wrazenie, ze juz nigdy tego biletu nie otrzymam. Az w koncu sie udalo i mam bilet na lot z Kupang do Surabaya na 8 stycznia.

Dzis udalo mi sie w koncu odebrac wize z ambasady i mam nastepujacy plan: 7 stycznia rano jade do Kupang, tam spedzam ostatnia noc na wyspie Timor i nastepnego dnia wsiadam w samolot, ktory przetransportuje mnie do cywilizacji. Do tej cywilizacji, ktorej tak bardzo mi brakuje od ponad miesiaca. Co dalej? Jeszcze nie wiem, pomysle o tym jutro lub w trakcie lotu.

Pozdrawiam, Darek


KILKA DNI CALKOWITEGO RELAKSU

Gili Trawangan 15.01; godz 10:00


Podroz powrotna z Dili do Kupang zajela mi ponad 13 godzin. Chwilami mialem wrazenie, ze kierowca chyba dopiero wczoraj odebral prawo jazdy. Jechal bardzo niepewnie i powoli. Gdy juz zapadl zmrok, srednia predkosc tego minibusa wynosila okolo 30-40 km/h! Po dotarciu do Kupang, bylem tak zmeczony, ze nawet nie mialem sily jesc - od razu poszedlem spac. Nastepnego dnia, 8 stycznia mialem bardzo wczesna pobudke i udalem sie taksowka motorowa na lotnisko, na moj lot do Surabaya. Wylot byl opozniony o ponad pol godziny, jednak ladowalem w Surabaya planowo. Prosto z lotniska udalem sie na dworzec autobusowy, gdyz zaplanowalem, ze jeszcze raz odwiedze Bali (tym razem polnocna czesc wyspy) oraz wyspe Lombok. Komunikacja publiczna na Jawie ma jeden duzy plus - na polaczenie autobusowe nie czeka sie zwykle dluzej niz 5-10 minut. Tak bylo i tym razem - wsiadlem w pierwszy lepszy autobus i udalem sie na wschod Jawy. Tego dnia chcialem dotrzec do Ketapang, portu z ktorego plywa prom na Bali. Niestety nie bylo bezpodredniego autobusu do Ketapang, wiec pojechalem z przesiadka w Probolinggo. Dojechalem do Ketapang juz dawno po zmroku - zmeczony i bardzo glodny. Na przeciwko portu byl supermarket. Na ten widok powrocily mi sily witalne - prawdziwy supermarket z polkami, duzym wyborem towarow i... cenami. To niby takie nic, ale po ponad miesiacu spedzonym we wschodniej Indonezji, takie rzeczy jak supermarket z autentycznymi cenami, na prawde potrafia cieszyc. W niektorych miejscach we wschodniej czesci kraju mialem nierzadko problem z kupnem podstawowych produktow. A placilem za nie tyle, ile zazadala pani za lada. Sadze, ze jako obcokrajowiec czesto placilem wyzsza cene niz lokalni mieszkancy.

Po uzupelnieniu zapasow, wkroczylem na prom i po okolo 45 minutach rejsu bylem znow na Bali w porcie Gilimanuk. Przesunalem moj zegarek o 1 godzine do przodu (roznica czasu miedzy wyspami) i nagle okazalo sie, ze zbliza sie polnoc! Tym razem chcialem ominac zatloczone i glosne poludnie Bali i zamierzalem odwiedzic mala, cicha miejscowosc, Lovina. Poszedlem wiec na dworzec autobusowy, znajdujacy sie tuz przy porcie w Gilimanuk, ale o tej porze w srodku nocy byla mala szansa na to, ze znajde jakis transport do Lovina. Na dworcu stalo kilka minibusow i krecilo sie kilku mezczyzn (byc moze kierowcow). Stal tez jeden duzy autobus. Zapytalem czy pojedziemy dzis do Lovina. W odpowiedzi uslyszalem, ze pojedziemy jesli zbierze sie minimum 10 osob. W praktyce oznaczalo to, ze dzis nie pojedziemy, bo przeciez byla juz prawie polnoc. No chyba, ze zaplace za te 9 nieistniejacych osob. Jednak nie mialem zamiaru tego robic. Zapytalem wiec czy moge poczekac na te 9 osob wewnatrz autobusu. Okazalo sie, ze moge. To byl moj plan... Wszedlem do srodka, usadowilem sie wygodnie w pozycji lezacej na tylnej kanapie autobusu i zasnalem w mgnieniu oka. Przez cala noc nikt mnie nie budzil, ani tez nie mial pretensji o to, ze spie wewnatrz autobusu. Obudzilem sie rano calkiem wyspany i pojechalem do Lovina pierwszym, publicznym minibusem. Lovina to mala miescina na polnocnym wybrzezu Bali. Panuje tam zupelnie inna atmosfera niz w Kuta na poludniu - cisza, spokoj, jedna glowna droga, dwie boczne przecznice, kilka hoteli, restauracji, sklepow z pamiatkami i ciemna wulkaniczna plaza - to wszystko. Ceny o wiele nizsze niz w Kuta i praktycznie brak natarczywych facetow nagabujacych o hotel, transport lub kupno pamiatki. W Lovina spedzilem 2 pelne dni i 2 noce. Przez ten czas nie robilem praktycznie nic. Postanowilem porzadnie poleniuchowac i najesc sie do syta dobrym i kalorycznym jedzeniem. Dodatkowo pogoda nie byla zbyt sprzyjajaca na jakiekolwiek wycieczki, bylo pochmurno, wietrznie i deszczowo.

Po 2 dniach odpoczynku , postanowilem ruszyc w kierunku wyspy Lombok. Najpierw pojechalem z Lovina do Singaraja, drugiego pod wzgledem wielkosci miasta na Bali, gdzie przesiadlem sie na kolejny autobus, ktory zabral mnie do Amlapura. Podroz odbywala sie malownicza droga, biegnaca wzdluz polnocnego i wschodniego wybrzeza wyspy. Co chwila mijalem szerokie zatoki z ciemnymi (chwilami czarnymi) plazami z piasku wulkanicznego. Po okrazeniu od wschodu wulkanu Agung (najwyzszego szczytu na Bali), dotarlem do Amlapura. Stad zostalo juz tylko okolo 20 kilometrow do Padangbai - portu, z ktorego odplywa prom na Lombok. Niestety, sam port znajduje sie 3 kilometry od glownej drogi, na ktorej wysiadlem z autobusu. Brakujaca odleglosc pokonalem na piechote. Tego dnia tracilem bardzo duzo czasu na przesiadki. W porcie okazalo sie, ze najblizszy prom jest prawie za 2 godziny. Musialem poczekac. Rejs na Lombok dluzyl mi sie niemilosiernie, a trwal ponad 5 godzin. Do tego morze bylo bardzo wzburzone, a sam prom byl niewielkich gabarytow. Kolysalo nim dosc mocno. Gdy doplynalem do Lembar, glownego portu na wyspie Lombok, bylo juz ciemno. Po zejsciu na lad otoczyla mnie grupa naganiaczy i natretnych taksowkarzy, chcacych zawiezc mnie do Mataram (najwiekszego miasta na wyspie) za jakies niewiarygodnie wysokie kwoty. Jak wiadomo, w wiekszosci miejsc w Azji, a w takim miejscu szczegolnie, ceny transportu i noclegow zwykle rosna po zmroku. Na szczescie dowiedzialem sie, ze w Lembar jest jakis marny, tani hotel. Postanowilem w nim spedzic noc i poszukac szczescia dnia nastepnego rano. Noc byla meczaca. Po pierwsze dlatego, ze obok byl meczet i co chwile budzil mnie muezin wzywajacy na modlitwe. Dodatkowo tuz za hotelem byly jakies moczary, idealne siedlisko dla plagi komarow. Te owady atakowaly mnie non stop przez cala noc. Rano - niewyspany i pogryziony - pojechalem do Mataram i tam przesiadlem sie na kolejnego minibusa w strone Bangsal, portu, z ktorego odplywaja lodzie na wyspy Gili. Generalnie ludzie na wyspie Lombok sa (mowiac delikatnie) najmniej przyjazni w stosunku do turystow, porownujac z innymi rejonami Indonezji. Maja bardzo lekcewazace i roszczeniowe podejscie do obcokrajowcow, staraja sie oszukiwac na kazdym kroku. Nawet kupujac wode mineralna, trzeba sie ostro targowac, bo zadaja niebotycznych kwot. Za transport i noclegi kaza sobie placic kwoty kilkukrotnie zawyzone. Szczegolnie w takich miejscach jak Lembar, Mataram, Senggigi. Sa to miejscowosci, w ktorych turysci zwykle nie zatrzymuja sie zbyt dlugo, jadac tranzytem z Bali w strone wysepek Gili. Dlatego tez lokalni mieszkancy chca za wszelka cene ugrac dla siebie tyle ile tylko sie da. Przy tym sa bardzo irytujacy swoim zachowaniem.

Rajskie wysepki Gili (Air, Meno, Trawangan) to 3 male wyspy, lezace u polnocnych wybrzezy Lomboku. Kazda z tych wysp otaczaja rafy koralowe i jest to idealne miejsce dla fanow nurkowania lub snorkelingu. Wiele dla siebie znajda tu tez ci, ktorzy lubia windsurfing, a takze osoby poszukujace ciszy i spokoju. Na Gili nie ma w ogole drog asfaltowych, ani komunikacji zmotoryzowanej. Kazdy kto tu przybywa, moze liczyc jedynie na swoje nogi. Ewentaulnie mozna wypozyczyc rower lub skorzystac z transportu dwukolowym zaprzegiem konnym. Kilka razy dziennie na kazda z tych wysp kursuje lodz z Bangsal. Odplywa ona wtedy, gdy zbierze sie komplet (okolo 20 osob). Gili Trawangan lezy najbardziej na zachod, jest najwieksza i dysponuje najwieksza iloscia hoteli i restauracji. Posiada takze kilka kafejek internetowych, kilka hoteli o bardzo wysokim standardzie, prywatna klinike medyczna, a nawet jeden bankomat. Gili Meno lezy po srodku, jest najmniejsza z tych 3 wysp. Ma najmniej rozbudowana baze noclegowa i jest tam najspokojniej. Gili Air jest nieco wieksza niz Meno i jest tam troche wiecej hoteli o zroznicowanym standardzie. Cala wyspe mozna obejsc w niecale 2 godziny. Ja najpierw poplynalem na Gili Air, gdzie spedzilem 2 dni i 2 noce nie robiac zupelnie nic poza leniuchowaniem i odpoczynkiem. W dalszej kolejnosci przedostalem sie na Gili Trawangan i tu takze spedzilem 2 dni. Pierwszego dnia w dalszym ciagu odpoczywalem. Dzis jednak postanowilem zerknac pod wode. Zapisalem sie na kilkugodzinna wycieczke lodzia po okolicznych wodach pelnych raf koralowych. Kazdy z uczestnikow wycieczki otrzymal maske, rurke i pletwy. Po drodze lodz zatrzymywala sie w 4 miejscach w niedalekiej odleglosci od brzegu. Tam tez mozna bylo poplywac (podryfowac) po powierzchni wody w masce, aby podziwiac bogactwo i roznorodnosc podwodnego swiata. Tego dnia nie mialem szczescia do pogody. Bylo bardzo pochmurno i co chwile padal deszcz. Mysle, ze w czasie slonecznego dnia, wszystko to wyglada o wiele inaczej, ladniej. Ale i tak nie mam co narzekac - zobaczylem bardzo ladna rafe koralowa, na ktorej zyje ogromna ilosc przeroznych, kolorowych, egzotycznych ryb. Jaskrawo ubarwione, waskie ryby plywaly wokol mnie, a koralowce falowaly rytmicznie. Przepiekny widok. Widok, ktory do tej pory znany byl mi jedynie z filmow dokumentanych. W agencji turystycznej mowiono mi, ze przy odrobinie szczescia, bedzie mozna spotkac wielkie zolwie wodne. Tym razem tego szczescia mialem za malo. Moze innym razem. I tak nie moge zbyt wiele narzekac, bo jest tu przeslicznie. Moj pobyt w tym przepieknym miejscu powoli dobiega konca. Jutro rano wracam juz na Lombok, konretnie do Mataram.

Pozdrawiam, Darek


Z DESZCZU W UPAL NA BORNEO

Kuching 20.01; godz 20:00


Po kilku dniach relaksu i odprezenia, jaki mialem na wyspach Gili, 16 stycznia wrocilem na Lombok i udalem sie do najwiekszego miasta na tej wyspie, mianowicie Mataram. Mialem caly dzien do zagospodarowania w tym miejscu. Nie ma tam praktycznie zadnych atrakcji turystycznych, wiec wiekszosc dnia przesiedzialem w kafejce internetowej, nadrabiajac zaleglosci korespondencyjne.
Wylot z Mataram mialem o 6 rano dnia nastepnego. Skoro musialem byc na lotnisku grubo przed switem, nie bylo sensu isc do hotelu, wiec po polnocy udalem sie ojekiem (taksowka motorowa) na lotnisko i tam spokonie czekalem az otworza sale odlotow. Po nadaniu bagazu, okazalo sie, ze moj samolot jest opozniony ponad 1 godzine z przyczyn technicznych. No tak - jak nie mozna logicznie wytlumaczyc przyczyn opoznienia, to zwykle zwala sie na sprawy techniczne. Na pogode tym razem nie dalo sie zwalic, bo bylo slonecznie :)

To byl moj ostatni dzien pobytu w Indonezji, gdyz z Lomboku udalem sie (z przesiadka w Jakarcie) do Pontianak na Borneo. Po przylocie, musialem sie jakos dostac do miasta, jednak taksowki byly niewyobrazalnie drogie. Postanowilem poszukac jakiegos tanszego transportu publicznego. Z poczatku wszyscy mowili, ze takowego nie ma. Tego rodzaju triki zdazylem juz poznac po 2 miesiacach pobytu w Indonezji. W koncu (z pomoca jakiegos uczynnego czlowieka) udalo mi sie odszukac przystanek minibusow, ktore jezdza do Pontianak. Pokonanie dystansu okolo 15 kilometrow do miasta, zajelo mi sporo ponad godzine! Po przyjezdzie odszukalem od razu siedzibe firmy transportowej, ktora posiada nocne autobusy do Kuching w malezyskiej czesci Borneo. Gdy juz kupilem bilet do Malezji okazalo sie, ze mam okolo 6 godzin do odjazdu autobusu. Mialem wiec sporo czasu, aby poznac to zupelnie nieturystyczne miasto jakim jest Pontianak. Jest to miasto zamieszkale przez kilkaset tysiecy osob i lezy u ujscia rzeki Sungai Landak do Sungai Kapuas. MIasto to bardzo pozytywnie mnie zaskoczylo podczas mojego krotkiego pobytu w nim, gdyz jest ono inne niz wiekszosc duzych miast w Indonezji. Chodzi mi tu przede wszystkim o podejscie ludzi do turystow. W Pontianak wiekszosc osob jest bardzo zyczliwa, mila i uprzejma. Wszyscy zewszad mnie pozdrawiali i sie ze mna witali. Ale te ich pozdrowienia byly szczere i zyczliwe, a nie natarczywe, jak w innych czesciach kraju - tylko po to by zwrocic na siebie uwage, a noz da sie cos zarobic na turyscie lub w jakis sposob go oszukac na mala kwote... W Pontianak ludzie sa zupelnie inni, bo nie sa oni przyzwyczaeni do obecnosci turystow i rzadza pieniadza nie zmienila ich na gorsze. Jeszcze jedna rzecz rzucila mi sie w oczy. Jesli mozna w ogole uzyc takiego sformulowania jak "czyste indonezyjskie miasto" (gdyz taka sytuacja jest praktycznie nie mozliwa), to Pontianak jest wlasnie takim wzglednie czystym miastem.

Po bardzo szerokiej rzece kursuja wielkie statki pasazerskie i towarowe, a oba brzegi miasta laczy duzy pasazersko - samochodowy prom.  Dla mnie, jako geografa Pontianak jest tez ciekawym miejscem, poniewaz lezy idealnie na rowniku. Co prawda rownik przebiega tu okolo 3 kilometry na polnoc od centrum, ale wciaz w granicach administracyjnych miasta. Jesli ktos chce zapytac o droge do wielkiego monumentu stojacego w miejscu przebiegu rownika, to pytajac o "equator" kazdy zwykle wzrusza ramionami i ta nazwa nikomu nic nie mowi. Tu nalezy pytac o "khatulistiwa", gdyz to jest lokalna nazwa rownika. Slowo to zaczerpniete jest z jezyka arabskiego. Dwa razy w roku, gdy slonce goruje w zenicie nad rownikiem (21 marca i 23 wrzesnia), tlumy mieszkancow Pontianak zmierzaja w kierunku monumentu, aby celebrowac ten wyjatkowy moment i moc doswiadczyc chwili, gdy czlowiek stojacy tego dnia na rowniku nie rzuca zadnego cienia. Po krotkiej sesji zdjeciowej na rowniku, wrocilem do centrum miasta i juz po kilku chwilach bylem w drodze w kierunku granicy indonezyjsko - malezyjskiej.
Wreszcie, nad ranem, dnia 18 stycznia wjechalem do Malezji. Dlugo czekalem na ten moment, bo 2 miesiace spedzone w takim kraju jak Indonezja, na prawde mnie zmeczyly...

Malezyjska czesc Borneo, podzielona jest pomiedzy dwie autonomiczne prowincje: Sarawak na zachodzie i Sabah na wschodzie. Miedzy nimi lezy malenki sultanat Brunei. Prowincje te maja na tyle duza autonomie, ze wjezdzajac do nich (nawet z ladowej czesci Malezji), dostaje sie zupelnie osobne pieczatke do paszportu, tak jakby sie wjezdzalo do innego kraju. Po przekroczeniu granicy, po okolo 1 godzinie jazdy szeroka, rowna, wygodna droga dwupasmowa, dotarlem do Kuching - najwiekszego miasta w Sarawak. Tego dnia pogoda byla wyjatkowo niesprzyjajaca. Nad glowa wisialy ciemne, ciezkie chmury i padal rzesisty deszcz. Chwilami ulewa byla tak mocna, ze wszyscy ludzie na ulcy chowali sie pod okolicznymi dachami. Po znalezieniu taniego hostelu, udalem sie na spacer po miescie. Kuching nazywane jest miastem kotow. W kilku miejscach miasta, znajduja sie strasznie kiczowate pomniki wielkich, jasnych kotow. Udalo mi sie obejrzec trzy z nich. Poza tym w Kuching zamieszkuje bardzo liczna mniejszosc chinska. Wiekszosc napisow w miescie (na szyldach, tablicach informacyjnych, nazwy ulic) jest dwujezyczna: po malezyjsku i po chinsku. Odwiedzilem takze dwie chinskie swiatynie: Tua Pek Kong oraz Hong San. Obie znajduja sie oczywiscie w chinskiej dzielnicy. Nastepnie przeplynalem lodzia wioslowa na drugi brzeg rzeki Sungai Sarawak i zwiedzilem Fort Margherita. Fort ten zostal zbudowany pod koniec XIX wieku i mial chronic miasto przed piratami. Obecnie miesci sie tam muzeum policji. Pospacerowale takze bulwarami rzecznymi i odwiedzilem swiatynie Sikhow oraz wielki meczet miejski. Ma on kolor rozowy i zwienczony jest zlotymi kopulami. Wokol meczetu znajduje sie stary cmentarz muzulmanski. Nestety, ulewny deszcz, ktory pod wieczor jeszcze bardziej przybral na sile, nie pozwolil mi na zobaczenie wiekszej ilosci miejsc w Kuching.

Nastepnego dnia mialem w planie wyjazd do Parku Narodowego Bako, okolo 20 kilometrow na polnoc od Kuching. Patrzac jednak na te ilosci wody lejacej sie z nieba, nie wiedzialem czy dane mi bedzie tam dotrzec. Kladac sie spac, mialem plan awaryjny, ktory przewidywal pozostanie caly dzien w Kuching, jesli wciaz by lalo. Gdy obudzilem sie 19 stycznia, na zewnatrz bylo wciaz pochmurnie, ale juz nie padalo. Pomyslalem, ze sproboje pojechac do Parku Bako. Jesli zacznie lac, to najwyzej wroce. Gdy dotarlem lokalnym autobusem do Bako Bazaar, skad odplywaja lodzie do siedziby Parku, przez chmury zaczelo lekko przeswitywac slonce. Po zarejestrowaniu sie na recepcji i uiszczeniu oplaty za wstep, wsiadlem do lodki i (wraz z 3 innymi osobami) ostatnie 8 kilometrow do siedziby Parku pokonalem droga ladowa. Po zakwaterowaniu sie w spartanskim hostelu, postanowilem zapoznac sie z okolica. Wtedy juz swiecilo slonce. Bako, to jeden z najstarszych i najbardziej popularnych parkow narodowych w Malezji. Polozony on jest na wydatnym polwyspie. Park jest znany przede wszystkim z pieknych zatok, ktore wypelniaja jeszcze piekniejsze plaze o kolorze zolto - pomaranczowym. Chroni sie w nim takze gesty las deszczowy, liczne lasy namorzynowe oraz strome klify piaskowcowe. Wsrod przedstawicieli fauny najbardziej popularne sa tu rozne gatunki makakow, wezy, nosacze oraz dzikie swinie. Charakterystycznym zjawiskiem wystepujacym w tej czesci wybrzeza sa rowniez wysokie plywy. Zwykle okolo poludnia, wody morza maja niski poziom i wtedy odslaniaja sie bardzo szerokie plaze i rozlewiska leniwych strumykow, ktore wija sie po owych plazach jak weze. Wszystko to w polaczeniu z soczyscie zielona dzungla, tworzy niesamowity krajobraz. Wieczorem przychodzi przyplyw i wiekszosc plaz, ktore sa dostepne za dnia, znajduje sie pod woda.

Tego dnia udalem sie w pierwszej kolejnosc na plaze Paku (Telok Paku). Okazalo sie, ze tutejsze plaze faktycznie robia wielkie wrazenie. Piasek w kolorze lososiowym wymieszany z muszelkami, plaza ograniczona z 2 stron pionowymi, ciemnopurpurowymi klifami, porosnietymi gesta dzungla i wysokie fale z bialymi grzywami rozbijajace sie o sciany skalne... Nastepnie poszedlem na punkt widokowy Bukit Tambi. Kiedys to moze rzeczywiscie byl punkt widokowy. Obecnie platforma widokowa jest tak zarosnieta, ze niewiele z niej widac. Podazajac dalej okreznym szlakiem Lintang, dotarlem do plazy (Telok) Delima, znanej z niewielkiego klifu, ale przede wszystkim z gestych zarosli namorzynowych. Jest to forma lasu i krzaczastych zarosli wystepujacych na plazy i w bliskim sasiedztwie morza. W czasie przyplywu korzenie tych roslin oraz dolne czesci ich pni znajduja sie pod woda.

Ostatnim moim przystankiem tego dnia byl Tanjung Sapi - punkt widokowy na wysokim klifie, z ktorego swietnie widac dluga i szeroka plaze (Telok) Assam, znajdujaca sie tuz przy siedzibie Parku. Dzien chylil sie juz ku koncowi, wiec wrocilem do hostelu i po kolacji zapadlem w gleboki sen.

Dzisiejszego dnia (20 stycznia) opuscilem juz Park, ale zanim do tego doszlo, poszedlem jeszcze na krotki spacer w kierunku dwoch (prawdopodobnie) najladniejszych plaz: Telok Pandan Besar i Telok Pandan Kecil. Na pierwsza z nich nie da sie zejsc. Szlak konczy sie na krawedzi pionowego, wysokiego klifu, skad mozna podziwiac przepiekny widok na cala plaze i rzeke o zlotym zabarwieniu wijaca sie po plazy. Na plaze Kecil mozna juz zejsc i w pelni rozkoszowac sie niesamowitym widokiem wokol. Ze wschodniego skraju tejze plazy widoczny jest w oddali wysoki grzyb skaly, wyrastajacy wprost z morza. Aby wrocic do siedziby Parku, trzeba pokonac dlugie, strome podejscie, a pozniej, wcale nie latwiesze, zejscie. Odcinek ten wycisnal ze mnie siodme poty. Szczegolnie, ze szlak wiedzie wsrod wysokich i sliskich korzeni. Po ostatnich, obfitych opadach deszczu, przestrzenie miedzy tymi korzeniami zamienily sie w blotniste bajora. Po lunchu w siedzibie Parku, wrocilem lodzia do Bako Bazaar. Powrot nie byl jednak latwy, poniewaz poziom wody byl bardzo niski. Na tyle niski, ze w pewnym momencie sruba silnika lodzi ugrzezla w gestym mule... Sternik musial najpierw oczyscic srube z mulu, blota i smieci, a nastepnie przepchac lodz kilkadziesiat metrow, szorujac dnem lodzi po dnie. Dalej warunki byly juz sprzyjajace i mozna bylo kontynuowac ten krotki rejs do Bako Bazaar. Tym razem wrocilem do Kuching taksowka wraz z 3 innymi turystami, bo nikt nie wiedzial kiedy (i czy w ogole) przyjedzie publiczny autobus.
Po powrocie odebralem moj duzy plecak z depozytu w hostelu i po szybkim posilku udalem sie na dworzec autobusowy. Dzis poznym wieczorem wyjezdzam nocnym autobusem do Sibu, okolo 400 km na polnoc. Dotre tam pewnie jutro nad ranem.

Pozdrawiam, Darek

WZDLUZ WSCHODNIEGO WYBRZEZA INDII

Pondicherry 06.03; godz 13:00


Tak jak zaplanowalem, spedzilem w Unawatuna 2 dni. Drugiego dnia pojechalem jedynie do Galle, jednego z wiekszych miast na poludniu Sri Lanki. Znajduja sie tam ciekawe mury obronne fortu zbudowanego w XVII wieku przez Holendrow. Mury te otaczaja niemal caly polwysep wchodzacy w morze na poludniu miasta. Wewnatrz murow znajduje sie ciekawa, choc dosc zaniedbana zabudowa z czasow kolonialnych. W wielu domach zlokalizowane sa galerie sztuki i warsztaty rekodzielnictwa. Stoi tam tez stary holenderski kosciol pochodzacy z XVIII wieku. Jest on wcisniety pomiedzy ciasna zabudowe wnetrza starego fortu. Wokol tego kosciola znalezc mozna wiele starych, kolonialnych plyt nagrobnych, stoja one oparte o wewnetrzna czesc murow koscielnych. Na poludniowych krancach fortu, tuz obok latarni morskiej, stoi jeszcze jedna swiatynia, zbudowana w stylu przypominajacym wiktorianski. Kiedys rzeczywiscie byl to kosciol chrzescijanski, obecnie znajduje sie tam meczet. Obszedlem dookola cale mury, gdyz znajduje sie na nich sciezka. Tego dnia sporo osob tam spacerowalo, bo akurat byla niedziela. Idac wokol po murach, mozna podziwiac kolejne bastiony. Najciekawszym jest potezny Bastion Ksiezycowy z wysoka, posepna wieza zegarowa.

Kolejnego dnia udalem sie do Hikkaduwa, innego kurortu nad morzem. Poza polozona niedaleko rafa koralowa, nie ma w okolicy innych atrakcji turystycznych. W dodatku wiekszosc hoteli i restauracji zlokalizowana jest tam wzdluz glownej drogi prowadzacej do Colombo - przez wiekszosc dnia jest bardzo glosno. W Hikkaduwa glownie odpoczywalem w zaciszu hotelu.

Stamtad pojechalem juz do stolicy Sri Lanki i zatrzymalem sie w centrum. Jeszcze tego samego popoludnia poszedlem na spacer wzdluz promenady nad samym brzegiem oceanu, prowadzacej od parlamentu do jednego z luksusowych hoteli. Jest to ulubione miejsce rekreacyjne mieszkancow Colombo, ktorzy tlumnie wylegaja na promenade poznym popoludniem lub wieczorem. Nastepnie odwiedzilem jeszcze swiatynie Gangaramaya, jedna z najwazniejszych swiatyn buddyjskich w miescie. Na tylach swiatyni znajduje sie klasztor buddyjski. Na zacisznym dziedzincu stoi wysoka, biala stupa, a wewnatrz mozna podziwiac ciekawe posagi Buddy.

To byl juz moj ostatni wieczor na Sri Lance, gdyz nazajutrz przed poludniem pojechalem w kierunku lotniska. Dystans okolo 30 kilometrow udalo mi sie pokonac w niecale 2 godziny, ze wzgledu na korki. Po poludniu 3 marca odlecialem z Colombo do Chennai na poludniu Indii. W przeszlosci Chennai nosil nazwe Madras. Cale szczescie, ze z lotniska mozna sie dostac do centrum relatywnie szybka koleja podmiejska i nie musialem juz stac w korkach. Udalo mi sie tam dotrzec tuz przed zmrokiem i znalazlem nocleg w prostym guest housie prowadzonym przez Armie Zbawienia.

Chennai jest wielka, prawie siedmiomilionowa metropolia. Jest to rowniez malo turystyczne miasto, ubogie w atrakcje. Nastepnego dnia poszedlem jedynie zobaczyc stary fort. Spodziewalem sie czegos ciekawszego, a poza kilkoma nieatrakcyjnymi murami obronnymi niewiele mozna tam zobaczyc. Przed glownym wejsciem do historycznego fortu stoi maszt z wielka flaga indyjska, masz ten pochodzi ze starego statku handlowego. Niedaleko fortu stoi budynek sadu glownego, najwiekszy tego rodzaju obiekt w Indiach. Sposrod innych atrakcji turystycznych Chennai, na uwage zasluguja jeszcze fasady budynkow dwoch dworcow kolejowych: Central i Egmore, nawiazujace do stylu kolonialnego. I to by bylo na tyle.

Tego samego dnia udalem sie do Kanchipuram, niewielkiego miasta polozonego okolo 60 kilometrow od Chennai, nazywanego przez niektorych miastem swiatyn. Faktycznie, idac ulicami miasta, doslownie co kilkadziesiat metrow stoi mniejsza lub wieksza, mniej lub bardziej kolorowa swiatynia hinduska. Ja zdazylem odwiedzic trzy sposrod kilku najwazniejszych swiatyn w Kanchipuram. Najpierw poszedlem do swiatyni Vaikunta Perumal. Ma ona okolo 1200 lat i jest poswiecona bogowi Wisznu, a cala budowla otoczona jest wysokim murem z kolumnami w ksztalcie smuklych lwow. W dalszej kolejnosci zobaczylem swiatynie Kailasanatha, polozona na zachodnim krancu miasta. Jest to najstarsza swiatynia w okolicy (zostala zbudowana w VII wieku) i poswiecona jest ona Sziwie. Na scianach zewnatrznych swiatyni i na wewnatrznych scianach okalajacych ja murow podziwiac mozna wiele plaskorzezb, przedstawiajacych rozne sceny z zycia Sziwy i jego zony Parwati, a takze ich synow: Ganeszy i Murugana. Na wprost glownego wejscia do swiatyni znajduje sie posag wielkiego Nandi, czyli byka na ktorym jezdzil Sziwa. Tego dnia zobaczylem jeszcze jedna swiatynie, w ktorej czci sie Sziwe, polozona kilkaset metrow dalej: Sri Ekambaranathar. Powstala ona na poczatku XVI wieku, a glownym jej elementem rozpoznawalnym jest wysoka na 59 metrow gopura. Jest to rodzaj bramy, typowy dla stylu drawidyjskiego, ktory przewaza w architekturze swiatyn stanu Tamil Nadu. Bramy te maja ksztalt pionowego, smuklego trapezu o krotkich podstawach i dlugich ramionach. Dziela sie one na kilka kondygnacji, a na kazdej z nich znajduja sie zwykle rzezby przedstawiajace rozne hinduskie bostwa.

Po krotkiej, bezsennej nocy, ktora spedzilem glownie na walce z istna plaga komarow, pojechalem jednym z pierwszych autobusow do Mamallapuram, malego nadmorskiego miasteczka, gdzie dociera prawie kazdy turysta odwiedzajacy Tamil Nadu. Ale nie po to by plazowac, gdyz plaza jest tu dosc brudna i nie zacheca bynajmniej do kapieli. Glownie po to by podziwiac ladne, ciekawe, lecz mimo wszystko, troche przereklamowane antyczne swiatynie. Pierwsza z nich jest Swiatynia Nadbrzezna, poswiecona Sziwie i zbudowana pierwotnie w VII wieku. Wykuto ja z jednej bryly skalnej i reprezentuje styl architektoniczny typowy dla dynastii krolewskiej Pallava, jednak w pozniejszym czasie zostala ona przebudowana. Swiatynia ta stoi nad samym morzem i prezentuje sie ladnie szczegolnie o wschodzie i zachodzie slonca. Drugim najwazniejszym obiektem turystycznym jest kompleks pieciu swiatyn o nazwie Five Rathas. Drugi czlon nazwy oznacza swiatynie wykuta w skale w stylu drawidyjskim. Znajduje sie tu 5 swiatyn roznego ksztaltu i kazda z nich jest poswiecona innemu bogowi. Wszystkie 5 swiatyn wykuto z jednej, wielkiej, osobnej bryly skalnej. Jeszcze do niedawna, wszystkie te swiatynie skryte byly pod gruba warstwa osadow skalnych. Dopiero okolo 200 lat temu, zostaly one odkopane przez brytyjskich archeologow. W centralnej czesci miasteczka znajduje sie pagorkowaty, skalisty park z kilkoma sciezkami wsrod wieklich glazow. Mozna tam znalezc ruiny kilku starych swiatyn, a takze plaskorzezby wykonane w skalach, przedstwiajace bostwa hinduskie.

Dnia dzisiejszego pozegnalem senne Mamallapuram i udalem sie wzdluz wybrzeza Zatoki Bengalskiej dalej na poludnie - do Pondicherry. Jest to byle, francuskie, kolonialne miasto, w ktorym wciaz da sie wyczuc ta kolonialna atmosfere. W starej dzielnicy dominuja francuskie nazwy ulic, znajduje sie tam wiele starych willi w kolonialnym stylu, jak rowniez budynkow w musztardowo zoltym kolorze. Wieczorem mozna odpoczac i zjesc cos dobrego w przytulnych, kolonialnych restauracjach rozsianych po okolicy, a lokalne sklepy i bary sprzedaja bardzo tani alkohol: poczawszy od piwa, przez wina, brandy, az po rozne odmiany whisky. W centralnej czesci nadbrzeznej ulicy, niedaleko francuskiego konsulatu, stoi wielki pomnik Mahatmy Gandhi'ego. Na przeciw niego pomnik Nehru. Kilka ulic dalej znajduje sie kolonialny (kiedys bialy) ratusz. Na uwage zasluguja takze 2 koscioly chrzescijanskie w tym miescie: bialo-rozowa, zbudowana w stylu neoklasycystycznym katedra Notre Dame oraz neobarokowy kosciol Serca Chrystusa. Jeden dzien w zupelnosci wystarczy na to, aby poznac Pondicherry. Tak tez uczynilem, a jutro mam zamiar pojechac jeszcze dalej na poludnie.

Pozdrawiam, Darek


TAMILSKIE SWIATYNIE I LAMIGLOWKI JEZYKOWE

Pondicherry 06.03; godz 13:00

Tak jak zaplanowalem, spedzilem w Unawatuna 2 dni. Drugiego dnia pojechalem jedynie do Galle, jednego z wiekszych miast na poludniu Sri Lanki. Znajduja sie tam ciekawe mury obronne fortu zbudowanego w XVII wieku przez Holendrow. Mury te otaczaja niemal caly polwysep wchodzacy w morze na poludniu miasta. Wewnatrz murow znajduje sie ciekawa, choc dosc zaniedbana zabudowa z czasow kolonialnych. W wielu domach zlokalizowane sa galerie sztuki i warsztaty rekodzielnictwa. Stoi tam tez stary holenderski kosciol pochodzacy z XVIII wieku. Jest on wcisniety pomiedzy ciasna zabudowe wnetrza starego fortu. Wokol tego kosciola znalezc mozna wiele starych, kolonialnych plyt nagrobnych, stoja one oparte o wewnetrzna czesc murow koscielnych. Na poludniowych krancach fortu, tuz obok latarni morskiej, stoi jeszcze jedna swiatynia, zbudowana w stylu przypominajacym wiktorianski. Kiedys rzeczywiscie byl to kosciol chrzescijanski, obecnie znajduje sie tam meczet. Obszedlem dookola cale mury, gdyz znajduje sie na nich sciezka. Tego dnia sporo osob tam spacerowalo, bo akurat byla niedziela. Idac wokol po murach, mozna podziwiac kolejne bastiony. Najciekawszym jest potezny Bastion Ksiezycowy z wysoka, posepna wieza zegarowa.

Kolejnego dnia udalem sie do Hikkaduwa, innego kurortu nad morzem. Poza polozona niedaleko rafa koralowa, nie ma w okolicy innych atrakcji turystycznych. W dodatku wiekszosc hoteli i restauracji zlokalizowana jest tam wzdluz glownej drogi prowadzacej do Colombo - przez wiekszosc dnia jest bardzo glosno. W Hikkaduwa glownie odpoczywalem w zaciszu hotelu.

Stamtad pojechalem juz do stolicy Sri Lanki i zatrzymalem sie w centrum. Jeszcze tego samego popoludnia poszedlem na spacer wzdluz promenady nad samym brzegiem oceanu, prowadzacej od parlamentu do jednego z luksusowych hoteli. Jest to ulubione miejsce rekreacyjne mieszkancow Colombo, ktorzy tlumnie wylegaja na promenade poznym popoludniem lub wieczorem. Nastepnie odwiedzilem jeszcze swiatynie Gangaramaya, jedna z najwazniejszych swiatyn buddyjskich w miescie. Na tylach swiatyni znajduje sie klasztor buddyjski. Na zacisznym dziedzincu stoi wysoka, biala stupa, a wewnatrz mozna podziwiac ciekawe posagi Buddy.

To byl juz moj ostatni wieczor na Sri Lance, gdyz nazajutrz przed poludniem pojechalem w kierunku lotniska. Dystans okolo 30 kilometrow udalo mi sie pokonac w niecale 2 godziny, ze wzgledu na korki. Po poludniu 3 marca odlecialem z Colombo do Chennai na poludniu Indii. W przeszlosci Chennai nosil nazwe Madras. Cale szczescie, ze z lotniska mozna sie dostac do centrum relatywnie szybka koleja podmiejska i nie musialem juz stac w korkach. Udalo mi sie tam dotrzec tuz przed zmrokiem i znalazlem nocleg w prostym guest housie prowadzonym przez Armie Zbawienia.

Chennai jest wielka, prawie siedmiomilionowa metropolia. Jest to rowniez malo turystyczne miasto, ubogie w atrakcje. Nastepnego dnia poszedlem jedynie zobaczyc stary fort. Spodziewalem sie czegos ciekawszego, a poza kilkoma nieatrakcyjnymi murami obronnymi niewiele mozna tam zobaczyc. Przed glownym wejsciem do historycznego fortu stoi maszt z wielka flaga indyjska, masz ten pochodzi ze starego statku handlowego. Niedaleko fortu stoi budynek sadu glownego, najwiekszy tego rodzaju obiekt w Indiach. Sposrod innych atrakcji turystycznych Chennai, na uwage zasluguja jeszcze fasady budynkow dwoch dworcow kolejowych: Central i Egmore, nawiazujace do stylu kolonialnego. I to by bylo na tyle.

Tego samego dnia udalem sie do Kanchipuram, niewielkiego miasta polozonego okolo 60 kilometrow od Chennai, nazywanego przez niektorych miastem swiatyn. Faktycznie, idac ulicami miasta, doslownie co kilkadziesiat metrow stoi mniejsza lub wieksza, mniej lub bardziej kolorowa swiatynia hinduska. Ja zdazylem odwiedzic trzy sposrod kilku najwazniejszych swiatyn w Kanchipuram. Najpierw poszedlem do swiatyni Vaikunta Perumal. Ma ona okolo 1200 lat i jest poswiecona bogowi Wisznu, a cala budowla otoczona jest wysokim murem z kolumnami w ksztalcie smuklych lwow. W dalszej kolejnosci zobaczylem swiatynie Kailasanatha, polozona na zachodnim krancu miasta. Jest to najstarsza swiatynia w okolicy (zostala zbudowana w VII wieku) i poswiecona jest ona Sziwie. Na scianach zewnatrznych swiatyni i na wewnatrznych scianach okalajacych ja murow podziwiac mozna wiele plaskorzezb, przedstawiajacych rozne sceny z zycia Sziwy i jego zony Parwati, a takze ich synow: Ganeszy i Murugana. Na wprost glownego wejscia do swiatyni znajduje sie posag wielkiego Nandi, czyli byka na ktorym jezdzil Sziwa. Tego dnia zobaczylem jeszcze jedna swiatynie, w ktorej czci sie Sziwe, polozona kilkaset metrow dalej: Sri Ekambaranathar. Powstala ona na poczatku XVI wieku, a glownym jej elementem rozpoznawalnym jest wysoka na 59 metrow gopura. Jest to rodzaj bramy, typowy dla stylu drawidyjskiego, ktory przewaza w architekturze swiatyn stanu Tamil Nadu. Bramy te maja ksztalt pionowego, smuklego trapezu o krotkich podstawach i dlugich ramionach. Dziela sie one na kilka kondygnacji, a na kazdej z nich znajduja sie zwykle rzezby przedstawiajace rozne hinduskie bostwa.

Po krotkiej, bezsennej nocy, ktora spedzilem glownie na walce z istna plaga komarow, pojechalem jednym z pierwszych autobusow do Mamallapuram, malego nadmorskiego miasteczka, gdzie dociera prawie kazdy turysta odwiedzajacy Tamil Nadu. Ale nie po to by plazowac, gdyz plaza jest tu dosc brudna i nie zacheca bynajmniej do kapieli. Glownie po to by podziwiac ladne, ciekawe, lecz mimo wszystko, troche przereklamowane antyczne swiatynie. Pierwsza z nich jest Swiatynia Nadbrzezna, poswiecona Sziwie i zbudowana pierwotnie w VII wieku. Wykuto ja z jednej bryly skalnej i reprezentuje styl architektoniczny typowy dla dynastii krolewskiej Pallava, jednak w pozniejszym czasie zostala ona przebudowana. Swiatynia ta stoi nad samym morzem i prezentuje sie ladnie szczegolnie o wschodzie i zachodzie slonca. Drugim najwazniejszym obiektem turystycznym jest kompleks pieciu swiatyn o nazwie Five Rathas. Drugi czlon nazwy oznacza swiatynie wykuta w skale w stylu drawidyjskim. Znajduje sie tu 5 swiatyn roznego ksztaltu i kazda z nich jest poswiecona innemu bogowi. Wszystkie 5 swiatyn wykuto z jednej, wielkiej, osobnej bryly skalnej. Jeszcze do niedawna, wszystkie te swiatynie skryte byly pod gruba warstwa osadow skalnych. Dopiero okolo 200 lat temu, zostaly one odkopane przez brytyjskich archeologow. W centralnej czesci miasteczka znajduje sie pagorkowaty, skalisty park z kilkoma sciezkami wsrod wieklich glazow. Mozna tam znalezc ruiny kilku starych swiatyn, a takze plaskorzezby wykonane w skalach, przedstwiajace bostwa hinduskie.

Dnia dzisiejszego pozegnalem senne Mamallapuram i udalem sie wzdluz wybrzeza Zatoki Bengalskiej dalej na poludnie - do Pondicherry. Jest to byle, francuskie, kolonialne miasto, w ktorym wciaz da sie wyczuc ta kolonialna atmosfere. W starej dzielnicy dominuja francuskie nazwy ulic, znajduje sie tam wiele starych willi w kolonialnym stylu, jak rowniez budynkow w musztardowo zoltym kolorze. Wieczorem mozna odpoczac i zjesc cos dobrego w przytulnych, kolonialnych restauracjach rozsianych po okolicy, a lokalne sklepy i bary sprzedaja bardzo tani alkohol: poczawszy od piwa, przez wina, brandy, az po rozne odmiany whisky. W centralnej czesci nadbrzeznej ulicy, niedaleko francuskiego konsulatu, stoi wielki pomnik Mahatmy Gandhi'ego. Na przeciw niego pomnik Nehru. Kilka ulic dalej znajduje sie kolonialny (kiedys bialy) ratusz. Na uwage zasluguja takze 2 koscioly chrzescijanskie w tym miescie: bialo-rozowa, zbudowana w stylu neoklasycystycznym katedra Notre Dame oraz neobarokowy kosciol Serca Chrystusa. Jeden dzien w zupelnosci wystarczy na to, aby poznac Pondicherry. Tak tez uczynilem, a jutro mam zamiar pojechac jeszcze dalej na poludnie.

Pozdrawiam, Darek


PLAZE I GORY W KERALI

Munnar 17.03; godz 12:30


Z Trivandrum pojechalem wczesnie rano do nadmorskiej miejscowosci Varkala, polozonej okolo 50 kilometrow na polnoc. Tutejsza plaza uchodzi za najpiekniejsza w Kerali i jedna z najladniejszych w calych Indiach Poludniowych. Fakt - jej polozenie i otoczenie moze budzic zachwyt. Bardzo szeroka i dluga piaszczysta plaza umiejscowiona jest u stop stromego klifu w kolorze rudo - czerwonym. Szczegolnie o zachodzie slonca klif ten przybiera piekne barwy w wielu odcieniach czerwieni i ladnie konktrastuje z blekitem wody morskiej i bialymi balwanami fal dobijajacych do brzegu. W tym miejscu spotkalem sie z moja znajoma i spedzilem tam dwa pelne dni, odpoczywajac na plazy, a takze w milych i przytulnych knajpach na klifie.

W Kerali zdecydowanie zwolnilem tempo i przemieszczam sie o wiele wolniej niz mialo to miejsce na samym poczatku mojego pobytu w Indiach, gdy jechalem z polnocy na poludnie stanu Tamil Nadu.

Gdy juz nadszedl dzien pozegnania z Varkala, udalem sie do Kollam - malej miejscowosci polozonej o pol godzina jazdy pociagiem na polnoc. W tym miejscu 'zaokretowalem' sie na maly statek turystyczny i rozpoczalem calodniowy rejs po tzw. Backwaters. Jest to system jezior, kanalow i leniwych rzek polaczonych z soba i tworzacych bardzo malowniczy, wodny korytarz komunikacyjny. Ciagna sie one wzdluz wybrzeza Kerali na odcinku kilkudziesieciu kilometrow. Statek powoli plynal wsrod labiryntu kanalow - czasem waskich na kilkanascie metrow, innym razem wyplywal na wielkie akweny wodne, szerokie na kilka kilometrow. Brzegi, na ktorych nie rzadko cumuja male, kolorowe kutry rybackie i inne lodzie, porosniete sa gestymi gajami palm kokosowych. Co chwila przeplywalem przez malownicze wioski polozone w samym srodku tej gestwiny. Do wielu z nich mozna sie dostac jedynie droga wodna. Na brzegach wiosek zycie toczy sie bardzo leniwie: kobiety robia pranie, sprzataja lub gotuja posilki; mezczyzni naprawiaja lodzie, graja w krykieta badz tez siedza w kucki w grupach i rozmawiaja. Co chwila rozesmiane dzieci machaly i pozdrawialy turystow na statku. Nieco zamozniejsi turysci wybieraja czasem kilkudniowe rejsy po Backwaters z wykorzystaniem lodzi o wysokim standardzie, tzw 'houseboats'. Sa to wielkie lodzie, na ktorych zamocowane sa male domki (bungalowy) skonstruowane zwykle z grubej wilkiny lub trzciny. Takie lodzie wyposazone sa ponadto w kuchnie, restauracje, toalety, a niektore z nich maja nawet klimatyzacje. Po drodze mijalem wiele takich luksusowych lodzi.

Gdy dzien mial sie juz ku koncowi, a slonce wisialo nisko nad horyzontem, rejs dobiegl konca i statek przybil do malego portu w Alleppey. Tutaj zatrzymalem sie u kolejnego znajomego, ktory ugoscil mnie w swym malym guest housie. Po pysznej kolacji, poszedlem wczesnie spac.

Nastepnego dnia (15 marca) wstalem o swicie, gdyz chcialem zdazyc na jedyny poranny autobus do Kumily. Jest to male miasteczko polozone w gorach Zachodnie Ghaty, na granicy z Tamil Nadu. Gory te, to najwyzsze pasmo gorskie w Indiach Poludniowych. Ciagnie sie ono na dlugosci kilkuset kilometrow przez stany: Tamil Nadu, Kerala i Karnataka. Najwyzsze wzniesienia przekraczaja wysokosc 2500m. W dzien jest tam chlodniej niz na nizinach, a noce bywaja wrecz zimne. Lagodne stoki gorskie porosniete sa w tej okolicy licznymi plantacjami herbaty i przeroznych przypraw. Wszystkie te produkty mozna znalezc w wielu sklepach przy glownej ulicy w Kumily.

Na miejsce dotarlem po ponad 5 godzinach jazdy, glownie gorskimi serpentynami (145 km). Najpopularniejszymi formami spedzania czasu w Kumily i okolicy sa rejsy po wodach pobliskiego Jeziora Periyar, trekkingi po dzungli, jazda na sloniu lub zwiedzanie fabryki herbaty i plantacji przypraw. Przyjemnosci te nie naleza do najtanszych, szczegolnie dla obcokrajowcow, a ja juz wiele razy doswiadczylem tego rodzaju przygod podczas mojej dlugiej podrozy. Tym razem postanowilem poleniuchowac przez dalsza czesc dnia.

Kolejnego ranka, jeszcze przed switem rozpoczalem pieciogodzinna podroz autobusem do Munnar, kolejnej malej miejscowosci w gorach. Jest to prawdopodobnie najbardziej popularne miejsce upraw herbaty w Indiach Poludniowych. Centrum miasteczka zlokalizowane jest w glebokiej dolinie gorskiej nad potokiem. Wokol, gdzie okiem siegnac, rozciagaja sie geste plantacje herbaty w kolorze soczystej zieleni. Tego samego dnia, po krotkim odpoczynku po podrozy, poszedlem na krotki trzygodzinny spacer po okolicznych stokach. Szedlem szerokimi sciezkami wijacymi sie jak waz po falistych wzgorzach. Co  jakis czas mijalem kilkuosobowe grupy kobiet zrywajacych z krzewow swieze liscie herbaty. Mialy one jednak inny sposob zbierania lisci niz kobiety ze Sri Lanki. Tamte zrywaly listki rekoma, a tutejsze kobiety uzywaly do tego celu specjalnego, wielkiego sekatora, do ktorego przymocowany byl niewielki worek. Sciete liscie szybko ladowaly w tym malym worku, a gdy sie juz zapelnil, jego zawartosc byla przesypywana do wielkiego, ciezkiego wora.

Dzis, po kilku wczesnych pobudkach, jakie mialem w ostatnim czasie, postanowilem sie porzadnie wyspac. Poniekad mi sie to udalo. Okolo poludnia poszedlem znow na spacer wsrod lagodnych wzgorz i plantacji herbaty. Tym razem spacer byl nieco dluzszy niz dnia poprzedniego, jednak rownie ciekawy krajobrazowo. Dzien juz chyli sie ku koncowi i slonce powoli chowa sie za gorami. Czas sie ubrac nieco cieplej, gdyz Munnar lezy na wysokosci 1500m npm i wieczory, a szczegolnie poranki, bywaja tu chlodne.
Jutro czeka mnie kolejna bardzo wczesna pobudka i mam zamiar udac sie pierwszym autobusem z powrotem na wybrzeze.

Pozdrawiam, Darek

ASFALTEM NA NAJWYZSZY SZCZYT

Agonda 31.03; godz 08:00

Podroz z Munnar do Ernakulam na wybrzezu Kerali minela dosc szybko, gdyz wiekszosc trasy przebiegala z gorki. Dojechalem do Ernakulam i po zakwaterowaniu w jednym z hoteli niedaleko dworca kolejowego, poplynalem promem na druga strone ciesniny morskiej do zabytkowego miasta Kochi. Najstrasza czesc tego miasta o nazwie Fort Kochi, to senna dzielnica z pylastymi ulicami porosnietymi palmami kokosowymi. Znajduje sie tu glownie kolonialna zabudowa, gdyz miasto to bylo kiedys waznym portem handlowym w tej czesci Indii. Wlasnie architektura kolonialna i sielska atmosfera jest glownym czynnikiem, przyciagajacym turystow do tego miejsca. Wiekszosc budowli w starej czesci miasta wzniesionych zostalo przez anglikow, portugalczykow i holendrow. Jest to rowniez prawdopodobnie jedyne miejsce w Indiach, gdzie w przeszlosci dzialala gmina zydowska. Do tej pory zachowala sie tu stara, 400-letnia synagoga.
Ja najpierw przeszedlem deptakiem wzdluz wybrzeza, gdzie wielu rybakow zwijalo swe sieci po porannych polowach. To wlasnie w tym miejscu znajduja sie ogromne chinskie sieci rybackie, zawieszone na dwoch dlugich, wygietych jak luki tykach bambusowych. Uzywa sie ich do polowu ryb tylko podczas wysokiego stanu wod. Konstrukcja z kijow bambusowych, na ktorych opieraja sie sieci jest tak wielka i ciezka, ze potrzeba co najmniej 4 osob, aby obsluzyc ta konstrukcje. W dzisiejszych czasach polowy ryb przy pomocy tych sieci staja sie jednak coraz mniej oplacalne. Nieopodal znajduje sie cmenatrz z pierwszej polowy XVIII wieku. Znajduja sie tam zabytkowe nagrobki wielu kupcow i zolnierzy holenderskich. Niestety bramy cmentarza byly zamkniete, moglem jedynie popatrzec zza murow. Kilkaset metrow dalej znajduje sie kosciol sw.Franciszka. Uwaza sie, ze jest to najstarszy w Indiach kosciol zbudowany przez europejczykow. Jego oryginalna, drewniana konstrukcja powstala na poczatku XVI wieku, jednak obecny, murowany gmach pochodzi z polowy XVI wieku. To wlasnie w tym kosciele spoczywalo cialo slynnego podroznika Vasco da Gama (zmarl on wlasnie w Kochi), przez pierwsze 14 lat po jego smierci, zanim zostalo ostatecznie przetransportowane do Lizbony. W dalszej kolejnosci odwiedzilem bazylike Santa Cruz - najwiekszy kosciol w Kochi, ktorego obecna budowla pochodzi z poczatku XX wieku. Faktycznie ma on potezne rozmiary. Tego dnia pospacerowalem sobie jeszcze wzdluz ulic historycznego centrum Kochi, po czym wrocilem z powrotem promem do Ernakulam.
Kolejny dzien uplynal mi glownie na przemieszczaniu sie. Grubo przed switem wyjechalem do Coimbatore, najwiekszego miasta w polnocno- zachodniej czesci stanu Tamil Nadu. Tam zmienilem tylko autobus i pojechalem w gory - Zachodnie Ghaty, ktore dominuja w krajobrazie tej czesci stanu. Do przejechania mialem relatywnie niewielka odleglosc, bo okolo 50km. Jednak jej pokonanie zajelo 3 godziny. Droga wiodla stromymi, przepascistymi stokami gorskimi, a krete i ostre serpentyny nie mialy konca. Wreszcie po poludniu dotarlem do Coonoor, jednej z kilku popularnych "stacji" gorskich w okolicy. Miasteczko to lezy na wysokosci ponad 1800m. npm, ale w jego centrum nie ma praktycznie nic ciekawego. Zdecydowalem, ze jeszcze tego samego dnia pojade lokalnym autobusem w kierunku popularnego punktu widokowego, 12 kilometrow za miasto. Waska, kreta droga wiodla wsrod bujnych plantacji herbaty i po krotkiej jezdzie dotarlem na miejsce. Punkt ten nosi nazwe Nos Delfina (nie wiem skad wlasnie taka nazwa) i faktycznie, rozposciera sie z niego znakomity widok na okolice: gorskie grzebiety porosniete niezbyt gestym lasem, glebokie gorskie doliny, okoliczne stoki porosniete krzewami herbaty i malowniczy Wodospad Katarzyny spadajacy z wysokiego urwiska po drugiej stronie doliny. Wiele wskazywalo na to, ze dwunastokilometrowa droge powrotna pokonam pieszo, gdyz nastepny autobus powrotny mial byc za ponad godzine. Mialem farta tym razem. Gdy juz szedlem z powrotem, zatrzymalo sie jakies auto jadace w tym samym kierunku i mily kierowca powiedzial, ze podwiezie mnie do Coonoor za darmo. Jest to o tyle zaskakujace, ze byla to taksowka turystyczna, a tego rodzaju pojazdy z reguly nie biora pasazerow za darmo, szczegolnie obcokrajowcow. Mnie sie udalo.
Nastepnego dnia nie przemieszczalem sie juz zbyt wiele, pojechalem jedynie 20 kilometrow dalej do najbardziej znanej miejscowosci gorskiej w tej czesci Indii. Pelna jej nazwa brzmi Udhagamandalam, jednak wszyscy uzywaja nazwy skroconej, czyli Ooty (czyt. uti). Jest to jedna z najwyzej polozonych miejscowosci w Indiach Poludniowych (2250m npm) i zostala ona zbudowana w XIX wieku jako letnia rezydencja dla pracownikow owczesnego rzadu w Madras (obecnie Chennai). Szczerze mowiac spodziewalem sie nieco ladniejszego miasteczka i ladnych widokow. Niestety poza brudnym jeziorem i kosciolem sw.Stefana zbudowanym w stylu kolonalnym - w samym miescie nie ma zbyt wielu atrakcji. Jest za to duzo smieci i kurzu. Aha, no i oczywiscie wieczory oraz poranki sa tu bardzo zimne. Wieczorem musialem zalozyc dlugie spodnie i bluze polarowa, a noc pedzilem pod dwoma welnianymi kocami, gdyz guest housy nie sa tam ogrzewane. Zanim to jednak nastapilo, postanowilem odwiedzic wysokie wzgorze o nazwie Doddabetta. Szczyt ten, gorujacy nad okolica, wznosi sie na wysokosc 2634m npm i jest to najwyzsze wzniesienie w calych Indiach Poludniowych. Niestety miejsce to jest bardzo zniszczone przez bezmyslnych indyjskich "turystow", ktorzy przybywaja tu setkami, halasuja, smieca i nie szanuja w ogole przyrody. Codziennie przyjezdza tu kilkaset (jesli nie wiecej) ludzi, ale najciekawsze jest to w jaki sposob oni tu docieraja. Praktycznie na sam szczyt prowadzi droga asfaltowa i codziennie wyjezdzaja nia na gore dziesiatki autobusow pelnych ludzi, setki samochodow osobowych i niezliczona ilosc motocykli. Doslownie 100-200 metrow od szczytu znajduje sie ogromny parking, a wokol tarasu widokowego, kramy z prazona kukurydza i coca cola, karuzele i pluszowe tygrysy, z ktorymi mozna zrobic sobie zdjecie za 10 rupii. Niestety, tak wlasnie wyglada turystyka w najpopularniejszych miejscach w Indiach: wszechobecna komercja i kicz. Na gorze Doddabetta nie mozna jednak wejsc na wlasciwy wierzcholek, na jej kulminacje, gdyz sam wierzcholek ogrodzony jest gestymi zasiekami z drutu kolczastego! Znajduje sie tam bowiem jakis duzy i wazny radar uzywany do kontroli lotow i naprowadzania podchodzacych do ladowania samolotow.

Kolejnego dnia udalem sie porannym autobusem do Mysore, duzego miasta w poludniowej czesci stanu Karnataka. Jest to historyczna siedziba maharadzow Wodeyar z ogromnym palacem, ktory jest glowna atrakcja miasta. Mysore znane jest takze jako wazny osrodek produkcji wysokiej jakosci jedwabiu, drewna sandalowego i kadzidel.
Nietety oryginalna zabudowana palacowa zostala strawiona przez wielki pozar, jaki mial tu miejsce pod koniec XIX wieku. Obecna budowla pochodzi z poczatkow XX wieku. Samo otoczenie palacu cechuje przepych zdobien. W srodku jest jeszcze wieksze bogactwo: bogato zdobione i rzezbione drewniane drzwi, malowidla nascienne, a przede wszystkim caly ten kalejdoskop luster i witrazy, dzieki ktoremu moze sie zakrecic w glowie.
Palace palacami - wszedzie przepych i bogactwo, jednak na mnie duze wrazenie zrobil lokalny bazar Devaraja. Wszedlem tam przez brame w wielkich murach i tak jakbym sie znalazl w innym swiecie: wszedzie scisk, ciasno, waskie alejki, gdzieniegdzie panujacy polmrok. Wokol pelno kramow i kupcow nawolujacych i zachwalajacych swe towary. W jednej czesci same owoce i warzywa: ogromne kiscie bananow sciete prosto z drzewa, lsniace, dorodne pomidory ulozone w idealne piramidy, gory cebuli, czy tez niezliczone ilosci imbiru. W innej alejce same kwiaty, pelno pieknie pachnacych kwiatow i sami mezczyzni je ukladajacy czy tez plecacy dlugie kwiatowe girlandy i inne kwieciste kompozycje. Dalej alejka z barwnikami, przyprawami i kadzidlami. Az trudno wyczuc co sie wacha, bo zmieszana won kadzidel i przypraw jest tak mocna, ze az dusi lub w najlepszym wypadku, drapie w gardle. W tej samej czesci bylo tez kilka stoisk, gdzie mozna bylo nabyc naturalne perfumy lub rozne olejki eteryczne. Ich zmiksowany zapach rowniez byl bardzo intensywny. Bazar ten bardzo mi sie spodobal i poczulem sie tam troche tak jak w krajach arabskich Bliskiego Wschodu.
Jeszcze tego samego dnia pojechalem miejskim, nowoczesnym i klimatyzowanym (!) autobusem na wzgorze Chamundi, 13 kilometrow za miastem. Znajduje sie tam ladna hinuistyczna swiatynia Sri Chamundeswari, a z samego wzgorze roztacza sie widok na Mysore. Niestety cale otoczenie wzgorza mialo podobna atmosfere jak na Doddabetta: pelno natretnych sprzedawcow kiczowatych pamiatek i kramow z fast foodem. Szybko wiec stamtad wrocilem.
Nazajutrz wyjechalem w dluga droge do stolicy stanu Karnataka, czyli Bangalore. Zanim jednak tam dotarlem, odwiedzilem po drodze mala, spokojna wioske o nazwie Sravanabelagola. Jej nazwa w doslownym tlumaczeniu oznacza "mnich bialego stawu". Glowna atrakcja w tym miejscu jest wysokie wzgorze Vindhyagiri zbudowane ze skal wulkanicznych. Na jego szczyt prowadzi ponad 600 schodow wykutych w litej skale. Na samej gorze stoi wielki, ponad 17-metrowy posag, nagiego Gomateshwary. Jest to jedno z najwazniejszych miejsc pielgrzymkowych wyznawcow dzinizmu.
Do Bangalore dotarlem poznym popoludniem po dlugiej podrozy w piekacym sloncu. Bylem zmeczony, wiec tego wieczoru postanowilem odpoczac.
Bangalore to jedno z najszybciej i najprezniej rozwijajacych sie duzych miast w Indiach w ostatnich latach. Swoj szybki rozwoj zawdziecza przemyslowi informatycznemu i elektrotechnicznemu. Samo miasto jest jednak bardzo zatloczone, zanieczyszczone spalinami, a halas ruchu drogowego przyprawia od rozstroj ukladu nerwowego. Mimo tego wybralem sie na spacer po okolicy. Odwiedzilem palac Sultana Tipu, ktory znany jest glownie z kolumn wykonanych z drzewa tekowego oraz ladnych freskow. Tuz obok znajduje sie swiatynia Venkataraman. Jednak poza kilkoma jasnymi, ladnie zdobionymi bramami (gopuram), nie przedstawia ona jakichs szczegolnych wartosci estetycznych. Swiatynia, jakich wiele. W tej samej okolicy znajduje sie rowniez ogromny Wielki Meczet. ale w tym czasie byl zamkniety dla niemuzulmanow. Pare skrzyzowan dalej lezy Park Cubbon. Wydawalo mi sie, ze przynajmniej tam znajde odrobine spokoju. Niestety nie, poniewaz w centrum parku (w hinduskim stylu) znajduje sie ruchliwe rondo z trabiacymi samochodami. Na polnocnym skraju parku znajduja sie dwa wazne, potezne gmachy. Pierwszy to Vidhana Soudha, siedziba rzadu stanowego, zbudowana w stylu neodrawidyjskim. Drugim budynkiem jest Attara Kacheri, otynkowana na czerwony kolor siedziba Sadu Najwyzszego. Oba te budynki sa zamkniete dla zwiedzajacych.
Po pelnym dniu spedzonym w halasie i smogu, wyjechalem nocnym autobusem do Hospet, by stamtad, nad ranem nastepnego dnia, pokonac ostatnie 18 kilometrow do Hampi. Miejsce to na przestrzeni XIV i XVI wieku bylo wielka, prezna i tetniaca zyciem stolica jednego z najwiekszych hinduskich imperiow w tamtych czasach. W okolicy znajdowalo sie wiele palacow, swiatyn i mieszkalo tu przeszlo 500 tysiecy ludzi. Dzis po dawnej swietnosci pozostaly ruiny, a Hampi jest waznym przystankiem dla wiekszosci turystow przemierzajacych Indie Poludniowe. Glownie ze wzgledu na niesamowity krajobraz, jaki wystepuje w okolicy oraz sielska i nieco magiczna atmosfere tego miejsca.
Krajobraz jaki tu mozna podziwiac jest faktycznie niesamowity. Ruiny dawnych swiatyn i palacow porozrzucane sa wsrod skalistych wzgorz. Wzgorza te pokryte sa glownie niezliczona iloscia glazow, roznej wielkosci i ksztaltu. O wschodzie i zachodzie skaly te mienia sie w pastelowych odcieniach orchy i czerwieni. Widoki zapieraja dech w piersiach, a cala okolica przypomina scenografie z jakiegos filmu science fiction. Ma sie wrazenie, ze jakis czas temu przyszedl tu jakis olbrzym i porozrzucal po okolicy te wszystkie glazy bez ladu i skladu. Dodatkowo miedzy tymi pastelowymi wzgorzami glazow, znajduja sie soczyscie zielone pola ryzowe, gaje palmowe i plantacje bananowcow. Te dwie barwy kontrastuja z soba, a jesli doda sie do tego lazur nieba i wijace sie jak wstegi okoliczne rzeki, krajobraz wydaje sie byc iscie fantastyczny. To miejsce spodobalo mi sie bardzo. Poczatkowo planowalem tam spedzic dwa dni, jednak po dotarciu na miejsce i ujrzeniu tych cudow natury,  zostalem tam przez 4 dni, bo na prawde bylo warto.
Podczas mojego pobytu w Hampi zwiedzilem kilka swiatyn. Miedzy innym swiatynie Kriszny, stara ladnie zachowana swiatynie z ladnie rzezbionymi kolumnami, znajdujaca sie na przedmiesciach Hampi. Swiatynie Virupaksha, stojaca w centrum Hampi, do ktorej wchodzi sie przez wysoka na okolo 50m zdobiona brame (gopuram), zbudowana na przelomie XV i XVI wieku. Kolo bramy czesto stoi 'swiatynny' slon o imieniu Lakshmi, ktory za drobny datek blogoslawi turystow swoja traba. Dwa kilometry na wschod od centrum miasteczka znajduje sie najwazniejsza swiatynia w okolicy: Vittala. Pochodzi ona z XVI wieku i jest najlepiej zachowana swiatynia w Hampi. Wewnatrz swiatyni podziwiac mozna przepiekne prace rzezbiarskie, szczegolnie na bocznych scianach i licznych kolumnach. Niedaleko tej swiatyni znajduje sie Sule Bazaar, jedno z glownych, historycznych miejsc targowych w Hampi. Do dzis pozostala po nim jedynie szeroka aleja, ograniczona z dwoch stron wysokim szpalerem kolumn. Na jej poludniowym krancu znajduje sie, cicha, spokojna, odwiedzana przez niewielka ilosc turystow, swiatynia Achyutaraya. Lezy ona u stop pokrytego glazami wzgorza Matanga i posiada tajemnicza atmosfere. Wsrod wielu okolicznych swiatyn, odwiedzilem jeszcze biala swiatynie Hanumana, stojaca na szczycie wzgorza Anjanadri - jednego z najwyzszych w okolicy. Aby tam wejsc, trzeba pokonac prawie 600 schodow wykutych w skale, jednak widok ze szczytu rekompensuje calkowicie ten wysilek. Szczegolnie piekne widoki mozna stad podziwiac o zachodzie slonca, gdy okoliczne skaly i glazy przybieraja fantastyczne barwy, kontrastujace z zielenia pol ryzowych.
Podsumowujac, Hampi zrobilo na mnie duze wrazenie. O wiele wieksze niz sie spodziewalem. Mysle, ze z mila checia wroce tam jeszcze kiedys.
W koncu 27 marca wyjechalem z Hampi nocnym autobusem i udalem sie na Goa, by odpoczywac w dalszym ciagu. Po dotarciu do Margao, glownego centrum komunikacyjnego Goa, pojechalem lokalnym autobusem na samo poludnie, tego najmniejszego stanu w Indiach. Zalozylem baze w malej, cichej i sennej wiosce Agonda, polozonej nad Morzem Arabskim i leniuchuje sobie w tej pieknej okolicy juz od 4 dni. Biale, szerokie, piaszczyste plaze, szum morza, palmy kokosowe, dobre jedzenie... Czego chciec wiecej? Dodatkowo turystow jak na lekarstwo, poniewaz sezon turystyczny na Goa chyli sie juz ku koncowi. Ale to dobrze dla mnie, bo nie ma tloku, a ceny noclegow sa kilkukrotnie nizsze.
Posiedze tu do jutra, czyli do pierwszego dnia kwietnia. Tego dnia po poludniu mam zamiar wyjechac nieco bardziej na polnoc i udac sie pociagiem do Pune. Na szczescie udalo mi sie wczoraj kupic bilet  z puli biletow rezerwowych, wiec bede mogl sie nieco przespac we w miare przyzwoitych warunkach.

Pozdrawiam, Darek

PRZEZ RAJASTHAN NA POLNOC INDII

Orchha 16.04; godz 22:00


Do Pune dotarlem 2 kwietnia nad ranem. W tym miescie nie ma praktycznie zadnych atrakcji turystycznych, a moja wizyta miala charakter czysto towarzyski, gdyz pojechalem odwiedzic moja znajoma. Po wesolych dniach pobytu w Pune, ruszylem nieco bardziej na polnoc - do Bombaju. To byl moj ostatni dzien w poludniowej czesci Indii. Odwiedzilem Brame Indii - wielki luk triumfalny. Obiekt ten zostal zbudowany dla upamietnienia wizyty krola Jerzego V. W 1948 roku, gdy Indie byly juz niepodleglym krajem, wlasnie przez ta brame kraj opuscil ostatni oddzial wojsk brytyjskich. Na przeciw Bramy znajduje sie hotel Taj Mahal, jednen z najbardziej znanych hoteli w Bombaju, a moze i w calych Indiach. Jest on jednym z sympoli miasta i reprezentuje mieszanke neorenesansu oraz stylu muzulmanskiego. To wlasnie ten obiekt byl jednym z glownych celow atakow terrorystycznych, jakie mialy tam miejsce pod koniec listopada 2008 roku. Bombaj generalnie slynie z ogromnej ilosci zabudowy w stylu kolonialnym. I nie sa to jakies male budynki, lecz zwykle ogromne, wielokondygnacyjne gmachy. Z tego grona na uwage zasluguja przede wszystkim: budynek Uniwersytetu, Wysoki Sad, katedra sw.Tomasza, budynek glownego dworca kolejowego Chhatrapati Shivaji czy tez budynek Komendy Glownej Policji stanu Maharashtra. W drugiej polowie dnia, gdy upal nieco zelzal odwiedzilem slynna pralnie miejska o nazwie Mahalaxmi Dhobi Ghat. Jest to najstarsza pralnia publiczna w miescie i liczy ona ponad 140 lat. Kazdego dnia setki ludzi piora tam swoje rzeczy, a do dyspozycji ponad 1000 wielkich, prostokatnych, betonowych wanien z woda. Gdy dzien mial sie juz ku koncowi, poszedlem jeszcze w miejsce, gdzie w morze wychodzi dluga, kilkusetmetrowa grobla. Prowadzi ona do meczetu Haji Alego, jednego ze swietych swiata muzulmanskiego. Szczegolnie w czwartki i piatki ciagna tedy tysiace wiernych, chcacych odwiedzic to miejsce. Czasami trudno sie przecisnac przez ten gesty tlum, szczegolnie, ze dodatkowo po jednej stronie grobli stoja sprzedawcy roznych kiczowatych pamiatek, a po drugiej, dlugi szereg zebrakow. Po calym dniu spedzonym w tym najwiekszym miescie w Indiach, udalem sie okolo polnocy na lotnisko. Zanim jeszcze zaczelo switac, odlecialem do Udaipuru - miasta polozonego w poludniowym Rajasthanie.
Miasto to polozone jest na polnocno- wschodnich brzegach malowniczego Jeziora Pichola. Najwieksza atrakcja Udaipuru jest Palac Maharadzy, wzniesiony przez zalozyciela miasta, maharadze Udai Singh'a II. Kolejni wladcy, ktorzy rzadzili po nim przyczynili sie do rozbudowy calego kompleksu palacowego, ktory jest najwieksza tego typu budowla w Rajasthanie. Caly Palac otoczony jest licznymi balkonami i wiezami, a jego fasada mierzy ponad 240 metrow dlugosci i ponad 30 metrow wysokosci. Cala ta kontrukcja robi spore wrazenie. Wewnetrzne muzeum posiada bogate zbiory zwiazane z kolejnymi wladcami, a takze wiele 'cukierkowych' sal i malych pomieszczen, zdobionych glownie lusterkami i kolorowymi kamieniami szlachetnymi. Poza palacem, na uwage zasluguje w tym miescie takze wielka swiatynia Jagdish, poswiecona bogowi Wisznu. Zostala ona zbudowana przez jednego z maharadzow w polowie XVII wieku i cechuja ja bogate zdobienia rzezbiarskie na scianach zewnetrznych.
Nastepnego dnia udalem sie do miejscowosci Mount Abu, polozonej w gorach na wysokosci okolo 1200m. npm. To male miasteczko otoczone jest przez skaliste, poszarpane wzgorza. Glowna jego atrakcja jest malownicze Jezioro Nakki, po ktorym mozna sobie poplywac za pomoca malych lodek wioslowych. Niestety o tej porze roku stan wody jest bardzo niski i na plytkich brzegach jeziora dominowaly glownie sterty smieci i butelek. Nie mialo to nic wspolnego z malowniczoscia. W drugiej czesci dnia poszedlem poza Mount Abu, aby zobaczyc jedna z najwazniejszych swiatyn dzinijskich w okolicy. Faktycznie, warto bylo. Prawie caly kompleks swiatynny wykonany jest z bialego marmuru. Na srodku dwoch kwadratowych dziedzincow stoja male oltarze tak, ze mozna je obejsc dookola. Wszelkie sciany, kolumny czy tez sklepienia wokol sa pieknie i bardzo bogato rzezbione. Tak jak do wiekszosci swiatyn dzinijskich, tak samo tutaj nie mozna wnosic do srodka zadnych wyrobow ze skory. Do swiatyni nie sa takze wpuszczane kobiety bedace w okresie menstruacji.
I to by bylo na tyle jesli chodzi o atrakcje Mount Abu i okolicy. Nie zauwazylem tam wiecej walorow krajoznawczych. Dlatego tez postanowilem wyjechac stamtad jeszcze wieczorem tego samego dnia i przejechac nocnym autobusem do Jodhpuru. Jest to jedno z najladniejszych miast jakie mialem okazje odwiedzic w Indiach. Nad calym miastem goruje wysokie, skaliste wzgorze, na ktorym osadzony jest poteznych rozmiarow fort o nazwie Mehrangarh. Jest on wciaz zamieszkaly i prowadzony przez potomkow maharadzy Jodhpuru. Zbudowany jest on glownie z czerwonego piaskowca, posiada siedem bram, a jego sciany sa tak masywne, ze wydaja sie stanowic kontynuacje skalnej bazy, na ktorej stoja. Aby podejsc pod fort nalezy dotrzec na stare miasto pokonujac wczesniej kilka wielkich bram, zbudowanych z czerwonego piaskowca i zwienczonych malymi wiezami. Charakterystycznym punktem starego miasta jest wysoka wieza zegarowa, stojaca po srodku bazaru Sardar. Wokol panuje ruch jak w ulu, pelno straganow i budek, gdzie sprzedaje sie glownie warzywa, przerozne przyprawy, slodycze, srebro i wyroby rzemieslnicze. Podazajac dalej na zachod wchodzi sie w istny labirynt ciasnych i kretych uliczek starego miasta. Jodhpur nosi przydomek niebieskiego miasta. Faktycznie - spacerujac wzdluz tych waskich uliczek, mozna zauwazyc, ze na scianach budynkow dominuje kolor niebieski w roznych odcieniach. W gdy wyjdzie sie wyzej, na poziom wzgorza z fortem, mozna podziwiac fantastyczna panorame calego miasta. Ta platanina waskich uliczek bardziej przypomina mi arabskie medyny niz indyjskie miasto. Nieco na wschod od fortu Mehrangarh, na niewielkim wzniesieniu stoi - zbudowana z 'mlecznego', bialego marmuru - budowla o nazwie Jaswant Thada. Zostala ona wzniesiona dla upamietnienia maharadzy Jaswant Singh'a II.
Kolejnego dnia udalem sie do Jaisalmeru, miasta sredniej wielkosci. Lezy ono na skraju Pustyni Thar, okolo 100 kilometrow od granicy z Pakistanem i nalezy do jednego z najgoretszych i najsuchszych miast w Indiach. Reczywiscie, gdy zawial wiatr znad pustyni, to mozna bylo poczuc lekkie parzenie na skorze. Podobnie jak w Jodhpurze, tak i tutaj nad miastem goruje potezny fort. Ma on jednak inny, bardziej zaokraglony ksztalt i zbudowany jest on glownie z kamienia w kolorze jasnego miodu. W przeciwienstwie do fortu w Jodhpurze, ten w Jaisalmerze jest wewnatrz zamieszkaly. Wewnatrz jego scian toczy sie normalne zycie: ludzie maja swe normalne domy, ulicami jezdza samochody i motocykle, a wielu sklepach proboje sie sprzedac turystom tandetne pamiatki. Poza zwyklymi zabudowaniami, na terenie fortu znajduja se jeszcze 3, warte odwiedzenia, obiekty. Pierwszym z nich jest muzeum Maharadzy, a dwa kolejne to swiatynie: hinduistyczna swiatynia Mahalaxmi oraz swiatynia dzinijska z pieknie rzezbiona fasada oraz wiezami.
Z kilku bastionow fortu rozposciera sie ladny widok na caly Jaisalmer i jego najblizsze okolice. Golym okiem widac, ze tam gdzie koncza sie ostatnie zabudowania miasta, zaczyna sie prawdziwa, bezkresna i budzaca respekt Pustnia Thar.
Tego samego dnia wieczorem wybralem sie na krotka, zorganizowana wycieczke, by podziwiac zachod slonca wsrod piaszczystych wydm w rejonie wioski Sam, okolo 40 kilometrow na zachod od Jaisalmeru. Niestety jest to bardzo turystyczne miejsce, ktore odwiedzaja dziesiatki turystow kazdego wieczoru. Ale nie szkodzi, widoki jakie mozna bylo zaobserwowac gdy slonce chylilo sie ku horyzontowi i te wszystkie fantastyczne barwy na niebie, wynagrodzily ponad godzinna jazde w piekielnym upale.
Wieczorem wyruszylem w droge powrotna nocnym pociagiem do Jodhpuru, a stamtad pojechalem od razu do niewielkiego miasta Puszkar. Lezy ono u podnoza pasma gorskiego i znane jest ono przede wszystkim z corocznego, wielkiego swieta i targu wielbladow. Obdywa sie on zwykle w listopadzie, podczas pelni ksiezyca. Jest to takze caloroczne centrum pielgrzymkowe, ze wzgledu na trzy wazne swiatynie, jakie tam sie znajduja: swiatynie Brahmy, swiatynie Wisznu i swiatynie dzinijska. Oprocz tego w centralnej czesci miasta lezy duze jezioro otoczone schodami prowadzacymi do jego wod (ghatami). Na jego brzegach, szczegolnie rano i wieczorem, mozna zauwazyc tlumy wiernych chcacych odbyc rytualne kapiele w wodach swietego jeziora. Niestety, tym razem z powodu bardzo dlugo trwajacej suszy, jezioro to prawie zupelnie wyschlo. Widac bylo tylko kilka odosobnionych wielkich sadzawek, a poza tym wiekszosc dna byla calkiem sucha.
Z Puszkaru pojechalem do Delhi - z krotkim postojem i przesiadka w Jaipurze. W miescie tym jest co prawda kilka ciekawych obiektow, takich jak Miejski Palac Maharadzy, Palac Wiatrow - symbol Rajasthanu o rozowej fasadzie przypominajacej plaster miodu czy tez obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar na otwartym powietrzu z ciekawa kolekcja zegarow slonecznych, ale bylem tam juz kilka razy podczas moich poprzednich wyjazdow do Indii. Dlatego tez tym razem ominalem te miejsca.
Po dotarciu do stolicy Indii i zakwaterowaniu w hotelu, pospacerowalem sobie tlocznymi i gwarnymi uliczkami starego miasta, a wieczorem spotkalem sie z moim dobrym znajomym.
Poszedlem wczesnie spac, gdyz musialem wstac jeszcze przed switem. Tego ranka przyleciala do mnie Kasia, wiec popedzilem szybko na lotnisko, aby ja odebrac. Po slabo przespanych nocach, oboje bylismy nieco zmeczeni i senni, wiec ten dzien byl dla nas obojga taki nijaki. Powloczylismy sie troche po turystycznej dzielnicy Paharganj i nastepnego dnia pojechalismy razem do Agry.
To wlasnie tutaj znajduje sie Taj Mahal, uznawany przez niektorych za jeden z najpiekniejszych budynkow na swiecie i znajdujacy sie na liscie siedmiu architektonicznych cudow swiata. Jest to ponoc najpiekniejsze dzielo architektoniczne stworzone z milosci do kobiety. Wzniosl go cesarz Shah Jahan w XVII wieku dla swojej zmarlej zony (zmarla po urodzeniu ich 14-go dziecka). Budowa samego obiektu zajela ponad 20 lat i budowalo go w sumie ponad 20.000 budowniczych z calych Indii oraz z Azji Centralnej. Po zakonczeniu budowy i oddaniu tego mauzoleum do uzytku, Shah Jahan nakazal obciecie prawych dloni wszystkim budowniczym tak, aby nie byli nigdy w stanie stworzyc rownie pieknego dziela.
W nastepnej kolejnosci odwiedzilismy kolejna perle architektoniczna Agry, czyli Czerwony Fort, ktorego mury zbudowane sa z czerwonego piaskowca. Fort poczatkowo zostal wzniesiony przez cesarza Akbara i mial funkcje militarne. Dopiero pozniej Shah Jahan (jego prawnuk) nadal fortowi funkcje palacowe i wybudowal w srodku wiele obiektow przy uzyciu, popularnego wtedy, bialego marmuru. Nie wiedzial on jeszcze, ze fort ten stanie sie jego cela, poniewaz w polowie XVII wieku jego syn - Aurangzeb - uwiezil Shah Jahana przez 8 ostatnich lat jego zycia w celi z widokiem na jego wspaniale dzielo, czyli Taj Mahal. Wewnatrz fortu na uwage zasluguja przede wszystkim: pelna lukow i pieknych sklepien Sala Audiencji Publicznych, piekny kolorowy ogrod Anguri Bagh oraz niewielki, bialy, lecz przepiekny Meczet Klejnotu.
Kolejnego dnia pojechalismy do malej, cichej i spokojnej miejscowosci Orchha, polozonej okolo 230 kilometrow na poludnie od Agry. W porownaniu z Agra, a szczegolnie z halasliwym Delhi, Orchha jest jak oaza spokoju. W tym miejscu mozna na prawde odpoczac, wyciszyc sie i w pelni zrelaksowac. Taki wlasnie byl nasz zamiar. Miescina ta, byla w przeszlosci stolica wladcow z dynastii Bundela (od XVI do konca XVIII wieku). Po dzis dzien zachowalo sie wiele ciekawych budowli z tamtego okresu. Mowa tu przede wszystkim o trzech ladnych palacach: Raj Mahal (zaslugujacy na najwieksza uwage); Jehangir Mahal, przyklad sredniowiecznej architektury islamskiej ze stromymi klatkami schodowymi oraz waskimi, lukowatymi korytarzami; Raj Praveen Mahal z ladnym ogrodem w stylu mogolskim oraz laznia turecka.
Na uwage zasluguja takze dwie ladne swiatynie w centrum miasta. Pierwsza z nich, swiatynia Ram Raja jest w kolorze bialo pomaranczowym z czterema wysokimi wiezami zwienczonymi kopulami. Poczatkowo obiekt ten zostal zbudowany jako palac dla zony jednego z wladcow. Dopiero pozniej przeksztalcono go w swiatynie. Zaraz obok stoi wspaniala, potezna, zwienczona wiezami, wysoka swiatynia Chaturbhuj. Zbudowana jest ona na planie krzyza, a jej wielkosci i zewnetrzne zdobienia robia na prawde wielkie wrazenie. Najwyzsza z jej wiez czesto jest schronieniem dla wielkich, drapieznych ptakow wystepujacych w okolicy. Po upalnym dniu pelnym wrazen, wrocilismy do hotelu.

Jutro z samego rana zamierzamy pojechac lokalnym pociagiem z lokomotywa spalinowa do oddalonego o niecale 200 kilometrow Khajuraho.

Pozdrawiam, Darek

CHWILA ODDECHU OD UPALU NA TREKKINGU

Delhi 02.05; godz 09:00


Wczesnie rano opuscilismy spokojna wioske Orchha, by dostac sie na najblizsza stacje kolejowa, polozona kilka kilometrow dalej na polnoc. Wsiedlismy w lokalny, dosyc wolny pociag i w poludnie dojechalismy do Khajuraho. Zar lal sie z nieba i temperatura przekraczala 40 stopni. Promienie slonce parzyly w skore. Po dotarciu do hotelu chcialem wziac zimny prysznic, ale nic z tego. Rury doprowadzajace wode do kranu byly tak nagrzane, ze odkrecajac kurek z zimna woda, lecial na mnie tak goracy strumien wody, ze az parzyl! Jedynie wieczorem, gdy temperatura spadala do okolo 30 stopni (!) i rury wodociagowe nieco stygly, mozna bylo wziac letni, orzezwiajacy prysznic.
W porownaniu do zatloczonych, brudnych i glosnych miast indyjskich, Khajuraho (podobnie jak Orchha) wydaje sie byc oaza spokoju, gdzie czas plynie o wiele wolniej. Mozna sie tu na prawde zrelaksowac z dala od cywilizacji. To malenkie miasteczko zawdziecza swoja slawe rzezbom z motywami z Kamasutry, ktore pokrywaja licznie wiele swiatyn. Kunszt z jakim owe rzezby zostaly wykonane stawia je wsrod jednych z najpiekniejszych tego rodzaju obiektow na swiecie.
Wszystkie swiatynie w tym miejscu zostaly zbudowane przez dynastie Chandela mniej wiecej pomiedzy 950 a 1050r. Przetrwaly one okolo piec wiekow, zanim teren ten najechali Mogolowie. Po tej inwazji, do dnia dzisiejszego ostalo sie ok 20-30 swiatyn. Zastanawiajacym jest rowniez fakt, dlaczego i w jaki sposob te swiatynie powstaly wlasnie tutaj. Po pierwsze, Khajuraho nigdy nie bylo duza miejscowoscia i zawsze lezalo z dala od glownych szlakow komunikacyjnych i handlowych. A po drugie, wybudowanie takiej ilosci wielkich swiatyn w tak krotkim czasie wymagalo ogromnych nakladow sily roboczej. Wsrod tysiecy rzezb, ktore zdobia tutejsze swiatynie, powtarzaja sie najczesniej 2 elementy: kobieta i erotyka. Na scianach budowli podziwiac mozna liczne mithuny - polnagie postacie przedstawione w (czasem bardzo skomplikowanych) pozycjach z Kamasutry. Innymi, czesto przedstawianymi postaciami, sa apsary, czyli tanczace, niebianskie nimfy.
Generalnie wiekszosc z tych swiatyn, a w szczegolnosci ich rzezbione zdobienia, robia duze wrazenie na odbiorcy, przede wszystkim na kims, kto przybywa tu po raz pierwszy. Niestety, ze wzgledu na upal, ktory w okolicach poludnia zwalal z nog, nie udalo nam sie obejrzec wszystkich ciekawych obiektow w okolicy. Na szczescie widzielismy te najciekawsze.
Niecale dwa lata temu, doprowadzono do Khajuraho nowa linie kolejowa. Wykorzystalismy to udogodnienie i pojechalismy stamtad nocnym pociagiem na Varanasi, miasta polozonego nad swieta rzeka Ganges. Niewiele miast w Indiach jest tak kolorowych i ma tak niepowtarzalna atmosfere jak wlasnie Varanasi. Nazywane miastem boga Sziwy, jest to jedno z najswietszych miejsc w calym kraju, gdzie liczni pielgrzymi przybywaja by zmyc swe grzechy w swietych wodach Gangesu (stojac na slynnych schodach - ghatach) lub aby skremowac swoich bliskich na jednym z najpopularniejszych ghatow w Indiach, Manikarnika Ghat. Miasto to wciaz pozostaje jednym z ulubionych miejsc umierania, gdyz wiekszosc hindusow marzy o tym, aby byc skremowanym wlasnie w tym miejscu. Jest to takze popularne miejsce skrzyzowania drog pomiedzy swiatem fizycznym a duchowym, a Ganges traktowany jest jako rzeka zbawienia i wieczny symbol nadziei dla bylych, terazniejszych i przyszlych pokolen.
Ale ghaty w Varanasi to nie tylko miejsce rytualnych kapieli i  kremacji zwlok. Tu takze wiele ludzi pierze swoje ubrania, myje sie od stop do glow, uprawia joge; swieci mezowie sadhu oferuja blogoslawienstwo, mozna tu kupic popularny paan (mieszanke betelu i lisci do zucia) czy tez zostac podanym masazowi na specjalnych, twardych, drewnianych pryczach nad rzeka. Liczni sa takze sprzedawcy kwiatow, mlodzi ludzie grajacy w krykieta (na schodach!) lub ci przyprowadzajacy stada bykow, aby wykapaly sie w rzece. Ilosc wrazen i bodzcow dookola jest czasem trudna do ogarniecia.
Stara czesc miasta, zwana Godaulia, to labirynt ciasnych, waskich ulic. Zreszta nazwanie tych ciagow komunikacyjnych ulicami, to lekka przesada, gdyz ich szerokosc z reguly nie przekracza 2 metrow. Poruszac sie mozna po nich jedynie na piechote lub malym motocyklem. Wysoka zabudowa wzdluz tych uliczek sprawia, ze nawet w ciagu dnia panuje tam lekki polmrok, chlod, a do wiekszosci miejsc swiatlo sloneczne w ogole nie dociera.
W tym trudnym do rozszyfrowania labiryncie, znajduje sie (silnie strzezona przez uzbrojonych policjantow) Swiatynia Vishwanath, zwana rowniez Zlota Swiatynia. Jest to najpopularniejsza swiatynia w miescie i poswiecona jest bogowi Sziwie, jako stworcy swiata. Obecna bryla swiatyni pochodzi z drugiej polowy XVIII wieku, a jej dach pokryty jest warstwa zlota, ktora wazy, bagatela, okolo 800 kilogramow! Niestety, osoby nie bedace wiznawcami hinduizmu nie moga wejsc do srodka.
Po dwoch dniach spedzonych w Varanasi, pojechalismy (21 kwietnia) nocnym pociagiem do Gorakhpur, a stamtad udalismy sie na granice z Nepalem. Po dopelnieniu wszelkich formalnosci wizowo- paszportowych, okazalo sie, ze ostatni dzienny autobus do Pokhary odjechal godzine temu. Najblizszy nocny transport odjezdzal za prawie 3 godziny. Nie mielismy wyjscia. Poszlismy cos zjesc w oczekiwaniu na odjazd naszego autobusu. To byla jedna z najbardziej niewygodnych nocy podczas mojej calej (prawie rocznej) podrozy! Kupilismy jedne z ostatnich miejsc na ten kurs, wiec siedzielismy na samym koncu pojazdu. Okazalo sie, ze w tym miejscu fotele sa niesamowicie twarde. Tak bardzo, ze co kilkanascie minut trzeba bylo z bolu zmieniac ulozenie posladkow... Dodatkowo siedzielismy juz za tylne osia, wiec kazda najmniejsza nierownosc drogi powodowala ze skakalismy na tych fotelach jak jakies pileczki. A sama droga byla tak kreta, ze co chwile rzucalo nami z jednej strony na druga. Na tym gorskim odcinku drogi do Pokhary niewiele jest, chocby dwu, trzystumetrowych, prostych odcinkow szosy! Te wszystkie czynniki spowodowaly, ze spalismy niewiele i troche meczylismy sie na tej trasie.
Na miejsce dotarlismy dlugo przed wschodem slonca. Poszlismy prawie po omacku nad Zbiornik Phewa, przez wiekszosc ludzi nazywany jeziorem... To wlasnie tutaj zlokalizowana jest turystyczna dzielnica Pokhary, zwana Lakeside. Dotarlismy tam na tyle wczesnie, ze musielismy poczekac ponad godzine na otwarcie sie pierwszych hoteli. Gdy juz odpoczelismy sobie po dlugiej i meczacej podrozy, to poszlismy na posterunek policji turystycznej, aby wyrobic potrzebne nam przepustki, poniewaz mielismy zamiar pojsc na kilka dni w gory.
Gdy juz zalatwilismy wszelkie formalnosci, zdecydowalismy, ze zerkniemy na swiat z wysoka, bardzo wysoka. W okolicy poludnia oderwalismy swe stopy od ziemi i wzbilismy sie w przestworza unoszeni przez spadochron paralotni. Oczywiscie nie sami, lecz kazde z nas w tandemie w towarzystwie doswiadczonego pilota. Szybowalismy tak ponad pol godziny na tej samej wysokosci co liczne w tej okolic orly. Widok okolicznych stromych wzgorz i stokow pokrytych, gesto tarasowymi polami ryzu oraz Zbiornik Phewa kilkaset metrow pod naszymi stopami na dlugo pozostana w pamieci, bo wrazenia i widoki byly niesamowite. Kasia byla wniebowzieta i przeszczesliwa, a po wyladowaniu z jej twarzy dlugo nie mogl zejsc szeroki usmiech. Ja z kolei mialem, co musze przyznac, chwile mdlosci... W kazdym razie bylo to niesamowite, calkiem nowe doswiadczenie. Szkoda tylko, ze o tej porze roku, niebo nad Himalajami jest juz mocno zachmurzone. Wszystkie siedmio i osmiotysieczniki byly juz schowane za wysokim pioropuszem chmur.
Reszte dnia planowalismy spedzic na calkowitym relaksie, przynajmniej wydawalo nam sie, ze tak wlasnie bedzie. Dlatego, ze wymarsz w gory planowalismy dnia nastepnego. Wczesnym popoludniem, spacerujac wzdluz Lakeside, odwiedzilem zaprzyjazniona agencje turystyczna i tam (calkiem przypadkowo) dowiedzielismy sie, ze dnia nastepnego planowany jest strajk generalny kierowcow wszystkim mozliwych pojazdow, poczawszy od rikszarzy, skonczywszy na kierowcach autobusow. A wioska Nayapul, z ktorej mielismy wyjsc w gory lezy okolo 40 kilometrow od Pokhary. Okazalo sie wiec, ze dnia nastepnego nie bedzie mozliwosci, aby sie tam dostac...
Natychmiast dostalismy wielkiego przyspieszenia: pognalismy do hotelu, gdzie w trybie ekspresowym przepakowalismy nasze bagaze, poniewaz zdecydowalismy, ze trzeba zrobic wszystko, aby jeszcze tego dnia dostac sie do Nayapul. Chocby taksowka. Po dotarciu na dworzec, okazalo sie, ze zdazylismy na jeden z ostatnich autobusow do Nayapul, znow mielismy farta. Gdy dojechalismy na miejsce, jakis mezczyzna zapytal nas czy szukamy noclegu. No pewnie, ze szukamy, w koncu bylo juz ponad godzine po zmroku. Zaprowadzil on nas do kolejnej wioski na naszej trasie (Birethanti), gdzie jego znajomy prowadzil maly guest house. Tam tez spedzilismy noc.
Nastepnego dnia, bardzo wczesnie rano wyruszylismy na szlak. Poczatkowo wiodl on szeroka dolina rzeczna, a potem zaczal sie wspinac na jej lewy brzeg. Po kilku godzinach dotarlismy do wioski Tikhedunga (na wysokosci 1600m), gdzie zjedlismy sniadanie. Musielismy sie posilic, gdyz z tego miejsca czekalo nas strome, dlugie podejscie wzdluz niekonczacych sie stromych schodow do Ulleri, wsi lezacej na wysokosci okolo 2200m. Wiekszosc grup trekkingowych idacych z Nayapul lub Birethanti zatrzymuje sie na noc wlasnie w okolicy Ulleri. Ale my mielismy calkiem dore tempo, wiec postanowilismy pojsc dalej i tego samego dnia dotarlismy do Ghorepani, wsi lezacej na wysokosci okolo 2800m, gdzie wiekszosc grup dociera dopiero na drugi dzien.
Przyznac jednak trzeba, ze bylismy ogromnie zmeczeni i pod koniec dnia juz ledwo czlapalismy nogami. W tym miejscu spedzilismy noc w bardzo przytulnym guest housie. Powiem szczerze, ze goracy prysznic, jaki tam wzialem byl jednym z najwspanialszych od wielu, wielu miesiecy...
Nazajutrz wstalismy dlugo przed switem, gdyz wybralismy sie na popularny punkt widokowy w okolicy, Poon Hill 3210m. O wschodzie slonca, mozna stad podziwiac dwa osniezone osmiotysieczniki: Dhaulagiri 8167m i Annapurne I 8091m. Szczegolnie ten pierwszy wyglada majestatycznie i robi duze wrazenie, zwlaszcza jego urwista, wschodnia sciana. Wsrod najpopularniejszych siedmiotysiecznikow, jakie widac z tego miejsca, wymienic mozna Annapurne Poludniowa 7219m oraz Nilgiri 7060m. Na wierzcholku Poon Hill znajduje sie wysoka wieza widokowa, jednak o tej porze dnia wieje tam zimny, przenikliwy wiatr i wiekszosc osob opuszcza to miejsce nie pozniej niz pol godziny po wschodzie slonca. Zeszlismy wiec czym predzej na dol, by zjesc pyszne sniadanie i ruszyc w dalsza droge. Tego dnia wiekszosc naszej trasy wiodla wzdluz grzebietu, bylo tez wiele zejsc. Mijalismy kolejno wioski Deurali, Bathanti i Tadapani. Na koniec dnia dotarlismy do malej wsi Chuile (ok 2250m) z domami rozsianymi na stromym stoku. Tam tez spedzilismy noc.
Nastepnego dnia znow moglismy podziwiac 3 szczyty pokryte sniegiem i oswietlone na pomaranczowo przez promienie wschodzacego slonca. Z naszego guest housu widac bylo Annapurne Poludniowa, Hiunchuli oraz swieta gore Nepalczykow, Macchapucchare 6993m. Po wczesnym sniadaniu pomaszerowalismy dalej przez wioske Ghurjung i po okolo 4 godzinach dotarlismy do Chhomrong. W tym miejscu zebraly sie nad naszymi glowami ciemne chmury, z ktorych przez chwile padal deszcz. Na szczescie opad szybko minal i troche sie rozpogodzilo. Zeszlismy stromo w dol do doliny rzeki Moti, wyplywajacej z lodowca splywajacego spod poludniowych scian Annapurny I. Nad brzegiem tej rwacej rzeki lodowcowej znajduja sie dwa baseny z goracymi zrodlami. Oczywiscie skorzystalismy z tej odprezajacej kapieli. Byla to chwila ukojenia dla naszych zmeczonych i lekko rozdygotanych miesni. Po dlugiej chwili relaksu ruszylismy dalej i tego samego dnia, tuz przed zmrokiem, dotarlismy do wioski Landruk, polozonej ponad dolina rzeki Moti, na wysokosci okolo 1500m.
Kolejnego poranka znow zobaczylismy piekny wschod slonca i oswietlone sloncem osniezone szczyty z Annapurna Poludniowa i Hiunchuli w tle. To byl juz nasz ostatni dzien w gorach. W tym dniu podazylismy juz stromo w dol, mijajac po drodze wioski Tolka, Deurali i Dhampus. Po poludniu, wsrod pomrukow burzy dotarlismy do Phedi, skad wrocilismy autobusem do Pokhary.
Caly nastepny dzien (27 kwietnia) spedzilismy w Pokharze, glownie odpoczywajac, spacerujac po Lakeside i jedzac pyszne potrawy w przytulnych knajpach.
Kolejnego dnia pojechalismy mikrobusem do Kathmandu. Ta forma transportu, to byl dobry wybor, gdyz mikrobus pokonuje trase do stolicy w 2-3 godziny szybciej niz zwykly autobus. Przez druga czesc dnia glownie spacerowalismy ciasnymi uliczkami po turystycznej dzielnicy Thamel, pelnej restauracji, sklepow z pamiatkami, ubraniami, ksiazkami, sprzetem turystycznym i wieloma innymi artykulami.
Nastepnego dnia, po wyspaniu sie poszlismy zobaczyc, polozony niedaleko, Plac Krolewski czyli Durbar Square z wieloma ladnymi swiatyniami w ksztalcie pagod. W przeszlosci w dolinie Kathmandu znajdowaly sie 3 miasta krolewskie: Kathmandu, Patan i Bhaktapur. Obecnie Patan wchodzi w sklad aglomeracji Kathmandu, a Bhaktapur wciaz pozostaje odrebna miejscowoscia. W kazdym z tych trzech miejsc znaduja sie owe piekne place krolewskie. Tego samego dnia chcielismy takze zobaczyc Bodhnath, wielka stupe buddyjska, najwyzsza w Nepalu, otoczona przez domy zamieszkale przez mniejszosc tybetanska. Ludzie Ci przeprowadzili sie tu z Tybetu na przelomie lat '50 i '60 ubieglego wieku. Niestety nie udalo nam sie zobaczyc tego miejsca, poniewaz po drodze zlapala nas mocna burza i musielismy zawrocic.
W nastepnym dniu rozpoczela sie nasza 34-godzinna podroz powrotna do Delhi, w czasie ktorej pokonalismy ponad 1100 kilometrow. Najpierw 8 godzin spedzone w zatloczonym i bardzo niewygodnym mikrobusie do granicy z Indiami, potem 3 godziny w jeszcze bardziej zatloczonym autobusie z granicy do Gorakhpur. Ostatni etap (ponad 750 kilometrow) przejechalismy pociagiem i zajelo nam to ponad 16 godzin. Dotarlismy do Delhi w pierwszy dzien maja pod wieczor. Nie mielismy juz ochoty praktycznie na nic poza dobra kolacja i snem.
Dzis zerwalismy sie w srodku nocy i pojechalismy na lotnisko, gdyz wczesnie rano Kasia miala wylot do Polski. Ja wrocilem do hotelu i teraz czekaja mnie jeszcze dwa pelne dni w tym obrzydliwym miescie, jakim bez watpienia jest Delhi.
Jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem, to 4 maja rano, tym razem ja, bede w drodze na lotnisko, aby wsiasc do samolotu i wreszcie wrocic do domu...

Pozdrawiam, Darek

WYPRAWA TRANSASIA ZAKONCZONA

Kraków 06.05; godz 23:00


Ostatnie dwa pełne dni wyprawy spędziłem w Delhi i głównie odpoczywałem. Robiłem tez ostatnie zakupy, włóczyłem się po okolicy i powoli oswajałem się z myślą, ze już lada dzień zawitam z powrotem do Polski. Powiem szczerze, że nie tak łatwo było się oswoić z tą myslą, będąc od roku w trasie.
Wieczorem 3 maja, zamówiłem nawet budzenie na recepcji, żeby przypadkiem nie przespać pobudki następnego dnia rano. Udało się i jeszcze przed świtem wyjechałem na lotnisko, by pożegnać się na jakiś czas z Azją i wreszcie wrócic do domu.
Samolot wystartował o czasie. Po długim locie i przesiadce w Monachium, 4 maja o godzinie 16:25 wylądowałem w Krakowie, po dokładnie roku podróży po Azji.
Piszę te slowa i wciąż nie mogę uwierzyć, że to już koniec. Z pełna świadomoscią mogę stwierdzić, że wyprawa "TransAsia 2009, czyli lądem na Papuę" została zakończona.

W tym miejscu chciałbym bardzo goraco podziękować moim najbliższym, którzy cierpliwie wytrzymali moją roczną nieobecność w Polsce, mocno trzymali za mnie kciuki i wspierali na odległość. Za to jestem im bardzo wdzięczny.
Dziekuję także wielu znajomym, którzy też wierzyli, że mi się uda osiągnąć cel i śledzili moją relację z trasy.

Chcialbym takze podziekowac moim patronom medialnym, a konkretnie:
- Pawłowi Zającowi z portalu Onet.pl
- Albinowi Marciniakowi z Klubu Podróżników w Krakowie
- Adamowi Głowackiemu z Magazynu Podróżników Globtroter
- Andrzejowi Urbanikowi z portalu Travelbit.pl
- Iwonie Podgórskiej z wydawnictwa Bezdroża
- Krzysztofowi Stępniowi z portalu Transazja.pl

Szczególne podziękowania należą się również czterem sponsorom wyprawy, którzy w znacznym stopniu przyczynili się do powodzenia całego przedsięwzięcia. Byli to:
- Polskie Biuro Podróży Primapol, reprezentowane przez Heryka Juchnika
- Biuro Podróży Albatros, reprezentowane przez Adama Ślęczka
- Biuro Podróży CST Travel, reprezentowane przez Ewę Chrząszcz
- Agencja reklamowa BoWa, reprezentowana przez Leszka Węgrzyna

Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia.
Darek

powrót do początku strony