PrzecieĹź w rzeczywistoĹci nie da siÄ dojechaÄ lÄ dem na PapuÄ, gdyĹź leĹźy ona na wyspie Nowa Gwinea.
PrzecieĹź w rzeczywistoĹci nie da siÄ dojechaÄ lÄ dem na PapuÄ, gdyĹź leĹźy ona na wyspie Nowa Gwinea. Skoro nie da siÄ dotrzeÄ tam jadÄ c caĹy czas lÄ dem, powstaĹ zamiar przemierzenia tej trasy, ile tylko siÄ da, lÄ dem, przemieszczajÄ c siÄ (w miarÄ moĹźliwoĹci) po powierzchni ziemi.

Wyprawa ta bÄdzie nietuzinkowym przedsiÄwziÄciem, a juĹź sama myĹl przewodnia (lÄ dem na PapuÄ) jest w pewnym stopniu prowokacyjna i wywoĹuje zainteresowanie odbiorcy. Czas rozpoczÄcia siÄ wyprawy planowany jest na drugÄ poĹowÄ kwietnia 2009 roku (powinniĹmy ruszyÄ pomiÄdzy 20 a 24 kwietnia). Wyprawa potrwa – w zaleĹźnoĹci od tempa przemieszczania siÄ – od 8 do 12 miesiÄcy. Planujemy wyruszyÄ z Krakowa do PrzemyĹla, a nastÄpnie przez kolejne kraje: Ukraina, Rumunia, BuĹgaria, Turcja, Syria, Liban, Jordania, Iran, Pakistan, Chiny, Mongolia, Wietnam, KambodĹźa, Laos, Tajlandia, Myanmar, Malezja, Singapur, Brunei, Indonezja, Timor Wschodni. Powrót planowany jest drogÄ lÄ dowo - lotniczÄ przez: Sri LankÄ, Indie, Bangladesz i Nepal. OkreĹliliĹmy jakie kraje chcemy odwiedziÄ i w ten sposób powstaĹ szkic wyprawy. W czasie podróĹźy mamy zamiar duĹźo improwizowaÄ i wiele decyzji bÄdzie podejmowanych z marszu w zaleĹźnoĹci od warunków jakie napotkamy na naszej drodze. Nie bÄdzie miaĹo znaczenia czy do danego miejsca dojedziemy za 2 czy za 7 dni. JeĹli w jakimĹ miejscu nam siÄ bardziej spodoba, to zostaniemy tam dĹuĹźej. Jedyne daty, jakie bÄdÄ nas nieco ograniczaĹy to daty waĹźnoĹci poszczególnych wiz. Ale wiele z wiz bÄdzie moĹźna przedĹuĹźyÄ na miejscu w danym kraju. W Polsce przed wyjazdem wyrobimy tylko 3 wizy: syryjskÄ , iraĹska i pakistaĹska. ResztÄ wiz bÄdziemy otrzymywaÄ na granicach lub w krajach poprzedzajÄ cych wjazd do kraju docelowego, np. wizÄ chiĹska wyrobimy w Islamabadzie, mongolskÄ w Pekinie, tajskÄ w KambodĹźy itd. PodróĹź ta ma byÄ niskobudĹźetowym trampingiem. Zamierzamy przemieszczaÄ siÄ Ĺrodkami transportu, jakie aktualnie bÄdÄ dostÄpne: gĹownie autobusami i pociÄ gami, ale takĹźe Ĺodziami, rikszami, motorami, rowerami i autostopem.

Zamierzamy siÄ ĹźywiÄ tanim kosztem, korzystajÄ c z lokalnych knajp, gdzie przyrzÄ dza siÄ potrawy typowe dla danego regionu lub paĹstwa. ChcÄ c poznaÄ dany kraj, nie wystarczy jedynie zwiedziÄ jego atrakcje turystyczne. NaleĹźy równieĹź poznaÄ ten kraj „od kuchni” i my zamierzamy to wĹaĹnie uczyniÄ. SpaÄ bÄdziemy w tanich hotelach, schroniskach, namiotach, jurtach, bungalowach, u goĹcinnych ludzi oraz, nie rzadko, w Ĺrodkach transportu (przemieszczajÄ c siÄ w nocy). Nie zamierzamy korzystaÄ z usĹug drogich hoteli, gdzie klientelÄ stanowiÄ eleganccy „turyĹci walizkowi”, poniewaĹź to nie nasze klimaty. Na stronie wyprawy http://www.klubpodroznikow.eu/transasia bÄdziemy prowadziÄ relacjÄ z trasy na zasadzie bloga. OczywiĹcie w miarÄ moĹźliwoĹci dostÄpu do internetu. BÄdzie tam moĹźna na bieĹźÄ co ĹledziÄ nasze poczynania, dowiadywaÄ siÄ gdzie w danej chwili siÄ znajdujemy oraz czytaÄ o przygodach, miejscach i ludziach jakich spotkamy na naszej trasie.
Uczestnicy wyprawy:

Darek DÄ browski - absolwent geografii w Instytucie Geografii i Gospodarki Przestrzennej UJ, licencjonowany pilot wycieczek. W ciÄ gu ostatnich trzech lat pracownik jednego z najwiÄkszych polskich organizatorów turystyki egzotycznej, odpowiedzialny za organizacjÄ imprez azjatyckich i sporadyczne ich pilotowanie. Zainteresowania: geografia z akcentem na kartografiÄ i teledetekcjÄ, GIS oraz zagadnienia geografii turyzmu; piesze i rowerowe wypady w góry, szczególnie w odludne miejsca, organizacja i realizacja niskobudĹźetowych wyjazdów trampingowych do egzotycznych zakÄ tków Ĺwiata; lotnictwo pasaĹźerskie; fotografia. PodróĹźe traktuje jako formÄ oderwanie siÄ od Ĺźycia codziennego, od szarej rzeczywistoĹci oraz poznania nowych, fascynujÄ cych miejsc. W czasie wyjazdów do róĹźnych krajów stara siÄ dogĹÄbnie poznaÄ specyfikÄ danego miejsca oraz jego kulturÄ. PodróĹźe, poza poznawaniem Ĺwiata, dajÄ teĹź moĹźliwoĹÄ poznania samego siebie: swoich sĹaboĹci, odpornoĹci na stres, umiejÄtnoĹci radzenia sobie w trudnych sytuacjach, swoich granic wytrzymaĹoĹci, umiejÄtnoĹci organizacyjnych i improwizacyjnych. PodróĹź przecieĹź nie zaczyna siÄ w momencie, kiedy ruszamy w drogÄ, i nie koĹczy, kiedy dotarliĹmy do mety. W rzeczywistoĹci zaczyna siÄ duĹźo wczeĹniej i praktycznie nie koĹczy siÄ nigdy, bo taĹma pamiÄci krÄci siÄ w nas dalej, mimo Ĺźe fizycznie dawno juĹź nie ruszamy siÄ z miejsca. Wszak istnieje coĹ takiego jak zaraĹźenie podróĹźÄ i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej - Ryszard KapuĹciĹski.

Ela Paszek - wielbicielka siedzenia w akademickich Ĺawach, przez wiele lat tzw. wieczny student, oprócz ukoĹczonego kulturoznawstwa: arabistyka, historia sztuki, a nawet 3 dni na kierunku filozofia. Zawody wykonywane: korektor tekstu w jednym z najwiÄkszych polskich dzienników, dziennikarz i fotograf (wolny strzelec), pracownik linii produkcyjnej w angielskiej fabryce ciastek, pani od kanapek na stacji benzynowej, asystent stanowiska na wykopaliskach archeologicznych w Irlandii PóĹnocnej. PoglÄ dy i dziwactwa: sceptyk, ateista, ironista i kuglarz, niezaangaĹźowany politycznie liberaĹ, nomad z wyboru, pasjonat cytatów, zbieracz ksiÄ Ĺźek, pogromca plotek, wielbiciel Rushdiego i Houellebecqa, baĹaganiarz. Potrzeba podróĹźy jest naturalnÄ kontynuacjÄ szeroko pojÄtej potrzeby poznania. Tak naprawdÄ dopiero w sytuacji podróĹźy moĹźna poznaÄ samego siebie i rozprawiÄ siÄ ze stereotypami kulturowymi, które, chcÄ c nie chcÄ c, nosimy pod skórÄ . WytropiÄ puĹapki wĹasnego systemu pojÄÄ. PodróĹź to teĹź próba dotarcia do wĹasnych granic - tych mentalnych, ale i wytrzymaĹoĹciowych. Odnalezienie siÄ w odmiennej sytuacji kulturowej zawsze jest bowiem swego rodzaju szokiem, ale paradoksalnie to wĹaĹnie o ten szok chodzi, bo to on zmienia - wytrzeszcza oczy ze zdziwienia, stawia wĹosy dÄbem. Salman Rushdie napisaĹ, Ĺźe zbyt czÄste podróĹźe mogÄ poluzowaÄ cumy duszy. A wiÄc: podnosimy cumy, statek niedĹugo odpĹywa, podÄ ĹźajÄ c za ĹwiatĹem ze Wschodu.
PoniedziaĹek, 4 maj 2009
Oto ostatni wpis z ziemi polskiej. JuĹź za kilka chwil, bo o 7:29 ruszamy w trasÄ. Udajemy siÄ na poczÄ tek pociÄ giem z Krakowa do PrzemyĹla, a nastÄpnie busem z granicy do Lwowa. Tam postaramy siÄ dostaÄ bilety na nocny pociÄ g Lwów – Czerniowce. Tym pociÄ giem pokonamy ok. 340 km w czasie – bagatela – 11 godzin :) Ale przynajmniej bÄdzie okazja siÄ wyspaÄ porzÄ dnie. (czytaj wiÄcej) Wtorkowy ranek przywita nas niedaleko granicy z Rumunia, którÄ bÄdziemy chcieli pokonaÄ busem z ludĹşmi szmuglujÄ cymi do Rumunii przeróĹźne produkty. Niestety w tym miejscu granicy nie moĹźna pokonaÄ pieszo, lecz tylko pojazdem silnikowym (czyli rower teĹź odpada). We wtorek postaramy siÄ pokonaÄ trasÄ Suczawa – Bukareszt. W stolicy Rumunii mamy juĹź zaĹatwiony nocleg u jednego ze znajomych. Powinno byÄ OK. Mamy nadzieje, Ĺźe w Rumunii uda nam siÄ jakoĹ dogadaÄ z miejscowymi bazujÄ c nie tylko na jÄzyku migowym.
Pozdrawiamy
Darek i Ela
Czwartek, 7 maj 2009
Francois z Bukaresztu okazaĹ siÄ przemiĹym facetem, jednak ze wzglÄdu na duĹźÄ iloĹÄ pracy jakÄ miaĹ do wykonania, nie mógĹ nam towarzyszyÄ podczas przechadzki po mieĹcie. Sam Bukareszt okazaĹ siÄ wielkim molochem, miastem bez duszy. Morze betonu i bloki mieszkalne stojÄ ce nawet w centrum miasta… ZobaczyliĹmy z zewnÄ trz Parlament (drugi najwiÄkszy budynek na Ĺwiecie po Pentagonie), zbudowany przez Caucescu w miejscu historycznego centrum miasta. Niestety towarzysz Nikolae zmarĹ na tyle wczeĹnie, Ĺźe nie doczekaĹ koĹca budowy. OdwiedziliĹmy jeszcze prawosĹawny klasztor Antim i tyle. W koĹcu Bukareszt nie byĹ naszym priorytetem.
Po poĹudniu wziÄliĹmy busa do Giurgiu, miasta przy granicy z BuĹgariÄ . Wg przewodnika, na drugÄ stronÄ Dunaju, do Ruse (6km), kursujÄ pociÄ gi co 15min. Nic z tego, od ponad roku nie ma Ĺźadnego transportu publicznego miÄdzy tymi 2 miastami. Bardzo miĹy i pomocny wĹaĹciciel dworcowej knajpy podwiózĹ nas swoim golfem na samÄ granicÄ, skÄ d chcieliĹmy ĹapaÄ coĹ na drugÄ stronÄ 2-kilometrowego mostu na Dunaju. Ledwo zdjÄliĹmy plecaki, podjechaĹo do nas inne auto i kierowca zaproponowaĹ, Ĺźe przewiezie nas na drugÄ stronÄ. ZaczÄliĹmy targowaÄ cenÄ. SkoĹczyĹo siÄ na 10 EUR od osoby. Co prawda mogliĹmy ĹapaÄ stopa, ale zbliĹźaĹ siÄ juĹź wieczór. OkazaĹo siÄ, Ĺźe to byĹ strzaĹ w 10-tkÄ. Facet wysadziĹ nas na dworcu autobusowym i okazaĹo siÄ, Ĺźe za 15min mamy ostatni autobus do Veliko Tarnowo, pereĹki architektonicznej BuĹgarii. Tam teĹź pojechaliĹmy. Po przyjeĹşdzie na miejsce zaczÄliĹmy szukaÄ noclegu. Niestety, jak przystaĹo na popularne miejsce turystyczne, ceny niektórych noclegów powalaĹy. Jedna Pani sprzedajÄ ca pamiÄ tki powiedziaĹa, Ĺźe jej mama ma 1 pokój do wynajÄcia kilkaset metrów dalej. ZdecydowaliĹmy siÄ. To teĹź okazaĹ siÄ trafiony wybór. Nigdzie nie byĹo taniej, a pokój wyglÄ daĹ jak w hotelu 3***. MieliĹmy nawet satelitÄ i maĹÄ plazmÄ na Ĺcianie, szok! :)
Rano poszliĹmy zwiedzaÄ ruiny twierdzy Carawec, która jest dumÄ caĹej BuĹgarii. Bardzo ciekawy obiekt, choÄ w wielu miejscach odrestaurowany w sposób pozostawiajÄ cy wiele do Ĺźyczenia. Ela, jak na archeologa przystaĹo, znalazĹa gdzieĹ w ziemi maĹe kawaĹki póĹşnoĹredniowiecznej ceramiki! W tym 1 z politurÄ . SpotkaliĹmy teĹź wycieczkÄ VIPów z UNESCO (jeden z nich w jakimĹ tradycyjnym afrykaĹskim stroju).
WracajÄ c z twierdzy do centrum miasta, natrafiliĹmy teĹź na stanowisko archeologiczne, gdzie na naszych oczach odkopywano ludzkie szkielety w ruinach cerkwi ormiaĹskiej. Tutaj Ela równieĹź miaĹa swoje 5 minut. ZeszĹa do ekipy i wypytaĹa ich o róĹźne szczegóĹy, robiÄ c sobie przy okazji zdjÄcie z kilofem na tle szkieletów.
Tym optymistycznym akcentem poĹźegnaliĹmy malownicze i goĹcinne Veliko Tarnowo i ruszyliĹmy pociÄ giem osobowym przez góry Stara PĹaniny do Starej Zagory. Tam mamy nocleg u Lilianny z Hospitality Club. Z Zagory mamy teĹź jedyne 160km do granicy tureckiej, a stamtÄ d 240km do StambuĹu. Jak wszystko pójdzie dobrze, to 8.05 wieczorem powinniĹmy dotrzeÄ nad Bosfor.
Pozdrawiamy
Darek i Ela.
Sobota, 9 maj 2009
Lilianna i Minko ze Starej Zagory to fantastyczni ludzie. Odebrali nas autem z dworca kolejowego i specjalnie na nasz przyjazd przygotowali kolacjÄ, musakÄ – tradycyjnÄ buĹgarskÄ potrawÄ. Rano teĹź nas powitali gotowym Ĺniadaniem. Na stole leĹźaĹa banica – tradycyjne buĹgarskie kruche krokieciki z serem, ziemniakami i jabĹkami. Pycha! Minko obwiózĹ nas po mieĹcie: zobaczyliĹmy ekspozycjÄ archeologicznÄ , starÄ rzymskÄ mozaikÄ ukrytÄ w podziemiach oraz szczÄ tki neolitycznej osady. SprawdziliĹmy teĹź autobusy do granicy z TurcjÄ . OkazaĹo siÄ, Ĺźe najbliĹźszy jest…. na drugi dzieĹ rano.Wtedy Minko powiedziaĹ: ‘mogÄ was zawieĹşÄ na granicÄ”. To byĹo 160km w 1 stronÄ. ZapĹaciliĹmy mu za paliwo, które w BuĹgarii jest doĹÄ tanie i za ok. 2h byliĹmy juĹź na granicy z TurcjÄ . Po drodze mijaliĹmy sporo polskich tirów, co budziĹo w nas nadzieje, Ĺźe moĹźe nie bÄdzie problemów z transportem z granicy do IstambuĹu. PrzejĹcie wszystkich zasiek, budek kontrolnych i szlabanów po obu stronach granicy zajÄĹo nam ok. 45min. Po tureckiej stronie wielki plac budowy, odnawianie budynków granicznych. Robi to wraĹźenie. Zaraz za tureckimi szlabanami stoi wielki meczet, teĹź na ukoĹczeniu. Poza tym duĹźo pyĹu, piasku i kurzu wokóĹ. Po zakupieniu wiz tureckich (15USD lub 10EUR), postawiliĹmy nasze plecaki z zamiarem Ĺapania stopa w kierunku IstambuĹu. Co siÄ okazaĹo, nie staliĹmy nawet minutÄ. ZatrzymaĹ siÄ pierwszy buĹgarski tir jaki wyjeĹźdĹźaĹ z granicy. Bardzo miĹy mĹody kierowca. A w Ĺrodku duĹźo miejsca na bagaĹźe i do wyciÄ gniecie nóg. OkazaĹo siÄ jednak, Ĺźe BuĹgar zatrzymuje siÄ w jakimĹ mieĹcie 30km przed IstambuĹem. PokonaliĹmy z nim ok. 200km. WyrzuciĹ nas na zakurzonym parkingu przy autostradzie i pomachaĹ na do widzenia :) Prawie nic nie zjeĹźdĹźaĹo na ten parking. No to ugrzÄĹşliĹmy, pomyĹleliĹmy sobie. Nic z tego. Allah czuwaĹ nad nami :) I znów zatrzymaĹa siÄ pierwsza ciÄĹźarówka wyjeĹźdĹźajÄ ca stamtÄ d. Ta juĹź byĹa mniej komfortowa (jakaĹ wielka cysterna), a kierowca znaĹ tylko turecki. NawijaĹ coĹ do nas przez caĹÄ drogÄ, szczerzÄ c ĹźóĹte zÄby i próbujÄ c pytaÄ nas o coĹ. ByĹo to komiczne, bo wydawaĹo mu siÄ, Ĺźe jak bÄdzie do nas mówiĹ po turecku gĹoĹno i powoli, to my go zrozumiemy :) ByliĹmy teĹź najwolniejszym autem na drodze. W pewnym momencie zjechaĹ na pobocze autostrady i oznajmiĹ nam, Ĺźe tu koĹczy… ZdÄbieliĹmy. ZaczÄ Ĺ nam tĹumaczyÄ na migi, rysowaÄ obrazki na kartce, gestykulowaÄ i po ok. 10min chyba zrozumieliĹmy o co chodzi. Przed nim staĹo kilkadziesiÄ t innych tirów, które tak jak on, nie mogÄ wjechaÄ do miasta przed 21:00. CzekaĹa nas kolejna przesiadka, ale tym razem na Ĺrodku autostrady. WziÄliĹmy nasze toboĹy, stanÄliĹmy na Ĺrodku jakiegoĹ rozwidlenia, wokóĹ ĹmigaĹy tureckie auta. Ela wystawiĹa palec. I co? Jak zwykĹe: zatrzymaĹo siÄ jedno z pierwszych mijajÄ cych nas aut. Tym razem wygodny ford. W miarÄ zbliĹźania siÄ do obwodnicy miasta, ruch gÄstniaĹ, aĹź wpadliĹmy w jakiĹ koszmarny korek. Ten kierowca teĹź znaĹ tylko turecki. Po prawie godzinie spÄdzonej w korku, zdecydowaliĹmy, Ĺźe wyrzuci nas przy ostatniej stacji metra, z której zĹapiemy coĹ do centrum. Tak teĹź uczyniliĹmy. Najpierw metro, potem tramwaj, potem kolejka linowa (!) i jeszcze jedno metro. JuĹź po 1,5h tuĹaczki po mieĹcie byliĹmy w dzielnicy Levent, gdzie mamy nocleg u Hakana. Jest on prawnikiem i dwa razy dziennie jest na innym kontynencie :) Pracuje po drugiej stronie Bosforu. Przy okazji jest przemiĹym facetem i teĹź nas powitaĹ kolacjÄ . Razem z nami mieszka u niego jeszcze jeden goĹÄ z CouchSurfing – Muhammed, Francuz algierskiego pochodzenia, który wpadĹ tu na weekend. Tu jest nasz pierwszy dĹugi przystanek, nie musimy siÄ nigdzie spieszyÄ. Niebawem idziemy na rekonesans miasta. SpÄdzimy tu kilka dni, aby trochÄ przesiÄ knÄ Ä tym miastem. WokóĹ sĹychaÄ zawodzenie muezina.
Pozdrawiam
Darek
PoniedziaĹek, 11 maja 2009
ZakotwiczyliĹmy na 3 dni w Stambule.Samo miasto ze swoim gwarem, egzotyka, zabytkami i przenikajÄ cymi siÄ wpĹywami róĹźnych kultur zrobiĹo na nas duĹźe wraĹźenie. Tu juĹź moĹźna poczuÄ prawdziwa AzjÄ. Bazary peĹne orientalnych przypraw, kobiety w czadorach, ogromne, piÄknie zdobione meczety, muezini nawoĹujÄ cy do modlitwy.Trudno byĹo nie odwiedziÄ najbardziej znanego zabytku miasta, czyli ĹwiÄ tyni Hagia Sophia. Tym razem znów sprzyjaĹo nam szczÄĹcie, bo udaĹo nam siÄ wejĹÄ do Ĺrodka 10 min przed jej zamkniÄciem :) WnÄtrze robi wielkie wraĹźenie: szczególnie liczne mozaiki i freski w czasów Bizancjum.
Jedyna uciÄ Ĺźliwa rzecz, jakÄ tu moĹźna spotkaÄ, to tĹumy turystów. Tych z Europy i tych z innych zakÄ tków Turcji. W okolicach Hagia Sophia, BĹÄkitnego Meczetu czy mostu Galata non stop pĹynie ulicami tak gesty tĹum, Ĺźe moĹźe przyprawiÄ o zawrót gĹowy.Zwykli mieszkaĹcy StambuĹu sÄ niezwykle mili i pomocni. Nawet jeĹli sĹabo znajÄ angielski, to starajÄ siÄ ze wszystkich sil, aby nam jakoĹ pomóc.Hakan, u którego Ĺpimy kolejnÄ noc, teĹź jest bardzo fajny. Jako prawnik uwielbia mówiÄ, chyba mógĹby przegadaÄ kaĹźdego. Przy tym ma ogromna wiedzÄ ogólnÄ o Ĺwiecie. Jest duĹźym czĹowiekiem i porusza siÄ w swoim ciasnym mieszkaniu trochÄ jak sĹonik w skĹadzie porcelany :)OpowiadaĹ nam tez o swojej mamie, która jest bardzo opiekuĹczÄ kobietÄ , wie, Ĺźe jej Syn uwielbia gotowaÄ, ale mieszka ok. 1000km dalej. Dlatego teĹź co jakiĹ czas mama przygotowuje Hakanowi jakieĹ gotowe póĹprodukty (gotowana fasole, ĹwieĹźy jogurt, warzywa), mrozi je gĹÄboko i wysyĹa Hakanowi pocztÄ kurierskÄ :)))DziĹ jest juĹź nasz ostatni dzieĹ w tym magicznym mieĹcie. Postaramy siÄ odwiedziÄ jeszcze kilka ciekawych miejsc. Jutro natomiast udajemy siÄ juĹź w kierunku Ankary i dalej w stronÄ Kapadocji. Spróbujemy zĹapaÄ stopa, jeĹli bÄdÄ jakieĹ problemy w tej kwestii, to pojedziemy autobusem.
Pozdrawiamy
Darek i Ela
Czwartek, 14 maj 2009
Goreme 14.05, godz 18:00DziĹ powoli Ĺźegnamy siÄ z Kapadocja. Jest to jednak miejsce, do którego zawsze wrócimy z miĹÄ chÄciÄ . Mamy szczÄĹcie, Ĺźe trafiliĹmy tu jeszcze przed sezonem. Po pierwsze dlatego, ze krajobrazy (poza suchymi skalami) przesycone sÄ jeszcze ĹwieĹźÄ zieleniÄ trawy i innych zaroĹli. KwitnÄ kwiaty na lakach, a drzewa owocowe w sadach pomiÄdzy skaĹami kwitnÄ kolorowymi kwiatami. SÄ dzÄ, Ĺźe za dwa miesiÄ ce, kiedy temperatury bÄdÄ tu siÄgaÄ 40st, wiele zaroĹli wyschnie na pieprz i barwÄ bÄdÄ siÄ zlewaÄ ze skalami. Po drugie: nie ma jeszcze nasilonego ruchu turystycznego, da siÄ wyczuÄ swoiste wyczekiwanie na szczyt sezonu. Knajpki ĹwiecÄ pustkami i na ulicach (a przede wszystkich na szlakach spacerowych w malowniczych dolinach) nie ma tĹoku. Jedyne miejsce, w którym roi siÄ od turystów, to najwiÄksza atrakcja okolicy (ale tylko wg przewodnika...), czyli Goreme Open Air Museum. PeĹno tam wycieczek autokarowych gĹównie z emerytowanymi turystami z Europy Zachodniej. ChodzÄ tylko tam, gdyĹź sÄ brukowane alejki, schodki i porÄcze. Dlatego teĹź nie weszliĹmy tam, wybraliĹmy ciszÄ i spokój okolicznych dolinek, bez Ĺźadnych udogodnieĹ dla piechurów. A jest tu gdzie chodziÄ i co podziwiaÄ. OdwiedziliĹmy w sumie 4 doliny:
- DolinÄ Mieczy (Swards Valley), gdzie dominujÄ ĹnieĹźnobiaĹe, oĹlepiajÄ ce skaĹy, przypominajÄ ce nieco miecze. U ich podnóĹźa wystepujÄ kwitnÄ ce sady owocowe - jak w bajce. SpotkaliĹmy tam tez przyjaznego osioĹka z ĹaskoczÄ cym jÄzykiem :)
- DolinÄ RóĹź (Rose Valley): piÄkne formacje skalne, które w zamkniÄciu doliny tworzÄ szeroki wachlarz skalny mieniÄ cy siÄ kolorami róĹźowo-czerwono-pomaraĹczowymi. ZnajdujÄ siÄ tu równieĹź wspaniaĹe, bizantyjskie koĹcioĹy wykute w skalach. Krajobrazy zapierajÄ dech w piersiach, trudno je opisaÄ sĹowami.
- DolinÄ GoĹÄbi (Pigeon Valley): krÄta dolina zakoĹczona biaĹymi wychodniami skalnymi w ksztaĹcie warzywa o nazwie patison.
- DolinÄ MiĹoĹci (Zemi Valley): nazwa bardzo wymowna i adekwatna do krajobrazów, gdyĹź na koĹcu doliny znajduje siÄ kilkanaĹcie pionowych wychodni skalnych, ksztaĹtem przypominajÄ cych fallusy. Wychodnie te sÄ caĹkiem odseparowane od dawnej skaĹy macierzystej ze wzglÄdu na silnÄ erozjÄ rzecznÄ / wodnÄ w tym miejscu. WyrastajÄ one wprost z kwitnÄ cych, kwiecistych ĹÄ k i sadów owocowych. WedĹug mnie to najĹadniejsze miejsce, jakie udaĹo nam siÄ tu odwiedziÄ.
Samo miasteczko Goreme ma idealne poĹoĹźenie: w centrum tych wszystkich atrakcji, jakie stworzyĹa matka natura. Wiele domów tu jest wprost przyklejonych do skal. Niektóre domy i hotele sÄ teĹź dosĹownie wykute w skaĹach. Wszystko z peĹnÄ infrastrukturÄ , jaka potrzebna jest turystom. PeĹno tu kafejek, sklepików, agencji turystycznych. W wielu skalnych kafejkach jest teĹź internet bezprzewodowy, z którego w tej chwili korzystam :)Jutro juĹź stad wyjeĹźdĹźamy. Jedziemy w sumie niedaleko, bo tylko ok 300km na poĹudnie, do Adany. Tam mamy nocleg u kolejnego hosta, Aycana. To doĹÄ spore miasto, wiÄc pewnie nie zabawimy tam dĹugo. Liczymy po cichu na to, Ĺźe jeĹli wszystko dobrze pójdzie, to pojutrze powitamy ziemiÄ syryjskÄ :)
Pozdrawiamy
Darek i Ela
Sobota, 16 maj 2009
Wczoraj wyjechaliĹmy juĹź z Kapadocji. Z pewnÄ nutkÄ Ĺźalu poĹźegnaliĹmy tÄ przepiÄknÄ czÄĹÄ Turcji. Jednak jeszcze sporo przed nami, a to co widzieliĹmy w ostatnich dniach, to przecieĹź dopiero sam poczÄ tek trasy :) DoĹÄ szybko, za pomocÄ dwóch aut, udaĹo nam siÄ pokonaÄ 85 km do Aksaray, leĹźÄ cego przy gĹównej drodze z Ankary do Adany na poĹudniowym wybrzeĹźu Turcji. CzekajÄ c na transport w Aksaray na jednym z gĹównych skrzyĹźowaĹ, minÄĹo nas nagle luksusowe BMW X5 z dwoma facetami w Ĺrodku. Spojrzeli na nas, zmierzyli wzrokiem i pojechali dalej. Po chwili zobaczyliĹmy to samo auto, jadÄ ce w przeciwnym kierunku. Zawrócili i podjechali do nas, aby nas zabraÄ. OkazaĹo siÄ, Ĺźe jadÄ dokĹadnie tam, gdzie my, czyli do Adany. Znów szczÄĹcie nam sprzyjaĹo, takim autem jeszcze nie jechaliĹmy. WsiedliĹmy i ruszyliĹmy z kopyta. Tego dnia na autostradzie do Adany nie byĹo szybszego auta niĹź nasze :) Ĺrednia prÄdkoĹÄ oscylowaĹa w okolicy 160 km/h, chwilami dobijaliĹmy do 200 km/h. Jednak w takim aucie nie byĹo tego czuÄ. OdlegĹoĹÄ pokonywaliĹmy bĹyskawicznie. KierowaĹ Ilker, a obok siedziaĹ jego kumpel Mehmet. W poĹowie drogi zapytali nas, czy nie jesteĹmy gĹodni, bo majÄ ochotÄ coĹ zjeĹÄ i chcieli, abyĹmy zjedli coĹ razem. Czemu nie... ZajechaliĹmy do typowej tureckiej knajpy, ale urzÄ dzonej wg dobrego gustu i zaczÄĹo siÄ... Najpierw wjechaĹy przystawki: wielkie, pĹaskie, tureckie chleby, które siÄ rwaĹo, jogurty, miód, liĹcie miÄty, ogromna taca z saĹatkÄ - tak ĹwieĹźa, ze trudno to opisaÄ. Do tego jeszcze jakieĹ mini zakÄ ski, woda Ĺşródlana i ayran (tradycyjny turecki lekko solony jogurt). WydawaĹo siÄ, ze zamówili furÄ jedzenia, ale to jeszcze nie byĹo wszystko. Za chwile wjechaĹ kurczak z grilla i grillowane udka. Prawdziwa uczta! Musze przyznaÄ szczerze, Ĺźe tak pysznego jedzenia nie miaĹem okazji smakowaÄ bardzo dawno. Szczególnie saĹatka powalaĹa swojÄ ĹwieĹźoĹciÄ :) Po sutym obiedzie ruszyliĹmy w dalszÄ drogÄ do Adany. Widoki po drodze byĹy przecudne, bo przebijaliĹmy siÄ autostradÄ przez wysokie na ponad 3000 m pasmo górskie, za którym byĹa juĹź tylko nadmorska nizina. Od poĹudnia widok byĹ nastÄpujÄ cy: na dole plantacje pomaraĹczy, oliwek i baweĹny, nieco wyĹźej Ĺagodne stoki poroĹniÄte ĹródziemnomorskÄ , krzaczastÄ roĹlinnoĹciÄ , jeszcze wyĹźej góry i skaliste, poszarpane grzbiety, a na ostatnim planie najwyĹźsze oĹnieĹźone pasma górskie. Nie mogliĹmy siÄ napatrzeÄ :) Gdy wjechaliĹmy do Adany, okazaĹo siÄ, Ĺźe to luksusowe BMW naleĹźy do mamy Ilkera i jedziemy zawieĹşÄ jej to auto i wziÄ Ä samochód naleĹźÄ cy do niego. Skoro mama jeĹşdzi czymĹ takim, to czym musi jeĹşdziÄ Ilker, pomyĹleliĹmy.... Fakty zgadzaĹy siÄ z naszym tokiem myĹlenia. Ilker jest wĹaĹcicielem jeszcze bardziej wypasionego auta, mianowicie Porsche Cayenne. ZmieniliĹmy wiÄc jednÄ limuzynÄ na drugÄ i zostaliĹmy odwiezieni w miejsce, gdzie czekaĹ na nas Aycan, nasz znajomy, u którego spaliĹmy ostatniÄ noc. ZawiózĹ nas do domu i przedstawiĹ nas swojej rodzinie. PoznaliĹmy jego rodziców, brata i siostrÄ. Mama Aycana przygotowaĹa teĹź tradycyjnÄ , tureckÄ kolacjÄ, tak wiec piÄ tek minÄ Ĺ nam pod znakiem obĹźarstwa :) Wieczorem pojechaliĹmy z Aycanem i jego bratem do centrum. Co prawda w Adanie nie ma wiele ciekawych rzeczy, ale jest np. nowy meczet (najwiÄkszy w caĹej Turcji) i stary most na rzece z czasów rzymskich. TrafiliĹmy teĹź na wielkÄ , trwajÄ cÄ tydzieĹ, imprezÄ studencka - coĹ na wzór naszych juwenaliów. Mnóstwo ludzi imprezujÄ cych w parku na trawie, a wokóĹ peĹno muzyki i piwa :) Bardzo miĹo spÄdziliĹmy wieczór. DziĹ Aycan zawiezie nas na trasÄ wylotowa z Adany i bÄdziemy ĹapaÄ coĹ w stronÄ granicy z SyriÄ . PostanowiliĹmy, Ĺźe skoro tak dobrze nam idzie Ĺapanie stopa, to przejedziemy w ten sposób caĹÄ TurcjÄ. Miejmy nadzieje, Ĺźe nam siÄ to uda, bo jak do tej pory idzie caĹkiem nieĹşle. NastÄpny wpis byÄ moĹźe juĹź z Syrii :)
Pozdrawiamy,
Darek i Ela.
Niedziela, 17 maj 2009
Po poĹźegnaniu sie z Aycanem w Adanie (w sobotÄ), w ciÄ gu kilku minut zĹapaliĹmy ciÄĹźarówkÄ do Iskenderun na pd.-wsch. kraĹcu Turcji. Kierowca okazaĹ siÄ bardzo miĹy i gdy zjeĹźdĹźaĹ do miasta, zaĹatwiĹ nam od razu transport dalej u swojego kumpla z ciÄĹźarówki jadÄ cej przed nami. Na poboczu autostrady przesiedliĹmy siÄ tylko z jednej ciÄĹźarówki do drugiej i w ten oto sposób dotarliĹmy na przedmieĹcia Antakyi, ostatniego wiÄkszego miasta w Turcji. StamtÄ d zĹapaliĹmy juĹź auto bezpoĹrednio do granicy z SyriÄ . MieliĹmy szczÄĹcie, bo ruch na tej drodze byĹ znikomy. Dodatkowo oba terminale (turecki i syryjski) sÄ oddalone doĹÄ mocno od siebie. Nie wyobraĹźam sobie, jak byĹmy mieli pokonywaÄ to przejĹcie na piechotÄ! Ten kierowca byĹ na tyle uprzejmy, Ĺźe pomógĹ nam jeszcze zaĹatwiÄ wszelkie sprawy wizowe i wymieniÄ tureckie liry na syryjskie funty u przygranicznego konika.JuĹź na samej granicy daĹo siÄ poczuÄ, Ĺźe wjeĹźdĹźamy do kraju, który dzieli od Turcji przepaĹÄ cywilizacyjna. Ludzie majÄ zupeĹnie inne poczucie czasu, kontrola paszportowa trwaĹa grubo ponad 1h, mimo ze na przejĹciu byĹo kilkanaĹcie osób. JuĹź w samym budynku przejĹcia wisiaĹy wielkie portrety prezydenta Syrii, który jest dyktatorem. W drodze z granicy do Aleppo, teĹź daĹo siÄ zauwaĹźyÄ ciekawe scenki rodzajowe. CiÄĹźarówki z ogromnymi kamieniami z kamienioĹomu zamontowanymi na pace tak, Ĺźe zaraz zlecÄ , a na nich siedzÄ cy ludzie. Ĺťadnych zasad ruchu drogowego - jeĹşdzi siÄ tam, gdzie jest miejsce dla auta, a nie tam, gdzie sÄ pasy, które tak naprawdÄ rzadko wystÄpujÄ :) Po dotarciu do Aleppo nie mieliĹmy problemu ze znalezieniem taniego hoteliku w dzielnicy, gdzie sÄ prawie same sklepy z oponami samochodowymi i tanie hotele :) Zanim wyszliĹmy z hotelu, aby coĹ zjeĹÄ, okazaĹo siÄ, Ĺźe nie mamy Ĺźarówki w Ĺazience ani klucza do pokoju. Pan z recepcji poczÄ tkowo próbowaĹ nam wytĹumaczyÄ, Ĺźe po co nam ĹwiatĹo w Ĺazience, skoro Ĺźarówka w pokoju daje wystarczajÄ co duĹźo ĹwiatĹa, aby oĹwietliÄ teĹź ĹazienkÄ. W koĹcu z grymasem na twarzy przyniósĹ nam nowÄ ĹźarówkÄ "made in Hungary" i nastaĹa jasnoĹÄ w Ĺazience. Kolejne chwile straciliĹmy na czekaniu na klucz. Pan przyniósĹ duĹźy worek, w którym miaĹ kilkadziesiÄ t róĹźnych kluczy. Wreszcie jeden z nich pasowaĹ do naszego pokoju. Wreszcie mogliĹmy pójĹÄ coĹ zjeĹÄ do jakiejĹ lokalnej knajpki. I tu nastÄ piĹ pierwszy kant. Podczas pĹacenia kelner chciaĹ od nas wiÄkszÄ sumÄ, bo uwaĹźaĹ, Ĺźe daĹ nam jakÄ Ĺ droĹźszÄ potrawÄ, a nie tÄ , którÄ zamówiliĹmy. ZaczÄ Ĺem siÄ kĹóciÄ, tĹumaczÄ c mu, ze to jego problem, skoro przyniósĹ nam nie to, co zamówiliĹmy i Ĺźe nie zamierzamy pĹaciÄ kwoty, której od nas ĹźÄ da. Do akcji wkroczyĹ szef knajpy. NakrzyczaĹ na kelnera, Ĺźe nie wie, co podaje, przyznaĹ nam racjÄ i w ramach rekompensaty za starty moralne dostaliĹmy jeszcze filiĹźankÄ herbaty na koszt firmy :) Tym optymistycznym akcentem zakoĹczyliĹmy sobotÄ. DziĹ natomiast póĹşnym przedpoĹudniem ruszyliĹmy w miasto. Po Ĺniadaniu poszliĹmy do dzielnicy chrzeĹcijaĹskiej, gdzie znajdujÄ siÄ stare koĹcioĹy: ormiaĹski, grecki ortodoksyjny i katolicki. Fajna atmosfera tam panuje. NastÄpnie odwiedziliĹmy stare miasto: wielki bazar, gdzie sprzedajÄ wszystko, od ubraĹ i biĹźuterii po miÄso i przyprawy. Na jednym ze stoisk wisiaĹ nawet szkielet wielbĹÄ da powleczony czÄĹciowo miÄsem z tego zwierza.... Obok wisiaĹy natomiast zdjÄcia przedstawiajÄ ce kolejne etapy zarzynania 'garbusa". Widok robiĹ wraĹźenie... Po drodze weszliĹmy na dziedziniec Wielkiego Meczetu Omajadów, by odpoczÄ Ä chwilÄ i pofotografowaÄ ludzi (szczególnie kobiety w czadorach, ubrane na czarno od stóp do gĹów oraz facetów w biaĹych galabijach i arafatkach na gĹowach). Ostatnim puntem dzisiejszego dnia byĹa Cytadela, reklamowana jako najwiÄksza atrakcja miasta. Same mury obronne wyrastajÄ ce ponad fosÄ robiÄ wraĹźenie, natomiast wnÄtrze jest bardzo zaniedbane. PozostaĹoĹci starych meczetów, paĹacu i amfiteatru niszczejÄ , nikt o to nie dba, a wokóĹ peĹno Ĺmieci i chwastów. ByliĹmy nieco zdegustowani tym widokiem. CóĹź, widocznie taki ich lokalny zwyczaj, aby zaĹmiecaÄ zabytki. Ogólnie da siÄ wyczuÄ, ze jesteĹmy juĹź z dala od Europy. Jest egzotycznie, ale nie niebezpiecznie. Ludzie wciÄ Ĺź sÄ bardzo mili i pomocni, jak to w Azji. DziĹ Ĺpimy ostatniÄ noc w Aleppo i jutro przed poĹudniem udajemy siÄ do miejscowoĹci Hama - ok 140 km na poĹudnie stÄ d.
Pozdrawiamy bardzo gorÄ co, syryjsko :)
Darek i Ela.
PoniedziaĹek, 25 maj 2009
W niedzielÄ 24.05 wyjechaliĹmy z Bejrutu do Damaszku. ZrobiliĹmy to jednak na raty, ja wczeĹniej, a Ela nieco póĹşniej.
PoszedĹem na dworzec autobusowy, gdzie znów czekaĹa mnie maĹa niespodzianka logistyczna. OkazaĹo siÄ, Ĺźe z Bejrutu do Damaszku nie ma autobusów. SÄ jedynie maĹe busiki i taksówki. MiaĹem to szczÄĹcie, ze jedna z taksówek staĹa juĹź prawie peĹna i brakowaĹo jej do kompletu tylko jednej osoby. Dlatego trochÄ siÄ potargowaĹem i pojechaĹem taksówkÄ prawie za takÄ samÄ cenÄ, jak busem (11 usd). Kierowca mocno cisnÄ Ĺ na gaz i w niecaĹÄ godzinÄ zameldowaliĹmy siÄ na przejĹciu granicznym. Zanim tam jednak dojechaliĹmy, kierowca zatrzymaĹ siÄ jeszcze w hurtowni spoĹźywczej. Tam zakupiĹ okoĹo 100 szt. batoników Lion i grubo ponad 100 szt. chipsów Pringles. Wszystko na handel do Syrii. DopchaĹ tym bagaĹźnik i ruszyliĹmy w kierunku terminala granicznego. Samo pokonanie granicy poszĹo bardzo sprawnie. SpodziewaĹem siÄ o wiele wiÄkszej kolejki i bardziej skomplikowanych procedur.
W taksówce jechaĹem z 3 Syryjczykami (w tym kierowca) i jednym Kurdem tureckim. Jedynie ten ostatni znaĹ kilka sĹów po angielsku. Taksówkarz zatrzymaĹ siÄ gdzieĹ na przedmieĹciach Damaszku i razem z Kurdem wziÄliĹmy taxi do centrum miasta. Nie przepĹaciliĹmy, bo facet mówiĹ po arabsku i znaĹ tutejsze stawki.
Szybko znalazĹem hotel upatrzony wczeĹniej w przewodniku. Bardzo miĹa atmosfera i Ĺwietny klimat podróĹźniczy. WziÄ Ĺem nocleg na specjalnie przygotowanym tarasie na dachu. ĹóĹźka kanadyjki ustawione wokóĹ siebie i peĹna infrastruktura hotelowa do dyspozycji plus Ĺniadanie w cenie noclegu. PoznaĹem od razu bardzo fajnych ludzi z Czech. Ela dotarĹa do Damaszku po poĹudniu i teĹź zatrzymaĹa siÄ w tym samym hotelu. Hall hotelowy urzÄ dzony jest w stylu orientalnego patio z mozaikami na Ĺcianach, maĹÄ fontannÄ na Ĺrodku i zielonymi pnÄ czami ciÄ gnÄ cymi siÄ po Ĺcianach i po powale.
PoszedĹem od razu na spacer po starym mieĹcie. Bardzo fajna atmosfera tu panuje, szczególnie w najwiÄkszym w mieĹcie Meczecie Omajadów. Przy okazji spotkaĹem tam ponad 20-osobowÄ wycieczkÄ z Polski. Szybko daĹo siÄ ich poznaÄ, bo byli rozwrzeszczani, mieli kiczowate pamiÄ tki w dĹoniach i uĹźywali sĹów powszechnie uznawanych za niecenzuralne :) ZwiedziĹem tez inne zauĹki starego miasta, w tym kryty bazar i dzielnice chrzeĹcijaĹskÄ z koĹcioĹami prawosĹawnymi i katolickimi. W drodze powrotnej do hotelu wypiĹem teĹź pyszny, ĹwieĹźy koktajl bananowy.
DziĹ z kolei pojechaĹem razem z poznanymi Czechami do Maaluli - maĹego miasteczka poĹoĹźonego ok 50 km na póĹnoc od Damaszku. MieĹcina ta poĹoĹźona jest w wÄ skiej, górskiej dolinie, której stoki zbudowane sÄ z prawie pionowych rudo-pomaraĹczowych skaĹ. WiÄkszoĹÄ domów pomalowanych jest na kolor piaskowy i niebieski. Bardzo Ĺadnie siÄ to wszystko ze sobÄ komponuje. Jednak najwiÄkszÄ atrakcjÄ tego miejsca jest klasztor ĹwiÄtej Tekli - jedno z gĹównych miejsc pielgrzymkowych chrzeĹcijan w Syrii. Klasztor ten, podobnie jak inne zabudowania w Maaluli, teĹź jest przyklejony do pionowej skaĹy. Niektóre pomieszczenia czy sale modlitewne sÄ wprost wykute w skaĹach.
Po powrocie z Maaluli postanowiliĹmy z ElÄ , aby siÄ powĹóczyÄ po lokalnych knajpkach, poniewaĹź jest to nasz ostatni wieczór w ciÄ gu kilku najbliĹźszych miesiÄcy... Przedwczoraj podjÄliĹmy decyzjÄ o rozĹÄ czeniu siÄ i podróĹźowaniu przez jakiĹ czas samemu. Ela dziĹ kupiĹa za Ĺmiesznie niskÄ kwotÄ bilet lotniczy z Damaszku do Bangkoku przez Qatar i leci tam 27.05 po poĹudniu. Ja natomiast kontynuujÄ trasÄ wg wczeĹniejszych zaĹoĹźeĹ. Jutro wczeĹnie rano jadÄ do Ammanu i posiedzÄ w Jordanii okoĹo tygodnia, zwiedzajÄ c najwiÄksze atrakcje tego kraju. Z Jordanii wracam do Syrii, praktycznie tylko po to, aby zobaczyÄ Palmire i wjechaÄ z powrotem do Turcji przez przejĹcie graniczne w Qamishle. StamtÄ d juĹź pojadÄ bezpoĹrednio na Iran. Ela z kolei po przyjeĹşdzie do Bangkoku chce jechaÄ do Birmy i pokrÄciÄ sie pewnie po regionie Azji PoĹudniowo-Wschodniej. Wiele wskazuje na to, Ĺźe spotkamy siÄ ponownie gdzieĹ w Chinach, na przeĹomie lipca i sierpnia lub w sierpniu, gdy juĹź wyjadÄ z Kazachstanu do Chin.
Pozdrawiamy serdecznie:
Darek i Ela
Ĺroda, 27 maj 2009
Wczoraj, czyli w ĹrodÄ rano, wstaĹem bardzo wczeĹnie i razem z poznanÄ dzieĹ wczeĹniej parÄ z Czech pojechaliĹmy na dworzec autobusowy, aby zĹapaÄ jeden z pierwszych autobusów do Ammanu. Po przyjeĹşdzie na dworzec, rzuciĹo siÄ na nas caĹe stado taksówkarzy chcÄ cych nas zawieĹşÄ do Jordanii. ZlekcewaĹźyliĹmy ich zupeĹnie i poszliĹmy szukaÄ autobusu, który byĹ 6 USD taĹszy niĹź taxi. Jednak taksówkarze nie odpuszczali i szli za nami do samego koĹca. OkazaĹo siÄ, Ĺźe autobus mamy za niecaĹÄ godzinÄ. OznajmiliĹmy wiÄc taksówkarzom, Ĺźe moĹźemy jechaÄ z nimi, ale.... za cenÄ autobusu. Na poczÄ tku w ogóle nie chcieli o tym sĹyszeÄ. PóĹşniej jednak zaczÄli miÄknÄ Ä. Wiedzieli, Ĺźe jeĹli nie spuszczÄ ceny, to my i tak pojedziemy, tylko Ĺźe autobusem. Po szybkich targach postawiliĹmy na swoim. Jeden z taksówkarzy zgodziĹ siÄ wziÄ Ä nas za tyle samo, ile kosztowaĹ autobus, czyli po 10 USD od osoby. PowiedziaĹ tylko, Ĺźe poszuka jeszcze jednego pasaĹźera do kompletu i ruszamy. Czwarty pasaĹźer znalazĹ siÄ bardzo szybko i juĹź mogliĹmy ruszaÄ. ByĹ to starszy JordaĹczyk, mówiÄ cy Ĺwietnie po angielsku, gdyĹź mieszkaĹ przez dĹuĹźszy czas w USA. ZapakowaliĹmy siÄ wraz z bagaĹźami do luksusowej Toyoty z klimatyzacjÄ i w drogÄ. Z Damaszku do Ammanu jest ok 150 km autostradÄ , wiÄc zeszĹo nam bardzo szybko. Na granicy kupiliĹmy wizy jordaĹskie za 10 JD (1JD = 4zl) i po krótkiej chwili byliĹmy w Ammanie. Czesi kontynuowali dalej swojÄ podróĹź do Jerozolimy, wiec poĹźegnaliĹmy siÄ. Za transport po raz pierwszy zapĹaciliĹmy mniej niĹź lokalni mieszkaĹcy. Ja i Czesi pĹaciliĹmy po 500 SYP, a okazaĹo siÄ, Ĺźe ten starszy Pan z Jordanii zapĹaciĹ 700 SYP :)
W Ammanie miaĹem zaĹatwiony nocleg u Selmo, Niemca pracujÄ cego tu w ambasadzie Wielkiej Brytanii jako specjalista do recyclingu. Selmo gra równieĹź w teatrze. WczeĹniej przysĹaĹ mi on szczegóĹowÄ instrukcjÄ, jak dotrzeÄ do jego domu i zostawiĹ mi klucze w pudeĹku po zapaĹkach na parapecie zewnÄtrznym :) Jednak okazaĹo siÄ, Ĺźe w Ĺrodku jest jego wspóĹlokatorka, Jo z Francji. MieszkajÄ sobie w Ĺadnym domu na wzniesieniu z Ĺadnym widokiem na miasto. W ogóle caĹy Amman jest bardzo Ĺadnie usytuowany na kilkunastu stromych wzgórzach. PeĹno tu serpentyn, ciasnych uliczek, schodów miÄdzy nimi i mÄczÄ cych podejĹÄ. Wieczorem poszliĹmy do kina na otwartym powietrzu, urzÄ dzonym w ruinach staroĹźytnej ĹwiÄ tyni z kolumnami korynckimi wĹród akacji. WyĹwietlano film dokumentalny o terroryĹcie Zarkawi, który pochodzi z wschodniej Jordanii. Na prelekcji byĹ nawet obecny gĹówny narrator tego filmu. Poza tym peĹno byĹo mieszkajÄ cych i pracujÄ cych w Ammanie europejczyków. Wielu z korpusu dyplomatycznego, którzy w wiÄkszoĹci znali Selmo. Po filmie poszliĹmy w wiÄkszym gronie coĹ zjeĹÄ, kupiliĹmy peĹno pysznego jordaĹskiego jedzenia i usiedliĹmy na podĹodze w salonie w domu Jimmy'ego - Szkota uczÄ cego tu jÄzyka angielskiego. Poza tym byĹy 2 Hiszpanki, 2 Amerykanki, 1 Francuzka i 1 Brytyjczyk. Ten ostatni miaĹ w pokoju wielkÄ , popielatÄ papugÄ, Lulu, która nie lubi obcycĹh i strasznie siÄ wydziera, gdy ktoĹ nieznajomy podejdzie bliĹźej :)
Poza spotkaniami towarzyskimi poĹaziĹem teĹź wczoraj po centrum. Jest tu Ĺadny meczet Króla Husajna, cytadela z jakimiĹ rzymskimi ruinami oraz ruiny teatru rzymskiego i odeonu.
DziĹ z kolei udaĹem siÄ na pd.-zach. od stolicy. OdwiedziĹem miasteczko Madaba. Znajduje siÄ tam (w koĹciele Ĺw. Jerzego) bizantyjska mozaika z 560 r., która przedstawiaĹa najwaĹźniejsze miejsca biblijne na Bliskim Wschodzie. Co ciekawe, jej autor umieĹciĹ póĹnoc po lewej stronie kompozycji. Niestety do dnia dzisiejszego ocalaĹo ok 30% pierwotnego dzieĹa. Z Madaby zĹapaĹem stopa na GórÄ Nebo. To wĹaĹnie z tego miejsca MojĹźesz ujrzaĹ ziemiÄ obiecanÄ . Stoi tu wielki krzyĹź i pomnik Jana PawĹa II. RozpoĹciera siÄ stad takĹźe bardzo Ĺadny widok na dolinÄ rzeki Jordan i Morze Martwe z PalestynÄ na drugim brzegu. Podobno w nocy, gdy jest przejrzyste powietrze, widaÄ ĹwiatĹa Jerozolimy. NastÄpnym autem zjechaĹem na samo wybrzeĹźe Morza Martwego. Jest to najniĹźej poĹoĹźone miejsce na powierzchni naszej planety (czyli najwiÄksza depresja): wg najnowszych badaĹ poĹoĹźone na wysokoĹci 408 m poniĹźej poziomu morza. Na poczÄ tku wzdĹuĹź wybrzeĹźa ciÄ gnÄ siÄ luksusowe hotele. PojechaĹem wiec ok. 20 km dalej, gdzie plaĹźe sÄ czyste i moĹźna w spokoju popĹywaÄ. ZatrzymaĹem siÄ w miejscu, w którym do morza uchodziĹ maĹy potoczek. Po to, by mieÄ potem ĹwieĹźÄ , sĹodkÄ wodÄ do zmycia soli z siebie. Morze Martwe jest najbardziej zasolonym zbiornikiem wodnym na Ĺwiecie. Ze wzglÄdu na wysokie temperatury i brak dopĹywu ĹwieĹźej wody, morze to nie jest roztworem solnym, lecz wrÄcz zawiesina. Woda jest tak gÄsta, Ĺźe po przejechaniu dĹoniÄ widaÄ ruch zawiesiny.... Wszystkie kamienie i gĹazy na plaĹźy pokryte sÄ grubÄ warstwÄ soli, tworzÄ cej piÄkne krysztaĹy solne. CaĹoĹÄ prezentuje siÄ przepiÄknie. Jest gorÄ co jak w piekle i oczywiĹcie w morzu tym nie wystÄpujÄ Ĺźadne Ĺźywe organizmy. ZanurzyĹem siÄ na kilka minut. Jedyne, co moĹźna robiÄ w morzu, to unosiÄ siÄ bezwĹadnie na jego powierzchni jak kĹoda. Nie sposób utonÄ Ä, bo gÄsta zawiesina wypycha czĹowieka ku górze. PĹywaÄ teĹź siÄ nie da. Za nic w Ĺwiecie nie moĹźna pozwoliÄ, aby woda dostaĹa siÄ do ust czy oczu. Wiec podryfowaĹem sobie kilka minut, po czym spĹukaĹem z siebie tÄ ogromnÄ iloĹÄ soli w potoczku i wyszedĹem z powrotem na drogÄ, aby zĹapaÄ jakiĹ transport do Ammanu. ZatrzymaĹo siÄ drugie mijajÄ ce mnie auto. WsiadĹem i ruszyliĹmy. Po przejechaniu kilkunastu km, kierowca oznajmiĹ mi, Ĺźe chce, abym mu zapĹaciĹ za podwiezienie 10 JD, czyli ok 40 zĹ. OsĹupiaĹem... OkazaĹo siÄ jednak, ze on nie Ĺźartuje, wiÄc powiedziaĹem, Ĺźeby mnie wysadziĹ. ZapytaĹ czy w takim razie zapĹacÄ 5 JD. PowiedziaĹem, Ĺźe nie i wysiadĹem za zakrÄtem. Ten jeszcze do mnie krzyczaĹ, Ĺźe moĹźe jednak 3 JD, ale machnÄ Ĺem tylko rÄkÄ i pojechaĹ sobie. Po chwili zatrzymaĹo siÄ kolejne auto z jakimiĹ robotnikami i zabraĹo mnie do samego Ammanu bez Ĺźadnego pĹacenia. W koĹcu nie po to stworzono autostop, aby za niego pĹaciÄ :))
Tym oto sposobem znów jestem u Selmo. Jutro rano jadÄ juĹź bardziej na poĹudnie do Karak i jak dobrze pójdzie, to wieczorem powinienem dotrzeÄ do Wadi Musa (Petra).
Pozdrawiam ciepĹo: Darek
PiÄ tek, 29 maja 2009
Wczoraj, czyli 28.05 wyjechaĹem z Ammanu. U Selmo zostawiĹem garĹÄ przewodników, które nie bÄdÄ mi zupeĹnie potrzebne podczas mojej pÄtli po Jordanii. OdbiorÄ je od niego, gdy bÄdÄ juĹź wyjeĹźdĹźaĹ z Jordanii. Przed poĹudniem udaĹem siÄ minibusem do Karak, ok 100 km na poĹudnie od Ammanu. Najpierw facet, który zbieraĹ dinary za przejazd, chciaĹ ode mnie podwójna cenÄ, bo twierdziĹ, Ĺźe mój duĹźy plecak zajmuje jedno wolne miejsce. WytĹumaczyĹem mu na migi, Ĺźe postawiÄ go na podĹodze i zwolniÄ mu to 1 miejsce. Tak tez zrobiĹem i opuĹciĹem ruchliwy Amman. PodróĹź do Karak zeszĹa bardzo szybko. W Karak mieĹci siÄ wielka forteca z widokiem na pustyniÄ z jednej strony i Morze Martwe z drugiej. MusiaĹem siÄ mocno natrudziÄ, aby wdrapaÄ siÄ na górÄ z klepiska nazywanego przez mieszkaĹców dworcem autobusowym. W koĹcu osiÄ gnÄ Ĺem swój cel. JakiĹ facet w restauracji zaproponowaĹ mi darmowe przechowanie bagaĹźu. PomyĹlaĹem, Ĺźe moĹźe to byÄ niebezpieczne, ale gdy zobaczyĹem kilka innych plecaków w jego knajpie, zdecydowaĹem siÄ. W ten sposób nie musiaĹem zwiedzaÄ fortecy z ciÄĹźkim garbem. W Ĺrodku fortecy poznaĹem Jima z Londynu, który do Jordanii przyjechaĹ tylko na 10 dni ze swojÄ ĹźonÄ . PogadaliĹmy chwilkÄ, po czym Jim ĹźyczyĹ mi powodzenia na dalszej trasie i poĹźegnaliĹmy siÄ. Sama forteca nie rzuca specjalnie na kolana, szczególnie, Ĺźe jest w trakcie renowacji i mnóstwo tam panów z taczkami, Ĺopatami i kilofami. Widoki z jej górnego poziomu rekompensowaĹy jednak trudy podejĹcia. Gdy poszedĹem odebraÄ swój plecak, wypadaĹo skorzystaÄ z usĹug gastronomicznych owej restauracji, wiec zjadĹem falafela i rozpoczÄ Ĺem mój marsz z powrotem na dóĹ w stronÄ dworca. ChciaĹem jeszcze tego samego dnia przedostaÄ siÄ z przesiadkÄ do Petry (Wadi Musa), zaliczanej do jednego z najnowszych cudów Ĺwiata. Gdy tak szedĹem w dóĹ, nagle minÄ Ĺ mnie jakiĹ samochód, po czym zatrzymaĹ siÄ na poboczu. Kiedy podszedĹem bliĹźej, okazaĹo siÄ, Ĺźe to Jim z ĹźonÄ . Zapytali, czy mnie gdzieĹ nie podwieĹşÄ, bo wlaĹnie jadÄ do... Petry :) Nie ma to jak porzÄ dny fart. WsiadĹem i ruszyliĹmy. Zamiast jechaÄ ruchliwÄ i maĹo ciekawÄ autostradÄ przez pustyniÄ, pojechaliĹmy widokowÄ trasÄ przecinajÄ ca stronÄ góry i gĹÄbokie doliny przez Tafile. Miejscami widoki byĹy powalajÄ ce. GĹównie widaÄ byĹo suche jak pieprz góry w kolorze ĹźóĹtawo-piaskowym i gdzieniegdzie jakieĹ oazy lub mini-zbiorniki retencyjne. Krajobraz jak z Marsa. WydawaĹ siÄ on nie koĹczyÄ.
Po niecaĹych 2 godzinach dojechaliĹmy do Wadi Musa, gĹównego miasteczka obsĹugujÄ cego turystów (hotele, restauracje i sklepy), odwiedzajÄ cych poĹoĹźonÄ 4 km dalej PetrÄ. WczeĹniej miaĹem zaĹatwiony nocleg u Nawafa, prawdziwego beduina mieszkajÄ cego w malej wiosce kilka kilometrów od Wadi Musa. OdebraĹ mnie z centrum i od razu pojechaliĹmy do jego rodzinnej miejscowoĹci - Umm Sayhoun. PrzedstawiĹ mnie swojej rodzinie i usiadĹ na chwilÄ na internecie i telefonie, gdyĹź prowadzi 1-osobowa agencjÄ turystycznÄ i musiaĹ zaĹatwiÄ kilka spraw. PorozmawialiĹmy chwilkÄ, po czym stwierdziĹ, Ĺźe jest bardzo zajÄty dziĹ i powiedziaĹ, Ĺźe bÄdÄ spal u jego znajomej z Holandii, która mieszka w kolejnej wiosce - Al Beidha. ZgodziĹem siÄ, bo przecieĹź nie miaĹem innego wyjĹcia. Nawaf zawiózĹ mnie wiÄc do niej i zostawiĹ tam. Owa Holenderka (zapomniaĹem, jak miaĹa na imiÄ) okazaĹa siÄ przemiĹÄ osobÄ . Pochodzi z Bredy, jest muzuĹmankÄ i kilka m-cy temu kupiĹa ten dom w Al Beidha, by tu pomieszkaÄ jakiĹ czas. Z kolei sama wioska poĹoĹźona jest wĹród dzikich gór, przy drodze z Wadi Musa nad Morze Martwe, a wokóĹ sÄ same obozy nomadów. Od Wadi Musa dzieli jÄ ok. 9 km asfaltowej drogi.
OkazaĹo siÄ, Ĺźe jesteĹmy zaproszeni na kolacjÄ do jej sÄ siada o imieniu Talal. Fantastyczna wiadomoĹÄ,, bo juĹź trochÄ zgĹodniaĹem, pomyĹlaĹem sobie :) Talal najpierw podal zakÄ skÄ w formie schĹodzonego arbuza, a nastÄpnie obficie sĹodzonÄ beduiĹskÄ herbatÄ. Pyszna byĹa i Ĺwietnie gasiĹa pragnienie. Po chwili przyniósĹ obrus w postaci szerokiej folii nylonowej, poniewaĹź zaraz miaĹo siÄ pojawiÄ danie gĹówne, przygotowane przez siostry Talala. ByĹa to tradycyjna jordaĹska potrawa o nazwie mensif. PrzyrzÄ dza siÄ jÄ kĹadÄ c na spod szerokiej (wspólnej dla wszystkich biesiadników) misy pĹaski arabski chleb. Na chleb kĹadzie siÄ wilgotny i kleisty ryz. NastÄpnie na ryĹźu ukĹada siÄ miÄso. Zwykle jest to miÄso kozie lub kurczak. Wczoraj miaĹem to szczÄĹcie, Ĺźe byĹ kurczak w formie gotowanych udek z jakimiĹ egzotycznymi przyprawami. OczywiĹcie nie byĹo Ĺźadnego stoĹu. JedliĹmy siedzÄ c na podĹodze na wielkich poduchach, misa z mensifem teĹź staĹa na podĹodze. Nie byĹo równieĹź sztuÄców. JedliĹmy, uĹźywajÄ c jedynie rÄ k, tak jak jedzÄ beduini. Trzeba byĹo wziÄ Ä okoĹo póĹ garĹci ryĹźu, zrobiÄ z niego mini-kulkÄ i podaÄ sobie do ust. Do tego odrywaĹo siÄ po kawaĹku biaĹego miÄsa z kurczaka. Przyznam, ze najadĹem siÄ porzÄ dnie, a sama potrawa byĹa pyszna. SpaÄ poszedĹem wczeĹnie, gdyĹź dziĹ czekaĹa mnie bardzo wczesna pobudka.
DziĹ wstaĹem o 4.00 rano. Jak wiadomo Petra jest najwiÄkszÄ atrakcjÄ turystycznÄ Bliskiego Wschodu (najbardziej rozreklamowana). Bramy otwierajÄ o 6.00, a ja chciaĹem byÄ tam jak najwczeĹniej z dwóch powodów. Po pierwsze chciaĹem uniknÄ Ä strasznych tĹumów, jakie sunÄ przez caĹy kompleks Petry od godziny 9 do 10, a takĹźe uniknÄ Ä palÄ cego upaĹu, jaki tu panuje w godzinach okoĹopoĹudniowych. CzekaĹo mnie 9 km marszu po ciemku, stÄ d ta wczesna pora pobudki. IdÄ c tak w Ĺrodku nocy, mijaĹem po drodze kilka obozowisk beduiĹskich z palÄ cymi siÄ ogniskami i ujadajÄ cymi w moim kierunku psami. PrzejĹcie tych 9 km zajÄĹo mi ok 1,5 godziny. DotarĹem do bram Petry i kas biletowych kilka minut przed godzinÄ 6.00. WokóĹ nie byĹo Ĺźywej duszy poza 4 podróĹźnikami z Anglii i 1 kundlem, który miaĹ wielkÄ ochotÄ, aby ktoĹ go pogĹaskaĹ. WĹaĹnie o takÄ ciszÄ i spokój o wschodzie sĹoĹca mi chodziĹo. UcieszyĹem siÄ.
OkoĹo 1 km za bramami zaczyna siÄ sĹynny Siq, wÄ wóz dĹugi na 1,5 km i wÄ ski miejscami na 3-5 m. Jego pionowe Ĺciany osiÄ gajÄ wysokoĹÄ wzglÄdnÄ ok. 250 m. Robi to niesamowite wraĹźenie. A to dopiero poczÄ tek wraĹźeĹ. Po pokonaniu Siq'a dochodzi siÄ do sĹynnej i pokazywanej we wszystkich przewodnikach hellenistycznej fasady koĹcioĹa, zwanego Treasury, zbudowanego pomiÄdzy 100 r. p.n.e. a 200 r. n.e. Sam koĹcióĹ i jego fasada wykute sÄ w pionowej Ĺcianie skalnej piaskowca i osiÄ gajÄ wysokoĹÄ 43 m. Z Treasury idzie siÄ dalej na wzgórze Al-Madbah, skÄ d roztacza siÄ przepiÄkny widok na okoliczne góry i doliny. NastÄpnie mija siÄ staroĹźytny amfiteatr i grobowce królewskie, by dotrzeÄ do ruin staroĹźytnego miasta Petra. Niestety poza kilkunastoma kolumnami i murami fortecy, niewiele zostaĹo do dnia dzisiejszego z tego miasta. Na samym koĹcu stromej doliny znajduje siÄ kolejny koĹcióĹ (zwany Monastery), zbudowany w III wieku p.n.e. Ca Ĺy koĹcióĹ, jak i jego fasada równieĹź, wykute sÄ w litej skale. Stylem budowla owa bardzo przypomina Treasury, lecz jest nieco wyĹźsza (50 m) i fasada skierowana jest w przeciwnym kierunku, na zachód. Gdy, wracajÄ c, dotarĹem znów w okolice grobowców i Treasury, okazaĹo siÄ, Ĺźe pobudka w Ĺrodku nocy to byĹ strzaĹ w 10-tkÄ. OkoĹo godziny 12 w tej okolicy przewijaĹy siÄ niesamowite tĹumy. Grupy wycieczkowe liczÄ ce od kilku do kilkudziesiÄciu osób. PanowaĹ haĹas i zgieĹk, sprzedawcy pamiÄ tek biegali w tĹumie, oferujÄ c swoje kiczowate wyroby, inni beduini proponowali jazdÄ na wielbĹÄ dzie, koniu lub osioĹku. Inni z kolei mieli bardziej komfortowe Ĺrodki transportu: 2-osobowe bryczki konne. Wszystko to wyglÄ daĹo, jakbym byĹ w lunaparku lub na targu, a nie w miejscu uznawanym za architektoniczny cud Ĺwiata. CóĹź, Petra to obecnie maszynka do robienia ogromnych pieniÄdzy i kaĹźdy - nawet maĹe dzieci - chce na tym ugraÄ swoje dwa grosze. WróciĹem do Wadi Musa i przez pozostaĹe popoĹudnie mam zamiar odpoczÄ Ä oraz nadrobiÄ braki snu. Jutro rano jadÄ na pustyniÄ Wadi Rum i pewnie posiedzÄ tam do niedzieli.
Pozdrawiam: Darek
Niedziela, 31 maja 2009
Wczoraj, tj. w sobotÄ, wyjechaĹem z Wadi Musa w kierunku pustyni Wadi Rum. Jedyny autobus na tej trasie odjeĹźdĹźa z Wadi Musa o 6:30. Ze wzglÄdu na to, Ĺźe spaĹem 9 km za miastem, istniaĹy nikĹe szanse, abym zaĹapaĹ siÄ na ten autobus. PodjechaĹem autostopem z Beida do Wadi Musa i zĹapaĹem minibusa do Ma'an, poĹoĹźonego przy gĹównym szlaku komunikacyjnym Jordanii (autostradzie póĹnoc-poĹudnie). StamtÄ d wsiadĹem w kolejny autobus jadÄ cy do Aqaby i wysiadĹem na skrzyĹźowaniu z drogÄ wiodÄ cÄ w stronÄ wioski Rum na pustyni. Stala tam jakaĹ maĹa furgonetka i jej kierowca proponowaĹ mi transport do Rum, ale za jakieĹ wielkie, nawet jak na polskie warunki, pieniÄ dze. MachnÄ Ĺem tylko rÄkÄ i poszedĹem na oddalony o kilkadziesiÄ t metrów przystanek z wiatÄ . ByĹo to jedyne zacienione miejsce w okolicy, wiec zjadĹem tam Ĺniadanie. CzuÄ byĹo, Ĺźe pustynia juĹź blisko, bo upaĹ byĹ niesamowity. SĹoĹce prawie w zenicie.
ZawiÄ zaĹem na gĹowie turban (zakupiony jeszcze w Maroko), aby chroniĹ przed sĹoĹcem zarówno mojÄ gĹowÄ, jak i kark, i zaczÄ Ĺem ĹapaÄ stopa. Ruch na tej drodze byĹ znikomy. Prawie kaĹźdy, kto jechaĹ w tamtÄ stronÄ, chciaĹ jakieĹ chore kwoty za transport w stosunku do odlegĹoĹci, jakÄ chciaĹem pokonaÄ (od 3 do 10 USD). Na szczÄĹcie tego dnia nigdzie mi siÄ nie spieszyĹo, wiec kaĹźdego pĹatnego stopa odprawiaĹem z kwitkiem.
Wreszcie po okoĹo póĹ godziny zatrzymaĹ siÄ jakiĹ mĹody chĹopak, a gdy zapytaĹem na migi ile chce za podwiezienie, odpowiedziaĹ mi, Ĺźe nic. WsiadĹem i przejechaĹem z nim 2/3 zaplanowanej trasy. PozostaĹo mi jedynie 4 km do Visitor's Centre, gdzie kupuje siÄ bilet do parku narodowego i kolejne 7 km do wioski Rum. Po prawie 1h stania (na szczÄĹcie teĹź w cieniu, bo rosĹo tam jedyne drzewo na trasie), zatrzymaĹ siÄ mini van z grupÄ turystów ze Szwajcarii. Zabrali mnie. Po drodze kupiĹem bilet i za moment bylem w Rum. Tam od razu obskoczyli mnie beduini oferujÄ cy przejaĹźdĹźkÄ jeepem lub wielbĹÄ dem po pustyni o róĹźnym czasie trwania lub z noclegiem w obozie beduiĹskim na pustyni i nocÄ spÄdzonÄ pod gwiazdami. Noce pod gwiazdami na pustyni juĹź przerabiaĹem kilka razy w Maroko, a ci faceci chcieli jakieĹ kosmiczne kwoty za swoje usĹugi. PostanowiĹem, Ĺźe chcÄ wziÄ Ä jeepa na 2-3 h, zobaczyÄ kilka fajnych miejsc i wróciÄ do Rum na nocleg w namiocie. Jednak poczÄ tkowe ceny nawet za 2-3 h jeepem byĹy bardzo nieprzyzwoite. PostanowiĹem wziÄ Ä ich na przeczekanie. RozĹoĹźyĹem siÄ z moim lunchem, a oni wciÄ Ĺź przekrzykiwali siÄ nade mnÄ . Gdy zobaczyli, Ĺźe zupeĹnie nic sobie nie robie z ich towarzystwa i nie jestem nimi zainteresowany, odpuĹcili i odeszli. W momencie, gdy koĹczyĹem lunch, podszedĹ do mnie jakiĹ chĹopak. WyglÄ daĹ na 20-25 lat. PowiedziaĹ, Ĺźe za poĹowÄ tej ceny, którÄ oferowali tamci, obwiezie mnie po tych miejscach, które chcÄ zobaczyÄ. CaĹoĹÄ potrwa okoĹo 2,5h i moĹźemy ruszyÄ, kiedy tylko bÄdÄ chciaĹ. PowiedziaĹem, Ĺźe chcÄ ruszyÄ ok 16:30, kiedy bÄdzie juĹź lepsze ĹwiatĹo do robienia zdjÄÄ. Przez ostatnie 2h przed wyjazdem pokrÄciĹem siÄ trochÄ po okolicy.
Pustynia Wadi Rum to najwiÄksza obok Petry atrakcja turystyczna Jordanii, stÄ d ceny takie wysokie. RóĹźni siÄ ona zasadniczo od wielu innych pustyĹ na Ĺwiecie, gdyĹź poza ĹźóĹtymi i rudawymi piaskami, jakie jÄ pokrywajÄ , ogromny obszar zajmujÄ teĹź góry. PrzybierajÄ one formÄ krótkich pasm lub odosobnionych masywów wyrastajÄ cych ponad poziom piasków na wysokoĹÄ 300-400 m. W rejonie tym, tuĹź przy granicy z ArabiÄ SaudyjskÄ , znajduje siÄ teĹź najwyĹźszy szczyt Jordanii - Jebel Umm Adaami - 1832m. DziÄki tak zróĹźnicowanemu krajobrazowi pustynia ta uchodzi za jednÄ z najpiÄkniejszych na Ĺwiecie. Zgadzam siÄ z tym w peĹni. Z tego, co wiem, podobne krajobrazy moĹźna spotkaÄ na pustyni w górach Hoggar na poĹudniu Algierii czy teĹź na pustyniach w zachodnim USA.
Jak wiÄkszoĹÄ najwiÄkszych atrakcji turystycznych danego kraju, tak i Wadi Rum jest mocno skomercjalizowana i wszystko tam kreci siÄ wokóĹ pieniÄ dza. TuryĹci indywidualni stanowiÄ tam ok. 5% ogóĹu wszystkich odwiedzajÄ cych. WiÄkszoĹÄ turystów to grupy autokarowe, lub maĹe grupki na 1-dniowe wycieczki organizowane przez agencje i hotele z wiÄkszych miast. Poza mnÄ , spotkaĹem tam jeszcze 1 JapoĹczyka (oni chyba sÄ wszÄdzie) i 2 Niemców jeĹźdĹźÄ cych po Jordanii na rowerach z maĹymi przyczepkami.
Faez, mój kierowca, zjawiĹ siÄ punktualnie i mogliĹmy juĹź ruszaÄ. Najpierw pojechaliĹmy do ĹšródĹa Lawrenca. Miejsce to od zachodu osĹoniÄte jest prawie pionowÄ ĹcianÄ skalnÄ , a w Ĺźlebie spadajÄ cym spod tej Ĺciany bije maĹe ĹşródeĹko. W tym miejscu krÄcono sĹynny film Lawrence z Arabii. Na wschód z kolei rozpoĹciera siÄ widok na rozlegĹÄ pustyniÄ z wyrastajÄ cÄ z piasku górÄ , oĹwietlone Ĺadnie przez sĹoĹce chylÄ ce siÄ powoli ku zachodowi. NastÄpnie pojechaliĹmy na wysokÄ wydmÄ, przybierajÄ ca o zachodzie sĹoĹca kolor pomaraĹczowy. WdrapaĹem siÄ na jej szczyt, gdyĹź z góry widok byĹ jeszcze Ĺadniejszy. NastÄpnie pojechaliĹmy w kierunku masywu Jebel Khazali. Sam masyw wyglÄ da podobnie, jak kaĹźdy inny na Wadi Rum. Jednak gĹÄboki wÄ wóz, jaki siÄ tam znajduje, jest wyjÄ tkowy ze wzglÄdu na inskrypcje beduiĹskie na jego brzegach. Jedna z nich w toporny sposób przedstawia nawet kobietÄ rodzÄ cÄ dziecko. Z wÄ wozu pojechaliĹmy w stronÄ jednego z 3 Ĺuków skalnych na tej pustyni: Wadak Rock Bridge. Przez ten fragment miaĹem okazjÄ osobiĹcie prowadziÄ jeepa po piaskach pustyni. ByĹo to caĹkiem ciekawe doĹwiadczenie. Sam Ĺuk skalny teĹź siÄ bardzo Ĺadnie prezentowaĹ - szczególnie w promieniach zachodzÄ cego sĹoĹca. Po powrocie do Rum szybko zapadĹ zmrok i caĹa wieĹ opustoszaĹa. PozostaĹy jedynie 4 osoby ĹpiÄ ce w namiotach na campingu (w tym ja). MusiaĹem wstaÄ dziĹ rano, poniewaĹź okoĹo 6:30 odjeĹźdĹźa jedyny minibus do Aqaby. PiszÄ okoĹo, bo tutaj wiÄkszoĹÄ minibusów odjeĹźdĹźa, gdy zbierze siÄ komplet. SpakowaĹem siÄ i wyszedĹem przed camping. Po chwili autobus wyĹoniĹ siÄ zza zakrÄtu. PodjechaĹ, lecz okazaĹo siÄ, Ĺźe...... juĹź ma komplet. Nie wiedziaĹem, Ĺźe startuje z innego miejsca w wiosce. Ale kierowca powiedziaĹ, Ĺźe za 3min bÄdzie jechaĹ jeszcze jeden minibus do Aqaby. PoczÄ tkowo wÄ tpiĹem w jego sĹowa, ale dwaj inni beduini, którzy zostali na poboczu, utwierdzili mnie w przekonaniu, Ĺźe tak wĹaĹnie bÄdzie. Drugi autobus przyjechaĹ po paru minutach. WsiadĹem i po 2 h bylem w Aqabie - jedynym jordaĹskim porcie nad Morzem Czerwonym. Na dworcu spotkaĹem Darka z Polski, który wĹaĹnie przyjechaĹ z Izraela i jedzie do Petry. PogadaliĹmy chwilÄ. PoleciĹem mu hotele w Wadi Musa, a on opowiedziaĹ mi o swoich planach podróĹźy jachtem dookoĹa Ĺwiata, w którÄ rusza we wrzeĹniu.... :)
Po kilku minutach znalazĹem hotel, który oferuje nocleg na dachu, zostawiĹem duĹźy plecak i poszedĹem na spacer po mieĹcie. Przez caĹy dzieĹ wieje tak, Ĺźe gĹowÄ urywa. Ale to dobrze, bo upaĹ jest bardziej znoĹny. PowĹóczyĹem siÄ po Aqabie i niewiarygodnie brudnej plaĹźy publicznej (Ĺmieci, puszki, gazeta, potĹuczone szkĹo).
Po drugiej stronie zatoki widaÄ izraelski port Eilat, a nieco dalej egipski - Taba. W rejonie Zatoki Aqaba prawie stykajÄ siÄ granice 4 paĹstwa: Egiptu, Izraela, Jordanii i Arabii Saudyjskiej. Po krótkim spacerze pojechaĹem ok. 10 km na poĹudnie od miasta w rejon, gdzie sÄ czyste plaĹźe i niewielkie rafy koralowe. Tam wybrzeĹźe robiĹo juĹź o wiele wiÄksze wraĹźenie niĹź w mieĹcie. Ale wiatr byĹ jeszcze mocniejszy. PlaĹźa teĹź nie grzeszyĹa czystoĹciÄ , ale to byĹo nic w porównaniu do poprzedniej. SpodziewaĹem siÄ wielu turystów nurkujÄ cych z butlÄ lub fajkÄ , a tu pusto. GĹównie JordaĹczycy i kilku europejczyków. PoĹaziĹem trochÄ wzdĹuĹź plaĹźy. Jak na wybrzeĹźe koralowe przystaĹo, woda mieniĹa siÄ wieloma odcieniami koloru niebieskiego: od bĹÄkitu, przez lazur, turkus po gĹÄboki granat. Po kilku godzinach wróciĹem do Aqaby. tu dziĹ ĹpiÄ, a jutro rano wracam autobusem przez pustynnÄ autostradÄ do Ammanu. Znów bÄdÄ spaĹ u Selmo, odbiorÄ od niego przewodniki, które tam zostawiĹem i we wtorek rano pojadÄ z Ammanu przez Damaszek do Palmiry w Syrii.
Pozdrawiam, Darek
Sobota, 06.06.2009
Mój iraĹski numer telefonu to +98 937 934 8351. MoĹźna do mnie dzwoniÄ i wysyĹaÄ smsy, ale juĹź sprawdziĹem, Ĺźe nie dochodzÄ do mnie smsy wysyĹane z numerów ery. Nie moĹźna do mnie teĹź zadzwoniÄ z tej sieci. Z numerów orange moĹźna pisaÄ smsy, one dochodzÄ , ale nie wiem jak z rozmowami. Nie wiem teĹź jak jest z sieciÄ plus gsm. Jestem juĹź w Tabriz, najwiÄkszym mieĹcie w pn.-zach. Iranie.
W piÄ tek rano wyjechaĹem z Yuksekova w kierunku Esendere (przejĹcie graniczne). Znów miaĹem szczÄĹcie, bo na drodze, na której byĹ znikomy ruch zatrzymaĹ mi siÄ pierwszy samochód jaki mnie minÄ Ĺ. ByĹ to jakiĹ maĹy, stary renault a w Ĺrodku siedziaĹo juĹź... 6 osób (dwie z przodu i cztery z tylu). UsiadĹem wiec jako druga osoba na siedzeniu pasaĹźera z przodu i ruszyliĹmy. Na szczÄĹcie 3 osoby wysiadaĹy po 10km, wiÄc zrobiĹo siÄ luĹşniej :) Po dotarciu na granice, udaĹo mi siÄ przejĹÄ tureckÄ i iraĹskÄ kontrolÄ paszportowÄ w okoĹo 15 minut, co byĹo dla mnie duĹźym zaskoczeniem. SpodziewaĹem siÄ o wiele dĹuĹźszego czasu oczekiwania. ZostaĹo mi sporo lir tureckich, ale na granicy nie byĹo ani jednego kantora. Na szczÄĹcie znalazĹ siÄ bardzo pomocny IraĹczyk znajÄ cy kilka slow po angielsku. On poszukaĹ jakiegoĹ czĹowieka, który wymieniĹ mi liry na iraĹskie riale po doĹÄ niezĹym kursie. JeĹli chodzi o walutÄ, to w Iranie obowiÄ zujÄ riale (1 USD = 9700 riali), ale wiÄkszoĹÄ ludzi uĹźywa wciÄ Ĺź nazwy starej waluty (toman). 1 toman = 10 riali. Tak wiÄc w knajpie, sklepie czy hotelu mówiÄ do mnie np: 1000 tomanów, a w rzeczywistoĹci trzeba wtedy zapĹaciÄ 10.000 riali. Dla turysty z Europy jest to poczÄ tkowo doĹÄ zagmatwana sytuacja, ale po pewnym czasie moĹźna siÄ przyzwyczaiÄ. Trzeba tylko szybko przeliczaÄ kwoty w gĹowie. Wydaje mi siÄ, Ĺźe juĹź jestem na etapie rozumienia ich sposobu podawania cen. Z przejĹcia granicznego zĹapaĹem taxi do Orumiyeh, pierwszego wiÄkszego miasta za granica (50km). Dystans ten pokonaĹem najpopularniejszym autem w Iranie (miejscowej produkcji) marki Paycan.
W Iranie jest juĹź caĹkiem inna kultura niĹź w Syrii, Libanie czy Jordanii. IraĹczycy mówiÄ w jÄzyku farsi (zbliĹźony do perskiego), ale uĹźywajÄ alfabetu bardzo podobnego do arabskiego. WszÄdzie po drodze wiszÄ wielkie portrety Chomeiniego oraz prezydenta Iranu. PeĹno teĹź innych bilbordów o tematyce politycznej, gdyĹź w najbliĹźszy piÄ tek w Iranie bÄdÄ wybory prezydenckie. PiÄ tek to zresztÄ ĹwiÄty dzieĹ islamu i wĹaĹnie w ten dzieĹ wjechaĹem do Iranu. WiÄkszoĹÄ sklepów i wszystkie instytucje sÄ wtedy zamkniÄte, ruch samochodowy jest mniejszy, a ludzie wypoczywajÄ na kocach w parkach i na skwerach urzÄ dzajÄ c sobie pikniki. W piÄ tek miaĹem teĹź problemy z kupieniem iraĹskiej karty sim, ale znalazĹ siÄ bardzo miĹy czĹowiek, który pomógĹ mi w tym. Karta kosztowaĹa 7 USD, a doĹadowanie 2 USD. Najpierw trzeba byĹo pójĹÄ do maĹego kiosku i kupiÄ sama kartÄ. PóĹşniej poszliĹmy do miejsca, które przypominaĹo centrum telekomunikacji, urzÄ dzone w wÄ skim przejĹciu miÄdzy innymi sklepami. Tam trzeba byĹo zarejestrowaÄ kartÄ. StaĹo tam wiele telefonów na kartÄ, fax i wielkie biurko, za którym siedziaĹa mĹoda kobieta w chuĹcie na gĹowie. SpisaĹa ona moje wszystkie dane z paszportu (wraz z xero paszportu i wizy), adres, imiona rodziców, wyksztaĹcenie i cel podróĹźy. Jak widaÄ wszystko musi byÄ pod ĹcisĹÄ kontrolÄ . PowiedziaĹa, ze rejestracja karty powinna zajÄ Ä kilka godzin i ze karta bÄdzie aktywna wieczorem lub najpóĹşniej dziĹ rano - inshallah (jeĹli Allah pozwoli). Z Orumiyeh udaĹem siÄ autobusem do Tabrizu. Pokonanie dystansu 140km kosztowaĹo 1,5 USD. Autobus przez ok 30 km jedzie wÄ skÄ groblÄ usypanÄ na Jeziorze Orumiyeh w jego najwÄĹźszym miejscu (wczeĹniej kursowaĹ tu prom). DziÄki tej grobli, podróĹź skraca siÄ o prawie poĹowÄ.
Po dotarciu do Tabriz, doĹÄ dĹugo szukaĹem hotelu, bo byĹ on sprytnie ukryty miedzy ciasnymi uliczkami. W koĹcu siÄ udaĹo. W Iranie widoczne sÄ wielkie róĹźnice kulturowe oraz to, ze kobiety sÄ zupeĹnie inaczej traktowane niĹź w Europie. MuszÄ one byÄ zakryte od stop do gĹów, nosiÄ szerokie czarne narzuty na ciele (aby nie byĹo widaÄ ich ksztaĹtów) i wielokrotnie czarne cienkie rÄkawiczki. Starsze kobiety zakrywajÄ teĹź prawie caĹÄ twarz. WnÄtrze autobusów komunikacji miejskiej jest podzielone na 2 czÄĹci, przód jest zarezerwowany tylko dla mÄĹźczyzn, a z tyĹu siedzÄ same kobiety. Nie ma moĹźliwoĹci zamiany... Przed wjazdem do Iranu wiele sĹyszaĹem na temat wielkiej goĹcinnoĹci IraĹczyków i ich serc, które sÄ szeroko otwarte na turystów z Europy. Jak na razie potwierdza siÄ to w 100%. IdÄ c ulicÄ co chwilÄ mnie ktoĹ zaczepia, uĹmiecha siÄ do mnie (dziewczyny w chustach teĹź), pyta skÄ d jestem, jak mi siÄ podoba Iran itp. Bardzo duĹźo ludzi chce zamieniÄ ze mnÄ choÄby dwa sĹowa, lub po prostu podaÄ mi dĹoĹ i przywitaÄ siÄ ze mnÄ . Okazuje siÄ, ze mam duĹźÄ przewagÄ nad innymi turystami, ze wzglÄdu na moje imiÄ. Jak wiadomo Dariusz to imiÄ perskie. Gdy pytajÄ mnie jak mam na imiÄ, a ja mowie Ĺźe Dariusz, ich oczy robiÄ siÄ okrÄ gĹe jak guziki ze zdziwienia, a na ich twarzach pojawia siÄ szeroki, przyjazny uĹmiech. SÄ bardzo pozytywnie zaskoczeni i nie mogÄ wyjĹÄ z podziwu jak cudzoziemiec z dalekiej Europy moĹźe nosiÄ perskie imiÄ. Wiele osób proponuje mi wspólne wypicie herbaty, by móc nieco dĹuĹźej ze mnÄ porozmawiaÄ.
Ogólnie spotykam siÄ tu z ogromnÄ goĹcinnoĹciÄ i serdecznoĹciÄ na kaĹźdym kroku. DziĹ rano pojechaĹem na dworzec autobusowy, by kupiÄ bilet do Teheranu. Mam autobus o 22:00 i bÄdÄ jechaĹ luksusowym klimatyzowanym autokarem przez ok 10 h pokonujÄ c ok 600 km drogi za kwotÄ 7 USD. Gdy pan kasjer dowiedziaĹ siÄ jak mam na imiÄ, od razu zaparzyĹ herbatÄ i pogadaliĹmy chwilÄ. W Iranie jest mnóstwo banków i bankomatów, jednak ze wzglÄdu na embargo i blokadÄ miÄdzynarodowych systemów bankowych, europejskie karty kredytowe i debetowe sÄ tu caĹkowicie bezuĹźyteczne. Nie ma teĹź moĹźliwoĹci wymienienia czeków podróĹźnych. W grÄ wchodzi tylko czysta gotówka. Króluje dolar, mniejszym powodzeniem cieszy siÄ euro, jeszcze rzadziej funt. PoszedĹem wiÄc wymieniÄ 100 USD do banku. Bardzo miĹa Pani w chuĹcie mówiÄ ca dobrze po angielsku powiedziaĹa, ze musi najpierw zadzwoniÄ do centrali, aby sprawdziÄ dzisiejszy kurs. Potem wziÄĹa mój paszport, skserowaĹa stronÄ z danymi oraz wizÄ, wypeĹniĹa kilka formularzy w róĹźnych kolorach, które musiaĹem podpisaÄ. SpisaĹa serie i nr banknotu 100-dolarowego i po ok 20 min zaĹatwiania tych wszystkich formalnoĹci, mogĹem otrzymaÄ gotówkÄ. Wszystko odbywaĹo siÄ w przemiĹej atmosferze, bo Pani spytaĹa mnie jak mam na imiÄ.... :) Abym siÄ nie nudziĹ, podano mi oczywiĹcie herbatÄ, cukier i jakieĹ ciasteczka. Gdyby polskie banki tak traktowaĹy swych klientów, byĹoby Ĺwietnie. PostanowiĹem siÄ nastÄpnie poszwÄdaÄ po mieĹcie. Nie ma tu wiele ciekawych rzeczy w porównaniu z innymi miastami w Iranie. OdwiedziĹem BĹÄkitny Meczet, bĹÄkitny jedynie z nazwy, gdyĹź zbudowany jest z cegieĹ. Jedynie na fasadzie sÄ pozostaĹoĹci bĹÄkitnych kaligrafii i islamskich ornamentów. PodszedĹem teĹź pod Wielki Meczet, ale akurat byĹ czas modĹów wiÄc nie wchodziĹem do Ĺrodka. NastÄpnie udaĹem siÄ na kryty bazar, gdzie znajduje siÄ kilkaset róĹźnych budek i sklepików. SprzedajÄ tam gĹównie artykuĹy spoĹźywcze, egzotyczne przyprawy, zioĹa, biĹźuterie i perskie dywany. Od razu zaczepiĹ mnie jakiĹ facet chcÄ cy mnie poznaÄ i oprowadziĹ mnie po labiryncie bazarowych uliczek. ByĹ przemiĹy, niestety wszystkie zÄby miaĹ spróchniaĹe...
NastÄpnie z czystej ciekawoĹci poszedĹem do informacji turystycznej. WszedĹem na 1 piÄtro aĹźurowego budynku. Na drzwiach wisiaĹo wiele naklejek róĹźnych biur podróĹźy z Europy i Ameryk. ByĹa teĹź naklejka WisĹy Kraków (!!!) i poznaĹskiego biura podróĹźy organizujÄ cego wyprawy trampingowe... WyszedĹ do mnie jakiĹ pan i ĹamanÄ polszczyznÄ spytaĹ mnie czy jestem z Polski. Tak - odpowiedziaĹem. A on wtedy do mnie "mordo Ty moja, wymiatam zajebiĹcie po polsku". To byĹ Nasser Khan. ZnaĹ teĹź wiele innych polskich zwrotów jak: "chrzÄ szcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie", "byĹem luzak, ogier i podrywacz", "w mordÄ jeĹźa".... ZnaĹ teĹź kilka polskich przekleĹstw w tym te najbardziej popularne :) OkazaĹo siÄ, Ĺźe kiedyĹ miaĹ jakÄ Ĺ bliskÄ przyjacióĹkÄ ze Szczecina i zna wielu Polaków. DziÄki temu zna teĹź trochÄ jÄzyk polski. OczywiĹcie wypiliĹmy herbatÄ i obejrzeliĹmy fragment drugiej poĹowy meczu Korea - Iran (0:0) w kwalifikacjach do mistrzostw Ĺwiata. DaĹ mi swój adres email. WpadnÄ do niego jeszcze na herbatkÄ wieczorem przed wyjazdem do Teheranu. Jutro rano melduje siÄ w stolicy i od razu lecÄ zlokalizowaÄ ambasady: uzbeckÄ i turkmeĹskÄ , Ĺźeby póĹşniej po niedzieli nie szukaÄ ich nerwowo, tylko iĹÄ jak w dym. Ciekawe jak mi pójdzie zaĹatwianie wizy uzbeckiej i turkmeĹskiej. Jak na razie to dla mnie wielka niewiadoma, wiÄc trzymajcie kciuki, aby siÄ powiodĹo i nie zajÄĹo zbyt wiele czasu.
Wtorek, 09.06.2009
W sobotÄ wieczorem wyjechaĹem z Tabrizu w kierunku Teheranu. JuĹź sam dworzec autobusowy w Tabrizie zrobiĹ na mnie bardzo pozytywne wraĹźenie: czysto, porzÄ dek, miĹa, pomocna obsĹuga i duĹźo wygodnych autobusów. Jednym z nich przyszĹo mi jechaÄ nocÄ do Teheranu. Wygodny autokar z klimatyzacja, wygodnymi, szerokimi, rozkĹadanymi fotelami i mnóstwem miejsca na nogi. Po rozĹoĹźeniu fotela moĹźna byĹo prawie przyjÄ Ä pozycje leĹźÄ cÄ . MaĹo tego, na pokĹadzie serwowano wodÄ i jakieĹ drobne przekÄ ski w cenie biletu. A bilet za odcinek 600 km kosztowaĹ.... 7 USD.
Po dotarciu do Teheranu spotkaĹem siÄ z Arashem, pilotem wycieczek i dziennikarzem, u którego zatrzymaĹem siÄ na 3 noce. Bardzo miĹy i ogromnie pomocny czĹowiek. ZostawiĹem rzeczy u niego i poszedĹem w niedzielÄ w poĹudnie na rekonesans. ChciaĹem jak najszybciej zlokalizowaÄ ambasadÄ uzbecka i turkmeĹskÄ . W Teheranie mieszka okoĹo 14 mln ludzi, ruch samochodowy jest ogromny (zwykĹy europejczyk nie jest sobie tego w stanie wyobraziÄ) i miasto to uchodzi za jedno z najbardziej zakorkowanych na Ĺwiecie. Cale szczÄĹcie sÄ 3 linie metra i wiele nastÄpnych jest w zaawansowanym stadium budowy. Dotarcie w rejon ambasad zajÄĹo mi prawie 2 h. Kolejne 2 h zajÄĹo mi zlokalizowanie tychĹźe ambasad. UwaĹźam to za mój maĹy sukces, bo ambasady te sÄ "ukryte" w bardzo ciekawy sposób pomiÄdzy innymi wysokimi budynkami. OkazaĹo siÄ teĹź, Ĺźe uzbecka sekcja konsularna jest oddalona ok 1km od ambasady uzbeckiej i "ukryta" w niesamowity sposób w Ĺlepym zauĹku :) Po intensywnej niedzieli nadszedĹ równie intensywny poniedziaĹek. Moje zaproszenie do Uzbekistanu miaĹo byÄ gotowe na piÄ tek, ale z niewiadomych przyczyn procesu wydawania zaproszenia nieco siÄ wydĹuĹźyĹy w ministerstwie w Taszkiencie. Z tego powodu od rana w poniedziaĹek czekaĹem nerwowo na wieĹci z Taszkientu. Wreszcie moja znajoma Ola, która zaĹatwiaĹa mi zaproszenie, zadzwoniĹa do mnie z dobrÄ informacjÄ : zaproszenie jest gotowe i za ok 2h zostanie wysĹane do ambasady. ByĹo juĹź jednak na tyle póĹşno, Ĺźe nie zdÄ ĹźyĹbym tam dojechaÄ przed zamkniÄciem sekcji konsularnej. PochodziĹem wiÄc trochÄ po mieĹcie, które poza korkami jest jednym wielkim molochem i niewiele ciekawych rzeczy moĹźna tu zobaczyÄ.
OdwiedziĹem miejsce, gdzie do lat '70 znajdowaĹa siÄ ambasada USA. Jednak okoĹo 40 lat temu Amerykanie zostali stad wprost wypÄdzeni. W miejscu tym ma teraz siedzibÄ jakaĹ fundamentalistyczna partia polityczna. Na murach sÄ pozostaĹoĹci godĹa USA, pomazanego farbÄ i wiele antyamerykaĹskich haseĹ po angielsku, nawoĹujÄ cych do zniszczenia obraĹźajÄ cych USA. Prawie wszystkie hasĹa to cytaty Imama Chomeiniego - byĹego duchowego przywódcy Iranu. Niektóre z haseĹ: "USA jest zbyt sĹabe, by moc cokolwiek zrobiÄ"; "Wiedzcie, Ĺźe USA jest najbardziej znienawidzonym paĹstwem wĹród wszystkich na Ĺwiecie"; "Down with the USA!", pĹonÄ ce flagi USA i Izraela; statua wolnoĹci, która zamiast gĹowy ma czaszkÄ koĹciotrupa.... itp... Powiem szczerze, Ĺźe robi to niesamowite wraĹźenie. PóĹşniej poszedĹem jeszcze na gĹówny plac Teheranu, noszÄ cy oczywiĹcie imiÄ Imama Chomeiniego. Jestem w kolejnym muzuĹmaĹskim kraju, w którym mam okazjÄ byÄ Ĺwiadkiem kampanii wyborczej. W najbliĹźszy piÄ tek 12.06 naród iraĹski wybierze swojego nowego prezydenta. Na ulicy juĹź teraz widaÄ bardzo intensywnÄ kampaniÄ. Mnóstwo ludzi maszeruje z flagami Iranu i podobiznami kandydatów, auta sÄ oblepione ulotkami wyborczymi i zdjÄciami kandydatów, a na gĹównych placach i rondach odbywajÄ siÄ wiece i demonstracje wyborcze, które doprowadzajÄ do jeszcze wiÄkszych korków. Wczoraj byĹem Ĺwiadkiem takiej demonstracji: tĹum ludzi wrzeszczÄ cy na rondzie, wymachujÄ cy flagami i trzymajÄ cy w górze zdjÄcia jednego z kandydatów.
DziĹ wstaĹem o 5:30, gdyĹź chciaĹem byÄ jak najwczeĹniej przy sekcji konsularnej Uzbekistanu. PodróĹź w tamtÄ stronÄ zajÄĹa mi 2 h: taxi, metro, jeszcze jedno metro, potem autobus i jeszcze jakieĹ 2 km na piechotÄ. Ufff :) ByĹem tam 1 h przed otwarciem i bylem pierwszy w kolejce. O to mi chodziĹo. Okienko otwarĹo siÄ o czasie i cala procedura otrzymania wizy zajÄĹa 15-20 min. ByĹem bardzo mile zaskoczony, a moja kieszeĹ zeszczuplaĹa o 93 USD. Bardzo miĹa Pani zrobiĹa mi tez ksero wizy uzbeckiej (potrzebne do ubiegania siÄ o wizÄ tranzytowÄ turkmeĹskÄ ) i stamtÄ d prawie pobiegĹem do ambasady Turkmenistanu. Tam juĹź mówili tylko po rosyjsku, ale jakoĹ udaĹo mi siÄ dogadaÄ z moim kulawym rosyjskim :) Pan wziÄ Ĺ ode mnie tylko ksero paszportu, ksero wizy uzbeckiej i powiedziaĹ, ze jeĹli odpowiedz z Aszhabatu bÄdzie pozytywna, to 5-dniowa wiza tranzytowa bÄdzie gotowa za 10-14 dni. BÄdÄ jÄ mógĹ odebraÄ w Mashhadzie, duĹźym mieĹcie na pn.-wsch. Iranu, nieopodal granicy z Turkmenistanem. Tak teĹź zrobiÄ. DziĹ idÄ jeszcze poĹaziÄ po centrum (PaĹac Golestan, bazar, meczet Imama Chomeiniego) i zamierzam odpoczÄ Ä po tym wizowym maratonie. Jutro natomiast byÄ moĹźe pojedziemy z Arashem i jego znajomymi na okoĹo 3 dni na pn.-wsch. Iranu: nad Morze Kaspijskie, w góry i pod granice z Turkmenistanem.
Pozdrawiam serdecznie, Darek
Zobacz nasze propozycje
-
-
książka
-
ebook
(41,40 zł najniższa cena z 30 dni)
42.78 zł
69.00 zł (-38%) -
-
-
książka
-
ebook
(7,90 zł najniższa cena z 30 dni)
7.90 zł
26.90 zł (-71%) -
-
-
ebook
(2,00 zł najniższa cena z 30 dni)
2.07 zł
3.99 zł (-48%) -
-
-
ebook
(2,00 zł najniższa cena z 30 dni)
2.07 zł
3.99 zł (-48%) -
-
-
ebook
(2,00 zł najniższa cena z 30 dni)
2.07 zł
3.99 zł (-48%) -
-
-
książka
-
ebook
(6,90 zł najniższa cena z 30 dni)
6.90 zł
26.90 zł (-74%) -
-
-
książka
-
ebook
(16,14 zł najniższa cena z 30 dni)
16.68 zł
26.90 zł (-38%) -
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
(8,90 zł najniższa cena z 30 dni)
8.90 zł
26.90 zł (-67%) -
-
-
książka
-
ebook
(23,94 zł najniższa cena z 30 dni)
24.74 zł
39.90 zł (-38%) -
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
