Przecież w rzeczywistości nie da się dojechać lądem na Papuę, gdyż leży ona na wyspie Nowa Gwinea.

Przecież w rzeczywistości nie da się dojechać lądem na Papuę, gdyż leży ona na wyspie Nowa Gwinea. Skoro nie da się dotrzeć tam jadąc cały czas lądem, powstał zamiar przemierzenia tej trasy, ile tylko się da, lądem, przemieszczając się (w miarę możliwości) po powierzchni ziemi.

 

Wyprawa ta będzie nietuzinkowym przedsięwzięciem, a juĹź sama myśl przewodnia (lądem na Papuę) jest w pewnym stopniu prowokacyjna i wywołuje zainteresowanie odbiorcy. Czas rozpoczęcia się wyprawy planowany jest na drugą połowę kwietnia 2009 roku (powinniśmy ruszyć pomiędzy 20 a 24 kwietnia). Wyprawa potrwa – w zaleĹźności od tempa przemieszczania się – od 8 do 12 miesięcy. Planujemy wyruszyć z Krakowa do Przemyśla, a następnie przez kolejne kraje: Ukraina, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Syria, Liban, Jordania, Iran, Pakistan, Chiny, Mongolia, Wietnam, KambodĹźa, Laos, Tajlandia, Myanmar, Malezja, Singapur, Brunei, Indonezja, Timor Wschodni. Powrót planowany jest drogą lądowo - lotniczą przez: Sri Lankę, Indie, Bangladesz i Nepal. Określiliśmy jakie kraje chcemy odwiedzić i w ten sposób powstał szkic wyprawy. W czasie podróĹźy mamy zamiar duĹźo improwizować i wiele decyzji będzie podejmowanych z marszu w zaleĹźności od warunków jakie napotkamy na naszej drodze. Nie będzie miało znaczenia czy do danego miejsca dojedziemy za 2 czy za 7 dni. Jeśli w jakimś miejscu nam się bardziej spodoba, to zostaniemy tam dłuĹźej. Jedyne daty, jakie będą nas nieco ograniczały to daty waĹźności poszczególnych wiz. Ale wiele z wiz będzie moĹźna przedłuĹźyć na miejscu w danym kraju. W Polsce przed wyjazdem wyrobimy tylko 3 wizy: syryjską, irańska i pakistańska. Resztę wiz będziemy otrzymywać na granicach lub w krajach poprzedzających wjazd do kraju docelowego, np. wizę chińska wyrobimy w Islamabadzie, mongolską w Pekinie, tajską w KambodĹźy itd. PodróĹź ta ma być niskobudĹźetowym trampingiem. Zamierzamy przemieszczać się środkami transportu, jakie aktualnie będą dostępne: głownie autobusami i pociągami, ale takĹźe łodziami, rikszami, motorami, rowerami i autostopem.

 

Zamierzamy się Ĺźywić tanim kosztem, korzystając z lokalnych knajp, gdzie przyrządza się potrawy typowe dla danego regionu lub państwa. Chcąc poznać dany kraj, nie wystarczy jedynie zwiedzić jego atrakcje turystyczne. NaleĹźy równieĹź poznać ten kraj „od kuchni” i my zamierzamy to właśnie uczynić. Spać będziemy w tanich hotelach, schroniskach, namiotach, jurtach, bungalowach, u gościnnych ludzi oraz, nie rzadko, w środkach transportu (przemieszczając się w nocy). Nie zamierzamy korzystać z usług drogich hoteli, gdzie klientelę stanowią eleganccy „turyści walizkowi”, poniewaĹź to nie nasze klimaty. Na stronie wyprawy http://www.klubpodroznikow.eu/transasia będziemy prowadzić relację z trasy na zasadzie bloga. Oczywiście w miarę moĹźliwości dostępu do internetu. Będzie tam moĹźna na bieżąco śledzić nasze poczynania, dowiadywać się gdzie w danej chwili się znajdujemy oraz czytać o przygodach, miejscach i ludziach jakich spotkamy na naszej trasie.

Uczestnicy wyprawy:

 

Darek Dąbrowski - absolwent geografii w Instytucie Geografii i Gospodarki Przestrzennej UJ, licencjonowany pilot wycieczek. W ciągu ostatnich trzech lat pracownik jednego z największych polskich organizatorów turystyki egzotycznej, odpowiedzialny za organizację imprez azjatyckich i sporadyczne ich pilotowanie. Zainteresowania: geografia z akcentem na kartografię i teledetekcję, GIS oraz zagadnienia geografii turyzmu; piesze i rowerowe wypady w góry, szczególnie w odludne miejsca, organizacja i realizacja niskobudĹźetowych wyjazdów trampingowych do egzotycznych zakątków świata; lotnictwo pasaĹźerskie; fotografia. PodróĹźe traktuje jako formę oderwanie się od Ĺźycia codziennego, od szarej rzeczywistości oraz poznania nowych, fascynujących miejsc. W czasie wyjazdów do róĹźnych krajów stara się dogłębnie poznać specyfikę danego miejsca oraz jego kulturę. PodróĹźe, poza poznawaniem świata, dają teĹź moĹźliwość poznania samego siebie: swoich słabości, odporności na stres, umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach, swoich granic wytrzymałości, umiejętności organizacyjnych i improwizacyjnych. PodróĹź przecieĹź nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się duĹźo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo Ĺźe fizycznie dawno juĹź nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zaraĹźenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej - Ryszard Kapuściński.

 

Ela Paszek - wielbicielka siedzenia w akademickich ławach, przez wiele lat tzw. wieczny student, oprócz ukończonego kulturoznawstwa: arabistyka, historia sztuki, a nawet 3 dni na kierunku filozofia. Zawody wykonywane: korektor tekstu w jednym z największych polskich dzienników, dziennikarz i fotograf (wolny strzelec), pracownik linii produkcyjnej w angielskiej fabryce ciastek, pani od kanapek na stacji benzynowej, asystent stanowiska na wykopaliskach archeologicznych w Irlandii Północnej. Poglądy i dziwactwa: sceptyk, ateista, ironista i kuglarz, niezaangaĹźowany politycznie liberał, nomad z wyboru, pasjonat cytatów, zbieracz książek, pogromca plotek, wielbiciel Rushdiego i Houellebecqa, bałaganiarz. Potrzeba podróĹźy jest naturalną kontynuacją szeroko pojętej potrzeby poznania. Tak naprawdę dopiero w sytuacji podróĹźy moĹźna poznać samego siebie i rozprawić się ze stereotypami kulturowymi, które, chcąc nie chcąc, nosimy pod skórą. Wytropić pułapki własnego systemu pojęć. PodróĹź to teĹź próba dotarcia do własnych granic - tych mentalnych, ale i wytrzymałościowych. Odnalezienie się w odmiennej sytuacji kulturowej zawsze jest bowiem swego rodzaju szokiem, ale paradoksalnie to właśnie o ten szok chodzi, bo to on zmienia - wytrzeszcza oczy ze zdziwienia, stawia włosy dębem. Salman Rushdie napisał, Ĺźe zbyt częste podróĹźe mogą poluzować cumy duszy. A więc: podnosimy cumy, statek niedługo odpływa, podążając za światłem ze Wschodu.

Poniedziałek, 4 maj 2009

Oto ostatni wpis z ziemi polskiej. JuĹź za kilka chwil, bo o 7:29 ruszamy w trasę. Udajemy się na początek pociągiem z Krakowa do Przemyśla, a następnie busem z granicy do Lwowa. Tam postaramy się dostać bilety na nocny pociąg Lwów – Czerniowce. Tym pociągiem pokonamy ok. 340 km w czasie – bagatela – 11 godzin :) Ale przynajmniej będzie okazja się wyspać porządnie. (czytaj więcej) Wtorkowy ranek przywita nas niedaleko granicy z Rumunia, którą będziemy chcieli pokonać busem z ludĹşmi szmuglującymi do Rumunii przeróĹźne produkty. Niestety w tym miejscu granicy nie moĹźna pokonać pieszo, lecz tylko pojazdem silnikowym (czyli rower teĹź odpada). We wtorek postaramy się pokonać trasę Suczawa – Bukareszt. W stolicy Rumunii mamy juĹź załatwiony nocleg u jednego ze znajomych. Powinno być OK. Mamy nadzieje, Ĺźe w Rumunii uda nam się jakoś dogadać z miejscowymi bazując nie tylko na języku migowym.

Pozdrawiamy

Darek i Ela

Czwartek, 7 maj 2009

Francois z Bukaresztu okazał się przemiłym facetem, jednak ze względu na dużą ilość pracy  jaką miał do wykonania, nie mógł nam towarzyszyć podczas przechadzki po mieście. Sam Bukareszt okazał się wielkim molochem, miastem bez duszy. Morze betonu i bloki mieszkalne stojące nawet w centrum miasta… Zobaczyliśmy z zewnątrz Parlament (drugi największy budynek na świecie po Pentagonie), zbudowany przez Caucescu w miejscu historycznego centrum miasta. Niestety towarzysz Nikolae zmarł na tyle wcześnie, Ĺźe nie doczekał końca budowy. Odwiedziliśmy jeszcze prawosławny klasztor Antim i tyle. W końcu Bukareszt nie był naszym priorytetem.

Po południu wzięliśmy busa do Giurgiu, miasta przy granicy z Bułgarią. Wg przewodnika, na drugą stronę Dunaju, do Ruse (6km), kursują pociągi co 15min. Nic z tego, od ponad roku nie ma Ĺźadnego transportu publicznego między tymi 2 miastami. Bardzo miły i pomocny właściciel dworcowej knajpy podwiózł nas swoim golfem na samą granicę, skąd chcieliśmy łapać coś na drugą stronę 2-kilometrowego mostu na Dunaju. Ledwo zdjęliśmy plecaki, podjechało do nas inne auto i kierowca zaproponował, Ĺźe przewiezie nas na drugą stronę. Zaczęliśmy targować cenę. Skończyło się na 10 EUR od osoby. Co prawda mogliśmy łapać stopa, ale zbliĹźał się juĹź wieczór. Okazało się, Ĺźe to był strzał w 10-tkę. Facet wysadził nas na dworcu autobusowym i okazało się, Ĺźe za 15min mamy ostatni autobus do Veliko Tarnowo, perełki architektonicznej Bułgarii. Tam  teĹź pojechaliśmy. Po przyjeĹşdzie na miejsce zaczęliśmy szukać noclegu. Niestety, jak przystało na popularne miejsce turystyczne, ceny niektórych noclegów powalały. Jedna Pani sprzedająca pamiątki powiedziała, Ĺźe jej mama ma 1 pokój do wynajęcia kilkaset metrów dalej. Zdecydowaliśmy się. To teĹź okazał się trafiony wybór. Nigdzie nie było taniej, a pokój wyglądał jak w hotelu 3***. Mieliśmy nawet satelitę i małą plazmę na ścianie, szok! :)

Rano poszliśmy zwiedzać ruiny twierdzy Carawec, która jest dumą całej Bułgarii. Bardzo ciekawy obiekt, choć w wielu miejscach odrestaurowany w sposób pozostawiający wiele do Ĺźyczenia. Ela, jak na archeologa przystało, znalazła gdzieś w ziemi małe kawałki póĹşnośredniowiecznej ceramiki! W tym 1 z politurą. Spotkaliśmy teĹź wycieczkę VIPów z UNESCO (jeden z nich w jakimś tradycyjnym afrykańskim stroju).

Wracając z twierdzy do centrum miasta, natrafiliśmy teĹź na stanowisko archeologiczne, gdzie na naszych oczach odkopywano ludzkie szkielety w ruinach cerkwi ormiańskiej. Tutaj Ela równieĹź miała swoje 5 minut. Zeszła do ekipy i wypytała ich o róĹźne szczegóły, robiąc sobie przy okazji zdjęcie z kilofem na tle szkieletów.

Tym optymistycznym akcentem poĹźegnaliśmy malownicze i gościnne Veliko Tarnowo i ruszyliśmy pociągiem osobowym przez góry Stara Płaniny do Starej Zagory. Tam mamy nocleg u Lilianny z Hospitality Club. Z Zagory mamy teĹź jedyne 160km do granicy tureckiej, a stamtąd 240km do Stambułu. Jak wszystko pójdzie dobrze, to 8.05 wieczorem powinniśmy dotrzeć nad Bosfor.

Pozdrawiamy

Darek i Ela.

Sobota, 9 maj 2009

Lilianna i Minko ze Starej Zagory to fantastyczni ludzie. Odebrali nas autem z dworca kolejowego i specjalnie na nasz przyjazd przygotowali kolację, musakę – tradycyjną bułgarską potrawę. Rano teĹź nas powitali gotowym śniadaniem. Na stole leĹźała banica – tradycyjne bułgarskie kruche krokieciki z serem, ziemniakami i jabłkami. Pycha! Minko obwiózł nas po mieście: zobaczyliśmy ekspozycję archeologiczną, starą rzymską mozaikę ukrytą w podziemiach oraz szczątki neolitycznej osady. Sprawdziliśmy teĹź autobusy do granicy z Turcją. Okazało się, Ĺźe najbliĹźszy jest…. na drugi dzień rano.Wtedy Minko powiedział: ‘mogę was zawieźć na granicę”. To było 160km w 1 stronę. Zapłaciliśmy mu za paliwo, które w Bułgarii jest dość tanie i za ok. 2h byliśmy juĹź na granicy z Turcją. Po drodze mijaliśmy sporo polskich tirów, co budziło w nas nadzieje, Ĺźe moĹźe nie będzie problemów z transportem z granicy do Istambułu. Przejście wszystkich zasiek, budek kontrolnych i szlabanów po obu stronach granicy zajęło nam ok. 45min. Po tureckiej stronie wielki plac budowy, odnawianie budynków granicznych. Robi to wraĹźenie. Zaraz za tureckimi szlabanami stoi wielki meczet, teĹź na ukończeniu. Poza tym duĹźo pyłu, piasku i kurzu wokół. Po zakupieniu wiz tureckich (15USD lub 10EUR), postawiliśmy nasze plecaki z zamiarem łapania stopa w kierunku Istambułu. Co się okazało, nie staliśmy nawet minutę. Zatrzymał się pierwszy bułgarski tir jaki wyjeĹźdĹźał z granicy. Bardzo miły młody kierowca. A w środku duĹźo miejsca na bagaĹźe i do wyciągniecie nóg. Okazało się jednak, Ĺźe Bułgar zatrzymuje się w jakimś mieście 30km przed Istambułem. Pokonaliśmy z nim ok. 200km. Wyrzucił nas na zakurzonym parkingu przy autostradzie i pomachał na do widzenia :) Prawie nic nie zjeĹźdĹźało na ten parking. No to ugrzęźliśmy, pomyśleliśmy sobie. Nic z tego. Allah czuwał nad nami :) I znów zatrzymała się pierwsza ciężarówka wyjeĹźdĹźająca stamtąd. Ta juĹź była mniej komfortowa (jakaś wielka cysterna), a kierowca znał tylko turecki. Nawijał coś do nas przez całą drogę, szczerząc Ĺźółte zęby i próbując pytać nas o coś. Było to komiczne, bo wydawało mu się, Ĺźe jak będzie do nas mówił po turecku głośno i powoli, to my go zrozumiemy :) Byliśmy teĹź najwolniejszym autem na drodze. W pewnym momencie zjechał na pobocze autostrady i oznajmił nam, Ĺźe tu kończy… Zdębieliśmy. Zaczął nam tłumaczyć na migi, rysować obrazki na kartce, gestykulować i po ok. 10min chyba zrozumieliśmy o co chodzi. Przed nim stało kilkadziesiąt innych tirów, które tak jak on, nie mogą wjechać do miasta przed 21:00. Czekała nas kolejna przesiadka, ale tym razem na środku autostrady. Wzięliśmy nasze toboły, stanęliśmy na środku jakiegoś rozwidlenia, wokół śmigały tureckie auta. Ela wystawiła palec. I co? Jak zwykłe: zatrzymało się jedno z pierwszych mijających nas aut. Tym razem wygodny ford. W miarę zbliĹźania się do obwodnicy miasta, ruch gęstniał, aĹź wpadliśmy w jakiś koszmarny korek. Ten kierowca teĹź znał tylko turecki. Po prawie godzinie spędzonej w korku, zdecydowaliśmy, Ĺźe wyrzuci nas przy ostatniej stacji metra, z której złapiemy coś do centrum. Tak teĹź uczyniliśmy. Najpierw metro, potem tramwaj, potem kolejka linowa (!) i jeszcze jedno metro. JuĹź po 1,5h tułaczki po mieście byliśmy w dzielnicy Levent, gdzie mamy nocleg u Hakana. Jest on prawnikiem i dwa razy dziennie jest na innym kontynencie :) Pracuje po drugiej stronie Bosforu. Przy okazji jest przemiłym facetem i teĹź nas powitał kolacją. Razem z nami mieszka u niego jeszcze jeden gość z CouchSurfing – Muhammed, Francuz algierskiego pochodzenia, który wpadł tu na weekend. Tu jest nasz pierwszy długi przystanek, nie musimy się nigdzie spieszyć. Niebawem idziemy na rekonesans miasta. Spędzimy tu kilka dni, aby trochę przesiąknąć tym miastem. Wokół słychać zawodzenie muezina.

Pozdrawiam

Darek

Poniedziałek, 11 maja 2009

Zakotwiczyliśmy na 3 dni w Stambule.Samo miasto ze swoim gwarem, egzotyka, zabytkami i przenikającymi się wpływami róĹźnych kultur zrobiło na nas duĹźe wraĹźenie. Tu juĹź moĹźna poczuć prawdziwa Azję. Bazary pełne orientalnych przypraw, kobiety w czadorach, ogromne, pięknie zdobione meczety, muezini nawołujący do modlitwy.Trudno było nie odwiedzić najbardziej znanego zabytku miasta, czyli świątyni Hagia Sophia. Tym razem znów sprzyjało nam szczęście, bo udało nam się wejść do środka 10 min przed jej zamknięciem :) Wnętrze robi wielkie wraĹźenie: szczególnie liczne mozaiki i freski w czasów Bizancjum.

Jedyna uciążliwa rzecz, jaką tu moĹźna spotkać, to tłumy turystów. Tych z Europy i tych z innych zakątków Turcji. W okolicach Hagia Sophia, Błękitnego Meczetu czy mostu Galata non stop płynie ulicami tak gesty tłum, Ĺźe moĹźe przyprawić o zawrót głowy.Zwykli mieszkańcy Stambułu są niezwykle mili i pomocni. Nawet jeśli słabo znają angielski, to starają się ze wszystkich sil, aby nam jakoś pomóc.Hakan, u którego śpimy kolejną noc, teĹź jest bardzo fajny. Jako prawnik uwielbia mówić, chyba mógłby przegadać kaĹźdego. Przy tym ma ogromna wiedzę ogólną o świecie. Jest duĹźym człowiekiem i porusza się w swoim ciasnym mieszkaniu trochę jak słonik w składzie porcelany :)Opowiadał nam tez o swojej mamie, która jest bardzo opiekuńczą kobietą, wie, Ĺźe jej Syn uwielbia gotować, ale mieszka ok. 1000km dalej. Dlatego teĹź co jakiś czas mama przygotowuje Hakanowi jakieś gotowe półprodukty (gotowana fasole, świeĹźy jogurt, warzywa), mrozi je głęboko i wysyła Hakanowi pocztą kurierską :)))Dziś jest juĹź nasz ostatni dzień w tym magicznym mieście. Postaramy się odwiedzić jeszcze kilka ciekawych miejsc. Jutro natomiast udajemy się juĹź w kierunku Ankary i dalej w stronę Kapadocji. Spróbujemy złapać stopa, jeśli będą jakieś problemy w tej kwestii, to pojedziemy autobusem.

Pozdrawiamy

Darek i Ela

Czwartek, 14 maj 2009

Goreme 14.05, godz 18:00Dziś powoli Ĺźegnamy się z Kapadocja. Jest to jednak miejsce, do którego zawsze wrócimy z miłą chęcią. Mamy szczęście, Ĺźe trafiliśmy tu jeszcze przed sezonem. Po pierwsze dlatego, ze krajobrazy (poza suchymi skalami) przesycone są jeszcze świeżą zielenią trawy i innych zarośli. Kwitną kwiaty na lakach, a drzewa owocowe w sadach pomiędzy skałami kwitną kolorowymi kwiatami. Sądzę, Ĺźe za dwa miesiące, kiedy temperatury będą tu sięgać 40st, wiele zarośli wyschnie na pieprz i barwą będą się zlewać ze skalami. Po drugie: nie ma jeszcze nasilonego ruchu turystycznego, da się wyczuć swoiste wyczekiwanie na szczyt sezonu. Knajpki świecą pustkami i na ulicach (a przede wszystkich na szlakach spacerowych w malowniczych dolinach) nie ma tłoku. Jedyne miejsce, w którym roi się od turystów, to największa atrakcja okolicy (ale tylko wg przewodnika...), czyli Goreme Open Air Museum. Pełno tam wycieczek autokarowych głównie z emerytowanymi turystami z Europy Zachodniej. Chodzą tylko tam, gdyĹź są brukowane alejki, schodki i poręcze. Dlatego teĹź nie weszliśmy tam, wybraliśmy ciszę i spokój okolicznych dolinek, bez Ĺźadnych udogodnień dla piechurów. A jest tu gdzie chodzić i co podziwiać. Odwiedziliśmy w sumie 4 doliny:

  • Dolinę Mieczy (Swards Valley), gdzie dominują śnieĹźnobiałe, oślepiające skały, przypominające nieco miecze. U ich podnóĹźa wystepują kwitnące sady owocowe - jak w bajce. Spotkaliśmy tam tez przyjaznego osiołka z łaskoczącym językiem :)
  • Dolinę RóĹź (Rose Valley): piękne formacje skalne, które w zamknięciu doliny tworzą szeroki wachlarz skalny mieniący się kolorami róĹźowo-czerwono-pomarańczowymi. Znajdują się tu równieĹź wspaniałe, bizantyjskie kościoły wykute w skalach. Krajobrazy zapierają dech w piersiach, trudno je opisać słowami.
  • Dolinę Gołębi (Pigeon Valley): kręta dolina zakończona białymi wychodniami skalnymi w kształcie warzywa o nazwie patison.
  • Dolinę Miłości (Zemi Valley): nazwa bardzo wymowna i adekwatna do krajobrazów, gdyĹź na końcu doliny znajduje się kilkanaście pionowych wychodni skalnych, kształtem przypominających fallusy. Wychodnie te są całkiem odseparowane od dawnej skały macierzystej ze względu na silną erozję rzeczną/ wodną w tym miejscu. Wyrastają one wprost z kwitnących, kwiecistych łąk i sadów owocowych. Według mnie to najładniejsze miejsce, jakie udało nam się tu odwiedzić.

Samo miasteczko Goreme ma idealne połoĹźenie: w centrum tych wszystkich atrakcji, jakie stworzyła matka natura. Wiele domów tu jest wprost przyklejonych do skal. Niektóre domy i hotele są teĹź dosłownie wykute w skałach. Wszystko z pełną infrastrukturą, jaka potrzebna jest turystom. Pełno tu kafejek, sklepików, agencji turystycznych. W wielu skalnych kafejkach jest teĹź internet bezprzewodowy, z którego w tej chwili korzystam :)Jutro juĹź stad wyjeĹźdĹźamy. Jedziemy w sumie niedaleko, bo tylko ok 300km na południe, do Adany. Tam mamy nocleg u kolejnego hosta, Aycana. To dość spore miasto, więc pewnie nie zabawimy tam długo. Liczymy po cichu na to, Ĺźe jeśli wszystko dobrze pójdzie, to pojutrze powitamy ziemię syryjską :)

Pozdrawiamy

Darek i Ela

Sobota, 16 maj 2009

Wczoraj wyjechaliśmy juĹź z Kapadocji. Z pewną nutką Ĺźalu poĹźegnaliśmy tą przepiękną część Turcji. Jednak jeszcze sporo przed nami, a to co widzieliśmy w ostatnich dniach, to przecieĹź dopiero sam początek trasy :) Dość szybko, za pomocą dwóch aut, udało nam się pokonać 85 km do Aksaray, leżącego przy głównej drodze z Ankary do Adany na południowym wybrzeĹźu Turcji. Czekając na transport w Aksaray na jednym z głównych skrzyĹźowań, minęło nas nagle luksusowe BMW X5 z dwoma facetami w środku. Spojrzeli na nas, zmierzyli wzrokiem i pojechali dalej. Po chwili zobaczyliśmy to samo auto, jadące w przeciwnym kierunku. Zawrócili i podjechali do nas, aby nas zabrać. Okazało się, Ĺźe jadą dokładnie tam, gdzie my, czyli do Adany. Znów szczęście nam sprzyjało, takim autem jeszcze nie jechaliśmy. Wsiedliśmy i ruszyliśmy z kopyta. Tego dnia na autostradzie do Adany nie było szybszego auta niĹź nasze :) Średnia prędkość oscylowała w okolicy 160 km/h, chwilami dobijaliśmy do 200 km/h. Jednak w takim aucie nie było tego czuć. Odległość pokonywaliśmy błyskawicznie. Kierował Ilker, a obok siedział jego kumpel Mehmet. W połowie drogi zapytali nas, czy nie jesteśmy głodni, bo mają ochotę coś zjeść i chcieli, abyśmy zjedli coś razem. Czemu nie... Zajechaliśmy do typowej tureckiej knajpy, ale urządzonej wg dobrego gustu i zaczęło się... Najpierw wjechały przystawki: wielkie, płaskie, tureckie chleby, które się rwało, jogurty, miód, liście mięty, ogromna taca z sałatką- tak świeĹźa, ze trudno to opisać. Do tego jeszcze jakieś mini zakąski, woda Ĺşródlana i ayran (tradycyjny turecki lekko solony jogurt). Wydawało się, ze zamówili furę jedzenia, ale to jeszcze nie było wszystko. Za chwile wjechał kurczak z grilla i grillowane udka. Prawdziwa uczta! Musze przyznać szczerze, Ĺźe tak pysznego jedzenia nie miałem okazji smakować bardzo dawno. Szczególnie sałatka powalała swoją świeĹźością :) Po sutym obiedzie ruszyliśmy w dalszą drogę do Adany. Widoki po drodze były przecudne, bo przebijaliśmy się autostradą przez wysokie na ponad 3000 m pasmo górskie, za którym była juĹź tylko nadmorska nizina. Od południa widok był następujący: na dole plantacje pomarańczy, oliwek i bawełny, nieco wyĹźej łagodne stoki porośnięte śródziemnomorską, krzaczastą roślinnością, jeszcze wyĹźej góry i skaliste, poszarpane grzbiety, a na ostatnim planie najwyĹźsze ośnieĹźone pasma górskie. Nie mogliśmy się napatrzeć :) Gdy wjechaliśmy do Adany, okazało się, Ĺźe to luksusowe BMW naleĹźy do mamy Ilkera i jedziemy zawieźć jej to auto i wziąć samochód należący do niego. Skoro mama jeĹşdzi czymś takim, to czym musi jeĹşdzić Ilker, pomyśleliśmy.... Fakty zgadzały się z naszym tokiem myślenia. Ilker jest właścicielem jeszcze bardziej wypasionego auta, mianowicie Porsche Cayenne. Zmieniliśmy więc jedną limuzynę na drugą i zostaliśmy odwiezieni w miejsce, gdzie czekał na nas Aycan, nasz znajomy, u którego spaliśmy ostatnią noc. Zawiózł nas do domu i przedstawił nas swojej rodzinie. Poznaliśmy jego rodziców, brata i siostrę. Mama Aycana przygotowała teĹź tradycyjną, turecką kolację, tak wiec piątek minął nam pod znakiem obĹźarstwa :) Wieczorem pojechaliśmy z Aycanem i jego bratem do centrum. Co prawda w Adanie nie ma wiele ciekawych rzeczy, ale jest np. nowy meczet (największy w całej Turcji) i stary most na rzece z czasów rzymskich. Trafiliśmy teĹź na wielką, trwającą tydzień, imprezę studencka - coś na wzór naszych juwenaliów. Mnóstwo ludzi imprezujących w parku na trawie, a wokół pełno muzyki i piwa :) Bardzo miło spędziliśmy wieczór. Dziś Aycan zawiezie nas na trasę wylotowa z Adany i będziemy łapać coś w stronę granicy z Syrią. Postanowiliśmy, Ĺźe skoro tak dobrze nam idzie łapanie stopa, to przejedziemy w ten sposób całą Turcję. Miejmy nadzieje, Ĺźe nam się to uda, bo jak do tej pory idzie całkiem nieĹşle. Następny wpis być moĹźe juĹź z Syrii :)

Pozdrawiamy,

Darek i Ela.

Niedziela, 17 maj 2009

Po poĹźegnaniu sie z Aycanem w Adanie (w sobotę), w ciągu kilku minut złapaliśmy ciężarówkę do Iskenderun na pd.-wsch. krańcu Turcji. Kierowca okazał się bardzo miły i gdy zjeĹźdĹźał do miasta, załatwił nam od razu transport dalej u swojego kumpla z ciężarówki jadącej przed nami. Na poboczu autostrady przesiedliśmy się tylko z jednej ciężarówki do drugiej i w ten oto sposób dotarliśmy na przedmieścia Antakyi, ostatniego większego miasta w Turcji. Stamtąd złapaliśmy juĹź auto bezpośrednio do granicy z Syrią. Mieliśmy szczęście, bo ruch na tej drodze był znikomy. Dodatkowo oba terminale (turecki i syryjski) są oddalone dość mocno od siebie. Nie wyobraĹźam sobie, jak byśmy mieli pokonywać to przejście na piechotę! Ten kierowca był na tyle uprzejmy, Ĺźe pomógł nam jeszcze załatwić wszelkie sprawy wizowe i wymienić tureckie liry na syryjskie funty u przygranicznego konika.JuĹź na samej granicy dało się poczuć, Ĺźe wjeĹźdĹźamy do kraju, który dzieli od Turcji przepaść cywilizacyjna. Ludzie mają zupełnie inne poczucie czasu, kontrola paszportowa trwała grubo ponad 1h, mimo ze na przejściu było kilkanaście osób. JuĹź w samym budynku przejścia wisiały wielkie portrety prezydenta Syrii, który jest dyktatorem. W drodze z granicy do Aleppo, teĹź dało się zauwaĹźyć ciekawe scenki rodzajowe. Ciężarówki z ogromnymi kamieniami z kamieniołomu zamontowanymi na pace tak, Ĺźe zaraz zlecą, a na nich siedzący ludzie. Ĺťadnych zasad ruchu drogowego - jeĹşdzi się tam, gdzie jest miejsce dla auta, a nie tam, gdzie są pasy, które tak naprawdę rzadko występują :) Po dotarciu do Aleppo nie mieliśmy problemu ze znalezieniem taniego hoteliku w dzielnicy, gdzie są prawie same sklepy z oponami samochodowymi i tanie hotele :) Zanim wyszliśmy z hotelu, aby coś zjeść, okazało się, Ĺźe nie mamy Ĺźarówki w łazience ani klucza do pokoju. Pan z recepcji początkowo próbował nam wytłumaczyć, Ĺźe po co nam światło w łazience, skoro Ĺźarówka w pokoju daje wystarczająco duĹźo światła, aby oświetlić teĹź łazienkę. W końcu z grymasem na twarzy przyniósł nam nową Ĺźarówkę "made in Hungary" i nastała jasność w łazience. Kolejne chwile straciliśmy na czekaniu na klucz. Pan przyniósł duĹźy worek, w którym miał kilkadziesiąt róĹźnych kluczy. Wreszcie jeden z nich pasował do naszego pokoju. Wreszcie mogliśmy pójść coś zjeść do jakiejś lokalnej knajpki. I tu nastąpił pierwszy kant. Podczas płacenia kelner chciał od nas większą sumę, bo uwaĹźał, Ĺźe dał nam jakąś droĹźszą potrawę, a nie tą, którą zamówiliśmy. Zacząłem się kłócić, tłumacząc mu, ze to jego problem, skoro przyniósł nam nie to, co zamówiliśmy i Ĺźe nie zamierzamy płacić kwoty, której od nas żąda. Do akcji wkroczył szef knajpy. Nakrzyczał na kelnera, Ĺźe nie wie, co podaje, przyznał nam rację i w ramach rekompensaty za starty moralne dostaliśmy jeszcze filiĹźankę herbaty na koszt firmy :) Tym optymistycznym akcentem zakończyliśmy sobotę. Dziś natomiast póĹşnym przedpołudniem ruszyliśmy w miasto. Po śniadaniu poszliśmy do dzielnicy chrześcijańskiej, gdzie znajdują się stare kościoły: ormiański, grecki ortodoksyjny i katolicki. Fajna atmosfera tam panuje. Następnie odwiedziliśmy stare miasto: wielki bazar, gdzie sprzedają wszystko, od ubrań i biĹźuterii po mięso i przyprawy. Na jednym ze stoisk wisiał nawet szkielet wielbłąda powleczony częściowo mięsem z tego zwierza.... Obok wisiały natomiast zdjęcia przedstawiające kolejne etapy zarzynania 'garbusa". Widok robił wraĹźenie... Po drodze weszliśmy na dziedziniec Wielkiego Meczetu Omajadów, by odpocząć chwilę i pofotografować ludzi (szczególnie kobiety w czadorach, ubrane na czarno od stóp do głów oraz facetów w białych galabijach i arafatkach na głowach). Ostatnim puntem dzisiejszego dnia była Cytadela, reklamowana jako największa atrakcja miasta. Same mury obronne wyrastające ponad fosę robią wraĹźenie, natomiast wnętrze jest bardzo zaniedbane. Pozostałości starych meczetów, pałacu i amfiteatru niszczeją, nikt o to nie dba, a wokół pełno śmieci i chwastów. Byliśmy nieco zdegustowani tym widokiem. CóĹź, widocznie taki ich lokalny zwyczaj, aby zaśmiecać zabytki. Ogólnie da się wyczuć, ze jesteśmy juĹź z dala od Europy. Jest egzotycznie, ale nie niebezpiecznie. Ludzie wciąż są bardzo mili i pomocni, jak to w Azji. Dziś śpimy ostatnią noc w Aleppo i jutro przed południem udajemy się do miejscowości Hama - ok 140 km na południe stąd.

Pozdrawiamy bardzo gorąco, syryjsko :)

Darek i Ela.

Poniedziałek, 25 maj 2009

W niedzielę 24.05 wyjechaliśmy z Bejrutu do Damaszku. Zrobiliśmy to jednak na raty, ja wcześniej, a Ela nieco póĹşniej.

Poszedłem na dworzec autobusowy, gdzie znów czekała mnie mała niespodzianka logistyczna. Okazało się, Ĺźe z Bejrutu do Damaszku nie ma autobusów. Są jedynie małe busiki i taksówki. Miałem to szczęście, ze jedna z taksówek stała juĹź prawie pełna i brakowało jej do kompletu tylko jednej osoby. Dlatego trochę się potargowałem i pojechałem taksówką prawie za taką samą cenę, jak busem (11 usd). Kierowca mocno cisnął na gaz i w niecałą godzinę zameldowaliśmy się na przejściu granicznym. Zanim tam jednak dojechaliśmy, kierowca zatrzymał się jeszcze w hurtowni spoĹźywczej. Tam zakupił około 100 szt. batoników Lion i grubo ponad 100 szt. chipsów Pringles. Wszystko na handel do Syrii. Dopchał tym bagaĹźnik i ruszyliśmy w kierunku terminala granicznego. Samo pokonanie granicy poszło bardzo sprawnie. Spodziewałem się o wiele większej kolejki i bardziej skomplikowanych procedur.

W taksówce jechałem z 3 Syryjczykami (w tym kierowca) i jednym Kurdem tureckim. Jedynie ten ostatni znał kilka słów po angielsku. Taksówkarz zatrzymał się gdzieś na przedmieściach Damaszku i razem z Kurdem wzięliśmy taxi do centrum miasta. Nie przepłaciliśmy, bo facet mówił po arabsku i znał tutejsze stawki.

Szybko znalazłem hotel upatrzony wcześniej w przewodniku. Bardzo miła atmosfera i świetny klimat podróĹźniczy. Wziąłem nocleg na specjalnie przygotowanym tarasie na dachu. ŁóĹźka kanadyjki ustawione wokół siebie i pełna infrastruktura hotelowa do dyspozycji plus śniadanie w cenie noclegu. Poznałem od razu bardzo fajnych ludzi z Czech. Ela dotarła do Damaszku po południu i teĹź zatrzymała się w tym samym hotelu. Hall hotelowy urządzony jest w stylu orientalnego patio z mozaikami na ścianach, małą fontanną na środku i zielonymi pnączami ciągnącymi się po ścianach i po powale.

Poszedłem od razu na spacer po starym mieście. Bardzo fajna atmosfera tu panuje, szczególnie w największym w mieście Meczecie Omajadów. Przy okazji spotkałem tam ponad 20-osobową wycieczkę z Polski. Szybko dało się ich poznać, bo byli rozwrzeszczani, mieli kiczowate pamiątki w dłoniach i uĹźywali słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne :) Zwiedziłem tez inne zaułki starego miasta, w tym kryty bazar i dzielnice chrześcijańską z kościołami prawosławnymi i katolickimi. W drodze powrotnej do hotelu wypiłem teĹź pyszny, świeĹźy koktajl bananowy.

Dziś z kolei pojechałem razem z poznanymi Czechami do Maaluli - małego miasteczka połoĹźonego ok 50 km na północ od Damaszku. Mieścina ta połoĹźona jest w wąskiej, górskiej dolinie, której stoki zbudowane są z prawie pionowych rudo-pomarańczowych skał. Większość domów pomalowanych jest na kolor piaskowy i niebieski. Bardzo ładnie się to wszystko ze sobą komponuje. Jednak największą atrakcją tego miejsca jest klasztor Świętej Tekli - jedno z głównych miejsc pielgrzymkowych chrześcijan w Syrii. Klasztor ten, podobnie jak inne zabudowania w Maaluli, teĹź jest przyklejony do pionowej skały. Niektóre pomieszczenia czy sale modlitewne są wprost wykute w skałach.

Po powrocie z Maaluli postanowiliśmy z Elą, aby się powłóczyć po lokalnych knajpkach, poniewaĹź jest to nasz ostatni wieczór w ciągu kilku najbliĹźszych miesięcy... Przedwczoraj podjęliśmy decyzję o rozłączeniu się i podróĹźowaniu przez jakiś czas samemu. Ela dziś kupiła za śmiesznie niską kwotę bilet lotniczy z Damaszku do Bangkoku przez Qatar i leci tam 27.05 po południu. Ja natomiast kontynuuję trasę wg wcześniejszych załoĹźeń. Jutro wcześnie rano jadę do Ammanu i posiedzę w Jordanii około tygodnia, zwiedzając największe atrakcje tego kraju. Z Jordanii wracam do Syrii, praktycznie tylko po to, aby zobaczyć Palmire i wjechać z powrotem do Turcji przez przejście graniczne w Qamishle. Stamtąd juĹź pojadę bezpośrednio na Iran. Ela z kolei po przyjeĹşdzie do Bangkoku chce jechać do Birmy i pokręcić sie pewnie po regionie Azji Południowo-Wschodniej. Wiele wskazuje na to, Ĺźe spotkamy się ponownie gdzieś w Chinach, na przełomie lipca i sierpnia lub w sierpniu, gdy juĹź wyjadę z Kazachstanu do Chin.

Pozdrawiamy serdecznie:

Darek i Ela

Środa, 27 maj 2009

Wczoraj, czyli w środę rano, wstałem bardzo wcześnie i razem z poznaną dzień wcześniej parą z Czech pojechaliśmy na dworzec autobusowy, aby złapać jeden z pierwszych autobusów do Ammanu. Po przyjeĹşdzie na dworzec, rzuciło się na nas całe stado taksówkarzy chcących nas zawieźć do Jordanii. ZlekcewaĹźyliśmy ich zupełnie i poszliśmy szukać autobusu, który był 6 USD tańszy niĹź taxi. Jednak taksówkarze nie odpuszczali i szli za nami do samego końca. Okazało się, Ĺźe autobus mamy za niecałą godzinę. Oznajmiliśmy więc taksówkarzom, Ĺźe moĹźemy jechać z nimi, ale.... za cenę autobusu. Na początku w ogóle nie chcieli o tym słyszeć. PóĹşniej jednak zaczęli mięknąć. Wiedzieli, Ĺźe jeśli nie spuszczą ceny, to my i tak pojedziemy, tylko Ĺźe autobusem. Po szybkich targach postawiliśmy na swoim. Jeden z taksówkarzy zgodził się wziąć nas za tyle samo, ile kosztował autobus, czyli po 10 USD od osoby. Powiedział tylko, Ĺźe poszuka jeszcze jednego pasaĹźera do kompletu i ruszamy. Czwarty pasaĹźer znalazł się bardzo szybko i juĹź mogliśmy ruszać. Był to starszy Jordańczyk, mówiący świetnie po angielsku, gdyĹź mieszkał przez dłuĹźszy czas w USA. Zapakowaliśmy się wraz z bagaĹźami do luksusowej Toyoty z klimatyzacją i w drogę. Z Damaszku do Ammanu jest ok 150 km autostradą, więc zeszło nam bardzo szybko. Na granicy kupiliśmy wizy jordańskie za 10 JD (1JD = 4zl) i po krótkiej chwili byliśmy w Ammanie. Czesi kontynuowali dalej swoją podróĹź do Jerozolimy, wiec poĹźegnaliśmy się. Za transport po raz pierwszy zapłaciliśmy mniej niĹź lokalni mieszkańcy. Ja i Czesi płaciliśmy po 500 SYP, a okazało się, Ĺźe ten starszy Pan z Jordanii zapłacił 700 SYP :)

W Ammanie miałem załatwiony nocleg u Selmo, Niemca pracującego tu w ambasadzie Wielkiej Brytanii jako specjalista do recyclingu. Selmo gra równieĹź w teatrze. Wcześniej przysłał mi on szczegółową instrukcję, jak dotrzeć do jego domu i zostawił mi klucze w pudełku po zapałkach na parapecie zewnętrznym :) Jednak okazało się, Ĺźe w środku jest jego współlokatorka, Jo z Francji. Mieszkają sobie w ładnym domu na wzniesieniu z ładnym widokiem na miasto. W ogóle cały Amman jest bardzo ładnie usytuowany na kilkunastu stromych wzgórzach. Pełno tu serpentyn, ciasnych uliczek, schodów między nimi i męczących podejść. Wieczorem poszliśmy do kina na otwartym powietrzu, urządzonym w ruinach staroĹźytnej świątyni z kolumnami korynckimi wśród akacji. Wyświetlano film dokumentalny o terroryście Zarkawi, który pochodzi z wschodniej Jordanii. Na prelekcji był nawet obecny główny narrator tego filmu. Poza tym pełno było mieszkających i pracujących w Ammanie europejczyków. Wielu z korpusu dyplomatycznego, którzy w większości znali Selmo. Po filmie poszliśmy w większym gronie coś zjeść, kupiliśmy pełno pysznego jordańskiego jedzenia i usiedliśmy na podłodze w salonie w domu Jimmy'ego - Szkota uczącego tu języka angielskiego. Poza tym były 2 Hiszpanki, 2 Amerykanki, 1 Francuzka i 1 Brytyjczyk. Ten ostatni miał w pokoju wielką, popielatą papugę, Lulu, która nie lubi obcycłh i strasznie się wydziera, gdy ktoś nieznajomy podejdzie bliĹźej :)

Poza spotkaniami towarzyskimi połaziłem teĹź wczoraj po centrum. Jest tu ładny meczet Króla Husajna, cytadela z jakimiś rzymskimi ruinami oraz ruiny teatru rzymskiego i odeonu.

Dziś z kolei udałem się na pd.-zach. od stolicy. Odwiedziłem miasteczko Madaba. Znajduje się tam (w kościele św. Jerzego) bizantyjska mozaika z 560 r., która przedstawiała najwaĹźniejsze miejsca biblijne na Bliskim Wschodzie. Co ciekawe, jej autor umieścił północ po lewej stronie kompozycji. Niestety do dnia dzisiejszego ocalało ok 30% pierwotnego dzieła. Z Madaby złapałem stopa na Górę Nebo. To właśnie z tego miejsca MojĹźesz ujrzał ziemię obiecaną. Stoi tu wielki krzyĹź i pomnik Jana Pawła II. Rozpościera się stad takĹźe bardzo ładny widok na dolinę rzeki Jordan i Morze Martwe z Palestyną na drugim brzegu. Podobno w nocy, gdy jest przejrzyste powietrze, widać światła Jerozolimy. Następnym autem zjechałem na samo wybrzeĹźe Morza Martwego. Jest to najniĹźej połoĹźone miejsce na powierzchni naszej planety (czyli największa depresja): wg najnowszych badań połoĹźone na wysokości 408 m poniĹźej poziomu morza. Na początku wzdłuĹź wybrzeĹźa ciągną się luksusowe hotele. Pojechałem wiec ok. 20 km dalej, gdzie plaĹźe są czyste i moĹźna w spokoju popływać. Zatrzymałem się w miejscu, w którym do morza uchodził mały potoczek. Po to, by mieć potem świeżą, słodką wodę do zmycia soli z siebie. Morze Martwe jest najbardziej zasolonym zbiornikiem wodnym na świecie. Ze względu na wysokie temperatury i brak dopływu świeĹźej wody, morze to nie jest roztworem solnym, lecz wręcz zawiesina. Woda jest tak gęsta, Ĺźe po przejechaniu dłonią widać ruch zawiesiny.... Wszystkie kamienie i głazy na plaĹźy pokryte są grubą warstwą soli, tworzącej piękne kryształy solne. Całość prezentuje się przepięknie. Jest gorąco jak w piekle i oczywiście w morzu tym nie występują Ĺźadne Ĺźywe organizmy. Zanurzyłem się na kilka minut. Jedyne, co moĹźna robić w morzu, to unosić się bezwładnie na jego powierzchni jak kłoda. Nie sposób utonąć, bo gęsta zawiesina wypycha człowieka ku górze. Pływać teĹź się nie da. Za nic w świecie nie moĹźna pozwolić, aby woda dostała się do ust czy oczu. Wiec podryfowałem sobie kilka minut, po czym spłukałem z siebie tą ogromną ilość soli w potoczku i wyszedłem z powrotem na drogę, aby złapać jakiś transport do Ammanu. Zatrzymało się drugie mijające mnie auto. Wsiadłem i ruszyliśmy. Po przejechaniu kilkunastu km, kierowca oznajmił mi, Ĺźe chce, abym mu zapłacił za podwiezienie 10 JD, czyli ok 40 zł. Osłupiałem... Okazało się jednak, ze on nie Ĺźartuje, więc powiedziałem, Ĺźeby mnie wysadził. Zapytał czy w takim razie zapłacę 5 JD. Powiedziałem, Ĺźe nie i wysiadłem za zakrętem. Ten jeszcze do mnie krzyczał, Ĺźe moĹźe jednak 3 JD, ale machnąłem tylko ręką i pojechał sobie. Po chwili zatrzymało się kolejne auto z jakimiś robotnikami i zabrało mnie do samego Ammanu bez Ĺźadnego płacenia. W końcu nie po to stworzono autostop, aby za niego płacić :))

Tym oto sposobem znów jestem u Selmo. Jutro rano jadę juĹź bardziej na południe do Karak i jak dobrze pójdzie, to wieczorem powinienem dotrzeć do Wadi Musa (Petra).

Pozdrawiam ciepło: Darek

Piątek, 29 maja 2009

Wczoraj, czyli 28.05 wyjechałem z Ammanu. U Selmo zostawiłem garść przewodników, które nie będą mi zupełnie potrzebne podczas mojej pętli po Jordanii. Odbiorę je od niego, gdy będę juĹź wyjeĹźdĹźał z Jordanii. Przed południem udałem się minibusem do Karak, ok 100 km na południe od Ammanu. Najpierw facet, który zbierał dinary za przejazd, chciał ode mnie podwójna cenę, bo twierdził, Ĺźe mój duĹźy plecak zajmuje jedno wolne miejsce. Wytłumaczyłem mu na migi, Ĺźe postawię go na podłodze i zwolnię mu to 1 miejsce. Tak tez zrobiłem i opuściłem ruchliwy Amman. PodróĹź do Karak zeszła bardzo szybko. W Karak mieści się wielka forteca z widokiem na pustynię z jednej strony i Morze Martwe z drugiej. Musiałem się mocno natrudzić, aby wdrapać się na górę z klepiska nazywanego przez mieszkańców dworcem autobusowym. W końcu osiągnąłem swój cel. Jakiś facet w restauracji zaproponował mi darmowe przechowanie bagaĹźu. Pomyślałem, Ĺźe moĹźe to być niebezpieczne, ale gdy zobaczyłem kilka innych plecaków w jego knajpie, zdecydowałem się. W ten sposób nie musiałem zwiedzać fortecy z ciężkim garbem. W środku fortecy poznałem Jima z Londynu, który do Jordanii przyjechał tylko na 10 dni ze swoją Ĺźoną. Pogadaliśmy chwilkę, po czym Jim Ĺźyczył mi powodzenia na dalszej trasie i poĹźegnaliśmy się. Sama forteca nie rzuca specjalnie na kolana, szczególnie, Ĺźe jest w trakcie renowacji i mnóstwo tam panów z taczkami, łopatami i kilofami. Widoki z jej górnego poziomu rekompensowały jednak trudy podejścia. Gdy poszedłem odebrać swój plecak, wypadało skorzystać z usług gastronomicznych owej restauracji, wiec zjadłem falafela i rozpocząłem mój marsz z powrotem na dół w stronę dworca. Chciałem jeszcze tego samego dnia przedostać się z przesiadką do Petry (Wadi Musa), zaliczanej do jednego z najnowszych cudów świata. Gdy tak szedłem w dół, nagle minął mnie jakiś samochód, po czym zatrzymał się na poboczu. Kiedy podszedłem bliĹźej, okazało się, Ĺźe to Jim z Ĺźoną. Zapytali, czy mnie gdzieś nie podwieźć, bo wlaśnie jadą do... Petry :) Nie ma to jak porządny fart. Wsiadłem i ruszyliśmy. Zamiast jechać ruchliwą i mało ciekawą autostradą przez pustynię, pojechaliśmy widokową trasą przecinająca stronę góry i głębokie doliny przez Tafile. Miejscami widoki były powalające. Głównie widać było suche jak pieprz góry w kolorze Ĺźółtawo-piaskowym i gdzieniegdzie jakieś oazy lub mini-zbiorniki retencyjne. Krajobraz jak z Marsa. Wydawał się on nie kończyć.

Po niecałych 2 godzinach dojechaliśmy do Wadi Musa, głównego miasteczka obsługującego turystów (hotele, restauracje i sklepy), odwiedzających połoĹźoną 4 km dalej Petrę. Wcześniej miałem załatwiony nocleg u Nawafa, prawdziwego beduina mieszkającego w malej wiosce kilka kilometrów od Wadi Musa. Odebrał mnie z centrum i od razu pojechaliśmy do jego rodzinnej miejscowości - Umm Sayhoun. Przedstawił mnie swojej rodzinie i usiadł na chwilę na internecie i telefonie, gdyĹź prowadzi 1-osobowa agencję turystyczną i musiał załatwić kilka spraw. Porozmawialiśmy chwilkę, po czym stwierdził, Ĺźe jest bardzo zajęty dziś i powiedział, Ĺźe będę spal u jego znajomej z Holandii, która mieszka w kolejnej wiosce - Al Beidha. Zgodziłem się, bo przecieĹź nie miałem innego wyjścia. Nawaf zawiózł mnie więc do niej i zostawił tam. Owa Holenderka (zapomniałem, jak miała na imię) okazała się przemiłą osobą. Pochodzi z Bredy, jest muzułmanką i kilka m-cy temu kupiła ten dom w Al Beidha, by tu pomieszkać jakiś czas. Z kolei sama wioska połoĹźona jest wśród dzikich gór, przy drodze z Wadi Musa nad Morze Martwe, a wokół są same obozy nomadów. Od Wadi Musa dzieli ją ok. 9 km asfaltowej drogi.

Okazało się, Ĺźe jesteśmy zaproszeni na kolację do jej sąsiada o imieniu Talal. Fantastyczna wiadomość,, bo juĹź trochę zgłodniałem, pomyślałem sobie :) Talal najpierw podal zakąskę w formie schłodzonego arbuza, a następnie obficie słodzoną beduińską herbatę. Pyszna była i świetnie gasiła pragnienie. Po chwili przyniósł obrus w postaci szerokiej folii nylonowej, poniewaĹź zaraz miało się pojawić danie główne, przygotowane przez siostry Talala. Była to tradycyjna jordańska potrawa o nazwie mensif. Przyrządza się ją kładąc na spod szerokiej (wspólnej dla wszystkich biesiadników) misy płaski arabski chleb. Na chleb kładzie się wilgotny i kleisty ryz. Następnie na ryĹźu układa się mięso. Zwykle jest to mięso kozie lub kurczak. Wczoraj miałem to szczęście, Ĺźe był kurczak w formie gotowanych udek z jakimiś egzotycznymi przyprawami. Oczywiście nie było Ĺźadnego stołu. Jedliśmy siedząc na podłodze na wielkich poduchach, misa z mensifem teĹź stała na podłodze. Nie było równieĹź sztućców. Jedliśmy, uĹźywając jedynie rąk, tak jak jedzą beduini. Trzeba było wziąć około pół garści ryĹźu, zrobić z niego mini-kulkę i podać sobie do ust. Do tego odrywało się po kawałku białego mięsa z kurczaka. Przyznam, ze najadłem się porządnie, a sama potrawa była pyszna. Spać poszedłem wcześnie, gdyĹź dziś czekała mnie bardzo wczesna pobudka.

Dziś wstałem o 4.00 rano. Jak wiadomo Petra jest największą atrakcją turystyczną Bliskiego Wschodu (najbardziej rozreklamowana). Bramy otwierają o 6.00, a ja chciałem być tam jak najwcześniej z dwóch powodów. Po pierwsze chciałem uniknąć strasznych tłumów, jakie suną przez cały kompleks Petry od godziny 9 do 10, a takĹźe uniknąć palącego upału, jaki tu panuje w godzinach okołopołudniowych. Czekało mnie 9 km marszu po ciemku, stąd ta wczesna pora pobudki. Idąc tak w środku nocy, mijałem po drodze kilka obozowisk beduińskich z palącymi się ogniskami i ujadającymi w moim kierunku psami. Przejście tych 9 km zajęło mi ok 1,5 godziny. Dotarłem do bram Petry i kas biletowych kilka minut przed godziną 6.00. Wokół nie było Ĺźywej duszy poza 4 podróĹźnikami z Anglii i 1 kundlem, który miał wielką ochotę, aby ktoś go pogłaskał. Właśnie o taką ciszę i spokój o wschodzie słońca mi chodziło. Ucieszyłem się.

Około 1 km za bramami zaczyna się słynny Siq, wąwóz długi na 1,5 km i wąski miejscami na 3-5 m. Jego pionowe ściany osiągają wysokość względną ok. 250 m. Robi to niesamowite wraĹźenie. A to dopiero początek wraĹźeń. Po pokonaniu Siq'a dochodzi się do słynnej i pokazywanej we wszystkich przewodnikach hellenistycznej fasady kościoła, zwanego Treasury, zbudowanego pomiędzy 100 r. p.n.e. a 200 r. n.e. Sam kościół i jego fasada wykute są w pionowej ścianie skalnej piaskowca i osiągają wysokość 43 m. Z Treasury idzie się dalej na wzgórze Al-Madbah, skąd roztacza się przepiękny widok na okoliczne góry i doliny. Następnie mija się staroĹźytny amfiteatr i grobowce królewskie, by dotrzeć do ruin staroĹźytnego miasta Petra. Niestety poza kilkunastoma kolumnami i murami fortecy, niewiele zostało do dnia dzisiejszego z tego miasta. Na samym końcu stromej doliny znajduje się kolejny kościół (zwany Monastery), zbudowany w III wieku p.n.e. Ca ły kościół, jak i jego fasada równieĹź, wykute są w litej skale. Stylem budowla owa bardzo przypomina Treasury, lecz jest nieco wyĹźsza (50 m) i fasada skierowana jest w przeciwnym kierunku, na zachód. Gdy, wracając, dotarłem znów w okolice grobowców i Treasury, okazało się, Ĺźe pobudka w środku nocy to był strzał w 10-tkę. Około godziny 12 w tej okolicy przewijały się niesamowite tłumy. Grupy wycieczkowe liczące od kilku do kilkudziesięciu osób. Panował hałas i zgiełk, sprzedawcy pamiątek biegali w tłumie, oferując swoje kiczowate wyroby, inni beduini proponowali jazdę na wielbłądzie, koniu lub osiołku. Inni z kolei mieli bardziej komfortowe środki transportu: 2-osobowe bryczki konne. Wszystko to wyglądało, jakbym był w lunaparku lub na targu, a nie w miejscu uznawanym za architektoniczny cud świata. CóĹź, Petra to obecnie maszynka do robienia ogromnych pieniędzy i kaĹźdy - nawet małe dzieci - chce na tym ugrać swoje dwa grosze. Wróciłem do Wadi Musa i przez pozostałe popołudnie mam zamiar odpocząć oraz nadrobić braki snu. Jutro rano jadę na pustynię Wadi Rum i pewnie posiedzę tam do niedzieli.

Pozdrawiam: Darek

Niedziela, 31 maja 2009

Wczoraj, tj. w sobotę, wyjechałem z Wadi Musa w kierunku pustyni Wadi Rum. Jedyny autobus na tej trasie odjeĹźdĹźa z Wadi Musa o 6:30. Ze względu na to, Ĺźe spałem 9 km za miastem, istniały nikłe szanse, abym załapał się na ten autobus. Podjechałem autostopem z Beida do Wadi Musa i złapałem minibusa do Ma'an, połoĹźonego przy głównym szlaku komunikacyjnym Jordanii (autostradzie północ-południe). Stamtąd wsiadłem w kolejny autobus jadący do Aqaby i wysiadłem na skrzyĹźowaniu z drogą wiodącą w stronę wioski Rum na pustyni. Stala tam jakaś mała furgonetka i jej kierowca proponował mi transport do Rum, ale za jakieś wielkie, nawet jak na polskie warunki, pieniądze. Machnąłem tylko ręką i poszedłem na oddalony o kilkadziesiąt metrów przystanek z wiatą. Było to jedyne zacienione miejsce w okolicy, wiec zjadłem tam śniadanie. Czuć było, Ĺźe pustynia juĹź blisko, bo upał był niesamowity. Słońce prawie w zenicie.

Zawiązałem na głowie turban (zakupiony jeszcze w Maroko), aby chronił przed słońcem zarówno moją głowę, jak i kark, i zacząłem łapać stopa. Ruch na tej drodze był znikomy. Prawie kaĹźdy, kto jechał w tamtą stronę, chciał jakieś chore kwoty za transport w stosunku do odległości, jaką chciałem pokonać (od 3 do 10 USD). Na szczęście tego dnia nigdzie mi się nie spieszyło, wiec kaĹźdego płatnego stopa odprawiałem z kwitkiem.

Wreszcie po około pół godziny zatrzymał się jakiś młody chłopak, a gdy zapytałem na migi ile chce za podwiezienie, odpowiedział mi, Ĺźe nic. Wsiadłem i przejechałem z nim 2/3 zaplanowanej trasy. Pozostało mi jedynie 4 km do Visitor's Centre, gdzie kupuje się bilet do parku narodowego i kolejne 7 km do wioski Rum. Po prawie 1h stania (na szczęście teĹź w cieniu, bo rosło tam jedyne drzewo na trasie), zatrzymał się mini van z grupą turystów ze Szwajcarii. Zabrali mnie. Po drodze kupiłem bilet i za moment bylem w Rum. Tam od razu obskoczyli mnie beduini oferujący przejaĹźdĹźkę jeepem lub wielbłądem po pustyni o róĹźnym czasie trwania lub z noclegiem w obozie beduińskim na pustyni i nocą spędzoną pod gwiazdami. Noce pod gwiazdami na pustyni juĹź przerabiałem kilka razy w Maroko, a ci faceci chcieli jakieś kosmiczne kwoty za swoje usługi. Postanowiłem, Ĺźe chcę wziąć jeepa na 2-3 h, zobaczyć kilka fajnych miejsc i wrócić do Rum na nocleg w namiocie. Jednak początkowe ceny nawet za 2-3 h jeepem były bardzo nieprzyzwoite. Postanowiłem wziąć ich na przeczekanie. RozłoĹźyłem się z moim lunchem, a oni wciąż przekrzykiwali się nade mną. Gdy zobaczyli, Ĺźe zupełnie nic sobie nie robie z ich towarzystwa i nie jestem nimi zainteresowany, odpuścili i odeszli. W momencie, gdy kończyłem lunch, podszedł do mnie jakiś chłopak. Wyglądał na 20-25 lat. Powiedział, Ĺźe za połowę tej ceny, którą oferowali tamci, obwiezie mnie po tych miejscach, które chcę zobaczyć. Całość potrwa około 2,5h i moĹźemy ruszyć, kiedy tylko będę chciał. Powiedziałem, Ĺźe chcę ruszyć ok 16:30, kiedy będzie juĹź lepsze światło do robienia zdjęć. Przez ostatnie 2h przed wyjazdem pokręciłem się trochę po okolicy.

Pustynia Wadi Rum to największa obok Petry atrakcja turystyczna Jordanii, stąd ceny takie wysokie. RóĹźni się ona zasadniczo od wielu innych pustyń na świecie, gdyĹź poza Ĺźółtymi i rudawymi piaskami, jakie ją pokrywają, ogromny obszar zajmują teĹź góry. Przybierają one formę krótkich pasm lub odosobnionych masywów wyrastających ponad poziom piasków na wysokość 300-400 m. W rejonie tym, tuĹź przy granicy z Arabią Saudyjską, znajduje się teĹź najwyĹźszy szczyt Jordanii - Jebel Umm Adaami - 1832m. Dzięki tak zróĹźnicowanemu krajobrazowi pustynia ta uchodzi za jedną z najpiękniejszych na świecie. Zgadzam się z tym w pełni. Z tego, co wiem, podobne krajobrazy moĹźna spotkać na pustyni w górach Hoggar na południu Algierii czy teĹź na pustyniach w zachodnim USA.

Jak większość największych atrakcji turystycznych danego kraju, tak i Wadi Rum jest mocno skomercjalizowana i wszystko tam kreci się wokół pieniądza. Turyści indywidualni stanowią tam ok. 5% ogółu wszystkich odwiedzających. Większość turystów to grupy autokarowe, lub małe grupki na 1-dniowe wycieczki organizowane przez agencje i hotele z większych miast. Poza mną, spotkałem tam jeszcze 1 Japończyka (oni chyba są wszędzie) i 2 Niemców jeĹźdżących po Jordanii na rowerach z małymi przyczepkami.

Faez, mój kierowca, zjawił się punktualnie i mogliśmy juĹź ruszać. Najpierw pojechaliśmy do Ĺšródła Lawrenca. Miejsce to od zachodu osłonięte jest prawie pionową ścianą skalną, a w Ĺźlebie spadającym spod tej ściany bije małe Ĺşródełko. W tym miejscu kręcono słynny film Lawrence z Arabii. Na wschód z kolei rozpościera się widok na rozległą pustynię z wyrastającą z piasku górą, oświetlone ładnie przez słońce chylące się powoli ku zachodowi. Następnie pojechaliśmy na wysoką wydmę, przybierająca o zachodzie słońca kolor pomarańczowy. Wdrapałem się na jej szczyt, gdyĹź z góry widok był jeszcze ładniejszy. Następnie pojechaliśmy w kierunku masywu Jebel Khazali. Sam masyw wygląda podobnie, jak kaĹźdy inny na Wadi Rum. Jednak głęboki wąwóz, jaki się tam znajduje, jest wyjątkowy ze względu na inskrypcje beduińskie na jego brzegach. Jedna z nich w toporny sposób przedstawia nawet kobietę rodzącą dziecko. Z wąwozu pojechaliśmy w stronę jednego z 3 łuków skalnych na tej pustyni: Wadak Rock Bridge. Przez ten fragment miałem okazję osobiście prowadzić jeepa po piaskach pustyni. Było to całkiem ciekawe doświadczenie. Sam łuk skalny teĹź się bardzo ładnie prezentował - szczególnie w promieniach zachodzącego słońca. Po powrocie do Rum szybko zapadł zmrok i cała wieś opustoszała. Pozostały jedynie 4 osoby śpiące w namiotach na campingu (w tym ja). Musiałem wstać dziś rano, poniewaĹź około 6:30 odjeĹźdĹźa jedyny minibus do Aqaby. Piszę około, bo tutaj większość minibusów odjeĹźdĹźa, gdy zbierze się komplet. Spakowałem się i wyszedłem przed camping. Po chwili autobus wyłonił się zza zakrętu. Podjechał, lecz okazało się, Ĺźe...... juĹź ma komplet. Nie wiedziałem, Ĺźe startuje z innego miejsca w wiosce. Ale kierowca powiedział, Ĺźe za 3min będzie jechał jeszcze jeden minibus do Aqaby. Początkowo wątpiłem w jego słowa, ale dwaj inni beduini, którzy zostali na poboczu, utwierdzili mnie w przekonaniu, Ĺźe tak właśnie będzie. Drugi autobus przyjechał po paru minutach. Wsiadłem i po 2 h bylem w Aqabie - jedynym jordańskim porcie nad Morzem Czerwonym. Na dworcu spotkałem Darka z Polski, który właśnie przyjechał z Izraela i jedzie do Petry. Pogadaliśmy chwilę. Poleciłem mu hotele w Wadi Musa, a on opowiedział mi o swoich planach podróĹźy jachtem dookoła świata, w którą rusza we wrześniu.... :)

Po kilku minutach znalazłem hotel, który oferuje nocleg na dachu, zostawiłem duĹźy plecak i poszedłem na spacer po mieście. Przez cały dzień wieje tak, Ĺźe głowę urywa. Ale to dobrze, bo upał jest bardziej znośny. Powłóczyłem się po Aqabie i niewiarygodnie brudnej plaĹźy publicznej (śmieci, puszki, gazeta, potłuczone szkło).

Po drugiej stronie zatoki widać izraelski port Eilat, a nieco dalej egipski - Taba. W rejonie Zatoki Aqaba prawie stykają się granice 4 państwa: Egiptu, Izraela, Jordanii i Arabii Saudyjskiej. Po krótkim spacerze pojechałem ok. 10 km na południe od miasta w rejon, gdzie są czyste plaĹźe i niewielkie rafy koralowe. Tam wybrzeĹźe robiło juĹź o wiele większe wraĹźenie niĹź w mieście. Ale wiatr był jeszcze mocniejszy. PlaĹźa teĹź nie grzeszyła czystością, ale to było nic w porównaniu do poprzedniej. Spodziewałem się wielu turystów nurkujących z butlą lub fajką, a tu pusto. Głównie Jordańczycy i kilku europejczyków. Połaziłem trochę wzdłuĹź plaĹźy. Jak na wybrzeĹźe koralowe przystało, woda mieniła się wieloma odcieniami koloru niebieskiego: od błękitu, przez lazur, turkus po głęboki granat. Po kilku godzinach wróciłem do Aqaby. tu dziś śpię, a jutro rano wracam autobusem przez pustynną autostradę do Ammanu. Znów będę spał u Selmo, odbiorę od niego przewodniki, które tam zostawiłem i we wtorek rano pojadę z Ammanu przez Damaszek do Palmiry w Syrii.

Pozdrawiam, Darek

Wtorek, 02.06.2009
Przez ostatnie dni niewiele się działo u mnie. W poniedziałek wyjechałem z Aqaby w kierunku Damaszku. Miałem okazję pokonać tą trasę luksusowym, jak na jordańskie warunki, piętrowym autokarem z klimatyzacją i bardzo wygodnymi fotelami. Po przyjeĹşdzie do Selmo w Ammanie, postanowiłem odpocząć przez większość dnia. Byczyłem się więc w chłodnym zaciszu domowym i uĹźywałem darmowego internetu do woli :) Szukałem teĹź noclegów w Iranie.
Z kolei dziś większość dnia spędziłem w podróĹźy, trzema środkami transportu, którymi w sumie pokonałem ok 400 km. Najpierw rano poszedłem na dworzec autobusowy w Ammanie. Okazało się, Ĺźe autobus do Damaszku jest dopiero za 3h i taxi kosztuje tylko 2 JD więcej niĹź autobus. Poczekałem więc pół godziny, aby zebrał się komplet pasaĹźerów (czterech wraz ze mną) i ruszyliśmy do Damaszku w komfortowych warunkach. Razem ze mną podróĹźowała trzyosobowa rodzina jordańska. Na granicy wpłaciłem podatek wyjazdowy z Jordanii (5 JD), potem dostałem pieczątkę wjazdową do Syrii i znów powitały mnie wszechobecne plakaty i bilboardy prezydenta Syrii, który z wysoka pozdrawia swój naród na kaĹźdym niemalĹźe rogu ulicy. Okazało się, Ĺźe rodzina jordańska po przyjeĹşdzie do Damaszku zmierza na ten sam dworzec autobusowy co ja, gdyĹź teĹź jadą gdzieś na północ Syrii. Dogadałem się z nimi, Ĺźe razem weĹşmiemy taksówkę po Damaszku i podzielimy się jej kosztami. Zgodzili się.
Po dotarciu na miejsce tak teĹź zrobiliśmy, wzięliśmy pierwszą lepszą taksówkę i poprosiliśmy na terminal autobusowy Harasta. Rodzina dogadała się z taksówkarzem na cenę 50 SYP od osoby. Zaczęli płacić w trakcie jazdy więc ja teĹź dałem moje 50 SYP, ale taksówkarz zwrócił mi mój banknot i powiedział, Ĺźe ode mnie chce 200 SYP.... Powiedziałem, Ĺźe mu tyle nie zapłacę, ale nie chciałem się kłócić w czasie jazdy. Postanowiłem poczekać aĹź dojedziemy na miejsce. Jak juĹź dotarliśmy na dworzec, rodzina jordańska poszła sobie w swoją stronę i zaczął się cyrk z taksówkarzem. Chciałem mu dać te 50 SYP, ale on twardo chciał 200 SYP ode mnie mimo Ĺźe tamci płacili po 50. Tu nie chodzi nawet o te 3 dolary więcej, jakie chciał ode mnie wyciągnąć, tylko o fakt, Ĺźe chciał mnie oszukać, jak to zwykle Arabowie oszukują prawie kaĹźdego turystę. Postanowiłem powalczyć o swoje. Powiedziałem, Ĺźe nie dam mu tyle i chciałem wyjąć mój plecak z bagaĹźnika. Taksówkarz zaczął na mnie krzyczeć, machać rękoma i za nic w świecie nie chciał mi oddać plecaka. Po chwili zszedł do 150 SYP, co dla mnie wciąż było nie do przyjęcia. Otworzyłem więc tylne drzwi taksówki i chciałem wyjąć plecak od środka. Ten wskoczył za mną do kabiny, zaczął się ze mną szamotać, gestykulować i jeszcze bardziej krzyczeć, oczywiście po arabsku więc i tak nic nie rozumiałem. Podczas tej pyskówki zszedł do kwoty 100 SYP. Zaczął mnie straszyć tym, Ĺźe wezwie policję. Powiedziałem mu Ĺźeby wezwał, bo na taksometrze widniała kwota 140 SYP za kurs czyli 35/os.... Nagle zza rogu wyszedł policjant i wtedy taksówkarz wyraĹşnie spuścił z tonu i stał się dość miły. Policjant zaczął wyjaśniać sprawę. Ja łamanym angielskim (Ĺźeby policjant zrozumiał) wytłumaczyłem mu w czym tkwi problem. Ostatecznie policjant zrugał taksówkarza i kazał mu wziąć ode mnie to 50 SYP. Podziękowałem mu za pomoc w ujarzmieniu tego agresywnego taksówkarza i poszedłem na autobus do Palmiry. Byłem jednym z ostatnich pasaĹźerów, których brakowało do kompletu więc nie czekałem długo na odjazd.
Droga do Palmiry (ok 230 km) minęła dość szybko, choć krajobraz był niezwykle monotonny. Wokół tylko hamada (pustynia kamienista) porośnięta jakimiś niskimi krzewami. Tu i ówdzie mijałem obozowiska nomadów. Nic nadzwyczajnego. Po dotarciu do Palmiry szybko znalazłem przytulny hotelik i postanowiłem zjeść porządny obiad. Wreszcie odpocząłem, emocje opadły i moglem pójść na spacer. W Palmirze znajdują się najsłynniejsze w Syrii ruiny rzymskie a ich wiek datuje się na sam początek naszej ery. Bardzo ładnie to wygląda. Miałem to szczęście, Ĺźe byłem tam póĹşnym popołudniem kiedy większość 1-dniowych wycieczek autokarowych juĹź sobie pojechała, światło do robienia zdjęć było znacznie lepsze i nie było juĹź tego ogromnego Ĺźaru. Przy okazji poznałem samotnego turystę z Basel w Szwajcarii i parę z Poznania. Ci drudzy wracają do Polski pod koniec czerwca i poprosiłem czy mogliby mi wziąć do Polski dwa przewodniki, których juĹź nie będę uĹźywał - Syria i Jordania. Leszek i Magda zgodzili się odciążyć mnie, za co jestem im ogromnie wdzięczny. Wyślą mi je z Poznania w paczce do Krakowa.
Dziś śpię w Palmirze, a jutro mam do przejechania kolejne około 400 km przez Daer es Zur (małe miasto nad Eufratem) do Qamishle, miasteczka leżącego na granicy syryjsko - tureckiej. Tam chcę przenocować, aby w czwartek rano wjechać do Turcji i skierować się na wschód przez turecki Kurdystan w stronę granicy z Iranem. Nie wiem, kiedy następny raz będę miał dostęp do maila, ale mam nadzieję, Ĺźe jakoś niebawem. Przez najbliĹźsze 3 dni będę jechał przez mało turystyczne regiony więc czas będę spędzał głównie na przemieszczaniu się.
Pozdrawiam, Darek
Czwartek, 04.06.2009
Ostatnie dwa dni były pełne wraĹźeń głównie tych związanych z przemieszczaniem się oraz z ludĹşmi i sytuacjami jakie miałem okazje napotkać po drodze. Oczywiście wszystkie były zabawne. W środę 3.06 rano wyjechałem z Palmiry w środkowej Syrii.
Najpierw musiałem pokonać całe miasto, aby wyjść na obwodnice i tam zacząć łapać transport w stronę granicy z Turcja. Palmira, podobnie jak większość miast na wschodzie Syrii połoĹźona jest na pustyni. W dodatku panuje tam znikomy ruch samochodowy, bo jest to boczna droga. Ale postanowiłem spróbować własnych sił, mimo wszystko. Po ok. 1h czekania (średnio jechało 1 auto na 4 min) udało mi się złapać jakiegoś vana do wioski 70 km dalej, której nazwy nie pamiętam. Trasa wyglądała mniej więcej tak, Ĺźe prosty odcinek drogi liczył 5-10 km po czym następował lekki wiraĹź i tak dalej. Gdy juĹź dotarłem do owej wioski, to okazało się, Ĺźe tamtędy jeĹşdzi jeszcze mniej aut, a Ĺźe słońce wzeszło nieco wyĹźej na niebie, upał się wzmagał. Tam teĹź stałem ok 1h, po czym zatrzymał się tir. O dziwo kierowca mówił łamanym angielskim i zabrał mnie do nieco większego miasta Deir ez Zour połoĹźonego w dolinie rzeki Eufrat. Znów pokonywałem bezkresną syryjską pustynię.
Po dotarciu nad Eufrat, miły kierowca tira pojechał do magazynu po towar, a mnie nie pozostało nic innego jak machać dalej. Z tego miejsca do Qamishle (miasta na granicy z Turcja) miałem jeszcze 260 km. Stałem z wyciągnięta ręką na wyjeĹşdzie z miasta na dość zakurzonym odcinku drogi, ale tam ruch samochodowy był juĹź potężny (jak na warunki pustynne). Po kilku minutach zatrzymał się nawet luksusowy van, ale 2 arabów powiedziało, Ĺźe za podwiezienie do Qamishle chcą.... 100 USD. Na szczęście po kilku następnych minutach zatrzymało się jakieś auto. Jechał nim starszy facet z młodszą o ok 20 lat Ĺźoną i 2 dzieci. Zabrali mnie do samej granicy z Turcją. Jechało się z nimi szybko i komfortowo, bo auto miało klimatyzację. Po dotarciu na miejsce, szybko znalazłem tani hotelik i poszedłem na rekonesans. Szczególnie zaleĹźało mi na zlokalizowaniu przejścia granicznego. Okazało się, Ĺźe połoĹźone jest ono ok 1 km od mojego hotelu i otwarte jest w godzinach 9-15. MoĹźna je pokonywać tylko pieszo. Cała okolica zamieszkała jest przede wszystkim przez syryjskich Kurdów. Zresztą próĹźno było tam szukać kobiet w czadorach czy nawet w chustach. Postanowiłem odpocząć całe popołudnie, poczytać przewodnik po Iranie i porządnie się wyspać. Z tym ostatnim było kiepsko, bo pokój miałem tak nagrzany, Ĺźe nawet wiatrak niewiele pomagał.
Dziś wstałem wcześnie i poszedłem na zakupy. Zjadłem zdrowe śniadanie w postaci melona i kilku bananów. Podrzemałem jeszcze trochę i tuĹź po 8 rano poszedłem na granice. Dobrze, Ĺźe wyszedłem tak wcześnie, bo mimo małej ilości osób na przejściu, moja osoba bardzo zainteresowała celników. Procedura otrzymania pieczątki wyjazdowej z Syrii trwała chyba ze 20 min, mimo Ĺźe przede mną nie było nikogo. Chyba dawno nie widzieli na tym przejściu paszportu z UE. Prawie kaĹźdy urzędnik na przejściu dokładnie i długo oglądał mój paszport i kaĹźdą pieczątkę jaką w nim mam. Wreszcie gdy juĹź dostałem pieczątkę, pozostało mi jedynie odczekać 10 pozostałych do otwarcia przejścia minut. Wielka brama, jaka dzieli Syrię od Turcji, robi wraĹźenie. Najpierw otwarto bramę syryjską po czym ponad 20 osób (w tym ja) zostało wpuszczonych do metalowej klatki, między dwoma bramami, gdzie oczekiwaliśmy, aĹź ktoś ze strony tureckiej łaskawie podejdzie i otworzy bramę turecką. Po dłuĹźszej chwili tak się teĹź stało i wtedy rozpoczął się sprint do okienek tureckich - kto pierwszy ten lepszy, Ĺźeby jak najszybciej otrzymać pieczątkę turecką i opuścić przejście. W wyścigu do okienka zająłem 3 miejsce :) Wcześniej jednak wszystkich czekała kontrola medyczna, 2 panie w fartuchach i maseczkach mierzyły kaĹźdemu temperaturę wkładając na kilka sekund do ucha elektroniczny termometr. To badanie było chyba w związku ze świńską grypą. Przeszedłem test pomyślnie. Moja wielokrotna wiza turecka kończy się 8.06 i celnicy powiedzieli początkowo, Ĺźe muszę kupić nową wizę, bo myśleli Ĺźe zostaje w Turcji dłuĹźej. Gdy wytłumaczyłem im na migi, Ĺźe tylko 2 dni i Ĺźe jutro wjeĹźdĹźam juĹź do Iranu, dali mi wreszcie pieczątkę i Ĺźyczyli udanej podróĹźy. Mogłem wreszcie opuścić granice i wejść do miasta Nusaybin. Z tego teĹź miejsca zacząłem łapać kolejny transport na wschód w stronę gór tureckiego Kurdystanu. Najpierw padło na tira, który docelowo jechał do Iraku a wiózł jakieś wielkie konstrukcje z metalu. Jechałem nim 90 km, jednak ze względu na wieziony ładunek, nasza średnia prędkość oscylowała wokół 40 km/h. Dodatkowo droga wyglądała tak, jakby wczoraj przejechało po niej 1000 czołgów zostawiając spustoszenie i tysiące dziur. Takiej nawierzchni dawno nie widziałem.
Gdy wysiadłem z tira w małym mieście Cizre nad rzeką Tygrys, szybko złapałem pick up'a na kolejne 50 km. Pokonałem je dość szybko, jednak z miasteczka Sirnak juĹź było gorzej złapać stopa, bo im dalej na wschód i im bliĹźej wysokich gór, tym ruch był coraz bardziej znikomy. Na szczęście po niecałej 1h zatrzymała się ciężarówka wioząca najpopularniejsze w Turcji piwo - Efez :) Plecak do chłodni, ja do szoferki i jedziemy. Po chwili kierowca zapytał czy pije piwo. Odpowiedziałem twierdząco. Zatrzymał się, wyjął mi zimne piwo Efez z paki i tak jechałem przez piękne góry racząc się zimnym piwem. Po 50 km musiałem jednak wysiąść, bo moja ciężarówka skręcała gdzieś w bok. Miałem farta, bo po 10 min zatrzymała się wygodna honda z jakimiś 2 tureckimi biznesmenami, którzy zabrali mnie przez najbardziej widokowy odcinek dzisiejszej trasy do Hakkari. Po drodze mijaliśmy wysokie przełęcze, piękne rzeczne doliny, wioski rozsiane po górach i serpentyny górskie.
Co najbardziej utkwi mi w pamięci z tej trasy, to ilość wojska na drodze. Posterunki kontrolne były średnio co 10-15 km: głównie na waĹźnych skrzyĹźowaniach, na przełęczach lub przy strategicznych mostach. Na kaĹźdym takim posterunku Ĺźołnierze uzbrojeni po zęby sprawdzali nasze dokumenty. Wcześniej pisałem, Ĺźe w Libanie było duĹźo wojska na ulicach, ale w Kurdystanie jest go zdecydowanie więcej. Kilka razy na drodze mijaliśmy teĹź konwoje z pojazdami opancerzonymi i wozami z wyrzutniami rakietowymi. Robiło to wraĹźenie. Jednak na kaĹźdym posterunku Ĺźołnierze uśmiechali się do mnie i byli bardzo mili. Nie często zdarza im się tam widzieć turystę z Europy. Gdy dojechałem do Hakkari, wysadzono mnie na obwodnicy miasta w głębokiej dolinie rzecznej przy kolejnym posterunku wojska. Obok leĹźały ogromne hałdy posezonowego śniegu. Nad głowami dominowały szczyty górskie przekraczające 3000 m wysokości.
Zapadał juĹź zmrok i zaczęło się robić chłodno. Dwaj biznesmeni z którymi jechałem oraz Ĺźołnierze zatrzymali dla mnie pierwszy przejeĹźdĹźający samochód. Okazało się, Ĺźe jest to taxi. Nakazali taksówkarzowi zawieźć mnie do Yuksekova, miasta połoĹźonego juĹź tylko 30 km od granicy z Iranem. Gdy zapytałem ile to będzie kosztować, powiedzieli Ĺźe gratis. Taksówkarz przytaknął. W ten sposób ostatnie 70 km pokonałem taksówka na stopa. Jestem teraz w Yuksekova, wziąłem jakiś przytulny hotelik i jutro rano jadę na granicę z Iranem. Tam będę musiał nieco zmienić odzienie, krótkie spodenki będę musiał na ok 1 miesiąc schować w plecaku i załoĹźyć długie spodnie. W końcu Iran to nie przelewki :) Jutro na pewno dotrę do 1 większego miasta za granicą - Orumiyeh, a jak dobrze pójdzie to moĹźe nawet do Tabrizu. UWAGA!!!!! W Iranie nie będę juĹź miał zasięgu, ale postaram się kupić lokalną kartę SIM i jak tylko będę juĹź miał irański nr tel, to podam go do wiadomości.
Pozdrawiam, Darek

Sobota, 06.06.2009

Mój irański numer telefonu to +98 937 934 8351. MoĹźna do mnie dzwonić i wysyłać smsy, ale juĹź sprawdziłem, Ĺźe nie dochodzą do mnie smsy wysyłane z numerów ery. Nie moĹźna do mnie teĹź zadzwonić z tej sieci. Z numerów orange moĹźna pisać smsy, one dochodzą, ale nie wiem jak z rozmowami. Nie wiem teĹź jak jest z siecią plus gsm. Jestem juĹź w Tabriz, największym mieście w pn.-zach. Iranie.

W piątek rano wyjechałem z Yuksekova w kierunku Esendere (przejście graniczne). Znów miałem szczęście, bo na drodze, na której był znikomy ruch zatrzymał mi się pierwszy samochód jaki mnie minął. Był to jakiś mały, stary renault a w środku siedziało juĹź... 6 osób (dwie z przodu i cztery z tylu). Usiadłem wiec jako druga osoba na siedzeniu pasaĹźera z przodu i ruszyliśmy. Na szczęście 3 osoby wysiadały po 10km, więc zrobiło się luĹşniej :) Po dotarciu na granice, udało mi się przejść turecką i irańską kontrolę paszportową w około 15 minut, co było dla mnie duĹźym zaskoczeniem. Spodziewałem się o wiele dłuĹźszego czasu oczekiwania. Zostało mi sporo lir tureckich, ale na granicy nie było ani jednego kantora. Na szczęście znalazł się bardzo pomocny Irańczyk znający kilka slow po angielsku. On poszukał jakiegoś człowieka, który wymienił mi liry na irańskie riale po dość niezłym kursie. Jeśli chodzi o walutę, to w Iranie obowiązują riale (1 USD = 9700 riali), ale większość ludzi uĹźywa wciąż nazwy starej waluty (toman). 1 toman = 10 riali. Tak więc w knajpie, sklepie czy hotelu mówią do mnie np: 1000 tomanów, a w rzeczywistości trzeba wtedy zapłacić 10.000 riali. Dla turysty z Europy jest to początkowo dość zagmatwana sytuacja, ale po pewnym czasie moĹźna się przyzwyczaić. Trzeba tylko szybko przeliczać kwoty w głowie. Wydaje mi się, Ĺźe juĹź jestem na etapie rozumienia ich sposobu podawania cen. Z przejścia granicznego złapałem taxi do Orumiyeh, pierwszego większego miasta za granica (50km). Dystans ten pokonałem najpopularniejszym autem w Iranie (miejscowej produkcji) marki Paycan.

W Iranie jest juĹź całkiem inna kultura niĹź w Syrii, Libanie czy Jordanii. Irańczycy mówią w języku farsi (zbliĹźony do perskiego), ale uĹźywają alfabetu bardzo podobnego do arabskiego. Wszędzie po drodze wiszą wielkie portrety Chomeiniego oraz prezydenta Iranu. Pełno teĹź innych bilbordów o tematyce politycznej, gdyĹź w najbliĹźszy piątek w Iranie będą wybory prezydenckie. Piątek to zresztą święty dzień islamu i właśnie w ten dzień wjechałem do Iranu. Większość sklepów i wszystkie instytucje są wtedy zamknięte, ruch samochodowy jest mniejszy, a ludzie wypoczywają na kocach w parkach i na skwerach urządzając sobie pikniki. W piątek miałem teĹź problemy z kupieniem irańskiej karty sim, ale znalazł się bardzo miły człowiek, który pomógł mi w tym. Karta kosztowała 7 USD, a doładowanie 2 USD. Najpierw trzeba było pójść do małego kiosku i kupić sama kartę. PóĹşniej poszliśmy do miejsca, które przypominało centrum telekomunikacji, urządzone w wąskim przejściu między innymi sklepami. Tam trzeba było zarejestrować kartę. Stało tam wiele telefonów na kartę, fax i wielkie biurko, za którym siedziała młoda kobieta w chuście na głowie. Spisała ona moje wszystkie dane z paszportu (wraz z xero paszportu i wizy), adres, imiona rodziców, wykształcenie i cel podróĹźy. Jak widać wszystko musi być pod ścisłą kontrolą. Powiedziała, ze rejestracja karty powinna zająć kilka godzin i ze karta będzie aktywna wieczorem lub najpóĹşniej dziś rano - inshallah (jeśli Allah pozwoli). Z Orumiyeh udałem się autobusem do Tabrizu. Pokonanie dystansu 140km kosztowało 1,5 USD. Autobus przez ok 30 km jedzie wąską groblą usypaną na Jeziorze Orumiyeh w jego najwęższym miejscu (wcześniej kursował tu prom). Dzięki tej grobli, podróĹź skraca się o prawie połowę.

Po dotarciu do Tabriz, dość długo szukałem hotelu, bo był on sprytnie ukryty miedzy ciasnymi uliczkami. W końcu się udało. W Iranie widoczne są wielkie róĹźnice kulturowe oraz to, ze kobiety są zupełnie inaczej traktowane niĹź w Europie. Muszą one być zakryte od stop do głów, nosić szerokie czarne narzuty na ciele (aby nie było widać ich kształtów) i wielokrotnie czarne cienkie rękawiczki. Starsze kobiety zakrywają teĹź prawie całą twarz. Wnętrze autobusów komunikacji miejskiej jest podzielone na 2 części, przód jest zarezerwowany tylko dla mężczyzn, a z tyłu siedzą same kobiety. Nie ma moĹźliwości zamiany... Przed wjazdem do Iranu wiele słyszałem na temat wielkiej gościnności Irańczyków i ich serc, które są szeroko otwarte na turystów z Europy. Jak na razie potwierdza się to w 100%. Idąc ulicą co chwilę mnie ktoś zaczepia, uśmiecha się do mnie (dziewczyny w chustach teĹź), pyta skąd jestem, jak mi się podoba Iran itp. Bardzo duĹźo ludzi chce zamienić ze mną choćby dwa słowa, lub po prostu podać mi dłoń i przywitać się ze mną. Okazuje się, ze mam dużą przewagę nad innymi turystami, ze względu na moje imię. Jak wiadomo Dariusz to imię perskie. Gdy pytają mnie jak mam na imię, a ja mowie Ĺźe Dariusz, ich oczy robią się okrągłe jak guziki ze zdziwienia, a na ich twarzach pojawia się szeroki, przyjazny uśmiech. Są bardzo pozytywnie zaskoczeni i nie mogą wyjść z podziwu jak cudzoziemiec z dalekiej Europy moĹźe nosić perskie imię. Wiele osób proponuje mi wspólne wypicie herbaty, by móc nieco dłuĹźej ze mną porozmawiać.

Ogólnie spotykam się tu z ogromną gościnnością i serdecznością na kaĹźdym kroku. Dziś rano pojechałem na dworzec autobusowy, by kupić bilet do Teheranu. Mam autobus o 22:00 i będę jechał luksusowym klimatyzowanym autokarem przez ok 10 h pokonując ok 600 km drogi za kwotę 7 USD. Gdy pan kasjer dowiedział się jak mam na imię, od razu zaparzył herbatę i pogadaliśmy chwilę. W Iranie jest mnóstwo banków i bankomatów, jednak ze względu na embargo i blokadę międzynarodowych systemów bankowych, europejskie karty kredytowe i debetowe są tu całkowicie bezuĹźyteczne. Nie ma teĹź moĹźliwości wymienienia czeków podróĹźnych. W grę wchodzi tylko czysta gotówka. Króluje dolar, mniejszym powodzeniem cieszy się euro, jeszcze rzadziej funt. Poszedłem więc wymienić 100 USD do banku. Bardzo miła Pani w chuście mówiąca dobrze po angielsku powiedziała, ze musi najpierw zadzwonić do centrali, aby sprawdzić dzisiejszy kurs. Potem wzięła mój paszport, skserowała stronę z danymi oraz wizę, wypełniła kilka formularzy w róĹźnych kolorach, które musiałem podpisać. Spisała serie i nr banknotu 100-dolarowego i po ok 20 min załatwiania tych wszystkich formalności, mogłem otrzymać gotówkę. Wszystko odbywało się w przemiłej atmosferze, bo Pani spytała mnie jak mam na imię.... :) Abym się nie nudził, podano mi oczywiście herbatę, cukier i jakieś ciasteczka. Gdyby polskie banki tak traktowały swych klientów, byłoby świetnie. Postanowiłem się następnie poszwędać po mieście. Nie ma tu wiele ciekawych rzeczy w porównaniu z innymi miastami w Iranie. Odwiedziłem Błękitny Meczet, błękitny jedynie z nazwy, gdyĹź zbudowany jest z cegieł. Jedynie na fasadzie są pozostałości błękitnych kaligrafii i islamskich ornamentów. Podszedłem teĹź pod Wielki Meczet, ale akurat był czas modłów więc nie wchodziłem do środka. Następnie udałem się na kryty bazar, gdzie znajduje się kilkaset róĹźnych budek i sklepików. Sprzedają tam głównie artykuły spoĹźywcze, egzotyczne przyprawy, zioła, biĹźuterie i perskie dywany. Od razu zaczepił mnie jakiś facet chcący mnie poznać i oprowadził mnie po labiryncie bazarowych uliczek. Był przemiły, niestety wszystkie zęby miał spróchniałe...

Następnie z czystej ciekawości poszedłem do informacji turystycznej. Wszedłem na 1 piętro aĹźurowego budynku. Na drzwiach wisiało wiele naklejek róĹźnych biur podróĹźy z Europy i Ameryk. Była teĹź naklejka Wisły Kraków (!!!) i poznańskiego biura podróĹźy organizującego wyprawy trampingowe... Wyszedł do mnie jakiś pan i łamaną polszczyzną spytał mnie czy jestem z Polski. Tak - odpowiedziałem. A on wtedy do mnie "mordo Ty moja, wymiatam zajebiście po polsku". To był Nasser Khan. Znał teĹź wiele innych polskich zwrotów jak: "chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie", "byłem luzak, ogier i podrywacz", "w mordę jeĹźa".... Znał teĹź kilka polskich przekleństw w tym te najbardziej popularne :) Okazało się, Ĺźe kiedyś miał jakąś bliską przyjaciółkę ze Szczecina i zna wielu Polaków. Dzięki temu zna teĹź trochę język polski. Oczywiście wypiliśmy herbatę i obejrzeliśmy fragment drugiej połowy meczu Korea - Iran (0:0) w kwalifikacjach do mistrzostw świata. Dał mi swój adres email. Wpadnę do niego jeszcze na herbatkę wieczorem przed wyjazdem do Teheranu. Jutro rano melduje się w stolicy i od razu lecę zlokalizować ambasady: uzbecką i turkmeńską, Ĺźeby póĹşniej po niedzieli nie szukać ich nerwowo, tylko iść jak w dym. Ciekawe jak mi pójdzie załatwianie wizy uzbeckiej i turkmeńskiej. Jak na razie to dla mnie wielka niewiadoma, więc trzymajcie kciuki, aby się powiodło i nie zajęło zbyt wiele czasu.

Pozdrawiam, Darek

 

Wtorek, 09.06.2009

W sobotę wieczorem wyjechałem z Tabrizu w kierunku Teheranu. JuĹź sam dworzec autobusowy w Tabrizie zrobił na mnie bardzo pozytywne wraĹźenie: czysto, porządek, miła, pomocna obsługa i duĹźo wygodnych autobusów. Jednym z nich przyszło mi jechać nocą do Teheranu. Wygodny autokar z klimatyzacja, wygodnymi, szerokimi, rozkładanymi fotelami i mnóstwem miejsca na nogi. Po rozłoĹźeniu fotela moĹźna było prawie przyjąć pozycje leżącą. Mało tego, na pokładzie serwowano wodę i jakieś drobne przekąski w cenie biletu. A bilet za odcinek 600 km kosztował.... 7 USD.

Po dotarciu do Teheranu spotkałem się z Arashem, pilotem wycieczek i dziennikarzem, u którego zatrzymałem się na 3 noce. Bardzo miły i ogromnie pomocny człowiek. Zostawiłem rzeczy u niego i poszedłem w niedzielę w południe na rekonesans. Chciałem jak najszybciej zlokalizować ambasadę uzbecka i turkmeńską. W Teheranie mieszka około 14 mln ludzi, ruch samochodowy jest ogromny (zwykły europejczyk nie jest sobie tego w stanie wyobrazić) i miasto to uchodzi za jedno z najbardziej zakorkowanych na świecie. Cale szczęście są 3 linie metra i wiele następnych jest w zaawansowanym stadium budowy. Dotarcie w rejon ambasad zajęło mi prawie 2 h. Kolejne 2 h zajęło mi zlokalizowanie tychĹźe ambasad. UwaĹźam to za mój mały sukces, bo ambasady te są "ukryte" w bardzo ciekawy sposób pomiędzy innymi wysokimi budynkami. Okazało się teĹź, Ĺźe uzbecka sekcja konsularna jest oddalona ok 1km od ambasady uzbeckiej i "ukryta" w niesamowity sposób w ślepym zaułku :) Po intensywnej niedzieli nadszedł równie intensywny poniedziałek. Moje zaproszenie do Uzbekistanu miało być gotowe na piątek, ale z niewiadomych przyczyn procesu wydawania zaproszenia nieco się wydłuĹźyły w ministerstwie w Taszkiencie. Z tego powodu od rana w poniedziałek czekałem nerwowo na wieści z Taszkientu. Wreszcie moja znajoma Ola, która załatwiała mi zaproszenie, zadzwoniła do mnie z dobrą informacją: zaproszenie jest gotowe i za ok 2h zostanie wysłane do ambasady. Było juĹź jednak na tyle póĹşno, Ĺźe nie zdążyłbym tam dojechać przed zamknięciem sekcji konsularnej. Pochodziłem więc trochę po mieście, które poza korkami jest jednym wielkim molochem i niewiele ciekawych rzeczy moĹźna tu zobaczyć.

Odwiedziłem miejsce, gdzie do lat '70 znajdowała się ambasada USA. Jednak około 40 lat temu Amerykanie zostali stad wprost wypędzeni. W miejscu tym ma teraz siedzibę jakaś fundamentalistyczna partia polityczna. Na murach są pozostałości godła USA, pomazanego farbą i wiele antyamerykańskich haseł po angielsku, nawołujących do zniszczenia obraĹźających USA. Prawie wszystkie hasła to cytaty Imama Chomeiniego - byłego duchowego przywódcy Iranu. Niektóre z haseł: "USA jest zbyt słabe, by moc cokolwiek zrobić"; "Wiedzcie, Ĺźe USA jest najbardziej znienawidzonym państwem wśród wszystkich na świecie"; "Down with the USA!", płonące flagi USA i Izraela; statua wolności, która zamiast głowy ma czaszkę kościotrupa.... itp... Powiem szczerze, Ĺźe robi to niesamowite wraĹźenie. PóĹşniej poszedłem jeszcze na główny plac Teheranu, noszący oczywiście imię Imama Chomeiniego. Jestem w kolejnym muzułmańskim kraju, w którym mam okazję być świadkiem kampanii wyborczej. W najbliĹźszy piątek 12.06 naród irański wybierze swojego nowego prezydenta. Na ulicy juĹź teraz widać bardzo intensywną kampanię. Mnóstwo ludzi maszeruje z flagami Iranu i podobiznami kandydatów, auta są oblepione ulotkami wyborczymi i zdjęciami kandydatów, a na głównych placach i rondach odbywają się wiece i demonstracje wyborcze, które doprowadzają do jeszcze większych korków. Wczoraj byłem świadkiem takiej demonstracji: tłum ludzi wrzeszczący na rondzie, wymachujący flagami i trzymający w górze zdjęcia jednego z kandydatów.

Dziś wstałem o 5:30, gdyĹź chciałem być jak najwcześniej przy sekcji konsularnej Uzbekistanu. PodróĹź w tamtą stronę zajęła mi 2 h: taxi, metro, jeszcze jedno metro, potem autobus i jeszcze jakieś 2 km na piechotę. Ufff :) Byłem tam 1 h przed otwarciem i bylem pierwszy w kolejce. O to mi chodziło. Okienko otwarło się o czasie i cala procedura otrzymania wizy zajęła 15-20 min. Byłem bardzo mile zaskoczony, a moja kieszeń zeszczuplała o 93 USD. Bardzo miła Pani zrobiła mi tez ksero wizy uzbeckiej (potrzebne do ubiegania się o wizę tranzytową turkmeńską) i stamtąd prawie pobiegłem do ambasady Turkmenistanu. Tam juĹź mówili tylko po rosyjsku, ale jakoś udało mi się dogadać z moim kulawym rosyjskim :) Pan wziął ode mnie tylko ksero paszportu, ksero wizy uzbeckiej i powiedział, ze jeśli odpowiedz z Aszhabatu będzie pozytywna, to 5-dniowa wiza tranzytowa będzie gotowa za 10-14 dni. Będę ją mógł odebrać w Mashhadzie, duĹźym mieście na pn.-wsch. Iranu, nieopodal granicy z Turkmenistanem. Tak teĹź zrobię. Dziś idę jeszcze połazić po centrum (Pałac Golestan, bazar, meczet Imama Chomeiniego) i zamierzam odpocząć po tym wizowym maratonie. Jutro natomiast być moĹźe pojedziemy z Arashem i jego znajomymi na około 3 dni na pn.-wsch. Iranu: nad Morze Kaspijskie, w góry i pod granice z Turkmenistanem.

Pozdrawiam serdecznie, Darek