RELACJE Z PODRÓŻY

Lwów



Autor: Kasia Nowak
Data dodania do serwisu: 2009-11-04
Relacja obejmuje następujące kraje: Ukraina

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
6.74 97
<p><font size="2"><strong>24-04-09</strong></font><!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { text-align: justify } - <p align="justify"-->&nbsp;</p><p>A więc stało się &ndash; jadę do Lwowa! Wyjazd planowany już od kilku lat, wstyd, zważywszy na całkiem bliską odległość, nareszcie doszedł do skutku. Nocleg zarezerwowany u Polki, paszport w kieszeni, plecak na plecach (spakowałam się w całkiem niepozorny plecak &ndash; robię postępy!). W drogę!</p><p>&nbsp;</p> <p align="justify"> Początek podr&oacute;ży z małą korektą, powiązania rodzinne zmuszają mnie do zatrzymania się na jeden dzień w Tarnobrzegu. W piątek wczesnym rankiem (parę minut po czwartej!) siedzę wreszcie w autobusie jadącym na Wsch&oacute;d. W okolicach dziesiątej docieram do&nbsp;Medyki, na przejście graniczne. Kolejka... jest (dziwne, gdyby było inaczej), ale jej długość nie przyprawia o palpitację serca. Planowany przyjazd do Lwowa miał mieścić się w&nbsp;okolicach 11.00, <em>&bdquo;ale wie Pani, to wszystko zależy od nich, na granicy&rdquo;</em>. &bdquo;Oni&rdquo; czyli kto? Nasi czy Ukraińcy? Chyba jedni i drudzy... </p> <p align="justify"> Dobra nasza &ndash; po p&oacute;łtorej godziny (to norma) jedziemy dalej. Kręcę głową na&nbsp;wszystkie strony niecierpliwie wypatrując oznak &bdquo;dzikiego Wschodu&rdquo;, o kt&oacute;rym tyle się nasłuchałam. Domki... jak domki, wsie jak wsie. O co chodzi? Może troszkę biedniej, domki mniejsze, ale czysto i schludnie. No tak, myślę, ale to w końcu tuż przy granicy. Poczekamy, zobaczymy... </p><p align="justify">&nbsp;</p> <p> Na horyzoncie szare bloki &ndash; Lw&oacute;w! Uff, nareszcie! </p> <p align="justify"> Ledwie postawiłam obie nogi na lwowskim bruku, już podbiega człek i&nbsp;konspiracyjnym szeptem pyta: <em>&bdquo;Taxi? Centrum?&rdquo;</em> Hmm... Nie po to przyjechałam klasą turystyczną, by rozbijać się taks&oacute;wkami... <em>&bdquo;Ile?&rdquo; &ndash; &bdquo;Pięćdziesiąt hrywien&rdquo;</em> Ech, proszę pana, gdzie u mnie ukraińska waluta! Przecież w Tarnobrzegu nie mogłam jej dostać (milczeniem pominę zdziwione spojrzenia właścicieli kantor&oacute;w), a w Warszawie... C&oacute;ż, były inne sprawy na głowie <font>&#61514;</font> Nic to, &ndash; myślę &ndash; pierwszy raz tutaj jestem, nie znam miasta ani komunikacji, a,&nbsp;co mi tam, zaszaleję, pojadę taks&oacute;wką. W końcu 25 zł nie majątek... Jedziemy! </p> <p align="justify"> Po drodze wypytuję &ndash; czy wielu Polak&oacute;w przyjeżdża, jak żyje się w mieście, no i skąd taka dobra znajomość polskiego? Taks&oacute;wkarz rozmowny, chętnie opowiada o sobie i&nbsp;ludziach. Żyją... jak wszędzie. Jednym lepiej, innym gorzej. A on sam, nie, nie ma żadnych polskich korzeni, praca zmusiła do nauki obcego języka, by lepiej radzić sobie z turystami. Miły człek...</p> <p align="justify"> Dojechaliśmy. Faktycznie od dworca kawał drogi. Kamienica jest, brama jest, szyfr jest (coś podobnego do naszych domofon&oacute;w, choć bardziej zmyślne &ndash; w mieszkaniu nie&nbsp;słychać dzwonka, należy przycisnąć JEDNOCZEŚNIE kombinację cyfr i już!). Wspinam się na pierwsze piętro, pukam do drzwi. Cisza... Niedobrze, pewnie moja pani na mieście, zapowiadałam się na wczesny ranek, mamy południe... Pukam. Wyglądam przez drzwi na&nbsp;podw&oacute;rko i nagle ktoś do mnie macha! Okazuje się, że na wewnętrznej ścianie kamienicy jest loggia, z kt&oacute;rej są dopiero wejścia do mieszkań. Takie buty... </p> <p align="justify"> Pokoik mały, troszkę ciemny, ale cywilizowany <font>&#61514;</font> Kobieta, kt&oacute;ra mnie przywitała była koleżanką pani Lucyny. Właścicielka faktycznie na zakupach. </p> <p align="justify"> Ledwie zdjęłam plecak, chcę już na miasto, ale pani bez herbaty nie wypuści! Mocna jak diabli, ale darowanemu koniowi... Przegadałyśmy p&oacute;ł godziny &ndash; skąd jestem, dlaczego do&nbsp;Lwowa i przede wszystkim dlaczego sama? He, kobieca ciekawość...</p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Południe minęło, więc dziś w planie tylko cmentarz Łyczakowski. Dojście mało skomplikowane &ndash; do końca ulicą Piekarską, kt&oacute;ra była przysłowiowy rzut beretem od mojej kamienicy. Uprzedzona o konieczności zakupienia biletu maszeruję do kasy. Sympatyczny pan pyta <em>&bdquo;sudenckij&rdquo;? &bdquo;A skąd, ja już po studiach&rdquo;</em> &ndash; odpowiadam z p&oacute;łuśmiechem. <em>&bdquo;A</em>&nbsp;<em>dawno po studiach&rdquo;</em> &ndash; on nie ustępuje. <em>&bdquo;No, kilka lat...&rdquo; &bdquo;A to dajtie piać hrywien&rdquo;</em> Studencki mi sprzedał! Czyżbym tak młodo wyglądała??? </p> <p align="justify"> Cmentarz &ndash; można by tomiska o nim pisać! Piękny, duży, zaniedbany &ndash; nie wiem, kt&oacute;ry przymiotnik najlepiej go opisuje. Gdzie nie spojrzę, napotykam ślady przeszłości. Niekt&oacute;re groby ładnie odremontowane, wok&oacute;ł nich trawa czy nawet kwiatki, ale to rzadkość. Częściej wzrok spoczywa na potrzaskanych, rozsypujących się szczątkach dawnej świetności... Im dalej od gł&oacute;wnego wejścia, tym gorzej. Tym nagrobki mniejsze, krzyże bardziej pochylone, ścieżki węższe i bardziej zarośnięte. Kieruję się ku cmentarzowi Orląt Lwowskich &ndash; naczytałam się, że nadal jest nieodbudowany, a tymczasem miłe zaskoczenie. Witają mnie szeregi białych i szarych krzyży, uporządkowane, żwirem wysypane alejki, kr&oacute;tko przystrzyżona trawa. Pośr&oacute;d pomniczk&oacute;w młodzi Ukraińcy, pracują przy renowacji i&nbsp;sprzątaniu. Rozglądam się dookoła &ndash; jest cicho, słońce prześwieca przez chmury, wok&oacute;ł mnie morze białych krzyży i cichy szmer języka ukraińskiego. Ciekawe, o czym rozmawiają? Tutaj, w miejscu przez tak wielu znienawidzonym i przypominającym o nie tak zn&oacute;w odległych walkach bratob&oacute;jczych? Nie wiem, nie śmiem pytać. Młodzi ludzie, pewnie nawet niewiele wiedzą o historii...</p><p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Z ciężkim sercem opuszczam tę część i zaraz trafiam na malutki wzg&oacute;rek, gdzie szeregiem stoją żelazne krzyże. Czytam &bdquo;uczestnik powstania styczniowego&rdquo;, &bdquo;żołnierz roku 1863&rdquo;. Na każdym krzyżu przybranie wstążkami biało-czerwonymi. Ile tych krzyży! I pomnik Benedykta Dybowskiego, tego samego, kt&oacute;ry zesłany na Syberię rozpoczął badania przyrodnicze okolic Bajkału. No, no, przy 40-stopniowym mrozie, narzędziami wykonanymi własnoręcznie badać faunę jeziora, to trzeba być niezwykłym człowiekiem! </p> <p align="justify"> U podn&oacute;ża pag&oacute;rka słyszę polską mowę. Dw&oacute;ch starszych pan&oacute;w pracuje przy kamieniu nagrobnym młodej dziewczyny z początk&oacute;w XIX wieku. Tym razem nabieram odwagi i zagaduję <em>&bdquo;Dzień dobry! A można wiedzieć co panowie robią&rdquo;?</em> Uśmiechnęli się i&nbsp;zaczęli wyjaśniać, że &bdquo;społecznie&rdquo; pr&oacute;bują ratować co bardziej zaniedbane nagrobki, ale&nbsp;muszą być ostrożni, bo władze cmentarza są im nieprzychylne. C&oacute;ż, te prace powinna wykonywać służba porządkowa, powinna, ale... niezupełnie się wywiązuje. Więc Polacy własnymi rękami ratują co mogą. Dop&oacute;ki ktoś ich nie przegoni ustawiają pomniki w pionie, poprawiają napisy, porządkują otoczenie. Niemniej, oficjalnie &bdquo;zabierają pracę Ukraińcom&rdquo;, nic to, że Ukraińcy nic nie robią. Ale &ndash; zabierają! I bądź tu człowieku mądry!</p> <p align="justify"> Porozmawialiśmy chwilę, ale nie chcąc przeszkadzać zrobiłam tylko fotkę na&nbsp;pamiątkę, pomogłam przydźwigać kamień i poszłam dalej <font>&#61514;</font></p> <p align="justify"> Wędrując mniej lub bardziej zarośniętymi ścieżkami trafiam wreszcie do części &bdquo;reprezentacyjnej&rdquo; &ndash; tutaj znajdują się pomniki Konopnickiej, Goszczyńskiego, Ordona i&nbsp;innych sławnych Polak&oacute;w. Serce rośnie dumą... Ładna aleja, wyremontowane nagrobki, oczyszczone chodniki, ale wystarczy zboczyć dwa kroki w bok i można zn&oacute;w odnaleźć ślady pozostawionej samej sobie Natury.</p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Zrobiło się całkiem p&oacute;źno, a m&oacute;j żołądek dość natarczywie domagał się uzupełnień; pora była wr&oacute;cić w realia XXI wieku i poszukać czegoś do jedzenia. Pierwszego dnia skończyło się na wizycie w spożywczaku i suchym prowiancie. Zmęczenie wzięło g&oacute;rę (nie&nbsp;zapominajmy, że byłam na nogach od trzeciej w nocy, a dla mnie to środek nocy!), parę minut po 20-ej smacznie spałam. </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"><strong>25-04-09</strong></p> <p align="justify"> Pobudka o &oacute;smej rano &ndash; szkoda czasu na sen, Lw&oacute;w czeka! Pani Lucyna też już nie śpi, okazuje się być sympatyczną panią po sześćdziesiątce, mieszkającą samotnie i m&oacute;wiącą z&nbsp;przepięknym akcentem! Dla moich polonistycznych uszu to melodia. </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Dziś w planach Stare Miasto. Przewodnik w rękę, mapa do torby, aparat na szyję i... w&nbsp;drogę! Dochodzę do Piekarskiej, idę w przeciwną stronę, do Halickiej Płoszy (placu Halickiego), z kt&oacute;rego przewodnik radzi rozpocząć wycieczkę. Spierać się nie zamierzam, po&nbsp;kilku minutach jestem na wspomnianej Płoszy. Ludzi niewielu, ruch nie za duży. Zn&oacute;w kręcę głową podziwiając kamieniczki. Hmm... podziwiając, ale w nieco innym znaczeniu &ndash; zaskoczył mnie fatalny stan techniczny budynk&oacute;w: osypujący się tynk, kruszejące balkony i&nbsp;rzeźby, rozchwiane drzwi i okiennice &ndash; a w tym mieszkający ludzie. No bo gdzie mają się podziać??? Wewnątrz pr&oacute;bują remontować, ale stan instalacji elektrycznej czy wodnej pozostawia wiele do życzenia. A to były dopiero początki zwiedzania...</p> <p align="justify"> Z Halickiej Płoszy dwa kroki do Płoszy Mickiewicza i jednego z najsławniejszych pomnik&oacute;w naszego wieszcza. Nad poetą Adamem unosi się uskrzydlony geniusz, a na szczycie kolumny znajduje się płonący (czyli pozłacany) znicz. Jakie to romantyczne... Naprzeciw pomnika znajdziemy słynny Hotel Żorż, znajomy polecał w nim nocleg, ale ja w&nbsp;końcu jestem klasą turystyczną, nie biznesową... Popatrzyłam tylko na balkon, z kt&oacute;rego śpiewał Jan Kiepura i poszłam dalej Prospektem Swobody (dawniej Wały Hetmańskie). Na&nbsp;końcu największego lwowskiego deptaka znajdziemy gmach Opery. Budynek podobny do&nbsp;krakowskiego Teatru im. Słowackiego, fasada zdobiona pięknymi rzeźbami, a całość zamyka tympanom, pełen alegorii i symboliki. Tego dnia nie weszłam do środka, ale&nbsp;do&nbsp;Opery jeszcze wr&oacute;cę. </p> <p align="justify"> Idę dalej. Na ulicy Krakowskiej właśnie rozkłada się Bazar. Piszę Bazar z wielkiej litery, bo to szczeg&oacute;lne miejsce. Pośr&oacute;d mn&oacute;stwa najrozmaitszych bohomaz&oacute;w można napotkać perełkę malarską, a w stosach ludowych wyszywanek prawdziwe cudeńko ręcznych wyrob&oacute;w. Towar jest przywożony w plastikowych, kraciastych torbach, znanych także z&nbsp;naszych bazark&oacute;w, rozkładany na drewnianych, metalowych czy wręcz kartonowych konstrukcjach przypominających z grubsza stanowisko handlowe. Tłoczno. Jedni drugich poklepują po plecach, machają do siebie, rozmawiają, a starsze babcie gdzieś w kąciku wyszywają kolejną chustkę czy obrusik, niezważając na kupujących.</p> <p align="justify"> Dalej. Kolejnym przystankiem jest cerkiew Przemienienia Pańskiego, jedna z&nbsp;najważniejszych świątyń ukraińskich we Lwowie. Wewnątrz przepiękne wyposażenie, czuć egzotykę. Warto przyjść w słoneczny dzień, świątynia posiada wysoko umieszczone okienka, przez kt&oacute;re wpada światło i wspaniale rozjaśnia wnętrze. A przed cerkwią żebrak płaczliwym głosem prosi o wsparcie... Nie on pierwszy i nie ostatni, Lw&oacute;w obfituje w żebrak&oacute;w i... luksusowe auta. Miasto kontrast&oacute;w.</p> <p align="justify"> Kolejny przystanek &ndash; kwartał ormiański, czyli zaniedbane uliczki, jeszcze bardziej zaniedbane podw&oacute;rka i... katedra ormiańska! Wciśnięta między dwie inne kamieniczki, z&nbsp;ledwie widoczną dzwonnicą i żelaznym płotem, przez kt&oacute;rego pręty zerkam na XVIII-wieczną drewnianą kapliczkę i figury świętych. Sama katedra jest rozmiar&oacute;w wiejskiego kości&oacute;łka, sprawia wrażenie zapadłej i przytłoczonej przez sąsiadujące kamieniczki. W&nbsp;środku panuje tajemniczy p&oacute;łmrok, ściany udekorowane są przepięknymi średniowiecznymi malowidłami i mozaikami z początk&oacute;w XX wieku w tonacji czerwono-brunatnej, co tylko pogłębia sakralną atmosferę świątyni. Warto usiąść w kąciku i wpatrzeć się we freski Rosena, a nuż uda nam się odnaleźć twarze przedwojennych lwowian, kt&oacute;rzy faktycznie pozowali do malowideł.</p> <p align="justify"> Po wyjściu z katedry wpadam w potok młodych ludzi zmierzających w stronę Rynku (to tuż obok). Gwar, tłok, śmiechy, rozmowy &ndash; czuję się jak uderzona obuchem po chwilach zadumy spędzonych wewnątrz katedry. Szybciutko skręcam w boczną uliczkę, by uciec od&nbsp;ludzi. Trafiam na plac, nad kt&oacute;rym dominuje bryła grekokatolickiego kościoła Dominikan&oacute;w. Kości&oacute;ł ładny, w środku kilka ciekawych rzeźb i nagrobk&oacute;w, piękny ołtarz. Obecnie mieści się tu Muzeum Historii Religii, ciekawostką jest fakt, że po wojnie mieściło się tutaj także muzeum, tyle że... ateizmu. Ot, jakie czasy, takie... muzea.</p><p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Zaraz za kościołem napotykam kolejny bazarek, tym razem taniej książki. Ubolewam strasznie, że ukraińskiej... Szperam i szukam dokładnie, może znajdę coś polskiego, ale&nbsp;jedyne co, to polsko-rosyjski słownik z lat 70. I jeszcze ukraińskie wydanie <em>Lalki</em> Prusa, już przeliczałam dzienne wydatki, by dokonać zakupu, ale w końcu dałam spok&oacute;j...</p> <p align="justify"> Wł&oacute;cząc się po zakątkach Starego Miasta docieram do miejsca, gdzie przez cztery i&nbsp;p&oacute;ł stulecia stała druga murowana synagoga Lwowa &ndash; &bdquo;Złota r&oacute;ża&rdquo;. Dziś na tym miejscu jest kupa gruz&oacute;w, zarosła najr&oacute;żniejszym zielskiem. Dostrzegam jakieś resztki drzwi, ale to&nbsp;resztki zupełnie wsp&oacute;łczesne. Śmietnik znaczy. Nawet śmietnisko. Tuż obok knajpka na&nbsp;żydowską modłę, w kt&oacute;rej skusiłam się na &bdquo;coś na ząb&rdquo;. Najbardziej żydowska była muzyka...</p> <p align="justify"> Przede mną perełka dzisiejszego dnia &ndash; rzymsko-katolicka katedra pw. Wniebowzięcia NMP, dla Polak&oacute;w szczeg&oacute;lne miejsce, tutaj można wysłuchać liturgii w języku polskim. Wewnątrz piękne XVIII-wieczne polichromie, ładnie oświetlone dzięki gotyckim oknom, liczne nagrobki i tablice pamiątkowe, witraże &ndash; jest na co popatrzeć. I kilka starszych kobiet, cichutko szepczących modlitwy i przesuwających palcami ziarenka r&oacute;żańca... Wzruszające jest widzieć, jak dużą wagę ma dla Polak&oacute;w we Lwowie Kości&oacute;ł, jest najściślej spajającym Polonię czynnikiem i najlepszym łącznikiem z Ojczyzną. Tutaj przez chwilę mogą poczuć się jak w domu. C&oacute;ż, do granicy niedaleko, kilkakrotnie zdarzyło mi się usłyszeć z ust pani Lucyny cichutką skargę <em>&bdquo;nie mogli przesunąć granicy o 70 kilometr&oacute;w</em>?&rdquo; Wychodzę z Katedry, daję dwa kroki i jestem na Rynku. Na środku stoi Ratusz w&nbsp;otoczeniu kamieniczek, w większości odnowionych lub w trakcie renowacji. Tutaj widać, że Lw&oacute;w staje się miastem europejskim. Mn&oacute;stwo ogr&oacute;dk&oacute;w, z kt&oacute;rych dobiega skoczna muzyka, w tłumie przewalającym się przez plac dominuje młodzież, sporo zorganizowanych wycieczek, wok&oacute;ł rozbrzmiewa polska mowa. Przysiadłam na chwilę na murku chłonąc atmosferę gwaru i radości, pogryzam jabłko obserwując grupki młodziutkich dziewcząt, ubranych w szpilki i super kr&oacute;tkie sp&oacute;dniczki, grupki chłopc&oacute;w z papierosami z dłoniach. Na&nbsp;rogu Rynku siedzi młody chłopak, brzdąka na gitarze, w drugim kącie ktoś gra na flecie, w innym rogu zrobiona jest drewniana scena, na kt&oacute;rej kto chce, młodzi i starsi, tańczą tango. Życie w pełnej krasie &ndash; burzliwe, rozhukane, śmiejące się z siebie i do ciebie, ot, życie!</p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Jestem zmęczona. Wracam do pokoju, &bdquo;zdaję relację&rdquo; pani Lucynie, biorę książkę. Wieczorem wychodzę jeszcze na miasto. Lw&oacute;w wieczorem miejscami zachwyca, ale w&nbsp;przeważającej mierze jest smutnym, ciemnym i troszkę niebezpiecznym miastem. Mnie nie&nbsp;spotkała żadna przykra niespodzianka, ale pani Lucyna była niespokojna. Rynek i bliskie okolice są dobrze oświetlone, choć z zabytk&oacute;w tylko kilka może pochwalić się podkreśleniem detali architektonicznych światłem po zmroku. Pięknie wygląda kości&oacute;ł Dominikan&oacute;w i&nbsp;kamieniczki na Rynku, reszta Star&oacute;wki musi zadowolić się oświetleniem ulicznym, a&nbsp;wystarczy zboczyć dwa kroki z turystycznych trakt&oacute;w, by utonąć w mroku. Ale to się zmienia bardzo szybko, władze miejskie zdają sobie sprawę z siły turystyki i zysk&oacute;w, jakie można z tego czerpać. </p> <p align="justify"> Pora nie jest bardzo p&oacute;źna, więc sporo jeszcze młodych ludzi na ulicach i&nbsp;w&nbsp;ogr&oacute;dkach, atmosfera podobna jak w setkach innych miast w ciepły wiosenny wiecz&oacute;r. Sprzyja zakochanym, co krok spotykam wtulone w siebie pary. Na gruzach starego świata powstaje nowe życie...</p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"><strong>26-04-09</strong></p> <p align="justify"> Dziś moja trasa wiedzie wzg&oacute;rzami lwowskimi, Lw&oacute;w, podobnie jak Rzym, jest położony na siedmiu wzg&oacute;rzach. Na początek wędruję wzdłuż ulicy Łyczakowskiej do Gaju Szewczenki, gdzie na 50 hektarach skansenu rozłożyły się chaty i cerkwie zachodniej Ukrainy. Nauczona polskimi zwyczajami wykupuję bilet za fotografowanie (wejści&oacute;wka 10 hr., foto &ndash; 25, troszkę drogo...), choć wydaje mi się to zwykłym zdzierstwem. Faktycznie, pies z kulawą nogą nie zapytał o niego ani nie sprawdził. Niech nikt nie kupuje tych bilet&oacute;w</p> <p align="justify">w&nbsp;skansenie &ndash; jeszcze lata minął, zanim tam wejdą europejskie standardy (co ma sw&oacute;j urok &ndash; te zarośnięte ścieżki między starymi chatami... Pysznie!). </p> <p align="justify"> Parę godzin spędziłam na wł&oacute;czędze po terenie, a że była niedziela, to w cerkwiach odprawiano nabożeństwa. Proszę sobie wyobrazić &ndash; słońce mocno przygrzewa, dookoła zieleni się trawa, z kilku stron na uroczystości zmierzają starsi, ubrani często w stroje mocno przypominające te z wnętrz chat, w powietrzu unoszą się dźwięki modlitwy wymieszane z&nbsp;zapachem kwitnących drzew owocowych... Zapatrzyłam się mocno w ten obrazek, c&oacute;ż, naprawdę wiele nie trzeba, by poczuć się jak 100 lat temu. Mnie się to podoba <font>&#61514;</font></p> <p align="justify"> Ale pora wr&oacute;cić do rzeczywistości, kierunek &ndash; G&oacute;ra Piaskowa i Zniesienie. Ze szczytu niewielkiego wzniesienia można podziwiać widok na kopiec Unii Lubelskiej, m&oacute;j kolejny etap spaceru, i rozległe pola podlwowskie, na kt&oacute;rych w 1675 roku Jan Sobieski rozbił sześciokrotnie większą armię tatarską idącą na miasto. Stąd właśnie nazwa owego terenu &ndash; &bdquo;zniesiono&rdquo; nieprzyjaciela. </p> <p align="justify"> Kopiec Unii Lubelskiej to jedno z bardziej charakterystycznych miejsc miasta. Został usypany rękami miasta, w 1869 roku, więc w czasach, gdy Lw&oacute;w znajdował się pod austriackim zaborem. Mieszkańcy chcieli upamiętnić trzechsetlecie rocznicy unii polsko-litewskiej, na kopiec przywieziono grudki ze wszystkich polskich ziem, miejsc historycznych, pobojowisk i grob&oacute;w wieszcz&oacute;w. Oj, można poczuć, jak Historia łapie za nogawkę... </p> <p align="justify"> Ze szczytu kopca rozciąga się piękny widok na Lw&oacute;w, nic dziwnego, że jest żelaznym punktem wszystkich wycieczek. Miałam szczęście &ndash; podziwiając widoki nagle słyszę obok polską mowę. Zerkam &ndash; wycieczka! I przewodniczka, co jest o tyle dobre, że pozwoliłam sobie posłuchać jej opowieści. Kobieta, wskazując co i rusz kopułę innego kościoła, pyta <em>&bdquo;Widitie?&rdquo;,</em> a młodzi mruczą bez przekonania <em>&bdquo;widzimy...&rdquo;</em> Ale ja korzystam i dowiaduję się kilku ciekawostek. Ponoć pod Lwowem jest cała masa podziemnych korytarzy, niestety w&nbsp;większości zasypanych... </p> <p align="justify"> Schodząc z kopca mijam niewielki ceglasty murek, tyle pozostało po XIII-wiecznym zamku księcia Danyła (Daniela) Halickiego i jego syna Lwa. W przewodniku piszą, że gdzieś tu powinien stać kamienny lew, ale nijak nie mogę go znaleźć. Lwowskie lwy mają skłonność do częstych zmian miejsca pobytu... </p><p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Pośr&oacute;d krętych uliczek u podn&oacute;ża kopca znajduje się kilka mniej lub bardziej ciekawych kości&oacute;łk&oacute;w, w jednym znajdują się rekonstrukcje wyglądu miasta w r&oacute;żnych okresach. Bileterka słysząc moją polską mowę z dumą prowadzi mnie do makiet i tłumacząc coś zawile podkreśla <em>&bdquo;eto Polsza&rdquo;</em> albo coś podobnego... Pewnie chciała sprawić mi przyjemność, ale przecież ja to dobrze wiem! Lekcję z historii odrobiłam na piątkę.</p> <p> Szukam na makietach znajomych mi budowli &ndash; są! Kości&oacute;ł Dominikan&oacute;w, Bernardyn&oacute;w, polska katedra, kopiec Unii (to już na ostatnim planie, z końca XIX w.). Na&nbsp;starszych planach widnieją mury miejskie, dziś są tam deptaki dla mieszkańc&oacute;w i turyst&oacute;w &ndash; Prospekt Swobody i ulica Podwalna wraz z Wałami Gubernatorskimi. </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Właściwie trasa wycieczki dobiegła końca, do placu Halickiego dochodzę wzdłuż Bramy Gliniańskiej, paskudnie wyglądającej, co tu dużo m&oacute;wić... Niby odrestaurowana, ale architekt miał gorszy dzień, bo powstał ceglasty potworek, ani wyglądający na stary, ani funkcjonalny. </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Pozostało jeszcze znaleźć coś do jedzenia. Pani Lucyna wskazała mi niedrogą knajpkę, w kt&oacute;rej, nie mając wyg&oacute;rowanych wymagań i obszernego portfela, można zjeść. Idę. Po&nbsp;drodze zaglądam na bazarek, pełen owoc&oacute;w (stosunkowo drogie), warzyw i skarpetek. </p> <p align="justify"> Knajpka &bdquo;Jałynka&rdquo; wygląda przyzwoicie, śmiało sięgam po menu i... nie wiem, co jest czym. Proszę o pomoc kelnerkę i składam zam&oacute;wienie: &bdquo;mięso, ziemniaki, sur&oacute;wka&rdquo;, niby proste... Ona wskazuje na jedną z pozycji w menu. Ok., spr&oacute;bujmy. Pyta, czy chcę chleb (to&nbsp;zrozumiałam). Chleb? Do ziemniak&oacute;w? Nie, dziękuję. Jak oni tutaj jedzą? Przynosi łyżkę. Oj, chyba się nie zrozumiałyśmy, to pewnie będzie zupa... Jasne &ndash; dostaję miseczkę pełną gęstego sosu, w dużymi kawałkami twardego (dobrze, że zęby zdrowe) mięsa i fasolą. No tak, chleb by się przydał, ale teraz głupio mi o niego prosić. Właściwie to było całkiem smaczne. Dobrze przyprawione i syte, w sumie wyszło pozytywnie.&nbsp;</p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p> Słońce jeszcze wysoko, więc już zupełnie bez planu wł&oacute;czę się okolicznymi uliczkami, przy okazji znajdując supermarket, z czego bardzo się cieszę, bo sprawa zakup&oacute;w &bdquo;jedzeniowych&rdquo; uległa tym samym znacznej poprawie, zar&oacute;wno lingwistycznej, jak i&nbsp;finansowej. Wieczorem wracam do pokoiku, jak co dzień zdaję relację pani Lucynie i biorę książkę do ręki. Nad książkami generalnie nie wybrzydzam, ale tym razem wzięłam wyjątkowo niesympatyczną w lekturze. Jutro muszę zapytać panią Lucynę, czy nie ma ciekawszej w swojej biblioteczce.</p> <p>&nbsp;</p> <p><strong>27-04-09</strong></p> <p align="justify"> Poniedziałek. Czterysta kilometr&oacute;w ode mnie Warszawa zaczyna kolejny tydzień, koleżanki właśnie rozwiązują pierwsze problemy pacjent&oacute;w, kt&oacute;ryś lekarz zapewne sp&oacute;źnił się do pracy, a ktoś zgłosił L-4. Pretensje, nerwy, stres. Dzień jak co dzień. </p> <p align="justify"> A ja? Ja ubieram czapeczkę na głowę (na lwowskich wzg&oacute;rzach słońce mocno grzeje), do ręki biorę przewodnik i... w miasto! Z tym przewodnikiem to ciekawa sprawa &ndash; mam w&nbsp;nim pięć tras, akurat na czas pobytu i naprawdę staram się wędrować wedle wskaz&oacute;wek. Co i rusz jednak zbaczam z trasy... Nie rozumiem ;) Najprostszą odpowiedzią jest moja fatalna orientacja w terenie, ale tłumaczę sobie, że świadomie zbaczam w bok &bdquo;bo tam jest coś ciekawego&rdquo;. </p> <p align="justify"> Nie inaczej było dzisiaj. Trasa zakładała spacer prospektem Szewczenki, znam tę&nbsp;ulicę, bo przecież pierwszego dnia (omyłkowo!) trafiłam właśnie na nią. Więc dziś idę i&nbsp;nawet nie patrzę na mapę. Efekt? Nagle znajduję się zupełnie gdzie indziej! No nie... Skręciłam za wcześnie.... Staję na rogu, dobrze, że nie pod latarnią, ale we Lwowie latarnie w&nbsp;większości wiszą nad środkiem ulicy, wyciągam mapę i zagłębiam w niej nos. Pies z&nbsp;kulawą nogą nie zapyta czy przypadkiem nie pom&oacute;c &ndash; po co? Skoro trafiła sama, to i dalej sama sobie poradzi. Po chwili intensywnych studi&oacute;w mam opracowaną trasę, kt&oacute;ra wywiedzie mnie na ulicę Szewczenki. Nie ma jednak tego złego, dzięki pomyłce mam szansę obejrzeć kolejne kamieniczki.</p> <p align="justify"> Kamieniczki &ndash; to osobny rozdział... Druga wojna obeszła się z miastem Lwa dość łaskawie, zdecydowana większość zabudowań stoi tak, jak jest postawiono. XVIII- i XIX-wieczne budynki trwają, nietknięte ludzką ręką. Owo &bdquo;nietknięcie&rdquo; okazuje się jednak zgubne, 90 procent kamienic wygląda tak, jakby miały się za chwilę rozsypać. Przepiękne zdobienia, rzeźby, płaskorzeźby, kute w żelazie balkony &ndash; to wszystko jest strasznie zaniedbane. W wielu przypadkach budowniczowie to sławy architektury: Alfred Zachariewicz, Oskar Sosnowski, Władysław Derdacki czy Witold Minkiewicz &ndash; zainteresowanym nazwiska m&oacute;wią pewnie wiele. </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Dochodzę do ulicy Stefana Bandery, dla Ukraińc&oacute;w to wielki bohater narodowy, walczył o ich niepodległość i suwerenność. Dla Polak&oacute;w Bandera to synonim barbarzyństwa i&nbsp;mord&oacute;w ludności cywilnej, ale Ukraińcy są szczeg&oacute;lnie wyczuleni na jego punkcie. Sama ulica duża szeroka, przy niej stoi lwowska Politechnika, a przed uczelnią rozłożyła się z&nbsp;przenośną budką z jedzeniem starsza kobieta. Ma kilka blaszanych pojemnik&oacute;w z plackami, smażonymi w głębokim tłuszczu i z ziemniaczanym lub kapuścianym nadzieniem &ndash; tego doczytałam się sama. Był jeszcze jeden pojemnik, z nazwą, kt&oacute;rej nie pomnę, więc, wiedziona ciekawością, proszę o to &bdquo;coś&rdquo;. Dostaję &bdquo;par&oacute;wkowy krokiet&rdquo;, gorący i baaardzo tłusty. Par&oacute;wkę czułam w żołądku do końca dnia. Ale co tam &ndash; należy pr&oacute;bować lokalnych specjał&oacute;w.</p> <p align="justify"> Zadowolona z życia idę przed siebie zerkając na co ciekawsze kamienice i nagle słyszę <em>&bdquo;dzień dobry!&rdquo;.</em> <em>&bdquo;Dzień dobry&rdquo;</em> &ndash; pewnie zauważył przewodnik po polsku i chce pogadać, myślę patrząc na starszego pana w ogr&oacute;dku. A on do mnie <em>&bdquo;jaki ten świat mały!&rdquo;</em>. Zbaraniałam... po czym mnie olśniło! M&oacute;j znajomy z cmentarza Łyczakowskiego! No tak! Zaczęliśmy rozmawiać, on z prośbą o przesłanie zdjęcia, kt&oacute;re zrobiłam (dobrze, że nie skasowałam); okazało się, że pan dzielnie pomaga przy odnawianiu polskich nagrobk&oacute;w i&nbsp;pomnik&oacute;w we Lwowie i okolicach. Zaprosił na łyczek nalewki, c&oacute;ż, dzień był ciepły, gardło wysuszone, więc... co tu dużo m&oacute;wić. Nalewka była pyszna! Kiepski ze mnie znawca, ale ten smak... winogronowy... Mniam! Wypiliśmy kapkę, pan pochwalił się wnuczętami i zdjęciami ze swej &bdquo;działalności&rdquo;, pogadaliśmy o Lwowie i lwowiakach, po czym trzeba było się zbierać dalej. Przemiła znajomość, może jeszcze kiedyś się przyda...</p><p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Z uśmiechem dzielnie idę dalej. Idę, idę... zn&oacute;w pomyliłam drogę! Wszystko przez tę nalewkę. A w planach mam dotarcie do dworca kolejowego. Po drodze mijam kości&oacute;ł św. Elżbiety &ndash; ufundowany na cześć tragicznie zmarłej cesarzowej Sisi, małżonki Franciszka J&oacute;zefa, zamordowanej przez szaleńca przy użyciu nożyc. </p> <p align="justify"> Z placu Kropywnyc&rsquo;koho (Kropiwnickiego), na kt&oacute;rym znajduje się wzmiankowana świątynia, zmierzam prosto w kierunku widocznego z daleka dworca. Zmierzam tym szybciej, że mam nadzieję znaleźć tam pewien przybytek... pilnej potrzeby. Tuż przed dworcem, pośr&oacute;d najr&oacute;żniejszych budek z fast-foodami, widzę tablicę EURO 2012 POLAND-UKRAINE. No tak, Lw&oacute;w jest przecież zgłoszony jako jedno z miast organizujących mistrzostwa. Hmm... Jestem tutaj już kilka dni, a ta plansza to właściwie jedyny ślad przygotowań. Gdzie budowa stadionu, hoteli, ba! Dr&oacute;g chociażby! Lwowskie ulice w przeważającej mierze brukowane są kostką bazaltową, bardzo wytrzymałą, ale tym bardziej nier&oacute;wną; asfalt znajdziemy tylko w nowych dzielnicach. C&oacute;ż, mając por&oacute;wnanie, stwierdzam, że w Polsce jesteśmy lata świetlne do przodu. Ale pewnie mądrzejsi się nad tym głowią... </p> <p align="justify"> Dworzec kolejowy robi wrażenie &ndash; budynek z przełomu XIX i XX wieku, pełen rzeźb W&oacute;jtowicza i Popiela, niedawno odnowiony, jest prawdziwą dumą lwowiak&oacute;w. Ale ja szukam toalety! Jest &ndash; oczywiście płatna, ale co mnie zaskoczyło: zamiast muszli jest... dziura. Dziura marmurowa, z ładnie zaznaczonymi miejscami w kt&oacute;rych należy stanąć, by... trafić... Fizjologia nie lubi jednak zdumień, nie wnikajmy więc w szczeg&oacute;ły. </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Postanowiłam spr&oacute;bować lwowskiego hot-doga, to danie zapewne można spotkać w&nbsp;najbardziej zapadłej dziurze. Par&oacute;wka... To jednak prawda, że par&oacute;wki powstają ze&nbsp;zmielonych najr&oacute;żniejszych resztek, łącznie z papierem, w kt&oacute;re są owijane... I&nbsp;marchewka, dużo startej marchewki. To warzywo akurat lubię.</p> <p align="justify"> Zmierzając od dworca ulicą Horodocką w stronę katedry św. Jura napotykam na coś, co wywołuje duży uśmiech i jeszcze większe zdumienie. Blaszak wielkości automatu do&nbsp;kawy, z przodu szklanka, ale... przymocowana łańcuszkiem! Wiem, że coś takiego stało dawniej na&nbsp;ulicach, z wodą sodową chyba, ale nie sądziłam, że zobaczę na własne oczy! W&nbsp;pierwszej chwili sięgnęłam po aparat, ale wstyd mi się zrobiło. Pomyślą o mnie &ndash; &bdquo;oho, przyjechała obca, widać, że z Zachodu, a czemu tu się dziwić?&rdquo; Poszłam dalej, jak gdyby nigdy nic. A p&oacute;źniej mocno żałowałam, że nie zrobiłam zdjęcia... Nigdzie indziej już taki &bdquo;automat&rdquo; się nie powt&oacute;rzył. </p> <p align="justify"> Kolejna ciekawostka &ndash; kątem oka dostrzegam zbiegowisko na podw&oacute;rku, zwalniam, przyglądam się, widzę &ndash; &bdquo;Moroziwo&rdquo;. Znaczy, punkt sprzedaży lod&oacute;w. Na takim zapadłym podw&oacute;rku, że bałabym się wejść tam o zmroku! Kilka wrak&oacute;w samochod&oacute;w, powybijane okna, jakieś szmaty dookoła i... kolejka spragnionych zimnego deseru lwowiak&oacute;w. </p> <p align="justify"> Następny zabytek według przewodnika &ndash; katedra św. Jura, najważniejsza świątynia unicka i siedziba metropolity grekokatolickiego. Położona na wzg&oacute;rzu, pięknie odnowiona, złocista w promieniach zachodzącego słońca, barkowa budowla przyciąga spojrzenia. </p> <p align="justify"> Święty Jur to rusiński odpowiednik świętego Jerzego, kt&oacute;rego we Lwowie wizerunk&oacute;w jest bez liku, a jego kult, zarzucony przez katolicyzm, na wschodzie wciąż jest obecny. Ikony przedstawiające świętego Jerzego zabijającego smoka znajdziemy w każdej niemal cerkwi. Jeden z pomnik&oacute;w tego świętego, znajdujący się na placu Hryhorienka, niedaleko Uniwersytetu, posłużył nawet jako personifikacja ukraińskich walk o&nbsp;niepodległość. </p> <p align="justify">Dalej budynek Uniwersytetu. Teraz uczelnia nosi miano Iwana Franki, przed wojną znany był jako Uniwersytet im. Jana Kazimierza. Jest to duży, zbudowany w stylu wiedeńskiego klasycyzmu budynek, znajdujący się tuż obok parku, także imienia Iwana Franki, pełnego młodych ludzi z książkami i ... nie tylko w ręku. </p> <p> Kolejny etap to Ossolineum, czyli Zakład Narodowy im. Ossolińskich; dużo obiecywałam sobie po tym miejscu! To miejsce przez lata świadczyło o wyjątkowej pozycji Lwowa na kulturalnej i naukowej mapie Polski, było ośrodkiem skupiającym najtęższe umysły epok. Nie odm&oacute;wiłam sobie wejścia do środka, choć mogłam jednie zajrzeć w głąb budynku &ndash; ciemnego, chłodnego, pełnego tajemniczych szept&oacute;w i cichych rozm&oacute;w. Starałam się cofnąć myślą 100 lat i wyobrazić sobie dawne życie budynku, co nie jest trudne, zważywszy na niezmieniony stan &bdquo;techniczny&rdquo;. Podkreślę jeszcze raz &ndash; Lw&oacute;w miał to&nbsp;szczęście, że walki o miasto oszczędziły w dużej mierze miasto. </p> <p align="justify"> Przykro jedynie, że strona lwowska przywłaszczyła sobie niejako polskie tradycje bez&nbsp;jednego słowa napomknienia do dawnych dziej&oacute;w gmachu. Ukraińcy zdają się zapominać, w dużej mierze świadomie, że Polacy jednak dużo dobrego zrobili na tej ziemi. Przez wieki byliśmy &bdquo;u siebie&rdquo;, stworzyliśmy na tych ziemiach wspaniałą kulturę i wysoką naukę. Teraz wszystko uległo zmianie, a na poczynaniach politycznych najbardziej ucierpieli zwykli ludzie... </p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Zapewne podobne myśli plączą się po głowach niemieckich turyst&oacute;w odwiedzających okolice Dolnego Śląska czy Mazur. Oni r&oacute;wnież muszą czuć się nieswojo na ziemi ojc&oacute;w, tak, jak Polacy czują się na Kresach. Takie podr&oacute;że jednak potrafią nauczyć tolerancji i&nbsp;pokory; choć żal nieraz ściska serce, to jest nowa rzeczywistość, w kt&oacute;rej przyszło nam żyć i&nbsp;musimy ją zaakceptować. Trzeba wiedzieć, widzieć i pamiętać o tym wszystkim, co&nbsp;wydarzyło się i na Wschodzie i na Zachodzie &ndash; to nasz obowiązek. Trzeba nam jednak pogodzić się z zastałą sytuacją i wszelkie pretensje przekuć na dbałość i pamięć. Można z&nbsp;dużo lepszym skutkiem zadbać o polskość owych ziem, niekoniecznie gardłując za sprawą na wiecach politycznych, czasem wystarczy przyjechać i uporządkować jeden grobowiec. Jeden mały nagrobek z polskimi napisami może stać się dowodem pamięci... </p> <p align="justify"> Ech, w ponury nastr&oacute;j wprowadziła mnie wizyta w Ossolineum... Pomimo całej sympatii dla Ukraińc&oacute;w i dużego stopnia świadomości politycznej, co nieskromnie zauważam, trudno przyszło mi zaakceptować fakt, że tu, gdzie tkwił ośrodek polskiej kultury, nie ma teraz najmniejszej tabliczki, upamiętniającej dzieje budynku... </p> <p align="justify"> Idę na lody, one są najlepszym &bdquo;poprawiaczem nastroju&rdquo;. Spacerując ulicą Kopernika, napotykam pałac Sapieh&oacute;w. Sam budynek jest pięknie wyremontowany, ale brama wjazdowa, z zardzewiałego, kutego żelaza, pamięta zapewne pierwszych właścicieli. Między bramą a&nbsp;budynkiem sterta śmieci i połamanych gałęzi; c&oacute;ż, skoro sam budynek doczekał się odnowienia, należy mieć nadzieję, że i bramę czeka świetlana przyszłość ;)</p> <p align="justify"> Na Kopernika znajduję jeszcze jeden pałac &ndash; Potockich - a to już potężny budynek! Obecnie mieści się tutaj Muzeum Sztuki Dawnej Książki Ukraińskiej. Ciekawostka &ndash; na&nbsp;fasadzie budynku dostrzegam herb Potockich, czyżby obecnym władzom nie przeszkadzał ten ślad dawnych właścicieli? To bardzo optymistyczna oznaka, że jednak nie wszystko zostało zaanektowany przez czasy wsp&oacute;łczesne. A sam pałac piękny, zbudowany w latach 1889-1890, zachwyca lekkością, strzelistością i wspaniałymi proporcjami. No i tym, że jest świeżo po remoncie, co sprawia, że przy rozpadających się kamieniczkach faktycznie okazuje magnacki splendor.</p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> Wystarczy na dziś zwiedzania. Z książką w ręku, zajadając się domowymi słodyczami (to zwykłe wafle przekładane słodką masą, czymś na wz&oacute;r karmelu, ale jeszcze z jakimś dodatkiem, kt&oacute;rego nie potrafię nazwać) z pobliskiego bazarku, zasiadam na skwerku i&nbsp;zerkając co i rusz na to, co dzieje się na ulicy, zagłębiam nos w dzieje Bolesława Krzywoustego.</p> <p align="justify"> A na ulicy lwowskiej często dzieje się coś ciekawego i nie mam tu na myśli happening&oacute;w czy pochod&oacute;w. Dużo ciekawsza jest obserwacja ruchu pieszo-samochodowego. Coś, co na poz&oacute;r jest chaotycznym i niebezpiecznym wręcz zjawiskiem, okazuje się mieć sw&oacute;j wewnętrzny porządek, kt&oacute;ry całkiem dobrze sprawdza się w miejskim tłoku. Bo&nbsp;lwowskie ulice są zatłoczone... Nie przystosowane do tak dużej ilości aut, z brakiem miejsc parkingowych, gdzie sygnalizacja działa &bdquo;rzadko&rdquo;, wymagają sporych umiejętności wsp&oacute;łpracy. Tak, właśnie to sł&oacute;wko najlepiej chyba oddaje wzajemną koegzystencję pieszych i kierowc&oacute;w: pierwsi przechodzą ulice gdzie im się żywnie podoba, drudzy zatrzymują się rzadko, ale zawsze zwalniają. Klakson rozbrzmiewa dość często, ale niewielkie wywiera wrażenie; czasem ktoś pogrozi zza kierownicy, czasem pieszy obejrzy się ze złym słowem na ustach, ale całość funkcjonuje poprawnie! </p> <p align="justify"> I jeszcze jedno spostrzeżenie &ndash; sądząc po markach samochod&oacute;w przemierzających lwowskie ulice, zastanawiam się gdzie jest ta bieda, o kt&oacute;rej w Polsce głośno??? Takiej ilości Lexus&oacute;w, BMW i Audi nie zdarzyło mi się widzieć w jednym miejscu już dawno... Nie wnikajmy, kto nimi jeździ, tyle poradziła mi pani Lucyna.</p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"><strong>28-04-09</strong></p> <p align="justify"> Na dziś przewodnik przewidział forsowny spacer w kierunku Pohulanki. To&nbsp;dzielnica lwowskiego Łyczakowa, pełna mniejszych i większych domk&oacute;w, willi, ogr&oacute;dk&oacute;w. Zanim jednak dotrę do owej części miasta, zajrzę jeszcze do słynnego Parku Stryjskiego. Dochodzę do niego ulicą Iwana Franka, chyba najbardziej dziwaczną lwowską ulicą. Przed wojną w jej skład wchodziło kilka innych uliczek: Pańska, Zyblikiewicza, pl.&nbsp;Prusa, św. Zofii, Ponińskiego. Wzdłuż arterii znajduje się całe mn&oacute;stwo ciekawych kamieniczek, nie spos&oacute;b spamiętać czyich i czyim wysiłkiem ozdobionych. Ruch spory, widać spieszących do pracy czy szkoły ludzi. Ciekawostka &ndash; jestem już piąty dzień w&nbsp;mieście, a zastanawia mnie mała liczba turyst&oacute;w, jakich można spotkać na placach i&nbsp;ulicach. Mam nieodparte wrażenie, że sama wywołuję zaciekawienie u przechodni&oacute;w trzymanymi w rękach aparatem i mapą. Owszem, spotykam zorganizowane wycieczki, czy to&nbsp;młodzieży czy senior&oacute;w, ale wydaje mi się, że turyst&oacute;w indywidualnych tutaj jak na&nbsp;lekarstwo. Dziwne... A może tylko dobrze się maskują, a ja, chodząca z zadartą głową, by&nbsp;lepiej widzieć kamienice, ich nie dostrzegam.</p> <p align="justify"> Park Sryjski prawie pusty &ndash; gdzieś w oddali widać tr&oacute;jkę młodych ludzi, kt&oacute;rzy, zamiast na kartach podręcznik&oacute;w biologii, wolą oglądać naturę w rzeczywistości. Oby tylko oglądać... Znajduje się tutaj pomnik Jana Kilińskiego, stąd park w dawnych latach zwał się parkiem Kilińskiego. Warto wspomnieć, że także w tym miejscu, w 1894 roku odbywała się Wystawa Krajowa, w trakcie kt&oacute;rej odsłonięto wspomniany pomnik i otwarto dla publiczności rotundę ze słynną Panoramą Racławicką, dziś eksponowaną we Wrocławiu.</p> <p align="justify"> Sam park jest dość mocno zaniedbany, jakby jednak nie marudzić, jest dumą lwowiak&oacute;w i zieloną wizyt&oacute;wką miasta. Po kr&oacute;tkim odpoczynku wśr&oacute;d drzew wracam na&nbsp;ulicę Franka i zaraz za kościołem św. Zofii wkraczam na Pohulankę. To dzielnica pełna pięknych niegdyś, dziś w dużej mierze zaniedbanych czy wręcz opuszczonych dom&oacute;w i willi. Jest tu cicho i spokojnie, uliczki wąskie, gdzieniegdzie przemyka pies lub na ganku wygrzewa się kot, co krok znajduję ogr&oacute;dki i ogr&oacute;deczki, zaczyna rozkwitać bez... Zdawać by się mogło &ndash; sielanka. Jednak jeśli przypatrzymy się bliżej, dostrzeżemy wszędobylskie talerze anten satelitarnych, wyjątkowo nie pasujących do starych i stylowych domk&oacute;w. Dostrzeżemy też stosy zardzewiałych części samochodowych zgromadzonych w kątach podw&oacute;rek i mocno sfatygowaną bieliznę, suszącą się na rozciągniętych między drzewami sznurkach. Nie taki obrazek sielski, jak go malują... Wstyd mi troszkę wyciągać aparat i fotografować ludzkie codzienne życie, choć to właśnie jest dla mnie dużo bardziej interesujące niż kilometry XIX-wiecznych kamienic. C&oacute;ż, kolejny argument za nabyciem teleobiektywu.</p> <p align="justify"> Na Pohulance można odnaleźć prawdziwy, swojski Lw&oacute;w. Nie ma tu takiego ruchu jak na większych ulicach, ani takiego tłumu, jak na Star&oacute;wce. Tutaj można zadumać się nad mijającym czasem i krętymi ścieżkami ludzkich los&oacute;w. Wolno spaceruję ulicami Kubańską, Kubijowicza, Tarnowskiego i cieszę się, że mogę być tu i teraz, że mogę dotknąć resztek dawnego świata, kt&oacute;rego już jutro może nie być, bo zagłuszy go telewizyjny szum i&nbsp;reklamowy chłam.</p> <p align="justify"> Zaraz za Pohulanką rozciąga się cmentarz Łyczakowski i tuż obok Orląt Lwowskich, bardziej z prawej kolejny park i dalej jedna z najbardziej znanych lwowskich ulic, od nazwy kt&oacute;rej przywykło się określać całą dzielnicę &ndash; Łyczakowska. Dziś jest szeroką arterią, po&nbsp;kt&oacute;rej mkną auta i brzęcząc zardzewiałymi blachami majestatycznie suną tramwaje. Domy wzdłuż niej niepozorne, szare, zakurzone, pieszych niewielu &ndash; czym prędzej skręcam w&nbsp;boczną Skoworody, by uciec od wielkomiejskiego gwaru. Docieram do znanej mi Piekarskiej, sporo młodzieży, w końcu przy tejże ulicy swoje siedziby mają Akademia Medyczna i Lwowski Uniwersytet Medyczny. Ciekawostką są także mieszczące się przy tej ulicy domy, w kt&oacute;rych w XIX i XX wieku mieściły się warsztaty kamieniarzy, wykonujących nagrobki na nieodległy przecież cmentarz Łyczakowski. </p> <p align="justify">Spacer po Pohulance wprawił mnie w dziwnie melancholijny nastr&oacute;j, chyba potrzebuję słodyczy na poprawę humoru. Kierunek &ndash; pobliski bazarek i przepyszne domowe wafle ze nadzieniem toffi...</p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"><strong>29-04-09</strong></p> <p align="justify">Dziś ostatni &bdquo;pełny&rdquo; dzień we Lwowie. Dość relaksacyjnie zaplanowałam zwiedzanie Muze&oacute;w, spacer do dawnej fabryki w&oacute;dek Baczewskiego i wspinaczkę na wieżę ratuszową.</p> <p align="justify">Kierunek na pomnik Mickiewicza i dalej w stronę Opery. Na ileż ludzi patrzył wieszcz z g&oacute;ry... Szczęśliwie stoi naprzeciw balkon&oacute;w hotelowych, z kt&oacute;rych kilka dziesiątek lat temu koncerty dawał sam Kiepura, z samym centrum lwowskiego życia, więc na brak ciekawostek nie może narzekać. Mijam gmach Muzeum Narodowego, wr&oacute;cę tu za kilka godzin, i Operę, idę w stronę Starego Rynku. Będę spacerować po najstarszym lwowskim kwartale; tutaj, już przed czasami Kazimierza Wielkiego, kt&oacute;ry to nadał Lwowowi prawa miejskie, tętniło życie, ruskie w owych czasach. Dziś o dawnych dziejach świadczą jedynie nazwy ulic: Pidmurna, Zamkowa, Niski Zamek itp. Tutaj znajdują się najstarsze kościoły, z Matki Boskiej Śnieżnej na czele. Ten ostatni zachował resztki architektury gotyckiej, tak rzadko spotykanej w mieście z uwagi na liczne pożary, jakie trapiły Lw&oacute;w w dawnej przeszłości. Kości&oacute;ł niestety zamknięty. No tak, przecież turyst&oacute;w nie ma... Rozglądam się za jakimś przyjaznym duchem świątyni, czymś na wz&oacute;r zachrystii &ndash; nie ma. Dookoła walące się budynki, sam kości&oacute;ł nijak nie przystaje do otoczenia swoją odnowioną elewacją. </p> <p align="justify">Idę dalej ulicą Chmel&rsquo;nyc&rsquo;koho (Chmielnickiego &ndash; następny bohater narodowy!) w&nbsp;stronę Starego Rynku. Ulica, jak niemal wszędzie, brukowana &bdquo;kocimi łbami&rdquo; &ndash; ciekawa sprawa z tymi kotami we Lwowie, na każdym niemal kroku można je spotkać. Wyciągają się i prężą zupełnie spokojne, na obcych patrzą zmrużonymi ślepiami, poruszając ogonem w&nbsp;spos&oacute;b zupełnie ... nie koci (lwi???). Ciarki po plecach przechodzą, kiedy je dłużej poobserwować. Może w dziewięciu życiach kot&oacute;w jest nieco prawdy? Sprawiają wrażenie, jakby faktycznie były z innego świata. Tego pełnego polskiej gwary, żydowskich mycek i&nbsp;ukraińskich przyśpiewek. Ze świata, w kt&oacute;rym ulica Badery nadal jest ulicą Sapiehy, a&nbsp;prospekt Szewczenki to nic innego jak Akademicka. Mijam pomnik ofiar Holocaustu, okazuje się, że społeczność żydowska została niemal doszczętnie wytępiona przez hitlerowc&oacute;w, pogromy przeżyło około 8% lwowskich Żyd&oacute;w. </p> <p align="justify">Idąc dalej napotykam na cerkiew i klasztor św. Onufrego, zapewne niewielu wie, że&nbsp;właśnie tutaj pierwotnie znajdowała się ikona Matki Boskiej, wywieziona w 1382 roku do klasztoru paulin&oacute;w w Częstochowie. Tak, tak, chodzi o cudowny obraz Czarnej Madonny! Kolejną ciekawą cerkwią jest świątynia Piatnycka (św. Paraskewy), wewnątrz kt&oacute;rej znajduje się wspaniały ikonostas w stylu bizantyjskim, z sześcioma rzędami ikon, datowany na&nbsp;początek XVII wieku. Usiadłam cichutko w kąciku i z zapartym tchem wpatrywałam się w&nbsp;przepięknie oświetlone promieniami słońca wizerunki świętych. Nie jestem specjalnie religijna, ale to było wręcz mistyczne przeżycie! </p> <p align="justify">Zmierzam w stronę zabudowań, jakie pozostały po dawnej fabryce w&oacute;dek Baczewskiego. Dziś po dawnej świetności pozostały jedynie dwa kamienne lwy, strzegące gł&oacute;wnej bramy, i rok 1782, kt&oacute;ry dumnie widnieje na ścianie jednego z budynk&oacute;w.</p> <p align="justify">Klucząc lwowskimi zaułkami trafiam w okolice wzg&oacute;rza zamkowego i wreszcie na&nbsp;Star&oacute;wkę. Po drodze spotykam starszych ludzi, nowe auta i niezniszczalne koty &ndash; kwintesencję XXI-wiecznego Lwowa. Pozostało jeszcze wspiąć się na ratuszową wieżę, 360 schod&oacute;w w nogach, drobiazg... </p> <p align="justify">Z g&oacute;ry więcej widać &ndash; żadna nowość. Widać ... blaszane dachy. Tak, drodzy czytelnicy, nie szukajcie czerwonych dach&oacute;wek znanych, ot, choćby z czeskiej Pragi. Nie &ndash; we Lwowie dominuje blacha. I jeszcze jedno widać lepiej &ndash; lwowskie dachy mocno się rozsypują i pełno w nich dziur. Wąskie jak studnie podw&oacute;rka, na horyzoncie &bdquo;nowoczesne&rdquo; blokowiska, w kt&oacute;rych za metr płaci się po kilka tysięcy dolar&oacute;w (!), szeroka arteria ulicy Łyczakowskiej, błyszczące złotą farbą kopuły cerkwi św. Jura i strzeliste wieże kościoła św. Elżbiety. A tuż na wyciągnięcie ręki Katedra, z kt&oacute;rej dobiegają dźwięki polskojęzycznej liturgii... </p> <p align="justify">Po p&oacute;łgodzinie spędzonej na wieży i wpatrywaniu się w każdy widoczny lwowski kąt obieram kurs na Muzeum Historyczne i tutaj pierwsze rozczarowanie &ndash; interesujące mnie wystawy zamknięte! <em>&bdquo;No tak...&rdquo;</em> &ndash; mruczę nieco rozczarowana &ndash; <em>&bdquo;można poczuć się jak w</em> <em>domu...&rdquo;</em> We Lwowie jednak muze&oacute;w pod dostatkiem, wracam na prospekt Swobody, do&nbsp;Muzeum Narodowego. Czynne, oczywiście. Tak, na wszystkie dostępne wystawy. Oj, cena troszkę mnie ... zaskoczyła. To była połowa moich dziennych wydatk&oacute;w! Niby to ostatni dzień, ale... coś trzeba jeszcze zjeść... Było, nie było &ndash; idę oglądać XV- i XVI-wieczne ikony. No ładne... Stare... Kiwam nad każdą głową jak największy ikonolog. Ostatnia wystawa to&nbsp;malarstwo wsp&oacute;łczesne, dla mnie kompletnie nieczytelne, ale zapłacone, więc zobaczyć trzeba.</p> <p align="justify">Z uwagi na opłakany stan finans&oacute;w inne muzea postanowiłam pozostawić historykom, ja jestem tylko turystką, więc idę w stronę Opery, spr&oacute;buję dostać się do środka, a nuż uda się zobaczyć słynną kurtynę Siemiradzkiego? </p> <p align="justify"> Wchodzę. Czuję się nieco niezręcznie, ale w najgorszym razie ktoś mnie nieuprzejmie wyprosi. Jest ochroniarz &ndash; z miną &bdquo;zdychającego kota&rdquo; grzecznie pytam, czy można popatrzeć na wnętrza? I nagle widzę szeroki uśmiech &ndash; ależ proszę! No dobrze, powiedział po&nbsp;ukraińsku, ale szeroki zapraszający gest nie m&oacute;gł znaczyć niczego innego. Szerokie schody, wok&oacute;ł purpura i złoto, wspaniałe freski na suficie. Stoję z zadarta głową, kręcę się wszędzie szukając lepszych ujęć i nagle dzwonek &ndash; antrakt! Wok&oacute;ł mnie pojawiają się pięknie ubrane pary, a ja w postrzępionych dżinsach i nieco przybrudzonej bluzie... Hmm... Chyba pora wyjść. Rzucam okiem na widownię, ale kurtyny brak, przedstawienie jeszcze potrwa.</p> <p align="justify">&nbsp;</p> <p align="justify"> I to byłoby tyle pierwszorazowych wrażeń, pozostało podsumowanie owych dni. Wybaczcie Państwo, że pozwolę sobie przytoczyć wiersz, napisany przez Andrzeja Szczepkowskiego, ale te kilka wers&oacute;w najlepiej oddają wrażenia i tęsknoty, jakie pozostają we wrażliwych sercach po wizycie w mieście Lwa:</p> <p align="justify"><em> &bdquo;Ten lwowski świat pełen urody,</em></p> <p align="justify"><em> świat pachnącego chleba, czystej wody</em></p> <p align="justify"><em> świat poetyckich pięknych wizji,</em></p> <p align="justify"><em> bez komputer&oacute;w, telewizji,</em></p> <p align="justify"><em> bez zgrzyt&oacute;w, mit&oacute;w, satelit&oacute;w,</em></p> <p align="justify"><em> po nocach czasem nam się śni...</em></p> <p align="justify"><em> Ach, gdzież są kwiaty z tamtych dni?</em></p> <p align="justify"><em> łza pod powieką piecze, że się rozwiało gdziesi...</em></p> <p align="justify"><em> że spisano na straty i że jak m&oacute;wią braci Czesi:</em></p> <p align="justify"><em> Czlovecze! To se uż ne vrati!&rdquo;</em></p>

powrót do początku strony