RELACJE Z PODRÓŻY

Szlakami Gór Kackar



Autor: Łukasz Przywóski
Data dodania do serwisu: 2005-09-09
Relacja obejmuje następujące kraje: Turcja

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
6.33 292
       Charakteryzujące się polodowcową rzeźbą Góry Kackar są częścią pasma Gór Pontyjskich. Brak infrastruktury turystycznej, w tym oznakowanych szlaków w połączeniu ze znacznymi wysokościami i piękną przyrodą przyciąga rządnych wrażeń turystów. Zbudowane z odpornych na wietrzenie skał magmowych i metamorficznych góry te charakteryzują się ostrymi, poszarpanymi graniami i szczytami przywołującymi na myśl górskie krajobrazy Szwajcarii. W oddalonym o 40 km od głównego pasma rejonie Vercenika podziwiać można wyniosły, przypominający kształtem Matterhorn szczyt. Najwyższym natomiast szczytem pasma jest Kavran (3937 m n.p.m.) położony w paśmie Dilek Daglari nazywanym powszechnie Kackar Daglari. Główna grań Gór Kackar ma przebieg NE – SW. Zaczynając od północnego-wschodu tworzą ją pasma Marsie, Altiparmak, Liblin Tepe, Dolina Korahmet, Bulut Daglari i Dilek Daglari.
        Polodowcowe jeziora otoczone ze wszystkich stron potężnymi ścianami okolicznych masywów oraz niespotykaną w naszych szerokościach geograficznych roślinnością (kosodrzewinę zastępują rododendrony i azalie) stanowią doskonałe miejsce do założenia obozu.
       Północna część Gór Kackar jest najbardziej wilgotnym rejonem Turcji. Deszcz nie szczędzi mieszkańców przez 250 dni w roku a suma opadów przekracza 5000 mm. Strome i niedostępne stoki zapewniają schronienie niedźwiedziowi brunatnemu, którego populacja w Turcji kurczy się gwałtownie ze względu na polowania urządzane przez Turków dla zamożnych turystów. Stoki te są wiecznie pogrążone we mgle. Wynika to z ich usytuowania nad Morzem Czarnym. Masy wilgotnego powietrza nadciągające znad morza zbijają się w gęste chmury zalegające na zboczach do ok. 3000 m n.p.m. Natomiast opadające ku rzece Coruh Cay stoki południowe Gór Kackar są suche, porośnięte trawami oraz ostami. Panujący tu klimat sprzyja uprawie oliwek, niebywale słodkich i soczystych brzoskwiń oraz fig. Nad samą rzeką znaleźć można nawet poletka ryżu.
Rolę szlaków w Górach Kackar spełniają pasterskie ścieżki łączące yayle (sezonowe wioski pasterskie) z wodopojami. W wyższych partiach drogę znaczą jedynie chaotycznie rozrzucone po skałach kopczyki kamieni. Dość łatwo je zgubić, toteż najlepszym sposobem poruszania się po tych górach jest obranie sobie ścieżki i trzymanie się jej. W zaplanowaniu trasy przejścia pomóc mogą zamieszczone w przewodnikach Lonely Planet i Bezdroży mapki. Sprawiają raczej liche wrażenie ale okazały się naprawdę użyteczne.

25 – 26 lipca 2005

       Naszą przygodę w Górach Kackar rozpoczynamy od dnia aklimatyzacji w Yusufeli, malowniczym miasteczku otoczonym potężnymi górami. Trudno oprzeć się urokowi rozgrzanych słońcem uliczek, toteż mimo zmęczenia blisko 80 h spędzonymi w autobusach decydujemy się na przechadzkę po okolicach miasteczka. Zatrzymaliśmy się w położonym naprzeciw dworca (tj. placu, na którym zatrzymują się autobusy) hotelu Yigit, gdzie za 7 YTL od osoby spędziliśmy jedną noc w czystych, lecz spartańsko urządzonych pokojach. Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano, by jak najszybciej dostać się do wsi Barhal skąd zamierzaliśmy wyruszyć w góry. Niestety jeździ tam tylko jeden dolmusz dziennie a z Yusufeli wyjeżdża po południu gdy zbierze się komplet pasażerów. Ponieważ godzina odjazdu pozostaje tajemnicą nawet dla kierowcy nie należy oddalać się zanadto od przystanku. Oczekiwanie umililiśmy sobie sączeniem wszechobecnego w Turcji cayu.
       Wreszcie dolmusz rusza. Początkowo uwagę naszą przyciągają malownicze krajobrazy zdominowane przez góry i topole. Po chwili jednak uwagę tę skupiamy na ruchach kierowcy.Wjeżdżamy bowiem w część drogi wiodącą przyprawiającymi o zawroty głowy piaszczystymi wirażami. Brak barierek oraz znaczna ekspozycja stoku, po którym jedziemy wywierają na nas duże wrażenie. Miejscowi natomiast niespecjalnie się tym wszystkim przejmują. Jeden ucina sobie drzemkę, a drugi ze stoickim spokojem czyta gazetę. Emocje kończą się we wsi Soligor, gdzie kierowca robi sobie przerwę na cay. Dalsza część drogi przebiega spokojniej.
       Jeśli nie planujemy dnia odpoczynku w Barhal warto powiadomić o tym kierowcę. Zabierze nas wówczas za wieś, dzięki czemu zaoszczędzimy ponad godzinę drogi. Po opuszczeniu dolmusza podążamy utwardzaną drogą biegnącą wzdłuż rzeki Barhal. Po ok. 30 min mijamy świeżo wybudowane domostwa. Droga robi się coraz bardziej stroma. Podążając nią uparcie mimo ciążących plecaków docieramy po ok. 50 min do yayli Naznara. Nie brak tu opuszczonych chatek, toteż warto spędzić w jednej z nich noc. Tym bardziej, że stanowią one dobre i bezpieczne schronienie przed deszczem. Nam udało się zdążyć do jednej z nich na chwilę przed burzą. Schronieni w drewnianej chatce, popijając herbatę z zaciekawieniem obserwowaliśmy show Matki Natury.

27 lipca 2005

       Z Naznary dobrze widoczny jest kocioł lodowcowy, w którym powstało jezioro Kara Gol. Wyspani opuszczamy yaylę i kierujemy się w stronę jeziora. Pasterska ścieżka prowadząca do góry prowadzi przez następną, ostatnią już po tej stronie gór yaylę Amaneskit. Stąd od jeziora dzieli nas jeszcze 2,5 h marszu. Po dotarciu na grań naszą uwagę przykuwają wszechobecne rododendrony. Na rozwidleniu ścieżki skręcamy w prawo (lewa odnoga obchodzi interesujący nas obszar) i staramy się jej nie zgubić. Miejscami ścieżka ta jest zatopiona – strumyk wykorzystał ją jako koryto. Trasa jest bardzo malownicza. Widoczne doskonale szczyty szczyty pasma Marsis mają imponujące i eleganckie stożkowate kształty. Po chwili (dłuższej niestety) docieramy nad jezioro. Szybko zajmujemy najlepsze miejsce pod namiot obawiając się, niepotrzebnie jak się miało okazać, nadciągającej konkurencji. Turyści wprawdzie przybywają nad Kara Gol tłumnie, ale tylko po to by chwilę tu posiedzieć po czym wrócić do Barhal. Jedynie napotkani Izraelczycy planują przejście całego pasma.
       Pogoda jest rewelacyjna. Dlatego też po chwili odpoczynku i rozbiciu namiotu ruszamy na podbój najbliższego szczytu Nebisatgur (3301m). Obchodzimy jezioro, po czym przedostajemy się przez wpadający do niego strumień i ruszamy pod górę. Trasa jest bardzo łatwa i przyjemna. Na przełęczy między szczytami bez nazwy a Nebisatgur zwracamy się ku temu ostatniemu i po czterdziestominutowej wspinaczce stajemy na szczycie. Widok jest bardzo ładny. Przy dobraj pogodzie dostrzec można nawet Kavron. Powrót nad jezioro zajmuje nam ok. 1,5 h. Postanawiamy spędzić tu jeszcze dwa dni, podczas których zamierzamy zdobyć szczyty Altiparmak (3301 m n.p.m.) i Didvake (3455 m n.p.m).

28 lipca 2005

       Znad Karagol postanawiamy udać się na widoczny na północy szczyt Altiparmak (3301 m n.p.m.). Na szczyt można się dostać na wiele sposobów. Na przykład podążając na prawo od jeziora ku zboczu zasłanemu rumowiskiem, a wyżej zwietrzeliną. My wariant ten zarezerwowaliśmy na powrót. Znad jeziora skierowaliśmy się w dół, by obejść górę trawersując jej zbocze i, następnie, wspiąć się wschodnim stokiem o znacznej ekspozycji. Trasa ta obfituje w liczne przeszkody. Z pewnością każdemu dostarczy wysokogórskich emocji. Właściwie cały czas by utrzymać się na zboczu potrzebna będzie pomoc rąk. Po 1,5 godzinie podejścia zbliżamy się do szczytowej piramidy, która stąd sprawia wrażenie niedostępnej. Należy ją obejść mijając płaty śniegu i odnaleźć wiodącą na szczyt od zachodniej strony drogę oznaczoną kopczykami. Wreszcie stajemy na grani. Stąd od szczytu dzieli nas jedynie 300 m poszarpanej, obfitującej w ciekawsze momenty drogi. Trudności techniczne pojawiają się dopiero przed samym szczytem. Czeka nas 5 m dosyć wymagającej wspinaczki. Nie jest to może dużo, ale w razie odpadnięcia i z jednej i z drugiej strony grani czeka na nas przepaść. Wreszcie stajemy na szczycie. Widok jest niesamowity. Północne stoki gór pokrywa morze mgieł. W odróżnieniu jednak od tych znanych mi z Ukrainy czy Rumuni mgły zalegają na zboczach całymi dniami. Na szczycie znajduje się zeszyt z wpisami zdobywców szczytu. Najstarszy wpis pochodzi z 1965 roku. Znaleźliśmy jedynie dwa wpisy grup polskich. W sumie wpisów było około 60. Staliśmy zatem na szczycie, na którym przez ostatnie 40 lat stanęło mniej ludzi niż na Mt. Everest. Budujące uczucie. Patrząc wzdłuż głównej grani na SW dostrzeżemy piękne, bliźniacze szczyty Liblin Tepe (3472 m n.p.m.), Bulut Dag (3562 mn.p.m.) i Kavran (3937 m n.p.m.). Po 15 minutach odpoczynku ruszamy z powrotem do naszej bazy. Wracamy południowym zboczem. Brak tu technicznych trudności, ale dość łatwo zjechać na zwietrzelinie albo spowodować lawinę. Dlatego też pewne odcinki drogi pokonywaliśmy podążając gęsiego w dużych odstępach. Dopiero gdy prowadzący skrył się za odpowiednio dużym fragmentem skały ruszał następny. Kamienie zaś osuwały się często, co stymulowało nas do lepszego wyważenia stawianych kroków.
    Ponieważ nad Karagol wróciliśmy bardzo wcześnie bo około 14.00 a i pogoda dopisywała zdecydowaliśmy się na kąpiel w jego czyściutkich wodach. Była to chyba najbardziej ekstremalna kąpiel w moim życiu. Lodowata woda odbierała oddech. Żaden z nas nie wytrzymał w niej nawet minuty.

29 lipca 2005

       Skoro świt ruszamy na podbój Didvake. Była to najcięższa trasa górska jaką miałem okazję przejść. Obfitująca w trudności techniczne jest również bardzo długa (nam zajęła 10 godzin) i wyczerpująca. Grzbiet górski zwieńczony wyniosłym szczytem Didvake jest dobrze widoczny już z Barhalu. W miarę zbliżania się do szczytu grań staje się coraz bardziej poszarpana. Trudności techniczne oraz znaczna ekspozycja gwarantują niezapomniane wrażenia. Zanim jednak osiągniemy ten moment trasy czekają nas znad Kara Gol blisko cztery godziny uciążliwego i wyczerpującego marszu pod górę. Znad jeziora docieramy do przełęczy między szczytem Nebisatgur a grzbietem Didvake. Trzeba wytracić wysokość a następnie w mozole ją odzyskiwać. Droga granią jest niebezpieczna. Duże odcinki trasy wymagają umiejętności wspinaczkowych. Oczywiście przy zachowaniu zdrowego rozsądku i wyważeniu ruchów trasa jest dostępna dla każdego. Grunt by nie przemować się zanadto baaaardzo stromymi zboczami, po których w razie czego przyszło by nam spadać kilkaset metrów w dół. Podążając granią nie widzimy szczytu, bierzemy za niego każde przesłaniające dalszą trasę wzniesienie. Gdy dochodzimy na miejsce stajemy jak wryci. To jeszcze hnie szczyt. Aby dostać się na bardzo stromy stożek Didvake należy ostrożnie zejść z grani kilkanaście metrów w dół, po czym wspiąć się ośmiometrową „rynną”. Ze szczytu jak i grani bezpośrednio go poprzedzającej rozciąga się widok na pogrążone we mgle północne zbocza Gór Kackar. Powrót zajmuje nam ok. 4,5 godziny. Wykończeni rozkładamy się nad jeziorem i korzystając z dobrej pogody wypoczywamy.

30 lipca 2005

       Postanawiamy przenieść się w rejon Liblin Tepe. Droga nie należy do trudnych, jest jednak bardzo wyczerpująca. Z ciężkimi plecakami ruszamy w stronę przełęczy między szczytem Nebisatgur a granią Didvake. Po jej osiągnięciu rozpoczynamy czterogodzinne zejście stromym zboczem. Rozpalone słońce nie ułatwia nam zadania. Na szczęście droga w dół prowadzi wzdłuż strumienia. Zaspokojenie pragnienia nie stanowiło więc większego problemu. Po 4 godzinach zejścia doszliśmy do yayli Binektasi. Kilku jej mieszkańców wyposażonych w lornetkę, z pomocą której obserwowali nasze poczynania już nas oczekiwało. Po usilnych próbach porozumienia się z pomocą gestykulacji i kilku wyuczonych tureckich słówek ustaliliśmy, że od yayli Pisenkaya dzielą nas jeszcze 2 – 3 godziny drogi. Odrzuciwszy propozycję noclegu w Binektasi ruszyliśmy naprzód. Szybko jednak zaczęliśmy tracić rezon. Trasa prowadząca wijącą siępo zboczach góry drogą jest raczej monotona. A w zestawieniu z rozgrzanym słońcem czyni marsz nieznośnym. Zbyt zmęczen, by kontynuować drogę rozbiliśmy się 2-3 km przd Pisenkayą, w lesie nieopodal zbiegu dwóch strumieni. Było to dobre rozwiązanie. Jak się bowiem nazajutrz okazało w Pisekayi niemal wszystkie chatki są zamieszkane i trudno byłoby o nocleg w jednej z nich. Ponadto obecne we wsi psy raczej nie przepadały za turystami.

31 lipca 2005

       Aby dotrzeć do Liblin Golu należy podążać pasterską ścieżką po prawej stronie strumienia. Mimo że droga nie jest trudna odzyskiwanie utraconej poprzedniego dnia wysokości jest nieco męczące. Dlatego też, gdy naszym oczom ukazało się jeziorko odetchnęliśmy z ulgą. Liblin Golu ustępuje urokiem Karo Gol. Ma również jedną wadę. Mianowicie ta część terenu, która nadaje się do rozbicia namiotu jest podmokła. Po usilnych poszukiwaniach udało nam się znaleźć w pobliżu wpadającego do jeziora strumyka suchy teren. Zbierające się na niebie chmury nie wróżyły wymarzonego wypoczynku na słońcu. Nim skończyliśmy rozbijać namiot zaczęło padać. Mżawka szybko przerodziła się w trwającą ok. 12 godzin ulewę z rzadka przerywaną chwilami spokoju. Schronieni w namiocie zaczęliśmy się nudzić. Czytany po raz nasty przewodnik i wyborcza przywieziona jeszcze z Polski niewiele pomagały. Znaliśmy je już na pamięć. Dopiero dramatyczne rozgrywki w inteligencję pozwoliły skutecznie zabić wlokący się czas. Z wypiekami na twarzy wymyślaliśmy kolejne kategorie. W końcu gra toczyła się o wysoką stawkę. Tureckie piwo. Około 20.00 nasze intelektualne zmagania przerwała woda wlewająca się do namiotu. Karrimaty zdążyły już nasiąknąć jak gąbka. Przerwę w ulewie wykorzystaliśmy by skonstruować tamę, która miała zmienić bieg strumienia tak, by podniesione wody podmywały przeciwny jego brzeg. Budowę kończyliśmy w deszczu. Przed snem każdy z nas połknął po dwie polopiryny i rutinoscorbin popite ciepłą herbatą.

1 sierpnia 2005

       Następnego dnia wstaliśmy skoro świt. Niebo było w miarę czyste. Postanowiliśmy trzymać się planów i ruszyć na bliźniacze szczyty Liblin Tepe. Zeszliśmy do ścieżki prowadzącej porośniętym rododendronami zboczem by po około 40 minutach dojść do początku grani. Mozolne podejście skalnym rumowiskiem wymagające w kilku momentach przejścia kilko do kilkunastometrowych odcinków po płatach śniegu zajęło nam 1-1,5 godziy. Miejscami musieliśmy poruszać się bardzo uważnie i podążać gęsiego, a to ze względu na osypujące się kamienie. Wejście na szczytowe piramidy wymaga pewnych wspinaczkowych umiejętności, ale nie należy go demonizować. Niestety nim zdążyliśmy osiągnąć pierwszy ze szczytów nadciągnęły chmury. Słaba widoczność odebrała trasie wiele uroku. Trzeba jednak przyznać, że pokonywanie trudności technicznych było samo w sobie przyjemne. Ponieważ sytuacja na niebie zaczynała robić się dramatyczna zarządziliśmy odwrót. Zejście południowym stokiem zajęło nam około jednej godziny. Po powrocie do namiotu zdążyliśmy jeszcze przygotować sobie posiłek, nim Natura zapewniła nam powtórkę z rozrywki. Grzmoty, błyski i deszcz. Do następnego ranka. Tym razem z nudą walczyliśmy grając w statki.

2 sierpnia 2005

       Mimo nie najlepszej pogody postanawiamy nie czekać w namiocie na cuda. Ruszamy w stronę doliny Korahmet i pasma Bulut Daglari, którego najwyższy szczyt Bulut Dag wznosi się na wysokość 3562m n.p.m. Wilgotne śpiwory, mokry namiot i ociekające karrimaty przytraczamy do plecaków. Opuszczamy podmokłe tereny Liblin Golu i zwracamy swe kroki w stronę Pisenkayi. Po obejściu grani skręcamy w prawo ku przełęczy którą, jeśli wierzyć mapie, powinniśmy przejść by dostać się do celu podróży. Innymi słowy po wytraceniu wysokości staramy się ją odzyskać. Pogoda nas nie oszczędza. Wiatr i deszcz ostro zacinają. Rozdrażnieni i lekko zakatarzeni pniemy się ku górze wypatrując opisanej w przewodniku yayli i jeziora Okuz Golu. Jak się okazuje rolę yayli odgrywa sklecona z kamieni chatka. Jezioro zaś zdążyło wyschnąć.
Ku naszemu zdziwieniu poniżej przełęczy dostrzegamy kilkanaście namiotów. Zbliżamy się do nich i wywołujemy obozowiczów. Po chwili z jednego z namiotów wychyla się rozczochrany brodacz, który lata młodości ma już za sobą. Jak się okazuje jest rodowitym Anglikiem o szkockich korzeniach, który po przejściu na emeryturę nie chciał zbyt szybko zdziadzieć. W związku z czym przeniósł się na Syberię, do Nowokuźmirska, gdzie przez 9 miesięcy w roku naucza angielskiego. A w Góry Kackar przyjechał właśnie ze swymi uczniami. Dar opowiadania anglika sprawił, iż proste pytanie o dalszą drogę skończyło się blisko dwugodzinną konwersacją. Opowiedziane ze swadą przygody i podróżnicze perypetie poprawiły nam humor a i zza chmur wychyliło się słońce. Pożegnawszy się z sympatyczną grupą podjęliśmy wspinaczkę. Widok z przełęczy należał do najładniejszych jakie do tej pory w górach oglądaliśmy. Po chwili odpoczynku zaczęliśmy schodzić. Widoczne w dole yayle połączone utwardzoną drogą wyglądały bardzo malowniczo. Chmury się rozpierzchły a słońce zaczęło ostro przygrzewać. Mokre ubrania wyschły dosyć szybko. Do yayli dotrzeć można albo schodząc stromo w dół do pierwszej z nich i następnie podążając drogą. Albo też, na co się zdecydowaliśmy, trawersując kilka przełęczy i schodząc do przedostatniej przed zakrętem drogi yayli. Mieszkańcy mijanych osad byli bardzo sympatyczni. Dowiedziawszy się, że przyjechaliśmy z Polski wyraźnie się cieszyli. Wprawdzie podawany przez nich czas potrzebny, by dotrzeć do Yaylayar, gdzie zamierzaliśmy przenocować, rozciągał się od jednej do trzech godzin ale generalnie byli bardzo uczynni.
       Ostatnia godzina drogi mija na monotonnym marszu wijącą się po zboczach w wymyślny sposób drogą. Brak tu drzew czy jakiejkolwiek innej osłony przed słońcem. Nie ma też strumienia, z którego możnaby zaczerpnąć wody. Na szczęście wzdłuż drogi ustawione są „wodopoje” – zaimprowizowane ujęcia wody, z przykutymi do nich łańcuchem aluminiowym kubkiem. Wykończeni całodzienną trasą dotarliśmy wreszcie do Yaylayar. Powrót do cywilizacji uczciliśmy puszką Coli Turki. Po czym zabraliśmy się do poszukiwania noclegu. Jako że chcieliśmy wypocząć, porzuciliśmy myśl o nocowaniu na polu campingowym. Po rekonesansie okazało się, że hotel jest jeden, lokanty natomiast nie ma żadnej. Za cenę 5 YTL można wykupić w hotelu obiad, niezbyt smaczny i nie wart tej sumy. Pracownicy hotelu na wieść, że pochodzimy z Polski zaczęli wykrzykiwać: „Szymkowiak!!!”, „Trabzoooon” i „goooool”. Jak się bowiem okazało w okolicach Trabzonu jest Szymkowiak gwiazdą. W ten sposób dzięki sprawnie kopiącemu piłkę rodakowi zaskarbiliśmy sobie życzliwość gospodarzy.
       Umyci i ubrani w świeże ubrania postanawiamy zjeść coś sensownego. Zaopatrujemy się w warzywa, makaron i jajka. Korzystając z udostępnionej gościom hotelu kuchni, przyrządziliśmy spaghetti. Niestety po kilku dniach nędznej górskiej diety nie potrafiliśmy pohamować apetytów. Dokładkom nie było końca. Do tego doszło kilka deserów i herbatek. Jakoś nie przyszło nam do głowy, że przyjdzie nam za to obżarstwo gorzko zapłacić. Tymczasem w dobrych nastrojach, aczkolwiek nieco ociężali, położyliśmy się spać.

3 sierpnia 2005

       Rano wyruszyliśmy na podbój najwyższego szczytu Gór Kackar. Prześcigaliśmy się w wyobrażeniach o jego ogromie. Najpierw z Yaylayar doszliśmy utwardzaną drogą do Olgunlaru, skąd podążać należy dobrze wydeptaną ścieżką. Jest to chyba jedyny w Górach Kackar szlak, na którym nie sposób się zgubić. Po przejściu małym, betonowym mostkiem płynącej po lewej stronie rzeki ruszamy prowadzącą lekko pod górę ścieżką. Po godzinie marszu doliną zatrzymaliśmy się w Nastaf Yaylasi – ostatniej przed szcytem osadzie. Przypatrując się rzeźbie terenu i nadciągającym zewsząd turystom, których jedynym celem „jest zaliczyć” najwyższy szczyt czujemy się jakby przeniesiono nas w Tatry. Kolejki do szczytu wprawdzie nie ma, ale i tak jest tłoczno.
       Około pięć kilometrów za Nastaf Yaylasi znajduje się Dilber Duzu – oficjalne obozowisko. To tu zatrzymują się na nocleg przed atakiem szczytowym zorganizowane grupy. Rzeczywiście, warunki do obozowania są doskonałe – teren jest równy a tuż obok płynie strumień. My jednak decydujemy się zanocować nad Deniz Golu. Po chwili odpoczynku i uzupełnieniu niezastąpionymi Snickersami zapasów cukru w organizmie ruszamy pod górę. Podejście jest przyjemne chociaż ścieżka wznosi się dosyć stromo. W pewnym momencie szlak rozwidla się. Jak się jednak okazuje obydwie ścieżki prowadzą do jeziora. Dojście z Dilber Duzu do Deniz Golu zajęło nam 2h. Można krócej, ale nam udało się zgubić drogę. Na miejscu zaskoczeni rozglądamy się po kamienistym brzegu. Początkowo nie dostrzegamy żadnego miejsca, gdzie możnaby rozbić namiot. Wkrótce okazuje się, że miejsc tych jest dokładnie pięć. Są to oczyszczone z kamieni i nimi właśnie obudowane placki twardej jak diabli ziemi. Wbicie śledzi staje się nie lada wyzwaniem. Pogoda bardzo szybko się psuje. Zbijająca się mgła jest tak gęsta, że z trudem widzimy się nawzajem. Na domiar złego Filip zaczyna narzekać na ból brzucha. Ubrani w polary staramy się zasnąć. Próby te przerywają jęki współtowarzysza. Oto przyszedł czas zapłaty za niepohamowane obżarstwo. Szkoda tylko, że na 3000 m n.p.m. Filip wymiotuje. Dołącza się do tego zmora turystów biegunka. Nie wnikając w szczegółowe opisy gastrycznej rebelii w organizmie Filipa podsumuję ją tak. Brzmiało to i wyglądało przerażająco. W życiu nie widziałem kogoś równie bladego. Poważnie zastanawiamy się czy nie zrezygnować z wejścia na Kavran.
       Pogoda niespecjalnie zachęca do wysiłku. Jest pochmurno i zimno. Ponadto Filip jest mocno osłabiony. Mimo to po rozważeniu sytuacji nie rezygnujemy z wejścia. Wolniej niż zwykle wchodzimy na dobrze oznaczony kopczykami szlak. Po około 40 minutach docieramy do płaskiej przełęczy, skąd rozciąga się atrakcyjna panorama. Widok szczytu mobilizuje do wysiłku. Trasa jest łatwa i jednocześnie malownicza. Wymaga przekroczenia licznych płatów śniegu zalegających między skałami. Końcowy odcinek podejścia wiedzie rumowiskiem. Trzeba uważać, gdzie stawia się nogi. Wreszcie docieramy na szczyt. Zamiast pięknych widoków dokoła podziwiać możemy jedynie mgłę. Silnie wiejący, chłodny wiatr zmusza nas do ukrycia się po zawietrznej stronie grani. Wpisujemy się do zeszytu stanowiącego kronikę wejść i schodzimy z powrotem do jeziora. Gdy docieramy nad Deniz Golu zaczyna się przejaśniać. Szczęśliwi, którzy właśnie wtedy docierali na szczyt. Nam pozostało obruszyć się z niesmakiem na kaprysy Natury. Ze względu na ogólne zmęczenie oraz osłabienie Filipa decydujemy się zrezygnować z przejścia granią do Ayder. Postanawiamy wrócić do Yaylayar, skąd kursuje dolmusz do Yusufeli. Jak się okazuje wyjeżdża o nieludzkiej porze tj. o 05.30 rano. Tymczasem wypoczywamy nad jeziorkiem. Gdy pogoda się psuje chronimy się w namiocie. Powolnie płynący czas wyzwala w nas pokłady kreatywności. Z zebranych kamyczków, kartki papieru, monet, plusza, suszonych bananów, orzechów i rodzynek zaimprowizowaliśmy szachy. Pełne dramatycznych zwrotów akcji rozgrywki pozwalają nam dotrwać do pory snu.

4 sierpnia 2005

       Wstajemy dosyć późno. Pakujemy plecaki, składamy namiot. Aż trudno uwierzyć, że to już koniec naszego pobytu w górach. Schodzimy. Mamy dobre tempo. Szybko mijamy Dubler Duzu. Chwilę przerwy robimy sobie w Nastaf Yaylasi. Do Yaylayar dochodzimy stamtąd w niespełna półtorej godziny. W dobrze już znanym hotelu nocujemy w oczekiwaniu na poranny dolmusz do Yusufeli, skąd wyruszymy na podbój góry Nemrut a następnie Kapadocji.

Wspomniane trasy jak i pobyt w Stambule okazały się arcyciekawe. Jednak to właśnie górskie zmagania w paśmie Kackar najsilniej utkwiły mi w pamięci.


INFORMACJE PRAKTYCZNE

1. Waluta, wizy

Walutą Turcji jest lir. W przewodnikach znajdują się nieaktualne już informacje o niestabilności waluty. Jest niestety (dla kieszeni podróżujących) dosyć stabilna i nieestety droga. Można stosować następujący przelicznik 1 euro = 1,6 YTL, 1 USD = 1,3 YTL. Na granicy należy nabyć w cenie 10 euro wizę upoważniającą do 30-dniowego pobytu na terenie Turcji.

2. Dojazd

W Góry Kackar dostać się można na wiele sposobów. O tym jaki wybierzemy zdecyduje zasobność portfela. Dla krezusów pozostaje pociąg (droższy niż bezpośredni samolot!!!) i droga powietrzna. Oczywiście jeśli na sześć miesięcy przed wyjazdem znamy już dokładną jego datę próbować można zakupić w niemieckich liniach lotniczych bilety promocyjne Berlin – Stambuł. Spotkana przez nas para bilet taki zakupiła 5 miesięcy przed wyjazdem za 20 euro. My natomiast zdecydowaliśmy się dostać do Turcji metodą łączoną. Z warszawy do Przemyśla, skąd dwa razy w tygodniu odjeżdża autobus do Suceavy (125 zł, 14 h). W Suceavie wsiadamy w autobus firmy Toros, który zatrzyma się dopiero w Stambule (43 euro, 24h). Teraz pozostaje nam dostać się do Erzurum(50-60 YTL*, 16-20h). Z erzurum jedziemy do Yusufeli (13-15 YTL, 3-4h), skąd odjeżdża dolmusz do Barhal (7 YTL, 2h). A w Barhalu ciężkie plecaki zarzucamy na plecy i ruszamy w góry:)

3. Ceny

Turcja jest niezwykle drogim krajem. Wysokie ceny benzyny (ok. 6 zł/litr) bardzo szybko uszczupliły nasze finansowe zasoby. Osoby korzystające z pierwszego wydania przewodnika Bezdroży powinny stosować następujący przelicznik, by uwspółcześnić podane w nich ceny przejazdów jak i noclegów:
Tak więc cenę podaną w dolarach należy czytać w euro i dorzucić do tego 50 jej procent. Wtedy uzyskamy cenę, której za daną usługę należy się spodziewać. Na przykład jeśli napisane jest, że ze Stambułu do Erzurum dojedziemy za 20 USD, powinniśmy czytać to tak: 20 euro + ½ z 20 euro, co łącznie daje 30 euro. To dla optymistów. Lepiej dodawać co najmniej 60 % sumy podanej w dolarach.

Przykładowe ceny:

Simet (bułka z sezamem) : 0,3 YTL
Chleb (0,2 – 0,5 YTL) – cena zależy od miejscowości i sprzedawcy
Cola : 1 YTL za puszkę!!!
Piwo Efez : 2 YTL za 0,5 l.
1 kg bananów : 2 YTL
1 kg fig : 3 YTL
Nocleg w hotelu: 5 (o dziwo najtańszy nocleg mieliśmy w Kapadocji) – 10 YTL. Podana cena jest ostateczną jaką udało nam się wynegocjować. Warunki w pokojach były spartańskie – 3 łóżka, prysznic i toaleta na korytarzu. W Stambule będzie trzeba ostro pokombinować ale da się znaleźć nocleg za 10 YTL od osoby.
Hamam (łaźnia): 5 YTL kąpiel, po 3 YTL mycie i masaż (w Kayseri)
Mleko i przetwory mleczne są zdecydowanie droższe niż w Polsce.
Tavuk : 1 – 3 YTL
Kebab : 1 – 3 YTL

I to tyle. Osoby zainteresowane wyjazdem do Turcji i zwiedzeniem Gór Kackar, Kapadocji czy okolic Adiyamanu ( Nemrut Dag) mogą się ze mną skontaktować pod adresem: gambit2@o2.pl – chętnie odpowiem na wszelkie pytania i wątpliwości.

powrót do początku strony