Kontrast:
ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »
APLIKACJA MOBILNANEW

TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku

Jeżeli ktokolwiek z Was interesuje się Indiami, ich kulturą i mentalnością, to właśnie ta książka będzie dla Was wspaniała i niezapomniana.

Robb przedstawia tutaj Indie trochę inaczej niż zazwyczaj są one rysowane w mediach i w opinii publicznej. Niestety jest tak, co sam autor przyznaje, że większość z nas właśnie przez media sądzi, że przez to iż jest to tak odległa dla nas kultura, nie warto tam jechać, a jeżeli już się zdecydujemy, to powinniśmy się bać i cały czas oglądać się za siebie. To dotyczy choćby gwałtów, które opinia publiczna wysunęła na pierwsze pole, jakoby tam każdy mężczyzna nie myślał o niczym innym. Jak się dowiecie z tej książki – wcale tak to nie wygląda. Może jest im ciężko, może żyją spokojniej i nie muszą zrobić wszystkiego „na już”, czasem w biedzie, ale gospodarka mimo to i tak się rozwija, a szkoły walczą o każdą uczennicę.

Jednak motywem przewodnim, który pojawia się w książce, jest kino. Wyświetlane kreskówki z Bolkiem i Lolkiem oraz z Reksiem, z projektora, praktycznie gdzie tylko się da, ale i tak najbardziej podobały mi się opowieści ze szkół. To niesamowite jak bohaterzy którzy bawili i wychowywali nas i pokolenie naszych rodziców może tak samo bawić tamtejsze dzieci. Bo niby czym one różnią się od nas? Osobiście bardzo się cieszę i popieram ideę autora, który pokazywał polskie kreskówki.

Co pozostaje mi powiedzieć? Jeżeli chcecie wspólnie z autorem przeżyć niezwykłą przygodę, to zapraszam do lektury. Dajcie się wciągnąć w przygody ze skuterem, w ruch uliczny, w kulturę indyjską i odkryjcie sami jak dzieci, ale nie tylko, reagowały na  bohaterów polskich bajek.

Książka napisana niezwykle przystępnie. Praktycznie powinien być z niej zadowolony każdy kto choć trochę interesuje się Indiami. Podziwiam ogromnie autora za jego pomysł, gdzie pomimo tego, że spędzał wakacje, to robił jeszcze coś co uszczęśliwiało nie tylko dzieci, ale i dorosłych.

Czyta się lekko, a gdy dacie się już wciągnąć, to z wielka ochotą będziecie chcieli poznawać dalsze rozdziały. Autor wręcz zaprzyjaźnia się z nami poprzez swój przekaz słowny.

Ogromnie polecam.
DobreRecenzje.pl Edyta; 2016-11-04

Piekło - niebo. Zrozumieć Koreę

Na początek zagadka: w którym kraju dla upamiętnienia urodzin przywódcy (rocznik 1912) jeden z operatorów  telefonii komórkowej wszystkie swe numery zaczyna  od cyfr: 1-9-1-2?
 
I następna zagadka: Podczas czyich narodzin – dodajmy- w samym środku zimy (!) zakwitły kwiaty, a ptaki przemówiły ludzkim głosem???!!!
 
I ostatnia zagadka: Jaki to kraj, gdzie zanim wejdzie się  na basenie do wody, trzeba pierwej złożyć głęboki ukłon…pomnikowi przywódcy kraju, zaś za zwinięcie w rulon gazety z jego (przywódcy) podobizną grozi surowa kara?
 
„Bohaterami” tych trzech zagadek są – kolejno – Kim-Ir-Sen(dziad), Kim-Dzong-Il(syn) i Kim-Dzong-Un(wnuk) reprezentujący trzy pokolenia rodziny, która twardą ręką rządzi jednym z najmniej znanych państw świata  - Koreą Północną.
 
Reżim północnokoreański od dziesięcioleci konsekwentnie prowadzi politykę izolacji od reszty świata, kiedy więc ujrzałam książkę „Piekło-niebo. Zrozumieć Koreę” miałam nadzieję, że jej treść znacząco poszerzy moją wiedzę. Jej autor – Rafał Tomański, znawca Japonii, jak głosi tekst na okładce, opisuje 12 miesięcy z życia mieszkańców  Półwyspu Koreańskiego  z okresu pomiędzy czerwcem 2015 a 2016.
 
Niestety, książka Tomańskiego nie przyniosła znaczącej poprawy stanu mej wiedzy, ale chyba trudno oczekiwać, że szczelna kurtyna odgradzająca Koreę Północną od reszty świata opadnie na tyle, że zobaczymy prawdziwy obraz codzienności tego dwudziestoczteromilionowego kraju.
 
A teraz trzy kolejne zagadki:1) Jaki to kraj, gdzie jednym z oficjalnych świąt państwowych jest… Dzień Alfabetu?(Hangul). 2)Gdzie  szefowie korporacji organizują dla swych pracowników…pozorowane pogrzeby, by w tak cokolwiek drastyczny sposób  przypomnieć o sensie życia i o tym, że praca NIE JEST w nim najważniejsza!!! 3)I wreszcie trzecia zagadka: w stolicy którego kraju odbywają się zawody….w lenistwie?! Dodam, że pod hasłem: „Cieszmy się myśleniem o niczym”!!!
 
Spieszę z odpowiedzią! To też Korea,  tyle że oddzielona  od Północnej czterokilometrowym pasem ziemi – ponoć  zdemilitaryzowanej, o której jednak mówi się, że jest największym polem minowym świata – Korea Południowa.
 
Oto tragiczny paradoks współczesności: jeden półwysep, jeden naród i dwa sztucznie utworzone kraje, które – jak pisze Autor – „pomimo wspólnej historii dzieli prawie wszystko”.
 
Gdy czytam  wyrażenie: „krewetka  między wielorybami” na myśl przychodzi mi trudne geopolityczne położenie  Polski. Okazuje się jednak, że to samo dotyczy Korei. I tu, nad Wisłą, i tam, na Półwyspie  Koreańskim  zakończenie II wojny światowej nie tylko przyniosło  pokój, ale przede wszystkim budowanie strefy wpływów przez Europę, Stany Zjednoczone, Chiny i Rosję. Dla Półwyspu koreańskiego odznaczało to rozpoczęcie siedemdziesięcioletniego okresu podziału obu państw – na zacofaną, rządzoną przez trzecie już pokolenie neurotycznych satrapów z rodu Kimów i nowoczesne południe, będące jednym z najszybciej rozwijających się państw świata. Ów podział w kontekście tragicznej spuścizny lat powojennych i skomplikowanej teraźniejszości wcale już nie wydaje się taki prosty, jednoznaczny i czytelny.  Jak pisze Rafał Tomański – „Piekło może mieć rozmaite twarze”.
 
Zachęcam do lektury książki, bo stanowi ona swoiste memento dla nas, Polaków tak drapieżnie i pospiesznie usiłujących nadrobić lata cywilizacyjnego zapóźnienia. 
 
Korea Południowa  imponuje wyrastając  na kolejną azjatycką potęgę. „To jeden z najbardziej innowacyjnych krajów w każdej branży świata” – czytamy.  Jednak cena postępu  jest ogromna, a straty – wielkie! Zdawać by się mogło, że nie ma nic złego w tym, że „od najmłodszych lat życie Koreańczyków z Południa kształtuje duch rywalizacji”. Jak to jednak wygląda w praktyce? Oddajmy znów głos Autorowi: „Od najmłodszych lat  uczniowie przechodzą cykliczne piekło egzaminów, po lekcjach posyła się ich na korepetycje i rozmaite zajęcia dodatkowe. Późniejsza praca rządzi się podobnymi prawami, dlatego coraz częściej młoda generacja nazywa swój kraj „piekielną Koreą” (!)
 
Z drugiej jednak strony nikt nie oponuje co więcej – robi się wszystko, by ten pęd ku lepszemu życiu wesprzeć.  Trudno w to uwierzyć, ale  kiedy ponad pół miliona uczniów zdawało testy na wyższe uczelnie, cała Korea rozpoczęła pracę o godzinę wcześniej, by dzieci nie utknęły w korkach! By nie zakłócać części egzaminu z języka angielskiego polegającej na rozumieniu ze słuchu, na 35 minut wstrzymano starty i lądowania samolotów!!!
 
Po latach morderczej nauki przychodzi czas na…morderczą pracę, a wraz z nią – na totalny brak czasu na relaks i odpoczynek. Dane są naprawdę alarmujące. Co siódmy  Koreańczyk jest uzależniony od gier, lawinowo też rośnie liczba samobójstw. Władze  dostrzegają problem,  dlatego przepracowani i uzależnieni od elektroniki Koreańczycy  zachęcani są do udziału w  konkursie na….najdłuższe bezczynne siedzenie w parku! Słowem – zawody w lenistwie!!! „Dla narodu pracoholików to czynność równie trudna jak ping-pong czy pływanie synchroniczne” – dostrzega Autor.
 
Współczesne pokolenie  młodych Koreańczyków z Południa  charakteryzują 3 NIE: NIE angażują się w związki, NIE  wiążą w małżeństwie, NIE decydują się na dzieci!
 
Malejący przyrost naturalny implikuje coraz widoczniejszą biedę emerytów, a brak czasu na rodzinę, znajomości, przyjaźnie i więzi –samotność. To ona każe  ludziom szukać w internecie namiastki  kontaktu z drugim człowiekiem. Rekordy popularności bije program czternastoletniego  Kim Sung-jin`a, który siedzi przed ekranem monitora i…je!!! Oraz rozmawia w trakcie ze swymi widzami!!! Równie popularne są portale dla chcących WSPÓLNIE coś zjeść, wypić, odrobić lekcje (!), a nawet nakarmić kota! I jakby tego było mało, ostatnia sonda społeczna wykazała, że ludzie nie widzą nic złego w tym, że w niedalekiej przyszłości roboty mogą zastąpić ludzkich partnerów!!!
 
Brzmi niewiarygodnie i strasznie? A może dziwnie znajomo?! Zaiste, niebo i piekło wcale nie mają do siebie zbyt daleko!!! Wcale też nie liczą się z ustalonymi przez ludźmi granicami państw czy kontynentów.
 
Północny reżim Kimów –neurotyczny i nieprzewidywalny, jak pisze Autor, i uzbrojony po zęby straszy świat konfliktem jądrowym ( w styczniu 2016 roku Korea Północna  przeprowadziła czwartą nielegalną prób jądrową) i choć ich rakiety  kojarzą się bardziej z horrorem niż terrorem (!), bo przestarzały sprzęt co rusz zawodzi, „spada nie tam, gdzie trzeba, wybucha chwilę po starcie i przynosi wstyd ojczyźnie”, to przecież wciąż trzeba pamiętać, że północnokoreańska armia jest piątą militarną potęgą świata. ( dla porównania- za Autorem: Indie mają podobną armię, tyle że jest ich 50 razy więcej niż Koreańczyków!).
 
Z kolei Korea Południowa – raj  dosytu i postępu – w kontekście zmian społeczno – demograficznych  wcale już tak jednoznacznie wspaniała nie jest.  Jeden z 87 rozdziałów ( tak, tak, liczba ta może przerazić, ale spieszę donieść, że to rozdziały króciutkie i dzięki temu czyta się je szybko i sprawnie) opisuje ultranowoczesne miasto Songdo, w którym widać jedynie futurystyczne budowle. Ludzi brak. Autor naliczył zaledwie…. dwie babcie z wnukami na porannym spacerze…Gdzie reszta? Oczywiście w   szkole i pracy! To wciąż jeszcze niebo czy już piekło?!
 
I jeszcze jeden wątek poruszony w książce, obok którego nie mogę przejść  obojętnie. Wątek tyleż bolesny co wstydliwy, bo związany  z Polską.  Czy wiecie Państwo, że Polska obok Malty jest jedynym(!) europejskim krajem, w którym legalnie pracuje ok. 800 Koreańczyków z Północy.  I co z tego? – zapyta ktoś.  Ano – przytoczę za Autorem dane,  bo one nie kłamią. Nasz „Kodeks pracy” przewiduje ( i gwarantuje) czterdziestogodzinny tydzień pracy. Tydzień pracy Koreańczyka to…72 godziny!!! Przeciętny zarobek Polaka waha się między 1080 a 1350 dolarów. Koreańczyk dostaje 280-350 dolarów. I żeby nie było cienia wątpliwości! – mowa cały czas o Polsce, która ma podpisaną  z północnokoreańskim reżimem umowę na pracę jej obywateli.  Polskie sady, stocznie, a przede wszystkim  budowy wchłaniają cichych, pracowitych i nigdy nie buntujących się  Koreańczyków, którzy dostają na rękę za miesiąc – trudno nie napisać: niewolniczej – pracy ok. 310 zł. na rękę!  Reszta wędruje do kieszeni Kim Dzong Una i choć Autor podaje w dwóch miejscach dwie wysokości, to każda jest przerażająca! Na wyzysku przedstawicieli swego zniewolonego narodu reżim zarabia rocznie 100 mln dolarów ( w innym miejscu Autor przytacza 200-300 mln dolarów). Mam głęboką nadzieję, że władze Rzeczpospolitej za przykładem Czech i Słowacji wycofają się z tego hańbiącego układu.
 
Pomimo że obraz obu Korei nie jest ani-ani, tylko-tylko, pomimo że trudno je zrozumieć ( patrz: tytuł), oba narody zasługują na to, by dziedzictwo skomplikowanej i trudnej przeszłości zastąpiła nadzieja na lepszą i – wreszcie – wspólną przyszłość. Po stronie północnego reżimu nieśmiałe jaskółki już widać; Od 1981 roku w stolicy kraju-Pjongjangu odbywają się doroczne maratony dla upamiętnienia urodzin Kim-Ir-Sena, założyciela dynastii, państwa i dziadka obecnego przywódcy. Od 2000 roku w biegu mogą brać udział także cudzoziemcy. W obecnym – 2016 roku w maratonie pobiegło 1100 osób z 49 krajów, w tym pięciu z Polski.
 
W 2008 roku nowojorscy filharmonicy wystąpili z Narodową Orkiestrą Pjongjangu, a obecny szef FIFA nie ustaje w próbach zorganizowania meczu piłki nożnej z  zawodnikami drużyn obu Korei. Trzymam kciuki za powodzenie tego  i kolejnych przedsięwzięć.
 
Choć – cytuję za Autorem – hakerzy z Północy uchodzą za najlepszych na świecie, co przyznaje nawet amerykańska armia (!), to przecież korporacje takie jak Hyundai czy Samsung, znane z jakości na całym świecie, są dziełem ludzkiego geniuszu made in Korea Południowa. Telenowela „Cesarzowa Ki” na dobre zagościła w polskich domach za sprawą TVP, a koreańska kuchnia zaczyna górować nad japońską, uchodzącą przez lata za wzór doskonałości. Jak pisze Rafał Tomański „Korea  z dumą pokazuje to, co może  wnieść dobrego do międzynarodowej  kultury”.
 
Jeśli chcecie Państwo sprawdzić, co łączy Kim Dzong Una, przywódcę północnokoreańskiego reżimu  z celebrytką Kim Kardashian ( podpowiem: nie chodzi o imię! J ) i czy więcej  w tym, o czym pisze Rafał Tomański jest nieba czy piekła – zachęcam do lektury.
http://mumagstravellers.blogspot.com/ majka em; 2016-11-03

Końca świata nie było

Uwielbiam podróże i kocham o nich czytać. Z dużą przyjemnością sięgam po relacje z wypraw szczególnie jesienią i zimą. Sama jestem ciekawa świata, ale trochę podróżniczych jaj mi brakuje, dlatego w zimne, ciemne wieczory fajnie jest poczytać o tym, co można zobaczyć na drugim końcu świata.

Bywają takie relacje, które mnie irytują (pisałam o tym przy okazji "Mojej Afryki" Kingi Choszcz), bo autorzy sprawiają wrażenie chaotycznych, nieprzygotowanych i ignoranckich wobec miejsc do których się udają. Anita Demianowicz profilem podróżniczym odpowiadała mi bardzo - jest to opowieść szczera, pełna autentycznych emocji, zwykłego kobiecego strachu i obaw. Jako podróżniczka zdawała się być ostrożna, ale nie bojaźliwa, ciekawska, ale nienachalna. To sprawia, że "Końca świata nie było" czyta się lekko i bez poczucia, że czytamy wygładzoną wersję wydarzeń.

Anita opowiada o rejonie świata o którym pewnie większość z nas wie bardzo mało. Przez pięć miesięcy przebywała w Gwatemali, Hondurasie i Salwadorze. Zwiedzała miasta, wioski, parki narodowe, w szczególności pozostałości po cywilizacji Majów. Mówi o tym w naturalny sposób, bez nadęcia i zadzierania nosa. Co jednak wydaje się najważniejsze dla autorki - w relacji nie brakuje opisów spotkań z ludźmi, którzy stworzyli prawdziwy klimat tej wyprawy. Tekst ilustrują zdjęcia autorki, a całość została wydana w piękny sposób przez Bezdroża (tym, którzy nie znają ich zacięcia do pięknego wydawania podróżniczych relacji polecam TĘ recenzję).

Polecam, szczególnie w jesienno-zimną szarugę, która powoli nas opanowuje. Warto zainspirować się lub chociaż na chwilę oderwać od swojej codzienności. kategoria: literatura podróżnicza Wydawnictwo Bezdroża 2016, s. 312 Moja ocena: 4/6
bazgradelko.blogspot.com

Końca świata nie było

Samotne podróżowanie to nie lada wyzwanie. A co ma powiedzieć kobieta o jasnej karnacji i blond włosach, która zdecydowała się na samotną podróż do Ameryki Środkowej? 

Pewnego dnia Anita Demianowicz wpadła na pokręcony pomysł. Zdecydowała się porzucić ciepłą posadkę (której wręcz nienawidziła) w korporacji i postanowiła wyruszyć w pięciomiesięczną samotną podróż (a męża postanowiła zostawić w domu). Żeby tego było mało, wybranym przez nią kierunkiem była… Ameryka Środkowa. Dlaczego pokręcony? Ano dlatego, że samotnej i atrakcyjnej kobiecie o jasnej skórze i włosach nie jest łatwo przetrwać w kulturze, w której dominuje kult macho.

Dlaczego akurat Ameryka Środkowa? Na trasę swojej pierwszej samodzielnej podróży Anita (Ana – jak nazywali ją miejscowi) wybrała Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Od jakiegoś czasu interesowała ją kultura Majów, dlatego też chciała znaleźć się w tamtym rejonie świata właśnie 21 grudnia 2012 roku i „przeżyć” koniec świata, który przepowiedzieli Majowie. Jak się okazuje, końca świata nie było. Przy okazji chciała nauczyć się języka hiszpańskiego. Niestety kraje te nie cieszą się dobrą sławą, wręcz przeciwnie. Każdy odradzał podróżniczce te kierunki, nawet sami miejscowi ostrzegali ją przed niebezpieczeństwami czyhającymi za każdym rogiem. Jak sama autorka pisze, nie bała się podróży, strach zaczął ją paraliżować dopiero wtedy, gdy ludzie zaczęli ją straszyć i ostrzegać. Co więcej, Anita pisze, że w trakcie swojej podróży po jednym z najniebezpieczniejszych regionów świata, nie spotkało ją nic złego ze strony tubylców. Właściwie to na każdym kroku spotykała się z ciepłem, empatią i pomocą miejscowych, którzy w pewien sposób czuli się za nią odpowiedzialni. Przecież Latynosi słyną ze swojej otwartości i pozytywnego nastawienia do świata. Niestety raz spotkała ją jedna przykra i niebezpieczna sytuacja, na szczęście Anicie nic się nie stało, gdyż zdołała uciec. Mimo wszystko wydarzenie to dało do myślenia i przez to stała się bardziej ostrożna i mniej ufna.

Anita Demianowicz chciała dobrze poznać kulturę i obyczaje krajów, które odwiedziła. Dlatego też uczyła się języka hiszpańskiego i mieszkała u gościnnych rodzin. Z nimi spędziła Wielkanoc i Boże Narodzenie, była uczestniczką w barwnych i hucznych tradycyjnych procesjach i fiestach. Podróżowała głównie tzw. chicken busami przeznaczonymi dla miejscowych. Wspinała się po wulkanach i zdobyła prawie każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą dzielnie przemierzała towarzyszył jej blisko siedemdziesięcioletni przewodnik, który nie mógł nadziwić się jej możliwościom fizycznym i psychicznym. Jak się okazuje, jej największym marzeniem było spotkanie z czarną pumą i spojrzenie jej wprost w oczy. Z kolei w dawnej stolicy państwa Majów brała udział w uroczystościach związanych z końcem kalendarza Majów.

Od jakiegoś czasu jestem wielką fanką bloga prowadzonego przez Anitę i bacznie śledzę jej każdy wpis. Dlatego też książkę jej autorstwa pochłonęłam od razu. Język, jakim się posługuje autorka jest lekki i przyjemny, a humorystyczne fragmenty sprawiają, że uśmiech towarzyszy na twarzy czytelnika przez całą lekturę książki. Do tego piękne i profesjonalne fotografie inspirują do odbycia własnej podróży szlakiem Anity Demianowicz. „Końca świata nie było” to opowieść nie tylko o podróży do świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, w poszukiwaniu życiowego celu i sensu istnienia, o znalezieniu własnej drogi do szczęścia, a przede wszystkim o odkrywaniu wiary w siebie i swoje możliwości
dlaLejdis.pl Klaudia Kwiatkowska; 2016-10-29

TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku

Pomysł na spędzenie wakacji? Przejechać Indie na skuterze i wyświetlać miejscowym dzieciom (i nie tylko) bajki o Bolku i Lolku. Czy coś takiego może w ogóle się udać? 

Robb Maciąg, pisarz i podróżnik po udanej wyprawie do Nepalu, podczas której wyświetlał dzieciom w szkole kreskówki z Bolkiem i Lolkiem postanowił powtórzyć przygodę. Tym razem ruszył wzdłuż indyjskiego Gangesu i to nie jak typowy turysta – taksówkami czy autobusem. Maciąg już na miejscu kupił wątpliwej jakości skuter i ten właśnie środek transportu stał się jego wiernym przyjacielem podróży.

Poza skuterem było coś jeszcze – stary laptop, projektor i… kreskówki z Bolkiem i Lolkiem. Po co to wszystko? Żeby dzieci z egzotycznego dla nas kraju zaprosić na darmowe kino.

Nie jest to kolejna relacja z podróży dla turystów żądnych atrakcji. Autor pokazuje codzienne życie w Indiach bez ogródek. Mówi wprost jak jest, jednak próżno szukać tu wzniosłych zachwytów nad indyjskimi krajobrazami czy przesadnego pokazywania miejscowej biedy.

Mimo wielu kontrastów, chaosu na indyjskich ulicach i częstego braku organizacji wśród tamtejszych mieszkańców, autor nie krytykuje świata, w którym jest tylko gościem. Nawet więcej, czuje się tam bardzo swobodnie, mimo że zawitał tylko na chwilę.

Okazuje się, że nawet na drugim końcu świata poczucie humoru i reakcje są takie same i że każdy czasem jest małym dzieckiem. Uśmiech i radość mają to samo znaczenie w każdym zakątku globu, a, często już u nas zapomniana, bajka otwiera ludzi na innych, pomaga też poznawać świat.

„Tuk Tuk Cinema” to nie poradnik o podróżach. Książka zwraca uwagę na wiele rzeczy, których na co dzień nie zauważamy lub które uznajemy za zupełnie nieistotne. Warto się czasem zatrzymać i tak po prostu cieszyć się otaczającym nas światem. Bez oceniania i wyciągania pochopnych wniosków.

Cytat otwierający książkę mówi jasno: „Kto nie lubi ludzi, niech do Indii nie jedzie”. Myślę, że jest to doskonałe podsumowanie natury Maciąga, a także całej jego wyprawy. 
dlaLejdis.pl Sandra Wróbel; 2016-10-27