RELACJE Z PODRÓŻY

Przez cztery stolice do słońca o północy i zadumy w oknie nad fiordem



Autor: Piotr Kulesza
Data dodania do serwisu: 2009-07-14
Relacja obejmuje następujące kraje: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
6.14 14
<p align="justify"><font></font> </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp;&nbsp; Na przełomie czerwca i lipca 2008 roku, przez 20 dni przejechaliśmy naszym VW Touranem ponad 8 000 km odbywając podr&oacute;ż życia i spełniając moje (mam nadzieję, że nie tylko moje) marzenia. Norwegia, jako cel podr&oacute;ży była marzeniem od wielu lat. Fascynacja tym, że dzień może trwać 24 godziny, a morze wdziera się kilkadziesiąt kilometr&oacute;w w głąb skalistego lądu, była we mnie od czasu lekcji geografii w szkole podstawowej. Lecz sam pomysł by zrealizować w tym roku te marzenia powstał dość niespodziewanie. Gdy pod koniec starego (2007) roku rozmawialiśmy z żoną o wakacyjnych letnich planach, wpadłem na pomysł, żeby połączyć coroczną chęć wyjazdu w lipcu nad morze, z zainicjowanymi w zeszłym roku dalszymi wyprawami poza granice Polski. Wypowiedziałem magiczne słowo &bdquo;Norwegia&rdquo;. Od razu nie zadziałało, ale i sam musiałem się przygotować do prezentacji tego pomysłu. Miesiąc intensywnego surfowania po Internecie i były efekty. Już w styczniu wyprawa sprecyzowała się na tyle, że alternatywny pomysł jazdy przez całą Europę do Portugalii (też nad morze) odłożony został na czas przyszły. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Założenia zrobiłem następujące: </p> <p align="justify">- jedziemy przez Szwecję za koło polarne, (marzenie przeżycia całodobowego dnia i słońca świecącego o p&oacute;łnocy), może nawet do Narviku (patriotyzm wskazywał taki cel) </p> <p align="justify">- w drodze na południe staramy się zobaczyć jak najwięcej tzn. fiordy, miasta, lodowiec i g&oacute;ry </p> <p align="justify">- mamy na to około dw&oacute;ch tygodni pomiędzy 5 a 17 lipca, </p> <p align="justify">- jedziemy jeden dzień, dwa noclegi w jednym miejscu dla lepszego poznania ciekawszych miejsc. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Żona od razu zweryfikowała, że chciałaby posiedzieć w jakimś miejscu trochę dłużej oraz dodała niechęć do płynięcia promem. Gdy okazało się, że aby nie płynąć promem, jedziemy przez Danię, c&oacute;rka dodała marzenie odwiedzenia Legolandu. A pobyt w jednym miejscu sprowokował do szukania domku do wynajęcia w takim miejscu Norwegii, kt&oacute;re samo przez się będzie ciekawe, a do innych atrakcji też nie będzie zbyt daleko. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Dość szybko znalazłem ciekawe i przydatne linki w Internecie. </p> <p align="justify"><em>Norwegia - Portal miłośnik&oacute;w Norwegii: </em><font color="#0000ff"><em>http://www.norwegofil.pl/</em></font> </p> <p align="justify"><em>Norwegia: domy i apartamenty wakacyjne: </em><font color="#0000ff"><em>http://www.novasol.pl/</em></font><em> (domki zresztą nie tylko w Norwegii)</em> </p> <p align="justify"><em>Norwegia - oficjalna strona w Polsce: </em><font color="#0000ff"><em>http://www.amb-norwegia.pl/</em></font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Stron i portali w Internecie oczywiście było dużo więcej, ale od tych zacząłem. Wymarzony domek w niespodziewanie atrakcyjnym miejscu dla 3-4 osobowej rodziny wybraliśmy z długiego katalogu &bdquo;Novasol&rsquo;u&rdquo;. Położenie nad odnogą najdłuższego fiordu w Norwegii, jakim jest Sognefjord, w maleńkiej miejscowości Gudvangen wydawało się być optymalne. Do Bergen, do lodowca, w g&oacute;ry i przede wszystkim do widokowych tras turystycznych &bdquo;rzut beretem&rdquo; &ndash; nie więcej niż po 150-200 km, co przy norweskich odległościach to tyle, co nic. Cena też nie byłą jak na norweskie standardy wyg&oacute;rowana (za tydzień pobytu około 3000 zł). Domek w pełni wyposażony i zupełnie wystarczający dla trzech os&oacute;b &ndash; skromne 110 m2 na dw&oacute;ch poziomach <font>&#9786;</font>. W ten spos&oacute;b już w lutym zakotwiczyliśmy naszą wyprawę (wpłacona pierwsza zaliczka) w czasie i przestrzeni. W czasie też, bo w pierwotnym planie mieliśmy wyjeżdżać na początku lipca, a dostępność domku od 5 do 12 lipca wymuszała przesunięcie o tydzień. Szybko zweryfikowałem też pierwotny cel na p&oacute;łnocy. Do Narwiku trzeba by dołożyć jeszcze jeden dzień, a patriotyczne atrakcje nie były w stanie przekonać reszty członk&oacute;w wyprawy. Wyszedł więc tylko (albo aż &ndash; bo narzekać nie ma co) nocleg za kołem polarnym. Także początkowy pomysł na podr&oacute;ż, jeden dzień jazdy &ndash; dwie noce w jednym miejscu, nie potwierdził swojej wartości. Przy wygodnym samochodzie założyłem, że mogę codziennie kierować (jestem jak wiadomo jedynym kierowcą w rodzinie) od 6 do 10 godzin, a i tak zostanie 4 do 8 godzin na codzienne oglądanie ciekawszych miejsc. Noclegi miały być w miejscach, kt&oacute;re zapewniały czystą pościel i własną łazienkę. Kierując się takim założeniem całkiem szybko doszedłem do wniosku, że muszą to być tanie hotele lub motele, najlepiej jakiejś sieci. Kolejne przeszukane strony, por&oacute;wnane ceny i warunki, upusty i pokoje. Serwisy planujące trasy i przejazdy (gł&oacute;wnie ViaMichelin i Google Maps) optymalizowały czas jazdy. Po zaznaczeniu stałych punkt&oacute;w trasy: Warszawa, Legoland, koło polarne i Gudvangen, to raczej liczba planowanych kilometr&oacute;w i rzeczywistego czasu jazdy miały największy wpływ na miejsca nocleg&oacute;w. W pierwszym odruchu żałowałem czasu na noclegi w Polsce lub w Niemczech, ale w miarę szybko rodzina i przyjaciele przekonali mnie, że nie warto gonić pierwszego i ostatniego dnia po 1 000 km. Wypadło, że dodamy kilka dni na początku i jeszcze jeden na powrocie, a trasy staną się spokojne do pokonania przez jednego kierowcę (ok. 600 km). Taki wyb&oacute;r skłonił nas do noclegu w okolicach Berlina, a co za tym poszło natychmiast planu odwiedzenia i tego miasta oraz Poczdamu z pięknym parkiem Sanssouci. Kolejny nocleg wypadł w okolicach Odense w Danii &ndash; dobre miejsce wypadowe do Legolandu, a bardziej na dalszej trasie w kierunku Szwecji. Następny nocleg z perspektywą zwiedzania Sztokholmu. Następne dwa już tylko ograniczone zmęczeniem kierowcy i ewentualnym podziwianiem krajobraz&oacute;w drogi wzdłuż wybrzeża Bałtyku. I w ten spos&oacute;b si&oacute;dmego dnia mieliśmy dotrzeć za koło polarne. Przekroczyć w Szwecji i zanocować w Norwegii, tak, żeby można było podziwiać słońce o p&oacute;łnocy. I od tego miejsca mieliśmy jechać już na południe. Tak, żeby zobaczyć po drodze Trondheim i wg przewodnik&oacute;w najpiękniejszy fiord w Norwegii tzn. Geirangerfjord. Bez dw&oacute;ch nocleg&oacute;w nie było to możliwe. Czyli po dziesięciu dniach jazdy i 5 000 km mieliśmy znaleźć się nad N&aelig;r&oslash;yfjordem (odnogą Sognefjordu) w małym domku na zboczu obok Gudvangen. Tu planowaliśmy spędzić tydzień robiąc kr&oacute;tsze wycieczki m.in. do Bergen, stateczkiem po fiordach i na lodowiec Jostedalbreen. Stąd już tylko do domu. No może nie tylko, bo po drodze Oslo i Kopenhaga, z noclegami w ich okolicach. Kr&oacute;tki rejs promem (jednak, ale to tylko 1,5 godziny) z Gedser w Danii do Rostocku i przelotowy nocleg już za granicą Polski miały dopełnić całej trasy. </p> <p align="justify">Po zamknięciu listy nocleg&oacute;w (19 nocy, z tego 7 w Gudvangen) pozostało jeszcze tylko zaplanować resztę. To znaczy szczeg&oacute;łowy plan jazdy, potencjalne wydatki na wyżywienie, benzynę, bilety wstępu, płatne przejazdy lub transport promowy w sensie technicznym oraz co najciekawsze i najbarwniejsze &ndash; plan tego co mieliśmy zobaczyć po drodze. I to wszystko tak szczeg&oacute;łowo, żeby w trakcie podr&oacute;ży nie musieć już się nad niczym zastanawiać, a tylko chłonąć krajobrazy, przeżywać wrażenia i sycić oczy pięknem przyrody oraz ludzkiej zaradności i estetyki. Wydawać by się mogło, że pięć miesięcy na takie plany to w zupełności wystarczająco, ale wymagało to intensywnego studiowania papierowych przewodnik&oacute;w, relacji z wypraw innych, kt&oacute;rym się już udało i surfowania po dosłownie setkach stron internetowych. Gdzie dopiero połączona ze wszystkich źr&oacute;deł wiedza i zbiorowa świadomość dała efekt w postaci segregatora pełnego szczeg&oacute;łowych informacji. Gdy po tym czasie przygotowań, ruszaliśmy zapakowanym w pełni samochodem w drogę, żartowałem sobie, że po co jechać skoro już wszystko, co mamy zobaczyć widziałem na tysiącach zdjęć w Internecie i czytałem na setkach stron w przewodnikach. Ale&hellip; oczywiście ruszyliśmy. Ruszyliśmy w składzie: ja (Piotr, 46 lat), żona (Małgosia, &hellip; lat) i c&oacute;rka (Ania, 15 lat) na pokładzie VW Touran ( towarzystwie bardzo ważnego GPS . Do dokumentowania podr&oacute;ży i uwieczniania wrażeń przygotowaliśmy trzy aparaty fotograficzne i kamerę filmową . Muszę do tego dodać, że jednym z podstawowych problem&oacute;w logistycznych rozwiązanych we wspaniały spos&oacute;b przez Małgosię, było takie spakowanie potrzebnych rzeczy i bagażu, żeby nie trzeba było wyjmować wszystkiego z samochodu na każdym noclegu. W czasie dojazdu do koła polarnego wyjmowaliśmy tylko dwie walizki i jedną torbę (to raptem 2/5 całości bagażu), a reszta rzeczy wyszła z samochodu dopiero w Gudvangen.</p><font><u>Dzień <strong>1 - 26 czerwca 2008</strong> (czwartek) <strong>Warszawa &ndash; Berlin (612</strong> km)</u> </font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font></p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Pobudka rano skoro świt (jak dla nas) ok. 4:30, bo w planie wyjazd o 6:00. Wyjątkowo udało się i już ok. 8:30 znaleźliśmy się na autostradzie w Strykowie. Nie będę opisywał drogi w Polsce, bo to znamy z autopsji i po prostu nie warto. Po drodze tylko dotankowaliśmy benzynę (4,63 zł/l). Granica w Świecku pozostała za nami właściwie niezauważona i wreszcie autostrada do Berlina. Kr&oacute;tkie wahania na obwodnicy Berlina, ale posłuchaliśmy się &bdquo;pani&rdquo; w GPS-ie i ok. 15:00 meldowaliśmy się w hoteliku Hotel-Pension Marielle (<font color="#0000ff">http://www.pension-marielle.de/</font>, Streustr. 123 13086 Berlin). Dlaczego tu: cena + możliwość dostawki w pokoju dwuosobowym + miejsce do parkowania + poza terenem strefy ekologicznej Berlina + jak najbliżej do centrum komunikacją miejską. Hotelik idealny do weekendowego pobytu w Berlinie, a cena za nocleg ze śniadaniem (30 EUR od osoby) wydaje się niewyg&oacute;rowana. Po wypakowaniu przemyślnie zapakowanych walizek i kr&oacute;tkim odświeżeniu się, ruszyliśmy zwiedzać Berlin. Oboje z Małgosią widzieliśmy już Berlin wcześniej, ale było to jeszcze w czasach poprzedniego ustroju, więc to zupełnie co innego. Kr&oacute;tkie poszukiwania kasy, żeby kupić Kleingruppenkarte AB (bilet całodniowy dla małej grupy za 15,90 EUR) zostały uwieńczone sukcesem w postaci automatu wyświetlającego informacje także po polsku. Zaskoczenie pełne, ale widać rynkowe uwarunkowania i niemiecki porządek. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_22czmbpsd8_b" alt="" width="487" height="648" /></div> <p>&nbsp;</p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; W ten spos&oacute;b ok. 16:30 znaleźliśmy się na Alexanderplatz i zaczęliśmy &bdquo;przelot&rdquo; przez ciekawsze miejsca Berlina. Fernsehturm (wieża telewizyjna) nie zawiodła oczekiwań na wspaniałą panoramę, a słoneczna pogoda pozwoliła zobaczyć z wysokości naprawdę cały Berlin. Spacer koło najciekawszych miejsc blisko centrum tzn. Museumsinsel (Wyspa Muze&oacute;w ze słynnym Pergamonmuseum), katedry berlińskiej, nowoczesnej dzielnicy rządowej, Reichstagu (ze wspaniałą szklaną kopułą), Tiergarten, kolumny zwycięstwa, alei Unter den Linden, supernowoczesnego Centrum Sony, pomnika Holocaustu i Bramy Brandenburskiej, przygotowany na podstawie &bdquo;zielonego&rdquo; przewodnika &bdquo;Michelin&rdquo; dał nam obraz wsp&oacute;łczesnego (już właściwie niepodzielonego) Berlina. Niestety nie zmienia to faktu, że charakter tego miasta nie jest tym, co my lubimy najbardziej. Pompatyczność kultury pruskich, nazistowskich i komunistycznych Niemiec nie wytrzymuje pr&oacute;by czasu, a to, co podobało się nam najbardziej, to nowoczesne elementy architektury, kt&oacute;re (mam nadzieję) wytrzymają r&oacute;wnie długo, co ich starsi sąsiedzi. Nie udało nam się wykonać planowanego przejścia przez otwartą Bramę Brandenburską. Trwały właśnie Mistrzostwa Europy w piłce nożnej i berlińczycy mogli wsp&oacute;lnie oglądać wyczyny swojej (i nie tylko) drużyny na ogromnych telebimach ustawionych w Tiergarten właśnie na tle tej słynnej bramy. Żeby się tam dostać, trzeba by było przejść przez drobiazgowe kontrole służb porządkowych. Atmosfera wielkiego pikniku (tego dnia miał być mecz p&oacute;łfinałowy Hiszpania-Rosja) była fascynująca, ale plany następnego dnia skłoniły nas do ominięcia wielotysięcznego tłumu. Piesza wędr&oacute;wka przez centrum Berlina została udokumentowana przez nas na filmie (Piotr) i kilkuset zdjęciach (Małgosia i Ania). Nasze wsp&oacute;lne rodzinne hobby znalazło znakomitą pożywkę już od samego początku wyprawy. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Wieczorem, podsumowując dzień skomentowaliśmy jeszcze jeden fakt, zresztą powtarzalny. Restauracja McDonald&rsquo;s, uważana jeszcze w Polsce, jako miejsce do zjedzenia czegoś prostego, ale mimo wszystko smacznego w czystym i powtarzalnym lokalu, w krajach zachodniej Europy jest raczej podrzędnym barem, gdzie jedzą raczej mniej zamożni bądź zabłąkani turyści, a co do czystości i smaku można mieć dużo zastrzeżeń. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Z przewidywanych wydatk&oacute;w zamieniliśmy kolację na wjazd na wieżę telewizyjną, a poza tym budżet pozostał niezmieniony. </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień <strong>2 - 27 czerwca 2008</strong> (piątek) <strong>Berlin &ndash; Poczdam - Odense (621</strong> km)</u></font><font> </font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Skromne śniadanie w hotelowym barze, kilka minut stresu przy wyjeździe przez wąską bramę (dopiero złożenie lusterek wyzwoliło nasz samoch&oacute;d z parkingu na podw&oacute;rzu) i wreszcie poranne słońce pozwoliło nam na ciekawszy wariant trasy. Objeżdżając rozkopany Berlin zboczyliśmy do Poczdamu. Park i pałac Sanssouci sprawiają wrażenie jakby nie z tego świata. Po ciężkim i sztywnym Berlinie okazało się, że Niemcy potrafią także zrobić coś finezyjnego i uroczego. Jako miejsce do odpoczynku po trudach cesarskiego rządzenia Fryderyk II Wielki nie m&oacute;gł wybrać lepiej. Mały pałacyk, położony na wzg&oacute;rzu, widok na parkowe alejki, kilka altan dają niezaprzeczalne wrażenie spokoju i rokokowego wyrafinowania. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_20z3cfsjgz_b" alt="" width="479" height="319" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Nie zwiedzaliśmy pałacu ograniczeni harmonogramem wycieczki, ale i tak przeszło dwie godziny spaceru po parku były dużą dawką piękna i zieleni. Setki zrobionych wsp&oacute;lnie zdjęć pokazują nie tylko poczt&oacute;wkowe ujęcia zabytkowego terenu, ale także namierzone ciekawostki z życia parku (na przykład kot bawiący się złapaną myszą, puszczający ją, a potem chwytający znowu. Koniec okazał się prozaiczny - mysz była jednak pożywieniem). Z pewnym niedosytem, ale i ciekawością dalszych wrażeń ruszyliśmy dalej. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Autostrada wiodła nas już tym razem mocno na p&oacute;łnoc, w kierunku granicy niemiecko-duńskiej. Poza pr&oacute;bami samochodu (czy producent nie kłamie w informacji o maksymalnej prędkości) i miejscami ulewnymi deszczami droga do Szlezwiku (najbardziej p&oacute;łnocnego regionu Niemiec) nie obfitowała we wrażenia. Dziewczyny grały w Scrabble (wersja turystyczna, w kt&oacute;rą zaopatrzyli nas przewidujący kuzyni), a ja sprawdzałem niemiecki samoch&oacute;d na niemieckich autostradach. 200 km/h na liczniku nie wzbudziło sensacji, bo i tak inni (chociaż już rzadziej) jechali szybciej. Zalecana ze względ&oacute;w ekologicznych na autostradach prędkość 130 km/h większości wydawała się za mała i żeby nie być wśr&oacute;d kierowc&oacute;w zwalniających tempo, trzeba było utrzymywać średnią w okolicach 140-150 km/h. W ten spos&oacute;b po niecałych pięciu godzinach od wyjazdu z Poczdamu pokonaliśmy prawie 400 km, zjedliśmy smakowity obiad w przydrożnej karczmie w Schackendorf (plus benzyna po 1,58 &euro;/l) i dotarliśmy do Kanału Kilońskiego. Uznaliśmy, że warto ominąć Hamburg, gdyż piątkowe popołudnie mogło skończyć się korkiem na wyjazdowych drogach z miasta. W ten spos&oacute;b og&oacute;lna średnia spadła, ale informacje radiowe potwierdziły słuszność tej tezy. Kolejna, prawie niezauważalna granica w Europie i w towarzystwie dość licznych samochod&oacute;w zmniejszyliśmy prędkość do maksymalnej 130 km/h. Dania wyraźnie podkreśla przynależność do kraj&oacute;w skandynawskich i w wielu miejscach obok flagi duńskiej pojawiają się w komplecie flagi szwedzka, norweska i fińska. Po pokonaniu pięknego wiszącego mostu nad Małym Bełtem, między Jutlandią a Fionią byliśmy już prawie w kolejnym miejscu nocowania: &ndash; Motel Brasilia (Middelfartvej 420; 5491 Blommenslyst - <font color="#0000ff"><u>http://www.blommenslyst-kro.dk/</u></font>). Tu mieliśmy zaplanowane dwa noclegi, co przypadkiem obniżyło nasze koszty. Okazało się bowiem, że weekendowy pobyt jest objęty promocją i w ten spos&oacute;b na dwie noce w dobrym pokoiku i śniadania w szwedzkim bufecie wydaliśmy 1350 DKK. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Wczesna godzina (ok. 18:30), piękna pogoda i brak zmęczenia &ndash; przemyliśmy twarze z pyłu niemieckich dr&oacute;g ;) i pojechaliśmy zobaczyć Odense. 10 kilometrową prostą, jak z bicza strzelił, drogą, ze słońcem w plecy dotarliśmy prawie do samego centrum i na dość luźnym parkingu (o tej porze już bezpłatnym) zostawiliśmy samoch&oacute;d. Uzbrojeni w przewodnik, wziętą z motelu mapkę i oczywiście w kamerę i aparaty fotograficzne poszliśmy w nieznane uliczki. Od samego początku urzekła nas swoją atmosferą. Wąskie, czyste zaułki z małymi knajpkami, kolorowe, co najwyżej dwupiętrowe kamieniczki i zaskakująco mało ludzi. Celem naszego spaceru miał być dom Jana Christiana Andersena, kt&oacute;ry urodził się, mieszkał i pisał w Odense. Gdy zbliżaliśmy się do niego, domki zmniejszyły się do parterowych, z nisko kończącymi się dachami, oknami z wypukłych kwadratowych szybek i kolorowymi elewacjami. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_21fssmpwd4_b" alt="" width="500" height="374" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Trudno się dziwić, że w tak bajkowym miejscu powstawały takie piękne Bajki. Mijane pomniki przypominały kolejnych ich bohater&oacute;w &ndash; Calineczkę, brzydkie kaczątko, a i postać samego mistrza kilkukrotnie pojawiała się na ławkach. Chyba mieliśmy szczęście, bo turyst&oacute;w można było policzyć na palcach jednej dłoni (razem z nami), a miejscowi siedzieli w domkach lub małych restauracyjkach. Co jakiś jednak czas sielankową ciszę miasteczka (choć Odense tak w og&oacute;le to duże, 150 tysięczne miasto) przerywał przeraźliwy dźwięk klaskon&oacute;w i krzyki kolorowych, młodych ludzi jeżdżących wok&oacute;ł na odkrytych pakach ciężar&oacute;wek. Co okazało się p&oacute;źniej, byli to tegoroczni maturzyści, kt&oacute;rzy w ten spos&oacute;b dawali upust swoim emocjom wynikających ze zdanych egzamin&oacute;w. Całkiem fajny zwyczaj, podobno w całej Skandynawii. Mimo coraz p&oacute;źniejszej godziny (ok. 22:00) słońce nie zachodziło &ndash; to jednak bardziej na zach&oacute;d i bardziej na p&oacute;łnoc. Wśr&oacute;d kolejnych setek zdjęć znalazło się kilkanaście z fascynującej gromadki dzikich kaczek i kaczątek na stawiku obok muzeum Andersena. R&oacute;wnież kolejnych kilkanaście z wystaw, na kt&oacute;rych kr&oacute;lowały puste manekiny, gdzieniegdzie okryte tylko szarfami z procentową wartością obniżek i informacją o wyprzedażach. Okazało się także, że Dania to obok Holandii najbardziej rowerowy kraj. Dla potwierdzenia zasadności tego twierdzenia sfotografowaliśmy licznik przejeżdżających rowerzyst&oacute;w. Tego dnia przejechało już obok niego przeszło 8 500 pojazd&oacute;w na dw&oacute;ch k&oacute;łkach. Znowu z delikatnym niedosytem wracaliśmy do motelu, obiecując sobie, że kolejny wiecz&oacute;r też spędzimy na uroczych uliczkach. Następny dzień też miał być ciekawy. </p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 3<strong> - 28 czerwca 2008</strong> (sobota) <strong>Odense &ndash; Billund - Odense (191</strong> km)</u></font><font>Trasa w Mapy Google</font><p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; To był dzień naszej c&oacute;rki. Od dzieciństwa marzyła o wycieczce do parku rozrywki, takiego jak Legoland lub Disneyland. Nie udało nam się wcześniej, więc teraz, gdy prawie po drodze znalazł się ten duński, nie mogliśmy się już wycofać. Bilety kupiłem przez Internet (<font color="#0000ff">http://www.legoland.dk/</font> 3 x 239 DKK) co okazało się bardzo dobrym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę zawijane kolejki do kas. To przecież już zaczęły się wakacje, a poza tym była sobota, w Danii też wolna. Niestety zaliczyliśmy jeszcze jedną kolejkę, bo za parking nie można było zapłacić z g&oacute;ry przez Internet. Ale sam Legoland nas nie rozczarował. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_23f8m6sthc_b" alt="" width="471" height="352" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Zrobione z klock&oacute;w LEGO makiety, gł&oacute;wnie skandynawskich atrakcji turystycznych, poruszające się statki, samochody, samoloty i pociągi, mosty zwodzone i inne elementy codziennego życia, w otoczeniu miniaturowych drzewek, krzaczk&oacute;w i kwiat&oacute;w robią wrażenie. Poza tym to jednak park rozrywki, z kt&oacute;rego korzystają całe rodziny z mimo wszystko trochę młodszymi dziećmi. G&oacute;rskie i wodne kolejki w tematycznych parkach przenoszą rozemocjonowanych dorosłych i małych pasażer&oacute;w w świat Dzikiego Zachodu, Pirat&oacute;w z Karaib&oacute;w, Średniowiecznych Rycerzy i Fantastycznej Przyszłości. Aż człowiek żałuje, że sam nie ma tych kilkudziesięciu lat mniej albo dzieci w wieku szkoły podstawowej. Z tych atrakcji korzysta się w cenie biletu, a kolejki oceniane automatycznie liczone są w minutach (od 5 zaraz po otwarciu przez najdłuższe zauważone 20 minut do bezlitosnej informacji, że miejsc już do końca dnia nie będzie). Z miejsc, kt&oacute;re zatrzymały nas na chwilę dłużej, jedno było bardziej wyjątkowe. Kilkuosobowe zespoły dorosłych i dzieci miały za zadanie zmienić się w drużyny strażackie i ugasić pożar w oknie swojego domku. Strażackimi samochodami o napędzie ręcznym (podobnym do kolejowej drezyny) musiały dojechać na miejsce &bdquo;pożaru&rdquo;, a potem przy pomocy ręcznie zasilanych pomp i sikawek wlać odpowiednią ilość wody do &bdquo;palącego się&rdquo; okna. Zaangażowanie wszystkich członk&oacute;w zespołu i ogromna rywalizacja między zespołami udzielała się także widzom (takim jak my). W ramach odpoczynku przy kilku scenach można zrelaksować się oglądając przedstawienia dla dzieci i nie tylko, w kt&oacute;rych aktorzy popisują się także sprawnością fizyczną (np. skoki do wody) i prestigitatorską zręcznością. Duże trawniki w głębi parku zapraszały do rodzinnego piknikowania i grillowania. Kosze piknikowe, znane nam raczej z amerykańskich film&oacute;w, są tam przedmiotem normalnym i wykorzystywanym praktycznie, a widok kilkunastoosobowej rodzinny wok&oacute;ł kocyka bądź stolika obok dymiącego grilla nie jest niczym zaskakującym. My nie byliśmy do tego przygotowani, więc zaczęliśmy przymierzać się do skorzystania z jednej z wielu restauracji lub bar&oacute;w na terenie. Jednak po wizycie w sklepie (LEGO-SHOP) i zjedzeniu na szybko ogromnych naleśnik&oacute;w z czekoladą postanowiliśmy około 14 wracać do Odense. Byliśmy jednymi z nielicznych opuszczającymi Legoland o tej porze, ale nasz limit percepcji zabawek już się wyczerpał. W pamięci mieliśmy także widok uroczej i cichej star&oacute;wki w Odense i zapach potraw z restauracyjek tamże. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Po p&oacute;łtorej godzinie jazdy (benzyna po 11,28 DKK/l) i kr&oacute;tkim odświeżeniu w motelu znaleźliśmy się znowu na bruku w Odense. Tym razem nasze zainteresowanie budziły szyldy restauracji i menu wystawione przed wejściem. Nie znając miejscowych przysmak&oacute;w, trochę nie chcąc ryzykować, zdecydowaliśmy się na pizzerię &bdquo;Mammas Ristorante&rdquo; (Klaregade 4, 5000 Odense C). I to był naprawdę dobry wyb&oacute;r. Włoskie jedzenie smakuje niezależnie od szerokości i długości geograficznej, a parujące talerze z pizzą lub ravioli opr&oacute;żniły się błyskawicznie. Smaczne i dużo. Ta prawda potwierdziła się, gdy w ciągu kilkunastu minut pustawa wręcz wstępnie restauracja zapełniła się gośćmi, z kt&oacute;rych większość rezerwowała stoliki wcześniej, a z lady wydającej zam&oacute;wione na wynos potrawy co chwila znikały stosy paczek. </p><p align="justify"> &nbsp;&nbsp;&nbsp; Pogoda tego dnia jakby chciała się dopasować do wieczornych nastroj&oacute;w i zasnuła niebo ciemnymi chmurami, z kt&oacute;rych co chwila pr&oacute;bował, na szczęście mało skutecznie, padać deszcz. Nie była to jednak miła perspektywa na kolejny dzień, w kt&oacute;rym mieliśmy pokonać rekordowe prawie 800 km, po autostradach co prawda, ale szwedzkich, więc na czas samej jazdy liczyliśmy prawie 9 godzin. W takich nastrojach położyliśmy się do ł&oacute;żek, ale bezstresowo &bdquo;wychowywane&rdquo;, prawdopodobnie szwedzkie dzieci biegając po p&oacute;łnocy po motelu, nie koniecznie dawały nam spać. Niezapomniane wrażenie pozostawiła także bezsprzecznie zdumiona twarz ojca owych dzieci, do kt&oacute;rego zwr&oacute;ciłem się w końcu z prośbą o ciszę. Jak on może zwr&oacute;cić uwagę swoim dzieciom ?!!! </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 4<strong> - 29 czerwca 2008</strong> (niedziela) <strong>Odense &ndash; Malm&ouml; - S&ouml;dert&auml;lje (793</strong> km)</u></font><font> </font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Rano nie mogliśmy się doczekać na śniadanie, kt&oacute;re skandynawskim zwyczajem w weekend podawane było dopiero od 8:00. Takich jak my było więcej, bo szkoda było czekać w motelu, gdy przed Tobą długą drogą. Spotkaliśmy tam małżeństwo Polak&oacute;w wracających już do Polski, dwie pary Holendr&oacute;w po pięćdziesiątce na motocyklach zwiedzających Europę i niespotykanie spokojnych Szwed&oacute;w ze swoimi r&oacute;wnie &bdquo;spokojnymi&rdquo; dziećmi. My spieszyliśmy się jeszcze dlatego, bo w Malm&ouml; czekali na nas kuzyni Małgosi , z kt&oacute;rymi mieliśmy spotkać się przed i po Mszy św. (o 11:00) w katolickim (ewenement) kościele. A z Blommenlyst do Malm&ouml; jest 212 km i dwie długie płatne przeprawy mostowe. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Tu jeszcze dygresja na temat przygotowań. do wyprawy. W ich trakcie szukałem także, gdzie będziemy mogli p&oacute;jść do kościoła na Mszę św. niedzielną. W sumie mieliśmy być w drodze przez trzy niedziele, a trasę można pr&oacute;bować dopasować do katolickich kościoł&oacute;w i termin&oacute;w Mszy św. W sumie jednak nie było to trudne. Internet i tym razem stał się nieocenionym źr&oacute;dłem informacji, tak że wstępnie w każdą niedzielę mogliśmy być na Mszy św. w katolickim kościele i to odprawianej w języku polskim. Widać, że Polacy rozproszyli się r&oacute;wnież po całej Skandynawii, a za nimi i ich duszpasterze. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; W końcu udało się i ruszyliśmy. Na szczęście grożąca deszczem w sobotę pogoda przestała straszyć i słońce oświetlało nam drogę przez Danię. Przejazd przez Wielki Bełt możliwy jest od 1998 roku przez dwa kolejne wiszące mosty o długości ponad 6 kilometr&oacute;w każdy. Budowa tej przeprawy była antraktem przed budową jeszcze dłuższej nad i pod kolejną cieśniną dzielącą Danię od Szwecji tzn. Sundu, oddanej do użytku w roku 2000. Obie przeprawy są ogromną atrakcją turystyczną, a ze względ&oacute;w gospodarczych trudno nie docenić zwłaszcza roli tej drugiej. Przestrzeń widoczna z mostu oraz dobrze oświetlony, szeroki tunel nie przyniosły złych odczuć. Wręcz przeciwnie zachwyt i kolejny element do układanki dobrych wspomnień z wyprawy. Układanki, kt&oacute;ra dopiero zaczynała się wypełniać. Przejazd przez obie cieśniny jest płatny i kosztuje odpowiednio 205 i 260 DKK za samoch&oacute;d. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Bez kłopotu (oczywiście prowadzeni przez na razie niezawodny GPS) dotarliśmy do kościoła Zbawiciela (V&aring;r Fr&auml;lsare) na Erik Dahlbergsgatan 28 w Malm&ouml; (<font color="#0000ff"><u>http://www.katolik.nu/varfralsare/index.htm</u></font>). Msza św. po szwedzku po raz kolejny udowodniła, że religia jest ponadnarodowa i nikt nie ma kłopotu w czynnym uczestnictwie. Choć język szwedzki jest zupełnie obcym (nawet dla znających angielski i niemiecki) to stałe części Mszy św, sama liturgia, a nawet czytania (święto św. Piotra i Pawła) były oczywiste i zrozumiałe. Po błogosławieństwie dużo os&oacute;b udało się do parafialnej kawiarenki, gdzie wolontariusze sprzedawali własnego wyrobu ciasto, herbatę, kawę i soki, a rodzinna atmosfera skłaniała do dłuższych rozm&oacute;w. Niestety nasz napięty tego dnia harmonogram nie pozwalał na dłuższą przerwę i musieliśmy pożegnać sympatycznych kuzyn&oacute;w i ich polskich i szwedzkich przyjaci&oacute;ł. Um&oacute;wiliśmy się jeszcze na obiad w drodze powrotnej (trasa biegła znowu przez Malm&ouml;) i po zatankowaniu benzyny na poleconej stacji (cena niższa o ok. 5%, 13,49 SEK/l) pojechaliśmy dalej. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Do wieczora (była 13:00) mieliśmy pokonać jeszcze ok. 500 km. Na szczęście cała trasa to szwedzkie autostrady z prędkością przelotową ok. 110 km/h, więc nie było niepokoju o nasz plan. Po drodze przez urocze lasy i malownicze wzg&oacute;rza mieliśmy mijać jedno z największych jezior Szwecji (i Europy), znane z lekcji geografii jezioro Wetter o powierzchni 1893 km2 i długości ponad 120 km. Droga biegnąca przy samym brzegu jeziora na dość wysokiej skarpie pozwalała na podziwianie wspaniałej panoramy. Tak pięknej, że gdy wspięliśmy się jeszcze wyżej, postanowiliśmy bez względu na wszystko, zatrzymać się w przydrożnym zajeździe i jedząc obiad podziwiać dalej. W miejscowości Gr&auml;nna, a właściwie całkiem nad nią, </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_24c5qvzchk_b" alt="" width="492" height="368" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">w eleganckim zajeździe z hotelem (<font color="#0000ff"><u>Hotel Gyllene Uttern</u></font>, S-563 92 Gr&auml;nna), na werandzie widokowej zjedliśmy super obiad i poczuliśmy się jak angielskim filmie z wyższych sfer. Tylko nasze podr&oacute;żne stroje nie pasowały do tej atmosfery &ndash; olejne portrety na ścianach, zbroje rycerskie w kątach, kelnerzy i kelnerki na każde skinienie dolewający herbatę lub podający pyszny szwedzki chleb. Warto było, a w końcu to przecież imieniny Piotra. Tak zeszły nam kolejne kwadranse, że dopiero ok. 17:45 wsiedliśmy do samochodu i zaczęliśmy gonić drogę. Do hotelu było jeszcze 270 km. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; S&ouml;dert&auml;lje osiągnęliśmy po jeszcze jednym kr&oacute;tkim przystanku ok 20:15. Zakwaterowaliśmy w hotelu z sieci &bdquo;Scandic&rdquo;, kt&oacute;ra oferuje w całej Skandynawii turystyczny poziom i powtarzalny standard za niewyg&oacute;rowaną cenę. Tym razam był to Scandic &bdquo;S&ouml;dert&auml;lje&rdquo; Verkstadsv&auml;gen 7, 151 38 S&ouml;dert&auml;lje (<font color="#0000ff"><u>http://www.scandichotels.se/sodertalje</u></font>) gdzie za 940 SEK opłacone wcześniej w Polsce dostaliśmy dwuosobowy pok&oacute;j z dostawką (ł&oacute;żko w szafie). Widok na parking firmy Scania z setkami ciężar&oacute;wek może nie był krajobrazowo piękny, ale mimo to dość ciekawy. Prognoza pogody w szwedzkiej telewizji nie była optymistyczna &ndash; deszcz i burze nad Sztokholmem, ale nie było warto martwić się na zapas. Tym razem nikt i nic nie przeszkadzało nam w mocnym śnie. Pobudka miała być rano o 7:00.&nbsp;&nbsp;</p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 5<strong> - 30 czerwca 2008</strong> (poniedziałek) <strong>S&ouml;dert&auml;lje &ndash; Sztokholm &ndash; Uppsala - Sundsvall (424</strong> km)</u> </font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Wyspaliśmy się jednak trochę dłużej i po śniadaniu w szwedzkim bufecie (najbardziej podobało się to Ani, bo mogła wreszcie wybrać sobie do jedzenia to co lubiła i tyle ile chciała) nie całkiem zgodnie z planem, ale o rozsądnej godzinie (9:30) wyjechaliśmy do Sztokholmu (33 km). Prognoza pogody się niestety sprawdzała, ale wyposażeni w kurtki i parasole postanowiliśmy się nie przejmować. Po kilku k&oacute;łkach przez rozkopane centrum Sztokholmu zaparkowaliśmy przy nabrzeżu Skeppsbrokajen 100 metr&oacute;w od zamku kr&oacute;lewskiego na Gamla Stan (Starym Mieście). Opłaty w szwedzkim parkomacie udały się tylko dzięki pomocy uczynnego tubylca (tubylki ?!). Zbliżała się 11:00 więc postanowiliśmy obejrzeć ciekawe miejsca na star&oacute;wce, a zamek zacząć oglądać od uroczystej zmiany warty odbywającej się codziennie o 12:15. W ten spos&oacute;b znaleźliśmy się w Storkyrkan (katedrze sztokholmskiej) liczącym blisko 700 lat najważniejszym dla Szwed&oacute;w kościele. W nim odbywają się wszystkie uroczystości dworskie tzn. koronacje, chrzty, śluby i pogrzeby rodziny kr&oacute;lewskiej. Potem zdeptaliśmy wąskie uliczki z sympatycznymi kamieniczkami, rynek Stortorget, Pr&auml;stgatan, M&aring;rten Trotzigs Gr&auml;nd (najwęższa uliczka w mieście, mniej niż metr szerokości) i wr&oacute;ciliśmy na plac zamkowy. Przebijające się przez czarne chmury słońce dawało nadzieję, że jednak szwedzka prognoza będzie r&oacute;wnie &bdquo;trafiona&rdquo; jak polska. Stanęliśmy blisko </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_25g2kj3ng8_b" alt="" width="500" height="374" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">jednego z posterunk&oacute;w. Dziewczyny uznały, że tam będzie najlepiej (może wartownik był najprzystojniejszy), bo mnie było wszystko jedno. Ze swojej wysokości, z wyciągniętej w g&oacute;rę ręki i tak film byłby dobry. Z autokaru wysiadła orkiestra, po placu kręciło się coraz więcej galowo ubranych żołnierzy. Pojedyncze krople deszczu nie zniechęcały nikogo. Nad turystami pojawiły się parasole, ale na długo to nie wystarczyło. Krople zamieniły się w ulewę, a grzmoty i błyskawice nie pozostawiały złudzeń. Biegiem pod najbliższy dach, kt&oacute;ry okazał się przedsionkiem zwiedzanej już katedry. Jedyny raz, właśnie w Sztokholmie, pogoda popsuła nam plan wycieczki. Rozszalała nad Sztokholmem burza nie pozwalała nam ruszyć się dalej przez prawie godzinę. Wsp&oacute;łczuliśmy tylko żołnierzom, kt&oacute;rzy chcąc nie chcąc przy dźwiękach moknącej orkiestry musieli odbyć tę uroczystą zmianę warty. Gdy deszcz tylko trochę zelżał, a potoki wody na uliczkach przybrały formę strumyk&oacute;w przemieściliśmy się do zamkowych komnat, ale niestety czas gonił. Zobaczyliśmy tylko skarbiec zamkowy z koronami szwedzkich kr&oacute;l&oacute;w i zrabowanymi w Polsce w czasie szwedzkiego potopu złotymi kielichami. Piękne, ale znowu pozostał niedosyt. Już zauważyliśmy, ze to uczucie będzie nam towarzyszyć przez całe trzy tygodnie. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Gdy znaleźliśmy się w samochodzie nasze plany musiały ulec zmianie. Na obiad postanowiliśmy pojechać do Uppsali (kolejne 75 km), żeby tylko wyrwać się z pochmurnego i dalej grożącego deszczem Sztokholmu. I na dobre wyszło. Choć żałowaliśmy mile zapowiadających się nastroj&oacute;w Gamla Stan w Sztokholmie, ale mieliśmy nadzieję na także fajną akademicką atmosferę Uppsali. Nie zawiedliśmy się. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Na ulicach miasta było pełno młodzieży, mało turyst&oacute;w i mimo poniedziałku nastr&oacute;j jakiegoś festynu. Tak właśnie wpływa na to miasto znany Uniwersytet i jego studenci. Z parkingu koło dworca do katedry droga wiodła nas przez centrum miasta. Mijaliśmy wiele restauracji i bar&oacute;w, ale żadna nie przyciągnęła naszego wzroku ani zapachy naszych nos&oacute;w. Dopiero przed samą katedrą zauważyliśmy znajomy napis &bdquo;Lunchmeny&rdquo; i wejście do restauracyjki w nic nie m&oacute;wiącym budynku o łososiowej elewacji. Po kr&oacute;tkich negocjacjach z kelnerką zam&oacute;wiliśmy szwedzkie przysmaki. Dopiero wtedy rozejrzeliśmy się wok&oacute;ł i okazało się, że znowu trafiliśmy w dziesiątkę. Restauracja Domtrappk&auml;llaren (S.t Eriks Gr&auml;nd 15, 753 10 Uppsala, <font color="#0000ff"><u>http://www.domtrappkallaren.se/</u></font>) mieści się zabytkowych pomieszczeniach, kt&oacute;rych część datuje się nawet na XIII wiek, a całość nie p&oacute;źniej niż na wiek XVI. Kilka pomieszczeń stanowiło więzienie dla student&oacute;w, kt&oacute;rzy wyłamywali się z uniwersyteckiej dyscypliny. Wystr&oacute;j nawiązuje do tamtych czas&oacute;w, a sama restauracja działa w tym miejscu od 1930 roku. Umiarkowane ceny (zwłaszcza w Lunchmeny) i smaczne dania dopełniły całości. Anegdotyczny jest tylko nasz wyb&oacute;r dania, mającego być wg kelnerki szwedzką specjalnością. Okazały się nimi prawie swojskie placki ziemniaczane z przysmażanym bekonem i konfiturą z żurawin (Raggmunkar med hemrimmat fl&auml;sk och lingon). Bardzo smaczne i duże porcje po 85 SEK. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Z pełnymi brzuchami poszliśmy oglądać gotycką katedrę. Jeden z dw&oacute;ch największych kościoł&oacute;w w Skandynawii (obok Nidarosdomen w Trondheim) stanowi kości&oacute;ł katedralny protestanckich arcybiskup&oacute;w Szwecji. Piękna gotycka architektura, surowe protestanckie wnętrze, groby wielkich Szwed&oacute;w (m.in.. św. Eryka, wielu kr&oacute;l&oacute;w, Katarzyny Jagiellonki i Karola Linneusza) i wspaniałe wielkie witraże. Znowu zaczął poganiać nas czas, parkingowy zegar i kilometry do przejechania. Około w p&oacute;ł do piątej opuściliśmy sympatyczną Uppsalę, zatankowaliśmy benzynę (13,74 SEK/l) i udaliśmy się drogę do Sundsvall (jeszcze ponad 300 km). Niestety kończyły się już autostrady i choć drogi szybkiego ruchu są także dobrej jakości, to ograniczenia prędkości i jednak nie zawsze dwupasmowe jezdnie w obie strony zmniejszyły naszą szybkość. Po drodze mijaliśmy G&auml;vle, S&ouml;derhamn i Hudiksvall, ale poza przeczytaniem o nich w przewodniku i kr&oacute;tkim postoju na przydrożnym parkingu nie mieliśmy okazji ich poznać. Nocleg znowu w Scandicu. Tym razem &bdquo;Sundsvall Nord&rdquo; (V&auml;rdshusbacken 6, 856 50 Sundsvall &ndash; <font color="#0000ff"><u>http://www.scandichotels.se/sundsvallnord</u></font>). Pok&oacute;j na parterze, a dostawka w formie znanej z kolejowych kuszetek i dostęp do internetu (WiFi) w cenie. Trochę taniej niż poprzednio, ale zapłacić też trzeba było z g&oacute;ry w Polsce.</p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 6<strong> - 1 lipca 2008</strong> (wtorek) <strong>Sundsvall - Ume&aring; - Skellefte&aring; (395</strong> km)</u> </font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Trasa niby coraz kr&oacute;tsza, ale autostrady skończyły się właściwie poprzedniego dnia, więc i planowany czas jazdy trochę dłuższy. Wreszcie wyspaliśmy się prawie do woli, bo do 9:00. Po tradycyjnym śniadaniu w formie szwedzkiego bufetu załadowaliśmy bagaże do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Tym razem nie spodziewaliśmy się wielu atrakcji, ale szwedzkie wybrzeże Bałtyku, po kt&oacute;rym mieliśmy jechać jest samo w sobie bardzo piękne. Tu będziemy mieli okazję minąć pierwszy nasz fiord, bo i nad Bałtykiem są takie zatoki. Zgodnie z przewodnikiem, w mijanym po drodze H&auml;rn&ouml;sand miał być skansen, ulubiona forma muzealna Małgosi. Skręciliśmy nawet do miasta i pr&oacute;bowaliśmy kierować się drogowskazami (bo w GPS-ie wśr&oacute;d wielu przydatnych miejsc skansenu nie było), ale roboty drogowe i objazdy skierowały nas w końcu w ślepą uliczkę. Czas nas nie gonił, więc nawet nie było szkoda. Obejrzeliśmy małe szwedzkie miasteczko z okien samochodu, a na koniec poczekaliśmy przy zwodzonym moście na przepływające pod nim akurat dwie żagl&oacute;wki. </p><p align="justify"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_26f4qrgbgj_b" alt="" width="498" height="744" /></p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Jadąc dalej dotarliśmy do ujścia rzeki &Aring;ngerman, jednej z najdłuższych rzek Szwecji (ponad 420 km). Przerzucony nad nią wiszący most (H&ouml;ga Kusten bron), kt&oacute;rego przęsło jest trzecie pod względem długości w Europie. Piękny widok z wysokiego brzegu, od kt&oacute;rego most wziął swoją nazwę (H&ouml;ga Kusten tzn. wysoki brzeg) przyciąga turyst&oacute;w. Parking, punkt widokowy i hotel umieszczone są tak, aby wszyscy mogli podziwiać wspaniale komponujące się w naturę dzieło człowieka. Liczba zdjęć tego mostu w internecie i w Google Earth potwierdzają, że rzeczywiście warto. My też dołożyliśmy swoich kilkadziesiąt fotek z tego miejsca. Zwłaszcza, że prześwietlane słońcem ciemne chmury stanowiły wspaniałe tło. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Kolejnym przystankiem miała być Ume&aring;, ale jakoś nie mieliśmy nastroju na szczeg&oacute;łowe zwiedzanie tego miasta brz&oacute;z i poprzestaliśmy na samochodowej rundzie przez ulice oraz oglądaniu tysięcy białych drzew z okien auta. Sprzyjająca w tym miejscu pogoda pozwoliła na wyb&oacute;r dłuższego wariantu naszej trasy. Właśnie w Ume&aring; skręciliśmy z międzynarodowej trasy E4 na krajową drogę 364, kt&oacute;ra wg przewodnika miała być ciekawsza widokowo i krajoznawczo. Wyb&oacute;r potwierdził się całkowicie. Zamiast już nużącej trasy szybkiego ruchu z setkami goniących samochod&oacute;w przez niekończące się lasy, węższa droga też przez lasy i między jeziorami. Ale jakby bliższymi i samochod&oacute;w dużo mniej. A mijane wsie z wiśniowymi domkami z białymi oknami zupełnie bez płot&oacute;w też były czymś nowym. Nawet lejący deszcz, choć przelotny, ale taki, że wycieraczki nie nadążały, nie pogarszał nastroju. Po przejechaniu wzdłuż malowniczego jeziora Bydgetrasket, gdy poczuliśmy, że nasze żołądki domagają się posiłku na trasie (ok. 15:15) pojawiło się małe miasteczko &ndash; Burtr&auml;sk (<font color="#0000ff"><u>http://www.burtrask.com/</u></font>). W przewodniku przeczytaliśmy, że jest w nim nawet mały skansen, co od razu dodało mu w oczach Małgosi dodatkowy atut. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Zajechaliśmy do centrum <strong><font>&#9786;</font></strong> i zobaczyliśmy dwa drogowskazy: &bdquo;Burtr&auml;sk V&auml;rdhus&rdquo; i &bdquo;Pizza&rdquo;. Wybraliśmy to pierwsze&ndash; brzmiało bardziej miejscowo (V&auml;rdhus tzn. karczma). Znowu udało nam się wspaniale. Akurat o tej porze tego dnia można było zjeść obiad w postaci szwedzkiego bufetu. A wyrozumiała kelnerka przyjęła do wiadomości, że można sprzedać małą porcję takiego obiadu. W dużych garnkach i brytfannach, pod aluminiową folią, na podgrzewaczach znajdowały się świeże szwedzkie klopsiki, duszony kurczak, gotowane (!!!!) warzywa i ziemniaki. Obok bufet sałatkowy i lada z napojami. Nie piszę już o wyborze chleb&oacute;w. Syci i zadowoleni podjechaliśmy kawałek do obiecanego skansenu &ndash; kilku małych domk&oacute;w wyposażonych w stare przedmioty codziennego użytku i ubrane w ludowe stroje manekiny, stojących nad kolejnym uroczym jeziorem. Ekstremalny pieszy mostek wiszący na wysepkę pokonaliśmy tylko z Anią (tzn. Piotr), ale spacer po przykościelnym cmentarzu już razem. Do dziś nadal nie wiemy, jaka jest wymowa małych figurek ptaszk&oacute;w na wielu płytach nagrobnych. Spotykaliśmy się z nimi także na cmentarzach w Norwegii. Świecące i grzejące słońce dopełniły szczęścia i już w takim nastroju dojechaliśmy ok. 17:00 do Skellefte&aring;. Po drodze jeszcze spotkaliśmy pięknego zielonego starego SAAB&rsquo;a, za kt&oacute;rym &bdquo;pogoń&rdquo; też sprawiła nam trochę radości :D. Stacja benzynowa &ndash; 13,99 SEK/l i kolejny Scandic &ndash; tym razem całkiem nowoczesny (Scandic Skellefte&aring;, Kanalgatan 75, 931 78 Skellefte&aring; &ndash; <font color="#0000ff"><u>http://www.scandichotels.se/skelleftea</u></font>) z przeszklonym, wielopiętrowym atrium zaskoczył nas bardzo. Okna pokoju wychodziły nie na dw&oacute;r tylko właśnie na to wewnętrzne atrium, a świeże powietrze było tylko w postaci klimatyzacji. Nie narzekaliśmy za bardzo, ale ten hotel, choć najnowocześniejszy, postawiliśmy na ostatnim miejscu wśr&oacute;d odwiedzonych. I pod względem wygody spania, i pod względem sympatycznego nastroju i klimatu (cena za pok&oacute;j dwuosobowy z dostawką &ndash; 890 SEK). A do ciekawostek z tego dnia to można jeszcze dodać problemy z prawidłowym wym&oacute;wieniem nazwy miasta, w kt&oacute;rym nocowaliśmy. Po szwedzku wymawia się to [schellefte] z bardzo niesłyszalnym S. Dopiero po powrocie do Polski nauczyłem się poprawnie wymawiać tę nazwę. Nic nie m&oacute;wię też o naszym samochodzie, ale co można pisać, gdy sprawia się znakomicie. Załadowany po brzegi bagażnik, trzy osoby w środku, a silnik ciągnie w każdych warunkach dobrze. Tempomat i automatyczna skrzynia bieg&oacute;w ułatwiają kierowcy prowadzenie, zwłaszcza na uporządkowanych szwedzkich drogach. W sześć dni przejechaliśmy już ponad 3 000 km, a ja nie czułem się wcale zmęczony prowadzeniem samochodu. </p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 7<strong> - 2 lipca 2008</strong> (środa) <span style="font-weight: normal">Skellefte&aring; - Arvidsjaur &ndash; Arjeplog - R&oslash;kland</span><strong> <span style="font-weight: normal">(404</span></strong></u> km) </font> <p align="justify"><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Tego dnia mieliśmy dotrzeć do jednego z cel&oacute;w naszej wyprawy, czyli za koło polarne. Piękną &bdquo;Srebrną drogą&rdquo; (krajowa 95) w poprzek Laponii mieliśmy dojechać znad Bałtyku nad Morze P&oacute;łnocne, na drugą stronę P&oacute;łwyspu Skandynawskiego, już do Norwegii. Dzień zaczął się jak co dzień. Śniadanie w szwedzkim bufecie, przed przerwą na kilka dni, nie wzbudziło już emocji. W planie na ten dzień mieliśmy ranne zakupy w Skellefte&aring;. Ze znalezieniem supermarketu nie mieliśmy trudności. Sieć COOP jest popularna w całej Skandynawii. To takie nasze &bdquo;Społem&rdquo;, ale bez ideologicznych przekłamań. Po uzupełnieniu samochodowej &bdquo;spiżarni&rdquo;, ruszyliśmy w deszczu na p&oacute;łnocny zach&oacute;d, w kierunku granicy norweskiej. Opuściliśmy brzeg Bałtyku i przez lasy, powoli wznoszącą się drogą dojechaliśmy do Arvidsjaur. Tu przerwa na odwiedzenie Lappstaden - tradycyjnej wioski Saam&oacute;w z XVIII w. Saamowie to własna nazwa plemion zamieszkujących Laponię. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Saamowie wybijają się na samodzielność pod własną flagą, z własnym językiem i kulturą. Od Arvidsjaur obok flagi szwedzkiej pojawiała się flaga Saam&oacute;w w kolorach niebieskim, czerwonym, zielonym i ż&oacute;łtym. Lappstaden to wioska kilkudziesięciu małych drewnianych domk&oacute;w z końca XVIII wieku, na co dzień nie zamieszkanych, ale używanych przez ich właścicieli na święto narodowe Saam&oacute;w tzw. &quot;Storst&auml;mningshelgen&quot;, kt&oacute;re jest obchodzone w ostatni weekend w sierpniu każdego roku. W zupełnie pustej wiosce spotkaliśmy jeden z symboli Laponii tzn. wiewi&oacute;rkę. Ciemniejszą niż nasze rude i bardziej puszystą, ale tak samo jak nasze ciekawską i fotogeniczną. Niestety deszcz przegonił nas i wiewi&oacute;rkę. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; W dalszą drogę piękną 95-tką prowadziła nas coraz lepsza pogoda. Słońce przebiło ciemne warstwy chmur i oświetlało piękne krajobrazy leśnych jezior i skalnych rumowisk. Pojawiły się pierwsze wzg&oacute;rza, będące zapowiedzią g&oacute;r stanowiących granicę Szwecji i Norwegii. Nagle, wśr&oacute;d coraz niższych świerk&oacute;w i powyginanych sosen, zobaczyliśmy pasące się stado renifer&oacute;w. Przygotowani przez lekturę przewodnik&oacute;w, nie zdziwiliśmy się, że na szyi miały obroże, a w uszach kolczyki. Były to pasące się dziko, ale hodowlane zwierzęta, puszczane prawie wolno w lecie i dokarmiane w zimie. W ten spos&oacute;b zaliczyliśmy, w oswojonej postaci, drugi symbol Laponii. Znudzone pozowaniem do dziesiątek zdjęć renifery, spokojnym truchtem, po wygodnej drodze pobiegły dalej. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach coraz bardziej uroczej trasy, oświetlonej pełnym słońcem i świeżej po niedawnym deszczu, dotarliśmy do Arjeplog. Po zatankowaniu (benzyna w Szwecji jest tańsza niż w Norwegii, a była to ostatnia stacja benzynowa przed granicą &ndash; 14,11 SEK/l) poszliśmy do Muzeum Srebra (Silvermuseet i Arjeplog &ndash; <font color="#0000ff"><u>http://silvermuseet.arjeplog.se/</u></font>). Jest to miejsce gdzie zgromadzono przedmioty związane z życiem Saam&oacute;w, ich kulturą i dziedzictwem. Kilka tematycznych wystaw, wśr&oacute;d kt&oacute;rych najlepiej czuła się Małgosia. Ulubiona forma skansenu i życia codziennego przedstawionego w prawie realnej postaci. Mnie zaciekawiły kolory tradycyjnych ubior&oacute;w Saam&oacute;w, żywe granaty i czerwienie z elementami jaskrawej ż&oacute;łci i zieleni. Wszystko w świeżo rozbudowanych salach przy budynku dawnej szkoły (?). Obok kilka znanych nam już z formy chatek Saam&oacute;w. Ciekawe doświadczenie. Po zwiedzaniu wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej (wśr&oacute;d innych wiele polskich wpis&oacute;w !!!) i poszliśmy na szybki obiad. Tu niestety nie mamy czego polecać. Zwykła pizza w lokalu prowadzonym przez czarnosk&oacute;rego Szweda i w drogę. Do Koła Polarnego. </p> <font>Droga powoli pięła się w g&oacute;rę. Coraz bardziej uboga tajga przechodząca miejscami w tundrę urozmaicana była przez piękne jeziora o skalnych brzegach. Na horyzoncie pojawiły się ośnieżone g&oacute;ry, kt&oacute;re wskazywały nasz cel. Za nimi była Norwegia i kolejne morze. Po drodze mijaliśmy rzadkie kampingi uroczo położone w dość odludnych miejscach. Na GPS-ie sprawdzaliśmy naszą szerokość geograficzną, aby nie przegapić ważnego miejsca. Za 66&deg;33&#39;39&quot; N w lecie słońce nie zachodzi przez cały dzień. W pewnym momencie zauważyliśmy dużą białą tablicę z napisami w kilku językach &bdquo;Polcirkeln&rdquo; (koło polarne). Zatrzymaliśmy się na parkingu koło kempingu, ale wskazania na razie sprawującego się bez zarzutu GPS-u nie pokrywają się z dumną treścią. Było to dopiero 66&deg;32&#39;56&quot; szerokości geograficznej p&oacute;łnocnej, ale już darowaliśmy te kilkadziesiąt sekund i zrobiliśmy serię pamiątkowych zdjęć. Słońce, temperatura powietrza i bujna polna roślinność nie wskazywały, że dotarliśmy tak daleko na p&oacute;łnoc, ale rzeczywiście tak było. Dalej droga zaczęła wspinać się coraz szybciej. Śnieg na zboczach był tuż, tuż, a temperatura za oknem spadła do około 10-15 oC . Dzikość otoczenia i wąska wstążka dopiero kilkanaście lat temu wyasfaltowanej drogi robiła na nas coraz większe wrażenie. Myślałem, że granica między Szwecją, a Norwegią biegnie po szczytach i grani. Jednak najwyższy punkt drogi 95 leży jeszcze po stronie szwedzkiej i dopiero kilka kilometr&oacute;w ostrego (7%) zjazdu doprowadziło nas do kolejnej granicy. Znowu przystanek i zdjęcia. A zjazd to dopiero się zaczął. Przyzwyczajeni dotychczas do dużej przestrzeni wok&oacute;ł i drogi, na kt&oacute;rej spokojnie mijały się duże samochody, wjechaliśmy na normalną w Norwegii drogę. Wśr&oacute;d wysokich skał, z nachyleniem ponad 10%, przyczepioną do urwiska i wąską tak, że co około sto metr&oacute;w (albo przed częstymi zakrętami) były mijanki. W dole płynęły rwące strumienie, a nisko stojące słońce oświetlało tylko szczyty nad nami. W taki karkołomny spos&oacute;b przywitaliśmy się z Norwegią. Nadzieja na to, że to tylko drogi krajowe są takie, prysła po kilkunastu minutach. Dojechaliśmy do międzynarodowej E6, biegnącej z południa p&oacute;łwyspu Skandynawskiego przez Szwecję, Oslo i całą Norwegię aż do granicy z Rosją. Droga była r&oacute;wnie wąska, o tyle, że nie biegła wzdłuż urwiska, a mijanki były nie potrzebne, bo było coś w formie pobocza. Trochę zmęczeni i delikatnie zestresowanidotarliśmy do Nordnes Camp &amp; Bygdesenter (N-8255 R&oslash;kland &ndash; </font><font color="#0000ff"><u>http://www.nordnescamp.no/</u></font><font>) gdzie mieliśmy zarezerwowany domek. Cena norweska &ndash; 595 NOK za noc, ale niestety nic lepszego nie udało mi się przez internet znaleźć. Najbliższy hotel był około 100 km dalej na p&oacute;łnoc w Bodo. Warunki okazały się dość ekstremalne, zwłaszcza po dotychczasowych noclegach w niezłych turystycznych hotelach. Mimo połamanych szczebelk&oacute;w w ł&oacute;żku (zresztą wymienionych błyskawicznie po pierwszym zgłoszeniu) i braku prysznica w domku (jak to na kempingu bywa) pomyśleliśmy &bdquo;Nic to&rdquo; i 10 m2 do przenocowania wystarczyło. Pogoda była piękna. Choć dochodziła 22:00 słońce świeciło ostro. Przejrzyste, czyste powietrze i przepiękna okolica w kotlinie nad rzeką nastrajały do spaceru z aparatami fotograficznymi i kamerą. Przed p&oacute;łnocą (słońce świeciło dalej choć nisko i skryte za g&oacute;rami) pojechaliśmy do Saltdal nad Skjerstadfjord. Miałem nadzieję, że na otwartej przestrzeni zobaczymy słońce o p&oacute;łnocy. </font>&nbsp;<font></font><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_27q8fj4f53_b" alt="" width="490" height="327" /></div>&nbsp;<font>Prawie się udało, ale niestety słońce było nisko, my też, więc chowało się za otaczające fiord g&oacute;ry. Piękne zdjęcia o p&oacute;łnocy nad pierwszym naszym fiordem zrekompensowały zaw&oacute;d, a widok oświetlonych zboczy potwierdzał, że tu słonce nie zachodzi. Z rozsądku (organizm się bronił na widok jasnego nieba) już po 1:00 położyliśmy się spać. Dzień dw&oacute;ch m&oacute;rz, koła podbiegunowego, kolejnej granicy i słońca o p&oacute;łnocy potwierdził, że wrażeń w tej podr&oacute;ży nigdy za mało. Dalej miało być ich coraz więcej, choć nie wyobrażaliśmy sobie, że to możliwe. Stąd (67&deg;06&#39;17&quot; szerokości geograficznej p&oacute;łnocnej) zaczęliśmy wracać na południe. </font><hr class="pb" /> <font><u>Dzień 8<strong> - 3 lipca 2008</strong> (czwartek) <strong>R&oslash;kland - Mo i Rana - F&oslash;lling (482</strong> km) </u></font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Dzień musieliśmy zacząć dość szybko bo trasa goniła. Niby tylko 480 km, ale Norwegia to nie Szwecja i obowiązuje ograniczenie do 80 km/h. Śniadanie z suchego prowiantu zabranego z Polski, herbata i kawa w kawiarni przy kampingu, szybkie pakowanie i w drogę. Jeszcze tylko kilka sł&oacute;w z bardzo przyjazną właścicielką, kt&oacute;ra burzyła stereotyp zamkniętego Norwega i jedziemy na południe do F&oslash;lling. Droga E6 przebijała się przez dość strome g&oacute;ry, ale biegnąc wzdłuż rzeki poza piękniejącymi z kilometra na kilometr widokami, nie wymagała zbytniej uwagi. Po ok. 50 km. dotarliśmy ponownie do koła polarnego. Norwegowie podeszli do sprawy zupełnie inaczej niż Szwedzi i postanowili zarabiać pieniądze na atrakcji turystycznej - Polarsirkelen. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_28xb9r6ddt_b" alt="" width="504" height="377" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Ciekawe architektonicznie centrum turystyczne (<font color="#0000ff"><u>http://arctic-circle.no/</u></font>), duży parking dla samochod&oacute;w i autobus&oacute;w, szlak do cmentarza jeńc&oacute;w wojennych budujących tory kolejowe, pomniki i płaty śniegu przyciągały wszystkich przejeżdżających w pobliżu. Ten śnieg to oczywiście był naturalny, ale można było mieć wrażenie, że i oto zadbali zapobiegliwi Norwegowie. Trafiliśmy akurat na ciągnący na Nord Cap rajd starych Sk&oacute;d, wśr&oacute;d kt&oacute;rych wysłużone 1000 MB zaliczane były do młodszych. Były tam stare Oktawie i Felicie, a nawet jakieś modele terenowe i chyba przedwojenny model taks&oacute;wkowy (?). Zawsze podziwiałem takich ludzi z pasją. Zrobiliśmy kilkadziesiąt pamiątkowych i krajobrazowych zdjęć, odwiedziliśmy duży sklep z pamiątkami (gł&oacute;wnie dla Ani), nie kupiliśmy za jedyne 50 NOK od osoby certyfikatu przekroczenia koła polarnego i po wysuszeniu n&oacute;g zamoczonych chodzeniem po roztapiającym się na słońcu w 25 oC śniegu, ruszyliśmy dalej. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Zgodnie przewodnikiem i wcześniej zbieranymi informacjami droga E6 idąca w r&oacute;wnej odległości pomiędzy granicą a Morzem P&oacute;łnocnym miała być monotonna i raczej bez atrakcji turystycznych. W związku z tym nasz plan podr&oacute;ży tym razem nie zakładał trasy turystycznej. Dodając jeden, dwa dodatkowe noclegi można było wybrać jazdę drogą 17 (zamiast 480 &ndash; 770 km) wzdłuż wybrzeża, z wielokrotnymi przeprawami promowymi i prawdopodobnie pięknymi widokami. Ale los chciał inaczej. Po ominięciu przemysłowego Mo i Rana oraz r&oacute;wnie nieciekawego Korgen musieliśmy nagle zmienić trasę, gdyż na drodze wyr&oacute;sł drogowskaz &bdquo;Objazd&rdquo;. Zaczęliśmy wspinać się w g&oacute;rę omijając remontowany akurat 8 km Korgfjelltunnelen i pokonywać niespodziewanie (dla nas) urokliwą Europavegen. Około 14 po dotarciu na przełęcz Korgfjellet naładowani widokami poczuliśmy delikatny gł&oacute;d. Zatrzymaliśmy się przed &bdquo;Korgenfjellet kro &amp; motell&rdquo; (<font color="#0000ff"><u>http://www.korgenfjellet.no/</u></font>), w kt&oacute;rym za średnią norweską cenę (ok. 120 NOK/os) zjedliśmy smaczny obiad. Anegdotyczny był fakt, że nie znając norweskiego (błąd) i słabo tłumacząc angielski kelnerki (jeszcze większy błąd) zam&oacute;wiliśmy coś co wydawało się duszoną cielęciną. Okazało się potem (po sięgnięciu do rozm&oacute;wek), że był to stek z łosia. W ten spos&oacute;b &bdquo;spotkaliśmy&rdquo; kolejny symbol p&oacute;łnocnej Skandynawii. Tu też zjedliśmy pysznego pieczonego łososia (na zimno!?) z ziemniakami, warzywami (na ciepło) i sur&oacute;wką (też na zimno). Po sesji zdjęciowej w wykonaniu Małgosi i Ani, ze stadem sympatycznych, pasących się przy i na drodze owiec i baran&oacute;w (wśr&oacute;d kt&oacute;rych były i czarne) wsiedliśmy do samochodu. Zjazd z przełęczy był kolejnym testem samochodu przed serpentynami w środkowej Norwegii, zdanym r&oacute;wnież i przez kierowcę bez błędu. Po powrocie na E6, dalsza droga raczej była zgodna z oczekiwaniem, dość spokojna i bez większych atrakcji. Mijane krajobrazy były piękne, ale już por&oacute;wnywalne do wcześniej mijanych, więc nie wzbudzały zachwyt&oacute;w. W planie mieliśmy wariantową jazdę po odcinku przywoływanej już 17 (Kystriksveien &ndash; <font color="#0000ff"><u>http://www.rv17.no/</u></font>) z Grong przez Namsos do Steinkjer, ale p&oacute;źna pora i zmęczenie materiału ludzkiego nie pozwoliły na realizację. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Około 20:00 dotarliśmy do F&oslash;llingstua Camping (<font color="#0000ff"><u>http://www.follingstua.com/</u></font>) gdzie w luksusowych warunkach (drewniany domek z dwoma pokojami, antresolą, aneksem kuchennym, pełną łazienką) i z widokiem na wspaniałe jezioro Sn&aring;savatnet spędziliśmy &bdquo;białą noc&rdquo;. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Kolejny raz przekonaliśmy się, że Norwegowie trzymają się danego słowa. Domek, jak i wszystkie inne noclegi zam&oacute;wiłem wcześniej przy pomocy internetowych portali rezerwacyjnych. Potwierdzone zam&oacute;wienie opiewało na cenę 590 NOK za noc, co okazało się być ceną poza sezonem. W sezonie kosztuje to 780 NOK, ale właściciele bez żadnych wątpliwości stwierdzili, że za błąd portalu nie mogę odpowiadać ja i wzięli na siebie potencjalną stratę. Miejsce nad jeziorem polecam, bo okolica urokliwa i spokojna, a wielbiciele łowienia ryb, pieszych wędr&oacute;wek lub fotografowania szerokich krajobraz&oacute;w mają tam czego szukać. Na szczęście wcześniejsze przestrogi o ogromnych i zjadliwych komarach i innych natrętnych owadach nie sprawdziły się i tym razem. </p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 9<strong> - 4 lipca 2008</strong> (piątek) <strong>F&oslash;lling &ndash; Trondheim - Domb&aring;s (331</strong> km)</u></font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Już o 8:00 ostre słońce w oknie zakończyło nasz smaczny sen. Po śniadaniu z polsko-szwedzkich zapas&oacute;w i pakowaniu w coraz wyższej temperaturze (o 9 rano w cieniu było już ok. 25 oC) bardzo cywilizowaną drogą (oczywiście E6) ruszyliśmy w kierunku Trondheim. Tankowanie na pierwszej norweskiej stacji po 13,58 NOK/l potwierdziło fakt, że w Norwegii ropą i turystami stojącej, ani benzyna ani podr&oacute;żowanie do najtańszych nie należy. Tego dnia mieliśmy w planie zwiedzanie tego starego miasta, w kt&oacute;rym koronowano pierwszych kr&oacute;l&oacute;w Norwegii. Po drodze minęliśmy pole bitwy pod Stiklestad (1030). Jest to miejsce uważane przez Norweg&oacute;w, jako miejsce zjednoczenia Norwegii i początek jej historii. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Około dwunastej, po zapłaceniu 35 NOK za wjazd do miasta i kilku k&oacute;łkach po centrum Trondheim zaparkowaliśmy na wielopoziomowym parkingu niedaleko Olav Tryggvasons gate i Prinsens gate. Bez GPS-u krążylibyśmy pewnie jeszcze dłużej, albo stanęli dalej. Z doświadczeń własnych uważam, że mając niewiele czasu na zwiedzanie miasta, warto korzystać z takiego rozwiązania (70 NOK za cztery godziny). </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Kilka minut poświęcone w banku na zakup koron i ruszamy dalej. Korzystając z pięknej pogody Trondheim zwiedzamy na piechotę zgodnie z planem przygotowanym przez Anię. To ponad tysiącletnie miasto, zwane pierwotnie Nidaros, było kilkukrotnie stolicą państwa i obecna stolica Oslo jest przy nim jak dużo młodszy brat. Munke gate doszliśmy do Torget, zwyczajowego miejsca targowego, obecnie pięknego placu ze statuą Olava Tryggvasona, założyciela miasta i dziesiątkami stragan&oacute;w z kwiatami i innymi towarami dla turyst&oacute;w. Stąd już tylko kilka krok&oacute;w do gotyckiego Var Frue kirke (Kości&oacute;ł Naszej Pani), odbudowanego po pożarze w XVIII wieku z barokowym wnętrzem i ołtarzem. Kr&oacute;tkie zwiedzanie i idziemy w kierunku kompleksu Nidarosdom (Katedry Nidaros i pałacu arcybiskupiego <font color="#0000ff"><u>http://www.nidarosdomen.no/</u></font>). Gotycka świątynia, największa w całej Skandynawii, jest miejscem pochowania Olafa II, kt&oacute;ry w Norwegii wprowadził chrześcijaństwo. Kamienny kości&oacute;ł wzorowany na angielskiej katedrze w Cantenbury robi ogromne wrażenie. Bogate, jak na gotyk i obecny protestancki charakter, wnętrze, krypta pełna kamiennych płyt nagrobnych, ołtarz św. Olafa i koncerty muzyki kościelnej &ndash; to wszystko składa się na niezapomniany nastr&oacute;j. Młodzi wolontariusze, jako wielojęzyczni przewodnicy, z zapałem opowiadają o historii, zabytkach i ciekawostkach tego miejsca. Zaraz obok katedry mieści się pałac arcybiskupi pierwotnie z XIII wieku. Trochę zdziwiliśmy się widząc nowe budynki powiązane ściśle z kamiennymi ścianami, niskie wejścia przez grube mury zamknięte szklanymi drzwiami i inne historyczne elementy wbudowane we wsp&oacute;łczesne i nowoczesne ramy. Ale to też ma swoje zalety, a archeologiczna ekspozycja przedstawiająca życie w średniowiecznym pałacu zainteresowała nas bardzo. Z dziedzińca pałacu można wejść do muzeum wojskowego (kt&oacute;re ominęliśmy z braku czasu) i do podziemnej wystawy regali&oacute;w norweskich. Katedra Nidaros jest miejscem koronowania kr&oacute;l&oacute;w Norwegii. Ostatnia koronacja miała miejsce w 1991 gdy na tron wstępowali obecny kr&oacute;l Harald i kr&oacute;lowa Sonia. W sumie razem na bilety wydaliśmy dość dużo (bilet rodzinny za 200 NOK), ale warto było. Zmęczeni upałem i już trochę głodni (było po 14) ruszyliśmy w kierunku Bryggene i Gamle bybro (nabrzeży i starego mostu). Kolejne znane turystycznie i z przewodnik&oacute;w miejsce. Ale po kr&oacute;tkim podziwianiu i uwiecznianiu na elektronicznych kliszach, instynkt przypomniał o sobie. Nie skorzystaliśmy z polecanych w bedekerach restauracji na nabrzeżu i weszliśmy do skromnie ogłaszającej się kredowym napisem na czarnej tablicy, knajpki &bdquo;BAKLANDET SKYDSSTATION&rdquo; (<font color="#0000ff"><u>http://www.skydsstation.no/</u></font>). W zupełnie pustej restauracyjce zam&oacute;wiliśmy &bdquo;Fiskesuppe&rdquo; (zupę rybną) oferowaną jako MIDAG (lunch menu) za &bdquo;jedyne&rdquo; 158 NOK za porcję. Jak p&oacute;źniej oceniliśmy, było to najsmaczniejsze norweskie danie. Duże, nie rozgotowane kawałki ryby i warzyw w gorącym rybnym wywarze udekorowane krewetkami i zieleniną, podane w miseczce na talerzyku z ciemnym chlebem i odrobiną masła. Wspaniały wygląd, rewelacyjny smak i pełne żołądki stanowiły pełną kompozycję. Sympatyczny wystr&oacute;j wnętrz zajmujących parter zwykłego, piętrowego, drewnianego domku dopełniały nasze wrażenia. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; </p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_294wxdm2d6_b" alt="" width="495" height="655" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Po obiedzie, w palącym słońcu (jakby nie skandynawskich, ale śr&oacute;dziemnomorskich klimatach), poszliśmy dalej w kierunku Kristiansten fortress (fortecy), g&oacute;rujących nad miastem fortyfikacji z XVIII wieku. Po drodze szliśmy ostrym podejściem wzdłuż kolejnej turystycznej ciekawostki Trodheim &ndash; wyciągu dla rower&oacute;w, z prędkością 2 m/s wpychającego rower z rowerzystą na 130 metr&oacute;w wyżej położoną ulicę. Po kr&oacute;tkim krążeniu wok&oacute;ł (z braku dokładnego planu) weszliśmy na teren umocnień. Jak zawsze na najwyższym miejscu stał maszt z flagą norweską, a wok&oacute;ł grupki biwakujących ludzi, korzystających z pięknej pogody i zielonych trawnik&oacute;w. Widok na Trondheim rzeczywiście wspaniały. Położone nad fiordem i wijącą się rzeką miasto z charakterystycznymi punktami katedry i wieży telekomunikacyjnej (Tyholtt&aring;rnet) wygląda pięknie właśnie z tej g&oacute;ry. Warto było się wdrapać nie zależnie od skwaru i pełnych brzuch&oacute;w. Stąd już tylko powr&oacute;t przez sympatyczne uliczki do samochodu i jak zawsze z pewnym niedosytem opuściliśmy miasto. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Mieliśmy zamiar zrobić jeszcze trochę zakup&oacute;w spożywczych w markecie COOP na przedmieściach, ale nie najlepiej zaprogramowany GPS za p&oacute;źno wskazał skrzyżowanie i minęliśmy centrum handlowe. Trudno się m&oacute;wi. Jeszcze przed 17:00 udało nam się zauważyć mały markecik w mijanej miejscowości i uzupełniliśmy zapasy. Przed nami było prawie 200 km, z czego ostatnie 80 przez dzikie ustronia Dovrefjell-Sunndalsfjella nasjonalpark (parku narodowego). Celem było Domb&aring;s, a teren parku zaczyna się zaraz za Oppdal. Jeszcze przed Oppdal zatrzymałem się na kilkuminutowy odpoczynek na przydrożnym trawiastym parkingu. Zaspana c&oacute;rka wyszła z samochodu na kawałek łączki i ledwo schyliła się, natychmiast znalazła czterolistne koniczyny. Uznaliśmy to za dobrą wr&oacute;żbę na dalszą drogę. Drogę kolejnych niesamowitych widok&oacute;w i wrażeń. Dzikie, skaliste wzg&oacute;rza, puste przestrzenie porośnięte gdzieniegdzie niskimi krzakami, tundrową trawą i mchami, płaty śniegu, małe oczka czarnych jezior i spadające nitki wodospad&oacute;w były naszymi towarzyszami przez tę drogę. Co jakiś czas chata dla turyst&oacute;w ryzykujących piesze wędr&oacute;wki zakł&oacute;cała te widoki. Czuliśmy się jak na bezkresnym pustkowiu i tylko droga biegnąca prawie prosto do horyzontu przypominała nam o cywilizacji. Z rzadka pojawiające się terenowe samochody dopełniały naprawdę niesamowitego nastroju. Kolejne miejsce, kt&oacute;re warto by zobaczyć z bliska, pieszo przemierzając wąskie ścieżki. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Do Domb&aring;s dotarliśmy około 19:00 dość łatwo trafiając do Domb&aring;s Vandrerhjem (<font color="#0000ff"><u>http://www.trolltun.no/</u></font>) położonego w kompleksie stacji narciarskiej Trolltun. Za 900 NOK dostaliśmy duży pok&oacute;j surowo wyposażony w dwa piętrowe ł&oacute;żka i własną łazienkę. W recepcji, w położonym obok Trolltun Gjesteg&aring;rd, przywitał nas gościnny właściciel, kt&oacute;ry zorientowawszy się, że jesteśmy z Polski, użył kilkunastu sł&oacute;w po polsku (!!!). Po spacerze po okolicy położonego na zboczu ośrodka, wśr&oacute;d drewnianych figur paskudnych trolli, szybko wr&oacute;ciliśmy do pokoju. Następnego dnia czekał nas (w zależności od dobrze zapowiadającej się pogody) najciekawszy etap naszej wyprawy. Najciekawszy, ale długi i wymagający, więc mimo białej nocy poszliśmy spać. Jako ciekawostkę dodam, że dostałem się do internetu korzystając z połączenia WIFI do jakiegoś niezabezpieczonego hot-spota wystawionego prawdopodobnie przez właściciela stojącego niedaleko wozu campingowego. </p> <hr class="pb" /> <strong><font><u>Dzień 10 - 5 lipca 2008 (sobota) Domb&aring;s - Lom &ndash; Dalsnibba - Stryn - Dragsvik - Gudvangen (520 km)</u></font></strong> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Pobudka wcześnie i po zam&oacute;wionym w hotelu śniadaniu, już o 8:30 ruszaliśmy w drogę. Piękna pogoda (kolejny dzień !) pozwoliła nam na realizację najdłuższego wariantu zaplanowanej trasy. Najpierw w dalszym ciągu drogą E6 przez Dovre do Sel. Cały czas w d&oacute;ł, co dopiero pokazało nam jak wysoko byliśmy, wzdłuż kotliny między g&oacute;rami dojechaliśmy do miejsca, gdzie pożegnaliśmy się z dotychczasowym szlakiem, towarzyszącym nam od koła podbiegunowego. W małej miejscowości zjechaliśmy na wąską asfaltową szosę, kt&oacute;ra nagle (po mało widocznym ostrzeżeniu) przeszła w szutrową, jeszcze węższą drogę. Na domiar wszystkiego szutr&oacute;wka była w remoncie, biegła przez las, ostro i prosto w d&oacute;ł. Żona i c&oacute;rka, jeszcze delikatnie zaspane, obudziły się natychmiast, a ja doceniłem sw&oacute;j samoch&oacute;d, kt&oacute;ry po przełączeniu na tryb ręcznej zmiany bieg&oacute;w, wymagał właściwie tylko dobrego trzymania kierownicy. Około 10 km takiej jazdy było ciekawym wstępem do dzisiejszej trasy. Kolejne 40 km było tylko podziwianiem wysokich las&oacute;w, długich jezior w kotlinie i rysujących się w oddali zaśnieżonych g&oacute;r. Po drodze mijaliśmy grupki kolarzy, szykujących się do corocznego, lokalnego wyścigu, co ze względu na coraz bardziej strome podjazdy wydawało nam się przedsięwzięciem dość ekstremalnym. Już po 10:00 dotarliśmy do Lom, gdzie z daleka witał nas piękny stavkirke (kości&oacute;ł słupowy). Kościoły tego typu, charakterystyczne dla Norwegii, w swojej pierwotnej formie były prawdopodobnie świątyniami wiking&oacute;w, a gdy chrześcijaństwo stało się religią panującą, były budowane ku czci nowego Boga. Drewniane od ścian do dach&oacute;w, wykańczane runicznymi zdobieniami i najbardziej znanymi głowami smok&oacute;w na końcach kalenic, zachowały się w niezmienionym kształcie w niewielu miejscach, ale i nowe norweskie kościoły nawiązują do tej tradycji. Zobaczyliśmy więc budowlę jakby podobną do czegoś, co widzieliśmy już wcześniej i to w Polsce. Ale oczy nas nie myliły, Jeden z takich kościoł&oacute;w został przeniesiony w XIX w. do Karpacza i złożony od podstaw. Chodzi oczywiście o kości&oacute;łek Wang mylnie traktowany przez niekt&oacute;rych turyst&oacute;w jako świątynia z dalekiego wschodu. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Obeszliśmy mający 850 lat budynek, ale do środka już nie weszliśmy. Zniechęcił nas tłumek japońskich turyst&oacute;w, obwieszonych aparatami i żywiołowo zachwycających się zabytkiem. Czas gonił nas dalej. W Lom zaczyna się droga 55, podobno (nie dane nam było tym razem sprawdzić) najpiękniejsza widokowa droga, z wyznaczonych w Norwegii narodowych dr&oacute;g turystycznych (<font color="#0000ff"><u>www.turistveg.no</u></font>), Sognefjellet &ndash; droga Sognefjell. My jechaliśmy dalej drogą 15 w kierunku na Stryn, wzdłuż g&oacute;rskiej, wartko mknącej rzeki Otta. Po mniej więcej p&oacute;ł godzinie jazdy zatrzymaliśmy się przy kampingu D&oslash;nfoss, co już z norweskiej końc&oacute;wki &bdquo;foss&rdquo; wskazywało na jakąś formę wodospadu. I rzeczywiście nie zawiedliśmy się. Z hukiem i grzmotem rwąca rzeka, przełamująca się na wystających z turkusowej wody skałach rozbijających nurt w wodny pył, robiła rewelacyjne wrażenie. W sumie był to pierwszy widziany przez nas w Norwegii taki przełom. A i sam kamping dość ciekawie wykorzystał położenie w skalnym przełomie. Basen był po prostu niecką, oddzieloną od rzeki kamienną groblą i kąpiący mogli mieć wrażenie, że pływają w g&oacute;rskim strumieniu. I oczywiście wszędzie obecne trolle. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Dalej drogą 15 aż do miejscowości Grotti, gdzie drogowskazy zachęcały do kolejnego szlaku turystycznego, Gamle Strynefjellsvegen (starej drogi Strynefjell), ale i tym razem nie skorzystaliśmy z zaproszenia. Ciągnęła nas jak magnes perspektywa widoku fiordu Geiranger ze szczytu g&oacute;ry Dalsnibba. Zboczyliśmy z gościnnej 15 na drogę 63 &ndash; na Geiranger i wzdłuż zamarzniętego (lipiec, +20oC !!!) jeziora Djupvatnet wśr&oacute;d ośnieżonych szczyt&oacute;w i zboczy, coraz węższą szosą, dojechaliśmy do znanej mi z opis&oacute;w, płatnej (75 NOK) szutr&oacute;wki (drogi Nibbevegen) na g&oacute;rę. Moje pasażerki nie były całkiem przygotowane na taką jazdę, ale i ja czułem się jak na pr&oacute;bie ekstremalnej jazdy. Wąziutka, bez żadnych barierek, szutrowa droga przyczepiona do zbocza, z rzadko pojawiającymi się mijankami i ostro, serpentynami biegnąca do g&oacute;ry. Z poziomu ok. 1050 metr&oacute;w do 1476 metr&oacute;w n.p.m. w ciągu ok. 2 km. Ale warto było. Samoch&oacute;d i pasażerowie zdali egzamin. Jeszcze przed szczytem, na dość dużej połaci śniegu wypatrzyliśmy stado wędrujących renifer&oacute;w. Choć zatrzymać się nie było raczej gdzie, to pomiędzy kolejnymi zakrętami udało się je sfotografować. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_30hq89x9cc_b" alt="" width="508" height="339" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Na samym szczycie parking i platforma, z zapierającym dech w piersiach widokiem. W dole rozpościerał się najsłynniejszy chyba i rzeczywiście urzekający Geirangerfjord. Piękna pogoda pozwalała zobaczyć go w całości. Maleńkie żuki pełznące po zboczu okazywały się być samochodami mozolnie pokonującymi kolejne metry w g&oacute;ry, małe kropki &ndash; ludźmi już niżej pr&oacute;bującymi podziwiać piękno widoku, a kreski na morskiej wodzie &ndash; stateczkami turystycznymi umożliwiającymi zachwyt tym dziełem przyrody z samego dołu. Było południe, ale temperatura nie przekraczała 10oC. Ani to, ani ostry wiatr nie przeszkadzało w gorączkowym chłonięciu pejzaży oraz uwiecznianiu na fotografiach i filmie. Otaczające to wszystko ośnieżone g&oacute;ry dopełniały niezapomnianej całości. Wszędzie kupki z kamieniu ustawiane na pamiątkę przez turyst&oacute;w. Wśr&oacute;d tychże spotkaliśmy także i Polak&oacute;w. Sympatyczne małżeństwo &ndash; sami zaproponowali, że zrobią nam zdjęcie &ndash; jedno z niewielu, na kt&oacute;rym jesteśmy razem we tr&oacute;jkę. Obok parkingu sklepik z pamiątkami i słodyczami, mała wystawa (płatna <strong><font>:(</font></strong>, więc zrezygnowaliśmy) i WC. (<font color="#0000ff"><u>Dalsnibba Senteret</u></font>) </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Czas gonił, więc jedziemy z powrotem. Łatwo powiedzieć, ale trudniej wykonać. Pod g&oacute;rę jakoś łatwiej. Ale c&oacute;ż &ndash; skrzynia bieg&oacute;w w tryb manualny i do dołu. Dobrze, że Małgosia zdecydowała się nakręcić tę drogę przy pomocy kamery i zajęła się filmowaniem, bo ekstremalna jazda po wąskich skalnych serpentynach, wśr&oacute;d innych, nie koniecznie wprawnych użytkownik&oacute;w drogi, była nie lada wyzwaniem. Widoki rekompensowały ucisk siedzącej na ramieniu duszy. </p> <p align="justify">Zostawiamy po prawej stronie drogę do Geiranger i jedziemy dalej drogą 15 na Stryn. Coraz dłuższe tunele nie robiły na nas już wrażenia, ale widoki (słowo, kt&oacute;re pojawia się często w opisie, ale bez niego nie byłoby o czym pisać) cały czas na najwyższym poziomie emocji. Przejechaliśmy raptem kolejne 30 km i już &bdquo;musieliśmy&rdquo; się zatrzymać. W czasie zjazdu kolejnymi serpentynami wrażenia uciekały za szybko. Jadąc dalej wzdłuż jeziora Strynevatnet mijamy Jostedalsbreen Nasjonalparksenter &ndash; Centrum turystyczne lodowca Jostedal. Lodowiec mamy w planie kolejnego dnia, więc zostawiamy je bez żalu. Stryn, miejscowość turystyczna, pełna ludzi, samochod&oacute;w i kolorowych reklam nie robi na nas dobrego wrażenia po raczej nieskażonych ludzką działalnością przejechanych kilometrach. Szybko tankujemy benzynę (13,88 NOK/l) i zmieniając plany, postanawiamy obiad zjeść gdzieś dalej. Szosa 60 wije się wzdłuż brzegu Faleidfjord (odnogi Nordfjord) przez kolejne turystyczno-wypoczynkowe miasteczka. Na szczęście dość niespodziewanie odbija od wody i ostro w g&oacute;rę (kolejne serpentyny) dociera do grzbietu g&oacute;ry, gdzie odnajdujemy nietypowy, bo wybudowany w nowoczesnym stylu hotelik i restaurację (Karistova Hotell &ndash; <font color="#0000ff"><u>http://www.karistova.no/</u></font>). Widok z okien od stolika znakomicie przyprawia nam podane dania miejscowej kuchni. Dobrze po 15:00 ruszamy dalej i po ostrym (nic nowego <strong><font>&#9786;</font></strong>) zjeździe, wzdłuż biegnącej głęboką doliną rzeki jedziemy międzynarodową E39 na południowy zach&oacute;d. Po około godzinie skręciliśmy w lewo w zaczynającą się tu drogę 13, biegnącą aż do Stavanger. Naszym celem jednak było nie to odległe miasto (prawie 500 km na południe), lecz przejechanie początkowym jej odcinkiem, kolejnym z turystycznych szlak&oacute;w Norwegii. Niespodziewanie dość, zaraz za wioską Vallestad, po lewej stronie szosy zobaczyliśmy kolejne spienione wody rzeki (jak się okazało &ndash; Gaula). Zjechaliśmy z szosy, ale nie trafiliśmy na parking, tylko na polną drogę biegnącą wprost przy rwącej wodzie. Ciekawostką była mini elektrownia wodna czerpiąca energię ze spadającej wody. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Na kolejnym odcinku, coraz ciekawszej widokowo, pnącej się ostro w g&oacute;rę przez malutkie wioski przycupnięte nas stokach, drogi spotkaliśmy się z nieznaną z polskich dr&oacute;g sytuacją. Jadący przed nami kierowca autokaru, widząc, że biedzimy się jadąc powoli za nim i nie mogąc go w żaden spos&oacute;b, z powodu licznych zakręt&oacute;w, wyprzedzić, po prostu zatrzymał się na kolejnej mijance i gestem dał znać abyśmy pojechali przed nim. I dzięki temu uprzejmemu kierowcy mogliśmy zachwycać się nowymi widokami na kolejnych serpentynach, kt&oacute;rymi zjeżdżaliśmy w kierunku do Sognefjord i miejscowości Dragsvik. Coraz niższe słońce już na pomarańczowo oświetlało zbocza po przeciwnej stronie kotliny, kładąc długie cienie na wodzie. Z Dragsvik do Vangsnes przepłynęliśmy promem (samoch&oacute;d z kierowcą i dw&oacute;jką pasażer&oacute;w &ndash; 118 NOK). </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_31wvxr8bct_b" alt="" width="489" height="327" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Te kilkanaście minut odpoczynku dla kierowcy stało się dodatkową atrakcją dla nas wszystkich. Piękna pogoda, zachodzące słońce i spokojna woda fiordu zachwyciły nas kolejny raz tego dnia. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Po wylądowaniu około 19:00 po drugiej stronie fiordu poczuliśmy, że do celu już coraz bliżej. Nie spodziewaliśmy się jednak, że nie tak bardzo blisko i że czekają nas jeszcze kolejne atrakcje widokowe i krajoznawcze. Najpierw wzdłuż brzegu przez miejscowość Vik&oslash;yri, a potem dalej drogą 13 na południe. Z zafascynowaniem patrzyliśmy na mijanych młodych ludzi, biegnących pod g&oacute;rę po jezdni na nartorolkach. Kolejne ośnieżone g&oacute;ry nie były już czymś nowym, ale jazda przez wycięte w śniegu wąwozy (na kilka metr&oacute;w wysokie ściany ze śniegu po obu stronach jezdni), biorąc pod uwagę temperaturę około +20oC i lipiec, robiła duże wrażenie. Znowu zamarznięte jezioro (Skjelingavatnet), rewelacyjne serpentyny pod g&oacute;rę i spadające tuż obok wodospady, tunele, pasące się dosłownie wszędzie owce i wykuty w skale przejazd (jak te śnieżne ściany wcześniej), serpentyny w d&oacute;ł i kolejny wodospad (Sendefossen) &ndash; minęliśmy w drodze do Vinje, w kt&oacute;rym skręciliśmy już na drogę E16 prowadzącą wprost do Gudvangen. Po całym dniu (była już 20, choć słońce nie zamierzało wcale zajść do końca) nie mieliśmy już właściwie, jak zachwycać się widokami kolejnej doliny, otaczających ją g&oacute;r i spływających z nich nitek wodospad&oacute;w. Bez refleksji minęliśmy Stalheim (mieliśmy w planie zobaczyć go kolejnego dnia) i wijącą się po brzegach rzeki N&aelig;r&oslash;ydalselvi drogą, uparcie dążyliśmy do wynajętego domku. Na miejsce (Gudvangen &ndash; Rams&oslash;y) dotarliśmy około 20:30, gdzie oczekiwał na nas właściciel z żoną. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_44fwjwmkht_b" alt="" width="504" height="377" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Po kr&oacute;tkim instruktażu obsługi i wpłaceniu kaucji (600 NOK) objęliśmy na tydzień pomalowany na czerwono, drewniany, piętrowy dom z trzema sypialniami, dwoma salonami, kuchnią i dwoma łazienkami, w pełni wyposażony w stylu norwesko-anglosaskim.&nbsp; (<font color="#0000ff"><u>Novasol: dom N23095</u></font>) </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Ten najdłuższy w podr&oacute;ży dzień, pełen zaskakujących i zapierających dech w piersiach widok&oacute;w, krajobraz&oacute;w i nowych dla nas przeżyć, po przejechaniu ponad 500 km zakończył się wreszcie własnoręcznie zrobioną kolacją i zachwytem nad tym co widzieliśmy za oknem &ndash; perspektywą we wspaniały fiord oświetlony wreszcie zachodzącym słońcem, kładącym ostatnie promienie na szczytach okalających dolinę.</p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 11<strong> - 6 lipca 2008</strong> (niedziela)<strong> Gudvangen - Bergen - Gudvangen (300</strong> km)</u></font> <font>Trasa w Mapy Google</font> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Po poprzednim dniu trudno było wstać zgodnie z planem, ale piękna pogoda (powtarzam się, ale towarzyszyła nam właściwie cały czas) i plany na ten dzień ułatwiły decyzję. Około 9.30 po śniadaniu i rannej, przydomowej sesji fotograficznej jechaliśmy do Bergen. Spokojnie i bez emocji przejechaliśmy prawie 200 km drogą E16 do Bergen. Bez emocji nie oznaczało, że po drodze nie było widokowo-turystycznych atrakcji. Krajobrazowe wspomnienia przytłumiły zachwyt wzbudzany oświetlonymi, jeszcze nisko stojącym słońcem, zboczami dolin, urwiskami nad kolejnym fiordami (Bolstadfjord i Veafjord &ndash; odnogami Hjeltefjord) i biegnącą zn&oacute;w nad samym brzegiem wody, krętą szosą. Przed miastem bramki opłat za wjazd &ndash; 15 NOK w monetach przygotowanych wcześniej ułatwiło sprawny przejazd. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Po standardowym krążeniu po uliczkach (mimo GPS), zaparkowaliśmy na kilkupoziomowym parkingu podziemnym prawie w samym centrum miasta (EUROPARK, Markeveien 7). Bergen przywitało nas nietypową dla siebie, ostro słoneczną aurą (jest to miasto, kt&oacute;re ma najwyższą średnią opad&oacute;w w Norwegii i w kt&oacute;rym średnio raz na dzień pada deszcz). Kolejne zwiedzanie według opracowanej przez Anię trasy rozpoczęliśmy od placu kr&oacute;la Olafa V i dalej w kierunku na p&oacute;łnocny wsch&oacute;d do Torget. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Bergen, jedno z najstarszych miast w Norwegii (około 1070 r.) i obecnie drugie pod względem wielkości, było jedną ze stolic Norwegii (XII-XIV w.). Od XIV wieku jedno z wiodących miast hanzeatyckich. Kupieckie tradycje miasta dominują i dziś w jego charakterze, a większość zabytk&oacute;w ma hanzeatycki rodow&oacute;d. Niestety częste pożary spowodowały, że jedynie kilka budynk&oacute;w pochodzi z okresu wcześniejszego niż XVIII-XIX wiek. W centrum Bergen, przy samym porcie znajduje się targ rybny, gdzie można kupić wszelakiego rodzaju świeże i wędzone ryby i owoce morza. </p><p align="justify"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_32chmfvcfr_b" alt="" width="492" height="369" /></p><p align="justify">Oczywiście nie mogliśmy się powstrzymać i za jedyne 20 NOK kupiliśmy bułkę z wędzonym łososiem. Na bardziej odważne rybne wynalazki nie mieliśmy jednak ochoty, choć kusiły kolorami i kształtami na rewelacyjnie czystych straganach. Zaraz obok stoisk ze spożywczymi darami morza znajdują miejsce także sprzedawcy innych morskich i nie tylko typowo norweskich wyrob&oacute;w: sk&oacute;ry fok, renifer&oacute;w i polarnych lis&oacute;w i wilk&oacute;w, dziergane na drutach swetry i szaliki oraz mn&oacute;stwo innych gadżet&oacute;w dla turyst&oacute;w. Bryggen (<font color="#0000ff"><u>http://www.stiftelsenbryggen.no/</u></font>), zarejestrowana na liście światowego dziedzictwa UNESCO, dzielnica portowa bogatych, niemieckich kupc&oacute;w, składająca się z drewnianych dom&oacute;w o kolorowych elewacjach, najbardziej zainteresowała Małgosię, fankę ciekawych, drewnianych form architektonicznych. Za fasadami kryły się długie (nawet ponad 100 metr&oacute;w) domy, pomiędzy kt&oacute;rymi w wąziutkich przejściach odnaleźć można wejścia do restauracji, knajpek, sklepik&oacute;w i małych muze&oacute;w. To miasto od samego początku wydawało nam się dużo bardziej nastawione na światowych turyst&oacute;w niż zwiedzane niedawno Trondheim. Idąc dalej wzdłuż nabrzeża i mijając kolejne kolorowe frontony, doszliśmy do leżącego trochę na uboczu kościoła Mariackiego (Mariakirken). Najstarszy oryginalny budynek w Bergen, pochodzący z pierwszej połowy XII wieku, jest jednym z najsłynniejszych romańskich kościoł&oacute;w w Norwegii. Niestety obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz, bo akurat był zamknięty dla turyst&oacute;w (niedziela, godzina 13:30). Dalej nasza przewodniczka poprowadziła nas do kamiennej twierdzy Bergenhus (<font color="#0000ff"><u>http://www.nasjonalefestningsverk.no/bergenhus</u></font>) z XIII wieku ze słynną H&aring;konshallen (salą Hakona IV &ndash; największą salą kr&oacute;lewskiej rezydencji w XIII wiecznym Bergen) i wieżą Rosenkrantz z 1560 roku g&oacute;rującą nad wejściem do portu. Przy kasie do muzeum (<font color="#0000ff"><u>http://www.bymuseet.no/</u></font>) z zaskoczeniem dowiedzieliśmy się, że w cenę biletu (40 NOK &ndash; dorośli, 20 NOK &ndash; studenci, dzieci bezpłatnie) wliczone jest zaproszenie do muzealnej kawiarni na filiżankę kawy. Po obejrzeniu ciekawej ekspozycji i widoku Bergen z wieży, taka kawa i ciastko były miłym przerywnikiem w zwiedzaniu. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Po 14:00 dość sprawnie przemaszerowaliśmy z powrotem przez Bryger, Torget, niedaleko Byparken, aby dojść do kościoła św. Pawła (Nyg&aring;rdsgaten 3; <font color="#0000ff"><u>http://bergen.katolsk.no/</u></font>) na Mszę św. o godzinie 15:00. W tę niedzielę po polsku. Nawet odprawiający Mszę św. ksiądz w czasie kazania podkreślił niezwykłość słonecznej pogody. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Po liturgii poczuliśmy bardziej cielesne potrzeby i zaczęliśmy szukać miejsca na obiad. Przy mijanym już wcześniej placu Kr&oacute;la Olafa V wypatrzyliśmy dość klasycznie wyglądającą restaurację Dickens (<font color="#0000ff"><u>http://www.dickensbergen.no/</u></font> Kong Olav V&#39;s Plass 4), gdzie w niedzielne popołudnie w ramach przedłużonego lunchmeny zam&oacute;wiliśmy dla Małgosi Bergensk Fiskesuppe (zupę rybną, nie tak smaczną jednak jak w Trondheim), dla Ani Dickens burger (niby prosty hamburger, ale z frytkami pionowo włożonymi w szklaneczkę i ogromną ilością sałatki) i dla mnie Laks Lunch (łosoś z frytkami i sałatką). Do tego herbata. Wszystko smaczne, ale bez rewelacji, za skromne 545 NOK, co na standardy norweskie i położenie restauracji było i tak bardzo tanie. Około 17:00, z daleka patrząc na katedrę św. Olafa, wr&oacute;ciliśmy do samochodu obawiając się coraz ciemniejszych chmur nadpływających znad morza. I ten dzień meteorolodzy mogli zaliczyć do deszczowych w Bergen, ale my byliśmy już w drodze powrotnej do Gudvangen. Około 20:00 dotarliśmy na miejsce, gdzie wreszcie dogoniła nas ulewa i widziany z okna fiord nabrał dramatycznego wyglądu. Huczące po dachu strumienie wody z deszczu i spadających ze zbocza, pod kt&oacute;rym stał nasz dom, wodospad&oacute;w nie przygnębiły nas bardzo. Małgosia kontynuowała sesję zdjęciową stylowych wnętrz domu, a my z Anią robiliśmy kolejne zdjęcia widok&oacute;w zalewanych falami burzowego deszczu.</p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 12<strong> - 7 lipca 2008</strong> (poniedziałek)<strong> Gudvangen - Aurland - Voss - Gudvangen (230</strong> km)</u></font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Rano, po nocnej burzy i ulewie pozostały już tylko niezbyt gęste chmury, a oświetlające mokre jeszcze skalne zbocza nad fiordem słońce, fantazyjnie dodawało uroku i tak pięknym widokom. Oczywiście, zanim ruszyliśmy na zaplanowaną na ten dzień wycieczkę, zrobiliśmy kolejne dziesiątki zdjęć. Uwiecznione zostały między innymi stateczki pływające po fiordzie oraz płynące po urwiskach ostre cienie chmur przeganiane przez wiatr. Z porannych wiadomości telewizyjnych dowiedzieliśmy się skąd bierze się hałas na drugiej stronie fiordu, zaraz przy porcie. Okazało się, że nocna burza była przyczyną osunięcia się lawiny na jedyną drogę prowadzącą do wsi Bakka, a rumor powodowały ciężkie maszyny robocze pr&oacute;bujące usunąć ciężkie głazy. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Tego dnia w planie nie mieliśmy żadnych intensywnych wrażeń i chcieliśmy potraktować go raczej odpoczynkowo: kilkadziesiąt kilometr&oacute;w po okolicach, spożywcze zakupy i zatankowanie benzyny. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Pierwszy etap to 30 km do Aurland (Aurlandsvangen), małego miasteczka gminnego będącego dobrym miejscem do rozpoczynania wycieczek w g&oacute;ry i przystanią w wyprawach po fiordzie. Korzystając ze słonecznej pogody pojechaliśmy dalej w g&oacute;rę, do platformy widokowej na wysokości 500 m n.p.m. Po pokonaniu stromych i jak zwykle wąskich serpentyn, kt&oacute;re na zaprawionych już do takiej jazdy pasażerkach, nie zrobiły większego wrażenia (może poza okrzykami typu: &bdquo;Jaki piękny widok! Otw&oacute;rz okno i zatrzymaj się !&rdquo;) dojechaliśmy do parkingu przy platformie widokowej. Południowe słońce dość łatwo pokonywało rwące się chmury, a rozpościerający się widok na leżący ponad 500 metr&oacute;w poniżej Aurlandsfjord sprawiał oszałamiające wrażenie. Platforma zbudowana jest w formie kilkunastometrowego pomostu otwartego na fiord, zamkniętego jedynie szklaną szybą na końcu, prawie niewidoczną. Spojrzenie w d&oacute;ł było jedynie dla odważnych, ale bezkresny horyzont z głęboką rysą fiordu i chmury na wysokości oczu rekompensował potencjalne ryzyko. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Nie wr&oacute;ciliśmy tą samą drogą, lecz postanowiłem pojechać przez Sn&oslash;vegen (drogę śnieżną), nieczynną w zimie i rewelacyjną widokowo (według przewodnik&oacute;w). Rzeczywiście polecamy ten szlak. Na dole było ok. 20-25oC, a na płaskowyżu, pomiędzy kilkumetrowymi zaspami śniegu, raptem 5-6oC. Dzikie przestrzenie, wąska wstążka szosy i wszędobylskie owce na pozbawionej drzew i krzew&oacute;w powierzchni, urozmaicanej gdzieniegdzie przez zamarznięte jeziorka i z rzadka pojawiające się czerwone domki z białymi oknami i dachami zarośniętymi trawą &ndash; to był krajobraz jaki spotkaliśmy na tej drodze. Około godzinna podr&oacute;ż, kt&oacute;rą warto odbyć choć raz, nie goniąc przez wybudowane niedawno skr&oacute;ty i ułatwienia. Zjazd w kierunku do L&aelig;rdals&oslash;yri, centrum gminy L&aelig;rdal prowadził szosą przylepioną do zbocza malowniczo opadającej kotliny.</p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_33fx6w4ffj_b" alt="" width="489" height="326" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Teraz zawr&oacute;ciliśmy już drogą 5 i kolejno E16 do najdłuższego tunelu na świecie, <font color="#0000ff"><u>L&aelig;rdalstunnelen</u></font>, mającego 24,5 kilometra długości. Aby przejazd nie był monotonny, co ok. 8 km wykuto w skale ogromne groty-sale, podświetlone w kolorach nieba i lasu, w kt&oacute;rych znużone oczy mogą na chwilę odpocząć od jednostajnego rytmu lamp oświetlających tunel. Dla Małgosi, nie lubiącej bardzo zamkniętych pomieszczeń, było to nie lada wyzwanie, ale każdy już kolejny tunel na naszej trasie nie robił na niej większego wrażenia. Wszystkie były przecież kr&oacute;tsze <strong><font>&#9786;</font></strong>, choć jeszcze tego samego dnia przejechaliśmy Flenjatunnelen (6 km), Gudvangatunnelen (11,5 km) i składający się z dw&oacute;ch kawałk&oacute;w tunel pod przełęczą Stelheim (2,5 km). </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Jadąc dalej drogą E16 minęliśmy ponownie Aurland, Flam, Gudvangen i wśr&oacute;d ciemniejących deszczowymi chmurami g&oacute;r pojechaliśmy do Voss, gdzie zaplanowaliśmy obiad, zakupy i tankowanie. Voss, duża stacja zimowych sport&oacute;w, leżące pomiędzy g&oacute;rami, nad jeziorem Vangsvatnet miasto. W lecie staje się centrum turystycznym dla wypraw nad fiordy. W pobliżu miasta jest źr&oacute;dło, z kt&oacute;rego butelkowana w charakterystycznego kształtu opakowania, woda &bdquo;VOSS&rdquo; jest najdroższą wodą mineralną dostępną w najbardziej luksusowych hotelach świata. My jednak, przywiedzeni do tego miejsca bardziej przyziemnymi potrzebami, w gęstniejącym deszczu, szukaliśmy miejsca do jedzenia i spokojnego parkingu (płatne miejsce przy ulicy &ndash; 10 NOK za godzinę) w pobliżu. Na gł&oacute;wnym deptaku Voss, na ulicy Vangsgata jest wiele kafejek, bar&oacute;w i restauracyjek. Dość przypadkowo wybraliśmy Ringheim Kafe (Vangsgata 32 <font color="#0000ff"><u>http://www.ringheimkafe.no/index.jsp</u></font>). Jedzenie nie specjalne &ndash; kuchnia włoska (?) albo grecka (?) &ndash; nie zapamiętaliśmy. Ceny były niestety turystyczne (co w Norwegii przekłada się na &bdquo;wysokie&rdquo;), więc byliśmy jedynie zadowoleni, że zaraz wracamy do domu. Zrobiliśmy szybkie zakupy spożywcze w pobliskim sklepie &bdquo;SPAR&rdquo;. A na koniec wizyty w Voss, podeszliśmy jeszcze do wyjątkowego kościoła. Jednego z niewielu kamiennych norweskich kości&oacute;łk&oacute;w, pochodzącego z XIII wieku Vangskyrkja, z nietypową ośmiokątną wieżą i ścianami o grubości ok. 2 m. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Do Gudvangen wr&oacute;ciliśmy ok. 18:00 i zanim dotarliśmy do naszego domku, odwiedziliśmy turystyczne centrum miejscowości. Wybudowany w norweskim stylu ośmiokątny budynki, w formie ogromnego namiotu, mieści dużą restaurację i sklep z pamiątkami. W trochę mniejszym, stojącym obok, jest ciekawy hotel z ręcznie wykonanym wyposażeniem w stylu wiking&oacute;w. Wszystko dla turyst&oacute;w rozpoczynających lub kończących w leżącym obok porcie wycieczki po fiordzie. Nierzadko zdarza się, że do wąskiego fiordu (250-500 metr&oacute;w) wpływają wycieczkowe kolosy (np. Queen Elisabeth 2) o długości ponad 300 metr&oacute;w i zabierające ponad 1500 pasażer&oacute;w w luksusowych kabinach. Niedaleko była też stacja benzynowa (13,99 NOK/l) ze sklepem spożywczym i myjnią dla TIR&rsquo;&oacute;w. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Dzień o wyjątkowo zmiennej pogodzie zakończyliśmy w ciepłym domku, przed kt&oacute;rym powitały nas gospodarujące na pobliskiej łące owce, barany i kozy. Rozpogadzające się niebo zainspirowało dziewczyny do kolejnych zdjęć wnętrza domku, a prawie przed p&oacute;łnocą, r&oacute;wnież jasnych razem, fiordu i nieba, rozdzielonych prawie czarnymi skałami. </p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 13<strong> - 8 lipca 2008</strong> (wtorek)<strong> Gudvangen - Fl&aring;m - Gudvangen (37,5 km statkiem i 21 km autobusem )</strong></u></font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Niezbyt słoneczna, a nawet trzeba powiedzieć pochmurna pogoda nie nastrajały do planowanej wcześniej wycieczki na lodowiec. Na fiordzie pojawił się jeden z wycieczkowc&oacute;w. Mierzący raptem <strong><font>&#9786;</font></strong> 155 metr&oacute;w długości, sześciopiętrowy (nad linią wody) &bdquo;Silver Cloud&rdquo; od rana zajmował miejsce na idealnie płaskiej wodzie fiordu. Motorowe łodzie przewoziły chętnych pasażer&oacute;w na brzeg. Postanowiliśmy i my skorzystać z możliwości podziwiania fiordu od strony wody i zrealizować planowaną wycieczkę promem z Gudvangen przez Aurland do Fl&aring;m. Po 11:00 przez otwarty dzi&oacute;b, zaokrętowaliśmy na prom &rdquo;Gudvangen&rdquo; miejscowego przewoźnika &rdquo;Fjord1&rdquo; (<font color="#0000ff"><u>http://www.fjord1.no/</u></font> &ndash; 490 NOK za dwie osoby dorosłe i do dw&oacute;jki dzieci &ndash; bilet rodzinny) pływający regularnie po tej trasie. Ponad dwugodzinna podr&oacute;ż pośr&oacute;d stromych zboczy, ponad 1500 metrowych g&oacute;r, po wąskim fiordzie stanowi jeden z etap&oacute;w turystycznej trasy nazwanej &rdquo;Norway in nutshell&rdquo;. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Mimo niezbyt wysokiej temperatury większość turyst&oacute;w, wśr&oacute;d kt&oacute;rych wycieczki Japończyk&oacute;w, Rosjan i prawdopodobnie innych nierozpoznanych nacji, ale i Polacy, została na g&oacute;rnym pokładzie. Dość ostry wiatr nie przeszkadzał fotoamatorom (wśr&oacute;d kt&oacute;rych i nasza tr&oacute;jka) w cykaniu dziesiątek i setek zdjęć nieporadnie oddających niesamowitą aurę jednego z najpiękniejszych fiord&oacute;w &ndash; N&aelig;r&oslash;yfjord. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_348ttq4hc4_b" alt="" width="500" height="374" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Minęliśmy &bdquo;nasz&rdquo; czerwony domek, kt&oacute;ry od strony wody wyglądał jeszcze bardziej fascynująco, przyczepiony do zbocza pod wysoką na przeszło 300 metr&oacute;w pionową, skalną ścianą. Rejs promem lub statkiem nie jest jedynym sposobem na podziwianie fiordu od strony wody. Duża grupa kajakarzy, kt&oacute;rych kajaki, maleńkie wobec naszego promu ginęły wprost na tle majestatycznych stromizn, zostawiały na powierzchni wody jedynie kreski mikro kilwater&oacute;w. Prom podpłynął do mijanej na brzegu wsi Bakka, z charakterystycznym maleńkim, białym kości&oacute;łkiem. Płynęliśmy dalej napotykając rzadki na tych wodach jacht pod żaglami. Wiele nitek wodospad&oacute;w spływających po 500 metrowych zboczach urozmaicało surowy wygląd skalnych urwisk. Kolejny przystanek to przysi&oacute;łek Styvi, do kt&oacute;rego nie ma innego dojazdu, jak tylko od strony wody. Tu pożegnaliśmy kilkoro turyst&oacute;w, kt&oacute;rych celem była piesza wędr&oacute;wka z powrotem do Gudvangen. Zaraz po drugiej stronie fiordu następny pomost, ale statek nie przycumował do niego. Jedynie na końcu długiego bosaka trzymanego przez marynarza pojawiło się duże pudło, kt&oacute;re zostało zręcznie postawione na deskach. Okazało się, że była to przesyłka dla jednego mieszkańc&oacute;w Dyrdal lub dalej w głębi leżącego Hj&oslash;lmo, a prom służy jako jedyny środek transportu dla ludzi, poczty i innych towar&oacute;w. Woda zaczęła się marszczyć, a my na naszym statku dopłynęliśmy do końca N&aelig;r&oslash;yfjord. Przylądek pomiędzy fiordami był też końcem wyprawy grupy kajakarzy, kt&oacute;rzy wyciągnąwszy kajaki na wysoki brzeg, odpoczywali przed drogą powrotną. Zaczął się Aurlandsfjord, a na jego brzegu przywitało nas Undredal, słynące z hodowli owiec. To tłumaczyło, skąd na urwistych i prawie bez roślinnych zboczach pojawiły się stada wylegujących i pasących się (?!!!) białych, brązowych i czarnych owiec i k&oacute;z. W oddali, na kolejnym zboczu można było spostrzec powiększające się kolorowe domki Aurlandsvangen. Tu znowu wracaliśmy do cywilizacji. Na brzegu stały świeżo wybudowane pensjonaty, a po przyczepionej do stoku drodze jeździły samochody i ciężar&oacute;wki. Po kr&oacute;tkim postoju w porcie kapitan skierował dzi&oacute;b promu do Fl&aring;m. Z odległości kilku kilometr&oacute;w zobaczyliśmy cumujące na fiordzie trzy duże wycieczkowce. Tym razem to my poczuliśmy się lilipucim stateczkiem wobec dwustumetrowych i prawie dziesięciopiętrowych olbrzym&oacute;w. Były to &bdquo;Discovery&rdquo;, &bdquo;Balmoral&rdquo; i znany nam już &bdquo;Silver Cloud&rdquo;, jako jedyny i ten najmniejszy przycumowany wprost do nabrzeża. I nasz prom przycumował obok, wprost przy stacji kolejowej Fl&aring;m. Pełni wrażeń, nasyceni wiatrem i ciężsi o megabajty zrobionych zdjęć zeszliśmy na brzeg. Po wizycie w kolejnym sklepie z norweskimi pamiątkami, gdzie zaspokoiliśmy potrzebę sprawienia prezent&oacute;w naszym najbliższym, poszliśmy na peron. Jednak zniechęceni przez pana Rams&oslash;y&rsquo;a, właściciela naszego domku, nie postanowiliśmy pojechać jedną z &bdquo;największych, turystycznych atrakcji Norwegii&rdquo;, czyli Fl&aring;msbana (<font color="#0000ff"><u>http://www.flaamsbana.no/</u></font>). Po ilości turyst&oacute;w wsiadających do potężnych wagon&oacute;w ciągniętych przez jeszcze potężniejsze lokomotywy, oceniliśmy trafność naszej decyzji. Widoki, nawet najbardziej fascynujące, nie mogły być inne, niż te kt&oacute;re już oglądaliśmy, lecz w bardziej naturalnych warunkach, bez setek ludzi wokoło. Nie podważam oceny bedeker&oacute;w, ale to rzeczywiście miała być &bdquo;Norwegia w pigułce&rdquo;, a my mieliśmy szczęście widzieć Norwegię nie tylko w pigułce. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Chmury nie rozwiały się, a my mieliśmy już ochotę wr&oacute;cić do przytulnych pokoi z widokiem na fiord. Zakupy na obiad w miejscowym mini-markecie i na przystanek lokalnego autobusu, kt&oacute;rego odjazd zaplanowany był na 15:00. Za 2 razy po 46 NOK i raz 35 NOK w 20 minut znaleźliśmy się w Gudvangen. I tym razem na drodze do drzwi naszego domku stało stado brązowo-czarnych owiec. W czasie, gdy Małgosia robiła domowy obiad, usiadłem przy oknie na parterze i zapatrzyłem się na fiord. Na pytanie, o czym myślę, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że zupełnie o niczym, tylko zapatrzyłem się na niewątpliwy cud natury, jakim jest ten język morza wrzynający się głęboko w ląd między strome g&oacute;ry. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; </p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_35ckz4c3f2_b" alt="" width="512" height="342" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Korzystając z tego, że cienka warstwa chmur nie przytłumiała słonecznego światła, wyszliśmy z Anią na wieczorny spacer po okolicy. Oczywiście z nieodłącznymi aparatami fotograficznymi. To, co zostało uwiecznione na zdjęciach &ndash; bardzo piękne ujęcia fiordu, pasących się owiec, startujących ptak&oacute;w, roślin na łące i w przydomowym ogrodzie, rdzewiejących ślad&oacute;w cywilizacji nie mogącej się przeciwstawić naturze &ndash; nie może oddać rzeczywistości, kt&oacute;ra na zawsze zostanie w oczach i w pamięci. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Po kolacji na spacer poszła też Małgosia i dołożyła do naszej kolekcji swoje zdjęcia z wieczornej sesji, kt&oacute;rej nie przeszkodziła p&oacute;źna pora &ndash; ok. 21:30. Było tak samo jasno jak przez cały dzień. Białe noce były zjawiskiem, do kt&oacute;rego zdążyliśmy się przyzwyczaić przez te kilka dni.</p> <p>&nbsp;</p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 14<strong> - 9 lipca 2008</strong> (środa)<strong> Gudvangen &ndash; &Aring;rdalstangen &ndash; &Oslash;vre &Aring;rdal &ndash; Hjelle &ndash; Vetti &ndash; Borgund &ndash; Undredal - Gudvangen (270 km)</strong></u></font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Rano obudziło nas słońce ostro oświetlające przeciwległą stronę fiordu i hałas ciężkiego sprzętu porządkującego dalej osuwisko po lawinie. Plan na ten dzień był dość prosty: wypoczętym po przerwie samochodem objechać turystyczne drogi w okolicy na wsch&oacute;d od Gudvangen, tzn. do &Oslash;vre &Aring;rdal, skąd godzinny spacer do Vettifossen, p&oacute;źniej płatną szutrową Tindevegen (50 NOK) w poprzek masywu Jotunheimen i dalej Sognefjell albo do Lom i z powrotem, albo od razu przez Sogndal i promem zamknąć pętlę w L&aelig;rdal. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Przejazd przez tunele z Gudvangen przez L&aelig;rdal (zjazd z E16 na drogę nr 5) do &Aring;retun (dalej drogą 53) uśpił Anię całkowicie. W sumie nie ma się co dziwić &ndash; na przejechane 65 km, przeszło 45 km w tunelach. My z Małgosią nie mogliśmy oderwać oczu od panoramy fiordu oświetlonego południowym słońcem. Droga biegnąca starym zwyczajem po samym brzegu &Aring;rdalfjorden, na p&oacute;łce pod skalnym urwiskiem, urzekała jeszcze bardziej widokami pojawiającymi się za każdym zakrętem. Nie mogliśmy się powstrzymać, aby nie zrobić postoju i oddać się pasji fotografowania. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_36h88x5zhs_b" alt="" width="502" height="335" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Prawie nierealny błękit nieba, odbijającego się w nieruchomej wodzie, ograniczonej skałami i oświetlonej stojącym za nami, nad wysokim zboczem, słońcem komponował się z zielenią nadbrzeżnych brz&oacute;z. Na samym końcu fiordu minęliśmy raczej nieciekawe i przemysłowe, choć malowniczo położone miasteczko &Aring;rdalstangen. Tu kończyło się morze i zaczęliśmy wspinać się w g&oacute;rę wzdłuż jeziora &Aring;rdalsvatnet do &Oslash;vre &Aring;rdal. Tu zostawiliśmy krajobrazową drogę 53 i przejechawszy przez miasteczko i most nad rzeką Utla, za wskazaniami GPS&rsquo;u wjechaliśmy w kotlinę Utadalen i wzdłuż coraz węższej i bardziej rwącej rzeki dotarliśmy do wioski Hjelle. Przed samą wioską po prawej stronie huczał Hjellefossen, kt&oacute;rym szerokie masy wody spadały z wysokości ponad 100 metr&oacute;w. Podeszliśmy bliżej przez bujną łąkę i nasycone drobinami rozbitej wody powietrze znowu staraliśmy się zatrzymać w fotografii nasze emocje. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_37htfsd2dx_b" alt="" width="504" height="337" /></div> <p>&nbsp;</p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Z położonego kilkaset metr&oacute;w dalej parkingu wyruszyliśmy na wycieczkę (zgodnie z przewodnikiem 30-40 minutową) do najwyższego wodospadu w Norwegii jakim jest Vettifossen (295 metr&oacute;w). Coraz węższą doliną, otoczoną jeszcze bardziej stromymi zboczami, wzdłuż niknącej pod głazami i skalnymi p&oacute;łkami rzeką, zmienioną w rwący ostro g&oacute;rski potok o kolorze szmaragd&oacute;w i turkus&oacute;w, szliśmy raz ostro pod g&oacute;rę, raz łagodniej w d&oacute;ł. Po p&oacute;ł godzinnym marszu, dokumentowanym dziesiątkami zdjęć, doszliśmy do kolejnego, spływającego z lewej strony wodospadu, kt&oacute;ry podziwiać można ze szlaku tylko z oddali &ndash; Avdalsfossen. Nie był to jednak cel naszej wędr&oacute;wki, kt&oacute;ra pod wpływem upalnej pogody stawała się coraz bardziej męcząca. Poszliśmy dalej i po zacienionej tym razem stronie doliny minęliśmy Hyljefossen &ndash; ostry przełom na towarzyszącym nam potoku. Po kolejnych 45 minutach coraz bardziej forsownych (jak na nasze możliwości) podejść, nie wiedząc, jak długo jeszcze, zdecydowaliśmy, że nasze 30-40 minut kończy się po ponad 1,5 godzinie i zawr&oacute;ciliśmy. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; <em>Z perspektywy dzisiejszego pisania tej relacji wiemy, że potrzeba było jeszcze 30 minut, we wszystko, co napisane w przewodniku wierzyć nie można, a dalibyśmy radę, lecz brakło pewności i przygotowania. </em></p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Humory poprawiliśmy sobie kupując w sklepiku przy parkingu po wspaniale zimnym lodzie. Jednak przez czas poświęcony na tę, niezaplanowanie długą wędr&oacute;wkę (kt&oacute;rą jednak warto było odbyć, choćby przez te setki zdjęć &ndash; świadk&oacute;w naszych zachwyt&oacute;w), nie mogliśmy realizować wcześniejszych plan&oacute;w. Mimo to nie wr&oacute;ciliśmy do domu najkr&oacute;tszą i najprostszą drogą. W &Oslash;vre &Aring;rdal skręciliśmy w prawo w drogę 53, kt&oacute;ra powiodła nas w g&oacute;rę, dziką i skalistą kotliną Tyedalen. Wysokog&oacute;rski krajobraz, będący odbiciem zostawianych z lewej strony najwyższych w Norwegii g&oacute;r Jotunheimen, urzekał oczy. Rozrzucone w dalekiej perspektywie samotne turystyczne chatki z trawiastymi dachami przyciągały myśli o prawie pustelniczym życiu w dzikiej i surowej krainie. Duże przestrzenie urozmaicone polodowcowymi jeziorami, z kt&oacute;rych największym mijanym było Tyin (ponad 33 km2 ) z żalem zostawiliśmy za sobą i wr&oacute;ciwszy do międzynarodowej E16 skręciliśmy w prawo w kierunku L&aelig;rdal. Droga wiodła wzdłuż starego traktu kr&oacute;lewskiego Kongevegen łączącego wschodnią i zachodnią Norwegię. Po około 40 kilometrach, przed godziną 17:00 zatrzymaliśmy się na dużym parkingu w pobliżu centrum turystycznego w Borgund Niedaleko znajduje się jedyny stavkirke, kt&oacute;ry pozostał do naszych czas&oacute;w w nienaruszonym stanie (<font color="#0000ff"><u>Borgund stavkirke</u></font>). </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; </p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_38dzz6t5dp_b" alt="" width="503" height="337" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Całkowicie drewniany kości&oacute;ł zbudowany został około roku 1180. Za 140 NOK kupiliśmy rodzinny bilet i tym razem (w odr&oacute;żnieniu od Lom) wyjątkowo bez towarzystwa obejrzeliśmy ten wspaniały zabytek norweskiej architektury i od zewnątrz i od środka. Obok starego kościoła znajduje się czynny, murowany kości&oacute;ł, kt&oacute;rego architektura nawiązuje do stylu stavkirke, i kt&oacute;ry jako tło na zdjęciach podkreśla wyjątkowość tego pierwotnego. W centrum turystycznym ciekawa wystawa poświęcona historii Borgund, stavkirke i całej okolicy. Okazało się jednak, że nie samymi wrażeniami człowiek żyje i na widok skromnie, ale smacznie wyglądającego bufetu poczuliśmy ssanie w żołądkach. Szybko skorzystaliśmy z oferty i napełniliśmy puste brzuchy naleśnikami z czekoladą. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; W błogich nastrojach ruszyliśmy dalej drogą E16, kt&oacute;ra niestety zapełniła się innymi pojazdami, wśr&oacute;d kt&oacute;rych najwięcej ciężar&oacute;wek i autokar&oacute;w zasadniczo zwalniających i tak niezbyt szybką jazdę (przypominam, że w Norwegi obowiązuje zasadniczo ograniczenie do 80 km/h). O wp&oacute;ł do si&oacute;dmej po raz drugi tego dnia pokonaliśmy L&aelig;rdalstunnelen. Mijając Fl&aring;m przypomnieliśmy sobie o leżącym trochę na uboczu Undredal, w kt&oacute;rym, o czym czytaliśmy wcześniej, jest najmniejszy stavkirke, mieszczący tylko kilkanaście os&oacute;b. Zaraz po kolejnym tunelu, odbiliśmy w prawo w drogę 601 szerokości co najwyżej jednego osobowego samochodu. Poprzez zieloną dolinę pełną łąk i pastwisk dotarliśmy do celu. Widziane tym razem z brzegu, Undredal potwierdziło swoje przywiązanie do hodowli owiec i k&oacute;z. Poza stadami pasącymi się w okolicy w centrum miejscowości znajduje się brązowy pomnik kozy wystawiony przez wdzięcznych mieszkańc&oacute;w. Drogowskazy do kości&oacute;łka były dość mylące, więc nawet się nie spostrzegliśmy, jak przeszliśmy przez przydomowy sad jakiegoś autochtona. Ciekawy budyneczek z pomalowanymi na biało drewnianymi ścianami, pochodzący z roku 1147, </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_43fhrdcmcm_b" alt="" width="499" height="665" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">niestety był o tej porze (19:30) zamknięty, ale nie żałowaliśmy już tego, bo po intensywnym, zwłaszcza w spacery, dniu mieliśmy ochotę jak najszybciej wracać do naszego domku nad fiordem. Jeszcze kilka ujęć fascynujących widok&oacute;w na fiord i już prosto do Gudvangen. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;Po kolacji znowu podziwialiśmy nienudzące się widoki na fiord, tym razem oświetlane na graniach i szczytach przez zachodzące około 22:30 na czerwono słońce. Ale nie przedłużaliśmy dnia, bo następny zapowiadał się jeszcze bardziej atrakcyjnie. </p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 15<strong> - 10 lipca 2008</strong> (czwartek)<strong> Gudvangen &ndash; Breheimsenteret (Jostedal) - Gudvangen (305 km)</strong></u></font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Bezlitosna, zupełnie nie wakacyjna pobudka o 7:00 wyrwała nas ze snu. Tak wcześnie, bo wyjazd spod domku nie p&oacute;źniej niż o 8:00. W planie wyprawa na największy w Europie lodowiec Jostedalsbreen. W plecaki pakujemy, dotychczas tylko podr&oacute;żujące z nami, buty do wędr&oacute;wek, specjalne skarpety, rękawiczki, czapki i szaliki. Trochę po amatorsku (w końcu nimi jesteśmy) szykujemy herbatę do termosu, słodkie przekąski i zestaw podstawowy apteczki. Przecież pierwszy raz będziemy na lodowcu. Pewnie można byłoby się tym mniej przejmować, ale nie kosztowało nas to przygotowanie zbyt dużo. Zwłaszcza, że wyczytana wcześniej w Internecie instrukcja m&oacute;wiła o tym wszystkim. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Zgodnie z planem wyjeżdżamy i pokonując znany zestaw tuneli na drogach E16 i 5 (te razem 40 kilometr&oacute;w na 60 w sumie przejechanych), około 9:00 dotarliśmy do przeprawy promowej z Fodnes do Mannheller. Bilety za 155 NOK i o 9:15 odbijamy od kei. Przed nami stoi taki sam (przynajmniej pod względem koloru) VW Touran jak nasz. Wyglądająca na emeryt&oacute;w para Niemc&oacute;w wyciągnęła aparaty fotograficzne i podzieliła nasze zachwyty nad widokiem osłonecznionego fiordu o tak wczesnej <strong><font>&#9786;</font></strong> porze. Na promie płynęła r&oacute;wnież wycieczka Polak&oacute;w jadących niemieckim autokarem. Z ekwipunku mogliśmy wnioskować, że kierunek mają podobny do naszego &ndash; lodowiec. Po wylądowaniu, dwupoziomowym tunelem przejechaliśmy do Kaupanger i dalej do Sogndalsfj&oslash;ra. Zaraz za mostem nad Barsnesforden skręciliśmy w prawo w drogę 55 w kierunku Gaupne i Lom. Idealnie płaska powierzchnia wody, w kt&oacute;rej odbijały się malowniczo na zboczach usytuowane miasteczka, były wspaniałą inspiracją dla fotograficznej pasji Małgosi, kt&oacute;ra uwieczniała lustrzane obrazy. W Gaupne towarzyszący nam od promu bliźniaczy Volkswagen pojechał dalej drogą 55 na turystyczny szlak Sognefjell, kt&oacute;rego nie dane nam było zobaczyć poprzedniego dnia, a my w prawo na drogę 604 doliną Jostedalen na p&oacute;łnoc. W pewnym momencie zorientowałem się, że tylko ja podziwiam widoki krętej doliny, bo moje pasażerki obie dosypiały wcześnie przerwany sen. Za miejscowością Sagar&oslash;y, po około 30 minutach jazdy droga 604 skończyła się, ale drogowskaz w lewo poprowadził nas dalej na Gjerde i Nigards. Po kolejnych 5 minutach ostrym łukiem pod g&oacute;rę i w lewo podjechaliśmy na parking przy Breheimsenteret &ndash; Centrum Parku Narodowego Lodowca Jostedal (<font color="#0000ff"><u>www.jostedal.com</u></font>). Spod nowoczesnego w formie architektonicznej, ale pasującego do ostrych, g&oacute;rskich krawędzi i spękanego lodowca, budynku widać było biały jęzor Nigardsbreen spływający kotliną do niebieskiego jeziora. Szybko kupiliśmy bilety na rozpoczynającą się za godzinę (było ok. 10:45) wędr&oacute;wkę po lodowcu. Spośr&oacute;d kilku ofert wybraliśmy &bdquo;Bl&aring;istur-kort &ndash; Short Blue Ice Trip&rdquo; za 3x390 NOK, najkr&oacute;tszy spacer po lodowcu w pełnym ekwipunku pod opieką wykwalifikowanego przewodnika (<font color="#0000ff"><u>www.bfl.no</u></font>). Znowu do samochodu i płatną drogą dojazdową (25 NOK) dojechaliśmy do parkingu koło przystani i magazynu wyposażenia. Po zebraniu 10 osobowej grupy, wydaniu i dopasowaniu ekwipunku (raki, czekan i uprząż) oraz podpisaniu oświadczenia, że udajemy się na wycieczkę na własną odpowiedzialność, za młodym (tak do 25 lat) przewodnikiem poszliśmy do łodzi. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_39cf4bschg_b" alt="" width="504" height="337" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Piętnastominutowy rejs po podlodowcowym jeziorze Nigardsbrevatnet do miejsca najbliższego czoła lodowca i dalej już na piechotę. Kilkaset metr&oacute;w po wyszlifowanych przez l&oacute;d skałach i dotarliśmy do czoła niebiesko-biało-szarego lodowca, kt&oacute;ry dopiero teraz przytłoczył nas swoją wielkością. Jeszcze instrukcja chodzenia po lodowcu i połączeni liną wkraczamy na zaskakująco brudną połać. Od razu też odczuliśmy zasadniczą r&oacute;żnicę temperatur. Poniżej, na gołym, skalnym podejściu prażące słońce i wystarczały kr&oacute;tkie rękawki T-shirt&rsquo;&oacute;w. Już pięć metr&oacute;w wyżej słońce świeci jak przedtem, ale zimno od lodu takie, że kurtki, czapki, szaliki, rękawice wcale nie wydają się przesadą. Do tego wiatr na dole mile chłodzący rozpalone czoła, tu wydaje się zamrażać, ciężkie od wspinaczki, oddechy. Od strony jeziora wycieczka nie wydawała się trudna, ale już po kilkunastu minutach poczuliśmy, że dokonaliśmy dobrego wyboru. Nie poszliśmy na kr&oacute;ciutki spacerek z dziećmi po samym brzegu lodowca, ale też nie porwaliśmy się na dłuższe, kilkugodzinne wycieczki. Jednak miejska kondycja robi swoje. Przewodnik, po angielsku, opowiadał o mijanych formach lodowych. Wytłumaczył skąd na powierzchni tyle zanieczyszczeń &ndash; gł&oacute;wnie jest pył, kurz i odchody ptak&oacute;w w lecie wychodzące na wierzch topiącego się lodu. Nie wynika to na szczęście jeszcze z og&oacute;lnego zanieczyszczenia atmosfery. Na kolejnym odpoczynku dowiedzieliśmy się, że niestety i ten lodowiec coraz bardziej się cofa, a zimowe przyrosty nie kompensują letniego topnienia. Choć jeszcze kilka lat temu czoło lodowca obejmowało coraz większy obszar. Globalne ocieplenie? A może chwilowe anomalia pogodowa? </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_40f5z65pd9_b" alt="" width="501" height="668" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Na pytanie, skąd niebieski kolor lodu, zwłaszcza tego, po kt&oacute;rym płyną strumienie wody, też uzyskaliśmy odpowiedź. Po wpływem słońca pod lodem wytapiają się puste komory z cienką warstewką wody, a ozon znajdujący się w powietrzu wnikając pod powierzchnię nadaje taki kolor. Raki przyczepione do but&oacute;w i czekany w rękach niejednokrotnie przydawały się w ratowaniu przez upadkiem. Gdy po przeszło godzinie zaczęliśmy wreszcie schodzić w d&oacute;ł, kolejne zachwyty wzbudziły niebieskie leje w lodzie, w kt&oacute;re z hurkotem wpadała woda. Widoki na kotlinę i prawie zielone, z tej perspektywy, jezioro dopełniały pełni wrażeń. Lodowiec nie jest stałą formą i codziennie można spodziewać się na nim innego układu szczelin, kom&oacute;r pod powierzchnią i innych niespodzianek, stąd spacer po lodowcu bez przewodnika jest niebezpieczny i w związku z tym niemożliwy. Zmęczeni, a z dużą satysfakcją i zadowoleniem po dw&oacute;ch godzinach zeszliśmy na skały. Poczuliśmy się pewniej i stabilniej. Droga powrotna do łodzi wydawała się jeszcze bardziej ekstremalna przez kontrast zimna i upału. Po powrocie do samochodu okazało się, że było 25 oC w cieniu. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Około 16:00 wr&oacute;ciliśmy do centrum turystycznego, gdzie przy herbacie zjedliśmy przygotowane w domu kanapki i kupione za zaskakującą cenę (bo taką samą jak w markecie w okolicach Gudvangen) lody. Po wp&oacute;ł do piątej ruszyliśmy w drogę powrotną do naszej &bdquo;chatki&rdquo;. Tym razem, zmęczone, ale naładowane emocjami, towarzystwo zachwycało się jeszcze mijanymi krajobrazami zalesionej doliny. Kr&oacute;tki post&oacute;j w Sogndalsfj&oslash;ra na zatankowanie benzyny (13,01 NOK/l) , promowa przeprawa przez Sognefjorden (kolejne 155 NOK), zestaw <strong><font>&#9786; </font></strong>tuneli z zakupami w Aurlandsvangen i po stromym, szutrowym podjeździe wr&oacute;ciliśmy do czerwonego domku nad fiordem. Zadowoleni ze wspaniałego dnia, około 20:30 zasiedliśmy do ciepłej, warzywno-owocowej kolacji przygotowanej przez Małgosię. Następnego dnia mieliśmy wreszcie trochę odpocząć i program był mniej intensywny. </p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 16<strong> - 11 lipca 2008</strong> (piątek)<strong> Gudvangen &ndash; Stalheim - Tvindefossen - Bakka - Gudvangen (80 km)</strong></u></font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Wreszcie wyspani, wstaliśmy około 10:00 i po spokojnym śniadaniu wyruszyliśmy na pożegnalny samochodowy spacer po okolicy. Pierwszy etap to Stalheim, przełęcz pomiędzy Gudvangen i Voss. Prowadzi na nią droga z najbardziej stromym podjazdem &ndash; około 10 % na prostych odcinkach i do 15 % na zakrętach. Dotychczas jeździliśmy nowymi tunelami pod przełęczą, ale teraz kierownica mocno w dłonie i gaz do dechy. Gdyby nie to, że droga wąska i pomiędzy zaroślami, nie byłaby już niczym emocjonującym, a tak była ukoronowaniem serpentyn, po kt&oacute;rych jechaliśmy w Norwegii. Na g&oacute;rze zaparkowaliśmy niedaleko znajdującego się tam hotelu. Architektonicznie nic specjalnego, ale położenie rewelacyjne. Nie ma się co dziwić, że w tym samym miejscu od 1885 roku odbudowywano kolejne hotele, na miejscu poprzednich niszczonych przez pożary. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Zaszliśmy do środka, bo to jedyne możliwe miejsce do podziwiania panoramy doliny N&aelig;r&oslash;y, kt&oacute;ra rozpościera się znad urwiska. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_41c6rnwcch_b" alt="" width="487" height="649" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Wewnątrz trochę ocalałego wyposażenia z poprzednik&oacute;w stoi pośr&oacute;d całkiem nowoczesnego wystroju. Usiedliśmy w hotelowej kawiarni, przy stoliku z pięknym widokiem na g&oacute;ry i dolinę. Razem z Anią podeszliśmy do bufetu, gdzie młoda kelnerka przyjęła od nas zam&oacute;wienie &ndash; po angielsku. Za chwilę zwr&oacute;ciłem się do c&oacute;rki, aby wybrała sobie herbatę &ndash; po polsku. Na twarzy kelnerki pojawił się szeroki uśmiech &ndash; w ten spos&oacute;b to dogadamy się szybciej, powiedziała po polsku. Okazało się, że jest studentką turystyki z Krakowa, po raz kolejny dorabiającą sobie w czasie wakacji w tym hotelu. Nie była jedynym cudzoziemcem, a właściwie należała do większości obsługi hotelu, bo Norwegiem był chyba tylko szef (3 herbaty x 30 NOK !!!). </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Z hotelowego tarasu wyszliśmy do ogrodu i nad krawędź prawie stupięćdziesięciometrowej przepaści. Kolorowe kwiaty uspokajająco działały po spoglądaniu w d&oacute;ł, na płynący w dole strumień i samochody jadące bądź szybko po trasie do tuneli pod nami, bądź z mozołem wspinające się po stromych serpentynach. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Łatwiejszą drogą w kierunku Voss zjechaliśmy do trasy E16. Po lewej stronie zostawialiśmy jezioro Oppheimsvatnet. Małgosi przygotowanej do fotografowania, tym razem udało się zrobić kilka ujęć ciekawej chatki, kt&oacute;ra za dach i jedną z ścian miała ogromny płaski głaz, skałę pod kątem wystającą ze zbocza. Po 20 minutach zaparkowaliśmy przy widowiskowym wodospadzie o trzech używanych zamiennie nazwach: Tvindefossen, Tvinnefossen lub Trollafossen. Z oglądanego w norweskiej telewizji (nawet zrozumieliśmy !!?!), programu krajoznawczego, dowiedzieliśmy się, że woda spadająca z ponad 150 metr&oacute;w szerokimi strumieniami, pochodzi prawdopodobnie z tego samego źr&oacute;dła, co ta butelkowana po 10 $ w Voss. </p><p align="justify"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_42g3tgn8dc_b" alt="" width="502" height="334" /></p><p align="justify">Skorzystaliśmy z jednej z rad niekonwencjonalnej prezenterki TV. Nie poszliśmy daleko w realizacji jej pomysł&oacute;w i nie kąpaliśmy się nago w odmładzającym &bdquo;prysznicu&rdquo;, a jedynie wykazaliśmy się oszczędnością i wzięliśmy ze sobą dużą butelkę na wodę. W rozbryzgującej się na kamieniach wodzie razem z Anią wspięliśmy się do miejsca, gdzie woda swobodnie spadała z g&oacute;ry i napełniliśmy 1,5 litrową butelkę. W końcu, po odliczeniu ceny oryginalnych flaszek, &bdquo;zaoszczędziliśmy&rdquo; <strong><font>&#9786;</font></strong> pewnie jakieś 20 $. Całą ekspedycję po wodę uwieczniała z dołu Małgosia. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Około 13:00 zawr&oacute;ciliśmy w kierunku Gudvangen. Postanowiliśmy odwiedzić naszą gospodynię, kt&oacute;ra przy gł&oacute;wnej uliczce miejscowości, w białym drewnianym domku, prowadziła sklepik z ręcznymi wyrobami pamiątkarskimi. Zachęcał nas do tego wcześniej jej mąż, wręczając wizyt&oacute;wkę sklepiku. Rzeczywiście było bardzo sympatycznie. Zostaliśmy poczęstowani kawą i herbatą oraz naleśnikami z truskawkami. Przez ponad p&oacute;ł godziny, korzystając z znanych zasob&oacute;w sł&oacute;w angielskich i niemieckich, opowiadaliśmy o sobie nawzajem. Z opinii o oschłości Norweg&oacute;w po raz drugi w czasie naszej wyprawy nic nie zostało. Potem obejrzeliśmy oryginalne wnętrze domu wypełnionego miejscowymi produktami i nie typowymi pamiątkami. Na pewno nie były to seryjnie produkowane souveniry, kt&oacute;rych pełno w sklepikach przy turystycznych atrakcjach, tylko autentyczne starocie. Zachwycona Małgosia zrobiła kolejnych kilkadziesiąt zdjęć. Odjeżdżając zostawiliśmy chyba zadowoloną z odwiedzin panią Rams&oslash;y. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Dziewczyny myślały, że wracamy już do domku, ale ja wykorzystałem przewagę kierowcy i pojechaliśmy jeszcze dalej. Koło portu minęliśmy oczyszczony już z efekt&oacute;w lawiny plac przeładunkowy i wolną od głaz&oacute;w wąską jezdnią wjechaliśmy na drogę do Bakka. Chciałem zobaczyć nasz fiord z drugiej strony. Dojeżdżając do tunelu &ndash; raptem 1750 metr&oacute;w, nie spodziewałem się, że napotkamy kolejną atrakcję. Tunel nie był oświetlany. Wrażenie niesamowite. Żeby choć trochę odstresować Małgosię i własnego lepszego samopoczucia jako kierowcy, zapaliłem dosłownie wszystko co ma do dyspozycji nasz samoch&oacute;d, włącznie ze światłami przeciwmgielnymi i awaryjnymi. I tak jeszcze długo po wyjeździe z ciemności, Małgosia nie mogła dojść do siebie. Na szczęście widok naszego domku z drugiej strony fiordu zrekompensował trochę ten stres. Kilka kilometr&oacute;w do samego Bakka wiodło kolejną drogą o szerokości jednego samochodu, z mijankami co kilkaset metr&oacute;w. Co jakiś czas mijaliśmy odgarnięte z drogi kamienie i głazy, pozostałości niedawnej lawiny. Inna niż dotychczas perspektywa, z kt&oacute;rej oglądaliśmy fiord potwierdziła naszą dotychczasową opinię na temat wspaniałości tego miejsca. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Po domowym obiedzie, w czasie kt&oacute;rego dość rzęsiście, ale kr&oacute;tko popadał deszcz, zrobiliśmy sobie kolejne sesje zdjęciowe fotogenicznego domku, ogr&oacute;dka i oczywiście fiordu. Wieczorem już tylko pakowanie, bo ze smutkiem spostrzegliśmy, że to już nasza ostatnia noc w Gudvangen, a przed nami już droga powrotna do Polski. Wpisałem nasz pobyt do pamiątkowej księgi gości w grubych drewnianych okładkach. Opisałem na &bdquo;tylko&rdquo; jednej stronie naszą wyprawę i zauroczenie Norwegią. Szybko położyliśmy się spać, bo w planie była pobudka o barbarzyńskiej godzinie 6:30 i wyjazd przed 9:00 w kierunku do Oslo. </p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 17<strong> - 12 lipca 2008</strong> (sobota)<strong> Gudvangen &ndash; Oslo - Larkollen (427 km)</strong></u></font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Budziki we wszystkich telefonach ustawione na 6:30 zapiszczały prawie r&oacute;wno. Za oknem, nad fiordem unosiły się malownicze mgły </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_45th4dw2d5_b" alt="" width="488" height="365" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">odbijające się od nieruchomej tafli wody, a na skalnych urwiskach pojawiły się ostre cienie niskiego słońca. Niestety romantyczne widoki mogliśmy podziwiać tylko mimochodem. Pakowanie walizek i toreb, potem samochodu zakończyliśmy w planie i ok. 8:30 byliśmy gotowi do wyjazdu. Zgodnie z umową z firmą Novasol mieliśmy opuścić domek przed 9:00. Naszego gospodarza nie było jednak widać. Podeszliśmy do jego, niedaleko stojącego domu, ale i tam głucha cisza. Trochę zaniepokojony sięgnąłem za słuchawkę. I niestety cały, przewspaniały pobyt w Gudvangen zakończył się nieprzyjemnie. Właściciel nie widział problemu w tym, że kaucję odda nam za dwa tygodnie, media rozliczy też zaocznie, a w og&oacute;le to o co chodzi ?! Po bezskutecznej pr&oacute;bie połączenia się z dyżurnymi (wg umowy) oddziałami Novasol w Norwegii i w Danii, oraz podliczeniu planowanych rachunk&oacute;w, postanowiliśmy wyruszyć w dalszą podr&oacute;ż bez rozliczenia. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Zapisaliśmy stany licznik&oacute;w i trochę zestresowani opuściliśmy Gudvangen. W milczeniu pokonaliśmy ostatni raz Gudvagentunnelen i za Aurlandsvangen zjechaliśmy w prawo w drogę 50. Wybrałem tę drogę do Oslo, aby przynajmniej w części ominąć dość tłoczną, jak na warunki norweskie, międzynarodową E16, a korzystając z rewelacyjnej, w dalszym ciągu, pogody podziwiać kolejne krajobrazy. Ciągnącą wzdłuż rzeki M&oslash;rked&oslash;la drogą zaczęliśmy wspinać się na kolejny płaskowyż leżący pomiędzy Hardangervidda (największym g&oacute;rskim płaskowyżem w Europie) i masywem Jotunheimen. Po kilkunastu kilometrach zaliczyliśmy następny drogowy &bdquo;wynalazek&rdquo; &ndash; ostre, wąskie serpentyny, częściowo schowane w słabo oświetlonych tunelach, a w nich chowające się przed nocnym chłodem, lub południowym skwarem owce. Jako kierowca bardziej musiałem zwracać uwagę na te ruchome przeszkody na i tak trudnej trasie, ale moje pasażerki już mogły zapomnieć niedawne przykrości i zachwycać się panoramą doliny z leżącym coraz bardziej poniżej pięknym jeziorem. Jedynym, co zakł&oacute;cało niemal idealny widok, były kable wysokiego napięcia wychodzące z wodnej elektrowni, korzystającej z dużego spadku wody. Przez grzbiety Grindsfjellet i Hovdungafjellet przeprawiliśmy się nowymi, kilkukilometrowymi tunelami. Dalej na południowy-wsch&oacute;d jechaliśmy prawie po płaskim terenie wzdłuż dużego jeziora Strandavatnet, w kt&oacute;rym odbijały się gęstniejące chmury. Powoli zjeżdżaliśmy w d&oacute;ł i około 11:00, niestety w padającym gęsto deszczu, dojechaliśmy do miejscowości Hol. Tu na chwilę zatrzymaliśmy się na parkingu, przy bardzo ciekawym stavkirke, kt&oacute;rego dach zrobiony był z dużych płyt łupka, a ściany jak w innych kościołach tego typu były z ciemnego drewna. Z powodu nieciekawej pogody i goniących nas plan&oacute;w, nie wysiedliśmy z samochodu i zdjęcia robiliśmy przez uchylone okna. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Dalej skręciliśmy w lewo w drogę nr 7, kt&oacute;ra wiodła już przez nizinne okolice Hallingdal, w kierunku Oslo. Mijając kolejne kościoły słupowe, (lecz już nie tak stare i interesujące), przez ciekawą z przyczyn językowych miejscowość Gol, krętą drogą w już nie g&oacute;rskiej dolinie, dołączyliśmy z powrotem do E16. Przewidywania, co do większego ruchu, sprawdziły się i nie mogąc wykorzystać maksymalnej, dopuszczalnej w Norwegii prędkości 80 km/h, w mimo wszystko sprawnie poruszającej się kolumnie samochod&oacute;w, spokojnie jechaliśmy w kierunku naszego dzisiejszego celu. Około 14:30, na 60 km przed Oslo postanowiliśmy zgodnie z planem zjeść obiad. Na obwodnicy Honefoss, w niczym się nie wyr&oacute;żniającej, przydrożnej gospodzie &ndash; barze szybkiej obsługi (Ringerike Gjesteg&aring;rd &ndash; <font color="#0000ff"><u>www.ringerike-gjestegaard.no</u></font>) zjedliśmy szybki, lecz mimo to smaczny obiad za wyjątkowe 350 NOK. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;W Oslo, na bocznej uliczce Thor Olsens gate, zaparkowaliśmy o 15:30 (w sobotę od 14:00 post&oacute;j w centrum Oslo jest już bezpłatny) i na piechotę ruszyliśmy na kr&oacute;tką eksplorację, już pogodnej i słonecznej, stolicy Norwegii. Po kilkunastu minutach doszliśmy do gł&oacute;wnego deptaka, Karl Johans gate, gdzie trochę przeraził nas tłum turyst&oacute;w i gwar wielkomiejskiej ulicy. Byliśmy już odzwyczajeni, po bardziej odludnych terenach p&oacute;łnocnej Szwecji oraz p&oacute;łnocnej i środkowej Norwegii, od takiej atmosfery. Popisujący się akrobaci i aktorzy, malujący na chodniku i na dużych kartach papieru graficy i malarze, stoiska ze słodyczami, przekąskami i pamiątkami &ndash; to właśnie spotkaliśmy w to sobotnie, letnie popołudnie. Trochę oszołomieni minęliśmy zasłoniętą doszczętnie rusztowaniami katedrę i poszliśmy w kierunku dworca kolejowego i portu, w kt&oacute;rym w 12 kwietnia 2008 otwarto nowy budynek opery. Na terenie nieużywanej już części dok&oacute;w zbudowano (poniżej planowanych koszt&oacute;w i przed czasem !!!), fascynujący nowoczesnością, biały jak l&oacute;d budynek. I to lodowe skojarzenie było jak najbardziej słuszne &ndash; projektanci wzorowali się na formie g&oacute;ry lodowej wypiętrzającej się z morza. Szklane ściany i udostępniony do spacerowania dach z białego marmuru stały się nową atrakcją Oslo. W dużym kontraście do surowych widok&oacute;w dzikich fiord&oacute;w i skalnych urwisk, ten tw&oacute;r wsp&oacute;łczesnej cywilizacji, zrobił na nas niesamowite wrażenie, a panorama Oslo z samego szczytu wzbudziła podziw dla miasta. Foyer, r&oacute;wnie nowoczesne jak forma zewnętrzna, klimatyzowanym wnętrzem dało nam chwilę wytchnienia od znowu upalnego dnia. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Po kr&oacute;tkim odpoczynku, wr&oacute;ciliśmy na tłoczny pasaż. Minęliśmy Stortinget &ndash; budynek norweskiego parlamentu, </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_46cqvh2gch_b" alt="" width="496" height="372" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">z daleka zobaczyliśmy R&aring;dhuset &ndash; miejski ratusz, w kt&oacute;rym odbywają się uroczystości wręczenia pokojowej nagrody Nobla i dotarliśmy na drugi koniec Karl Johans gate, gdzie na wzg&oacute;rzu g&oacute;rującym nad miastem znajduje się pałac kr&oacute;lewski (den Kongelige Slot). Klasycystyczny trzypiętrowy budynek, kt&oacute;rego budowę ukończono w 1849 jest częściowo udostępniony dla zwiedzających. Wok&oacute;ł pałacu rozstawione są warty honorowe żołnierzy w tradycyjnych strojach. Zniżające się słońce dawało znać, że czas goni, więc sprawnie obeszliśmy pałac wokoło i wr&oacute;ciliśmy do samochodu. Już po 19:00 znaleźliśmy się na jednym z wielkich parking&oacute;w przy Frognerparken. Ten duży park, położony na zach&oacute;d od centrum Oslo, wykorzystywany przez mieszkańc&oacute;w do weekendowego wypoczynku, znany jest przede wszystkim jako park Vigelanda. Ponad 200 rzeźb tego norweskiego artysty zgromadzone na terenie miejskiego parku przyciąga setki tysięcy turyst&oacute;w. Przedstawiające nagie ludzkie postacie, splątane w nierealny spos&oacute;b, zastanawiają, budzą kontrowersje, a dla nas były kolejnym elementem układanki pod nazwą Norwegia. Odurzeni zapachem setek kwitnących w pełnej krasie r&oacute;ż i wcale nie wieczornym słońcem około 19:40 zamknęliśmy drzwi samochodu i ruszyliśmy dalej na południe, w kierunku granicy norwesko-szwedzkiej. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Po prawie godzinnej jeździe z zawrotną prędkością dochodzącą do 110 km/h (norweskie autostrady &ndash; E6), zjechaliśmy w prawo na drogę 119, kt&oacute;rą dość szybko dotarliśmy do leżącego przy ujściu Oslofjorden, Larkollen. Tu w St&oslash;tvig Hotell (Larkollveien 801; N-1560 Larkollen &ndash; <font color="#0000ff"><u>www.stotvig.no</u></font>;) mieliśmy zam&oacute;wiony nocleg. W ładnie położonym nad morzem (fiordy dalej wcinające się głęboko w ląd, nie mają tu już tak stromych i wysokich skalnych brzeg&oacute;w) hotelu za 800 NOK dostaliśmy klucze do małego, przytulnego pokoiku na poddaszu z widokiem na marinę i morze. Choć zegarki m&oacute;wiły, że czas spać (22:00) poszliśmy jeszcze na spacer do portu jachtowego. Piękny widok na wysepki na fiordzie oświetlone dopiero zachodzącym słońcem i spokojne wody morza, w kt&oacute;rych odbijały się elegancie jachty i płynące w oddali promy stanowiły piękną oprawę wieczornego spaceru. Poza wysokimi chmurami na dalekim horyzoncie nic nie zapowiadało zmiany pogody. W dobrych nastrojach wr&oacute;ciliśmy do pokoju, na ostatnią noc w Norwegii. </p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 18<strong> - 13 lipca 2008</strong> (niedziela)<strong> Larkollen - Malm&ouml; - Kopenhaga (600 </strong>km</u><strong><u>)</u> </strong></font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Rano obudził nas lejący deszcz, kt&oacute;rego krople uderzające w dach, przenikliwym werblem nie pozostawiały złudzeń co do pogody. Około 8:00 zeszliśmy do całkowicie pustej restauracji na śniadanie i zaraz potem, po spakowaniu samochodu, w rzęsistej ulewie, akompaniamencie burzowych pomruk&oacute;w i iluminacji błyskawic, opuściliśmy tak miło zapowiadające się poprzedniego dnia miejsce. Na szczęście, jeszcze przed granicą, starłem wycieraczką ostatnie krople z szyby samochodu. Przez graniczny Iddefjorden prowadzi nowy, oddany do użytku w 2005 roku most Svinesundsbrua &ndash; ostatni płatny w NOK przejazd (20 NOK) w malowniczy spos&oacute;b spina łukiem dwa wysokie brzegi. Dwa kilometry na wsch&oacute;d leży stary most (r&oacute;wnież płatny), kt&oacute;ry dla wielu os&oacute;b podr&oacute;żujących do Norwegii przed 2005 rokiem wpisywał się mocno w pamięć, jako ten pierwszy punkt w krainie fiord&oacute;w. Dla nas było to ostatnie spojrzenie na Norwegię, z kt&oacute;rą odtąd łączą nas niezapomniane wrażenia i fascynujące wspomnienia. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Pomknęliśmy dalej, rozpędzając się do zapomnianej już szybkości 130 km/h, kt&oacute;ra na szwedzkich autostradach jest oczekiwaną normą. Zaraz za granicą zajechałem na stację benzynową, przestawiając się na sporo niższą cenę szwedzkiej benzyny (13,79 SEK/l). Dość nagle i niezgodnie ze wskazaniami GPS, stanowcze drogowskazy zażądały zjechania z wygodnej czteropasmowej szosy. Przez kilkadziesiąt kilometr&oacute;w, w sznurku innych pojazd&oacute;w zmniejszyliśmy średnią prędkość podr&oacute;żną ostrożnie jadąc bocznymi drogami przez małe miasteczka. O tym co było przyczyną tak długiego objazdu dowiedzieliśmy się dopiero p&oacute;źniej. Około za piętnaście dwunasta, zn&oacute;w już na autostradzie po pięknym wiszącym moście minęliśmy Byfjorden Nie mieliśmy jednak czasu rozglądać się na boki i poza kr&oacute;tkim postojem przy markecie w okolicach G&ouml;teborga, w kt&oacute;rym kupiliśmy drobiazgi dla kuzyn&oacute;w Małgosi, staraliśmy się nie zwalniać już tempa. Wieczorem mieliśmy być w Kopenhadze. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;W okolicach Helsinborg, po 14 dniach i przeszło 5 000 kilometrach w samochodzie, zamknęliśmy pętlę naszego objazdu wok&oacute;ł p&oacute;łwyspu Skandynawskiego, a przynajmniej jego części. Ok. &nbsp;wp&oacute;ł do trzeciej dojechaliśmy do Malm&ouml;. Tu po kr&oacute;tkim poszukiwaniu po osiedlowych uliczkach znaleźliśmy się u przesympatycznych Justyny i Pawła, kt&oacute;rzy zaprosili nas na obiad. Po przeszło dw&oacute;ch tygodniach żywienia się w gospodach i restauracjach, bądź na chybcika własnoręcznie przyrządzonym jedzeniem, domowy obiad w szwedzko-polskim stylu był bardzo miłą odmianą. Dwugodzinna wizyta skoczyła się jednak szybko, a my po zatankowaniu do pełna (może wystarczy do Polski), przez znaną już przeprawę mostowo-tunelową pod cieśniną Sund wjechaliśmy do Danii i wokoło Kopenhagi dojechaliśmy do jej p&oacute;łnocno-zachodnich przedmieść &ndash; Ballerup. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Lautruppark Hotel (Borupvang 2; 2750 Ballerup &ndash; <font color="#0000ff"><u>www.lautruppark.dk</u></font> &ndash; trzyosobowy pok&oacute;j za 910 DKK) okazał się biznesowym hotelem w biurowo-uniwersyteckiej okolicy. Szybkie wypakowanie, przebranie i o 19:00 byliśmy już przed odległą o kilka kilometr&oacute;w kaplicą św. Antoniego (Skt. Antonie Kirke, Frederikssundsvej 225, Br&oslash;nsh&oslash;j <font color="#0000ff"><u>www.vorfrueogsktantoni.dk</u></font>), gdzie uczestniczyliśmy w Mszy św. po polsku. Trochę zmęczeni postanowiliśmy jednak zrobić wieczorny spacer po starym centrum Kopenhagi &ndash; K&oslash;benhavn. Zaparkowaliśmy zaraz za Rosenborg Have (Ogrodem Rosenberg) i korzystając z pogodnego i jasnego wieczoru (20:20), poszliśmy w kierunku pałacu Amalienborg. Kolejnej rezydencji kolejnego panującego kr&oacute;la, kt&oacute;rą mieliśmy okazję zobaczyć. Ośmiokątny plac zabudowany czterema takimi samymi rokokowymi pałacami. Przed nimi nieodłączna warta honorowa w futrzanych czapach przy czerwonych, ośmiokątnych budkach, robiących wrażenie jak z bajki. Istniejące w jednym z pałac&oacute;w Muzeum Pałacowe, było już oczywiście nieczynne, ale mieliśmy pełną świadomość, że do tego miejsca należy przyjechać jeszcze raz. Prosto przez plac doszliśmy do portu kontrastującego nowoczesnością z zabytkowymi budynkami. W dali, przy nabrzeżu Inderhavnen stał kilkunastopiętrowy pasażerski liniowiec przewyższający wszystkie okoliczne budynki raczej nisko zabudowanego centrum. Wzdłuż nabrzeża Amalienhaven dotarliśmy do tętniącego życiem, mimo coraz p&oacute;źniejszej pory, Nyhaven &ndash; ulicy nad portowym kanałem wcinającym się w środek miasta. Stare kamienice, jako jedne z niewielu ocalały z częstych pożar&oacute;w. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_47wbqkdxxn_b" alt="" width="503" height="377" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Nastrojowe knajpki i restauracje pełne turyst&oacute;w opanowały wszystkie partery i mieszcząc się w budynkach wyszły w postaci kolorowych ogr&oacute;dk&oacute;w na ulicę. Po kanale pływały barki, kt&oacute;rych sternicy wyczyniali cuda przepływając pod niskimi mostkami i manewrując kilkudziesięciometrowymi łodziami w wąskim, przez stojące przy brzegu jachty, kanale. Barki to obecnie kolejna atrakcja dla turyst&oacute;w, kt&oacute;rzy z przewodnikiem i przy muzyce (od jazzowej do ludowej) z poziomu wody chcą obejrzeć miasto. Kolorowe kamienice, podobne do tych, kt&oacute;re znamy z Gdańska, fotogenicznie ustawiły się w szeregu oświetlone coraz bardziej czerwonymi promieniami słońca. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Dochodząc do końca Nyhaven dotarliśmy do Konsens Nytorv &ndash; Nowego Placu Kr&oacute;lewskiego, z centralnie położonym pomnikiem kr&oacute;la Christiana V, pałacami Charlottenborg i Thott, Teatrem Kr&oacute;lewskim oraz osiemnastowiecznym hotelem D&#39;Angleterre. Chłonęliśmy atmosferę wieczornej Kopenhagi, ale sił już brakło. Wr&oacute;ciliśmy do samochodu, żeby może jeszcze przy jego pomocy zobaczyć więcej. Po dw&oacute;ch k&oacute;łkach po jednokierunkowych uliczkach zaparkowaliśmy znowu, przy H.C. Andressens Boulevard prawie naprzeciw Tivoli &ndash; założonego 1843 parku rozrywki. Na zegarkach 22:00, a z alejek parku dobiegały odgłosy wspaniałej zabawy. My skręciliśmy jednak w drugą stronę i minąwszy Ratusz (Radhuset) w stylu włoskiego renesansu, z ponad stumetrową wieżą, weszliśmy na Str&oslash;get &ndash; najdłuższy handlowy deptak w Europie (ponad 1,2 km). W związku z tym, że nie było naszym celem robienie zakup&oacute;w, ani nawet oglądanie oferty setek sklep&oacute;w i sklepik&oacute;w, mogliśmy cieszyć się miłą i nie nadętą atmosferą żyjącego jeszcze o tej porze miasta. Malujący portrety artyści, wykładali swoje prace wprost na ulicy, inni przygrywali na instrumentach oczkując na hojność przechodni&oacute;w. Mimo wszystko p&oacute;źna pora pozwalała nam na dość swobodny spacer. Wiedzieliśmy, że w godzinach bardziej szczytowych i turystycznych, przez tę w miarę nie szeroką ulicę trudno się przecisnąć. Po kilkunastu minutach skręciliśmy w prawo, tak aby powoli wracać już do auta. Na kolejnych uliczkach ludzi było jeszcze mniej, ale na mijanych placykach i w kawiarnianych ogr&oacute;dkach w okolicy uniwersytetu widzieliśmy bawiących się ludzi. W kolejnym zaułku usłyszeliśmy żydowską muzykę, a zaraz potem zobaczyliśmy wysypujący się z lokalu (CafeTeatret; Skindergade 3 &ndash; <font color="#0000ff"><u>www.cafeteatret.dk</u></font>) tłumek podrygujących ludzi. Wraz z animatorami całej zabawy uczyli się jakiegoś żydowskiego tańca. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Prawie o wp&oacute;ł do jedenastej doszliśmy do Rundetarn &ndash; okrągłej wieży z siedemnastego wieku, zbudowanej pierwotnie jako obserwatorium astronomiczne, a obecnie wykorzystywanej jako punkt widokowy. Na 36 metrową wieżę ponoć wjechał konno car Piotr Wielki, a caryca Katarzyna kazała wwieźć się tam karetą. 16-metrowa średnica budynku z szerokimi schodami uprawdopodabnia tę opowieść. Wśr&oacute;d staromiejskich zabudowań spotkaliśmy kilka zupełnie nowoczesnych w formie obiekt&oacute;w małej architektury, np. pomniki zgniecionej puszki na piwo (pewnie Tuborg), papierosowego peta i innych wytwor&oacute;w wsp&oacute;łczesnej cywilizacji. Podświetlane przez zupełnie już zachodzące słońce chmury nad czarnymi sylwetkami wież i zabytk&oacute;w Kopenhagi stały się tematem fotograficznych sesji moich dziewczyn, a ja podziwiałem to już tylko przez szybę samochodu, ostrożnie kierującego się do hotelu, gdzie dotarliśmy dobrze po 23:00. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Tak jak po kr&oacute;tkiej wizycie w Gamla Stan w Sztokholmie, przerwanej przez siły natury i jeszcze bardziej pobieżnej wizycie w Oslo nie pozostało nam uczucie niedosytu, tak po spacerze przez wieczorną Kopenhagę postanowiliśmy sobie (no może ja postanowiłem), że tu trzeba przyjechać specjalnie jeszcze raz. Tak właściwie Danię to liznęliśmy w czasie tej podr&oacute;ży jak nie odpakowany cukierek przez papierek. Ale wszystko przed nami. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;A tego dnia mieliśmy ostatni nocleg za granicą przed sobą i do domu jeszcze ponad 1000 km w samochodzie i na promie. </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <hr class="pb" /> <font><u>Dzień 19<strong> - 14 lipca 2008</strong> (poniedziałek)<strong> Kopenhaga &ndash; Gedser &ndash; Rostock &ndash; Rzepin (522 </strong>km<strong>)</strong></u></font> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp; Po intensywnej niedzieli w poniedziałek wstaliśmy dopiero ok. 9:00 i po śniadaniu w hotelowej restauracji dopiero ok. wp&oacute;ł do jedenastej wyruszyliśmy w ostatnią w czasie tej wyprawy zagraniczną trasę. Zgodnie z planem mieliśmy jeszcze pewien zapas czasu na powr&oacute;t do centrum Kopenhagi. Jadąc przez dużo ciaśniejsze ulice, minąwszy kompleks cytadeli (Kastellet), dotarliśmy na mały parking przy słynnej siostrze warszawskiej syrenki. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_48hkkvppfv_b" alt="" width="508" height="678" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Rzeźba z brązu powstała w 1913 roku w pracowni Edvarda Eriksena jest ucieleśnieniem &bdquo;Małej syrenki&rdquo; z baśni Andersena. Tłumek turyst&oacute;w z kilku autokar&oacute;w dość skutecznie utrudniał zrobienie choć kilku ładnych ujęć, ale w końcu udało się. Tą samą drogą wok&oacute;ł twierdzy, na terenie kt&oacute;rej znajdują się m.in. mijany przez nas kości&oacute;ł garnizonowy, widoczny ponad drzewami zabytkowy wiatrak i prowadzące do niej dwie bramy, zawr&oacute;ciliśmy do samego centrum i przejechaliśmy przez całkiem już zatłoczone ulice w poprzek Nyhaven, po nabrzeżu i obok parku Tivoli. W ten spos&oacute;b pożegnawszy się z Kopenhagą skierowaliśmy się do obwodnicy, a z niej autostradą na południowy zach&oacute;d. Potr&oacute;jna numeracja dr&oacute;g (E20, E47 i E55) skończyła się po kilkudziesięciu kilometrach. Dalej jechaliśmy całkiem na południe. O wp&oacute;ł do pierwszej przez kolejny wiszący most opuściliśmy Zelandię, największą wyspę Danii i wjechaliśmy na Falster, z kt&oacute;rej z portu w Gedser odpływał prom do Rostocku. Po kilkunastu kilometrach zjechaliśmy z autostrady w lewo, za kierującą się w tę stronę drogą E55. Przez dość tłoczne Nyk&oslash;bing, drogą coraz bardziej przypominającą polskie szosy przez małe miasteczka, około piętnaście po dwunastej dotarliśmy na przystań promową w Gedser. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Po sprawdzeniu wcześniej zarezerwowanych i zapłaconych bilet&oacute;w (<font color="#0000ff"><u>www.scandlines.de</u></font> &ndash; 70&euro;) zostaliśmy ustawieni w dość kr&oacute;tkiej na razie kolejce do wjazdu na prom. Praktycznie punktualnie o 13:00 wjechaliśmy na pokład Kronprins Frederik i dziesięć minut p&oacute;źniej razem z kilkuset pasażerami odbiliśmy od brzegu. </p><p align="justify">&nbsp;</p><div style="text-align: center"><img src="https://docs.google.com/File?id=dch69cw_49hn3n8fn6_b" alt="" width="499" height="332" /></div><p>&nbsp;</p><p align="justify">Prawie bezwietrzna pogoda i rzadkie chmury, nie zasłaniające blasku słońca dawały nadzieję na spokojną podr&oacute;ż. Na g&oacute;rnym pokładzie było dość mało pasażer&oacute;w, ale my kontynuowaliśmy nasze fotograficzne pasje. Z Anią skorzystaliśmy z pokładowego bufetu (jakieś proste frytki), a resztę duńskich koron wydaliśmy w sklepie wolnocłowym na słodycze i piwo (duńskie Tuborg) w jakiś nieprawdopodobnych okazjach. Po powrocie na otwartą przestrzeń z ciekawością obserwowaliśmy duży ruch statk&oacute;w w tej części Bałtyku, między innymi płynący z Rostocku do Gedser drugi prom Scandlines i kuter niemieckiej straży przybrzeżnej. Całkiem stresujące dla Małgosi okazało się oczekiwanie na wyokrętowanie. W zamkniętej i kołyszącej się ładowni, w samochodzie stojącym prawe na styk z innymi pojazdami minuty dłużyły się bardzo. Pomyśleliśmy już niestety po czasie, że dziewczyny mogły zejść ze statku na piechotę i do samochodu wsiąść dopiero na brzegu. Ale trudno. Około 16:00 w minorowych nastrojach znaleźliśmy się z powrotem w Niemczech. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Niemiecka autostrada będąca kontynuacją trasy E55 doprowadziła nas aż za Berlin. Po drodze, w anonimowej gospodzie zjedliśmy nie wyr&oacute;żniający się niczym obiad. Pierwszy drogowskaz do granicy Polski przywitaliśmy z nieukrywaną ulgą, lecz niestety na tym odcinku E30 właśnie remontowano jedną z jezdni autostrady i ruch odbywał się tylko po jednej stronie. &bdquo;Rozkraczona&rdquo; ciężar&oacute;wka dopełniła szali goryczy. Policji kierującej ruchem nie było i tylko wyjątkowy rozsądek kierowc&oacute;w, kt&oacute;rzy sami wpadli na pomysł ruchu &bdquo;jeden samoch&oacute;d w tę stronę, drugi w przeciwną&rdquo;, nie doprowadził do totalnego korka. Nasze zaskoczenie myśleniem i wsp&oacute;łpracą użytkownik&oacute;w drogi było tym większe, że przecież połowa z nich to byli Polacy. Jak widać wyjazd już za granicę kraju wspomaga wyobraźnię. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Przekroczona granica była już tak drobnym epizodem, że prawie jej nie zauważyliśmy. Tylko sygnały w telefonach kom&oacute;rkowych o odzyskaniu zasięgu sieci podstawowego operatora i rozmowy z naszymi Mamami były tego faktu wyraźnym potwierdzeniem. Tankowanie znowu za złot&oacute;wki (4,91 zł/l) i około 20:00 zameldowaliśmy się w Kaliskim Hotelu Ratuszowym w Rzepinie (ul. Wojska Polskiego 1; 69-100 Rzepin &ndash; <font color="#0000ff"><u>www.hotelkaliski.pl/ratuszowy/index.html</u></font>). Całkiem polskie realia. Płatność z g&oacute;ry w got&oacute;wce, pok&oacute;j, w kt&oacute;rym czysta pościel na ł&oacute;żkach kontrastowała z przesiąkniętymi dymem papierosowym kotarami na oknie wychodzącym na brudne podw&oacute;rko i to wszystko za skromne :( 210 zł bez śniadania. Był i jaśniejsze strony. W urządzonej w polsko-szlachecko-włoskim stylu <strong><font>&#9786;</font></strong> restauracji, kelnerki potrafiły wykazać się konstruktywnym myśleniem i na naszą prośbę o kolację nie na ciepło, podały nam zestawy śniadaniowe (świeże i smaczne). Lokalnego kolorytu dodawały pr&oacute;by podrywania tychże kelnerek przez trzech młodych Murzyn&oacute;w (?!!!) i nocne hałasy rosyjskiej wycieczki, kt&oacute;ra przyjechała p&oacute;źno a wyjechała wcześnie. Jednak byliśmy już zadowoleni, że polska prezenterka opowiada o pogodzie w Polsce, a jutro będziemy spali we własnych ł&oacute;żkach. </p> <hr class="pb" /> <strong><font><u>Dzień 20 - 15 lipca 2008 (wtorek) Rzepin &ndash; Warszawa (500 km)</u> </font></strong> <p><font>Trasa w Mapy Google</font> </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Bez pośpiechu, ale i bez zbędnego ociągania się wstaliśmy ok. 9:00 i po ostatnim hotelowym śniadaniu w czasie naszej wyprawy, już o 10:30 opuszczaliśmy Rzepin. Kilkanaście minut spędzone na przejeździe kolejowym, stanowiły epilog naszych sesji fotograficznych. Ostatnie ujęcia zrobiła Małgosia uwieczniając przydrożne stoiska z plastikowymi i ceramicznymi krasnalami oraz innymi ogrodowymi &bdquo;ozdobami&rdquo;, będącymi jeszcze cały czas eksportowym hitem przy granicy niemieckiej. 250 kilometr&oacute;w po całkiem dobrej autostradzie, mijamy przedmieścia Łodzi i od Rawy Mazowieckiej trasą &bdquo;katowicką&rdquo; to dość znana trasa, kt&oacute;rą dotarliśmy do domu. Warszawa przywitała nas wspaniałą pogodą, jakby potwierdzając, że ta wyprawa miała być właśnie pogodna. Zanotowałem, że o godzinie 17:00 zamknęliśmy już całkiem naszą wielką pętlę, otwierając pilotem bramę garażową i wnosząc bagaże na drugie piętro. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej &ndash; znane, ale prawdziwe. Zwłaszcza dla takich nie do końca wprawnych podr&oacute;żnik&oacute;w, kt&oacute;rzy lubią mieć swoje kąty i chodzić po znanych ścieżkach. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Choć mnie przeszła myśl, że warto byłoby tam jeszcze wr&oacute;cić. Może w zimie na przylądek P&oacute;łnocny, że by zobaczyć zorzę polarną &hellip; </p> <p align="justify">&hellip; na razie myśl przyszła i zaraz poszła. Na razie <strong><font>&#9786;</font></strong>. </p> <hr class="pb" /> <font><u><strong>Już po powrocie</strong></u></font> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;&bdquo;<em>21 dni, 15,5 stopnia na p&oacute;łnoc, 15,7 stopnia na zach&oacute;d, 8 150 kilometr&oacute;w w samochodzie, ponad 6 godzin naprożach, 8 hoteli, 2 kempingi, hotel, domek nad fiordem, setki wodospad&oacute;w, kilkanaście fiord&oacute;w, dziesiątki jezior, strome g&oacute;rskie serpentyny, najdłuższe tunele i mosty, słońce o p&oacute;łnocy, cztery stolice, raki i czekany na lodowcu, klocki Lego i lapońskie renifery, pięć walut, sześć język&oacute;w, jedenaście tysięcy zdjęć, 7 godzin film&oacute;w i co najważniejsze tysiące minut z zapartym przez wrażenia tchem. Tylko tyle po wyprawie życia.</em>&rdquo; </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Takim tekstem opatrzyłem pięćdziesięciostronicowy album ze zdjęciami z tej podr&oacute;ży, kt&oacute;ry przygotowaliśmy zaraz po powrocie. Oddaje on rzeczywiście w jednym zdaniu to co przeżyliśmy, ale napisanie relacji dla siebie i dla bliskich, z kt&oacute;rymi chcieliśmy podzielić się naszymi wrażeniami było konieczne. Tak żeby nie zapomnieć, a przy okazji przeżyć jeszcze raz. Zajęło mi to czas od września do kwietnia. Oczywiście z przerwami, ale zawsze miałem w pamięci te wspaniałe dni. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Podsumowując naszą wyprawę muszę dodać, że warto było drobiazgowo się przygotować, z dokładnością nie tylko do zarezerwowanych hoteli i promu, ale trasy, kt&oacute;rą każdego dnia mieliśmy pokonywać kolejne kilometry. Na tej trasie oznaczyłem ciekawe miejsca (w tym także godziny otwarcia muze&oacute;w) i ważne informacje (np. o stacjach benzynowych na p&oacute;łnocy i rozkładach prom&oacute;w). Niekt&oacute;re trasy opracowane były wariantowo, w zależności od pogody i naszego samopoczucia. Plan finansowy obejmował wszystkie możliwe do przewidzenia wydatki od nocleg&oacute;w, przez ceny bilet&oacute;w wstępu, opłaty parkingowe, przejazd&oacute;w (w tym benzyny) i prom&oacute;w, po potencjalne koszty posiłk&oacute;w i kupowanego w sklepach jedzenia. Wszystko rozpisane na dni, walutę i tak w og&oacute;le pełny &bdquo;Cash flow&rdquo;. Takie przygotowanie, na kt&oacute;re poświęciłem wiele popołudni przez kilka miesięcy, zostało zdyskontowane bezstresowym Podr&oacute;żowaniem, takim właśnie przez duże &bdquo;P&rdquo;. Niemcy i Skandynawia, pod względem jakości informacji i przewidywalności sytuacji są wdzięcznym miejscem, na wykonanie właśnie takich samorealizujących się plan&oacute;w. A plany wydatk&oacute;w sprawdziły się z dokładnością do 2,5%. To chyba dobry wynik. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Kolejnym wnioskiem, kt&oacute;ry możemy wysnuć, jest to, że nie koniecznie trzeba poruszać się po najbardziej polecanych w przewodnikach, turystycznych trasach. Oczywiście, mając mniej czasu na przygotowanie i pobyt, może to być jedyny spos&oacute;b zobaczenia piękna takich miejsc, ale nie wątpię, że nasze wrażenia i moc wspomnień nie jest mniejsza. Na przykład podr&oacute;ż ze Strynu do Ballestrand przez dopiero co planowaną trasę turystyczną pozwoliły nam napawać się r&oacute;wnie pięknym krajobrazem bez konieczności przepychania się między setkami innych &ndash; co pewnie byłoby nam pisane, gdybyśmy zrealizowali przejazd pociągiem z Fl&aring;m do Myrdal. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Dobrym wyborem okazał się kierunek naszej jazdy. Najpierw Szwecja i na p&oacute;łnoc, a powr&oacute;t z p&oacute;łnocy przez Norwegię. Poziom wrażeń narastał z każdym dniem. Kierunek odwrotny m&oacute;gł spowodować delikatne zniechęcenie, że ciekawe miejsca już widzieliśmy, teraz to już coraz nudniej. Na pewno nie mogliśmy narzekać, że kolejne dni były mniej ciekawe. Jednak fiordy środkowej i południowej Norwegii są najbardziej widokowymi miejscami spośr&oacute;d tych, kt&oacute;re udało nam się zobaczyć. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Przygotowanie wyposażenia zajęło nam r&oacute;wnież trochę czasu. Jechaliśmy w lecie, ale doświadczenie innych wskazywało, że zwłaszcza w Skandynawii można spodziewać się każdej pogody, więc wzięliśmy ubrania na każdą okoliczność. My trafiliśmy na lato stulecia, ale kurtki i czapki przydały się na lodowcu. Na szczęście opowiadania nt. uciążliwych komar&oacute;w i innych owad&oacute;w pozostały tylko opowiadaniami. Samoch&oacute;d sprawił się znakomicie, a pojemność bagażnika pozwoliła nie ograniczać się pod względem ilości ubrań. Mogliśmy pozwolić sobie praktycznie na to, że pranie i to tylko w ograniczonym zakresie, zrobiliśmy dopiero w domku w Gudvangen. Przejechane kilometry nie były żadnym problemem dla auta. Średnie spalanie w granicach 8 l/100km i żadnych mniejszych czy większych awarii oraz brak zmęczenia kierowcy potwierdziły jakość samochodu. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Wyprawa bez jej dokumentowania byłaby tylko jej połową. Te ogromne ilości zdjęć są przeglądane do dziś i nie zajmują tylko miejsca na dyskach twardych. Kilkanaście z nich wisi w powiększeniu na ścianach naszego mieszkania, a nawet w moim pokoju w pracy. Sprzęt fotograficzny i filmowy sprawił się także bez zarzutu, a jedyne uwagi dotyczyły tylko tego, że nam brakowało jeszcze wprawy w zrobieniu takich ujęć, kt&oacute;re uwieczniłby to co widzieliśmy. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;Drobny problem z właścicielem domku, nie oddaną w terminie kaucją i brakiem wsparcia ze strony firmy &bdquo;Novasol&rdquo;, zakończył się szczęśliwie. Pieniądze znalazły się na koncie, a rekompensata ze strony firmy (po kilku pismach e-mailem i rozmowach przez telefon) pokryła straty wynikające z r&oacute;żnic kursowych. W sumie nic nieznaczący incydent. </p> <p align="justify">&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; BYŁO REWELACYJNIE !!! </p> <font>PS. <em>A dziś (kwiecień 2009), w związku z nieprzewidzianym splotem wydarzeń (Portugalia znowu nie wypaliła), szykujemy się do kolejnej wyprawy na p&oacute;łnoc Europy. Tym razem ponad trzy tygodnie przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Norwegię do przylądka P&oacute;łnocnego (w zimie nie wyszło </em>&#9786; <em>) i z powrotem po niewidzianych rejonach Norwegii na kamping w okolicach Stavanger, Danię i Niemcy do domu. Myślę, że kolejną relację też uda nam się spisać po udanej wyprawie.</em></font> <hr class="pb" /> <font><strong><u>Bibliografia:</u> </strong></font> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"><u>Przewodniki</u> </p> <ol><li> <p align="justify">&bdquo;Norwegia&rdquo; praktyczny przewodnik, wyd. Pascal 2007 </p> </li><li> <p align="justify">&bdquo;Norwegia&rdquo; Podr&oacute;że marzeń, Biblioteka Gazety Wyborczej 2007 </p> </li><li> <p align="justify">&bdquo;Skandynawia Norwegia &ndash; Szwecja &ndash; Finlandia, Baedeker 2007 </p> </li><li> <p align="justify">&bdquo;Szwecja&rdquo; Podr&oacute;że marzeń, Biblioteka Gazety Wyborczej 2007 </p> </li><li> <p align="justify">&bdquo;Berlin&rdquo; Udany Weekend, Michalin i Wydawnictwo Bezdroża 2007 </p> </li><li> <p align="justify">&bdquo;Dania&rdquo;, Marco Polo, 2007 </p></li></ol> <p align="justify"><u>Mapy</u> </p> <ol><li> <p align="justify">Norwegen 1:600 000, freytag &amp; berndt, 2007 </p> </li><li> <p align="justify">Norwegen S&uuml;d, 1:250 000, freytag &amp; berndt, 2007 </p> </li><li> <p align="justify">Norwegen Mitte 1:250 000, freytag &amp; berndt, 2007 </p></li></ol> <u>Strony internetowe (wybrane)</u> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"><font><u>Og&oacute;lne</u></font> </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"><font>Paliwa w Europie, Ceny paliw, PZM INFO Serwis </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.pzmtravel.com.pl/paliwa-w-europie.html</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font><u>Dania</u></font> </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"><font>Aktualności Dania.pl </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.dania.pl/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Danske Kroer &amp; Hoteller - Visitkort </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>https://www.krohotel.dk/en/findkro/hotel/visitkort/NaesbylundKroogHotel</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Disneyland - hotele, bilety wstępu </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.sunkisstravel.com/parki/legolandvilage.html</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>http--www.visitdenmark.pl</font> </p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.visitdenmark.pl/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>&Oslash;resundsbron &ndash; private</font> </p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://osb.oeresundsbron.dk/frontpage/?lang=1</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font><u>Szwecja</u></font> </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"><font>http--www.visitsweden.com- </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.visitsweden.com</font></font></u></font><font><font> /</font></font> </p> <p align="justify"><font>Links - SWEDEN.SE </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://sweden.se</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Scandic </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.scandic-hotels.com/SiteHomePage</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Szwecja - Wakacje, Przewodnik i Podr&oacute;że Po Szwecji</font> </p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.wakacjezprzewodnikiem.pl/europa/szwecja-przewodnik.html</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font><u>Norwegia</u></font> </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"><font>Accommodation Norway Fjord Pass </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.fjord-pass.com/default.asp</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Aktualności Norwegia.pl </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.norwegia.pl/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Aurland og L&aelig;rdal Reiselivslag - Home </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.alr.no/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Bergen - The Official Bergen Internet Site </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.visitbergen.com/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Ferry in Norway </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.fjord1.no/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Fjords of Scandinavia </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.fjordsofscandinavia.com/ny/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Fjords.com - Fjord Norway. </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.fjords.com/fjordpics.htm</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Fotografie - Konrad Konieczny </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.norwegofil.pl/galeria/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>GoNorway - Accommodation Nordland </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.gonorway.no/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Jostedalen Bref&oslash;rarlag </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.bfl.no/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Jostedalen Photo Gallery </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.jostedal.com/album1/index.htm</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Norske Turistveger </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.turistveg.no/index.asp?lang=eng</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Norske Vandrerhjem </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.vandrerhjem.no/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Norway.com</font> </p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.norway.com/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Norwegia &ndash; Jak dotrzeć - Onet.pl Przewodnik </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://przewodnik.onet.pl/1248,1597,280603,notka.html</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Norwegia - oficjalna strona w Polsce </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.amb-norwegia.pl/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Norwegia - Portal miłośnik&oacute;w Norwegii</font> </p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.norwegofil.pl/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Norwegia - przewodnik, informacje praktyczne, podr&oacute;że, turystyka</font> </p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.odyssei.com/pl/travel/norwegia.php</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Norwegia - trzy pętle samochodem </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,82269,407719.html</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Norwegia - Zwiedzaj Świat - wczasy, wycieczki, podr&oacute;że, wyjazdy </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.zwiedzajswiat.pl/norwegia</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Ruteinfo.net Engelsk </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://en.ruteinfo.net/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Sognefjord - The official guide to Sognefjorden </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.sognefjord.no</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Statoil - Stacje w Skandynawii </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.statoil.pl/statoil/index.jsp?place=Menu01&amp;news_cat_id=152&amp;layout=17</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Subiektywne Przewodniki - relacje z podr&oacute;ży, recenzje nocleg&oacute;w</font> </p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://przewodniki.info/index.php?/component/option,com_deeppockets/task,catShow/id,4/Itemid,81/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Tindevegen &ndash; fjellvegen mellom &Aring;rdal og Turtagr&oslash; </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.tindevegen.no/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Turystyka w Skandynawii Norwegia </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.wirtual.com.pl/podroze/norwegia.html</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>vegvesen.no - Norwegian Public Roads Administration </font></p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.vegvesen.no/</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>VisitOSLO.com</font> </p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://www.visitoslo.com</font></font></u></font> </p> <p align="justify"><font>Welcome to the stavechurches by the Sognefjord</font> </p> <p align="justify"><font color="#0000ff"><u><font><font>http://home.loopme.com/fortidsminneforeningen/sites/fortidsengelsk/go.cfm?id=66595</font></font></u></font> </p> <p align="justify">&nbsp;</p>

powrót do początku strony