RELACJE Z PODRÓŻY

„Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków” – szlaki i miasteczka Wschodnich Bieszczad



Autor: Barbara Bogucka
Data dodania do serwisu: 2010-09-16
Relacja obejmuje następujące kraje: Ukraina

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
7.50 170

Informacje praktyczne:

 

Literatura:

 

- Aleksander Strojny, Krzysztof Bzowski, Artur Grossman „Ukraina zachodnia. Tam szum Prutu, Czeremoszu…”, przewodnik, wyd. Bezdroża, Kraków 2007

- Bruno Schulz „Sklepy cynamonowe”, wyd. Oficyna Wydawnicza „Promocja”, Wrocław 2001 (wydanie niewielkie, lekkie i z ilustracjami autora)

- mapa “Bieszczady Wschodnie”, wyd. Ruthenus, wyd. III, Krosno 2010

- http://www.bieszczady.net.pl

 

Trasa:

Poznań – Przemyśl – Lwów – Skole – Majdan – Schodnica – Urycz – Schodnica – Truskawiec – Drohobycz – Sambor – Sianki - ???? – Rudki – Lwów – Medyka – Przemyśl – Poznań

Język:

- polski z domieszką rosyjskiego i ukraińskiego. Poza jednym wyjątkiem nie mieliśmy problemów, by się porozumieć, Ukraińcy, zwłaszcza ludzie starszej daty, chętnie rozmawiają i udzielają rad (czasami aż nazbyt chętnie, za to zawsze z troską i życzliwością), zwłaszcza jeśli ktoś zna choć kilka słów po ukraińsku i stara się je wykorzystać

Waluta:

- generalnie im bliżej granicy, tym lepszy kurs. My skorzystaliśmy z kantora niedaleko dworca PKP w Przemyślu, dobry kurs także we Lwowie (poza Dworcem Kolejowym)

Wizy:

- niewymagane

Przejście graniczne:

- jedyne przejście piesze graniczne w tym rejonie to przejście Medyka – Szeginie. Bywa ciasno i nieprzyjemnie, zwłaszcza przy opuszczaniu Ukrainy. Warto pamiętać o karteczkach rejestracyjnych, obie wypisuje się przy wjeździe do kraju, drugą pokazujemy przy wyjeździe

Dojazd - Beskid Skolski:

- najszybciej pociągiem z Dworca Głównego we Lwowie do miejscowości Skole. Można dojechać także jedną z licznych marszrutek

Dojazd - Bieszczady Wschodnie:

- są dwie opcje: pociągiem z Dworca Głównego we Lwowie do miejscowości Sianki lub marszrutką bezpośrednio do miejscowości Sambor i stamtąd pociągiem do Sianek

Transport:

- ceny paliwa są o mniej więcej 1/4 tańsze niż w Polsce, choć podróżowanie samochodem może wiązać się z nieprzyjemnościami stanu dróg (fatalna nawierzchnia) i innymi (milicja). Zdecydowanie polecamy pociągi. Połączeń jest wiele, pociągi kursują punktualnie i są czyste. Do mniejszych miejscowości możne dojechać autobusami lub marszrutkami, które, choć nie zawsze wygodne, są tanie i stanowią element miejscowego folkloru

Ceny:

- w zależności od regionu Ukrainy ceny mogą być zdecydowanie mniejsze niż w Polsce, na pewno tanio wychodzi podróżowanie po Ukrainie Zachodniej. Bardziej przyjazne dla kieszeni przeciętnego Polaka są ceny transportu (polecamy poruszanie się koleją), alkoholu (to nie wymaga odrębnego komentarzaJ), przede wszystkim wódki, piwa i gotowych drinków (polecamy smaczne produkty Obolona: Rom Kolę, Brendi Kolę i Dżin z tonikiem). Tańsze są także papierosy (o nieco słabszej jakości tytoniu) i wybrane produkty spożywcze. Porównywalne do cen polskich są ceny nabiału i soków, mniej wydamy jedząc w restauracjach w małych miastach, gdzie za dwudaniowy obiad kosztuje już ok. 250 hrywien, czyli ok. 12 zł.

Bezpieczeństwo:

- podczas trwania wyjazdu czuliśmy się bezpieczni i nie mieliśmy żadnych problemów, a wręcz przeciwnie spotykaliśmy się z niezwykłą życzliwością napotkanych ludzi – bardzo często cierpliwie wskazywali drogę czy górskie źródła

Zakwaterowanie:

- baza noclegowa, poza większymi miejscowościami, bardzo słaba rozwinięta, korzystaliśmy z noclegów znalezionych na miejscu i namiotów. Szukając kwatery warto znaleźć kościół polski, jeśli taki znajduje się w miejscowości albo spytać bezpośrednio mieszkańców. Prawie w każdej większej miejscowości znajdują się hotele, mając za sobą doświadczenie z Drohobycza nie polecamy jednak tej drogi – hotel był stosunkowo drogi (65 hrywien za noc w pokoju dwuosobowym o najniższym standardzie, czyli z zimną wodą i wyłączonym prysznicem i o zdecydowanie niskim poziomie wyposażenia: sypiące się ściany, spod których widać wielokrotne warstwy przemalowań, świetlówki z pojedynczą żarówką bez osłony, poduszki z nalepionymi gumami do żucia itd. Generalnie – nieprzyjemnie). Przez większość wyjazdu spaliśmy w namiotach, które rozbijaliśmy w górach blisko szlaku lub na łąkach nad wsiami. Warto dodać, że na Ukrainie dozwolone jest biwakowanie i palenie ognisk, także w górach

Tym razem w drodze spędziliśmy prawie dwa tygodnie. Razem z kosztami ubezpieczenia, kart telefonicznych i zakupów zrobionych w Polsce przed wyjazdem wypad kosztował nas ok. 650 zł na osobę. Zaoszczędziliśmy na noclegach, dzięki czemu mogliśmy bez stresu pozwolić sobie na skosztowanie miejscowych trunków i korzystanie z oferty restauracyjno – barowej.

Relacja z wyprawy:


Piątek, 6 sierpnia – czwartek, 19 sierpnia 2010

„Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote ściernisko krzyczy w słońcu, jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu ognia wrzeszczą świerszcze; strąki nasion eksplodują cicho, jak koniki polne.” (Bruno Schulz, „Sklepy cynamonowe”)

Ukraina ma w sobie coś, co tak trudno nazwać, a do czego się tak bardzo tęskni, jak tylko ktoś dotknie choć rąbka owej melancholijnej tajemnicy. Jest w niej nieuchwytny czar, który sprawia, że po przekroczeniu granicy opada na człowieka, jak złota pajęczyna, cicha niemoc i od tego momentu staje się on wolniejszy, bardziej wyczulony na swoje zmysły, uważny i nieprzytomny jednocześnie. Jest jak mieszanina smaków, których nuta wydaje się znajoma i bliska, a których nie można opisać zamkniętą definicją. Jak zapach, który wizualizuje przed oczami scenę z dzieciństwa, jak dźwięk dawno zapomnianej melodii. To wciąga, powolutku wnika w głąb, jak drobny niezauważalny deszcz i wędrowiec nasiąka po brzegi błogim miąższem tego kraju. A potem nie ma już innego wyboru – musi wrócić, by sprawdzić, czy to sen czy jawa. A jak wróci – przepadnie bez reszty.

Tego kapryśnego lata ponownie zdecydowaliśmy się na Ukrainę. Wyruszyliśmy w czwórkę, dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Po tygodniu spotkaliśmy się z pozostałymi osobami, by razem, już w ósemkę, kontynuować wędrówkę po górach. Przygotowania zajęły nam kilka dni – drobne zakupy, niecierpliwe oczekiwanie na nowe wydanie mapy, która ukazała się dosłownie na trzy dni przed wyruszeniem w drogę; sprawa ubezpieczenia, bardziej dla spokoju sumienia rodziny niż naszych.


Dzień pierwszy – piątek/sobota

Wieczorem w piątek padał deszcz i Poznań przypominał raczej wymarłe miasto u schyłku jesieni niż w środku upalnego zazwyczaj sierpnia. Z plecakami na ramionach i uczuciem wiercenia w brzuchu dotarliśmy na dworzec i tak zaczęła się nasza podróż. Polskich kolei przedstawiać nie trzeba, dotarliśmy do Przemyśla z 2,5 godzinnym opóźnieniem, ale to może nawet i lepiej. Im bardziej na wschód, tym czas płynie wolniej, a ta sytuacja dała nam możliwość cichego i bezbolesnego wpłynięcia na te spokojne wody. Ukraińskim autobusem o niezwykle dusznej atmosferze dotarliśmy na gwarny lwowski dworzec. Mieliśmy dla siebie kilka godzin do odjazdu pociągu, które przeznaczyliśmy na włóczęgę po Lwowie i delektowanie się jednym z naszych ulubionych ukraińskich przysmaków – smażonymi w głębokim tłuszczu czeburiekami. Nocą, około drugiej wsiedliśmy do pociągu z biletem do miejscowości Skole. Przywitały nas znane już z poprzednich wypadów przyjazne łóżka i cichy szum torów, a także czuwający prowadnik, który obudził nas odpowiednio wcześnie przed stacją docelową.

Dzień drugi - niedziela

Pociąg zostawił nas samych na stacji w Skolu około czwartej. Na dworze było jeszcze ciemno, nie na tyle jednak, by nie móc zauważyć mgliście rysujących się konturów gór wokół miasteczka. Lekko pijani brakiem snu ułożyliśmy się obok siebie na podłodze czystego i schludnego dworca, dość skromnego jak na zazwyczaj wybujałe warunki ukraińskie. Po dwóch godzinach obudziły nas ciche szepty kilku osób, a naszym zaspanym oczom ukazali się weselnicy wracający ze ślubnych uroczystości. Po raz pierwszy na tym wyjeździe mieliśmy okazję zaznać namacalnie niezwykłej gościnności Ukrainy, chłopcy otrzymali po kieliszku, po czym wzniesiono toast za nowo poślubioną parę młodą. Dziewczęta zostały na ich szczęście pominięte – podobnie jak kobiety w strojnych sukniach i wieczorowych makijażach, które jak zjawy oczekiwały na twardych dworcowych krzesłach godziny odjazdu pierwszego pociągu.

Skole to niewielkie miasteczko, pięknie położone u stóp Beskidu Skolskiego. Porośnięte lasami góry otaczają je ze wszystkich stron, niestety na tym kończy się malowniczość tego miejsca. Miasto przecina szeroki bulwar i wielki plac z betonową budowlą o klockowatym kształcie – ratuszem otrzymanym w spadku po niedawnej historii. W jedynej czynnej cerkwi, którą udało nam się znaleźć odprawiają nabożeństwa we wszystkie dni z wyjątkiem niedzieli. Atmosfera jest przytłaczająca i lekko hipnotyczna, podobnie jak senni mieszkańcy miasta. To właśnie tutaj, na rozłożystym betonowym placu zaczęliśmy wspólną lekturę „Sklepów cynamonowych” Brunona Schulza, książki, która towarzyszyła nam do końca naszej ukraińskiej wędrówki.

Beskid Skolski może poszczycić się szlakiem (jednym); kolor żółty, numer 13. Prowadzi wyraźną ścieżką na najwyższy szczyt – Paraszkę (1268,5 m n.p.m.), by później pojawiać się i znikać w zarośniętym lesie jak statek widmo. Na szlak dotarliśmy z okolic dworca odbijając z głównej drogi przelotowej, mniej więcej na wysokości wiaduktu przerzuconego nad torami. Szlak jest dobrze oznakowany i widoczny, prowadzi najpierw szerokim traktem, następnie skręca za ruinami domu mieszkalnego w prawo i zmienia się w górską ścieżkę. Był to dzień, w którym spotkaliśmy najwięcej osób, w większości pasterzy i zbieraczy jagód. Natknęliśmy się także na kilkoro turystów, w tym grupę nastolatków, których znakiem rozpoznawczym było trzymane w dłoni charczące radio nadające ukraiński pop. Po drodze znajduje się wyraźnie oznakowane (dwujęzycznie – cyrylicą i po angielsku) źródło, bardzo pomocne przy uzupełnianiu zapasów wody. Aż do samej Paraszki trudno było zgubić drogę – ścieżka jest uczęszczana i mocno wydeptana, po marszu w lesie przecina połoninę i do samego szczytu wiedzie granią. Widoki przecudne, a po dość monotonnej drodze leśnej wyjście na otwartą przestrzeń potęguje wrażenia. Paraszka to nie tylko ważne miejsce orientacyjne z geograficznego punktu widzenia, to także pewnego rodzaju miejsce graniczne.

Większość ludzi dociera tutaj i wraca tą samą drogą, znaną już ścieżką i wtedy spacer może zamknąć się w jednym dniu. My zdecydowaliśmy się iść dalej, już po kilku krokach odczuliśmy wyraźną różnicę. Schodząc z Paraszki ścieżka bardzo często zanika, znaczniki szlaku odnajdują się w najmniej spodziewanych momentach, a człowiekowi towarzyszy nieustanne uczucie bycia obiektem kpin i żartów. „Zapomniane przez wielki dzień, pleniły się bujnie i cicho wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, którą prześnić mogły za marginesem czasu, na rubieżach nieskończonego dnia”, nie bez znaczenia jest fakt, że Schulz zaczyna swoją drohobycką opowieść właśnie od sierpnia…

Szukając miejsca no nocleg zdecydowaliśmy się rozbić namioty na niewielkiej przełęczy za wzniesieniem Zadnia Pohar. Zgodnie z mapą powinno znajdować się tu źródełko i rzeczywiście było – kiedyś… Poniżej, na drodze z jednej z kolein wypływała jednak niewielka strużka wody. Dzielni chłopcy zbudowali maleńką tamkę i tym sposobem mieliśmy zapas na następny dzień. Nieopodal w lesie zachowała się także mała drewniana bacówka (niemal szałas), ale czysta połonina zdecydowanie góruje nad nieprzyjemną zaśmieconą izbą.

 

Dzień trzeci - poniedziałek

Aż do przełęczy prowadziła nas mniej lub bardziej widoczna ścieżka. Coraz częściej pojawiały się na niej świeże ślady zwierzęce, głównie dzików i niedźwiedzi. Początkowo czuliśmy się dość nieswojo, szybko jednak oswoiliśmy się z faktem, że ludzie i zwierzęta kroczą tym samym szlakiem.

Pierwsza znaczna trudność pojawiła się przy zejściu w przełęcz, kiedy zbytnim zaufaniem obdarzyliśmy drogę powstałą po wycince lasu. Z poczuciem pewności kroczyliśmy wyraźnym duktem natykając się na niewielki strumień, a przy nim kilkoro miejscowych zbierających grzyby. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że zgubiliśmy szlak jakiś czas temu nie zauważywszy, że odbijał z drogi. Mieszkańcy okolicznych wsi nie korzystają na co dzień z takich udogodnień, tak jakby żółto - białe paski numerem trzynastym stanowiły jakiś obcy ślad, niepotrzebny nikomu miniony symbol, poradzili nam więc iść wzdłuż strumienia i szukać kolejnych wskazówek na szczycie wzniesienia. Przygoda się zaczęła; dziarskim krokiem ruszyliśmy przed siebie czując się po cichu jak zdobywcy nieznanego lądu. Strumień bardzo szybko stał się zarośniętym pasmem spróchniałych pni, wielkich łopianów i pajęczyn z tłustymi królami swoich prywatnych więzień.

Po kilkunastu minutach wyszło na jaw, że niewinne z pozoru góry prowadzą swoimi drogami tylko zaufanych powierników, nam utrudniając każdy krok. Spór trwał dość długo, walka była zacięta i do krwi, gdy musieliśmy przedzierać się przez wysokie po pas pola wybujałych dzikich jeżyn. Pod wieczór udało nam się pokonać ciężką drogę, a pierwszy znak szlaku był dla nas prawie jak tęcza dla Noego. Przeszliśmy próbę, odtąd góry były bardziej łaskawe. Noc minęła spokojnie w środku lasu na podejściu pod Krzywy Wierch i tylko świeże ślady zwierząt wokół namiotu były dowodem na to, że nie jesteśmy tutaj sami.

Dzień czwarty - wtorek

Kolejny słoneczny dzień zaczął się spokojnie, ciemny baśniowy las iglasty z dużymi poduszkami mchu zachęcał do wędrówki. Zanikająca niekiedy ścieżka odkryła przed nami tajemnice i ślady trudnej historii tej ziemi. Natrafiliśmy na okopy oraz podziemne bunkry partyzantów UPA, których omszałe ściany z grubych drewnianych bali i zapadnięte dachy powoli wtapiają się w otaczającą je naturę. Są jak ciche, zasklepione rany sennego i pustego lasu, bywają też niebezpieczne, jeśli się za bardzo zejdzie ze ścieżki.

Szlak przepadł i wędrowaliśmy teraz przed siebie intuicyjnie wyczuwając kierunek. Wychodząc z lasu na odsłonięte zbocze spotkaliśmy tych samych miejscowych, co wcześniej, tym razem zbierających soczyste i dojrzałe jagody. Znów wskazali nam drogę, na szczęście z większym powodzeniem. Droga na Krzyżowy Wierch zaskoczyła nas swoją różnorodnością. Szlak odnajdywał się w najmniej spodziewanych momentach, kiedy byliśmy pewni, że dość mocno odbiliśmy z wybranej trasy.

Idąc spotykaliśmy kamienne zbocza, ciemne ścieżki wśród wysokich jodeł, jasne bukowe polany, trawy wysokie po pas, a wśród nich słodkie maliny o intensywnym smaku. Gdy dotarliśmy na grań ścieżka znowu stała się wyraźna, a ślady zwierząt częstsze i bardziej widoczne; warto uważać na odbicie szlaku na północny zachód na Kiczerce, średnio uchwytne w terenie. W pewnym momencie grań ukazała nam swoją nową twarz: szliśmy teraz na granicy dwóch zupełnie różnych lasów bukowego i jodłowego. I tak po prawej mieliśmy świat srebrnych pni poprzetykany jasnymi plamami słońca, a po lewej ciemny, gęsty i pusty las iglasty. W odległości mniej więcej 7 km od Majdanu szlak przecina strumień, który nie jest zaznaczony na mapie, a może być kluczowy dla spragnionych wędrowców. Zbliżał się koniec kolejnego dnia naszej wędrówki. Według pierwotnych planów tego wieczora mieliśmy być już w okolicy Urycza, nie udało się jednak nadrobić czasu straconego na walce z jeżynami. Namioty rozbiliśmy znów w lesie, na nieco wilgotnej polanie w otoczeniu buków. Sen był spokojny.

Dzień piąty – środa

Około południa dotarliśmy do wioski. Majdan to piękne miejsce, dość odmienne od naszych wyobrażeń o dzikich rubieżach Ukrainy. Jest to rozległa miejscowość otoczona lesistymi zboczami i przecięta wartkim strumieniem. Bardzo szybko dotarliśmy do cerkwi i cmentarza, a w sklepie poznaliśmy kilka osób mówiących po polsku. W Majdanie można zwiedzić także drugi stary cmentarz, na który nadal przyjeżdżają polskie rodziny. Wyczuliśmy wyraźnie przyjazne nastawienie mieszkańców tego zadbanego i czystego miejsca. Majdan płynnie przechodzi w następne wioski rozłożone wzdłuż strumienia, który wyznacza główny szlak. Rozklekotaną marszrutką dotarliśmy do Schodnicy. Jest to już większa miejscowość, o której trudno jednak powiedzieć „ładna”. Charakteryzuje się atmosferą prowincjalnego uzdrowiska o niespełnionych ambicjach miejskich. Idąc wzdłuż głównej ulicy mijaliśmy duże, świeżo wybudowane hotele, kramy z miejscowymi wyrobami ludowymi i błyszczącą z oddali bogatą cerkiew. Nas z kolei mijały ekskluzywne samochody terenowe o czarnych szybach, zza których nie można było dojrzeć rysów kierowcy albo, dla kontrastu, pełnoletnie łady – taksówki prowadzone przez opalonych mężczyzn z charakterystyczną, spracowaną linią zmarszczek. Jeden z nich zawiózł nas przez góry do pobliskiego Urycza. Wieś leży zaledwie 5 km od Schodnicy, ale droga łącząca obie miejscowości zdecydowanie nie służy ruchowi samochodowemu. Ślady po dawnym asfalcie tylko utrudniają jazdę, a dziury i kamienie mogą być nieprzyjemnie niebezpieczne. W Uryczu warto zatrzymać się dla twierdzy Tustań (wstęp płatny), a raczej pozostałości po naturalnej linii obrony dawnego grodu. Po kilku dniach spędzonych w otoczeniu lasu i bez ludzi trudno nam było przyzwyczaić się do obecności turystów, zapachu szaszłyków i barw folklorystycznych pamiątek, których nie brakowało w tym miejscu. Same pozostałości twierdzy przypominały w charakterze polską Jurę Krakowską - Częstochowską, dla pięknego widoku warto wspiąć się po drewnianych pomostach.

Zdecydowaliśmy się na nocleg nieopodal, na osłoniętej krzakami polanie zaraz obok źródła i niewielkiej kapliczki u stóp skalnego bastionu.

Dzień szósty – czwartek

Z Urycza można wydostać się na dwa sposoby – marszrutki wożą ludzi do pracy w okolice Stryja wcześnie rano i wracają pod wieczór. Nam udało się wrócić do Schodnicy z dostawcą towaru obsługującym miejscowe kramy. Po krótkim czasie i bez większych problemów dojechaliśmy autobusem do Truskawca. Spoglądając na dawne uzdrowisko o znacznej renomie wzbierały w nas mieszane uczucia. Zobaczyliśmy miasto bardzo zniszczone, o chaotycznym założeniu urbanistycznym i bez żadnego pomysłu na to, jak ten chaos zniwelować. Dopiero w centrum można było odnaleźć ślady dawnej zabudowy i znanego z wielu opisów uroku miejscowości, niegdyś tak tłumnie odwiedzanej przez rzesze osób wierzących w moc uzdrawiającej Naftusi. Mieliśmy okazję skosztować leczniczej wody o osobliwym zapachu i smaku, przeszliśmy się też nieco zaniedbanym parkiem, by odpocząć przy świeżo odnowionym pomniku Adama Mickiewicza. Tutaj można było poczuć klimat tego miejsca, choć może to nasza wyobraźnia podpowiadała nam minione obrazy… Kuracjusze leniwie przechadzali się ocienionymi alejkami, młody chłopak fotografował piękną dziewczynę, a panie starszej daty drzemały na parkowych ławkach. Wiele z mijających nas osób miało w dłoniach charakterystyczne ceramiczne dzbanuszki, miejscowe pamiątki i jednocześnie praktyczne naczynia służące do picia Naftusi (niezwykle ciekawy jest opis w języku polskim właściwości tejże wody w budynku głównej pijalni). Po krótkim czasie wróciliśmy na dworzec, z którego pociąg zabrał nas do Drohobycza. Drohobycz pod koniec dnia jest miejscem urzekającym atmosferą i melancholią. Nad targiem, który jak lawa rozpełzł się w wąskich uliczkach, unosił się wyczuwalny gesty zapach minionego upału, śmieci i bałaganu. Mieszkańcy ośmieleni wieczornym spadkiem temperatury leniwie osiadali na ławkach w okolicznych parkach. Z niemałym zdziwieniem obserwowaliśmy młode dziewczyny o niewiarygodnie dopracowanym wyglądzie, który mógłby zawstydzić mieszkanki niejednej stolicy. Późnym wieczorem dotarliśmy do jedynego w mieście hotelu Tustań. Nie polecamy nikomu atrakcji w postaci pokoju o niskim standardzie. Najlepiej skontaktować się z panem kościelnym w polskim kościele katolickim, który wskaże miejsce ewentualnego noclegu.

 

Dzień siódmy – piątek

Był to jeden z najbardziej leniwych dni naszego wyjazdu. Postanowiliśmy spędzić jeszcze jedną noc w Drohobyczu, mieliśmy zatem przed sobą kilkanaście godzin wędrówki po tym uroczym mieście. Spacerowaliśmy bez pośpiechu, poznając drohobyckie zapachy i smaki oraz czytając fragmenty opowiadania jednego z jego najsłynniejszych mieszkańców. Odkrywaliśmy słowami Schulza całą esencję tego miasta: „Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi krokami – jedne bladoróżowe jak skóra ludzka, inne złote i sine, wszystkie płaskie, ciepłe, aksamitne na słońcu, jak jakieś twarze słoneczne, zadeptane stopami aż do niepoznaki, do błogiej nicości”. Poznawaliśmy ślady pisarza, dom, w którym mieszkał, ulice, którymi chadzał, zaułki i parki, w których być może odpoczywał i malował w umyśle tylko jemu znane opowieści.

Przeszliśmy Drohobycz bez konkretnego celu, przemierzając dość przypadkowo ciasne przykurzone uliczki, miejskie jatki barwne od soczystego mięsa, gwarne targowisko. To właśnie w tej części miasteczka, w cieniu masywnej synagogi, można jeszcze poczuć atmosferę dawnych lat. Historia kroczy po cichu, od niechcenia, bez żadnych konkretnych zmian i przełomów. Jednym z jej śladów jest nieregularny mur – pomnik z wyrzeźbionymi w kamieniu twarzami żydowskich mieszkańców miasta. Trochę dalej od centrum przystanęły dwie drewniane cerkwie sięgające XV wieku, ciche jak słoik miodu, pachnące drewnem i daleką nutą sacrum. Starszą cerkiew pod wezwaniem Św. Jura, można już obejrzeć także w środku, sympatyczna pani za drobną opłatą otwiera skrzypiące wrota i pozwala poczuć słaby puls drewnianej architektury. Wnętrze świątyni zdobią nieregularne rzędy malowideł, majestatyczni święci, wieloskrzydłe anioły, Najświętsza Dziewica i jej Syn – szereg tajemnic uporządkowanych w logiczny ciąg jak paciorki różańca. Będąc w Drohobyczu warto także zajrzeć do polskiego kościoła o zgrabnej gotyckiej formie. Freski zdobiące jego ściany, późniejsze od tych Jurowych, są równie piękne i narracyjne. Ze ścian świątyni spoglądają na wiernych osiemnastowieczne damy w udrapowanych sukniach, przystojni mężczyźni klękający u stóp konfesjonału, księża w baśniowych ornatach. Drohobycz jest miejscem, w którym nie można się spieszyć, a trzeba je celebrować. Może czar tkwi w prozie Schulza i jego nasyconych słowach, pieszczotliwie dobieranych określeniach, które nasączają każde zdanie pełnowartościową treścią. Może to sierpniowa aura ze złotym powietrzem upalnego dnia i ciepłem rozgwieżdżonej nocy. Może to tania wódka, która nie od dziś budzi w człowieku gdzieś głęboką ukrytą namiastkę poezji…

Dzień ósmy – sobota

Wczesnym rankiem, jeszcze przed świtem marszrutką dojechaliśmy na dworzec, by przedostać się pociągiem do Sambora. Tam po kilku godzinach planowaliśmy spotkać się z grupą znajomych i wspólnie udać się do Sianek z zamiarem zdobycia najwyższego szczytu ukraińskich Bieszczad – Pikuja (1408 n.p.m.). W Samborze spędziliśmy kilka miłych godzin, czując w wielu jego zakamarkach jeszcze polską aurę. Warto zobaczyć zadbany polski kościół, szczęśliwie czynny przez cały okres sowiecki. Kilka kroków dalej mieści się ścisłe centrum miasta, samborski rynek w tradycyjnym kwadratowym kształcie wyznaczonym pierzejami niskich wielobarwnych kamieniczek. W wielu z nich, na klatkach schodowych można jeszcze znaleźć na posadzkach reklamy lwowskich warsztatów ceramicznych z początku XX wieku. Sambor jest dobrym miejscem na chwilę, na szybki obiad i zakupy w dużym sklepie przy rynku.

Opuściwszy miasto rozpoczęliśmy kolejny etap górskiej przygody. Pociąg ze Lwowa leniwie wtoczył się na tory i zabrał nas w uroczą trasę. Przez kilka godzin obserwowaliśmy nieregularne zielone wzgórza, maleńkie wioski, snopki siana i błyszczące z dala kopułki kapliczek. Kręta linia torów prowadziła przez tunele, rzeki i szerokie łąki, by w końcu osiągnąć swój cel – Sianki. Trudno sobie wyobrazić istniejącą tu przed wojną bogatą infrastrukturę i rzesze turystów spragnionych przygody w luksusowym stylu. My zastaliśmy kilka domów, średnio zaopatrzony sklep oraz studnie z niewyobrażalnie dobrą zimną wodą. Na pierwszy nocleg wybraliśmy płaską polanę u stóp zbocza niedaleko wsi, zaraz obok małego strumienia. Był to odpowiedni moment na ognisko i obserwację nieba tak rozgwieżdżonego, że aż trudno było uwierzyć w tą, bądź co bądź dość trywialnie romantyczną, atmosferę.


Dzień dziewiąty – niedziela

Wyruszyliśmy cała gromadą kierując się żółtym szlakiem o dość regularnie występujących znacznikach (numer 14). Nie udało nam się jednak nie zgubić drogi, słodkie jeżyny (tu już dojrzałe, w przeciwieństwie do Beskidu Skolskiego) skusiły nas na tyle intensywnie, że ostatecznie inną drogą dotarliśmy do maleńkiej wioseczki położonej między górami. Nie żałowaliśmy tego mimochodem obranego „skrótu” ze względu na atmosferę miejsca i jego zasoby. U stóp zbocza wyrastały stare domy, których wiele mieliśmy jeszcze spotkać w tych górach. Miejscowość była jak przeniesiona za pomocą czarodziejskiej różdżki czy innej cudownej machiny do zaklinania czasu prosto z dziewiętnastego wieku. Drewniane chałupy kryte strzechą, sypialnie współdzielone z domowym inwentarzem, małe dzieci brodzące w strumyku i narzędzia rolnicze znane tylko ze skansenów. Poza klimatem ucieszył nas także widok sklepu, a przede wszystkim obecnego w nim zimnego piwa. Napojeni i nasyceni ruszyliśmy ponownie w góry. Po kilku godzinach marszu w pełnym słońcu oraz po krzepiącej rozmowie ze zbieraczami borówek znaleźliśmy idealne miejsce na rozbicie namiotów – na niewielkiej przełęczy pod Starostyną, nieopodal wskazanego przez miejscowych strumienia.

Wkrótce nastąpiła zmiana pogody, ciężkie chmury toczyły na niebie tylko sobie znane spory, a nocą rozegrała się pierwsza burza. Mocne echo niosło odgłosy uderzających piorunów, intensywny szum deszczu przygrywał do snu.

Dzień dziesiąty – poniedziałek

Poranek przywitał nas intensywnym słońcem i zanim zdążyliśmy się obudzić na dobre namioty były już przyjemnie suche. Nietrudno sobie wyobrazić cudowne uczucie wzbierające w człowieku w chwili, gdy wyjrzy z namiotu wprost na góry, majestatyczne pasma wzniesień o ciemnozielonym zabarwieniu z jasnozłotymi plamami połonin. Idąc nie spotykaliśmy turystów, właściwie nie spotkaliśmy żadnych ludzi z wyjątkiem kilku miejscowych zbieraczy czy pasterzy. Szlak prowadził wyraźną drogą, przecinając tą przestrzeń cicho i bez zasadzek. Po południu kolejna burza, tym razem gradowa i zdecydowanie bardziej intensywna od poprzedniej, zmusiła nas do zejścia trochę poniżej grzbietu i wcześniejszego rozbicia obozowiska na polanie koło ruin schroniska pod Ostrym Wierchem. Do snu ponownie grały nam grzmoty i przecinające głęboką czerń nocy błyskawice. Deszcz padał przez kilka godzin, w głębokiej mgle nad ranem trudno było dostrzec namioty.


Dzień jedenasty - wtorek

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na podział ekipy i tylko kilkoro z nas ruszyło w stronę Pikuja, reszta została na polanie susząc namioty oraz przemoczone ubrania. Na najwyższy szczyt ukraińskich Bieszczad prowadzi dobrze widoczna ścieżka, a sam wierzchołek o charakterystycznych poszarpanych krawędziach raz wyłoniwszy się zza gór stanowi zauważalny cel wędrówki. Po drodze znajdują się malownicze skałki i zbocza pokryte krzewami soczystych jagód, dookoła rozpościerają się piękne widoki. Szczyt zdobyliśmy, gdy słońce powoli zaczynało chylić się ku zachodowi, raz po raz chowając się za ciemnymi chmurami. Na Pikuju oprócz nas nie było nikogo, co tym bardziej potęgowało klimat dzikich gór Ukrainy.

Tego dnia spotkaliśmy na swej drodze tylko dwie wędrujące postaci i zupełnie nie zaskoczył nas fakt, że mijając nas powiedzieli po polsku „Cześć”. Tuż przed nastaniem nocy dotarliśmy w okolice wsi Libuchora, rozbiliśmy namioty na polanie nieopodal miejscowości, na tyle daleko jednak, by pozostać niewidocznym. Powoli żegnaliśmy się z górami.


Dzień dwunasty – środa

Z Libuchory rano marszrutką odjechaliśmy w stronę miejscowości Rudki. Z żalem oglądaliśmy się za skąpanymi w słońcu pięknymi grzbietami i zapomnianymi wioskami, które wrastały jedna w drugą jak połączone żyłką korale naszyjnika.

W Rudkach już po kilku minutach złapaliśmy autobus do Lwowa. Był to niewygodny i uciążliwy środek transportu, po tym doświadczeniu zdecydowanie polecamy wybór pociągu. Lwów znany jest bywalcom Ukrainy, nie trzeba tutaj opisywać jego piękna. Z wyraźnie odczuwalną tęsknotą za dziką bieszczadzką atmosferą zamówiliśmy piwo w jednej ze lwowskich knajp…


Dzień czternasty – czwartek

Droga powrotna mijała wolno i z przygodami. Marszrutką dotarliśmy do granicy, następnie przeżyliśmy dość intensywne przepychanki na przejściu pieszym. Wspólna przygoda w Medyce i stres związany z odjeżdżającym w niedługim czasie pociągiem połączył nas cichą pajęczyną nowej znajomości z kilkoma osobami wracającymi do Polski. Jadąc razem udało nam się jeszcze o kilka godzin przedłużyć naszą przygodę wymianą barwnych opowieści o Ukrainie.

Wszyscy zostaliśmy dotknięci syndromem Ukrainy, tą nieuchwytną, choć wyczuwalną tęsknotą i melancholią za naszą wschodnią granicą. Mamy już plany, by w przyszłym roku ruszyć dalej. Być może w góry, być może na gorący Krym, albo w jeszcze inną część błękitno – żółtego kraju. Ale wrócimy tu na pewno. Wirus już się zagnieździł na dobre.

powrót do początku strony