Trasa w Mapy Google Na przełomie czerwca i lipca 2008 roku, przez 20 dni przejechaliśmy naszym VW Touranem ponad 8 000 km odbywając podróĹź Ĺźycia i spełniając moje (mam nadzieję, Ĺźe nie tylko moje)
Trasa w Mapy Google

Na przełomie czerwca i lipca 2008 roku, przez 20 dni przejechaliśmy naszym VW Touranem ponad 8 000 km odbywając podróĹź Ĺźycia i spełniając moje (mam nadzieję, Ĺźe nie tylko moje) marzenia. Norwegia, jako cel podróĹźy była marzeniem od wielu lat. Fascynacja tym, Ĺźe dzień moĹźe trwać 24 godziny, a morze wdziera się kilkadziesiąt kilometrów w głąb skalistego lądu, była we mnie od czasu lekcji geografii w szkole podstawowej. Lecz sam pomysł by zrealizować w tym roku te marzenia powstał dość niespodziewanie. Gdy pod koniec starego (2007) roku rozmawialiśmy z Ĺźoną o wakacyjnych letnich planach, wpadłem na pomysł, Ĺźeby połączyć coroczną chęć wyjazdu w lipcu nad morze, z zainicjowanymi w zeszłym roku dalszymi wyprawami poza granice Polski. Wypowiedziałem magiczne słowo „Norwegia”. Od razu nie zadziałało, ale i sam musiałem się przygotować do prezentacji tego pomysłu. Miesiąc intensywnego surfowania po Internecie i były efekty. JuĹź w styczniu wyprawa sprecyzowała się na tyle, Ĺźe alternatywny pomysł jazdy przez całą Europę do Portugalii (teĹź nad morze) odłoĹźony został na czas przyszły.

     ZałoĹźenia zrobiłem następujące:

- jedziemy przez Szwecję za koło polarne, (marzenie przeĹźycia całodobowego dnia i słońca świecącego o północy), moĹźe nawet do Narviku (patriotyzm wskazywał taki cel)

- w drodze na południe staramy się zobaczyć jak najwięcej tzn. fiordy, miasta, lodowiec i góry

- mamy na to około dwóch tygodni pomiędzy 5 a 17 lipca,

- jedziemy jeden dzień, dwa noclegi w jednym miejscu dla lepszego poznania ciekawszych miejsc.

     Ĺťona od razu zweryfikowała, Ĺźe chciałaby posiedzieć w jakimś miejscu trochę dłuĹźej oraz dodała niechęć do płynięcia promem. Gdy okazało się, Ĺźe aby nie płynąć promem, jedziemy przez Danię, córka dodała marzenie odwiedzenia Legolandu. A pobyt w jednym miejscu sprowokował do szukania domku do wynajęcia w takim miejscu Norwegii, które samo przez się będzie ciekawe, a do innych atrakcji teĹź nie będzie zbyt daleko.

    Dość szybko znalazłem ciekawe i przydatne linki w Internecie.

Norwegia - Portal miłośników Norwegii: http://www.norwegofil.pl/

Norwegia: domy i apartamenty wakacyjne: http://www.novasol.pl/ (domki zresztą nie tylko w Norwegii)

Norwegia - oficjalna strona w Polsce: http://www.amb-norwegia.pl/

     Stron i portali w Internecie oczywiście było duĹźo więcej, ale od tych zacząłem. Wymarzony domek w niespodziewanie atrakcyjnym miejscu dla 3-4 osobowej rodziny wybraliśmy z długiego katalogu „Novasol’u”. PołoĹźenie nad odnogą najdłuĹźszego fiordu w Norwegii, jakim jest Sognefjord, w maleńkiej miejscowości Gudvangen wydawało się być optymalne. Do Bergen, do lodowca, w góry i przede wszystkim do widokowych tras turystycznych „rzut beretem” – nie więcej niĹź po 150-200 km, co przy norweskich odległościach to tyle, co nic. Cena teĹź nie byłą jak na norweskie standardy wygórowana (za tydzień pobytu około 3000 zł). Domek w pełni wyposaĹźony i zupełnie wystarczający dla trzech osób – skromne 110 m2 na dwóch poziomach . W ten sposób juĹź w lutym zakotwiczyliśmy naszą wyprawę (wpłacona pierwsza zaliczka) w czasie i przestrzeni. W czasie teĹź, bo w pierwotnym planie mieliśmy wyjeĹźdĹźać na początku lipca, a dostępność domku od 5 do 12 lipca wymuszała przesunięcie o tydzień. Szybko zweryfikowałem teĹź pierwotny cel na północy. Do Narwiku trzeba by dołoĹźyć jeszcze jeden dzień, a patriotyczne atrakcje nie były w stanie przekonać reszty członków wyprawy. Wyszedł więc tylko (albo aĹź – bo narzekać nie ma co) nocleg za kołem polarnym. TakĹźe początkowy pomysł na podróĹź, jeden dzień jazdy – dwie noce w jednym miejscu, nie potwierdził swojej wartości. Przy wygodnym samochodzie załoĹźyłem, Ĺźe mogę codziennie kierować (jestem jak wiadomo jedynym kierowcą w rodzinie) od 6 do 10 godzin, a i tak zostanie 4 do 8 godzin na codzienne oglądanie ciekawszych miejsc. Noclegi miały być w miejscach, które zapewniały czystą pościel i własną łazienkę. Kierując się takim załoĹźeniem całkiem szybko doszedłem do wniosku, Ĺźe muszą to być tanie hotele lub motele, najlepiej jakiejś sieci. Kolejne przeszukane strony, porównane ceny i warunki, upusty i pokoje. Serwisy planujące trasy i przejazdy (głównie ViaMichelin i Google Maps) optymalizowały czas jazdy. Po zaznaczeniu stałych punktów trasy: Warszawa, Legoland, koło polarne i Gudvangen, to raczej liczba planowanych kilometrów i rzeczywistego czasu jazdy miały największy wpływ na miejsca noclegów. W pierwszym odruchu Ĺźałowałem czasu na noclegi w Polsce lub w Niemczech, ale w miarę szybko rodzina i przyjaciele przekonali mnie, Ĺźe nie warto gonić pierwszego i ostatniego dnia po 1 000 km. Wypadło, Ĺźe dodamy kilka dni na początku i jeszcze jeden na powrocie, a trasy staną się spokojne do pokonania przez jednego kierowcę (ok. 600 km). Taki wybór skłonił nas do noclegu w okolicach Berlina, a co za tym poszło natychmiast planu odwiedzenia i tego miasta oraz Poczdamu z pięknym parkiem Sanssouci. Kolejny nocleg wypadł w okolicach Odense w Danii – dobre miejsce wypadowe do Legolandu, a bardziej na dalszej trasie w kierunku Szwecji. Następny nocleg z perspektywą zwiedzania Sztokholmu. Następne dwa juĹź tylko ograniczone zmęczeniem kierowcy i ewentualnym podziwianiem krajobrazów drogi wzdłuĹź wybrzeĹźa Bałtyku. I w ten sposób siódmego dnia mieliśmy dotrzeć za koło polarne. Przekroczyć w Szwecji i zanocować w Norwegii, tak, Ĺźeby moĹźna było podziwiać słońce o północy. I od tego miejsca mieliśmy jechać juĹź na południe. Tak, Ĺźeby zobaczyć po drodze Trondheim i wg przewodników najpiękniejszy fiord w Norwegii tzn. Geirangerfjord. Bez dwóch noclegów nie było to moĹźliwe. Czyli po dziesięciu dniach jazdy i 5 000 km mieliśmy znaleźć się nad Nærøyfjordem (odnogą Sognefjordu) w małym domku na zboczu obok Gudvangen. Tu planowaliśmy spędzić tydzień robiąc krótsze wycieczki m.in. do Bergen, stateczkiem po fiordach i na lodowiec Jostedalbreen. Stąd juĹź tylko do domu. No moĹźe nie tylko, bo po drodze Oslo i Kopenhaga, z noclegami w ich okolicach. Krótki rejs promem (jednak, ale to tylko 1,5 godziny) z Gedser w Danii do Rostocku i przelotowy nocleg juĹź za granicą Polski miały dopełnić całej trasy.

Po zamknięciu listy noclegów (19 nocy, z tego 7 w Gudvangen) pozostało jeszcze tylko zaplanować resztę. To znaczy szczegółowy plan jazdy, potencjalne wydatki na wyĹźywienie, benzynę, bilety wstępu, płatne przejazdy lub transport promowy w sensie technicznym oraz co najciekawsze i najbarwniejsze – plan tego co mieliśmy zobaczyć po drodze. I to wszystko tak szczegółowo, Ĺźeby w trakcie podróĹźy nie musieć juĹź się nad niczym zastanawiać, a tylko chłonąć krajobrazy, przeĹźywać wraĹźenia i sycić oczy pięknem przyrody oraz ludzkiej zaradności i estetyki. Wydawać by się mogło, Ĺźe pięć miesięcy na takie plany to w zupełności wystarczająco, ale wymagało to intensywnego studiowania papierowych przewodników, relacji z wypraw innych, którym się juĹź udało i surfowania po dosłownie setkach stron internetowych. Gdzie dopiero połączona ze wszystkich Ĺşródeł wiedza i zbiorowa świadomość dała efekt w postaci segregatora pełnego szczegółowych informacji. Gdy po tym czasie przygotowań, ruszaliśmy zapakowanym w pełni samochodem w drogę, Ĺźartowałem sobie, Ĺźe po co jechać skoro juĹź wszystko, co mamy zobaczyć widziałem na tysiącach zdjęć w Internecie i czytałem na setkach stron w przewodnikach. Ale… oczywiście ruszyliśmy. Ruszyliśmy w składzie: ja (Piotr, 46 lat), Ĺźona (Małgosia, … lat) i córka (Ania, 15 lat) na pokładzie VW Touran ( towarzystwie bardzo waĹźnego GPS . Do dokumentowania podróĹźy i uwieczniania wraĹźeń przygotowaliśmy trzy aparaty fotograficzne i kamerę filmową . Muszę do tego dodać, Ĺźe jednym z podstawowych problemów logistycznych rozwiązanych we wspaniały sposób przez Małgosię, było takie spakowanie potrzebnych rzeczy i bagaĹźu, Ĺźeby nie trzeba było wyjmować wszystkiego z samochodu na kaĹźdym noclegu. W czasie dojazdu do koła polarnego wyjmowaliśmy tylko dwie walizki i jedną torbę (to raptem 2/5 całości bagaĹźu), a reszta rzeczy wyszła z samochodu dopiero w Gudvangen.

Dzień 1 - 26 czerwca 2008 (czwartek) Warszawa – Berlin (612 km)

Trasa w Mapy Google

     Pobudka rano skoro świt (jak dla nas) ok. 4:30, bo w planie wyjazd o 6:00. Wyjątkowo udało się i juĹź ok. 8:30 znaleĹşliśmy się na autostradzie w Strykowie. Nie będę opisywał drogi w Polsce, bo to znamy z autopsji i po prostu nie warto. Po drodze tylko dotankowaliśmy benzynę (4,63 zł/l). Granica w Świecku pozostała za nami właściwie niezauwaĹźona i wreszcie autostrada do Berlina. Krótkie wahania na obwodnicy Berlina, ale posłuchaliśmy się „pani” w GPS-ie i ok. 15:00 meldowaliśmy się w hoteliku Hotel-Pension Marielle (http://www.pension-marielle.de/, Streustr. 123 13086 Berlin). Dlaczego tu: cena + moĹźliwość dostawki w pokoju dwuosobowym + miejsce do parkowania + poza terenem strefy ekologicznej Berlina + jak najbliĹźej do centrum komunikacją miejską. Hotelik idealny do weekendowego pobytu w Berlinie, a cena za nocleg ze śniadaniem (30 EUR od osoby) wydaje się niewygórowana. Po wypakowaniu przemyślnie zapakowanych walizek i krótkim odświeĹźeniu się, ruszyliśmy zwiedzać Berlin. Oboje z Małgosią widzieliśmy juĹź Berlin wcześniej, ale było to jeszcze w czasach poprzedniego ustroju, więc to zupełnie co innego. Krótkie poszukiwania kasy, Ĺźeby kupić Kleingruppenkarte AB (bilet całodniowy dla małej grupy za 15,90 EUR) zostały uwieńczone sukcesem w postaci automatu wyświetlającego informacje takĹźe po polsku. Zaskoczenie pełne, ale widać rynkowe uwarunkowania i niemiecki porządek.

     W ten sposób ok. 16:30 znaleĹşliśmy się na Alexanderplatz i zaczęliśmy „przelot” przez ciekawsze miejsca Berlina. Fernsehturm (wieĹźa telewizyjna) nie zawiodła oczekiwań na wspaniałą panoramę, a słoneczna pogoda pozwoliła zobaczyć z wysokości naprawdę cały Berlin. Spacer koło najciekawszych miejsc blisko centrum tzn. Museumsinsel (Wyspa Muzeów ze słynnym Pergamonmuseum), katedry berlińskiej, nowoczesnej dzielnicy rządowej, Reichstagu (ze wspaniałą szklaną kopułą), Tiergarten, kolumny zwycięstwa, alei Unter den Linden, supernowoczesnego Centrum Sony, pomnika Holocaustu i Bramy Brandenburskiej, przygotowany na podstawie „zielonego” przewodnika „Michelin” dał nam obraz współczesnego (juĹź właściwie niepodzielonego) Berlina. Niestety nie zmienia to faktu, Ĺźe charakter tego miasta nie jest tym, co my lubimy najbardziej. Pompatyczność kultury pruskich, nazistowskich i komunistycznych Niemiec nie wytrzymuje próby czasu, a to, co podobało się nam najbardziej, to nowoczesne elementy architektury, które (mam nadzieję) wytrzymają równie długo, co ich starsi sąsiedzi. Nie udało nam się wykonać planowanego przejścia przez otwartą Bramę Brandenburską. Trwały właśnie Mistrzostwa Europy w piłce noĹźnej i berlińczycy mogli wspólnie oglądać wyczyny swojej (i nie tylko) druĹźyny na ogromnych telebimach ustawionych w Tiergarten właśnie na tle tej słynnej bramy. Ĺťeby się tam dostać, trzeba by było przejść przez drobiazgowe kontrole słuĹźb porządkowych. Atmosfera wielkiego pikniku (tego dnia miał być mecz półfinałowy Hiszpania-Rosja) była fascynująca, ale plany następnego dnia skłoniły nas do ominięcia wielotysięcznego tłumu. Piesza wędrówka przez centrum Berlina została udokumentowana przez nas na filmie (Piotr) i kilkuset zdjęciach (Małgosia i Ania). Nasze wspólne rodzinne hobby znalazło znakomitą poĹźywkę juĹź od samego początku wyprawy.

    Wieczorem, podsumowując dzień skomentowaliśmy jeszcze jeden fakt, zresztą powtarzalny. Restauracja McDonald’s, uwaĹźana jeszcze w Polsce, jako miejsce do zjedzenia czegoś prostego, ale mimo wszystko smacznego w czystym i powtarzalnym lokalu, w krajach zachodniej Europy jest raczej podrzędnym barem, gdzie jedzą raczej mniej zamoĹźni bądĹş zabłąkani turyści, a co do czystości i smaku moĹźna mieć duĹźo zastrzeĹźeń.

     Z przewidywanych wydatków zamieniliśmy kolację na wjazd na wieżę telewizyjną, a poza tym budĹźet pozostał niezmieniony.

 


Dzień 2 - 27 czerwca 2008 (piątek) Berlin – Poczdam - Odense (621 km)

Trasa w Mapy Google

     Skromne śniadanie w hotelowym barze, kilka minut stresu przy wyjeĹşdzie przez wąską bramę (dopiero złoĹźenie lusterek wyzwoliło nasz samochód z parkingu na podwórzu) i wreszcie poranne słońce pozwoliło nam na ciekawszy wariant trasy. ObjeĹźdĹźając rozkopany Berlin zboczyliśmy do Poczdamu. Park i pałac Sanssouci sprawiają wraĹźenie jakby nie z tego świata. Po ciężkim i sztywnym Berlinie okazało się, Ĺźe Niemcy potrafią takĹźe zrobić coś finezyjnego i uroczego. Jako miejsce do odpoczynku po trudach cesarskiego rządzenia Fryderyk II Wielki nie mógł wybrać lepiej. Mały pałacyk, połoĹźony na wzgórzu, widok na parkowe alejki, kilka altan dają niezaprzeczalne wraĹźenie spokoju i rokokowego wyrafinowania.

Nie zwiedzaliśmy pałacu ograniczeni harmonogramem wycieczki, ale i tak przeszło dwie godziny spaceru po parku były dużą dawką piękna i zieleni. Setki zrobionych wspólnie zdjęć pokazują nie tylko pocztówkowe ujęcia zabytkowego terenu, ale takĹźe namierzone ciekawostki z Ĺźycia parku (na przykład kot bawiący się złapaną myszą, puszczający ją, a potem chwytający znowu. Koniec okazał się prozaiczny - mysz była jednak poĹźywieniem). Z pewnym niedosytem, ale i ciekawością dalszych wraĹźeń ruszyliśmy dalej.

     Autostrada wiodła nas juĹź tym razem mocno na północ, w kierunku granicy niemiecko-duńskiej. Poza próbami samochodu (czy producent nie kłamie w informacji o maksymalnej prędkości) i miejscami ulewnymi deszczami droga do Szlezwiku (najbardziej północnego regionu Niemiec) nie obfitowała we wraĹźenia. Dziewczyny grały w Scrabble (wersja turystyczna, w którą zaopatrzyli nas przewidujący kuzyni), a ja sprawdzałem niemiecki samochód na niemieckich autostradach. 200 km/h na liczniku nie wzbudziło sensacji, bo i tak inni (chociaĹź juĹź rzadziej) jechali szybciej. Zalecana ze względów ekologicznych na autostradach prędkość 130 km/h większości wydawała się za mała i Ĺźeby nie być wśród kierowców zwalniających tempo, trzeba było utrzymywać średnią w okolicach 140-150 km/h. W ten sposób po niecałych pięciu godzinach od wyjazdu z Poczdamu pokonaliśmy prawie 400 km, zjedliśmy smakowity obiad w przydroĹźnej karczmie w Schackendorf (plus benzyna po 1,58 €/l) i dotarliśmy do Kanału Kilońskiego. Uznaliśmy, Ĺźe warto ominąć Hamburg, gdyĹź piątkowe popołudnie mogło skończyć się korkiem na wyjazdowych drogach z miasta. W ten sposób ogólna średnia spadła, ale informacje radiowe potwierdziły słuszność tej tezy. Kolejna, prawie niezauwaĹźalna granica w Europie i w towarzystwie dość licznych samochodów zmniejszyliśmy prędkość do maksymalnej 130 km/h. Dania wyraĹşnie podkreśla przynaleĹźność do krajów skandynawskich i w wielu miejscach obok flagi duńskiej pojawiają się w komplecie flagi szwedzka, norweska i fińska. Po pokonaniu pięknego wiszącego mostu nad Małym Bełtem, między Jutlandią a Fionią byliśmy juĹź prawie w kolejnym miejscu nocowania: – Motel Brasilia (Middelfartvej 420; 5491 Blommenslyst - http://www.blommenslyst-kro.dk/). Tu mieliśmy zaplanowane dwa noclegi, co przypadkiem obniĹźyło nasze koszty. Okazało się bowiem, Ĺźe weekendowy pobyt jest objęty promocją i w ten sposób na dwie noce w dobrym pokoiku i śniadania w szwedzkim bufecie wydaliśmy 1350 DKK.

     Wczesna godzina (ok. 18:30), piękna pogoda i brak zmęczenia – przemyliśmy twarze z pyłu niemieckich dróg ;) i pojechaliśmy zobaczyć Odense. 10 kilometrową prostą, jak z bicza strzelił, drogą, ze słońcem w plecy dotarliśmy prawie do samego centrum i na dość luĹşnym parkingu (o tej porze juĹź bezpłatnym) zostawiliśmy samochód. Uzbrojeni w przewodnik, wziętą z motelu mapkę i oczywiście w kamerę i aparaty fotograficzne poszliśmy w nieznane uliczki. Od samego początku urzekła nas swoją atmosferą. Wąskie, czyste zaułki z małymi knajpkami, kolorowe, co najwyĹźej dwupiętrowe kamieniczki i zaskakująco mało ludzi. Celem naszego spaceru miał być dom Jana Christiana Andersena, który urodził się, mieszkał i pisał w Odense. Gdy zbliĹźaliśmy się do niego, domki zmniejszyły się do parterowych, z nisko kończącymi się dachami, oknami z wypukłych kwadratowych szybek i kolorowymi elewacjami.

Trudno się dziwić, Ĺźe w tak bajkowym miejscu powstawały takie piękne Bajki. Mijane pomniki przypominały kolejnych ich bohaterów – Calineczkę, brzydkie kaczątko, a i postać samego mistrza kilkukrotnie pojawiała się na ławkach. Chyba mieliśmy szczęście, bo turystów moĹźna było policzyć na palcach jednej dłoni (razem z nami), a miejscowi siedzieli w domkach lub małych restauracyjkach. Co jakiś jednak czas sielankową ciszę miasteczka (choć Odense tak w ogóle to duĹźe, 150 tysięczne miasto) przerywał przeraĹşliwy dĹşwięk klaskonów i krzyki kolorowych, młodych ludzi jeĹźdżących wokół na odkrytych pakach ciężarówek. Co okazało się póĹşniej, byli to tegoroczni maturzyści, którzy w ten sposób dawali upust swoim emocjom wynikających ze zdanych egzaminów. Całkiem fajny zwyczaj, podobno w całej Skandynawii. Mimo coraz póĹşniejszej godziny (ok. 22:00) słońce nie zachodziło – to jednak bardziej na zachód i bardziej na północ. Wśród kolejnych setek zdjęć znalazło się kilkanaście z fascynującej gromadki dzikich kaczek i kaczątek na stawiku obok muzeum Andersena. RównieĹź kolejnych kilkanaście z wystaw, na których królowały puste manekiny, gdzieniegdzie okryte tylko szarfami z procentową wartością obniĹźek i informacją o wyprzedaĹźach. Okazało się takĹźe, Ĺźe Dania to obok Holandii najbardziej rowerowy kraj. Dla potwierdzenia zasadności tego twierdzenia sfotografowaliśmy licznik przejeĹźdĹźających rowerzystów. Tego dnia przejechało juĹź obok niego przeszło 8 500 pojazdów na dwóch kółkach. Znowu z delikatnym niedosytem wracaliśmy do motelu, obiecując sobie, Ĺźe kolejny wieczór teĹź spędzimy na uroczych uliczkach. Następny dzień teĹź miał być ciekawy.


Dzień 3 - 28 czerwca 2008 (sobota) Odense – Billund - Odense (191 km)

Trasa w Mapy Google

     To był dzień naszej córki. Od dzieciństwa marzyła o wycieczce do parku rozrywki, takiego jak Legoland lub Disneyland. Nie udało nam się wcześniej, więc teraz, gdy prawie po drodze znalazł się ten duński, nie mogliśmy się juĹź wycofać. Bilety kupiłem przez Internet (http://www.legoland.dk/ 3 x 239 DKK) co okazało się bardzo dobrym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę zawijane kolejki do kas. To przecieĹź juĹź zaczęły się wakacje, a poza tym była sobota, w Danii teĹź wolna. Niestety zaliczyliśmy jeszcze jedną kolejkę, bo za parking nie moĹźna było zapłacić z góry przez Internet. Ale sam Legoland nas nie rozczarował.

Zrobione z klocków LEGO makiety, głównie skandynawskich atrakcji turystycznych, poruszające się statki, samochody, samoloty i pociągi, mosty zwodzone i inne elementy codziennego Ĺźycia, w otoczeniu miniaturowych drzewek, krzaczków i kwiatów robią wraĹźenie. Poza tym to jednak park rozrywki, z którego korzystają całe rodziny z mimo wszystko trochę młodszymi dziećmi. Górskie i wodne kolejki w tematycznych parkach przenoszą rozemocjonowanych dorosłych i małych pasaĹźerów w świat Dzikiego Zachodu, Piratów z Karaibów, Średniowiecznych Rycerzy i Fantastycznej Przyszłości. AĹź człowiek Ĺźałuje, Ĺźe sam nie ma tych kilkudziesięciu lat mniej albo dzieci w wieku szkoły podstawowej. Z tych atrakcji korzysta się w cenie biletu, a kolejki oceniane automatycznie liczone są w minutach (od 5 zaraz po otwarciu przez najdłuĹźsze zauwaĹźone 20 minut do bezlitosnej informacji, Ĺźe miejsc juĹź do końca dnia nie będzie). Z miejsc, które zatrzymały nas na chwilę dłuĹźej, jedno było bardziej wyjątkowe. Kilkuosobowe zespoły dorosłych i dzieci miały za zadanie zmienić się w druĹźyny straĹźackie i ugasić poĹźar w oknie swojego domku. StraĹźackimi samochodami o napędzie ręcznym (podobnym do kolejowej drezyny) musiały dojechać na miejsce „poĹźaru”, a potem przy pomocy ręcznie zasilanych pomp i sikawek wlać odpowiednią ilość wody do „palącego się” okna. ZaangaĹźowanie wszystkich członków zespołu i ogromna rywalizacja między zespołami udzielała się takĹźe widzom (takim jak my). W ramach odpoczynku przy kilku scenach moĹźna zrelaksować się oglądając przedstawienia dla dzieci i nie tylko, w których aktorzy popisują się takĹźe sprawnością fizyczną (np. skoki do wody) i prestigitatorską zręcznością. DuĹźe trawniki w głębi parku zapraszały do rodzinnego piknikowania i grillowania. Kosze piknikowe, znane nam raczej z amerykańskich filmów, są tam przedmiotem normalnym i wykorzystywanym praktycznie, a widok kilkunastoosobowej rodzinny wokół kocyka bądĹş stolika obok dymiącego grilla nie jest niczym zaskakującym. My nie byliśmy do tego przygotowani, więc zaczęliśmy przymierzać się do skorzystania z jednej z wielu restauracji lub barów na terenie. Jednak po wizycie w sklepie (LEGO-SHOP) i zjedzeniu na szybko ogromnych naleśników z czekoladą postanowiliśmy około 14 wracać do Odense. Byliśmy jednymi z nielicznych opuszczającymi Legoland o tej porze, ale nasz limit percepcji zabawek juĹź się wyczerpał. W pamięci mieliśmy takĹźe widok uroczej i cichej starówki w Odense i zapach potraw z restauracyjek tamĹźe.

    Po półtorej godzinie jazdy (benzyna po 11,28 DKK/l) i krótkim odświeĹźeniu w motelu znaleĹşliśmy się znowu na bruku w Odense. Tym razem nasze zainteresowanie budziły szyldy restauracji i menu wystawione przed wejściem. Nie znając miejscowych przysmaków, trochę nie chcąc ryzykować, zdecydowaliśmy się na pizzerię „Mammas Ristorante” (Klaregade 4, 5000 Odense C). I to był naprawdę dobry wybór. Włoskie jedzenie smakuje niezaleĹźnie od szerokości i długości geograficznej, a parujące talerze z pizzą lub ravioli opróĹźniły się błyskawicznie. Smaczne i duĹźo. Ta prawda potwierdziła się, gdy w ciągu kilkunastu minut pustawa wręcz wstępnie restauracja zapełniła się gośćmi, z których większość rezerwowała stoliki wcześniej, a z lady wydającej zamówione na wynos potrawy co chwila znikały stosy paczek.

    Pogoda tego dnia jakby chciała się dopasować do wieczornych nastrojów i zasnuła niebo ciemnymi chmurami, z których co chwila próbował, na szczęście mało skutecznie, padać deszcz. Nie była to jednak miła perspektywa na kolejny dzień, w którym mieliśmy pokonać rekordowe prawie 800 km, po autostradach co prawda, ale szwedzkich, więc na czas samej jazdy liczyliśmy prawie 9 godzin. W takich nastrojach połoĹźyliśmy się do łóĹźek, ale bezstresowo „wychowywane”, prawdopodobnie szwedzkie dzieci biegając po północy po motelu, nie koniecznie dawały nam spać. Niezapomniane wraĹźenie pozostawiła takĹźe bezsprzecznie zdumiona twarz ojca owych dzieci, do którego zwróciłem się w końcu z prośbą o ciszę. Jak on moĹźe zwrócić uwagę swoim dzieciom ?!!!

 


Dzień 4 - 29 czerwca 2008 (niedziela) Odense – Malmö - Södertälje (793 km)

Trasa w Mapy Google

     Rano nie mogliśmy się doczekać na śniadanie, które skandynawskim zwyczajem w weekend podawane było dopiero od 8:00. Takich jak my było więcej, bo szkoda było czekać w motelu, gdy przed Tobą długą drogą. Spotkaliśmy tam małżeństwo Polaków wracających juĹź do Polski, dwie pary Holendrów po pięćdziesiątce na motocyklach zwiedzających Europę i niespotykanie spokojnych Szwedów ze swoimi równie „spokojnymi” dziećmi. My spieszyliśmy się jeszcze dlatego, bo w Malmö czekali na nas kuzyni Małgosi , z którymi mieliśmy spotkać się przed i po Mszy św. (o 11:00) w katolickim (ewenement) kościele. A z Blommenlyst do Malmö jest 212 km i dwie długie płatne przeprawy mostowe.

     Tu jeszcze dygresja na temat przygotowań. do wyprawy. W ich trakcie szukałem takĹźe, gdzie będziemy mogli pójść do kościoła na Mszę św. niedzielną. W sumie mieliśmy być w drodze przez trzy niedziele, a trasę moĹźna próbować dopasować do katolickich kościołów i terminów Mszy św. W sumie jednak nie było to trudne. Internet i tym razem stał się nieocenionym Ĺşródłem informacji, tak Ĺźe wstępnie w kaĹźdą niedzielę mogliśmy być na Mszy św. w katolickim kościele i to odprawianej w języku polskim. Widać, Ĺźe Polacy rozproszyli się równieĹź po całej Skandynawii, a za nimi i ich duszpasterze.

     W końcu udało się i ruszyliśmy. Na szczęście grożąca deszczem w sobotę pogoda przestała straszyć i słońce oświetlało nam drogę przez Danię. Przejazd przez Wielki Bełt moĹźliwy jest od 1998 roku przez dwa kolejne wiszące mosty o długości ponad 6 kilometrów kaĹźdy. Budowa tej przeprawy była antraktem przed budową jeszcze dłuĹźszej nad i pod kolejną cieśniną dzielącą Danię od Szwecji tzn. Sundu, oddanej do uĹźytku w roku 2000. Obie przeprawy są ogromną atrakcją turystyczną, a ze względów gospodarczych trudno nie docenić zwłaszcza roli tej drugiej. Przestrzeń widoczna z mostu oraz dobrze oświetlony, szeroki tunel nie przyniosły złych odczuć. Wręcz przeciwnie zachwyt i kolejny element do układanki dobrych wspomnień z wyprawy. Układanki, która dopiero zaczynała się wypełniać. Przejazd przez obie cieśniny jest płatny i kosztuje odpowiednio 205 i 260 DKK za samochód.

     Bez kłopotu (oczywiście prowadzeni przez na razie niezawodny GPS) dotarliśmy do kościoła Zbawiciela (Vår Frälsare) na Erik Dahlbergsgatan 28 w Malmö (http://www.katolik.nu/varfralsare/index.htm). Msza św. po szwedzku po raz kolejny udowodniła, Ĺźe religia jest ponadnarodowa i nikt nie ma kłopotu w czynnym uczestnictwie. Choć język szwedzki jest zupełnie obcym (nawet dla znających angielski i niemiecki) to stałe części Mszy św, sama liturgia, a nawet czytania (święto św. Piotra i Pawła) były oczywiste i zrozumiałe. Po błogosławieństwie duĹźo osób udało się do parafialnej kawiarenki, gdzie wolontariusze sprzedawali własnego wyrobu ciasto, herbatę, kawę i soki, a rodzinna atmosfera skłaniała do dłuĹźszych rozmów. Niestety nasz napięty tego dnia harmonogram nie pozwalał na dłuĹźszą przerwę i musieliśmy poĹźegnać sympatycznych kuzynów i ich polskich i szwedzkich przyjaciół. Umówiliśmy się jeszcze na obiad w drodze powrotnej (trasa biegła znowu przez Malmö) i po zatankowaniu benzyny na poleconej stacji (cena niĹźsza o ok. 5%, 13,49 SEK/l) pojechaliśmy dalej.

     Do wieczora (była 13:00) mieliśmy pokonać jeszcze ok. 500 km. Na szczęście cała trasa to szwedzkie autostrady z prędkością przelotową ok. 110 km/h, więc nie było niepokoju o nasz plan. Po drodze przez urocze lasy i malownicze wzgórza mieliśmy mijać jedno z największych jezior Szwecji (i Europy), znane z lekcji geografii jezioro Wetter o powierzchni 1893 km2 i długości ponad 120 km. Droga biegnąca przy samym brzegu jeziora na dość wysokiej skarpie pozwalała na podziwianie wspaniałej panoramy. Tak pięknej, Ĺźe gdy wspięliśmy się jeszcze wyĹźej, postanowiliśmy bez względu na wszystko, zatrzymać się w przydroĹźnym zajeĹşdzie i jedząc obiad podziwiać dalej. W miejscowości Gränna, a właściwie całkiem nad nią,

w eleganckim zajeĹşdzie z hotelem (Hotel Gyllene Uttern, S-563 92 Gränna), na werandzie widokowej zjedliśmy super obiad i poczuliśmy się jak angielskim filmie z wyĹźszych sfer. Tylko nasze podróĹźne stroje nie pasowały do tej atmosfery – olejne portrety na ścianach, zbroje rycerskie w kątach, kelnerzy i kelnerki na kaĹźde skinienie dolewający herbatę lub podający pyszny szwedzki chleb. Warto było, a w końcu to przecieĹź imieniny Piotra. Tak zeszły nam kolejne kwadranse, Ĺźe dopiero ok. 17:45 wsiedliśmy do samochodu i zaczęliśmy gonić drogę. Do hotelu było jeszcze 270 km.

     Södertälje osiągnęliśmy po jeszcze jednym krótkim przystanku ok 20:15. Zakwaterowaliśmy w hotelu z sieci „Scandic”, która oferuje w całej Skandynawii turystyczny poziom i powtarzalny standard za niewygórowaną cenę. Tym razam był to Scandic „Södertälje” Verkstadsvägen 7, 151 38 Södertälje (http://www.scandichotels.se/sodertalje) gdzie za 940 SEK opłacone wcześniej w Polsce dostaliśmy dwuosobowy pokój z dostawką (łóĹźko w szafie). Widok na parking firmy Scania z setkami ciężarówek moĹźe nie był krajobrazowo piękny, ale mimo to dość ciekawy. Prognoza pogody w szwedzkiej telewizji nie była optymistyczna – deszcz i burze nad Sztokholmem, ale nie było warto martwić się na zapas. Tym razem nikt i nic nie przeszkadzało nam w mocnym śnie. Pobudka miała być rano o 7:00.  


Dzień 5 - 30 czerwca 2008 (poniedziałek) Södertälje – Sztokholm – Uppsala - Sundsvall (424 km)

Trasa w Mapy Google

     Wyspaliśmy się jednak trochę dłuĹźej i po śniadaniu w szwedzkim bufecie (najbardziej podobało się to Ani, bo mogła wreszcie wybrać sobie do jedzenia to co lubiła i tyle ile chciała) nie całkiem zgodnie z planem, ale o rozsądnej godzinie (9:30) wyjechaliśmy do Sztokholmu (33 km). Prognoza pogody się niestety sprawdzała, ale wyposaĹźeni w kurtki i parasole postanowiliśmy się nie przejmować. Po kilku kółkach przez rozkopane centrum Sztokholmu zaparkowaliśmy przy nabrzeĹźu Skeppsbrokajen 100 metrów od zamku królewskiego na Gamla Stan (Starym Mieście). Opłaty w szwedzkim parkomacie udały się tylko dzięki pomocy uczynnego tubylca (tubylki ?!). ZbliĹźała się 11:00 więc postanowiliśmy obejrzeć ciekawe miejsca na starówce, a zamek zacząć oglądać od uroczystej zmiany warty odbywającej się codziennie o 12:15. W ten sposób znaleĹşliśmy się w Storkyrkan (katedrze sztokholmskiej) liczącym blisko 700 lat najwaĹźniejszym dla Szwedów kościele. W nim odbywają się wszystkie uroczystości dworskie tzn. koronacje, chrzty, śluby i pogrzeby rodziny królewskiej. Potem zdeptaliśmy wąskie uliczki z sympatycznymi kamieniczkami, rynek Stortorget, Prästgatan, Mårten Trotzigs Gränd (najwęższa uliczka w mieście, mniej niĹź metr szerokości) i wróciliśmy na plac zamkowy. Przebijające się przez czarne chmury słońce dawało nadzieję, Ĺźe jednak szwedzka prognoza będzie równie „trafiona” jak polska. Stanęliśmy blisko

jednego z posterunków. Dziewczyny uznały, Ĺźe tam będzie najlepiej (moĹźe wartownik był najprzystojniejszy), bo mnie było wszystko jedno. Ze swojej wysokości, z wyciągniętej w górę ręki i tak film byłby dobry. Z autokaru wysiadła orkiestra, po placu kręciło się coraz więcej galowo ubranych Ĺźołnierzy. Pojedyncze krople deszczu nie zniechęcały nikogo. Nad turystami pojawiły się parasole, ale na długo to nie wystarczyło. Krople zamieniły się w ulewę, a grzmoty i błyskawice nie pozostawiały złudzeń. Biegiem pod najbliĹźszy dach, który okazał się przedsionkiem zwiedzanej juĹź katedry. Jedyny raz, właśnie w Sztokholmie, pogoda popsuła nam plan wycieczki. Rozszalała nad Sztokholmem burza nie pozwalała nam ruszyć się dalej przez prawie godzinę. Współczuliśmy tylko Ĺźołnierzom, którzy chcąc nie chcąc przy dĹşwiękach moknącej orkiestry musieli odbyć tę uroczystą zmianę warty. Gdy deszcz tylko trochę zelĹźał, a potoki wody na uliczkach przybrały formę strumyków przemieściliśmy się do zamkowych komnat, ale niestety czas gonił. Zobaczyliśmy tylko skarbiec zamkowy z koronami szwedzkich królów i zrabowanymi w Polsce w czasie szwedzkiego potopu złotymi kielichami. Piękne, ale znowu pozostał niedosyt. JuĹź zauwaĹźyliśmy, ze to uczucie będzie nam towarzyszyć przez całe trzy tygodnie.

     Gdy znaleĹşliśmy się w samochodzie nasze plany musiały ulec zmianie. Na obiad postanowiliśmy pojechać do Uppsali (kolejne 75 km), Ĺźeby tylko wyrwać się z pochmurnego i dalej grożącego deszczem Sztokholmu. I na dobre wyszło. Choć Ĺźałowaliśmy mile zapowiadających się nastrojów Gamla Stan w Sztokholmie, ale mieliśmy nadzieję na takĹźe fajną akademicką atmosferę Uppsali. Nie zawiedliśmy się.

     Na ulicach miasta było pełno młodzieĹźy, mało turystów i mimo poniedziałku nastrój jakiegoś festynu. Tak właśnie wpływa na to miasto znany Uniwersytet i jego studenci. Z parkingu koło dworca do katedry droga wiodła nas przez centrum miasta. Mijaliśmy wiele restauracji i barów, ale Ĺźadna nie przyciągnęła naszego wzroku ani zapachy naszych nosów. Dopiero przed samą katedrą zauwaĹźyliśmy znajomy napis „Lunchmeny” i wejście do restauracyjki w nic nie mówiącym budynku o łososiowej elewacji. Po krótkich negocjacjach z kelnerką zamówiliśmy szwedzkie przysmaki. Dopiero wtedy rozejrzeliśmy się wokół i okazało się, Ĺźe znowu trafiliśmy w dziesiątkę. Restauracja Domtrappkällaren (S.t Eriks Gränd 15, 753 10 Uppsala, http://www.domtrappkallaren.se/) mieści się zabytkowych pomieszczeniach, których część datuje się nawet na XIII wiek, a całość nie póĹşniej niĹź na wiek XVI. Kilka pomieszczeń stanowiło więzienie dla studentów, którzy wyłamywali się z uniwersyteckiej dyscypliny. Wystrój nawiązuje do tamtych czasów, a sama restauracja działa w tym miejscu od 1930 roku. Umiarkowane ceny (zwłaszcza w Lunchmeny) i smaczne dania dopełniły całości. Anegdotyczny jest tylko nasz wybór dania, mającego być wg kelnerki szwedzką specjalnością. Okazały się nimi prawie swojskie placki ziemniaczane z przysmaĹźanym bekonem i konfiturą z Ĺźurawin (Raggmunkar med hemrimmat fläsk och lingon). Bardzo smaczne i duĹźe porcje po 85 SEK.

     Z pełnymi brzuchami poszliśmy oglądać gotycką katedrę. Jeden z dwóch największych kościołów w Skandynawii (obok Nidarosdomen w Trondheim) stanowi kościół katedralny protestanckich arcybiskupów Szwecji. Piękna gotycka architektura, surowe protestanckie wnętrze, groby wielkich Szwedów (m.in.. św. Eryka, wielu królów, Katarzyny Jagiellonki i Karola Linneusza) i wspaniałe wielkie witraĹźe. Znowu zaczął poganiać nas czas, parkingowy zegar i kilometry do przejechania. Około w pół do piątej opuściliśmy sympatyczną Uppsalę, zatankowaliśmy benzynę (13,74 SEK/l) i udaliśmy się drogę do Sundsvall (jeszcze ponad 300 km). Niestety kończyły się juĹź autostrady i choć drogi szybkiego ruchu są takĹźe dobrej jakości, to ograniczenia prędkości i jednak nie zawsze dwupasmowe jezdnie w obie strony zmniejszyły naszą szybkość. Po drodze mijaliśmy Gävle, Söderhamn i Hudiksvall, ale poza przeczytaniem o nich w przewodniku i krótkim postoju na przydroĹźnym parkingu nie mieliśmy okazji ich poznać. Nocleg znowu w Scandicu. Tym razem „Sundsvall Nord” (Värdshusbacken 6, 856 50 Sundsvall – http://www.scandichotels.se/sundsvallnord). Pokój na parterze, a dostawka w formie znanej z kolejowych kuszetek i dostęp do internetu (WiFi) w cenie. Trochę taniej niĹź poprzednio, ale zapłacić teĹź trzeba było z góry w Polsce.


Dzień 6 - 1 lipca 2008 (wtorek) Sundsvall - Umeå - Skellefteå (395 km)

Trasa w Mapy Google

     Trasa niby coraz krótsza, ale autostrady skończyły się właściwie poprzedniego dnia, więc i planowany czas jazdy trochę dłuĹźszy. Wreszcie wyspaliśmy się prawie do woli, bo do 9:00. Po tradycyjnym śniadaniu w formie szwedzkiego bufetu załadowaliśmy bagaĹźe do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Tym razem nie spodziewaliśmy się wielu atrakcji, ale szwedzkie wybrzeĹźe Bałtyku, po którym mieliśmy jechać jest samo w sobie bardzo piękne. Tu będziemy mieli okazję minąć pierwszy nasz fiord, bo i nad Bałtykiem są takie zatoki. Zgodnie z przewodnikiem, w mijanym po drodze Härnösand miał być skansen, ulubiona forma muzealna Małgosi. Skręciliśmy nawet do miasta i próbowaliśmy kierować się drogowskazami (bo w GPS-ie wśród wielu przydatnych miejsc skansenu nie było), ale roboty drogowe i objazdy skierowały nas w końcu w ślepą uliczkę. Czas nas nie gonił, więc nawet nie było szkoda. Obejrzeliśmy małe szwedzkie miasteczko z okien samochodu, a na koniec poczekaliśmy przy zwodzonym moście na przepływające pod nim akurat dwie Ĺźaglówki.

     Jadąc dalej dotarliśmy do ujścia rzeki Ångerman, jednej z najdłuĹźszych rzek Szwecji (ponad 420 km). Przerzucony nad nią wiszący most (Höga Kusten bron), którego przęsło jest trzecie pod względem długości w Europie. Piękny widok z wysokiego brzegu, od którego most wziął swoją nazwę (Höga Kusten tzn. wysoki brzeg) przyciąga turystów. Parking, punkt widokowy i hotel umieszczone są tak, aby wszyscy mogli podziwiać wspaniale komponujące się w naturę dzieło człowieka. Liczba zdjęć tego mostu w internecie i w Google Earth potwierdzają, Ĺźe rzeczywiście warto. My teĹź dołoĹźyliśmy swoich kilkadziesiąt fotek z tego miejsca. Zwłaszcza, Ĺźe prześwietlane słońcem ciemne chmury stanowiły wspaniałe tło.

     Kolejnym przystankiem miała być Umeå, ale jakoś nie mieliśmy nastroju na szczegółowe zwiedzanie tego miasta brzóz i poprzestaliśmy na samochodowej rundzie przez ulice oraz oglądaniu tysięcy białych drzew z okien auta. Sprzyjająca w tym miejscu pogoda pozwoliła na wybór dłuĹźszego wariantu naszej trasy. Właśnie w Umeå skręciliśmy z międzynarodowej trasy E4 na krajową drogę 364, która wg przewodnika miała być ciekawsza widokowo i krajoznawczo. Wybór potwierdził się całkowicie. Zamiast juĹź nużącej trasy szybkiego ruchu z setkami goniących samochodów przez niekończące się lasy, węższa droga teĹź przez lasy i między jeziorami. Ale jakby bliĹźszymi i samochodów duĹźo mniej. A mijane wsie z wiśniowymi domkami z białymi oknami zupełnie bez płotów teĹź były czymś nowym. Nawet lejący deszcz, choć przelotny, ale taki, Ĺźe wycieraczki nie nadążały, nie pogarszał nastroju. Po przejechaniu wzdłuĹź malowniczego jeziora Bydgetrasket, gdy poczuliśmy, Ĺźe nasze Ĺźołądki domagają się posiłku na trasie (ok. 15:15) pojawiło się małe miasteczko – Burträsk (http://www.burtrask.com/). W przewodniku przeczytaliśmy, Ĺźe jest w nim nawet mały skansen, co od razu dodało mu w oczach Małgosi dodatkowy atut.

     Zajechaliśmy do centrum i zobaczyliśmy dwa drogowskazy: „Burträsk Värdhus” i „Pizza”. Wybraliśmy to pierwsze– brzmiało bardziej miejscowo (Värdhus tzn. karczma). Znowu udało nam się wspaniale. Akurat o tej porze tego dnia moĹźna było zjeść obiad w postaci szwedzkiego bufetu. A wyrozumiała kelnerka przyjęła do wiadomości, Ĺźe moĹźna sprzedać małą porcję takiego obiadu. W duĹźych garnkach i brytfannach, pod aluminiową folią, na podgrzewaczach znajdowały się świeĹźe szwedzkie klopsiki, duszony kurczak, gotowane (!!!!) warzywa i ziemniaki. Obok bufet sałatkowy i lada z napojami. Nie piszę juĹź o wyborze chlebów. Syci i zadowoleni podjechaliśmy kawałek do obiecanego skansenu – kilku małych domków wyposaĹźonych w stare przedmioty codziennego uĹźytku i ubrane w ludowe stroje manekiny, stojących nad kolejnym uroczym jeziorem. Ekstremalny pieszy mostek wiszący na wysepkę pokonaliśmy tylko z Anią (tzn. Piotr), ale spacer po przykościelnym cmentarzu juĹź razem. Do dziś nadal nie wiemy, jaka jest wymowa małych figurek ptaszków na wielu płytach nagrobnych. Spotykaliśmy się z nimi takĹźe na cmentarzach w Norwegii. Świecące i grzejące słońce dopełniły szczęścia i juĹź w takim nastroju dojechaliśmy ok. 17:00 do Skellefteå. Po drodze jeszcze spotkaliśmy pięknego zielonego starego SAAB’a, za którym „pogoń” teĹź sprawiła nam trochę radości :D. Stacja benzynowa – 13,99 SEK/l i kolejny Scandic – tym razem całkiem nowoczesny (Scandic Skellefteå, Kanalgatan 75, 931 78 Skellefteå – http://www.scandichotels.se/skelleftea) z przeszklonym, wielopiętrowym atrium zaskoczył nas bardzo. Okna pokoju wychodziły nie na dwór tylko właśnie na to wewnętrzne atrium, a świeĹźe powietrze było tylko w postaci klimatyzacji. Nie narzekaliśmy za bardzo, ale ten hotel, choć najnowocześniejszy, postawiliśmy na ostatnim miejscu wśród odwiedzonych. I pod względem wygody spania, i pod względem sympatycznego nastroju i klimatu (cena za pokój dwuosobowy z dostawką – 890 SEK). A do ciekawostek z tego dnia to moĹźna jeszcze dodać problemy z prawidłowym wymówieniem nazwy miasta, w którym nocowaliśmy. Po szwedzku wymawia się to [schellefte] z bardzo niesłyszalnym S. Dopiero po powrocie do Polski nauczyłem się poprawnie wymawiać tę nazwę. Nic nie mówię teĹź o naszym samochodzie, ale co moĹźna pisać, gdy sprawia się znakomicie. Załadowany po brzegi bagaĹźnik, trzy osoby w środku, a silnik ciągnie w kaĹźdych warunkach dobrze. Tempomat i automatyczna skrzynia biegów ułatwiają kierowcy prowadzenie, zwłaszcza na uporządkowanych szwedzkich drogach. W sześć dni przejechaliśmy juĹź ponad 3 000 km, a ja nie czułem się wcale zmęczony prowadzeniem samochodu.


Dzień 7 - 2 lipca 2008 (środa) Skellefteå - Arvidsjaur – Arjeplog - Røkland (404 km)

Trasa w Mapy Google

     Tego dnia mieliśmy dotrzeć do jednego z celów naszej wyprawy, czyli za koło polarne. Piękną „Srebrną drogą” (krajowa 95) w poprzek Laponii mieliśmy dojechać znad Bałtyku nad Morze Północne, na drugą stronę Półwyspu Skandynawskiego, juĹź do Norwegii. Dzień zaczął się jak co dzień. Śniadanie w szwedzkim bufecie, przed przerwą na kilka dni, nie wzbudziło juĹź emocji. W planie na ten dzień mieliśmy ranne zakupy w Skellefteå. Ze znalezieniem supermarketu nie mieliśmy trudności. Sieć COOP jest popularna w całej Skandynawii. To takie nasze „Społem”, ale bez ideologicznych przekłamań. Po uzupełnieniu samochodowej „spiĹźarni”, ruszyliśmy w deszczu na północny zachód, w kierunku granicy norweskiej. Opuściliśmy brzeg Bałtyku i przez lasy, powoli wznoszącą się drogą dojechaliśmy do Arvidsjaur. Tu przerwa na odwiedzenie Lappstaden - tradycyjnej wioski Saamów z XVIII w. Saamowie to własna nazwa plemion zamieszkujących Laponię. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Saamowie wybijają się na samodzielność pod własną flagą, z własnym językiem i kulturą. Od Arvidsjaur obok flagi szwedzkiej pojawiała się flaga Saamów w kolorach niebieskim, czerwonym, zielonym i Ĺźółtym. Lappstaden to wioska kilkudziesięciu małych drewnianych domków z końca XVIII wieku, na co dzień nie zamieszkanych, ale uĹźywanych przez ich właścicieli na święto narodowe Saamów tzw. "Storstämningshelgen", które jest obchodzone w ostatni weekend w sierpniu kaĹźdego roku. W zupełnie pustej wiosce spotkaliśmy jeden z symboli Laponii tzn. wiewiórkę. Ciemniejszą niĹź nasze rude i bardziej puszystą, ale tak samo jak nasze ciekawską i fotogeniczną. Niestety deszcz przegonił nas i wiewiórkę.

     W dalszą drogę piękną 95-tką prowadziła nas coraz lepsza pogoda. Słońce przebiło ciemne warstwy chmur i oświetlało piękne krajobrazy leśnych jezior i skalnych rumowisk. Pojawiły się pierwsze wzgórza, będące zapowiedzią gór stanowiących granicę Szwecji i Norwegii. Nagle, wśród coraz niĹźszych świerków i powyginanych sosen, zobaczyliśmy pasące się stado reniferów. Przygotowani przez lekturę przewodników, nie zdziwiliśmy się, Ĺźe na szyi miały obroĹźe, a w uszach kolczyki. Były to pasące się dziko, ale hodowlane zwierzęta, puszczane prawie wolno w lecie i dokarmiane w zimie. W ten sposób zaliczyliśmy, w oswojonej postaci, drugi symbol Laponii. Znudzone pozowaniem do dziesiątek zdjęć renifery, spokojnym truchtem, po wygodnej drodze pobiegły dalej.

     Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach coraz bardziej uroczej trasy, oświetlonej pełnym słońcem i świeĹźej po niedawnym deszczu, dotarliśmy do Arjeplog. Po zatankowaniu (benzyna w Szwecji jest tańsza niĹź w Norwegii, a była to ostatnia stacja benzynowa przed granicą – 14,11 SEK/l) poszliśmy do Muzeum Srebra (Silvermuseet i Arjeplog – http://silvermuseet.arjeplog.se/). Jest to miejsce gdzie zgromadzono przedmioty związane z Ĺźyciem Saamów, ich kulturą i dziedzictwem. Kilka tematycznych wystaw, wśród których najlepiej czuła się Małgosia. Ulubiona forma skansenu i Ĺźycia codziennego przedstawionego w prawie realnej postaci. Mnie zaciekawiły kolory tradycyjnych ubiorów Saamów, Ĺźywe granaty i czerwienie z elementami jaskrawej Ĺźółci i zieleni. Wszystko w świeĹźo rozbudowanych salach przy budynku dawnej szkoły (?). Obok kilka znanych nam juĹź z formy chatek Saamów. Ciekawe doświadczenie. Po zwiedzaniu wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej (wśród innych wiele polskich wpisów !!!) i poszliśmy na szybki obiad. Tu niestety nie mamy czego polecać. Zwykła pizza w lokalu prowadzonym przez czarnoskórego Szweda i w drogę. Do Koła Polarnego.

Droga powoli pięła się w górę. Coraz bardziej uboga tajga przechodząca miejscami w tundrę urozmaicana była przez piękne jeziora o skalnych brzegach. Na horyzoncie pojawiły się ośnieĹźone góry, które wskazywały nasz cel. Za nimi była Norwegia i kolejne morze. Po drodze mijaliśmy rzadkie kampingi uroczo połoĹźone w dość odludnych miejscach. Na GPS-ie sprawdzaliśmy naszą szerokość geograficzną, aby nie przegapić waĹźnego miejsca. Za 66°33'39" N w lecie słońce nie zachodzi przez cały dzień. W pewnym momencie zauwaĹźyliśmy dużą białą tablicę z napisami w kilku językach „Polcirkeln” (koło polarne). Zatrzymaliśmy się na parkingu koło kempingu, ale wskazania na razie sprawującego się bez zarzutu GPS-u nie pokrywają się z dumną treścią. Było to dopiero 66°32'56" szerokości geograficznej północnej, ale juĹź darowaliśmy te kilkadziesiąt sekund i zrobiliśmy serię pamiątkowych zdjęć. Słońce, temperatura powietrza i bujna polna roślinność nie wskazywały, Ĺźe dotarliśmy tak daleko na północ, ale rzeczywiście tak było. Dalej droga zaczęła wspinać się coraz szybciej. Śnieg na zboczach był tuĹź, tuĹź, a temperatura za oknem spadła do około 10-15 oC . Dzikość otoczenia i wąska wstążka dopiero kilkanaście lat temu wyasfaltowanej drogi robiła na nas coraz większe wraĹźenie. Myślałem, Ĺźe granica między Szwecją, a Norwegią biegnie po szczytach i grani. Jednak najwyĹźszy punkt drogi 95 leĹźy jeszcze po stronie szwedzkiej i dopiero kilka kilometrów ostrego (7%) zjazdu doprowadziło nas do kolejnej granicy. Znowu przystanek i zdjęcia. A zjazd to dopiero się zaczął. Przyzwyczajeni dotychczas do duĹźej przestrzeni wokół i drogi, na której spokojnie mijały się duĹźe samochody, wjechaliśmy na normalną w Norwegii drogę. Wśród wysokich skał, z nachyleniem ponad 10%, przyczepioną do urwiska i wąską tak, Ĺźe co około sto metrów (albo przed częstymi zakrętami) były mijanki. W dole płynęły rwące strumienie, a nisko stojące słońce oświetlało tylko szczyty nad nami. W taki karkołomny sposób przywitaliśmy się z Norwegią. Nadzieja na to, Ĺźe to tylko drogi krajowe są takie, prysła po kilkunastu minutach. Dojechaliśmy do międzynarodowej E6, biegnącej z południa półwyspu Skandynawskiego przez Szwecję, Oslo i całą Norwegię aĹź do granicy z Rosją. Droga była równie wąska, o tyle, Ĺźe nie biegła wzdłuĹź urwiska, a mijanki były nie potrzebne, bo było coś w formie pobocza. Trochę zmęczeni i delikatnie zestresowanidotarliśmy do Nordnes Camp & Bygdesenter (N-8255 Røkland – http://www.nordnescamp.no/) gdzie mieliśmy zarezerwowany domek. Cena norweska – 595 NOK za noc, ale niestety nic lepszego nie udało mi się przez internet znaleźć. NajbliĹźszy hotel był około 100 km dalej na północ w Bodo. Warunki okazały się dość ekstremalne, zwłaszcza po dotychczasowych noclegach w niezłych turystycznych hotelach. Mimo połamanych szczebelków w łóĹźku (zresztą wymienionych błyskawicznie po pierwszym zgłoszeniu) i braku prysznica w domku (jak to na kempingu bywa) pomyśleliśmy „Nic to” i 10 m2 do przenocowania wystarczyło. Pogoda była piękna. Choć dochodziła 22:00 słońce świeciło ostro. Przejrzyste, czyste powietrze i przepiękna okolica w kotlinie nad rzeką nastrajały do spaceru z aparatami fotograficznymi i kamerą. Przed północą (słońce świeciło dalej choć nisko i skryte za górami) pojechaliśmy do Saltdal nad Skjerstadfjord. Miałem nadzieję, Ĺźe na otwartej przestrzeni zobaczymy słońce o północy.
 
 
Prawie się udało, ale niestety słońce było nisko, my teĹź, więc chowało się za otaczające fiord góry. Piękne zdjęcia o północy nad pierwszym naszym fiordem zrekompensowały zawód, a widok oświetlonych zboczy potwierdzał, Ĺźe tu słonce nie zachodzi. Z rozsądku (organizm się bronił na widok jasnego nieba) juĹź po 1:00 połoĹźyliśmy się spać. Dzień dwóch mórz, koła podbiegunowego, kolejnej granicy i słońca o północy potwierdził, Ĺźe wraĹźeń w tej podróĹźy nigdy za mało. Dalej miało być ich coraz więcej, choć nie wyobraĹźaliśmy sobie, Ĺźe to moĹźliwe. Stąd (67°06'17" szerokości geograficznej północnej) zaczęliśmy wracać na południe.

Dzień 8 - 3 lipca 2008 (czwartek) Røkland - Mo i Rana - Følling (482 km)

Trasa w Mapy Google

     Dzień musieliśmy zacząć dość szybko bo trasa goniła. Niby tylko 480 km, ale Norwegia to nie Szwecja i obowiązuje ograniczenie do 80 km/h. Śniadanie z suchego prowiantu zabranego z Polski, herbata i kawa w kawiarni przy kampingu, szybkie pakowanie i w drogę. Jeszcze tylko kilka słów z bardzo przyjazną właścicielką, która burzyła stereotyp zamkniętego Norwega i jedziemy na południe do Følling. Droga E6 przebijała się przez dość strome góry, ale biegnąc wzdłuĹź rzeki poza piękniejącymi z kilometra na kilometr widokami, nie wymagała zbytniej uwagi. Po ok. 50 km. dotarliśmy ponownie do koła polarnego. Norwegowie podeszli do sprawy zupełnie inaczej niĹź Szwedzi i postanowili zarabiać pieniądze na atrakcji turystycznej - Polarsirkelen.

Ciekawe architektonicznie centrum turystyczne (http://arctic-circle.no/), duĹźy parking dla samochodów i autobusów, szlak do cmentarza jeńców wojennych budujących tory kolejowe, pomniki i płaty śniegu przyciągały wszystkich przejeĹźdĹźających w pobliĹźu. Ten śnieg to oczywiście był naturalny, ale moĹźna było mieć wraĹźenie, Ĺźe i oto zadbali zapobiegliwi Norwegowie. Trafiliśmy akurat na ciągnący na Nord Cap rajd starych Skód, wśród których wysłuĹźone 1000 MB zaliczane były do młodszych. Były tam stare Oktawie i Felicie, a nawet jakieś modele terenowe i chyba przedwojenny model taksówkowy (?). Zawsze podziwiałem takich ludzi z pasją. Zrobiliśmy kilkadziesiąt pamiątkowych i krajobrazowych zdjęć, odwiedziliśmy duĹźy sklep z pamiątkami (głównie dla Ani), nie kupiliśmy za jedyne 50 NOK od osoby certyfikatu przekroczenia koła polarnego i po wysuszeniu nóg zamoczonych chodzeniem po roztapiającym się na słońcu w 25 oC śniegu, ruszyliśmy dalej.

     Zgodnie przewodnikiem i wcześniej zbieranymi informacjami droga E6 idąca w równej odległości pomiędzy granicą a Morzem Północnym miała być monotonna i raczej bez atrakcji turystycznych. W związku z tym nasz plan podróĹźy tym razem nie zakładał trasy turystycznej. Dodając jeden, dwa dodatkowe noclegi moĹźna było wybrać jazdę drogą 17 (zamiast 480 – 770 km) wzdłuĹź wybrzeĹźa, z wielokrotnymi przeprawami promowymi i prawdopodobnie pięknymi widokami. Ale los chciał inaczej. Po ominięciu przemysłowego Mo i Rana oraz równie nieciekawego Korgen musieliśmy nagle zmienić trasę, gdyĹź na drodze wyrósł drogowskaz „Objazd”. Zaczęliśmy wspinać się w górę omijając remontowany akurat 8 km Korgfjelltunnelen i pokonywać niespodziewanie (dla nas) urokliwą Europavegen. Około 14 po dotarciu na przełęcz Korgfjellet naładowani widokami poczuliśmy delikatny głód. Zatrzymaliśmy się przed „Korgenfjellet kro & motell” (http://www.korgenfjellet.no/), w którym za średnią norweską cenę (ok. 120 NOK/os) zjedliśmy smaczny obiad. Anegdotyczny był fakt, Ĺźe nie znając norweskiego (błąd) i słabo tłumacząc angielski kelnerki (jeszcze większy błąd) zamówiliśmy coś co wydawało się duszoną cielęciną. Okazało się potem (po sięgnięciu do rozmówek), Ĺźe był to stek z łosia. W ten sposób „spotkaliśmy” kolejny symbol północnej Skandynawii. Tu teĹź zjedliśmy pysznego pieczonego łososia (na zimno!?) z ziemniakami, warzywami (na ciepło) i surówką (teĹź na zimno). Po sesji zdjęciowej w wykonaniu Małgosi i Ani, ze stadem sympatycznych, pasących się przy i na drodze owiec i baranów (wśród których były i czarne) wsiedliśmy do samochodu. Zjazd z przełęczy był kolejnym testem samochodu przed serpentynami w środkowej Norwegii, zdanym równieĹź i przez kierowcę bez błędu. Po powrocie na E6, dalsza droga raczej była zgodna z oczekiwaniem, dość spokojna i bez większych atrakcji. Mijane krajobrazy były piękne, ale juĹź porównywalne do wcześniej mijanych, więc nie wzbudzały zachwytów. W planie mieliśmy wariantową jazdę po odcinku przywoływanej juĹź 17 (Kystriksveien – http://www.rv17.no/) z Grong przez Namsos do Steinkjer, ale póĹşna pora i zmęczenie materiału ludzkiego nie pozwoliły na realizację.

     Około 20:00 dotarliśmy do Føllingstua Camping (http://www.follingstua.com/) gdzie w luksusowych warunkach (drewniany domek z dwoma pokojami, antresolą, aneksem kuchennym, pełną łazienką) i z widokiem na wspaniałe jezioro Snåsavatnet spędziliśmy „białą noc”.

     Kolejny raz przekonaliśmy się, Ĺźe Norwegowie trzymają się danego słowa. Domek, jak i wszystkie inne noclegi zamówiłem wcześniej przy pomocy internetowych portali rezerwacyjnych. Potwierdzone zamówienie opiewało na cenę 590 NOK za noc, co okazało się być ceną poza sezonem. W sezonie kosztuje to 780 NOK, ale właściciele bez Ĺźadnych wątpliwości stwierdzili, Ĺźe za błąd portalu nie mogę odpowiadać ja i wzięli na siebie potencjalną stratę. Miejsce nad jeziorem polecam, bo okolica urokliwa i spokojna, a wielbiciele łowienia ryb, pieszych wędrówek lub fotografowania szerokich krajobrazów mają tam czego szukać. Na szczęście wcześniejsze przestrogi o ogromnych i zjadliwych komarach i innych natrętnych owadach nie sprawdziły się i tym razem.


Dzień 9 - 4 lipca 2008 (piątek) Følling – Trondheim - Dombås (331 km)

Trasa w Mapy Google

     JuĹź o 8:00 ostre słońce w oknie zakończyło nasz smaczny sen. Po śniadaniu z polsko-szwedzkich zapasów i pakowaniu w coraz wyĹźszej temperaturze (o 9 rano w cieniu było juĹź ok. 25 oC) bardzo cywilizowaną drogą (oczywiście E6) ruszyliśmy w kierunku Trondheim. Tankowanie na pierwszej norweskiej stacji po 13,58 NOK/l potwierdziło fakt, Ĺźe w Norwegii ropą i turystami stojącej, ani benzyna ani podróĹźowanie do najtańszych nie naleĹźy. Tego dnia mieliśmy w planie zwiedzanie tego starego miasta, w którym koronowano pierwszych królów Norwegii. Po drodze minęliśmy pole bitwy pod Stiklestad (1030). Jest to miejsce uwaĹźane przez Norwegów, jako miejsce zjednoczenia Norwegii i początek jej historii.

     Około dwunastej, po zapłaceniu 35 NOK za wjazd do miasta i kilku kółkach po centrum Trondheim zaparkowaliśmy na wielopoziomowym parkingu niedaleko Olav Tryggvasons gate i Prinsens gate. Bez GPS-u krążylibyśmy pewnie jeszcze dłuĹźej, albo stanęli dalej. Z doświadczeń własnych uwaĹźam, Ĺźe mając niewiele czasu na zwiedzanie miasta, warto korzystać z takiego rozwiązania (70 NOK za cztery godziny).

     Kilka minut poświęcone w banku na zakup koron i ruszamy dalej. Korzystając z pięknej pogody Trondheim zwiedzamy na piechotę zgodnie z planem przygotowanym przez Anię. To ponad tysiącletnie miasto, zwane pierwotnie Nidaros, było kilkukrotnie stolicą państwa i obecna stolica Oslo jest przy nim jak duĹźo młodszy brat. Munke gate doszliśmy do Torget, zwyczajowego miejsca targowego, obecnie pięknego placu ze statuą Olava Tryggvasona, załoĹźyciela miasta i dziesiątkami straganów z kwiatami i innymi towarami dla turystów. Stąd juĹź tylko kilka kroków do gotyckiego Var Frue kirke (Kościół Naszej Pani), odbudowanego po poĹźarze w XVIII wieku z barokowym wnętrzem i ołtarzem. Krótkie zwiedzanie i idziemy w kierunku kompleksu Nidarosdom (Katedry Nidaros i pałacu arcybiskupiego http://www.nidarosdomen.no/). Gotycka świątynia, największa w całej Skandynawii, jest miejscem pochowania Olafa II, który w Norwegii wprowadził chrześcijaństwo. Kamienny kościół wzorowany na angielskiej katedrze w Cantenbury robi ogromne wraĹźenie. Bogate, jak na gotyk i obecny protestancki charakter, wnętrze, krypta pełna kamiennych płyt nagrobnych, ołtarz św. Olafa i koncerty muzyki kościelnej – to wszystko składa się na niezapomniany nastrój. Młodzi wolontariusze, jako wielojęzyczni przewodnicy, z zapałem opowiadają o historii, zabytkach i ciekawostkach tego miejsca. Zaraz obok katedry mieści się pałac arcybiskupi pierwotnie z XIII wieku. Trochę zdziwiliśmy się widząc nowe budynki powiązane ściśle z kamiennymi ścianami, niskie wejścia przez grube mury zamknięte szklanymi drzwiami i inne historyczne elementy wbudowane we współczesne i nowoczesne ramy. Ale to teĹź ma swoje zalety, a archeologiczna ekspozycja przedstawiająca Ĺźycie w średniowiecznym pałacu zainteresowała nas bardzo. Z dziedzińca pałacu moĹźna wejść do muzeum wojskowego (które ominęliśmy z braku czasu) i do podziemnej wystawy regaliów norweskich. Katedra Nidaros jest miejscem koronowania królów Norwegii. Ostatnia koronacja miała miejsce w 1991 gdy na tron wstępowali obecny król Harald i królowa Sonia. W sumie razem na bilety wydaliśmy dość duĹźo (bilet rodzinny za 200 NOK), ale warto było. Zmęczeni upałem i juĹź trochę głodni (było po 14) ruszyliśmy w kierunku Bryggene i Gamle bybro (nabrzeĹźy i starego mostu). Kolejne znane turystycznie i z przewodników miejsce. Ale po krótkim podziwianiu i uwiecznianiu na elektronicznych kliszach, instynkt przypomniał o sobie. Nie skorzystaliśmy z polecanych w bedekerach restauracji na nabrzeĹźu i weszliśmy do skromnie ogłaszającej się kredowym napisem na czarnej tablicy, knajpki „BAKLANDET SKYDSSTATION” (http://www.skydsstation.no/). W zupełnie pustej restauracyjce zamówiliśmy „Fiskesuppe” (zupę rybną) oferowaną jako MIDAG (lunch menu) za „jedyne” 158 NOK za porcję. Jak póĹşniej oceniliśmy, było to najsmaczniejsze norweskie danie. DuĹźe, nie rozgotowane kawałki ryby i warzyw w gorącym rybnym wywarze udekorowane krewetkami i zieleniną, podane w miseczce na talerzyku z ciemnym chlebem i odrobiną masła. Wspaniały wygląd, rewelacyjny smak i pełne Ĺźołądki stanowiły pełną kompozycję. Sympatyczny wystrój wnętrz zajmujących parter zwykłego, piętrowego, drewnianego domku dopełniały nasze wraĹźenia.

    

Po obiedzie, w palącym słońcu (jakby nie skandynawskich, ale śródziemnomorskich klimatach), poszliśmy dalej w kierunku Kristiansten fortress (fortecy), górujących nad miastem fortyfikacji z XVIII wieku. Po drodze szliśmy ostrym podejściem wzdłuĹź kolejnej turystycznej ciekawostki Trodheim – wyciągu dla rowerów, z prędkością 2 m/s wpychającego rower z rowerzystą na 130 metrów wyĹźej połoĹźoną ulicę. Po krótkim krążeniu wokół (z braku dokładnego planu) weszliśmy na teren umocnień. Jak zawsze na najwyĹźszym miejscu stał maszt z flagą norweską, a wokół grupki biwakujących ludzi, korzystających z pięknej pogody i zielonych trawników. Widok na Trondheim rzeczywiście wspaniały. PołoĹźone nad fiordem i wijącą się rzeką miasto z charakterystycznymi punktami katedry i wieĹźy telekomunikacyjnej (Tyholttårnet) wygląda pięknie właśnie z tej góry. Warto było się wdrapać nie zaleĹźnie od skwaru i pełnych brzuchów. Stąd juĹź tylko powrót przez sympatyczne uliczki do samochodu i jak zawsze z pewnym niedosytem opuściliśmy miasto.

     Mieliśmy zamiar zrobić jeszcze trochę zakupów spoĹźywczych w markecie COOP na przedmieściach, ale nie najlepiej zaprogramowany GPS za póĹşno wskazał skrzyĹźowanie i minęliśmy centrum handlowe. Trudno się mówi. Jeszcze przed 17:00 udało nam się zauwaĹźyć mały markecik w mijanej miejscowości i uzupełniliśmy zapasy. Przed nami było prawie 200 km, z czego ostatnie 80 przez dzikie ustronia Dovrefjell-Sunndalsfjella nasjonalpark (parku narodowego). Celem było Dombås, a teren parku zaczyna się zaraz za Oppdal. Jeszcze przed Oppdal zatrzymałem się na kilkuminutowy odpoczynek na przydroĹźnym trawiastym parkingu. Zaspana córka wyszła z samochodu na kawałek łączki i ledwo schyliła się, natychmiast znalazła czterolistne koniczyny. Uznaliśmy to za dobrą wróĹźbę na dalszą drogę. Drogę kolejnych niesamowitych widoków i wraĹźeń. Dzikie, skaliste wzgórza, puste przestrzenie porośnięte gdzieniegdzie niskimi krzakami, tundrową trawą i mchami, płaty śniegu, małe oczka czarnych jezior i spadające nitki wodospadów były naszymi towarzyszami przez tę drogę. Co jakiś czas chata dla turystów ryzykujących piesze wędrówki zakłócała te widoki. Czuliśmy się jak na bezkresnym pustkowiu i tylko droga biegnąca prawie prosto do horyzontu przypominała nam o cywilizacji. Z rzadka pojawiające się terenowe samochody dopełniały naprawdę niesamowitego nastroju. Kolejne miejsce, które warto by zobaczyć z bliska, pieszo przemierzając wąskie ścieĹźki.

     Do Dombås dotarliśmy około 19:00 dość łatwo trafiając do Dombås Vandrerhjem (http://www.trolltun.no/) połoĹźonego w kompleksie stacji narciarskiej Trolltun. Za 900 NOK dostaliśmy duĹźy pokój surowo wyposaĹźony w dwa piętrowe łóĹźka i własną łazienkę. W recepcji, w połoĹźonym obok Trolltun Gjestegård, przywitał nas gościnny właściciel, który zorientowawszy się, Ĺźe jesteśmy z Polski, uĹźył kilkunastu słów po polsku (!!!). Po spacerze po okolicy połoĹźonego na zboczu ośrodka, wśród drewnianych figur paskudnych trolli, szybko wróciliśmy do pokoju. Następnego dnia czekał nas (w zaleĹźności od dobrze zapowiadającej się pogody) najciekawszy etap naszej wyprawy. Najciekawszy, ale długi i wymagający, więc mimo białej nocy poszliśmy spać. Jako ciekawostkę dodam, Ĺźe dostałem się do internetu korzystając z połączenia WIFI do jakiegoś niezabezpieczonego hot-spota wystawionego prawdopodobnie przez właściciela stojącego niedaleko wozu campingowego.


Dzień 10 - 5 lipca 2008 (sobota) Dombås - Lom – Dalsnibba - Stryn - Dragsvik - Gudvangen (520 km)

Trasa w Mapy Google

     Pobudka wcześnie i po zamówionym w hotelu śniadaniu, juĹź o 8:30 ruszaliśmy w drogę. Piękna pogoda (kolejny dzień !) pozwoliła nam na realizację najdłuĹźszego wariantu zaplanowanej trasy. Najpierw w dalszym ciągu drogą E6 przez Dovre do Sel. Cały czas w dół, co dopiero pokazało nam jak wysoko byliśmy, wzdłuĹź kotliny między górami dojechaliśmy do miejsca, gdzie poĹźegnaliśmy się z dotychczasowym szlakiem, towarzyszącym nam od koła podbiegunowego. W małej miejscowości zjechaliśmy na wąską asfaltową szosę, która nagle (po mało widocznym ostrzeĹźeniu) przeszła w szutrową, jeszcze węższą drogę. Na domiar wszystkiego szutrówka była w remoncie, biegła przez las, ostro i prosto w dół. Ĺťona i córka, jeszcze delikatnie zaspane, obudziły się natychmiast, a ja doceniłem swój samochód, który po przełączeniu na tryb ręcznej zmiany biegów, wymagał właściwie tylko dobrego trzymania kierownicy. Około 10 km takiej jazdy było ciekawym wstępem do dzisiejszej trasy. Kolejne 40 km było tylko podziwianiem wysokich lasów, długich jezior w kotlinie i rysujących się w oddali zaśnieĹźonych gór. Po drodze mijaliśmy grupki kolarzy, szykujących się do corocznego, lokalnego wyścigu, co ze względu na coraz bardziej strome podjazdy wydawało nam się przedsięwzięciem dość ekstremalnym. JuĹź po 10:00 dotarliśmy do Lom, gdzie z daleka witał nas piękny stavkirke (kościół słupowy). Kościoły tego typu, charakterystyczne dla Norwegii, w swojej pierwotnej formie były prawdopodobnie świątyniami wikingów, a gdy chrześcijaństwo stało się religią panującą, były budowane ku czci nowego Boga. Drewniane od ścian do dachów, wykańczane runicznymi zdobieniami i najbardziej znanymi głowami smoków na końcach kalenic, zachowały się w niezmienionym kształcie w niewielu miejscach, ale i nowe norweskie kościoły nawiązują do tej tradycji. Zobaczyliśmy więc budowlę jakby podobną do czegoś, co widzieliśmy juĹź wcześniej i to w Polsce. Ale oczy nas nie myliły, Jeden z takich kościołów został przeniesiony w XIX w. do Karpacza i złoĹźony od podstaw. Chodzi oczywiście o kościółek Wang mylnie traktowany przez niektórych turystów jako świątynia z dalekiego wschodu.

     Obeszliśmy mający 850 lat budynek, ale do środka juĹź nie weszliśmy. Zniechęcił nas tłumek japońskich turystów, obwieszonych aparatami i Ĺźywiołowo zachwycających się zabytkiem. Czas gonił nas dalej. W Lom zaczyna się droga 55, podobno (nie dane nam było tym razem sprawdzić) najpiękniejsza widokowa droga, z wyznaczonych w Norwegii narodowych dróg turystycznych (www.turistveg.no), Sognefjellet – droga Sognefjell. My jechaliśmy dalej drogą 15 w kierunku na Stryn, wzdłuĹź górskiej, wartko mknącej rzeki Otta. Po mniej więcej pół godzinie jazdy zatrzymaliśmy się przy kampingu Dønfoss, co juĹź z norweskiej końcówki „foss” wskazywało na jakąś formę wodospadu. I rzeczywiście nie zawiedliśmy się. Z hukiem i grzmotem rwąca rzeka, przełamująca się na wystających z turkusowej wody skałach rozbijających nurt w wodny pył, robiła rewelacyjne wraĹźenie. W sumie był to pierwszy widziany przez nas w Norwegii taki przełom. A i sam kamping dość ciekawie wykorzystał połoĹźenie w skalnym przełomie. Basen był po prostu niecką, oddzieloną od rzeki kamienną groblą i kąpiący mogli mieć wraĹźenie, Ĺźe pływają w górskim strumieniu. I oczywiście wszędzie obecne trolle.

     Dalej drogą 15 aĹź do miejscowości Grotti, gdzie drogowskazy zachęcały do kolejnego szlaku turystycznego, Gamle Strynefjellsvegen (starej drogi Strynefjell), ale i tym razem nie skorzystaliśmy z zaproszenia. Ciągnęła nas jak magnes perspektywa widoku fiordu Geiranger ze szczytu góry Dalsnibba. Zboczyliśmy z gościnnej 15 na drogę 63 – na Geiranger i wzdłuĹź zamarzniętego (lipiec, +20oC !!!) jeziora Djupvatnet wśród ośnieĹźonych szczytów i zboczy, coraz węższą szosą, dojechaliśmy do znanej mi z opisów, płatnej (75 NOK) szutrówki (drogi Nibbevegen) na górę. Moje pasaĹźerki nie były całkiem przygotowane na taką jazdę, ale i ja czułem się jak na próbie ekstremalnej jazdy. Wąziutka, bez Ĺźadnych barierek, szutrowa droga przyczepiona do zbocza, z rzadko pojawiającymi się mijankami i ostro, serpentynami biegnąca do góry. Z poziomu ok. 1050 metrów do 1476 metrów n.p.m. w ciągu ok. 2 km. Ale warto było. Samochód i pasaĹźerowie zdali egzamin. Jeszcze przed szczytem, na dość duĹźej połaci śniegu wypatrzyliśmy stado wędrujących reniferów. Choć zatrzymać się nie było raczej gdzie, to pomiędzy kolejnymi zakrętami udało się je sfotografować.

Na samym szczycie parking i platforma, z zapierającym dech w piersiach widokiem. W dole rozpościerał się najsłynniejszy chyba i rzeczywiście urzekający Geirangerfjord. Piękna pogoda pozwalała zobaczyć go w całości. Maleńkie Ĺźuki pełznące po zboczu okazywały się być samochodami mozolnie pokonującymi kolejne metry w góry, małe kropki – ludĹşmi juĹź niĹźej próbującymi podziwiać piękno widoku, a kreski na morskiej wodzie – stateczkami turystycznymi umoĹźliwiającymi zachwyt tym dziełem przyrody z samego dołu. Było południe, ale temperatura nie przekraczała 10oC. Ani to, ani ostry wiatr nie przeszkadzało w gorączkowym chłonięciu pejzaĹźy oraz uwiecznianiu na fotografiach i filmie. Otaczające to wszystko ośnieĹźone góry dopełniały niezapomnianej całości. Wszędzie kupki z kamieniu ustawiane na pamiątkę przez turystów. Wśród tychĹźe spotkaliśmy takĹźe i Polaków. Sympatyczne małżeństwo – sami zaproponowali, Ĺźe zrobią nam zdjęcie – jedno z niewielu, na którym jesteśmy razem we trójkę. Obok parkingu sklepik z pamiątkami i słodyczami, mała wystawa (płatna :(, więc zrezygnowaliśmy) i WC. (Dalsnibba Senteret)

     Czas gonił, więc jedziemy z powrotem. Łatwo powiedzieć, ale trudniej wykonać. Pod górę jakoś łatwiej. Ale cóĹź – skrzynia biegów w tryb manualny i do dołu. Dobrze, Ĺźe Małgosia zdecydowała się nakręcić tę drogę przy pomocy kamery i zajęła się filmowaniem, bo ekstremalna jazda po wąskich skalnych serpentynach, wśród innych, nie koniecznie wprawnych uĹźytkowników drogi, była nie lada wyzwaniem. Widoki rekompensowały ucisk siedzącej na ramieniu duszy.

Zostawiamy po prawej stronie drogę do Geiranger i jedziemy dalej drogą 15 na Stryn. Coraz dłuĹźsze tunele nie robiły na nas juĹź wraĹźenia, ale widoki (słowo, które pojawia się często w opisie, ale bez niego nie byłoby o czym pisać) cały czas na najwyĹźszym poziomie emocji. Przejechaliśmy raptem kolejne 30 km i juĹź „musieliśmy” się zatrzymać. W czasie zjazdu kolejnymi serpentynami wraĹźenia uciekały za szybko. Jadąc dalej wzdłuĹź jeziora Strynevatnet mijamy Jostedalsbreen Nasjonalparksenter – Centrum turystyczne lodowca Jostedal. Lodowiec mamy w planie kolejnego dnia, więc zostawiamy je bez Ĺźalu. Stryn, miejscowość turystyczna, pełna ludzi, samochodów i kolorowych reklam nie robi na nas dobrego wraĹźenia po raczej nieskaĹźonych ludzką działalnością przejechanych kilometrach. Szybko tankujemy benzynę (13,88 NOK/l) i zmieniając plany, postanawiamy obiad zjeść gdzieś dalej. Szosa 60 wije się wzdłuĹź brzegu Faleidfjord (odnogi Nordfjord) przez kolejne turystyczno-wypoczynkowe miasteczka. Na szczęście dość niespodziewanie odbija od wody i ostro w górę (kolejne serpentyny) dociera do grzbietu góry, gdzie odnajdujemy nietypowy, bo wybudowany w nowoczesnym stylu hotelik i restaurację (Karistova Hotell – http://www.karistova.no/). Widok z okien od stolika znakomicie przyprawia nam podane dania miejscowej kuchni. Dobrze po 15:00 ruszamy dalej i po ostrym (nic nowego ) zjeĹşdzie, wzdłuĹź biegnącej głęboką doliną rzeki jedziemy międzynarodową E39 na południowy zachód. Po około godzinie skręciliśmy w lewo w zaczynającą się tu drogę 13, biegnącą aĹź do Stavanger. Naszym celem jednak było nie to odległe miasto (prawie 500 km na południe), lecz przejechanie początkowym jej odcinkiem, kolejnym z turystycznych szlaków Norwegii. Niespodziewanie dość, zaraz za wioską Vallestad, po lewej stronie szosy zobaczyliśmy kolejne spienione wody rzeki (jak się okazało – Gaula). Zjechaliśmy z szosy, ale nie trafiliśmy na parking, tylko na polną drogę biegnącą wprost przy rwącej wodzie. Ciekawostką była mini elektrownia wodna czerpiąca energię ze spadającej wody.

     Na kolejnym odcinku, coraz ciekawszej widokowo, pnącej się ostro w górę przez malutkie wioski przycupnięte nas stokach, drogi spotkaliśmy się z nieznaną z polskich dróg sytuacją. Jadący przed nami kierowca autokaru, widząc, Ĺźe biedzimy się jadąc powoli za nim i nie mogąc go w Ĺźaden sposób, z powodu licznych zakrętów, wyprzedzić, po prostu zatrzymał się na kolejnej mijance i gestem dał znać abyśmy pojechali przed nim. I dzięki temu uprzejmemu kierowcy mogliśmy zachwycać się nowymi widokami na kolejnych serpentynach, którymi zjeĹźdĹźaliśmy w kierunku do Sognefjord i miejscowości Dragsvik. Coraz niĹźsze słońce juĹź na pomarańczowo oświetlało zbocza po przeciwnej stronie kotliny, kładąc długie cienie na wodzie. Z Dragsvik do Vangsnes przepłynęliśmy promem (samochód z kierowcą i dwójką pasaĹźerów – 118 NOK).

Te kilkanaście minut odpoczynku dla kierowcy stało się dodatkową atrakcją dla nas wszystkich. Piękna pogoda, zachodzące słońce i spokojna woda fiordu zachwyciły nas kolejny raz tego dnia.

     Po wylądowaniu około 19:00 po drugiej stronie fiordu poczuliśmy, Ĺźe do celu juĹź coraz bliĹźej. Nie spodziewaliśmy się jednak, Ĺźe nie tak bardzo blisko i Ĺźe czekają nas jeszcze kolejne atrakcje widokowe i krajoznawcze. Najpierw wzdłuĹź brzegu przez miejscowość Vikøyri, a potem dalej drogą 13 na południe. Z zafascynowaniem patrzyliśmy na mijanych młodych ludzi, biegnących pod górę po jezdni na nartorolkach. Kolejne ośnieĹźone góry nie były juĹź czymś nowym, ale jazda przez wycięte w śniegu wąwozy (na kilka metrów wysokie ściany ze śniegu po obu stronach jezdni), biorąc pod uwagę temperaturę około +20oC i lipiec, robiła duĹźe wraĹźenie. Znowu zamarznięte jezioro (Skjelingavatnet), rewelacyjne serpentyny pod górę i spadające tuĹź obok wodospady, tunele, pasące się dosłownie wszędzie owce i wykuty w skale przejazd (jak te śnieĹźne ściany wcześniej), serpentyny w dół i kolejny wodospad (Sendefossen) – minęliśmy w drodze do Vinje, w którym skręciliśmy juĹź na drogę E16 prowadzącą wprost do Gudvangen. Po całym dniu (była juĹź 20, choć słońce nie zamierzało wcale zajść do końca) nie mieliśmy juĹź właściwie, jak zachwycać się widokami kolejnej doliny, otaczających ją gór i spływających z nich nitek wodospadów. Bez refleksji minęliśmy Stalheim (mieliśmy w planie zobaczyć go kolejnego dnia) i wijącą się po brzegach rzeki Nærøydalselvi drogą, uparcie dążyliśmy do wynajętego domku. Na miejsce (Gudvangen – Ramsøy) dotarliśmy około 20:30, gdzie oczekiwał na nas właściciel z Ĺźoną.

Po krótkim instruktaĹźu obsługi i wpłaceniu kaucji (600 NOK) objęliśmy na tydzień pomalowany na czerwono, drewniany, piętrowy dom z trzema sypialniami, dwoma salonami, kuchnią i dwoma łazienkami, w pełni wyposaĹźony w stylu norwesko-anglosaskim.  (Novasol: dom N23095)

     Ten najdłuĹźszy w podróĹźy dzień, pełen zaskakujących i zapierających dech w piersiach widoków, krajobrazów i nowych dla nas przeĹźyć, po przejechaniu ponad 500 km zakończył się wreszcie własnoręcznie zrobioną kolacją i zachwytem nad tym co widzieliśmy za oknem – perspektywą we wspaniały fiord oświetlony wreszcie zachodzącym słońcem, kładącym ostatnie promienie na szczytach okalających dolinę.


Dzień 11 - 6 lipca 2008 (niedziela) Gudvangen - Bergen - Gudvangen (300 km) Trasa w Mapy Google

     Po poprzednim dniu trudno było wstać zgodnie z planem, ale piękna pogoda (powtarzam się, ale towarzyszyła nam właściwie cały czas) i plany na ten dzień ułatwiły decyzję. Około 9.30 po śniadaniu i rannej, przydomowej sesji fotograficznej jechaliśmy do Bergen. Spokojnie i bez emocji przejechaliśmy prawie 200 km drogą E16 do Bergen. Bez emocji nie oznaczało, Ĺźe po drodze nie było widokowo-turystycznych atrakcji. Krajobrazowe wspomnienia przytłumiły zachwyt wzbudzany oświetlonymi, jeszcze nisko stojącym słońcem, zboczami dolin, urwiskami nad kolejnym fiordami (Bolstadfjord i Veafjord – odnogami Hjeltefjord) i biegnącą znów nad samym brzegiem wody, krętą szosą. Przed miastem bramki opłat za wjazd – 15 NOK w monetach przygotowanych wcześniej ułatwiło sprawny przejazd.

     Po standardowym krążeniu po uliczkach (mimo GPS), zaparkowaliśmy na kilkupoziomowym parkingu podziemnym prawie w samym centrum miasta (EUROPARK, Markeveien 7). Bergen przywitało nas nietypową dla siebie, ostro słoneczną aurą (jest to miasto, które ma najwyĹźszą średnią opadów w Norwegii i w którym średnio raz na dzień pada deszcz). Kolejne zwiedzanie według opracowanej przez Anię trasy rozpoczęliśmy od placu króla Olafa V i dalej w kierunku na północny wschód do Torget.

     Bergen, jedno z najstarszych miast w Norwegii (około 1070 r.) i obecnie drugie pod względem wielkości, było jedną ze stolic Norwegii (XII-XIV w.). Od XIV wieku jedno z wiodących miast hanzeatyckich. Kupieckie tradycje miasta dominują i dziś w jego charakterze, a większość zabytków ma hanzeatycki rodowód. Niestety częste poĹźary spowodowały, Ĺźe jedynie kilka budynków pochodzi z okresu wcześniejszego niĹź XVIII-XIX wiek. W centrum Bergen, przy samym porcie znajduje się targ rybny, gdzie moĹźna kupić wszelakiego rodzaju świeĹźe i wędzone ryby i owoce morza.

Oczywiście nie mogliśmy się powstrzymać i za jedyne 20 NOK kupiliśmy bułkę z wędzonym łososiem. Na bardziej odwaĹźne rybne wynalazki nie mieliśmy jednak ochoty, choć kusiły kolorami i kształtami na rewelacyjnie czystych straganach. Zaraz obok stoisk ze spoĹźywczymi darami morza znajdują miejsce takĹźe sprzedawcy innych morskich i nie tylko typowo norweskich wyrobów: skóry fok, reniferów i polarnych lisów i wilków, dziergane na drutach swetry i szaliki oraz mnóstwo innych gadĹźetów dla turystów. Bryggen (http://www.stiftelsenbryggen.no/), zarejestrowana na liście światowego dziedzictwa UNESCO, dzielnica portowa bogatych, niemieckich kupców, składająca się z drewnianych domów o kolorowych elewacjach, najbardziej zainteresowała Małgosię, fankę ciekawych, drewnianych form architektonicznych. Za fasadami kryły się długie (nawet ponad 100 metrów) domy, pomiędzy którymi w wąziutkich przejściach odnaleźć moĹźna wejścia do restauracji, knajpek, sklepików i małych muzeów. To miasto od samego początku wydawało nam się duĹźo bardziej nastawione na światowych turystów niĹź zwiedzane niedawno Trondheim. Idąc dalej wzdłuĹź nabrzeĹźa i mijając kolejne kolorowe frontony, doszliśmy do leżącego trochę na uboczu kościoła Mariackiego (Mariakirken). Najstarszy oryginalny budynek w Bergen, pochodzący z pierwszej połowy XII wieku, jest jednym z najsłynniejszych romańskich kościołów w Norwegii. Niestety obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz, bo akurat był zamknięty dla turystów (niedziela, godzina 13:30). Dalej nasza przewodniczka poprowadziła nas do kamiennej twierdzy Bergenhus (http://www.nasjonalefestningsverk.no/bergenhus) z XIII wieku ze słynną Håkonshallen (salą Hakona IV – największą salą królewskiej rezydencji w XIII wiecznym Bergen) i wieżą Rosenkrantz z 1560 roku górującą nad wejściem do portu. Przy kasie do muzeum (http://www.bymuseet.no/) z zaskoczeniem dowiedzieliśmy się, Ĺźe w cenę biletu (40 NOK – dorośli, 20 NOK – studenci, dzieci bezpłatnie) wliczone jest zaproszenie do muzealnej kawiarni na filiĹźankę kawy. Po obejrzeniu ciekawej ekspozycji i widoku Bergen z wieĹźy, taka kawa i ciastko były miłym przerywnikiem w zwiedzaniu.

     Po 14:00 dość sprawnie przemaszerowaliśmy z powrotem przez Bryger, Torget, niedaleko Byparken, aby dojść do kościoła św. Pawła (Nygårdsgaten 3; http://bergen.katolsk.no/) na Mszę św. o godzinie 15:00. W tę niedzielę po polsku. Nawet odprawiający Mszę św. ksiądz w czasie kazania podkreślił niezwykłość słonecznej pogody.

     Po liturgii poczuliśmy bardziej cielesne potrzeby i zaczęliśmy szukać miejsca na obiad. Przy mijanym juĹź wcześniej placu Króla Olafa V wypatrzyliśmy dość klasycznie wyglądającą restaurację Dickens (http://www.dickensbergen.no/ Kong Olav V's Plass 4), gdzie w niedzielne popołudnie w ramach przedłuĹźonego lunchmeny zamówiliśmy dla Małgosi Bergensk Fiskesuppe (zupę rybną, nie tak smaczną jednak jak w Trondheim), dla Ani Dickens burger (niby prosty hamburger, ale z frytkami pionowo włoĹźonymi w szklaneczkę i ogromną ilością sałatki) i dla mnie Laks Lunch (łosoś z frytkami i sałatką). Do tego herbata. Wszystko smaczne, ale bez rewelacji, za skromne 545 NOK, co na standardy norweskie i połoĹźenie restauracji było i tak bardzo tanie. Około 17:00, z daleka patrząc na katedrę św. Olafa, wróciliśmy do samochodu obawiając się coraz ciemniejszych chmur nadpływających znad morza. I ten dzień meteorolodzy mogli zaliczyć do deszczowych w Bergen, ale my byliśmy juĹź w drodze powrotnej do Gudvangen. Około 20:00 dotarliśmy na miejsce, gdzie wreszcie dogoniła nas ulewa i widziany z okna fiord nabrał dramatycznego wyglądu. Huczące po dachu strumienie wody z deszczu i spadających ze zbocza, pod którym stał nasz dom, wodospadów nie przygnębiły nas bardzo. Małgosia kontynuowała sesję zdjęciową stylowych wnętrz domu, a my z Anią robiliśmy kolejne zdjęcia widoków zalewanych falami burzowego deszczu.


Dzień 12 - 7 lipca 2008 (poniedziałek) Gudvangen - Aurland - Voss - Gudvangen (230 km)

Trasa w Mapy Google

     Rano, po nocnej burzy i ulewie pozostały juĹź tylko niezbyt gęste chmury, a oświetlające mokre jeszcze skalne zbocza nad fiordem słońce, fantazyjnie dodawało uroku i tak pięknym widokom. Oczywiście, zanim ruszyliśmy na zaplanowaną na ten dzień wycieczkę, zrobiliśmy kolejne dziesiątki zdjęć. Uwiecznione zostały między innymi stateczki pływające po fiordzie oraz płynące po urwiskach ostre cienie chmur przeganiane przez wiatr. Z porannych wiadomości telewizyjnych dowiedzieliśmy się skąd bierze się hałas na drugiej stronie fiordu, zaraz przy porcie. Okazało się, Ĺźe nocna burza była przyczyną osunięcia się lawiny na jedyną drogę prowadzącą do wsi Bakka, a rumor powodowały ciężkie maszyny robocze próbujące usunąć ciężkie głazy.

     Tego dnia w planie nie mieliśmy Ĺźadnych intensywnych wraĹźeń i chcieliśmy potraktować go raczej odpoczynkowo: kilkadziesiąt kilometrów po okolicach, spoĹźywcze zakupy i zatankowanie benzyny.

     Pierwszy etap to 30 km do Aurland (Aurlandsvangen), małego miasteczka gminnego będącego dobrym miejscem do rozpoczynania wycieczek w góry i przystanią w wyprawach po fiordzie. Korzystając ze słonecznej pogody pojechaliśmy dalej w górę, do platformy widokowej na wysokości 500 m n.p.m. Po pokonaniu stromych i jak zwykle wąskich serpentyn, które na zaprawionych juĹź do takiej jazdy pasaĹźerkach, nie zrobiły większego wraĹźenia (moĹźe poza okrzykami typu: „Jaki piękny widok! Otwórz okno i zatrzymaj się !”) dojechaliśmy do parkingu przy platformie widokowej. Południowe słońce dość łatwo pokonywało rwące się chmury, a rozpościerający się widok na leżący ponad 500 metrów poniĹźej Aurlandsfjord sprawiał oszałamiające wraĹźenie. Platforma zbudowana jest w formie kilkunastometrowego pomostu otwartego na fiord, zamkniętego jedynie szklaną szybą na końcu, prawie niewidoczną. Spojrzenie w dół było jedynie dla odwaĹźnych, ale bezkresny horyzont z głęboką rysą fiordu i chmury na wysokości oczu rekompensował potencjalne ryzyko.

     Nie wróciliśmy tą samą drogą, lecz postanowiłem pojechać przez Snøvegen (drogę śnieĹźną), nieczynną w zimie i rewelacyjną widokowo (według przewodników). Rzeczywiście polecamy ten szlak. Na dole było ok. 20-25oC, a na płaskowyĹźu, pomiędzy kilkumetrowymi zaspami śniegu, raptem 5-6oC. Dzikie przestrzenie, wąska wstążka szosy i wszędobylskie owce na pozbawionej drzew i krzewów powierzchni, urozmaicanej gdzieniegdzie przez zamarznięte jeziorka i z rzadka pojawiające się czerwone domki z białymi oknami i dachami zarośniętymi trawą – to był krajobraz jaki spotkaliśmy na tej drodze. Około godzinna podróĹź, którą warto odbyć choć raz, nie goniąc przez wybudowane niedawno skróty i ułatwienia. Zjazd w kierunku do Lærdalsøyri, centrum gminy Lærdal prowadził szosą przylepioną do zbocza malowniczo opadającej kotliny.

 

Teraz zawróciliśmy juĹź drogą 5 i kolejno E16 do najdłuĹźszego tunelu na świecie, Lærdalstunnelen, mającego 24,5 kilometra długości. Aby przejazd nie był monotonny, co ok. 8 km wykuto w skale ogromne groty-sale, podświetlone w kolorach nieba i lasu, w których znuĹźone oczy mogą na chwilę odpocząć od jednostajnego rytmu lamp oświetlających tunel. Dla Małgosi, nie lubiącej bardzo zamkniętych pomieszczeń, było to nie lada wyzwanie, ale kaĹźdy juĹź kolejny tunel na naszej trasie nie robił na niej większego wraĹźenia. Wszystkie były przecieĹź krótsze , choć jeszcze tego samego dnia przejechaliśmy Flenjatunnelen (6 km), Gudvangatunnelen (11,5 km) i składający się z dwóch kawałków tunel pod przełęczą Stelheim (2,5 km).

     Jadąc dalej drogą E16 minęliśmy ponownie Aurland, Flam, Gudvangen i wśród ciemniejących deszczowymi chmurami gór pojechaliśmy do Voss, gdzie zaplanowaliśmy obiad, zakupy i tankowanie. Voss, duĹźa stacja zimowych sportów, leżące pomiędzy górami, nad jeziorem Vangsvatnet miasto. W lecie staje się centrum turystycznym dla wypraw nad fiordy. W pobliĹźu miasta jest Ĺşródło, z którego butelkowana w charakterystycznego kształtu opakowania, woda „VOSS” jest najdroĹźszą wodą mineralną dostępną w najbardziej luksusowych hotelach świata. My jednak, przywiedzeni do tego miejsca bardziej przyziemnymi potrzebami, w gęstniejącym deszczu, szukaliśmy miejsca do jedzenia i spokojnego parkingu (płatne miejsce przy ulicy – 10 NOK za godzinę) w pobliĹźu. Na głównym deptaku Voss, na ulicy Vangsgata jest wiele kafejek, barów i restauracyjek. Dość przypadkowo wybraliśmy Ringheim Kafe (Vangsgata 32 http://www.ringheimkafe.no/index.jsp). Jedzenie nie specjalne – kuchnia włoska (?) albo grecka (?) – nie zapamiętaliśmy. Ceny były niestety turystyczne (co w Norwegii przekłada się na „wysokie”), więc byliśmy jedynie zadowoleni, Ĺźe zaraz wracamy do domu. Zrobiliśmy szybkie zakupy spoĹźywcze w pobliskim sklepie „SPAR”. A na koniec wizyty w Voss, podeszliśmy jeszcze do wyjątkowego kościoła. Jednego z niewielu kamiennych norweskich kościółków, pochodzącego z XIII wieku Vangskyrkja, z nietypową ośmiokątną wieżą i ścianami o grubości ok. 2 m.

     Do Gudvangen wróciliśmy ok. 18:00 i zanim dotarliśmy do naszego domku, odwiedziliśmy turystyczne centrum miejscowości. Wybudowany w norweskim stylu ośmiokątny budynki, w formie ogromnego namiotu, mieści dużą restaurację i sklep z pamiątkami. W trochę mniejszym, stojącym obok, jest ciekawy hotel z ręcznie wykonanym wyposaĹźeniem w stylu wikingów. Wszystko dla turystów rozpoczynających lub kończących w leżącym obok porcie wycieczki po fiordzie. Nierzadko zdarza się, Ĺźe do wąskiego fiordu (250-500 metrów) wpływają wycieczkowe kolosy (np. Queen Elisabeth 2) o długości ponad 300 metrów i zabierające ponad 1500 pasaĹźerów w luksusowych kabinach. Niedaleko była teĹź stacja benzynowa (13,99 NOK/l) ze sklepem spoĹźywczym i myjnią dla TIR’ów.

     Dzień o wyjątkowo zmiennej pogodzie zakończyliśmy w ciepłym domku, przed którym powitały nas gospodarujące na pobliskiej łące owce, barany i kozy. Rozpogadzające się niebo zainspirowało dziewczyny do kolejnych zdjęć wnętrza domku, a prawie przed północą, równieĹź jasnych razem, fiordu i nieba, rozdzielonych prawie czarnymi skałami.


Dzień 13 - 8 lipca 2008 (wtorek) Gudvangen - Flåm - Gudvangen (37,5 km statkiem i 21 km autobusem )

Trasa w Mapy Google

     Niezbyt słoneczna, a nawet trzeba powiedzieć pochmurna pogoda nie nastrajały do planowanej wcześniej wycieczki na lodowiec. Na fiordzie pojawił się jeden z wycieczkowców. Mierzący raptem 155 metrów długości, sześciopiętrowy (nad linią wody) „Silver Cloud” od rana zajmował miejsce na idealnie płaskiej wodzie fiordu. Motorowe łodzie przewoziły chętnych pasaĹźerów na brzeg. Postanowiliśmy i my skorzystać z moĹźliwości podziwiania fiordu od strony wody i zrealizować planowaną wycieczkę promem z Gudvangen przez Aurland do Flåm. Po 11:00 przez otwarty dziób, zaokrętowaliśmy na prom ”Gudvangen” miejscowego przewoĹşnika ”Fjord1” (http://www.fjord1.no/ – 490 NOK za dwie osoby dorosłe i do dwójki dzieci – bilet rodzinny) pływający regularnie po tej trasie. Ponad dwugodzinna podróĹź pośród stromych zboczy, ponad 1500 metrowych gór, po wąskim fiordzie stanowi jeden z etapów turystycznej trasy nazwanej ”Norway in nutshell”.

     Mimo niezbyt wysokiej temperatury większość turystów, wśród których wycieczki Japończyków, Rosjan i prawdopodobnie innych nierozpoznanych nacji, ale i Polacy, została na górnym pokładzie. Dość ostry wiatr nie przeszkadzał fotoamatorom (wśród których i nasza trójka) w cykaniu dziesiątek i setek zdjęć nieporadnie oddających niesamowitą aurę jednego z najpiękniejszych fiordów – Nærøyfjord.

Minęliśmy „nasz” czerwony domek, który od strony wody wyglądał jeszcze bardziej fascynująco, przyczepiony do zbocza pod wysoką na przeszło 300 metrów pionową, skalną ścianą. Rejs promem lub statkiem nie jest jedynym sposobem na podziwianie fiordu od strony wody. DuĹźa grupa kajakarzy, których kajaki, maleńkie wobec naszego promu ginęły wprost na tle majestatycznych stromizn, zostawiały na powierzchni wody jedynie kreski mikro kilwaterów. Prom podpłynął do mijanej na brzegu wsi Bakka, z charakterystycznym maleńkim, białym kościółkiem. Płynęliśmy dalej napotykając rzadki na tych wodach jacht pod Ĺźaglami. Wiele nitek wodospadów spływających po 500 metrowych zboczach urozmaicało surowy wygląd skalnych urwisk. Kolejny przystanek to przysiółek Styvi, do którego nie ma innego dojazdu, jak tylko od strony wody. Tu poĹźegnaliśmy kilkoro turystów, których celem była piesza wędrówka z powrotem do Gudvangen. Zaraz po drugiej stronie fiordu następny pomost, ale statek nie przycumował do niego. Jedynie na końcu długiego bosaka trzymanego przez marynarza pojawiło się duĹźe pudło, które zostało zręcznie postawione na deskach. Okazało się, Ĺźe była to przesyłka dla jednego mieszkańców Dyrdal lub dalej w głębi leżącego Hjølmo, a prom słuĹźy jako jedyny środek transportu dla ludzi, poczty i innych towarów. Woda zaczęła się marszczyć, a my na naszym statku dopłynęliśmy do końca Nærøyfjord. Przylądek pomiędzy fiordami był teĹź końcem wyprawy grupy kajakarzy, którzy wyciągnąwszy kajaki na wysoki brzeg, odpoczywali przed drogą powrotną. Zaczął się Aurlandsfjord, a na jego brzegu przywitało nas Undredal, słynące z hodowli owiec. To tłumaczyło, skąd na urwistych i prawie bez roślinnych zboczach pojawiły się stada wylegujących i pasących się (?!!!) białych, brązowych i czarnych owiec i kóz. W oddali, na kolejnym zboczu moĹźna było spostrzec powiększające się kolorowe domki Aurlandsvangen. Tu znowu wracaliśmy do cywilizacji. Na brzegu stały świeĹźo wybudowane pensjonaty, a po przyczepionej do stoku drodze jeĹşdziły samochody i ciężarówki. Po krótkim postoju w porcie kapitan skierował dziób promu do Flåm. Z odległości kilku kilometrów zobaczyliśmy cumujące na fiordzie trzy duĹźe wycieczkowce. Tym razem to my poczuliśmy się lilipucim stateczkiem wobec dwustumetrowych i prawie dziesięciopiętrowych olbrzymów. Były to „Discovery”, „Balmoral” i znany nam juĹź „Silver Cloud”, jako jedyny i ten najmniejszy przycumowany wprost do nabrzeĹźa. I nasz prom przycumował obok, wprost przy stacji kolejowej Flåm. Pełni wraĹźeń, nasyceni wiatrem i ciężsi o megabajty zrobionych zdjęć zeszliśmy na brzeg. Po wizycie w kolejnym sklepie z norweskimi pamiątkami, gdzie zaspokoiliśmy potrzebę sprawienia prezentów naszym najbliĹźszym, poszliśmy na peron. Jednak zniechęceni przez pana Ramsøy’a, właściciela naszego domku, nie postanowiliśmy pojechać jedną z „największych, turystycznych atrakcji Norwegii”, czyli Flåmsbana (http://www.flaamsbana.no/). Po ilości turystów wsiadających do potężnych wagonów ciągniętych przez jeszcze potężniejsze lokomotywy, oceniliśmy trafność naszej decyzji. Widoki, nawet najbardziej fascynujące, nie mogły być inne, niĹź te które juĹź oglądaliśmy, lecz w bardziej naturalnych warunkach, bez setek ludzi wokoło. Nie podwaĹźam oceny bedekerów, ale to rzeczywiście miała być „Norwegia w pigułce”, a my mieliśmy szczęście widzieć Norwegię nie tylko w pigułce.

     Chmury nie rozwiały się, a my mieliśmy juĹź ochotę wrócić do przytulnych pokoi z widokiem na fiord. Zakupy na obiad w miejscowym mini-markecie i na przystanek lokalnego autobusu, którego odjazd zaplanowany był na 15:00. Za 2 razy po 46 NOK i raz 35 NOK w 20 minut znaleĹşliśmy się w Gudvangen. I tym razem na drodze do drzwi naszego domku stało stado brązowo-czarnych owiec. W czasie, gdy Małgosia robiła domowy obiad, usiadłem przy oknie na parterze i zapatrzyłem się na fiord. Na pytanie, o czym myślę, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, Ĺźe zupełnie o niczym, tylko zapatrzyłem się na niewątpliwy cud natury, jakim jest ten język morza wrzynający się głęboko w ląd między strome góry.

    

Korzystając z tego, Ĺźe cienka warstwa chmur nie przytłumiała słonecznego światła, wyszliśmy z Anią na wieczorny spacer po okolicy. Oczywiście z nieodłącznymi aparatami fotograficznymi. To, co zostało uwiecznione na zdjęciach – bardzo piękne ujęcia fiordu, pasących się owiec, startujących ptaków, roślin na łące i w przydomowym ogrodzie, rdzewiejących śladów cywilizacji nie mogącej się przeciwstawić naturze – nie moĹźe oddać rzeczywistości, która na zawsze zostanie w oczach i w pamięci.

     Po kolacji na spacer poszła teĹź Małgosia i dołoĹźyła do naszej kolekcji swoje zdjęcia z wieczornej sesji, której nie przeszkodziła póĹşna pora – ok. 21:30. Było tak samo jasno jak przez cały dzień. Białe noce były zjawiskiem, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić przez te kilka dni.

 


Dzień 14 - 9 lipca 2008 (środa) Gudvangen – Årdalstangen – Øvre Årdal – Hjelle – Vetti – Borgund – Undredal - Gudvangen (270 km)

Trasa w Mapy Google

     Rano obudziło nas słońce ostro oświetlające przeciwległą stronę fiordu i hałas ciężkiego sprzętu porządkującego dalej osuwisko po lawinie. Plan na ten dzień był dość prosty: wypoczętym po przerwie samochodem objechać turystyczne drogi w okolicy na wschód od Gudvangen, tzn. do Øvre Årdal, skąd godzinny spacer do Vettifossen, póĹşniej płatną szutrową Tindevegen (50 NOK) w poprzek masywu Jotunheimen i dalej Sognefjell albo do Lom i z powrotem, albo od razu przez Sogndal i promem zamknąć pętlę w Lærdal.

     Przejazd przez tunele z Gudvangen przez Lærdal (zjazd z E16 na drogę nr 5) do Åretun (dalej drogą 53) uśpił Anię całkowicie. W sumie nie ma się co dziwić – na przejechane 65 km, przeszło 45 km w tunelach. My z Małgosią nie mogliśmy oderwać oczu od panoramy fiordu oświetlonego południowym słońcem. Droga biegnąca starym zwyczajem po samym brzegu Årdalfjorden, na półce pod skalnym urwiskiem, urzekała jeszcze bardziej widokami pojawiającymi się za kaĹźdym zakrętem. Nie mogliśmy się powstrzymać, aby nie zrobić postoju i oddać się pasji fotografowania.

Prawie nierealny błękit nieba, odbijającego się w nieruchomej wodzie, ograniczonej skałami i oświetlonej stojącym za nami, nad wysokim zboczem, słońcem komponował się z zielenią nadbrzeĹźnych brzóz. Na samym końcu fiordu minęliśmy raczej nieciekawe i przemysłowe, choć malowniczo połoĹźone miasteczko Årdalstangen. Tu kończyło się morze i zaczęliśmy wspinać się w górę wzdłuĹź jeziora Årdalsvatnet do Øvre Årdal. Tu zostawiliśmy krajobrazową drogę 53 i przejechawszy przez miasteczko i most nad rzeką Utla, za wskazaniami GPS’u wjechaliśmy w kotlinę Utadalen i wzdłuĹź coraz węższej i bardziej rwącej rzeki dotarliśmy do wioski Hjelle. Przed samą wioską po prawej stronie huczał Hjellefossen, którym szerokie masy wody spadały z wysokości ponad 100 metrów. Podeszliśmy bliĹźej przez bujną łąkę i nasycone drobinami rozbitej wody powietrze znowu staraliśmy się zatrzymać w fotografii nasze emocje.

     Z połoĹźonego kilkaset metrów dalej parkingu wyruszyliśmy na wycieczkę (zgodnie z przewodnikiem 30-40 minutową) do najwyĹźszego wodospadu w Norwegii jakim jest Vettifossen (295 metrów). Coraz węższą doliną, otoczoną jeszcze bardziej stromymi zboczami, wzdłuĹź niknącej pod głazami i skalnymi półkami rzeką, zmienioną w rwący ostro górski potok o kolorze szmaragdów i turkusów, szliśmy raz ostro pod górę, raz łagodniej w dół. Po pół godzinnym marszu, dokumentowanym dziesiątkami zdjęć, doszliśmy do kolejnego, spływającego z lewej strony wodospadu, który podziwiać moĹźna ze szlaku tylko z oddali – Avdalsfossen. Nie był to jednak cel naszej wędrówki, która pod wpływem upalnej pogody stawała się coraz bardziej męcząca. Poszliśmy dalej i po zacienionej tym razem stronie doliny minęliśmy Hyljefossen – ostry przełom na towarzyszącym nam potoku. Po kolejnych 45 minutach coraz bardziej forsownych (jak na nasze moĹźliwości) podejść, nie wiedząc, jak długo jeszcze, zdecydowaliśmy, Ĺźe nasze 30-40 minut kończy się po ponad 1,5 godzinie i zawróciliśmy.

     Z perspektywy dzisiejszego pisania tej relacji wiemy, Ĺźe potrzeba było jeszcze 30 minut, we wszystko, co napisane w przewodniku wierzyć nie moĹźna, a dalibyśmy radę, lecz brakło pewności i przygotowania.

     Humory poprawiliśmy sobie kupując w sklepiku przy parkingu po wspaniale zimnym lodzie. Jednak przez czas poświęcony na tę, niezaplanowanie długą wędrówkę (którą jednak warto było odbyć, choćby przez te setki zdjęć – świadków naszych zachwytów), nie mogliśmy realizować wcześniejszych planów. Mimo to nie wróciliśmy do domu najkrótszą i najprostszą drogą. W Øvre Årdal skręciliśmy w prawo w drogę 53, która powiodła nas w górę, dziką i skalistą kotliną Tyedalen. Wysokogórski krajobraz, będący odbiciem zostawianych z lewej strony najwyĹźszych w Norwegii gór Jotunheimen, urzekał oczy. Rozrzucone w dalekiej perspektywie samotne turystyczne chatki z trawiastymi dachami przyciągały myśli o prawie pustelniczym Ĺźyciu w dzikiej i surowej krainie. DuĹźe przestrzenie urozmaicone polodowcowymi jeziorami, z których największym mijanym było Tyin (ponad 33 km2 ) z Ĺźalem zostawiliśmy za sobą i wróciwszy do międzynarodowej E16 skręciliśmy w prawo w kierunku Lærdal. Droga wiodła wzdłuĹź starego traktu królewskiego Kongevegen łączącego wschodnią i zachodnią Norwegię. Po około 40 kilometrach, przed godziną 17:00 zatrzymaliśmy się na duĹźym parkingu w pobliĹźu centrum turystycznego w Borgund Niedaleko znajduje się jedyny stavkirke, który pozostał do naszych czasów w nienaruszonym stanie (Borgund stavkirke).

    

Całkowicie drewniany kościół zbudowany został około roku 1180. Za 140 NOK kupiliśmy rodzinny bilet i tym razem (w odróĹźnieniu od Lom) wyjątkowo bez towarzystwa obejrzeliśmy ten wspaniały zabytek norweskiej architektury i od zewnątrz i od środka. Obok starego kościoła znajduje się czynny, murowany kościół, którego architektura nawiązuje do stylu stavkirke, i który jako tło na zdjęciach podkreśla wyjątkowość tego pierwotnego. W centrum turystycznym ciekawa wystawa poświęcona historii Borgund, stavkirke i całej okolicy. Okazało się jednak, Ĺźe nie samymi wraĹźeniami człowiek Ĺźyje i na widok skromnie, ale smacznie wyglądającego bufetu poczuliśmy ssanie w Ĺźołądkach. Szybko skorzystaliśmy z oferty i napełniliśmy puste brzuchy naleśnikami z czekoladą.

     W błogich nastrojach ruszyliśmy dalej drogą E16, która niestety zapełniła się innymi pojazdami, wśród których najwięcej ciężarówek i autokarów zasadniczo zwalniających i tak niezbyt szybką jazdę (przypominam, Ĺźe w Norwegi obowiązuje zasadniczo ograniczenie do 80 km/h). O wpół do siódmej po raz drugi tego dnia pokonaliśmy Lærdalstunnelen. Mijając Flåm przypomnieliśmy sobie o leżącym trochę na uboczu Undredal, w którym, o czym czytaliśmy wcześniej, jest najmniejszy stavkirke, mieszczący tylko kilkanaście osób. Zaraz po kolejnym tunelu, odbiliśmy w prawo w drogę 601 szerokości co najwyĹźej jednego osobowego samochodu. Poprzez zieloną dolinę pełną łąk i pastwisk dotarliśmy do celu. Widziane tym razem z brzegu, Undredal potwierdziło swoje przywiązanie do hodowli owiec i kóz. Poza stadami pasącymi się w okolicy w centrum miejscowości znajduje się brązowy pomnik kozy wystawiony przez wdzięcznych mieszkańców. Drogowskazy do kościółka były dość mylące, więc nawet się nie spostrzegliśmy, jak przeszliśmy przez przydomowy sad jakiegoś autochtona. Ciekawy budyneczek z pomalowanymi na biało drewnianymi ścianami, pochodzący z roku 1147,

niestety był o tej porze (19:30) zamknięty, ale nie Ĺźałowaliśmy juĹź tego, bo po intensywnym, zwłaszcza w spacery, dniu mieliśmy ochotę jak najszybciej wracać do naszego domku nad fiordem. Jeszcze kilka ujęć fascynujących widoków na fiord i juĹź prosto do Gudvangen.

     Po kolacji znowu podziwialiśmy nienudzące się widoki na fiord, tym razem oświetlane na graniach i szczytach przez zachodzące około 22:30 na czerwono słońce. Ale nie przedłuĹźaliśmy dnia, bo następny zapowiadał się jeszcze bardziej atrakcyjnie.


Dzień 15 - 10 lipca 2008 (czwartek) Gudvangen – Breheimsenteret (Jostedal) - Gudvangen (305 km)

Trasa w Mapy Google

     Bezlitosna, zupełnie nie wakacyjna pobudka o 7:00 wyrwała nas ze snu. Tak wcześnie, bo wyjazd spod domku nie póĹşniej niĹź o 8:00. W planie wyprawa na największy w Europie lodowiec Jostedalsbreen. W plecaki pakujemy, dotychczas tylko podróĹźujące z nami, buty do wędrówek, specjalne skarpety, rękawiczki, czapki i szaliki. Trochę po amatorsku (w końcu nimi jesteśmy) szykujemy herbatę do termosu, słodkie przekąski i zestaw podstawowy apteczki. PrzecieĹź pierwszy raz będziemy na lodowcu. Pewnie moĹźna byłoby się tym mniej przejmować, ale nie kosztowało nas to przygotowanie zbyt duĹźo. Zwłaszcza, Ĺźe wyczytana wcześniej w Internecie instrukcja mówiła o tym wszystkim.

     Zgodnie z planem wyjeĹźdĹźamy i pokonując znany zestaw tuneli na drogach E16 i 5 (te razem 40 kilometrów na 60 w sumie przejechanych), około 9:00 dotarliśmy do przeprawy promowej z Fodnes do Mannheller. Bilety za 155 NOK i o 9:15 odbijamy od kei. Przed nami stoi taki sam (przynajmniej pod względem koloru) VW Touran jak nasz. Wyglądająca na emerytów para Niemców wyciągnęła aparaty fotograficzne i podzieliła nasze zachwyty nad widokiem osłonecznionego fiordu o tak wczesnej porze. Na promie płynęła równieĹź wycieczka Polaków jadących niemieckim autokarem. Z ekwipunku mogliśmy wnioskować, Ĺźe kierunek mają podobny do naszego – lodowiec. Po wylądowaniu, dwupoziomowym tunelem przejechaliśmy do Kaupanger i dalej do Sogndalsfjøra. Zaraz za mostem nad Barsnesforden skręciliśmy w prawo w drogę 55 w kierunku Gaupne i Lom. Idealnie płaska powierzchnia wody, w której odbijały się malowniczo na zboczach usytuowane miasteczka, były wspaniałą inspiracją dla fotograficznej pasji Małgosi, która uwieczniała lustrzane obrazy. W Gaupne towarzyszący nam od promu bliĹşniaczy Volkswagen pojechał dalej drogą 55 na turystyczny szlak Sognefjell, którego nie dane nam było zobaczyć poprzedniego dnia, a my w prawo na drogę 604 doliną Jostedalen na północ. W pewnym momencie zorientowałem się, Ĺźe tylko ja podziwiam widoki krętej doliny, bo moje pasaĹźerki obie dosypiały wcześnie przerwany sen. Za miejscowością Sagarøy, po około 30 minutach jazdy droga 604 skończyła się, ale drogowskaz w lewo poprowadził nas dalej na Gjerde i Nigards. Po kolejnych 5 minutach ostrym łukiem pod górę i w lewo podjechaliśmy na parking przy Breheimsenteret – Centrum Parku Narodowego Lodowca Jostedal (www.jostedal.com). Spod nowoczesnego w formie architektonicznej, ale pasującego do ostrych, górskich krawędzi i spękanego lodowca, budynku widać było biały jęzor Nigardsbreen spływający kotliną do niebieskiego jeziora. Szybko kupiliśmy bilety na rozpoczynającą się za godzinę (było ok. 10:45) wędrówkę po lodowcu. Spośród kilku ofert wybraliśmy „Blåistur-kort – Short Blue Ice Trip” za 3x390 NOK, najkrótszy spacer po lodowcu w pełnym ekwipunku pod opieką wykwalifikowanego przewodnika (www.bfl.no). Znowu do samochodu i płatną drogą dojazdową (25 NOK) dojechaliśmy do parkingu koło przystani i magazynu wyposaĹźenia. Po zebraniu 10 osobowej grupy, wydaniu i dopasowaniu ekwipunku (raki, czekan i uprząż) oraz podpisaniu oświadczenia, Ĺźe udajemy się na wycieczkę na własną odpowiedzialność, za młodym (tak do 25 lat) przewodnikiem poszliśmy do łodzi.

Piętnastominutowy rejs po podlodowcowym jeziorze Nigardsbrevatnet do miejsca najbliĹźszego czoła lodowca i dalej juĹź na piechotę. Kilkaset metrów po wyszlifowanych przez lód skałach i dotarliśmy do czoła niebiesko-biało-szarego lodowca, który dopiero teraz przytłoczył nas swoją wielkością. Jeszcze instrukcja chodzenia po lodowcu i połączeni liną wkraczamy na zaskakująco brudną połać. Od razu teĹź odczuliśmy zasadniczą róĹźnicę temperatur. PoniĹźej, na gołym, skalnym podejściu prażące słońce i wystarczały krótkie rękawki T-shirt’ów. JuĹź pięć metrów wyĹźej słońce świeci jak przedtem, ale zimno od lodu takie, Ĺźe kurtki, czapki, szaliki, rękawice wcale nie wydają się przesadą. Do tego wiatr na dole mile chłodzący rozpalone czoła, tu wydaje się zamraĹźać, ciężkie od wspinaczki, oddechy. Od strony jeziora wycieczka nie wydawała się trudna, ale juĹź po kilkunastu minutach poczuliśmy, Ĺźe dokonaliśmy dobrego wyboru. Nie poszliśmy na króciutki spacerek z dziećmi po samym brzegu lodowca, ale teĹź nie porwaliśmy się na dłuĹźsze, kilkugodzinne wycieczki. Jednak miejska kondycja robi swoje. Przewodnik, po angielsku, opowiadał o mijanych formach lodowych. Wytłumaczył skąd na powierzchni tyle zanieczyszczeń – głównie jest pył, kurz i odchody ptaków w lecie wychodzące na wierzch topiącego się lodu. Nie wynika to na szczęście jeszcze z ogólnego zanieczyszczenia atmosfery. Na kolejnym odpoczynku dowiedzieliśmy się, Ĺźe niestety i ten lodowiec coraz bardziej się cofa, a zimowe przyrosty nie kompensują letniego topnienia. Choć jeszcze kilka lat temu czoło lodowca obejmowało coraz większy obszar. Globalne ocieplenie? A moĹźe chwilowe anomalia pogodowa?

Na pytanie, skąd niebieski kolor lodu, zwłaszcza tego, po którym płyną strumienie wody, teĹź uzyskaliśmy odpowiedĹş. Po wpływem słońca pod lodem wytapiają się puste komory z cienką warstewką wody, a ozon znajdujący się w powietrzu wnikając pod powierzchnię nadaje taki kolor. Raki przyczepione do butów i czekany w rękach niejednokrotnie przydawały się w ratowaniu przez upadkiem. Gdy po przeszło godzinie zaczęliśmy wreszcie schodzić w dół, kolejne zachwyty wzbudziły niebieskie leje w lodzie, w które z hurkotem wpadała woda. Widoki na kotlinę i prawie zielone, z tej perspektywy, jezioro dopełniały pełni wraĹźeń. Lodowiec nie jest stałą formą i codziennie moĹźna spodziewać się na nim innego układu szczelin, komór pod powierzchnią i innych niespodzianek, stąd spacer po lodowcu bez przewodnika jest niebezpieczny i w związku z tym niemoĹźliwy. Zmęczeni, a z dużą satysfakcją i zadowoleniem po dwóch godzinach zeszliśmy na skały. Poczuliśmy się pewniej i stabilniej. Droga powrotna do łodzi wydawała się jeszcze bardziej ekstremalna przez kontrast zimna i upału. Po powrocie do samochodu okazało się, Ĺźe było 25 oC w cieniu.

     Około 16:00 wróciliśmy do centrum turystycznego, gdzie przy herbacie zjedliśmy przygotowane w domu kanapki i kupione za zaskakującą cenę (bo taką samą jak w markecie w okolicach Gudvangen) lody. Po wpół do piątej ruszyliśmy w drogę powrotną do naszej „chatki”. Tym razem, zmęczone, ale naładowane emocjami, towarzystwo zachwycało się jeszcze mijanymi krajobrazami zalesionej doliny. Krótki postój w Sogndalsfjøra na zatankowanie benzyny (13,01 NOK/l) , promowa przeprawa przez Sognefjorden (kolejne 155 NOK), zestaw tuneli z zakupami w Aurlandsvangen i po stromym, szutrowym podjeĹşdzie wróciliśmy do czerwonego domku nad fiordem. Zadowoleni ze wspaniałego dnia, około 20:30 zasiedliśmy do ciepłej, warzywno-owocowej kolacji przygotowanej przez Małgosię. Następnego dnia mieliśmy wreszcie trochę odpocząć i program był mniej intensywny.


Dzień 16 - 11 lipca 2008 (piątek) Gudvangen – Stalheim - Tvindefossen - Bakka - Gudvangen (80 km)

Trasa w Mapy Google

     Wreszcie wyspani, wstaliśmy około 10:00 i po spokojnym śniadaniu wyruszyliśmy na poĹźegnalny samochodowy spacer po okolicy. Pierwszy etap to Stalheim, przełęcz pomiędzy Gudvangen i Voss. Prowadzi na nią droga z najbardziej stromym podjazdem – około 10 % na prostych odcinkach i do 15 % na zakrętach. Dotychczas jeĹşdziliśmy nowymi tunelami pod przełęczą, ale teraz kierownica mocno w dłonie i gaz do dechy. Gdyby nie to, Ĺźe droga wąska i pomiędzy zaroślami, nie byłaby juĹź niczym emocjonującym, a tak była ukoronowaniem serpentyn, po których jechaliśmy w Norwegii. Na górze zaparkowaliśmy niedaleko znajdującego się tam hotelu. Architektonicznie nic specjalnego, ale połoĹźenie rewelacyjne. Nie ma się co dziwić, Ĺźe w tym samym miejscu od 1885 roku odbudowywano kolejne hotele, na miejscu poprzednich niszczonych przez poĹźary.

    Zaszliśmy do środka, bo to jedyne moĹźliwe miejsce do podziwiania panoramy doliny Nærøy, która rozpościera się znad urwiska.

Wewnątrz trochę ocalałego wyposaĹźenia z poprzedników stoi pośród całkiem nowoczesnego wystroju. Usiedliśmy w hotelowej kawiarni, przy stoliku z pięknym widokiem na góry i dolinę. Razem z Anią podeszliśmy do bufetu, gdzie młoda kelnerka przyjęła od nas zamówienie – po angielsku. Za chwilę zwróciłem się do córki, aby wybrała sobie herbatę – po polsku. Na twarzy kelnerki pojawił się szeroki uśmiech – w ten sposób to dogadamy się szybciej, powiedziała po polsku. Okazało się, Ĺźe jest studentką turystyki z Krakowa, po raz kolejny dorabiającą sobie w czasie wakacji w tym hotelu. Nie była jedynym cudzoziemcem, a właściwie naleĹźała do większości obsługi hotelu, bo Norwegiem był chyba tylko szef (3 herbaty x 30 NOK !!!).

    Z hotelowego tarasu wyszliśmy do ogrodu i nad krawędĹş prawie stupięćdziesięciometrowej przepaści. Kolorowe kwiaty uspokajająco działały po spoglądaniu w dół, na płynący w dole strumień i samochody jadące bądĹş szybko po trasie do tuneli pod nami, bądĹş z mozołem wspinające się po stromych serpentynach.

     Łatwiejszą drogą w kierunku Voss zjechaliśmy do trasy E16. Po lewej stronie zostawialiśmy jezioro Oppheimsvatnet. Małgosi przygotowanej do fotografowania, tym razem udało się zrobić kilka ujęć ciekawej chatki, która za dach i jedną z ścian miała ogromny płaski głaz, skałę pod kątem wystającą ze zbocza. Po 20 minutach zaparkowaliśmy przy widowiskowym wodospadzie o trzech uĹźywanych zamiennie nazwach: Tvindefossen, Tvinnefossen lub Trollafossen. Z oglądanego w norweskiej telewizji (nawet zrozumieliśmy !!?!), programu krajoznawczego, dowiedzieliśmy się, Ĺźe woda spadająca z ponad 150 metrów szerokimi strumieniami, pochodzi prawdopodobnie z tego samego Ĺşródła, co ta butelkowana po 10 $ w Voss.

Skorzystaliśmy z jednej z rad niekonwencjonalnej prezenterki TV. Nie poszliśmy daleko w realizacji jej pomysłów i nie kąpaliśmy się nago w odmładzającym „prysznicu”, a jedynie wykazaliśmy się oszczędnością i wzięliśmy ze sobą dużą butelkę na wodę. W rozbryzgującej się na kamieniach wodzie razem z Anią wspięliśmy się do miejsca, gdzie woda swobodnie spadała z góry i napełniliśmy 1,5 litrową butelkę. W końcu, po odliczeniu ceny oryginalnych flaszek, „zaoszczędziliśmy” pewnie jakieś 20 $. Całą ekspedycję po wodę uwieczniała z dołu Małgosia.

    Około 13:00 zawróciliśmy w kierunku Gudvangen. Postanowiliśmy odwiedzić naszą gospodynię, która przy głównej uliczce miejscowości, w białym drewnianym domku, prowadziła sklepik z ręcznymi wyrobami pamiątkarskimi. Zachęcał nas do tego wcześniej jej mąż, wręczając wizytówkę sklepiku. Rzeczywiście było bardzo sympatycznie. Zostaliśmy poczęstowani kawą i herbatą oraz naleśnikami z truskawkami. Przez ponad pół godziny, korzystając z znanych zasobów słów angielskich i niemieckich, opowiadaliśmy o sobie nawzajem. Z opinii o oschłości Norwegów po raz drugi w czasie naszej wyprawy nic nie zostało. Potem obejrzeliśmy oryginalne wnętrze domu wypełnionego miejscowymi produktami i nie typowymi pamiątkami. Na pewno nie były to seryjnie produkowane souveniry, których pełno w sklepikach przy turystycznych atrakcjach, tylko autentyczne starocie. Zachwycona Małgosia zrobiła kolejnych kilkadziesiąt zdjęć. OdjeĹźdĹźając zostawiliśmy chyba zadowoloną z odwiedzin panią Ramsøy.

    Dziewczyny myślały, Ĺźe wracamy juĹź do domku, ale ja wykorzystałem przewagę kierowcy i pojechaliśmy jeszcze dalej. Koło portu minęliśmy oczyszczony juĹź z efektów lawiny plac przeładunkowy i wolną od głazów wąską jezdnią wjechaliśmy na drogę do Bakka. Chciałem zobaczyć nasz fiord z drugiej strony. DojeĹźdĹźając do tunelu – raptem 1750 metrów, nie spodziewałem się, Ĺźe napotkamy kolejną atrakcję. Tunel nie był oświetlany. WraĹźenie niesamowite. Ĺťeby choć trochę odstresować Małgosię i własnego lepszego samopoczucia jako kierowcy, zapaliłem dosłownie wszystko co ma do dyspozycji nasz samochód, włącznie ze światłami przeciwmgielnymi i awaryjnymi. I tak jeszcze długo po wyjeĹşdzie z ciemności, Małgosia nie mogła dojść do siebie. Na szczęście widok naszego domku z drugiej strony fiordu zrekompensował trochę ten stres. Kilka kilometrów do samego Bakka wiodło kolejną drogą o szerokości jednego samochodu, z mijankami co kilkaset metrów. Co jakiś czas mijaliśmy odgarnięte z drogi kamienie i głazy, pozostałości niedawnej lawiny. Inna niĹź dotychczas perspektywa, z której oglądaliśmy fiord potwierdziła naszą dotychczasową opinię na temat wspaniałości tego miejsca.

    Po domowym obiedzie, w czasie którego dość rzęsiście, ale krótko popadał deszcz, zrobiliśmy sobie kolejne sesje zdjęciowe fotogenicznego domku, ogródka i oczywiście fiordu. Wieczorem juĹź tylko pakowanie, bo ze smutkiem spostrzegliśmy, Ĺźe to juĹź nasza ostatnia noc w Gudvangen, a przed nami juĹź droga powrotna do Polski. Wpisałem nasz pobyt do pamiątkowej księgi gości w grubych drewnianych okładkach. Opisałem na „tylko” jednej stronie naszą wyprawę i zauroczenie Norwegią. Szybko połoĹźyliśmy się spać, bo w planie była pobudka o barbarzyńskiej godzinie 6:30 i wyjazd przed 9:00 w kierunku do Oslo.


Dzień 17 - 12 lipca 2008 (sobota) Gudvangen – Oslo - Larkollen (427 km)

Trasa w Mapy Google

    Budziki we wszystkich telefonach ustawione na 6:30 zapiszczały prawie równo. Za oknem, nad fiordem unosiły się malownicze mgły

odbijające się od nieruchomej tafli wody, a na skalnych urwiskach pojawiły się ostre cienie niskiego słońca. Niestety romantyczne widoki mogliśmy podziwiać tylko mimochodem. Pakowanie walizek i toreb, potem samochodu zakończyliśmy w planie i ok. 8:30 byliśmy gotowi do wyjazdu. Zgodnie z umową z firmą Novasol mieliśmy opuścić domek przed 9:00. Naszego gospodarza nie było jednak widać. Podeszliśmy do jego, niedaleko stojącego domu, ale i tam głucha cisza. Trochę zaniepokojony sięgnąłem za słuchawkę. I niestety cały, przewspaniały pobyt w Gudvangen zakończył się nieprzyjemnie. Właściciel nie widział problemu w tym, Ĺźe kaucję odda nam za dwa tygodnie, media rozliczy teĹź zaocznie, a w ogóle to o co chodzi ?! Po bezskutecznej próbie połączenia się z dyĹźurnymi (wg umowy) oddziałami Novasol w Norwegii i w Danii, oraz podliczeniu planowanych rachunków, postanowiliśmy wyruszyć w dalszą podróĹź bez rozliczenia.

    Zapisaliśmy stany liczników i trochę zestresowani opuściliśmy Gudvangen. W milczeniu pokonaliśmy ostatni raz Gudvagentunnelen i za Aurlandsvangen zjechaliśmy w prawo w drogę 50. Wybrałem tę drogę do Oslo, aby przynajmniej w części ominąć dość tłoczną, jak na warunki norweskie, międzynarodową E16, a korzystając z rewelacyjnej, w dalszym ciągu, pogody podziwiać kolejne krajobrazy. Ciągnącą wzdłuĹź rzeki Mørkedøla drogą zaczęliśmy wspinać się na kolejny płaskowyĹź leżący pomiędzy Hardangervidda (największym górskim płaskowyĹźem w Europie) i masywem Jotunheimen. Po kilkunastu kilometrach zaliczyliśmy następny drogowy „wynalazek” – ostre, wąskie serpentyny, częściowo schowane w słabo oświetlonych tunelach, a w nich chowające się przed nocnym chłodem, lub południowym skwarem owce. Jako kierowca bardziej musiałem zwracać uwagę na te ruchome przeszkody na i tak trudnej trasie, ale moje pasaĹźerki juĹź mogły zapomnieć niedawne przykrości i zachwycać się panoramą doliny z leżącym coraz bardziej poniĹźej pięknym jeziorem. Jedynym, co zakłócało niemal idealny widok, były kable wysokiego napięcia wychodzące z wodnej elektrowni, korzystającej z duĹźego spadku wody. Przez grzbiety Grindsfjellet i Hovdungafjellet przeprawiliśmy się nowymi, kilkukilometrowymi tunelami. Dalej na południowy-wschód jechaliśmy prawie po płaskim terenie wzdłuĹź duĹźego jeziora Strandavatnet, w którym odbijały się gęstniejące chmury. Powoli zjeĹźdĹźaliśmy w dół i około 11:00, niestety w padającym gęsto deszczu, dojechaliśmy do miejscowości Hol. Tu na chwilę zatrzymaliśmy się na parkingu, przy bardzo ciekawym stavkirke, którego dach zrobiony był z duĹźych płyt łupka, a ściany jak w innych kościołach tego typu były z ciemnego drewna. Z powodu nieciekawej pogody i goniących nas planów, nie wysiedliśmy z samochodu i zdjęcia robiliśmy przez uchylone okna.

     Dalej skręciliśmy w lewo w drogę nr 7, która wiodła juĹź przez nizinne okolice Hallingdal, w kierunku Oslo. Mijając kolejne kościoły słupowe, (lecz juĹź nie tak stare i interesujące), przez ciekawą z przyczyn językowych miejscowość Gol, krętą drogą w juĹź nie górskiej dolinie, dołączyliśmy z powrotem do E16. Przewidywania, co do większego ruchu, sprawdziły się i nie mogąc wykorzystać maksymalnej, dopuszczalnej w Norwegii prędkości 80 km/h, w mimo wszystko sprawnie poruszającej się kolumnie samochodów, spokojnie jechaliśmy w kierunku naszego dzisiejszego celu. Około 14:30, na 60 km przed Oslo postanowiliśmy zgodnie z planem zjeść obiad. Na obwodnicy Honefoss, w niczym się nie wyróĹźniającej, przydroĹźnej gospodzie – barze szybkiej obsługi (Ringerike Gjestegård – www.ringerike-gjestegaard.no) zjedliśmy szybki, lecz mimo to smaczny obiad za wyjątkowe 350 NOK.

    W Oslo, na bocznej uliczce Thor Olsens gate, zaparkowaliśmy o 15:30 (w sobotę od 14:00 postój w centrum Oslo jest juĹź bezpłatny) i na piechotę ruszyliśmy na krótką eksplorację, juĹź pogodnej i słonecznej, stolicy Norwegii. Po kilkunastu minutach doszliśmy do głównego deptaka, Karl Johans gate, gdzie trochę przeraził nas tłum turystów i gwar wielkomiejskiej ulicy. Byliśmy juĹź odzwyczajeni, po bardziej odludnych terenach północnej Szwecji oraz północnej i środkowej Norwegii, od takiej atmosfery. Popisujący się akrobaci i aktorzy, malujący na chodniku i na duĹźych kartach papieru graficy i malarze, stoiska ze słodyczami, przekąskami i pamiątkami – to właśnie spotkaliśmy w to sobotnie, letnie popołudnie. Trochę oszołomieni minęliśmy zasłoniętą doszczętnie rusztowaniami katedrę i poszliśmy w kierunku dworca kolejowego i portu, w którym w 12 kwietnia 2008 otwarto nowy budynek opery. Na terenie nieuĹźywanej juĹź części doków zbudowano (poniĹźej planowanych kosztów i przed czasem !!!), fascynujący nowoczesnością, biały jak lód budynek. I to lodowe skojarzenie było jak najbardziej słuszne – projektanci wzorowali się na formie góry lodowej wypiętrzającej się z morza. Szklane ściany i udostępniony do spacerowania dach z białego marmuru stały się nową atrakcją Oslo. W duĹźym kontraście do surowych widoków dzikich fiordów i skalnych urwisk, ten twór współczesnej cywilizacji, zrobił na nas niesamowite wraĹźenie, a panorama Oslo z samego szczytu wzbudziła podziw dla miasta. Foyer, równie nowoczesne jak forma zewnętrzna, klimatyzowanym wnętrzem dało nam chwilę wytchnienia od znowu upalnego dnia.

    Po krótkim odpoczynku, wróciliśmy na tłoczny pasaĹź. Minęliśmy Stortinget – budynek norweskiego parlamentu,

z daleka zobaczyliśmy Rådhuset – miejski ratusz, w którym odbywają się uroczystości wręczenia pokojowej nagrody Nobla i dotarliśmy na drugi koniec Karl Johans gate, gdzie na wzgórzu górującym nad miastem znajduje się pałac królewski (den Kongelige Slot). Klasycystyczny trzypiętrowy budynek, którego budowę ukończono w 1849 jest częściowo udostępniony dla zwiedzających. Wokół pałacu rozstawione są warty honorowe Ĺźołnierzy w tradycyjnych strojach. ZniĹźające się słońce dawało znać, Ĺźe czas goni, więc sprawnie obeszliśmy pałac wokoło i wróciliśmy do samochodu. JuĹź po 19:00 znaleĹşliśmy się na jednym z wielkich parkingów przy Frognerparken. Ten duĹźy park, połoĹźony na zachód od centrum Oslo, wykorzystywany przez mieszkańców do weekendowego wypoczynku, znany jest przede wszystkim jako park Vigelanda. Ponad 200 rzeĹşb tego norweskiego artysty zgromadzone na terenie miejskiego parku przyciąga setki tysięcy turystów. Przedstawiające nagie ludzkie postacie, splątane w nierealny sposób, zastanawiają, budzą kontrowersje, a dla nas były kolejnym elementem układanki pod nazwą Norwegia. Odurzeni zapachem setek kwitnących w pełnej krasie róĹź i wcale nie wieczornym słońcem około 19:40 zamknęliśmy drzwi samochodu i ruszyliśmy dalej na południe, w kierunku granicy norwesko-szwedzkiej.

    Po prawie godzinnej jeĹşdzie z zawrotną prędkością dochodzącą do 110 km/h (norweskie autostrady – E6), zjechaliśmy w prawo na drogę 119, którą dość szybko dotarliśmy do leżącego przy ujściu Oslofjorden, Larkollen. Tu w Støtvig Hotell (Larkollveien 801; N-1560 Larkollen – www.stotvig.no;) mieliśmy zamówiony nocleg. W ładnie połoĹźonym nad morzem (fiordy dalej wcinające się głęboko w ląd, nie mają tu juĹź tak stromych i wysokich skalnych brzegów) hotelu za 800 NOK dostaliśmy klucze do małego, przytulnego pokoiku na poddaszu z widokiem na marinę i morze. Choć zegarki mówiły, Ĺźe czas spać (22:00) poszliśmy jeszcze na spacer do portu jachtowego. Piękny widok na wysepki na fiordzie oświetlone dopiero zachodzącym słońcem i spokojne wody morza, w których odbijały się elegancie jachty i płynące w oddali promy stanowiły piękną oprawę wieczornego spaceru. Poza wysokimi chmurami na dalekim horyzoncie nic nie zapowiadało zmiany pogody. W dobrych nastrojach wróciliśmy do pokoju, na ostatnią noc w Norwegii.


Dzień 18 - 13 lipca 2008 (niedziela) Larkollen - Malmö - Kopenhaga (600 km)

Trasa w Mapy Google

    Rano obudził nas lejący deszcz, którego krople uderzające w dach, przenikliwym werblem nie pozostawiały złudzeń co do pogody. Około 8:00 zeszliśmy do całkowicie pustej restauracji na śniadanie i zaraz potem, po spakowaniu samochodu, w rzęsistej ulewie, akompaniamencie burzowych pomruków i iluminacji błyskawic, opuściliśmy tak miło zapowiadające się poprzedniego dnia miejsce. Na szczęście, jeszcze przed granicą, starłem wycieraczką ostatnie krople z szyby samochodu. Przez graniczny Iddefjorden prowadzi nowy, oddany do uĹźytku w 2005 roku most Svinesundsbrua – ostatni płatny w NOK przejazd (20 NOK) w malowniczy sposób spina łukiem dwa wysokie brzegi. Dwa kilometry na wschód leĹźy stary most (równieĹź płatny), który dla wielu osób podróĹźujących do Norwegii przed 2005 rokiem wpisywał się mocno w pamięć, jako ten pierwszy punkt w krainie fiordów. Dla nas było to ostatnie spojrzenie na Norwegię, z którą odtąd łączą nas niezapomniane wraĹźenia i fascynujące wspomnienia.

    Pomknęliśmy dalej, rozpędzając się do zapomnianej juĹź szybkości 130 km/h, która na szwedzkich autostradach jest oczekiwaną normą. Zaraz za granicą zajechałem na stację benzynową, przestawiając się na sporo niĹźszą cenę szwedzkiej benzyny (13,79 SEK/l). Dość nagle i niezgodnie ze wskazaniami GPS, stanowcze drogowskazy zażądały zjechania z wygodnej czteropasmowej szosy. Przez kilkadziesiąt kilometrów, w sznurku innych pojazdów zmniejszyliśmy średnią prędkość podróĹźną ostroĹźnie jadąc bocznymi drogami przez małe miasteczka. O tym co było przyczyną tak długiego objazdu dowiedzieliśmy się dopiero póĹşniej. Około za piętnaście dwunasta, znów juĹź na autostradzie po pięknym wiszącym moście minęliśmy Byfjorden Nie mieliśmy jednak czasu rozglądać się na boki i poza krótkim postojem przy markecie w okolicach Göteborga, w którym kupiliśmy drobiazgi dla kuzynów Małgosi, staraliśmy się nie zwalniać juĹź tempa. Wieczorem mieliśmy być w Kopenhadze.

    W okolicach Helsinborg, po 14 dniach i przeszło 5 000 kilometrach w samochodzie, zamknęliśmy pętlę naszego objazdu wokół półwyspu Skandynawskiego, a przynajmniej jego części. Ok.  wpół do trzeciej dojechaliśmy do Malmö. Tu po krótkim poszukiwaniu po osiedlowych uliczkach znaleĹşliśmy się u przesympatycznych Justyny i Pawła, którzy zaprosili nas na obiad. Po przeszło dwóch tygodniach Ĺźywienia się w gospodach i restauracjach, bądĹş na chybcika własnoręcznie przyrządzonym jedzeniem, domowy obiad w szwedzko-polskim stylu był bardzo miłą odmianą. Dwugodzinna wizyta skoczyła się jednak szybko, a my po zatankowaniu do pełna (moĹźe wystarczy do Polski), przez znaną juĹź przeprawę mostowo-tunelową pod cieśniną Sund wjechaliśmy do Danii i wokoło Kopenhagi dojechaliśmy do jej północno-zachodnich przedmieść – Ballerup.

    Lautruppark Hotel (Borupvang 2; 2750 Ballerup – www.lautruppark.dk – trzyosobowy pokój za 910 DKK) okazał się biznesowym hotelem w biurowo-uniwersyteckiej okolicy. Szybkie wypakowanie, przebranie i o 19:00 byliśmy juĹź przed odległą o kilka kilometrów kaplicą św. Antoniego (Skt. Antonie Kirke, Frederikssundsvej 225, Brønshøj www.vorfrueogsktantoni.dk), gdzie uczestniczyliśmy w Mszy św. po polsku. Trochę zmęczeni postanowiliśmy jednak zrobić wieczorny spacer po starym centrum Kopenhagi – København. Zaparkowaliśmy zaraz za Rosenborg Have (Ogrodem Rosenberg) i korzystając z pogodnego i jasnego wieczoru (20:20), poszliśmy w kierunku pałacu Amalienborg. Kolejnej rezydencji kolejnego panującego króla, którą mieliśmy okazję zobaczyć. Ośmiokątny plac zabudowany czterema takimi samymi rokokowymi pałacami. Przed nimi nieodłączna warta honorowa w futrzanych czapach przy czerwonych, ośmiokątnych budkach, robiących wraĹźenie jak z bajki. Istniejące w jednym z pałaców Muzeum Pałacowe, było juĹź oczywiście nieczynne, ale mieliśmy pełną świadomość, Ĺźe do tego miejsca naleĹźy przyjechać jeszcze raz. Prosto przez plac doszliśmy do portu kontrastującego nowoczesnością z zabytkowymi budynkami. W dali, przy nabrzeĹźu Inderhavnen stał kilkunastopiętrowy pasaĹźerski liniowiec przewyĹźszający wszystkie okoliczne budynki raczej nisko zabudowanego centrum. WzdłuĹź nabrzeĹźa Amalienhaven dotarliśmy do tętniącego Ĺźyciem, mimo coraz póĹşniejszej pory, Nyhaven – ulicy nad portowym kanałem wcinającym się w środek miasta. Stare kamienice, jako jedne z niewielu ocalały z częstych poĹźarów.

Nastrojowe knajpki i restauracje pełne turystów opanowały wszystkie partery i mieszcząc się w budynkach wyszły w postaci kolorowych ogródków na ulicę. Po kanale pływały barki, których sternicy wyczyniali cuda przepływając pod niskimi mostkami i manewrując kilkudziesięciometrowymi łodziami w wąskim, przez stojące przy brzegu jachty, kanale. Barki to obecnie kolejna atrakcja dla turystów, którzy z przewodnikiem i przy muzyce (od jazzowej do ludowej) z poziomu wody chcą obejrzeć miasto. Kolorowe kamienice, podobne do tych, które znamy z Gdańska, fotogenicznie ustawiły się w szeregu oświetlone coraz bardziej czerwonymi promieniami słońca.

    Dochodząc do końca Nyhaven dotarliśmy do Konsens Nytorv – Nowego Placu Królewskiego, z centralnie połoĹźonym pomnikiem króla Christiana V, pałacami Charlottenborg i Thott, Teatrem Królewskim oraz osiemnastowiecznym hotelem D'Angleterre. Chłonęliśmy atmosferę wieczornej Kopenhagi, ale sił juĹź brakło. Wróciliśmy do samochodu, Ĺźeby moĹźe jeszcze przy jego pomocy zobaczyć więcej. Po dwóch kółkach po jednokierunkowych uliczkach zaparkowaliśmy znowu, przy H.C. Andressens Boulevard prawie naprzeciw Tivoli – załoĹźonego 1843 parku rozrywki. Na zegarkach 22:00, a z alejek parku dobiegały odgłosy wspaniałej zabawy. My skręciliśmy jednak w drugą stronę i minąwszy Ratusz (Radhuset) w stylu włoskiego renesansu, z ponad stumetrową wieżą, weszliśmy na Strøget – najdłuĹźszy handlowy deptak w Europie (ponad 1,2 km). W związku z tym, Ĺźe nie było naszym celem robienie zakupów, ani nawet oglądanie oferty setek sklepów i sklepików, mogliśmy cieszyć się miłą i nie nadętą atmosferą Ĺźyjącego jeszcze o tej porze miasta. Malujący portrety artyści, wykładali swoje prace wprost na ulicy, inni przygrywali na instrumentach oczkując na hojność przechodniów. Mimo wszystko póĹşna pora pozwalała nam na dość swobodny spacer. Wiedzieliśmy, Ĺźe w godzinach bardziej szczytowych i turystycznych, przez tę w miarę nie szeroką ulicę trudno się przecisnąć. Po kilkunastu minutach skręciliśmy w prawo, tak aby powoli wracać juĹź do auta. Na kolejnych uliczkach ludzi było jeszcze mniej, ale na mijanych placykach i w kawiarnianych ogródkach w okolicy uniwersytetu widzieliśmy bawiących się ludzi. W kolejnym zaułku usłyszeliśmy Ĺźydowską muzykę, a zaraz potem zobaczyliśmy wysypujący się z lokalu (CafeTeatret; Skindergade 3 – www.cafeteatret.dk) tłumek podrygujących ludzi. Wraz z animatorami całej zabawy uczyli się jakiegoś Ĺźydowskiego tańca.

    Prawie o wpół do jedenastej doszliśmy do Rundetarn – okrągłej wieĹźy z siedemnastego wieku, zbudowanej pierwotnie jako obserwatorium astronomiczne, a obecnie wykorzystywanej jako punkt widokowy. Na 36 metrową wieżę ponoć wjechał konno car Piotr Wielki, a caryca Katarzyna kazała wwieźć się tam karetą. 16-metrowa średnica budynku z szerokimi schodami uprawdopodabnia tę opowieść. Wśród staromiejskich zabudowań spotkaliśmy kilka zupełnie nowoczesnych w formie obiektów małej architektury, np. pomniki zgniecionej puszki na piwo (pewnie Tuborg), papierosowego peta i innych wytworów współczesnej cywilizacji. Podświetlane przez zupełnie juĹź zachodzące słońce chmury nad czarnymi sylwetkami wieĹź i zabytków Kopenhagi stały się tematem fotograficznych sesji moich dziewczyn, a ja podziwiałem to juĹź tylko przez szybę samochodu, ostroĹźnie kierującego się do hotelu, gdzie dotarliśmy dobrze po 23:00.

    Tak jak po krótkiej wizycie w Gamla Stan w Sztokholmie, przerwanej przez siły natury i jeszcze bardziej pobieĹźnej wizycie w Oslo nie pozostało nam uczucie niedosytu, tak po spacerze przez wieczorną Kopenhagę postanowiliśmy sobie (no moĹźe ja postanowiłem), Ĺźe tu trzeba przyjechać specjalnie jeszcze raz. Tak właściwie Danię to liznęliśmy w czasie tej podróĹźy jak nie odpakowany cukierek przez papierek. Ale wszystko przed nami.

    A tego dnia mieliśmy ostatni nocleg za granicą przed sobą i do domu jeszcze ponad 1000 km w samochodzie i na promie.

 


Dzień 19 - 14 lipca 2008 (poniedziałek) Kopenhaga – Gedser – Rostock – Rzepin (522 km)

Trasa w Mapy Google

     Po intensywnej niedzieli w poniedziałek wstaliśmy dopiero ok. 9:00 i po śniadaniu w hotelowej restauracji dopiero ok. wpół do jedenastej wyruszyliśmy w ostatnią w czasie tej wyprawy zagraniczną trasę. Zgodnie z planem mieliśmy jeszcze pewien zapas czasu na powrót do centrum Kopenhagi. Jadąc przez duĹźo ciaśniejsze ulice, minąwszy kompleks cytadeli (Kastellet), dotarliśmy na mały parking przy słynnej siostrze warszawskiej syrenki.

RzeĹşba z brązu powstała w 1913 roku w pracowni Edvarda Eriksena jest ucieleśnieniem „Małej syrenki” z baśni Andersena. Tłumek turystów z kilku autokarów dość skutecznie utrudniał zrobienie choć kilku ładnych ujęć, ale w końcu udało się. Tą samą drogą wokół twierdzy, na terenie której znajdują się m.in. mijany przez nas kościół garnizonowy, widoczny ponad drzewami zabytkowy wiatrak i prowadzące do niej dwie bramy, zawróciliśmy do samego centrum i przejechaliśmy przez całkiem juĹź zatłoczone ulice w poprzek Nyhaven, po nabrzeĹźu i obok parku Tivoli. W ten sposób poĹźegnawszy się z Kopenhagą skierowaliśmy się do obwodnicy, a z niej autostradą na południowy zachód. Potrójna numeracja dróg (E20, E47 i E55) skończyła się po kilkudziesięciu kilometrach. Dalej jechaliśmy całkiem na południe. O wpół do pierwszej przez kolejny wiszący most opuściliśmy Zelandię, największą wyspę Danii i wjechaliśmy na Falster, z której z portu w Gedser odpływał prom do Rostocku. Po kilkunastu kilometrach zjechaliśmy z autostrady w lewo, za kierującą się w tę stronę drogą E55. Przez dość tłoczne Nykøbing, drogą coraz bardziej przypominającą polskie szosy przez małe miasteczka, około piętnaście po dwunastej dotarliśmy na przystań promową w Gedser.

    Po sprawdzeniu wcześniej zarezerwowanych i zapłaconych biletów (www.scandlines.de – 70€) zostaliśmy ustawieni w dość krótkiej na razie kolejce do wjazdu na prom. Praktycznie punktualnie o 13:00 wjechaliśmy na pokład Kronprins Frederik i dziesięć minut póĹşniej razem z kilkuset pasaĹźerami odbiliśmy od brzegu.

Prawie bezwietrzna pogoda i rzadkie chmury, nie zasłaniające blasku słońca dawały nadzieję na spokojną podróĹź. Na górnym pokładzie było dość mało pasaĹźerów, ale my kontynuowaliśmy nasze fotograficzne pasje. Z Anią skorzystaliśmy z pokładowego bufetu (jakieś proste frytki), a resztę duńskich koron wydaliśmy w sklepie wolnocłowym na słodycze i piwo (duńskie Tuborg) w jakiś nieprawdopodobnych okazjach. Po powrocie na otwartą przestrzeń z ciekawością obserwowaliśmy duĹźy ruch statków w tej części Bałtyku, między innymi płynący z Rostocku do Gedser drugi prom Scandlines i kuter niemieckiej straĹźy przybrzeĹźnej. Całkiem stresujące dla Małgosi okazało się oczekiwanie na wyokrętowanie. W zamkniętej i kołyszącej się ładowni, w samochodzie stojącym prawe na styk z innymi pojazdami minuty dłuĹźyły się bardzo. Pomyśleliśmy juĹź niestety po czasie, Ĺźe dziewczyny mogły zejść ze statku na piechotę i do samochodu wsiąść dopiero na brzegu. Ale trudno. Około 16:00 w minorowych nastrojach znaleĹşliśmy się z powrotem w Niemczech.

    Niemiecka autostrada będąca kontynuacją trasy E55 doprowadziła nas aĹź za Berlin. Po drodze, w anonimowej gospodzie zjedliśmy nie wyróĹźniający się niczym obiad. Pierwszy drogowskaz do granicy Polski przywitaliśmy z nieukrywaną ulgą, lecz niestety na tym odcinku E30 właśnie remontowano jedną z jezdni autostrady i ruch odbywał się tylko po jednej stronie. „Rozkraczona” ciężarówka dopełniła szali goryczy. Policji kierującej ruchem nie było i tylko wyjątkowy rozsądek kierowców, którzy sami wpadli na pomysł ruchu „jeden samochód w tę stronę, drugi w przeciwną”, nie doprowadził do totalnego korka. Nasze zaskoczenie myśleniem i współpracą uĹźytkowników drogi było tym większe, Ĺźe przecieĹź połowa z nich to byli Polacy. Jak widać wyjazd juĹź za granicę kraju wspomaga wyobraĹşnię.

    Przekroczona granica była juĹź tak drobnym epizodem, Ĺźe prawie jej nie zauwaĹźyliśmy. Tylko sygnały w telefonach komórkowych o odzyskaniu zasięgu sieci podstawowego operatora i rozmowy z naszymi Mamami były tego faktu wyraĹşnym potwierdzeniem. Tankowanie znowu za złotówki (4,91 zł/l) i około 20:00 zameldowaliśmy się w Kaliskim Hotelu Ratuszowym w Rzepinie (ul. Wojska Polskiego 1; 69-100 Rzepin – www.hotelkaliski.pl/ratuszowy/index.html). Całkiem polskie realia. Płatność z góry w gotówce, pokój, w którym czysta pościel na łóĹźkach kontrastowała z przesiąkniętymi dymem papierosowym kotarami na oknie wychodzącym na brudne podwórko i to wszystko za skromne :( 210 zł bez śniadania. Był i jaśniejsze strony. W urządzonej w polsko-szlachecko-włoskim stylu restauracji, kelnerki potrafiły wykazać się konstruktywnym myśleniem i na naszą prośbę o kolację nie na ciepło, podały nam zestawy śniadaniowe (świeĹźe i smaczne). Lokalnego kolorytu dodawały próby podrywania tychĹźe kelnerek przez trzech młodych Murzynów (?!!!) i nocne hałasy rosyjskiej wycieczki, która przyjechała póĹşno a wyjechała wcześnie. Jednak byliśmy juĹź zadowoleni, Ĺźe polska prezenterka opowiada o pogodzie w Polsce, a jutro będziemy spali we własnych łóĹźkach.


Dzień 20 - 15 lipca 2008 (wtorek) Rzepin – Warszawa (500 km)

Trasa w Mapy Google

    Bez pośpiechu, ale i bez zbędnego ociągania się wstaliśmy ok. 9:00 i po ostatnim hotelowym śniadaniu w czasie naszej wyprawy, juĹź o 10:30 opuszczaliśmy Rzepin. Kilkanaście minut spędzone na przejeĹşdzie kolejowym, stanowiły epilog naszych sesji fotograficznych. Ostatnie ujęcia zrobiła Małgosia uwieczniając przydroĹźne stoiska z plastikowymi i ceramicznymi krasnalami oraz innymi ogrodowymi „ozdobami”, będącymi jeszcze cały czas eksportowym hitem przy granicy niemieckiej. 250 kilometrów po całkiem dobrej autostradzie, mijamy przedmieścia Łodzi i od Rawy Mazowieckiej trasą „katowicką” to dość znana trasa, którą dotarliśmy do domu. Warszawa przywitała nas wspaniałą pogodą, jakby potwierdzając, Ĺźe ta wyprawa miała być właśnie pogodna. Zanotowałem, Ĺźe o godzinie 17:00 zamknęliśmy juĹź całkiem naszą wielką pętlę, otwierając pilotem bramę garaĹźową i wnosząc bagaĹźe na drugie piętro. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – znane, ale prawdziwe. Zwłaszcza dla takich nie do końca wprawnych podróĹźników, którzy lubią mieć swoje kąty i chodzić po znanych ścieĹźkach.

    Choć mnie przeszła myśl, Ĺźe warto byłoby tam jeszcze wrócić. MoĹźe w zimie na przylądek Północny, Ĺźe by zobaczyć zorzę polarną …

… na razie myśl przyszła i zaraz poszła. Na razie .


JuĹź po powrocie

    „21 dni, 15,5 stopnia na północ, 15,7 stopnia na zachód, 8 150 kilometrów w samochodzie, ponad 6 godzin naproĹźach, 8 hoteli, 2 kempingi, hotel, domek nad fiordem, setki wodospadów, kilkanaście fiordów, dziesiątki jezior, strome górskie serpentyny, najdłuĹźsze tunele i mosty, słońce o północy, cztery stolice, raki i czekany na lodowcu, klocki Lego i lapońskie renifery, pięć walut, sześć języków, jedenaście tysięcy zdjęć, 7 godzin filmów i co najwaĹźniejsze tysiące minut z zapartym przez wraĹźenia tchem. Tylko tyle po wyprawie Ĺźycia.

 

    Takim tekstem opatrzyłem pięćdziesięciostronicowy album ze zdjęciami z tej podróĹźy, który przygotowaliśmy zaraz po powrocie. Oddaje on rzeczywiście w jednym zdaniu to co przeĹźyliśmy, ale napisanie relacji dla siebie i dla bliskich, z którymi chcieliśmy podzielić się naszymi wraĹźeniami było konieczne. Tak Ĺźeby nie zapomnieć, a przy okazji przeĹźyć jeszcze raz. Zajęło mi to czas od września do kwietnia. Oczywiście z przerwami, ale zawsze miałem w pamięci te wspaniałe dni.

    Podsumowując naszą wyprawę muszę dodać, Ĺźe warto było drobiazgowo się przygotować, z dokładnością nie tylko do zarezerwowanych hoteli i promu, ale trasy, którą kaĹźdego dnia mieliśmy pokonywać kolejne kilometry. Na tej trasie oznaczyłem ciekawe miejsca (w tym takĹźe godziny otwarcia muzeów) i waĹźne informacje (np. o stacjach benzynowych na północy i rozkładach promów). Niektóre trasy opracowane były wariantowo, w zaleĹźności od pogody i naszego samopoczucia. Plan finansowy obejmował wszystkie moĹźliwe do przewidzenia wydatki od noclegów, przez ceny biletów wstępu, opłaty parkingowe, przejazdów (w tym benzyny) i promów, po potencjalne koszty posiłków i kupowanego w sklepach jedzenia. Wszystko rozpisane na dni, walutę i tak w ogóle pełny „Cash flow”. Takie przygotowanie, na które poświęciłem wiele popołudni przez kilka miesięcy, zostało zdyskontowane bezstresowym PodróĹźowaniem, takim właśnie przez duĹźe „P”. Niemcy i Skandynawia, pod względem jakości informacji i przewidywalności sytuacji są wdzięcznym miejscem, na wykonanie właśnie takich samorealizujących się planów. A plany wydatków sprawdziły się z dokładnością do 2,5%. To chyba dobry wynik.

    Kolejnym wnioskiem, który moĹźemy wysnuć, jest to, Ĺźe nie koniecznie trzeba poruszać się po najbardziej polecanych w przewodnikach, turystycznych trasach. Oczywiście, mając mniej czasu na przygotowanie i pobyt, moĹźe to być jedyny sposób zobaczenia piękna takich miejsc, ale nie wątpię, Ĺźe nasze wraĹźenia i moc wspomnień nie jest mniejsza. Na przykład podróĹź ze Strynu do Ballestrand przez dopiero co planowaną trasę turystyczną pozwoliły nam napawać się równie pięknym krajobrazem bez konieczności przepychania się między setkami innych – co pewnie byłoby nam pisane, gdybyśmy zrealizowali przejazd pociągiem z Flåm do Myrdal.

    Dobrym wyborem okazał się kierunek naszej jazdy. Najpierw Szwecja i na północ, a powrót z północy przez Norwegię. Poziom wraĹźeń narastał z kaĹźdym dniem. Kierunek odwrotny mógł spowodować delikatne zniechęcenie, Ĺźe ciekawe miejsca juĹź widzieliśmy, teraz to juĹź coraz nudniej. Na pewno nie mogliśmy narzekać, Ĺźe kolejne dni były mniej ciekawe. Jednak fiordy środkowej i południowej Norwegii są najbardziej widokowymi miejscami spośród tych, które udało nam się zobaczyć.

    Przygotowanie wyposaĹźenia zajęło nam równieĹź trochę czasu. Jechaliśmy w lecie, ale doświadczenie innych wskazywało, Ĺźe zwłaszcza w Skandynawii moĹźna spodziewać się kaĹźdej pogody, więc wzięliśmy ubrania na kaĹźdą okoliczność. My trafiliśmy na lato stulecia, ale kurtki i czapki przydały się na lodowcu. Na szczęście opowiadania nt. uciążliwych komarów i innych owadów pozostały tylko opowiadaniami. Samochód sprawił się znakomicie, a pojemność bagaĹźnika pozwoliła nie ograniczać się pod względem ilości ubrań. Mogliśmy pozwolić sobie praktycznie na to, Ĺźe pranie i to tylko w ograniczonym zakresie, zrobiliśmy dopiero w domku w Gudvangen. Przejechane kilometry nie były Ĺźadnym problemem dla auta. Średnie spalanie w granicach 8 l/100km i Ĺźadnych mniejszych czy większych awarii oraz brak zmęczenia kierowcy potwierdziły jakość samochodu.

    Wyprawa bez jej dokumentowania byłaby tylko jej połową. Te ogromne ilości zdjęć są przeglądane do dziś i nie zajmują tylko miejsca na dyskach twardych. Kilkanaście z nich wisi w powiększeniu na ścianach naszego mieszkania, a nawet w moim pokoju w pracy. Sprzęt fotograficzny i filmowy sprawił się takĹźe bez zarzutu, a jedyne uwagi dotyczyły tylko tego, Ĺźe nam brakowało jeszcze wprawy w zrobieniu takich ujęć, które uwieczniłby to co widzieliśmy.

    Drobny problem z właścicielem domku, nie oddaną w terminie kaucją i brakiem wsparcia ze strony firmy „Novasol”, zakończył się szczęśliwie. Pieniądze znalazły się na koncie, a rekompensata ze strony firmy (po kilku pismach e-mailem i rozmowach przez telefon) pokryła straty wynikające z róĹźnic kursowych. W sumie nic nieznaczący incydent.

                                                                                BYŁO REWELACYJNIE !!!

PS. A dziś (kwiecień 2009), w związku z nieprzewidzianym splotem wydarzeń (Portugalia znowu nie wypaliła), szykujemy się do kolejnej wyprawy na północ Europy. Tym razem ponad trzy tygodnie przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Norwegię do przylądka Północnego (w zimie nie wyszło ) i z powrotem po niewidzianych rejonach Norwegii na kamping w okolicach Stavanger, Danię i Niemcy do domu. Myślę, Ĺźe kolejną relację teĹź uda nam się spisać po udanej wyprawie.
Bibliografia:

 

Przewodniki

  1. „Norwegia” praktyczny przewodnik, wyd. Pascal 2007

  2. „Norwegia” PodróĹźe marzeń, Biblioteka Gazety Wyborczej 2007

  3. „Skandynawia Norwegia – Szwecja – Finlandia, Baedeker 2007

  4. „Szwecja” PodróĹźe marzeń, Biblioteka Gazety Wyborczej 2007

  5. „Berlin” Udany Weekend, Michalin i Wydawnictwo BezdroĹźa 2007

  6. „Dania”, Marco Polo, 2007

Mapy

  1. Norwegen 1:600 000, freytag & berndt, 2007

  2. Norwegen Süd, 1:250 000, freytag & berndt, 2007

  3. Norwegen Mitte 1:250 000, freytag & berndt, 2007

Strony internetowe (wybrane)

 

Ogólne

 

Paliwa w Europie, Ceny paliw, PZM INFO Serwis

http://www.pzmtravel.com.pl/paliwa-w-europie.html

Dania

 

Aktualności Dania.pl

http://www.dania.pl/

Danske Kroer & Hoteller - Visitkort

https://www.krohotel.dk/en/findkro/hotel/visitkort/NaesbylundKroogHotel

Disneyland - hotele, bilety wstępu

http://www.sunkisstravel.com/parki/legolandvilage.html

http--www.visitdenmark.pl

http://www.visitdenmark.pl/

Øresundsbron – private

http://osb.oeresundsbron.dk/frontpage/?lang=1

Szwecja

 

http--www.visitsweden.com-

http://www.visitsweden.com /

Links - SWEDEN.SE

http://sweden.se

Scandic

http://www.scandic-hotels.com/SiteHomePage

Szwecja - Wakacje, Przewodnik i PodróĹźe Po Szwecji

http://www.wakacjezprzewodnikiem.pl/europa/szwecja-przewodnik.html

Norwegia

 

Accommodation Norway Fjord Pass

http://www.fjord-pass.com/default.asp

Aktualności Norwegia.pl

http://www.norwegia.pl/

Aurland og Lærdal Reiselivslag - Home

http://www.alr.no/

Bergen - The Official Bergen Internet Site

http://www.visitbergen.com/

Ferry in Norway

http://www.fjord1.no/

Fjords of Scandinavia

http://www.fjordsofscandinavia.com/ny/

Fjords.com - Fjord Norway.

http://www.fjords.com/fjordpics.htm

Fotografie - Konrad Konieczny

http://www.norwegofil.pl/galeria/

GoNorway - Accommodation Nordland

http://www.gonorway.no/

Jostedalen Breførarlag

http://www.bfl.no/

Jostedalen Photo Gallery

http://www.jostedal.com/album1/index.htm

Norske Turistveger

http://www.turistveg.no/index.asp?lang=eng

Norske Vandrerhjem

http://www.vandrerhjem.no/

Norway.com

http://www.norway.com/

Norwegia – Jak dotrzeć - Onet.pl Przewodnik

http://przewodnik.onet.pl/1248,1597,280603,notka.html

Norwegia - oficjalna strona w Polsce

http://www.amb-norwegia.pl/

Norwegia - Portal miłośników Norwegii

http://www.norwegofil.pl/

Norwegia - przewodnik, informacje praktyczne, podróĹźe, turystyka

http://www.odyssei.com/pl/travel/norwegia.php

Norwegia - trzy pętle samochodem

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,82269,407719.html

Norwegia - Zwiedzaj Świat - wczasy, wycieczki, podróĹźe, wyjazdy

http://www.zwiedzajswiat.pl/norwegia

Ruteinfo.net Engelsk

http://en.ruteinfo.net/

Sognefjord - The official guide to Sognefjorden

http://www.sognefjord.no

Statoil - Stacje w Skandynawii

http://www.statoil.pl/statoil/index.jsp?place=Menu01&news_cat_id=152&layout=17

Subiektywne Przewodniki - relacje z podróĹźy, recenzje noclegów

http://przewodniki.info/index.php?/component/option,com_deeppockets/task,catShow/id,4/Itemid,81/

Tindevegen – fjellvegen mellom Årdal og Turtagrø

http://www.tindevegen.no/

Turystyka w Skandynawii Norwegia

http://www.wirtual.com.pl/podroze/norwegia.html

vegvesen.no - Norwegian Public Roads Administration

http://www.vegvesen.no/

VisitOSLO.com

http://www.visitoslo.com

Welcome to the stavechurches by the Sognefjord

http://home.loopme.com/fortidsminneforeningen/sites/fortidsengelsk/go.cfm?id=66595