20 października 2001 Dalej zimno, wietrznie i deszczowo. Tuz po tym jak wsiadamy do samochodu zrywa się ulewa. Nasz stop nie tylko ratuje nas od zmokniecia, ale i zawiezie nas prosto do Melbourne. Caly dzien drogi, ale przynajmniej przyjemnej d

20 października 2001
Dalej zimno, wietrznie i deszczowo. Tuz po tym jak wsiadamy do samochodu zrywa się ulewa. Nasz stop nie tylko ratuje nas od zmokniecia, ale i zawiezie nas prosto do Melbourne. Caly dzien drogi, ale przynajmniej przyjemnej drogi, wzdluz wybrzeza. Kiedy kolo poludnia zatrzymujemy się na chwile przy jakims punkcie widokowym - kolejny zbieg okolicznosci - spotykamy kobiete z autobusu Bishopow, z naszej wyprawy powrotnej z Cape York. Teraz jezdzi sama po Australii, ze swoim samochodem i namiotem.
W Melbourne wstepujemy na chwile do eleganckiego domu naszego kierowcy, poznajemy jego zone i synka (niemiecka rodzinka), po czym dzwonimy do Magdy i lapiemy tramwaj do centrum, gdzie przyjezdza po nas Magdy partner, Lachlan i zawozi do ich dzielnicy Laverton. Tam poznajemy w koncu osobiscie Magde (kuzynke Moniki, z ktora podrozowalismy troche po Ameryce Południowej), po ponad roku korespondowania przez internet. Magda wyemigrowala z rodzina do Australii w wieku 12 lat i pomimo, ze ciagle dobrze mowi po polsku, jest bardzo "australijska". Pomimo mlodego wieku (Magda ma dokladnie tyle lat co my, Lachlan ciut wiecej), obydwoje maja dobra prace, samochod, oraz wlasny przyjemny dom, ktory splacaja, ale wyliczyli, ze nie powinno im to zajac wiecej niz trzy lata. Zatrzymamy się u nich przez chwile.
21 października 2001
Jedziemy z Magda i Lachlanem na przejzadzke po miescie oraz niedzielny market, gdzie zaopatrujemy się w owoce i warzywa. Melbourne jest olbrzymie, tzn. strasznie rozlegle, bo wszyscy chca mieszkac w miescie, ale oczywiscie w domku z ogrodkiem, wiec miasto rozrasta się we wszystkich mozliwych kierunkach na olbrzymiej przestrzeni. Ale przestrzeni w Australii nie brakuje. Jutro zapoznamy się z centrum na piechote.
Wieczorem zaczytuje się w "Wegetarianskich Swiatach", ktore Magda przywiozla nam bedac ubieglego lata w Polsce.
22 pzdziernik 2001
Magda z Lachlanem od rana do wieczora pracuja, wiec nie moga nam poswiecic w tygodniu wiele czasu, ale zabieramy się z nimi rano do miasta i zaczynamy zwiedzac Melbourne na wlasna reke. Na sam poczatek wjezdzamy winda na ostatnie pietro najwyzszego budynku miasta "Rialto Towers". Spektakularny widok na miasto i okolice. Potem lazimy po prostu po ulicach. Peter, Australijczyk mieszkajacy teraz z moja rodzina pochodzi wlasnie z Melbourne i twierdzi, ze to najpiekniejsze miasto Australii, a Australia to oczywiscie najwspanialszy kraj na swiecie. Wedlug mnie - miasto jest w porzadku, ale osobiscie bardziej podobalo mi się Sydney - lepiej jak mu tego nie powiem, bo istnieje zacieta rywalizacja pomiedzy mieszkancami tych dwoch miast...
Ale faktem jest, ze jest to bardzo wielokulturowe miasto i zawsze duzo się tu dzieje. Trafiamy akurat na Melbourne Festival, w calym miescie odbywaja się rozne wystepy i imprezy kulturalne. Jedna z nich jest "Arcazaar" w Alexandra Gardens, olbrzymia nadmuchiwana konstrukcja/labirynt z roznokolorowymi pomieszczeniami, zupelnie jak z innego swiata. Podczas kiedy Chopin relaksuje się w jdenej z kosmicznych komnat, ja odwiedzam "Victorian Arts Centre", po czym spotykamy się z Magda i Lachlanem i jedziemy do domu.
23 października 2001
Spedzamy dzis prawie caly dzien z Kristy - mloda Australijka, ktora spedzila trzy miesiace w Gdansku mieszkajac z moja rodzina. Odwiedzamy razem "Shrine of Remembrance" (pomnik-kaplice ku czci wszystich Australijczykow walczacych w I Wojnie Swiatowj i kolejnych konfliktach), Royal Botanic Gardens, Queen Victoria Market, Uniwersytet oraz Brunswick St - uliczke z roznymi alternatywnymi sklepikami, galeriami i restauracjami.
Ale najciekawsza rzecza dzisiejszego dnia jest po prostu towarzystwo Kristy i jej relacja z pobytu z moja rodzina./p>
24 października 2001
Domowy dzien. Bedac od trzech lat w drodze, potrzebujemy od czasu do czasu spedzic caly dzien po prostu w domu, nigdzie nie jadac, nic nie zwiedzajac.
25 października 2001
Przyjezdza po nas przed poludniem Kristy ze swoja mama i zabieraja nas na calodniowa przejazdzke po polwyspie Mornington wokol zatoki Port Phillip, nad ktora lezy Melborune. Dzielnice Melbourne rozciagaja się kilkadziesiat kilometrow wglab polwyspu, a kolejne kilkadziesiat do samego koniuszka to glownie plaze. W parku przy jednej z plaz jemy piknikowy lunch, potem odwiedzamy miejsce pierwszej bialej osady w stanie Victoria, a na koniec wjezdzamy na gore Artur's Seat, gdzie z wiezy widokowej podziwiamy okolice.
26 października 2001
Spotykamy się z Grahamem, ojcem Petera (Australijczyka mieszkajacego z moja rodzina). Przyjezdza po nas przed poludniem i zabiera na przejazdzke - tym razem jedziemy nie wzdluz wybrzeza, a wglab ladu poprzez miasteczka powstale dzieki goraczce zlota. W Daylesford zostajemy zaproszeni na lunch do eleganckiej restauracji naj jeziorem. W Malden zwiedzamy rozne sklepiki - wiekszosc to sklepy z antykami i wiekowymi kolekcjami roznych rupieci. W drodze powrotnej przejezdzamy tuz kolo "Hanging Rock" - skal z filmu "Piknik pod Wiszaca Skala". Po drodze sluchamy wrazen Grahama z pobytu u mojej rodzinki, kiedy to odwiedzal swojego syna.
27 października 2001
Szybko zlecial nam ten tydzien w Melbourne.
Wczoraj dostalismy e-mail od Jasona z Taiwanu, ze pod koniec stycznia zwalnia się jedno miejsce w szkole, gdzie on uczy - odchodzi z pracy jeden Czech i beda potrzebowac kogos na jego miejsce... Zastanawiamy się nad propozycja. Poki co mamy jeszcze do zobaczenia reszte Australii, wiec dzis Magda z Lachlanem wywoza nas na droge. Dzis sobota, nie pracuja, wiec jada z nami spory kawalek, do Anglesea, gdzie zaczyna się "Great Ocean Road" i tu po wspolnym spacerze po plazy się zegnamy. O tej drodze mowili nam rozni ludzie od kiedy tylko przyjechalismy do Australii. Rzeczywiscie - widoki sa rewelacyjne, szkoda tylko, ze pogoda taka sobie, ale dobrze przynajmniej, ze zmienna - raz slonce, raz deszcze - tak na zmiane, przez caly dzien. Jedziemy w strone Adelaide, gdzie umowieni jestesmy z kobieta z Servasu, ale to dopiero jutro. Dzis nie udaje nam się zbyt daleko zajechac. Lapiemy kilka krotkich stopow wijaca się wzdluz wybrzeza droga i kiedy zapada zmrok (dosc szybko, bo pozno wyruszylismy z Melbourne) znajdujemy sobie zaciszne miejsce pomiedzy drzewami i rozstawiamy namiot.
28 października 2001
Nasz pierwszy dzisiejszy stop zawozi nas do Port Campbell oraz slynnych "12 Apostolow" tuz przed miasteczkiem, niesamowitych skal wystajacych pionowo z morza. Kiedys bylo ich rzeczywiscie 12, teraz zostalo troche mniej, ale i tak robia wrazenie, podobnie jak pobliska "blow hole". Dalej lapiemy kilka krotkich stopow. Pytamy kierowcow jak daleko stad do Adelaide. Kazdy daje nam inna odpowiedz, wiec moze cztery, moze dwanascie, a najprawdopodobniej ok. osmiu godzin. Wiec nie wyglada na to, abysmy zdolali tam dzis dojechac, tym bardziej, ze dowiadujemy sie, ze w nocy bylo przestawienie czasu i stracilismy godzine. Wiec nie ma co się dalej spieszyc. Naszemu kolejnemu kierowcy, starszemu panu, tez się nie spieszy, zabiera nas na przejazdzke bocznymi drozkami nad jezioro w kraterze zapadnietego wulkanu. Po drodze spotykamy spiacego na drzewie misia koala - to dopiero drugi, jakiego widzimy od przyjazdu do Australii. Dalej zatrzymujemy się przy stadku emu, daja nam się podejsc calkiem blisko. Na koniec nasz kierowca obwozi nas po niewielkim miasteczku Port Fairy i zaprasza na kawe i herbate do kawiarni, ktorej jak się okazuje jest wlascicielem. Calkiem przyjemnie jezdzi się stopem w Australii! Ale to nie koniec na dzisiaj. Z Port Fairy zabiera nas rodzinka do Portland i zaprasza do siebie do domu na noc, bo zbliza się wieczor, a na dworze wichura i deszcz.
29 października 2001
Jak dobrze, ze moglismy spedzic noc pod dachem! Rano zegnamy się z Kerry. David (jej maz) odwozi najpierw dzieci do szkoly, po czym nas na droge - jak się okazuje prawie pusta droge, bo nie jest to glowna, a wzdluz wybrzeza. Kiedy zaczynam się martwic, ze moze i dzis jeszcze nie dojedziemy do Adelaide, zatrzymuje nam się starsza para w samochodzie ciagnacym ich przyczepe kampingowa. Wyemigrowali do Australii ponad 30 lat temu z Walii i do tej pory nie pozbyli się charakterystycznego akcentu. Wysadzaja nas w miasteczku Mt Gambier, gdzie nasza droga laczy się w koncu z glowna "Princess Highway". Stad dwa krotkie stopy (obydwa z pracownikami pobliskiej fabryki papieru "Kimberly Clark") zawoza nas do Millicent. Tam czekamy chwile i... zatrzymuje się samochod ze znajoma przyczepa. Dziadkowie zadecydowali, ze nie ma co zostawac w Mt Gambier - jada prosto do Adelaide! Wiec jedziemy razem - ponad piec godzin dosc powolnej jazdy, bo z przyczepa nie wolno im przekraczac 90 km/h. Tuz przed Adelaide skrecaja na kamping, a my lapiemy ostatniego stopa tego dnia. Iranczyk, ktory wyemigrowal do Australii z cala rodzina kilkanascie lat temu z powodu przesladowan religijnych (jest Bahajem). Zawozi nas pod same drzwi naszych serwasowych gospodarzy.
Kevin i Eleanor, starsza para, nowi hosci, jestesmy ich pierwszymi goscmi. Kiedy rozmawiamy o podrozach, napominaja mimochodem, ze sami wlasnie wrocili z kilkutygodniowej podrozy dookola swiata ze swoim 11-letnim wnukiem. Okazuje sie, ze jak wielu Australijczykow, sporo podrozowali. Pokazuja nam nawet zdjecia z wycieczki do Polski w 1990 roku.
30 października 2001
Zastanawiamy sie, co zrobic. Co zrobic po Australii. Mamy tu jeszcze dwa miesiace. Potem konczy się wiza.
Przedluzenie kosztuje 155$ od osoby, poza tym za dwa miesiace (mamy nadzieje) bedziemy już mieli objechana cala Australie i bedzie mozna ruszyc dalej. Poczatkowy pomysl byl, aby z Darwin dostac się jakos (statkiem, jachtem, czymkoliwek) do Timoru Wschodniego albo Indonezji i dalej z wyspy na wyspe kontynuowac jakos przez Południowo Wchodnia Azje. Teraz pojawila się ta alternatywa z praca w szkole/przedszkolu na Tajwanie pod koniec stycznia. Wiec moze... prosto do Tajwanu najpierw...? Okazuje sie, ze nigdzie indziej, nawet w Australii, nie zarobilibysmy wiecej niz uczac angielskiego na Tajwanie.
Spedzamy dzien na zbieraniu informacji - sciagamy z internetu tajwanski formularz wizowy, w miescie dowiadujemy się o ceny przelotow - sa calkiem przystepne (ok. 500$ australijskich od osoby). Przy okazji przechodzimy się po Adelaide - calkiem przyjemne miasto - super ogrod botaniczny. Caly czas zastanawiamy się co zrobic. Tajwan zaczyna nabierac coraz bardziej realnych ksztaltow.
W kazdym razie wiemy co robimy jutro - wyruszamy wglab australijsiego "outbacku", sprobujemy szlakiem "Birdsville Track". Chcemy wykorzystac w pelni ostatnie dwa miesiace w Australii.
31 października 2001
No to postanowilismy. Lecimy do Tajwanu.
Przed opuszczeniem Adelaide jedziemy do centrum miasta i we "Flight Centre" rezerwujemy bilety. 26 grudnia wylot z Darwin. Przesiadka w Brunei (lecimy Royal Brunei Airlines), gdzie mamy prawie cale dwa dni przerwy - z czego strasznie się ciesze, bo zobaczymy sobie kolejny kraj, a jest on na tyle maly, ze dwa dni moze jak raz wystarcza. Robimy 300$ przedplaty, reszte przelejemy na ich konto pozniej i bilety odbierzemy w Darwin. W miedzyczasie musimy jeszcze zalatwic tajwanska wize.
Ciesze sie, ze postanowilismy i zalatwilismy. Mozemy wiec przestac zaprzatac sobie glowe decyzjami o tym co bedziemy robic pozniej i zyc spokojnie chwila obecna - co od razu wprowadzamy w zycie.
Wyjezdzamy autobusem na autostrade i ruszamy w strone Port Augusta, jakies 300km glowna droga, kilkoma stopami, w tym potezna ciezarowka. Tuz przed Port Augusta odbijamy wglab ladu, poki co dobra, asfaltowa droga, ktora dalej dopiero zamieni się w piaszczysty, z rzadka uczeszczany "Birdsville Track". już tutaj czuc przedsmak pustynii. Zmienia się klimat - tak jak w Melbourne i Adelaide bylo zimno, tak tu nagle wjezdzamy w upaly. Podobno tylko w nocy temperatura drastycznie spada do kilku zaledwie stopni. Zostawiamy daleko za soba pola uprawne i wkraczamy w bardziej pustynne tereny. Dojezdzamy pod wieczor do liczacej sobie 300 mieszkancow miejscowosci Hawker. Jestesmy już po kolacji, Chopin poszedl wlasnie rozejrzec się za miejscowka pod namiot.
1 listopada 2001
No to mamy okazje spokojnie, nie spieszac się nigdzie pozwiedzac malo uczeszczany srodek Australii. Nie ten srodek z Alice Springs i kupa turystow, ale prawdziwy australijski "outback", gdzie miejscowosci oddalone sa od siebie o setki kilometrow, a pomiedzy nimi nie ma nic.
Wysypiamy się dzis porzadnie. Wstajemy - nie wiem o ktorej, od dawna już podrozujemy bez zegarkow. Witaja nas olbrzymie ilosci natretnych, nie dajacych się odpedzic much. Kiedy po sniadaniu wychodzimy na droge, tylko one nam towarzysza. Od czasu do czasu, niezbyt czesto przejezdza jakis samochod, ale wiekszosc nas igonruje i znika za horyzontem. Dopiero kolo poludnia zatrzymuje nam się chlopak, ktory podwozi nas 155 km do Leigh Creek i jak się okazuje, jest to nasz pierwszy i ostatni dzisiejszy stop. Liczace sobie 600 mieszkancow gornicze miasteczko Leigh Creek jest ostatnia miejscowoscia przed wjechaniem na piaszczysta droge do Birdsville - oddalonego o jakies 800 km. Wstepujemy wiec do biblioteki po raz ostatni przed pustynia sprawdzic poczte. Jak zwykle Jason jest "online", wiec wymieniamy pare e-maili. Cieszy się z naszej decyzji co do Tajwanu i pomoze nam szukac pracy. Kiedy wychodzimy z biblioteki i robimy zakupy, jest już zbyt pozno, aby gdziekolwiek dzis ruszac, wiec znajdujemy sobie stolik i lawki w przyjemnym cieniu i gotujemy warzywka na kolacje. Zobaczymy, czy jutro uda nam się cos zlapac do (lub chociaz w strone) Birdsville.
2 listopada 2001
Wstajemy dzis wczesnie, razem ze sloncem, aby miec wieksze szanse na wczesnego stopa. Zabiera nas mala ciezarowka i zostawia pare kilometrow dalej na drodze, gdzie nieopodal stoi kilka budynkow i kamping. To poddobno lepsze miejsce. Na drodze oblegaja nas napastliwe muchy, ktorych pozbedziemy się dopiero, kiedy ktos nas zabierze. I tu mamy maly problem. Stoimy w upale i z muchami posrodku pustej drogi i niewiele mozemy zrobic. Przejezdza jeden samochod - i znika w oddali. Za jakis czas drugi. I kolejny... A my opedzajac się od much raz stoimy, raz siedzimy na rozgrzanym jak patelnia asfalcie - i smazymy się bez skrawka cienia w okolicy. Zachcialo nam się australijskiego "outbacku"...
Musi byc już kolo poludnia, bo slonce wysoko i prazy ze zdwojona sila. już zastanawiamy sie, czy nie zrobic sobie przerwy, zobaczyc, czy przy kampingu jest moze jakis sklepik, kiedy... hamuje przy nas terenowa Toyota. Kierowca przerzuca troche rzeczy do tylu i zaprasza do kabiny. Jestesmy uratowani. James pokazuje nam na mapie dokad jedzie. 113 km stad jest rozwidlenie. Birdsville Track sunie na polnoc. James jedzie Oodnadatta Track, na polnocny zachod. Teraz już nam nie zalezy, chodzilo o to, aby dotrzec do Ayers Rock inna trasa niz glowna droga, ktora bedziemy wracac. Jak się okazuje wcale nie musi to byc Birdsville Track, tak naprawde wszystko nam jedno jaki to "track", byle tylko nie stac już w tym upale i z tymi muchami na drodze. Wiec jedziemy.
Konczy się asfalt i zaczynaja bezdroza - ale trzeba przyznac - calkiem niezla, ubita, ziemista droga i suniemy dalej nie zwalniajac do ponizej 100 km na godzine. Nasz szlak prowadzi wzdluz historycznej, nie dzialajacej już od lat linii kolejowej o nazwie "Old Ghan". Po drodze zatrzymujemy się kolo niesamowicie wygladajacego olbrzymiego jeziora, ktorego nie widac drugiego konca. Zjezdzamy z drogi i podjezdzamy blizej, po wysuszonym dnie, w strone wody. Jezioro stroi nam zarty - czym blizej podjezdzamy, tym bardzoej woda się oddala - czyzby to bylo tylko zludzenie? Tymczasem sucho wygladajace dno okazuje się zdradliwie grzaskie i kola samochodu zaczynaja obracac się bezskutecznie w miejscu. Ugrzezlismy. Ale od czego jest naped na cztery kola. James zmienia naped i wrzuca odpowiedni bieg. Nic z tego. Dopiero kiedy Chopin spuszcza troche powietrza z opon, po kilku probach wydostajemy się z blotnistych kolein. Wracamy ostroznie na droge.
Pareset kilometrow dalej w William Creek, miejscowosci skladajacej się glownie z pubu oraz stacyjki benzynowej, tankujemy paliwo, robimy krotka przerwe i ruszamy dalej. Do Oodnadatta, dwiescie pare km dalej. James dodaje gazu, aby dotrzec przed zmrokiem. Teraz dopiero zaczynamy zdawac sobie sprawe, jak bezkresnie wielki i pusty jest srodek australijskiego kontynentu. Czerwono-brazowo-zielone pustkowie. Zielone - bo bylo troche nieoczekiwanych o tej porze roku deszczow i zazielenily się pustynne krzaki i chwasty. Przebiega nam przez droge dingo - dziki australijski pies. Dalej omijamy wijacego się zielonego weza. Poza tym widujemy glownie tylko rozne ptaki oraz pare kangurow. Tuz po zachodzie słońca docieramy do osady, gdzie znak mowi: "Welcome to Oodnadatta. Elevation: 100 meters, Population: maybe!". Szybko odkrywamy, ze owszem, istnieje tu populacja, skladajaca się glownie z watpliwej trzezwosci Aborygenow zgromadzonych wokol jedynego otwartego miejsca w miasteczku, lokalnego pubu. Pub ma pokoje do wynajecia, wiec nasz kierowca z braku innej alternatywy zdany jest na spedzenie tu nocy. Jak dobrze, ze mamy nasz namiocik! James zawozi nas kilkaset metrow dalej pod zamkniety "Pink Road House" ze swiatlem i stolikami na zewnatrz. Tu sobie gotujemy. Tu tez umawiamy się na jutro rano. O ktorej godzinie? O swicie.
3 listopada 2001
Wstajemy tak jak się umawialismy, tuz przed switem i o wschodzie słońca jestesmy spakowani i gotowi. Czekamy na naszego kierowce. Czekamy, czekamy. Jakos się nie pojawia. Czyzby zostawil nas na tym pustkowiu...? Chopin idzie się przejsc, zobczyc, czy jest jego samochod. Jest - okazuje sie, ze James mial po prostu chec wstac wczesnie, ale nic z tego nie wyszlo. Czekamy cierpliwie, az się wyspi i wstanie. Potem zapraszamy go nawet na sniadanie, ale odmawia.
W koncu ruszamy. Dalej piaszczystymi, pustynnymi drogami, coraz to wezszymi, stanowiacymi coraz to wieksze wyzwanie dla naszej Toyoty - bo opuszczamy glowny szlak i zbaczamy w bezdroza, ktore prowadza do niesamowitego miejsca. James od lat marzyl, aby tu przyjechac. Gorace zrodla "Dalhousie Springs" w Witrija National Park. Wytryskajace magicznie posrodku pustynii (tuz na skraju Simpson Desert) formuja spore naturalne jeziorko, pelne wody o temperaturze 38-40 stopni. Wokol opustoszaly kamping, jestesmy jedynymi ludzmi w promieniu setek kilometrow, wiec wskakujemy do goracej kapieli bez ubran. My przy jednym pomoscie, James przy drugim. Rewelacja! Byloby przyjemniej, gdyby na zewnatrz nie bylo takiego upalu, ale przynajmniej po wyjsciu z wody wydaje sie, ze jest chlodno.
Ruszamy dalej. James chce dojechac do glownej, asfaltowej drogi na Alice Springs. Pilotujemy go wedlug szczegolowej mapy z zaznaczona kazda pustynna drozka. Drozki staja się coraz trudniejsze, uzywamy teraz nonstop napedu na cztery kola, a i tak trzeba się niezle namanewrowac. Widac, ze już od bardzo dawna zaden pojazd tedy nie przejezdzal. Tytaj wypadek albo usterka samochodu oznaczalaby pewna smierc - setki kilometrow od najblizszej osady, czy glowniejszej drogi. Takie wlasnie wizje staja mi przed oczami, kiedy usilujemy sforsowac jedna z rzek torujaca nam droge. Chopin wchodzi do wody, aby wybadac grunt. Dosc miekkie dno, woda siega mu do ud, ale co zrobic. James wjezdza w sam srodek strumienia i... grzezniemy. Po kilkunastu probach cofania i parcia do przodu, w koncu osiagamy drugi brzeg, forsujemy blotniste koleiny i znowu jestesmy na suchym ladzie. Niezla maszyna s tej Toyoty. Po kolejnych paru meczacych godzinach na ginacej w pustynnym buszu ledwo widocznej drozce, dojezdzamy do Finke. Z tamtad, dalej ziemista, ale już prosta, dobra, ubita droga po 150 km doprowadza nas do asfaltu - do glownej drogi na Alice Springs.
Chwila odpoczynku w Kulgera. James wykonuje pare telefonow i mowi, ze jedziemy do Ayers Rock - tam mamy dzis luksusowy nocleg, ma tam znajomego prowadzacego firme turystyczna. Zostalo tylko... 320 km. Ale to już idealnym, gladkim asfaltem. Chopin podlicza i okazuje sie, ze w przeciagu dwoch ostatnich dni zrobilismy z Jamesem 1308 km, z tego tylko ostatnie 300 po asfalcie. Nieziemsko zmeczeni, okolo dziesiatej wieczorem docieramy do Yulara. Tu troche nam zajmuje znalezienie Jamesa znajomego, ale w koncu się udaje. Po zmyciu z siebie warstwy pustynnego kurzu pod prysznicem dostajemy kabinke ze wspanialymi lozkami i swiezutka posciela.
4 listopada 2001
Cudownie się spalo, tylko... krotko. Wstajemy sporo przed switem, po ciemku jeszcze, aby zdazyc dotrzec pod Uluru (Ayers Rock) na wschod słońca. Ale bylo warto! Parkujemy wraz z tlumkiem samochodow i minibusow w "sunrise viewing area" i ogladamy jak pierwsze promienie słońca dotykaja slynnej skaly i swoim dotykiem ozywiaja wczesniej ukryte gleboko kolory. Swiete miejsce aborygenow robi wrazenie. Przede wszystkim swoim rozmiarem i ksztaltem, wyrastajac nagle z ziemi posrodku idealnie plaskiego, pustynnego krajobrazu. A podobno podejrzewa się (nikt tak naprawde nie wie), ze dwie trzecie skaly ukryte jest pod ziemia. Objezdzamy Uluru dookola i James parkuje w miejscu, skad tlumy turystow wdrapuja się srtoma sciezka na szczyt. My decydujemy uszanowac wole tradycyjnych mieszkancow tej ziemi i nie bedziemy wspinac się na ich swiete miejsce. Idziemy za to sciezka u podnoza. Z bliska Uluru robi nie mniejsze wrazenie. Teraz dopiero mozna przyjzec się dokladniej szczegolom nie widocznym z oddali. Dziwnych ksztaltow formacje skalne tworzace czesc olbrzymiej calosci, rozne dziury, jaskinie, slady po splywajacej wodzie w porze mokrej, aborygenskie malunki naskalne...
Kolejna dzisiejsza atrakcja jest Kata Tjuta (the Olgas). Mniej znana, ale nie mniej fascynujaca grupa czerwonych skal jakies 40 km dalej. Tu wybieramy się na kilkugodzinna wyprawe pieszym szlakiem wsrod skal. Nie potrafie tego opisac - robie za to sporo zdjec, choc wiem, ze i one nie oddzadza glebi, ogromu i po prostu calego wrazenia wedrowania wsrod tego nieziemskiego krajobrazu.
Kiedy zmeczeni upalem wracamy do Yulara korzystamy z prysznicow oraz basenu jednego z osrodkow. Cala miejscowosc powstala wylacznie aby kontrolowac i zakwaterowac ciagle zwiekszajace się rzesze turystow (podobno ok. 400 tysiecy ludzi odwiedza Ayers Rock kazdego roku). Jest tu wszystko, od kampingu do drogich hoteli, centrum informacyjne, sklepy, bank, restauracje - wszystko czego potrzebowac moga turysci, a na stale mieszka tu tylko obsluga calego kompleksu. Siedzimy wlasnie w klimatyzowanym pokoju telewizyjnym na miekkich kanapach w jednym z osrodkow i odpoczywamy przed zachodem słońca, ktory zamierzamy obejrzec... oczywiscie przy Uluru - zobaczyc jak zakoloruje skale poznopopołudniowe slonce.
5 listopada 2001
Wczoraj, tuz po zachodzie słońca (udalo mi się zrobic ostatnie zdjecie Uluru zanim wielka chmura zakryla slonce na reszte wieczoru) dojechalismy do Curtin Springs Cattle Station, gdzie spedzilismy noc na darmowym kampingu. Tu tez rozstajemy się z naszym kierowca. James pojedzie dalej swoimi drogami. My musimy znalezc sobie stopa do Alice Springs.
Rano dopiero dowiadujemy się wiecej na temat posiadlosci, na ktorej wlasnie spedzilismy noc. Ponad milion akrow, czyli 4162 km kwadratowych! Na pograniczu z pustynia Gibson. Kiedy obecny wlasciciel przybyl się tu osiedlic, nie bylo tu doslownie nic. Rzad zachecal do zasiedlania pustego srodka Australii i rozdawal hojnie olbrzymie polacie ziemi. Podczas pierwszych trzech lat mieszkania tu we wlasnorecznie wybudowanej chatce, wlasciciele nie spotkali wiecej niz kilku przejezdzajacych tedy ludzi. Dzis przejezdza ta droga w strone Ayers Rock ok. tysiaca ludzi dziennie. Na terenie posiadlosci znajduje się tez imponujaca plaska gora, wieksza od Ayers Rock i 25 milionow lat starsza, tylko nie jest tak slawna, bo rzad nie zainwestowal fortuny w przeksztalcenie jej w atrakce turystyczna - nie moze, dopoki jest ona na terenie prywatnej posiadlosci, a wlasciciel odmawia jej oddania.
Oprócz bydla w Curtin Springs maja tez... wielblady! Jedne z moich ulubionych zwierzat. Obserwuje rano jak mlody wielbladziarz przyprowadza siedem poteznych, eleganckich okazow w miejsce skad wyruszaja poranne i popołudniowe przejazdzki na wielbladach dla turystow. Zapoznaje się z gosciem i kiedy wyczesuje resztki zimowej siersci ze swojej wyscigowej wielbladzicy, opowiada mi o swoim zyciu i przygodach z wielbladami. Srodek Australii stal się domem dla wielu tysiecy wielbladow. Pierwsze zostaly przywiezione tu dawno temu przez Afganczykow i przetrwaly na tym nieprzyjaznym terenie dluzej niz ich wlasciciele, rozmnazajac się i zyjac spokojnie w swojej nowej ojczyznie. Mark (ktory jest mniej wiecej w naszym wieku) zajmuje się lapaniem i ujazmianiem dzikich wielbladow. Ma okolo setki sztuk w swoje hodowli, ale mowi, ze na terenie calej posiadlosci wedruja ich cale tysiace. Czesc z nich eksportuje na Bliski Wschod, czesc uzywa w popularnym i dochodowym biznesie turystycznym ("sunset camel tours"). Wybrane trenuje i bierze udzial w wyscigach. Pokazuje nam tez zdjecia ze swojej najwiekszej wyprawy - z kilkoma wielbladami przez srodek Australii - od najbardziej na zachod, do najbardziej na wschod wysunietego punktu kontynentu - 9 miesiecy! To robi na mnie wrazenie... Zainspirowana, nie moge doczekac sie, kiedy kupimy sobie kiedys dwa wielblady i sami gdzies się z nimi wybierzemy. Nie w Australii, moze gdzies w Azji, czy w Afryce. Zobaczymy, marzylam o tym już od dawna, a spotkanie Marka tylko utwierdza mnie w tych marzeniach.
Gdyby nie to, ze trafia nam się stop prosto do Alice Springs, moglabym się stad nie ruszac i obserwowac dalej piekne, dlugorzese wielblady i sluchac opowiesci. Niestety, zegnamy się z Markiem i zwierzakami i wsiadamy do starego Volksvagena, vana, z mloda para z Anglii. Tez podrozuja dookola swiata, przez jakis rok, maja wykupiony bilet samolotowy dookola swiata z 16 przesiadkami w roznych miejscach, czesc trasy, pomiedzy przystankami pokonuja ladem, aby wiecej zobaczyc. Tu w Australii, na pare miesiecy kupili wlasnie tego vana, w ktorym tez spia i gotuja, jednak glownie na kampingach. Po poludniu docieramy do Alice Springs - niewielkiej oazy cywilizacji posrodku tysiecy kilometrow kwadratowych pustkowia. Stuart i Emily zatrzymuja się na kampingu, my po drugiej stronie ulicy, na pustym terenie z wyschnieta trawa, drzewami eukaliptusowymi i wzgorzami. Rozkladamy namiot w piaszczystym korycie wyschnietej rzeki.
6 listopada 2001
Korzystamy z dobrodziejstw cywilizacji - supermarket, biblioteka, internet... Alice Springs ma przyjemne, niewielkie centrum z deptakiem, na ktorym toczy się uliczne zycie. Nigdzie wczesniej nie widzielismy tylu Aborygenow co tutaj. Tyle, ze nie widac aborygenskich sprzedawcow, urzednikow, czy nawet robotnikow drogowych. Spotykamy za to grupki czarnych w parkach, na lawkach na deptaku lub siedzacych po prostu na trawnikach lub chodnikach w centrum - wiekszosc bosa, nie pierwszej czystosci i niestety - nie pierwszej trzezwosci.
Kiedy pod wieczor, rozgladajac się za miejscem na rozstawienie namiotu, wdrapujemy się na jedno ze wzgorz na obrzezach centrum, zostajemy przywitani tam przez czworke aborygenskich mezczyzn siedzacych wokol butelki: "Witaj Bracie, witaj Siostro! Chodzcie, usiadzcie. Szukacie noclegu? Patrzcie jaki stad widok. My tu mieszkamy. Mozecie się tu rozbic." Wstaja, podaja nam reke, przedstawiaja sie. Jeden nie bardziej trzezwy niz reszta, z napoczeta butelka czegos mocniejszego w reku, odciaga nas na strone i mowi: "Nic się nie przejmujcie. Tu bedziecie bezpieczni. ja nie spie cala noc. Czuwam i mam na oku tych tam pijakow." Mowimy, ze zastanowimy się nad propozycja, musimy tylko pojsc po plecaki. Prawdopodobnie bylibysmy bezpieczni dzielac na noc wzgorze z widokiem z tradycyjnymi mieszkancami tej ziemi - pomimo ze pijani, wydaja się niegrozni. Ale wybieramy spokojna noc, bez towarzystwa i zaszywamy się w miejscu, gdzie spalismy wczoraj, tylko troche dalej - tuz przed tym jak zrywa się nagla, tropikalna burza z piorunami. Przezywamy pierwsza ulewe w naszym namiocie, ktory doskonale zdaje egzamin.
7 listopada 2001
Kolejny spokojny, niespieszacy się dzien. Spedzamy go wchlaniajac atmosfere miasteczka oraz... wspanialej biblioteki. Klimatyzacja, miekkie fotele, spokoj - czego wiecej potrzeba? Zaszywam się z ksiazka polecona mi przez internet przez dziewczyne, ktora zainspirowana nasza podroza pojechala stopem ze Stanow do Hondurasu. Ksiaza Marlo Morgan "Mutant Message Down Under", zaczelam czytac ja kiedys w innej bibliotece, teraz kontynuuje i coraz bardziej mnie wciaga. O bialej kobiecie, ktora wedruje z grupa Aborygenow z plemienia Real People (Prawdziwych Ludzi) po bezdrozach australijskiego pustkowia. Wedruje i poznaje nie tylko ich codzienne zycie i technike przetrwania na pustyni, ale przede wszystkim gleboka wiedze zyciowa i duchowa. Plemie Real People uwaza bialych ludzi za "mutantow", ktorzy tak daleko odeszli od natury, ze w pogoni za rozwojem technicznym, udogodnieniami, kariera, pieniadzem, zagubili prawdziwe wartosci zyciowe, zapomnieli jak zyc.
8 listopada 2001
Mielismy dzis już wyruszyc, ale chcialam dokonczyc ksiazke. Chopin tej zaczal ja czytac. Poza tym jestesmy w stalym kontakcie e-mailowym z Jasonem, ktory pomaga zalatwic nam prace na Tajwanie. Wyslalismy mu wlasnie nasze zyciorysy, potrzebne do ubiegania się o prace. Mowi, ze poslal moj list z zyciorysem na spora liczbe ogloszen, tak abysmy mieli z czego wybierac.
Wchodze dzis na Anzac Hill, skad rozciaga się widok na Alice Springs i okolice. Tam z tablicy informacyjnej dowiaduje się paru faktow na temat historii miasta. Jest to bardzo mlode miasto, na bardzo starym, bogatym w aborygenska kulture terenie. Niesamowite, ile się zmienilo w przeciagu tak krotkiego czasu - zaledwie ostatnich 140 lat. Tablica informacyjna mowi, ze:
* do 1860 roku lud Arrenta zyl ze zbieractwa i lowiectwa na tym terenie wokol rzeki przez ponad 20 tysiecy lat
* 1888 - zostalo zalozone tutaj miasto Stuart (pozniej dopiero zmieniono nazwe na Alice Springs). Przez pierwsze 20 lat liczba europejskich mieszkancow nie przekroczyla 30
* 1902 - odkrycie zlota na polnoc od Stuart. W 1903 roku liczba ludnosci wokol kopalni zlota osiaga 400
* 1929 - poprawka do "Aboriginal Ordinance" zabrania wstepu do miasta Aborygenom
* 1997-98 - ilosc turystow odwiedzajacych Alice Springs przekracza 230 tysiecy
9 listopada 2001
Alice Springs nie chce nas wypuscic. Wczoraj wieczorem powedrowalismy z plecakami w strone wyjscia z miasta, aby rano byc już na naszej Stuart Highway na poludnie. Tak się jednak rozpadalo, ze jedyne co moglismy zrobic, to szybko znalezc jakies schronienie. Z pomoca przyszedl daszek przy budynku z basenem. Tam wysuszylismy się troche i rozstawilismy namiot. W nocy przestalo padac, tylko po to, aby z rana zaczac ponownie. Nie ma sensu wychodzic na stopa i moknac. Z gosciem wracajacym z basenu zabieramy się z powrotem do miasta. Wykorzystujemy mokry dzien na zalatwienie dentysty.
Dzisiejszy deszcz jest pierwszym z kilku wydarzen wplywajacych na to, ze... decydujemy się zostac w Alice. Na jakies dwa tygodnie. Zostac i skorzystac z ogloszenia, jakie znalezlismy na tablicy ogloszen pare dni temu ("elektryk potrzebuje pomocnika"). Kilka wiekszych, niespodziewnych wydadkow (na czele z dentysta) sugeruje, ze trzeba zatrzymac się chwile i podreperowac budzet. Chopin dzwoni do elektryka i umawia się na dwa tygodnie poczynajac od jutra rana.
Musimy tylko znalezc cos do mieszkania na ten czas. Znajdujemy idealne ogloszenie w bibliotece "pokoj do wynajecia - 73$ na tydzien". Dzwonimy od razu i umawiamy się na obejrzenie pokoju dzis o szostej wieczorem. Poki co zostawiamy plecaki na kampingu. Po dluzszych poszukiwaniach docieramy na Grant Road pare kilometrow od centrum i ogladamy pokoik w domu, w ktorym mieszkaja dwie dziewczyny. Pokoj w porzadku, cena rowniez. Kalia mowi, ze O.K., musi tylko pogadac ze wspollokatorka, ktorej teraz nie ma. Umawiamy się na telefon jutro i wracamy na kamping. Po raz pierwszy w Australii placimy za nocleg. Normalnie rozlozylibysmy się "na dziko", gdzies w naturze, ale mielismy ciezki dzien, a jutro rano Chopin idzie do pracy. Potrzbujemy wziac prysznic, ugotowac (mowia nam, ze owszem, maja na kampingu w pelni wyposazona kuchnie), odpoczac i nie szukac z samego rana miejsca na zostawienie plecakow. Placimy 18$ (!) i okazuje sie, ze ich w pelni wyposazona kuchnia sklada się ze zlewu i stolika pod daszkiem oraz miejsca na barbeque (platnego oddzielnie). Jedyna kuchenka, tez za specjalna oplata jest "out of order" - nie dziala. Rozkladamy sobie nasza wlasna kuchenke i nasz wlasny namiot i obiecujemy sobie, ze to nasz pierwszy i ostatni raz na oficjalnym kampingu. Jak dobrze, ze jutro (miejmy nadzieje), bedziemy już miec wlasny pokoik.
10 listopada 2001
O 7:45 przyjezdza po Chopina jego szef i jada do pracy. Poki co zostawiamy nasze rzeczy na kampingu. Ja ide pieszo do centrum. Bedziemy mieszkac kawalek od miasta, Chopin bedzie odbierany i przywozony przez swojego szefa. Ja musze poszukac sobie wlasnego transportu. Oczywiscie wybieram rower. Odwiedzam wszystkie mozliwe miejsca w miescie sprzedajace uzywane rowery. Jedno tylko ("Melanka Backpackers") ma rowery w miare przystepnych cenach. Do wyboru siedem roznych rowerow, 60$ kazdy. Wybieram najlepiej wygladajacy, czerwony gorski rower. Nie dzialaja przednie przerzutki, ale Chopin mi naprawi. Wiec znowu - nie po raz pierwszy podrozy - mam rower! Spedzam reszte dnia na szukaniu do niego zapiecia oraz kasku (obowiazkowego w Australii) oraz robieniu innych zakupow. Poki co daruje sobie kask, kupuje tylko zapiecie.
Dzwonie do Kalii w sprawie pokoju, ale odzywa się tylko automatyczna sekretarka, wiec wracam na kamping. Przyjezdza wkrotce Chopin zadowolony bardzo z pierwszego dnia pracy. Probujemy dodzwonic się do mieszkania, ale ciagle zglasza się sekretarka, a zgubilam Kalii numer na komorke. Robi się pozno. Ja bardzo nie chce spedzac na tym kampingu kolejnej nocy. Decyduujemy się zabrac plecaki i rower i pojsc po prostu na Grant Road.
Dziewczyny sa w domu. Otwiera nam Kalia i mowi, ze rozmawowa ze wspollokatorka wypadla negatywnie, potrzebuje ona psychicznej stabilnosci, kogos bardziej na pare miesiecy, niz na dwa tygodnie, sorry. Mozemy dzis w nocy rozbic namiot na ich podworku. jestesmy zbyt wykonczeni i zrezygnowani, aby szukac inego rozwiazania. Chopin jest na mnie zly, bo to wszystko moja wina, ze nie zadzwoinilam do Kalii z samego rana, ze zgubilam jej numer na komorke... Idziemy spac w dosc podlych nastrojach. Gdzie bedziemy spac jutro, nie wiemy...
11 listopada 2001
Przyjezdza rano po Chopina Matt, jego szef i widzac ze jestesmy z plecakami mowi, ze ma pomysl - pokaze nam jedno miejsce, abysmy zobaczyli, czy bedzie nam odpowiadalo. Wrzucamy plecaki i rower na pake mini ciezarowki i Matt zawozi nas do swojego domu. W dolnej czesci, ktora kiedys byla garazem, a obecnie jest biurem, ma wolny pokoik z lozkiem. Toaleta i prysznic obok. Mozemy się tu zatrzymac, mowi. Wrzucamy wiec tu plecaki, ja dostaje klucz i mezczyzni odjezdzaja do pracy. Ja pedaluje na swoim nowym rowerze (Chopin naprawil mi już przerzutki) do centrum, gdzie na glownym deptaku trafiam na rozkladajacy się wlasnie niedzielny market.
Glownie stoiska z roznymi wyrobami artystycznymi, kilka stoisk z wietnamskim i tajlandzkim jedzeniem. Przypominam sobie, ze zostalo mi jeszcze troche zdjec, tych co sprzedawalam na ulicach w Cairns. Smigam rowerem do domu, przywoze zdjecia i znajduje sobie kawalek miejsca. Nie jest to najlepsze miejsce, nie mam prawdziwego stoiska, ale niewazne. Lubie siedziec i obserwowac kolorowa mieszanke przewijajacych się ludzi - lokalnych (calymi rodzinami, niedzielnie ubranymi), turystow, Aborygenow. Nie robie dzis fortuny, ale udaje mi się sprzedac cztery zdjecia oraz milo spedzic czas.
Kiedy wracam po poludniu do domu zapoznaje się z Helen, wspollokatorka Matta. Matt ma elegancki, olbrzymi, przestronny dom, ktory sam wybudowal. Od czasu rozwodu z zona wynajmuje jeden pokoj, aby nie mieszkac samotnie. Helen przybyla tu niedawno z Melbourne, do pracy jako fizjoterapeutka - jedyna w Alice Springs. Kiedy Chopin z Mattem wracaja z pracy, przylaczaja się do nas na tarasie i Matt rozgrzewa barbeque. Ja przygotowuje salatke, Helen robi dynie na grillu, a Matt mieso dla siebie i Helen oraz ananasa dla nas wszystkich. Ananas z grilla - pycha.
12 listopada 2001
Ide na poranny spacer, na ktorym towarzyszy mi Toby - pies Helen. Za domem Matta jest wzgorze, a za nim dolina i gory - wszystko dosc pustynnie wygladajace. Potem w drodze do miasta napotykam grupke kilku aborygenskich kobiet siedzacych na trawie i przebierajacych sterte malenkich czerwono czarnych nasionek. Zatrzymuje się przy nich i mowia mi, ze sa to jedne z wielu nasion z ichniejszego buszu, stanowiace dawniej podstawe ich pozywienia. Miela je na make, z ktorej wyrabiaja "dampe" - aborygenski chleb. Pokazuje mi tez inne, wieksze nasiona, z ktorych produkuja "bush milk". Pochodza z osady aborygenskiej pareset kilometrow stad. Przyjezdzaja do Alice raz na jakis czas sprzedawac te nasiona. Opowiadaja mi troche o swoim zyciu i o dawnych czasach, a ja im troche o Polsce. Najwieksze wrazenie robi na nich fakt, ze zima w moim kraju mozna chodzic po zamarznietym jeziorze.
W miescie rozgladam się za praca dla siebie, ale marne szanse. W jedynej restauracji, gdzie potrzebuja kogos do pomocy chca kogos na kilka miesiecy, a nie na dwa tygodnie. Coz - pozostanie mi cieszyc się wolnym czasem, dobra biblioteka, robieniem zakupow, gotowaniem obiadkow.
13 listopada 2001
Wybieram się na przejazdzke 17-kilometrowym szlakiem rowerowym do Simpson Gap, czyli waskiego przeciecia w pasmie skalistych gor, wyzlobionego poprzez miliony lat przez wode i erozje. Sciezka rowerowa wiedzie przez polpustynny, pagorkowaty krajobraz z niezlymi widokami. W sumie robie dzis ok. 50 km na rowerze, bo jade jeszcze do miasta po zakupy. Po drodze przejezdzam kolo wgorza z grobem Johna Flynna - zalozyciela "Royal Flying Doctor Service" (Latajacy Doktor). Wracajac, kilka domow stad gdzie mieszkamy, widze na podworku dwie aborygenskie kobiety malujace precyzyjne, tradycyjne malunki skldajace się troche z abstrakcji, troche z symboli, troche z elementow ze swiata zwierzat i roslin. Pozwalaja mi się troche poprzygladac. Mowia, ze maluja tu codziennie, a prace kupuje od nich galeria ze sztuka aborygenska.
14 listopada 2001
Chopin co dzien o swicie wyjezdza z Mattem do pracy. Podoba mu sie, bo dawno już nie pracowal, a lubi cos porobic. Ja spedzam dzien w bibliotece, na zakupach, oraz wywolujac piec trzydziestoszescioklatkowych filmow. Mam pare niezlych zdjec.
Wieczorem zamiast gotowac w domu jedziemy z Mattem i Helen na jedno z tych rewelacyjnych, australijskich wynalazkow - barbeque na przycisk - w parku przy historycznej stacji telegraficznej, ktora dala poczatek miastu.
Dostajemy dzis pare e-maili na temat ksiazki Marlo Morgan, ktora zarekomendowalam. Mowia, ze wydarzenia z "Mutant Message Down Under" nie maja nic wspolnego z rzeczywistoscia, ze jest to jedno wielkie oszustwo. Ja wiedzialam o tym od poczatku, ze nie jest to prawdziwa historia, tylko fikcja literacka, z czego nie zdawalam sobie sprawy, to z faktu, ze autorka w pierwszych wydaniach ksiazki twierdzila, ze jest to relacja z jej wlasnej podrozy przez pustynie z aborygenskim plemieniem, ktora rzeczywiscie miala miejsce. Nie wiedzialam tez, ze Marlo prowadzi dalej warsztaty, na ktorych przekazuje rzekomo zdobyta od Aborygenow wiedze.
15 listopada 2001
Odwiedzam dzis "Alice Springs School of the Air", czyli siedzibe "Szkoly w Eterze", gdzie lekcje odbywaja się przez radio z uczniami mieszkajacymi w odleglych, odizolowanych miejscach, glownie na olbrzymich farmach. Ta jedna szkola (bo jest ich w Australii kilka) obejmuje swoim zasiegiem 1,3 miliona kilometrow kwadratowych, czyli obszar ponad czterokrotnie wiekszy od powierzchni Polski. Statystycznie przypada im jeden uczen na 10 tysiecy kilometrow kwadratowych! Mam okazje uczestniczyc (tzn. posluchac) we wlasnie odbywajacej się lekcji z pierwszoklasistami oddalonymi od szkoly i od siebie nawzajem o setki kilometrow. Najpierw nauczycielka sprawdza obecnosc, czyli wita się z kazdym osobiscie przez radio, potem pyta, czy ktos ma cos do powiedzenia do niej, czy do reszty klasy. W koncu przechodzi do glownej czesci lekcji - ukladaja dzis swoja wlasna piosenke zwiazana ze zblizajacymi się Swietami Bozego Nrodzenie (ktore wiekszosc z tych dzieci w centralnej Australii spedzi przy ok. 40-stopniowym upale). Kazda klasa ma pol godziny dziennie lekcji przez radio. Pozostale kilka godzin dzieci spedzaja przewaznie pod nadzorem mamy nad kursem korespondencyjnym. Szkola robi na mnie wrazenie.
Potem jade rowere pod historyczna stacje telegraficzna, tam gdzie bylismy wczoraj wieczorem na barbeque, zobaczyc ja za dnia. Stacje oraz pobliskie Alice Springs, od ktorego miasto wzielo swoja nazwe, ktore tak naprawde wcale nie jest zrodelkiem, a po prostu "water hole", czyli cos pomiedzy jeziorkiem, a wieksza kaluza, w zaleznosci od pory roku i stopnia suchosci.
Zobaczylam już w Alice wiekszosc rzeczy do zobaczenia, mysle o tym aby pojechac jakies 400 km na polnoc stad, aby zobaczyc i sfotografowac slynne Devils Marbles. Tyle ze musialabym wybrac się sama, bo Chopin pracuje, a Helen nie odwazy się na stopa.
16 listopada 2001
Dawno już nie jezdzilam sama stopem, ale jak się okazuje jeszcze nie wyszlam z wprawy. Tylko czekam w straszliwym upale dluzej niz się spodziewalam. W konu zabiera mnie czlowiek skrecajacy paredziesiat kilometrow za Alice Springs na zachod i tam zostawia mnie na rozdrozu posrodku pustkowia. No to niezle. Nie mam już wody i stoje w upale bez skrawka cienia, i prawie nie ma ruchu, a jesli jest to wiekszosc nie w moim kierunku. Ale nie watpie ani przez chwile, ze ktos mnie stad zabierze. Przejezdza kilka gigantycznych "Road Train", czyli najwiekszych na swiecie ciezarowek z trzema, czasem czterema przyczepami, prawdziwe pociagi drogowe.
W koncu nadjezdza tez moj stop - mezczyzna jadacy do Ti Trea naprawic maszyne do kawy w tamtejszym "Road House", bo maszyny do kawy to jego specjalnosc. Ti Trea to pierwsza miescowosc po drodze. Jej centralnym punktem jest "Road House", skaldajacy się ze sklepiku, restauracyjki, baru i niewielkiej stacji benzynowej. Napelniam tu moja butelke woda i wychodze na droge, ale wkrotce rezygnuje. Upal, prawie zero ruchu, a jesli już ktos przejezdza, to i tak zatrzymuje się chociaz na chwile tutaj. Tu wlasnie rozmawiajac bezposrednio z kierowca zalapuje kolejnego stopa. Gosc jedzie do Tenant Creek, wiec wysadzi mnie w Devils Marbles po drodze. Pokonujemy jakies 300 km niezmieniajacego się zupelnie krajobrazu. Prosta droga na polnoc.
Kierowca wysadza mnie przy Devils Marbles, ktore stanowia pierwsza od setek kilometorw niespodziewana zmiane w krajobrazie. Posrodku nieziemsko wygladajacych glazow jest placyk, ktory jest prymitywnym kampingiem. Poki co sa tu tylko dwa samochody, czerwony van i biala Toyota kampingowa ze starsza para z Anglii. Zostawiam tu plecak i ide powedrowac wsrod "Diabelskich Kulek", bo tak chyba moge przetlumaczyc Devils Marbles - porozrzucane na przestrzeni kilku kilometrow olbrzymie glazy, niektore okragle, inne bardziej nieregularne. W grupach lub samotne, w brazowoczerwonym kolorze, podkreslonym poznopopołudniowym swiatlem. Prawdziwa uczta fotograficzna! Chodze zaczarowana posrod nieziemskich glazow przez pare godzin, az do zachodu słońca, ktory podziwiam z kamiennego wzgorza, na ktorym jest jeszcze wiecej diabelskich kulek.
Wieczorem zapoznaje się z wlascicielkami czerwonego vana. Dwie mlode (19 letnie) Australijki - siostry blizniaczki. Podrozujace wokol Australi od osmiu miesiecy. Jada jutro w moja strone - w strone Alice Springs. Nie tylko mnie zabiora, ale pojada ze mna do Ali Curung - aborygenskiej osady, ktora chce odwiedzic. Aborygenska kobieta (ta przebierajaca nasiona), ktorej zrobilam zdjecie w Alice Springs, poprosila, abym je jej wyslala. Mieszka w Ali Curung, niedaleko stad, wiec skoro już tu jestem, moze po prostu jej to zdjecie zawioze.
17 listopada 2001
Udaje mi się wstac tuz przed wschodem słońca i podziwiam diabelskie glazy o poranku oswietlone z przeciwnej niz wczoraj wieczorem strony. Warto bylo przejechac te 400 km. Teraz trzeba wrocic, ale powrot bedzie prostszy niz dostanie się tutaj, jednym stopem z blizniaczkami Laura i Jasmine. Pomimo, ze sa Australijkami nie byly nigdy w aborygenskiej wiosce, wiec podoba im się pomysl pojechania do Ali Curung. Podobno jest to Aborygenskie terytorium, do ktorego trzeba miec specjalne pozwolenie na wjazd, ale mamy pretekst - zdjecia oraz imie kobiety. Parenascie kilometrow od Devils Marbles skrecamy ze Stuart Highway na wchod i po 20 km docieramy do Ali Curung. Niewiele się tu dzieje. Wiekszosc mieszkancow wioski siedzi na ziemi przed domami. Niektore domy nie maja szyb w oknach, ani drzwi, ani z tego co udaje mi się z zewnatrz zobaczyc, zadnych mebli w srodku oprocz kilku kocy na podlodze.
Pytamy grupki kobiet, czy wiedza gdzie mieszka Savannah Nungarrayi Long. Konsultuja cos w swoim jezyku miedzy soba, po czym pokazuja nam droge - niebieski dom za sklepikiem, kolo boiska. Odnajdujemy bez trudu, tylko... sasiedzi mowia nam, ze Savannah pojechala znowu do Alice Springs. Kiedy bedzie? Moze dzisiaj. O ktorej? Rzut oka, nie na zegarek, a na... slonce. I dostajemy odpowiedz: ok. dwunastej czy pierwszej. Nie bedziemy czekac. Aborygeni maja troche inne od naszego poczucie czasu. Pojawia się kobieta, ktora wraz z Savanna przebierala nasiona w Alice, rozpoznaje mnie, rozmawiamy chwile i jej powierzam zdjecie. Mieszka w tym samym domu. Zauwazam, ze to jedyny w okolicy dom z czystym, schludnie zagrabionym podworkiem. Kontrast z domami obok, gdzie podworko i okolica udekorowane sa puszkami, plastikowymi torebkami i wszelkiego rodzaju smieciami, ktore nikomu nie wydaja się przeszkadzac.
No to zobaczylysmy aborygenska wioske. Niestety spoznilysmy się jakies kilkadziesiat lat. Dzis nie zobaczymy już plemion prowadzacych swoj tradycyjny seminomadzki tryb zycia. Mieszkancy Ali Curung nie zywia się już nasionami z buszu - prosciej przyniesc jedzenie ze sklepu. Jesli ktos (tak jak Savannah) zbiera tradycyjne nasiona, to tylko po to, aby sprzedac je w Alice, prawdopodobnie do jednego z wielu sklepikow z aborygenskimi akcesoriami - wszysto co aborygenskie jest bardzo popularne wsrod rzeszy odwiedzajacych turystow.
Wracamy do Alice Springs. Zajmuje nam to pare godzin, bo poczciwy van za bardzo się nagrzewa przy predkosciach przekraczajacych 95 km/h. Dziewczyny po raz pierwszy sa w Alice Springs. Pokazuje im, gdzie moga najtaniej zrobic zakupy, po czym odwoza mnie pod drzwi domu.
Dobrze trafilam. Matt z Helen oraz Chopinem szykuja się wlasnie na popołudniowe barbeque. Dzis w Simpson Gap, tam gdzie pare dni temu bylam rowerem. Warzywa, grzyby, ananas oraz banany z grilla.
18 listopada 2001
Niedziela. Chopin dalej pracuje. Pracujac tez w weekendy ma znacznie wieksza stawke przez caly tydzien, poza tym mowi, ze to naprawde bardzo w porzadku praca. Ja za to nie mam już za bardzo co robic w Alice Springs. Odwiedzam Olive Pink Botanic Garden, w ktorym jeszcze nie bylam i koncze "Veronika postanawia umrzec" Paula Coelha, bo odkrylam, ze nawet nie bedac czlonkiem biblioteki moge wypozyczac z niej ksiazki za kaucja.
Dzis z okazji niedzieli Matt z Chopinem koncza o godzine wczesniej. Jedziemy na kolejny wypad w nature. Dzis nad rzeke. Paredziesiat kilometrow na zachod od miasta. Bierzemy stroje, tylko... w korycie rzeki pozostalo z niej tylko kilka niewielkich kaluz, z ktorych ma radoche Toby, pies Helen. Ale nieszkodzi, przyjemne miejsce, czerwone wzgorza, pachnace eukaliptusy. Tu nie ma barbeque, wiec rozpalamy ognisko i przygotowujemy kolacje na patelniach na zarze. Matt ma zawsze na wyposazeniu swojego terenowego samochodu dwa plastikowa pojemniki ze sprzetem do gotowania w naturze - patelnie, sztucce, skladane kieliszki, puszki, etc.
19 listopada 2001
Nadeszly upaly. Kolejny bardzo goracy dzien w Alice Springs. U mnie niewiele się dzieje. Rower, biblioteka, zakupy...
20 listopada 2001
Odwiedzam dzis liczne galerie w miescie z aborygenska sztuka. Precyzyjne malunki sladajace się z tysiecy kropek ukladajacych się w misterne wzory i symbole - kazdy obraz opowiada inna historie. W centrum kulturalnym ogladam film na video o "Reconciliation", czyli zmudnym i nielatwym procesie pojednania pomiedzy Aborygenami a bialymi Australiczykami.
21 listopada 2001
Ide rano na spacer za wzgorze za domem i nie zdaje sobie nawet sprawy, kiedy znajduje się na terenie "Alice Springs Desert Park". Daruje sobie wejscie do jego ogrodzonej czesci - popularnej i drogiej atrakcji turystycznej - widzialam już kangury, emu, itd. w naturze, bez oplat. Po drodze fotografuje kilka kolorowych papug i innych ptakow. Potem jade rowerem do Ogrodow Daktylowych. Palmy daktylowe zostaly sprowadzone do Australii przez Afganskich przewodnikow wielbladzich karawan, w czasach kiedy karawany stanowily glowny srodek transportu. W goracym, pustynnym klimacie idealnie się przyjely i dzis Australia produkuje wlasne daktyle.
Usilujac w miare ciekawie spedzic moje ostatnie kilka dni w Alice Springs, szukam miejsc, gdzie jeszcze nie bylam i wstepuje do galerii opali. Ogladam kolorowe kamienie oraz video o ludziach, ktorzy poswiecili cale swoje zycie szukaniu fortuny w kopalniach. W drodze na poludnie bedziemy przejezdzac przez miasteczko slynne z kopaln opali.
22 listopada 2001
Spedzam wiekszosc dzisiejszego dnia obserwujac po prostu toczace się na ulicach w centrum Alice Springs zycie. Z samego rana schodza się z roznych stron calymi rodzinami tlumy Aborygenow. Siedza na lawkach, na trawnikach, na chodnikach. Czekaja na otwarcie urzedow. Dzis dzien wyplaty, schodza się wszyscy co tydzien odebrac swoj rzadowy zasilek dla Aborygenow. Kiedy przechodze tedy pare godzin pozniej, widze czarne rodziny z obladowanymi po brzegi supermarketowymi wozkami, czekajace na taksowki.
23 listopada 2001
Siedze na trawniku w centrum miasta. Podchodzi do mnie aborygenski czlowiek:
- Skad jestes?
- Z Polski.
- Jak się mowi "hello" w Polsce?
- Dzien dobry.
- Dzien dobry. Witaj w Centralnej Australii. - podaje mi reke i odchodzi.
Przyjemnie bylo w Centralnej Australii. Jutro opuszczamy już Alice Springs.
Sprzedaje rower. Szkoda mi troche, bo byl genialny, ale nie moge go ze soba zabrac. W sklepie rowerowym dowiaduje sie, ze jest to bardzo dobry firmowy rower ("Norco"). Nowy kosztuje ponad 300$, moj jako ze uzywany warty jest ok. 150. Pytam, czy kupia go ode mnie za 95. To zalezy od szefa. Zjawia się szef. Oferuje mi 70. Sprawdzam jeszcze w dwoch sklepach z uzywanymi rzeczami. Owszem skupuja rowery, ale oferuja mi jeszcze mniej - a wszystkie rowery jakie maja na sprzedaz, wiekszosc gorsza niz moj, nie schodza u nich ponizej setki. Coz, wracam do sklepu rowerowego. I tak nie mam nic do strcenia, wrecz przeciwnie.
Robie zakupy na droge i wracam (troche pieszo troche stopem) do domu. Mielismy dzisiaj w nasz ostatni wieczor w Alice Springs spotkac się z jednym Polakiem, ktory pracuje z Aborygenskimi dziecmi w odleglej wiosce. Ale kiedy wracam do domu Chopin mowi, ze Krys zostawil wiadomosc, ze bedzie w Alice dopiero jutro. Poza tym Matt pilnie potrzebuje Chopina na jeszcze jeden dzien. Coz... Alice Springs naprawde nie chce nas wypuscic.
24 listopada 2001
Kolejny (mam nadzieje, ze teraz już naprawde ostatni) dzien w Alice Springs. Nie mam już roweru, wiec chodze po miescie pieszo, a z powrotem zabieram się z Chopinem, ktoremu Matt zostawil ciezarowke, a sam pojechal do jakiejs roboty przy Ayers Rock. Chopin przez 15 dni elektrycznej pracy w roznych miejscach Alice Springs zarobil okolo 1800 australijskich $, czyli z nadwyzka na nasze bilety do Tajwanu, dentyste, zdjecia i inne wydatki.
Krys, ten Polak, z ktorym mielismy się spotkac, dzwoni dzis wieczorem i mowi, ze popsul mu się samochod, bedzie tu dopiero jutro. Za to nas już jutro tu nie bedzie. Opowiada mi przez telefon o szkolce, w ktorej uczy. Jest on jedynym bialym czlowiekiem w promieniu setek kilometrow. W szkolce ma kilkanascioro dzieci, ale z aborygenskimi dziecmi pracuje się inaczej. Czasem przyjda wszystkie, czasem tylko kiloro, a czasem nikt... Strasznie zaluje, ze nie mamy już czasu, aby odwiedzic to miejsce - zostal nam jeszcze tylko miesiac w Australii oraz pol kontynentu do zobaczenia.