Na przeĹomie czerwca i lipca 2008 roku, przez 20 dni przejechaliĹmy naszym VW Touranem ponad 8 000 km odbywajÄ c podróĹź Ĺźycia i speĹniajÄ c moje (mam nadziejÄ, Ĺźe nie tylko moje) marzenia. Norwegia, jako cel podróĹźy byĹa marzeniem od wielu lat. Fascynacja tym, Ĺźe dzieĹ moĹźe trwaÄ 24 godziny, a morze wdziera siÄ kilkadziesiÄ t kilometrów w gĹÄ b skalistego lÄ du, byĹa we mnie od czasu lekcji geografii w szkole podstawowej. Lecz sam pomysĹ by zrealizowaÄ w tym roku te marzenia powstaĹ doĹÄ niespodziewanie. Gdy pod koniec starego (2007) roku rozmawialiĹmy z ĹźonÄ o wakacyjnych letnich planach, wpadĹem na pomysĹ, Ĺźeby poĹÄ czyÄ corocznÄ chÄÄ wyjazdu w lipcu nad morze, z zainicjowanymi w zeszĹym roku dalszymi wyprawami poza granice Polski. WypowiedziaĹem magiczne sĹowo „Norwegia”. Od razu nie zadziaĹaĹo, ale i sam musiaĹem siÄ przygotowaÄ do prezentacji tego pomysĹu. MiesiÄ c intensywnego surfowania po Internecie i byĹy efekty. JuĹź w styczniu wyprawa sprecyzowaĹa siÄ na tyle, Ĺźe alternatywny pomysĹ jazdy przez caĹÄ EuropÄ do Portugalii (teĹź nad morze) odĹoĹźony zostaĹ na czas przyszĹy.
ZaĹoĹźenia zrobiĹem nastÄpujÄ ce:
- jedziemy przez SzwecjÄ za koĹo polarne, (marzenie przeĹźycia caĹodobowego dnia i sĹoĹca ĹwiecÄ cego o póĹnocy), moĹźe nawet do Narviku (patriotyzm wskazywaĹ taki cel)
- w drodze na poĹudnie staramy siÄ zobaczyÄ jak najwiÄcej tzn. fiordy, miasta, lodowiec i góry
- mamy na to okoĹo dwóch tygodni pomiÄdzy 5 a 17 lipca,
- jedziemy jeden dzieĹ, dwa noclegi w jednym miejscu dla lepszego poznania ciekawszych miejsc.
Ĺťona od razu zweryfikowaĹa, Ĺźe chciaĹaby posiedzieÄ w jakimĹ miejscu trochÄ dĹuĹźej oraz dodaĹa niechÄÄ do pĹyniÄcia promem. Gdy okazaĹo siÄ, Ĺźe aby nie pĹynÄ Ä promem, jedziemy przez DaniÄ, córka dodaĹa marzenie odwiedzenia Legolandu. A pobyt w jednym miejscu sprowokowaĹ do szukania domku do wynajÄcia w takim miejscu Norwegii, które samo przez siÄ bÄdzie ciekawe, a do innych atrakcji teĹź nie bÄdzie zbyt daleko.
DoĹÄ szybko znalazĹem ciekawe i przydatne linki w Internecie.
Norwegia - Portal miĹoĹników Norwegii: http://www.norwegofil.pl/
Norwegia: domy i apartamenty wakacyjne: http://www.novasol.pl/ (domki zresztÄ nie tylko w Norwegii)
Norwegia - oficjalna strona w Polsce: http://www.amb-norwegia.pl/
Stron i portali w Internecie oczywiĹcie byĹo duĹźo wiÄcej, ale od tych zaczÄ Ĺem. Wymarzony domek w niespodziewanie atrakcyjnym miejscu dla 3-4 osobowej rodziny wybraliĹmy z dĹugiego katalogu „Novasol’u”. PoĹoĹźenie nad odnogÄ najdĹuĹźszego fiordu w Norwegii, jakim jest Sognefjord, w maleĹkiej miejscowoĹci Gudvangen wydawaĹo siÄ byÄ optymalne. Do Bergen, do lodowca, w góry i przede wszystkim do widokowych tras turystycznych „rzut beretem” – nie wiÄcej niĹź po 150-200 km, co przy norweskich odlegĹoĹciach to tyle, co nic. Cena teĹź nie byĹÄ jak na norweskie standardy wygórowana (za tydzieĹ pobytu okoĹo 3000 zĹ). Domek w peĹni wyposaĹźony i zupeĹnie wystarczajÄ cy dla trzech osób – skromne 110 m2 na dwóch poziomach ☺. W ten sposób juĹź w lutym zakotwiczyliĹmy naszÄ wyprawÄ (wpĹacona pierwsza zaliczka) w czasie i przestrzeni. W czasie teĹź, bo w pierwotnym planie mieliĹmy wyjeĹźdĹźaÄ na poczÄ tku lipca, a dostÄpnoĹÄ domku od 5 do 12 lipca wymuszaĹa przesuniÄcie o tydzieĹ. Szybko zweryfikowaĹem teĹź pierwotny cel na póĹnocy. Do Narwiku trzeba by doĹoĹźyÄ jeszcze jeden dzieĹ, a patriotyczne atrakcje nie byĹy w stanie przekonaÄ reszty czĹonków wyprawy. WyszedĹ wiÄc tylko (albo aĹź – bo narzekaÄ nie ma co) nocleg za koĹem polarnym. TakĹźe poczÄ tkowy pomysĹ na podróĹź, jeden dzieĹ jazdy – dwie noce w jednym miejscu, nie potwierdziĹ swojej wartoĹci. Przy wygodnym samochodzie zaĹoĹźyĹem, Ĺźe mogÄ codziennie kierowaÄ (jestem jak wiadomo jedynym kierowcÄ w rodzinie) od 6 do 10 godzin, a i tak zostanie 4 do 8 godzin na codzienne oglÄ danie ciekawszych miejsc. Noclegi miaĹy byÄ w miejscach, które zapewniaĹy czystÄ poĹciel i wĹasnÄ ĹazienkÄ. KierujÄ c siÄ takim zaĹoĹźeniem caĹkiem szybko doszedĹem do wniosku, Ĺźe muszÄ to byÄ tanie hotele lub motele, najlepiej jakiejĹ sieci. Kolejne przeszukane strony, porównane ceny i warunki, upusty i pokoje. Serwisy planujÄ ce trasy i przejazdy (gĹównie ViaMichelin i Google Maps) optymalizowaĹy czas jazdy. Po zaznaczeniu staĹych punktów trasy: Warszawa, Legoland, koĹo polarne i Gudvangen, to raczej liczba planowanych kilometrów i rzeczywistego czasu jazdy miaĹy najwiÄkszy wpĹyw na miejsca noclegów. W pierwszym odruchu ĹźaĹowaĹem czasu na noclegi w Polsce lub w Niemczech, ale w miarÄ szybko rodzina i przyjaciele przekonali mnie, Ĺźe nie warto goniÄ pierwszego i ostatniego dnia po 1 000 km. WypadĹo, Ĺźe dodamy kilka dni na poczÄ tku i jeszcze jeden na powrocie, a trasy stanÄ siÄ spokojne do pokonania przez jednego kierowcÄ (ok. 600 km). Taki wybór skĹoniĹ nas do noclegu w okolicach Berlina, a co za tym poszĹo natychmiast planu odwiedzenia i tego miasta oraz Poczdamu z piÄknym parkiem Sanssouci. Kolejny nocleg wypadĹ w okolicach Odense w Danii – dobre miejsce wypadowe do Legolandu, a bardziej na dalszej trasie w kierunku Szwecji. NastÄpny nocleg z perspektywÄ zwiedzania Sztokholmu. NastÄpne dwa juĹź tylko ograniczone zmÄczeniem kierowcy i ewentualnym podziwianiem krajobrazów drogi wzdĹuĹź wybrzeĹźa BaĹtyku. I w ten sposób siódmego dnia mieliĹmy dotrzeÄ za koĹo polarne. PrzekroczyÄ w Szwecji i zanocowaÄ w Norwegii, tak, Ĺźeby moĹźna byĹo podziwiaÄ sĹoĹce o póĹnocy. I od tego miejsca mieliĹmy jechaÄ juĹź na poĹudnie. Tak, Ĺźeby zobaczyÄ po drodze Trondheim i wg przewodników najpiÄkniejszy fiord w Norwegii tzn. Geirangerfjord. Bez dwóch noclegów nie byĹo to moĹźliwe. Czyli po dziesiÄciu dniach jazdy i 5 000 km mieliĹmy znaleĹşÄ siÄ nad Nærøyfjordem (odnogÄ Sognefjordu) w maĹym domku na zboczu obok Gudvangen. Tu planowaliĹmy spÄdziÄ tydzieĹ robiÄ c krótsze wycieczki m.in. do Bergen, stateczkiem po fiordach i na lodowiec Jostedalbreen. StÄ d juĹź tylko do domu. No moĹźe nie tylko, bo po drodze Oslo i Kopenhaga, z noclegami w ich okolicach. Krótki rejs promem (jednak, ale to tylko 1,5 godziny) z Gedser w Danii do Rostocku i przelotowy nocleg juĹź za granicÄ Polski miaĹy dopeĹniÄ caĹej trasy.
Po zamkniÄciu listy noclegów (19 nocy, z tego 7 w Gudvangen) pozostaĹo jeszcze tylko zaplanowaÄ resztÄ. To znaczy szczegóĹowy plan jazdy, potencjalne wydatki na wyĹźywienie, benzynÄ, bilety wstÄpu, pĹatne przejazdy lub transport promowy w sensie technicznym oraz co najciekawsze i najbarwniejsze – plan tego co mieliĹmy zobaczyÄ po drodze. I to wszystko tak szczegóĹowo, Ĺźeby w trakcie podróĹźy nie musieÄ juĹź siÄ nad niczym zastanawiaÄ, a tylko chĹonÄ Ä krajobrazy, przeĹźywaÄ wraĹźenia i syciÄ oczy piÄknem przyrody oraz ludzkiej zaradnoĹci i estetyki. WydawaÄ by siÄ mogĹo, Ĺźe piÄÄ miesiÄcy na takie plany to w zupeĹnoĹci wystarczajÄ co, ale wymagaĹo to intensywnego studiowania papierowych przewodników, relacji z wypraw innych, którym siÄ juĹź udaĹo i surfowania po dosĹownie setkach stron internetowych. Gdzie dopiero poĹÄ czona ze wszystkich ĹşródeĹ wiedza i zbiorowa ĹwiadomoĹÄ daĹa efekt w postaci segregatora peĹnego szczegóĹowych informacji. Gdy po tym czasie przygotowaĹ, ruszaliĹmy zapakowanym w peĹni samochodem w drogÄ, ĹźartowaĹem sobie, Ĺźe po co jechaÄ skoro juĹź wszystko, co mamy zobaczyÄ widziaĹem na tysiÄ cach zdjÄÄ w Internecie i czytaĹem na setkach stron w przewodnikach. Ale… oczywiĹcie ruszyliĹmy. RuszyliĹmy w skĹadzie: ja (Piotr, 46 lat), Ĺźona (MaĹgosia, … lat) i córka (Ania, 15 lat) na pokĹadzie VW Touran ( towarzystwie bardzo waĹźnego GPS . Do dokumentowania podróĹźy i uwieczniania wraĹźeĹ przygotowaliĹmy trzy aparaty fotograficzne i kamerÄ filmowÄ . MuszÄ do tego dodaÄ, Ĺźe jednym z podstawowych problemów logistycznych rozwiÄ zanych we wspaniaĹy sposób przez MaĹgosiÄ, byĹo takie spakowanie potrzebnych rzeczy i bagaĹźu, Ĺźeby nie trzeba byĹo wyjmowaÄ wszystkiego z samochodu na kaĹźdym noclegu. W czasie dojazdu do koĹa polarnego wyjmowaliĹmy tylko dwie walizki i jednÄ torbÄ (to raptem 2/5 caĹoĹci bagaĹźu), a reszta rzeczy wyszĹa z samochodu dopiero w Gudvangen.
DzieĹ 1 - 26 czerwca 2008 (czwartek) Warszawa – Berlin (612 km)Trasa w Mapy Google
Pobudka rano skoro Ĺwit (jak dla nas) ok. 4:30, bo w planie wyjazd o 6:00. WyjÄ tkowo udaĹo siÄ i juĹź ok. 8:30 znaleĹşliĹmy siÄ na autostradzie w Strykowie. Nie bÄdÄ opisywaĹ drogi w Polsce, bo to znamy z autopsji i po prostu nie warto. Po drodze tylko dotankowaliĹmy benzynÄ (4,63 zĹ/l). Granica w Ĺwiecku pozostaĹa za nami wĹaĹciwie niezauwaĹźona i wreszcie autostrada do Berlina. Krótkie wahania na obwodnicy Berlina, ale posĹuchaliĹmy siÄ „pani” w GPS-ie i ok. 15:00 meldowaliĹmy siÄ w hoteliku Hotel-Pension Marielle (http://www.pension-marielle.de/, Streustr. 123 13086 Berlin). Dlaczego tu: cena + moĹźliwoĹÄ dostawki w pokoju dwuosobowym + miejsce do parkowania + poza terenem strefy ekologicznej Berlina + jak najbliĹźej do centrum komunikacjÄ miejskÄ . Hotelik idealny do weekendowego pobytu w Berlinie, a cena za nocleg ze Ĺniadaniem (30 EUR od osoby) wydaje siÄ niewygórowana. Po wypakowaniu przemyĹlnie zapakowanych walizek i krótkim odĹwieĹźeniu siÄ, ruszyliĹmy zwiedzaÄ Berlin. Oboje z MaĹgosiÄ widzieliĹmy juĹź Berlin wczeĹniej, ale byĹo to jeszcze w czasach poprzedniego ustroju, wiÄc to zupeĹnie co innego. Krótkie poszukiwania kasy, Ĺźeby kupiÄ Kleingruppenkarte AB (bilet caĹodniowy dla maĹej grupy za 15,90 EUR) zostaĹy uwieĹczone sukcesem w postaci automatu wyĹwietlajÄ cego informacje takĹźe po polsku. Zaskoczenie peĹne, ale widaÄ rynkowe uwarunkowania i niemiecki porzÄ dek.
W ten sposób ok. 16:30 znaleĹşliĹmy siÄ na Alexanderplatz i zaczÄliĹmy „przelot” przez ciekawsze miejsca Berlina. Fernsehturm (wieĹźa telewizyjna) nie zawiodĹa oczekiwaĹ na wspaniaĹÄ panoramÄ, a sĹoneczna pogoda pozwoliĹa zobaczyÄ z wysokoĹci naprawdÄ caĹy Berlin. Spacer koĹo najciekawszych miejsc blisko centrum tzn. Museumsinsel (Wyspa Muzeów ze sĹynnym Pergamonmuseum), katedry berliĹskiej, nowoczesnej dzielnicy rzÄ dowej, Reichstagu (ze wspaniaĹÄ szklanÄ kopuĹÄ ), Tiergarten, kolumny zwyciÄstwa, alei Unter den Linden, supernowoczesnego Centrum Sony, pomnika Holocaustu i Bramy Brandenburskiej, przygotowany na podstawie „zielonego” przewodnika „Michelin” daĹ nam obraz wspóĹczesnego (juĹź wĹaĹciwie niepodzielonego) Berlina. Niestety nie zmienia to faktu, Ĺźe charakter tego miasta nie jest tym, co my lubimy najbardziej. PompatycznoĹÄ kultury pruskich, nazistowskich i komunistycznych Niemiec nie wytrzymuje próby czasu, a to, co podobaĹo siÄ nam najbardziej, to nowoczesne elementy architektury, które (mam nadziejÄ) wytrzymajÄ równie dĹugo, co ich starsi sÄ siedzi. Nie udaĹo nam siÄ wykonaÄ planowanego przejĹcia przez otwartÄ BramÄ BrandenburskÄ . TrwaĹy wĹaĹnie Mistrzostwa Europy w piĹce noĹźnej i berliĹczycy mogli wspólnie oglÄ daÄ wyczyny swojej (i nie tylko) druĹźyny na ogromnych telebimach ustawionych w Tiergarten wĹaĹnie na tle tej sĹynnej bramy. Ĺťeby siÄ tam dostaÄ, trzeba by byĹo przejĹÄ przez drobiazgowe kontrole sĹuĹźb porzÄ dkowych. Atmosfera wielkiego pikniku (tego dnia miaĹ byÄ mecz póĹfinaĹowy Hiszpania-Rosja) byĹa fascynujÄ ca, ale plany nastÄpnego dnia skĹoniĹy nas do ominiÄcia wielotysiÄcznego tĹumu. Piesza wÄdrówka przez centrum Berlina zostaĹa udokumentowana przez nas na filmie (Piotr) i kilkuset zdjÄciach (MaĹgosia i Ania). Nasze wspólne rodzinne hobby znalazĹo znakomitÄ poĹźywkÄ juĹź od samego poczÄ tku wyprawy.
Wieczorem, podsumowujÄ c dzieĹ skomentowaliĹmy jeszcze jeden fakt, zresztÄ powtarzalny. Restauracja McDonald’s, uwaĹźana jeszcze w Polsce, jako miejsce do zjedzenia czegoĹ prostego, ale mimo wszystko smacznego w czystym i powtarzalnym lokalu, w krajach zachodniej Europy jest raczej podrzÄdnym barem, gdzie jedzÄ raczej mniej zamoĹźni bÄ dĹş zabĹÄ kani turyĹci, a co do czystoĹci i smaku moĹźna mieÄ duĹźo zastrzeĹźeĹ.
Z przewidywanych wydatków zamieniliĹmy kolacjÄ na wjazd na wieĹźÄ telewizyjnÄ , a poza tym budĹźet pozostaĹ niezmieniony.
DzieĹ 2 - 27 czerwca 2008 (piÄ tek) Berlin – Poczdam - Odense (621 km)
Trasa w Mapy Google
Skromne Ĺniadanie w hotelowym barze, kilka minut stresu przy wyjeĹşdzie przez wÄ skÄ bramÄ (dopiero zĹoĹźenie lusterek wyzwoliĹo nasz samochód z parkingu na podwórzu) i wreszcie poranne sĹoĹce pozwoliĹo nam na ciekawszy wariant trasy. ObjeĹźdĹźajÄ c rozkopany Berlin zboczyliĹmy do Poczdamu. Park i paĹac Sanssouci sprawiajÄ wraĹźenie jakby nie z tego Ĺwiata. Po ciÄĹźkim i sztywnym Berlinie okazaĹo siÄ, Ĺźe Niemcy potrafiÄ takĹźe zrobiÄ coĹ finezyjnego i uroczego. Jako miejsce do odpoczynku po trudach cesarskiego rzÄ dzenia Fryderyk II Wielki nie mógĹ wybraÄ lepiej. MaĹy paĹacyk, poĹoĹźony na wzgórzu, widok na parkowe alejki, kilka altan dajÄ niezaprzeczalne wraĹźenie spokoju i rokokowego wyrafinowania.
Nie zwiedzaliĹmy paĹacu ograniczeni harmonogramem wycieczki, ale i tak przeszĹo dwie godziny spaceru po parku byĹy duĹźÄ dawkÄ piÄkna i zieleni. Setki zrobionych wspólnie zdjÄÄ pokazujÄ nie tylko pocztówkowe ujÄcia zabytkowego terenu, ale takĹźe namierzone ciekawostki z Ĺźycia parku (na przykĹad kot bawiÄ cy siÄ zĹapanÄ myszÄ , puszczajÄ cy jÄ , a potem chwytajÄ cy znowu. Koniec okazaĹ siÄ prozaiczny - mysz byĹa jednak poĹźywieniem). Z pewnym niedosytem, ale i ciekawoĹciÄ dalszych wraĹźeĹ ruszyliĹmy dalej.
Autostrada wiodĹa nas juĹź tym razem mocno na póĹnoc, w kierunku granicy niemiecko-duĹskiej. Poza próbami samochodu (czy producent nie kĹamie w informacji o maksymalnej prÄdkoĹci) i miejscami ulewnymi deszczami droga do Szlezwiku (najbardziej póĹnocnego regionu Niemiec) nie obfitowaĹa we wraĹźenia. Dziewczyny graĹy w Scrabble (wersja turystyczna, w którÄ zaopatrzyli nas przewidujÄ cy kuzyni), a ja sprawdzaĹem niemiecki samochód na niemieckich autostradach. 200 km/h na liczniku nie wzbudziĹo sensacji, bo i tak inni (chociaĹź juĹź rzadziej) jechali szybciej. Zalecana ze wzglÄdów ekologicznych na autostradach prÄdkoĹÄ 130 km/h wiÄkszoĹci wydawaĹa siÄ za maĹa i Ĺźeby nie byÄ wĹród kierowców zwalniajÄ cych tempo, trzeba byĹo utrzymywaÄ ĹredniÄ w okolicach 140-150 km/h. W ten sposób po niecaĹych piÄciu godzinach od wyjazdu z Poczdamu pokonaliĹmy prawie 400 km, zjedliĹmy smakowity obiad w przydroĹźnej karczmie w Schackendorf (plus benzyna po 1,58 €/l) i dotarliĹmy do KanaĹu KiloĹskiego. UznaliĹmy, Ĺźe warto ominÄ Ä Hamburg, gdyĹź piÄ tkowe popoĹudnie mogĹo skoĹczyÄ siÄ korkiem na wyjazdowych drogach z miasta. W ten sposób ogólna Ĺrednia spadĹa, ale informacje radiowe potwierdziĹy sĹusznoĹÄ tej tezy. Kolejna, prawie niezauwaĹźalna granica w Europie i w towarzystwie doĹÄ licznych samochodów zmniejszyliĹmy prÄdkoĹÄ do maksymalnej 130 km/h. Dania wyraĹşnie podkreĹla przynaleĹźnoĹÄ do krajów skandynawskich i w wielu miejscach obok flagi duĹskiej pojawiajÄ siÄ w komplecie flagi szwedzka, norweska i fiĹska. Po pokonaniu piÄknego wiszÄ cego mostu nad MaĹym BeĹtem, miÄdzy JutlandiÄ a FioniÄ byliĹmy juĹź prawie w kolejnym miejscu nocowania: – Motel Brasilia (Middelfartvej 420; 5491 Blommenslyst - http://www.blommenslyst-kro.dk/). Tu mieliĹmy zaplanowane dwa noclegi, co przypadkiem obniĹźyĹo nasze koszty. OkazaĹo siÄ bowiem, Ĺźe weekendowy pobyt jest objÄty promocjÄ i w ten sposób na dwie noce w dobrym pokoiku i Ĺniadania w szwedzkim bufecie wydaliĹmy 1350 DKK.
Wczesna godzina (ok. 18:30), piÄkna pogoda i brak zmÄczenia – przemyliĹmy twarze z pyĹu niemieckich dróg ;) i pojechaliĹmy zobaczyÄ Odense. 10 kilometrowÄ prostÄ , jak z bicza strzeliĹ, drogÄ , ze sĹoĹcem w plecy dotarliĹmy prawie do samego centrum i na doĹÄ luĹşnym parkingu (o tej porze juĹź bezpĹatnym) zostawiliĹmy samochód. Uzbrojeni w przewodnik, wziÄtÄ z motelu mapkÄ i oczywiĹcie w kamerÄ i aparaty fotograficzne poszliĹmy w nieznane uliczki. Od samego poczÄ tku urzekĹa nas swojÄ atmosferÄ . WÄ skie, czyste zauĹki z maĹymi knajpkami, kolorowe, co najwyĹźej dwupiÄtrowe kamieniczki i zaskakujÄ co maĹo ludzi. Celem naszego spaceru miaĹ byÄ dom Jana Christiana Andersena, który urodziĹ siÄ, mieszkaĹ i pisaĹ w Odense. Gdy zbliĹźaliĹmy siÄ do niego, domki zmniejszyĹy siÄ do parterowych, z nisko koĹczÄ cymi siÄ dachami, oknami z wypukĹych kwadratowych szybek i kolorowymi elewacjami.
Trudno siÄ dziwiÄ, Ĺźe w tak bajkowym miejscu powstawaĹy takie piÄkne Bajki. Mijane pomniki przypominaĹy kolejnych ich bohaterów – CalineczkÄ, brzydkie kaczÄ tko, a i postaÄ samego mistrza kilkukrotnie pojawiaĹa siÄ na Ĺawkach. Chyba mieliĹmy szczÄĹcie, bo turystów moĹźna byĹo policzyÄ na palcach jednej dĹoni (razem z nami), a miejscowi siedzieli w domkach lub maĹych restauracyjkach. Co jakiĹ jednak czas sielankowÄ ciszÄ miasteczka (choÄ Odense tak w ogóle to duĹźe, 150 tysiÄczne miasto) przerywaĹ przeraĹşliwy dĹşwiÄk klaskonów i krzyki kolorowych, mĹodych ludzi jeĹźdĹźÄ cych wokóĹ na odkrytych pakach ciÄĹźarówek. Co okazaĹo siÄ póĹşniej, byli to tegoroczni maturzyĹci, którzy w ten sposób dawali upust swoim emocjom wynikajÄ cych ze zdanych egzaminów. CaĹkiem fajny zwyczaj, podobno w caĹej Skandynawii. Mimo coraz póĹşniejszej godziny (ok. 22:00) sĹoĹce nie zachodziĹo – to jednak bardziej na zachód i bardziej na póĹnoc. WĹród kolejnych setek zdjÄÄ znalazĹo siÄ kilkanaĹcie z fascynujÄ cej gromadki dzikich kaczek i kaczÄ tek na stawiku obok muzeum Andersena. RównieĹź kolejnych kilkanaĹcie z wystaw, na których królowaĹy puste manekiny, gdzieniegdzie okryte tylko szarfami z procentowÄ wartoĹciÄ obniĹźek i informacjÄ o wyprzedaĹźach. OkazaĹo siÄ takĹźe, Ĺźe Dania to obok Holandii najbardziej rowerowy kraj. Dla potwierdzenia zasadnoĹci tego twierdzenia sfotografowaliĹmy licznik przejeĹźdĹźajÄ cych rowerzystów. Tego dnia przejechaĹo juĹź obok niego przeszĹo 8 500 pojazdów na dwóch kóĹkach. Znowu z delikatnym niedosytem wracaliĹmy do motelu, obiecujÄ c sobie, Ĺźe kolejny wieczór teĹź spÄdzimy na uroczych uliczkach. NastÄpny dzieĹ teĹź miaĹ byÄ ciekawy.
DzieĹ 3 - 28 czerwca 2008 (sobota) Odense – Billund - Odense (191 km)
Trasa w Mapy Google
To byĹ dzieĹ naszej córki. Od dzieciĹstwa marzyĹa o wycieczce do parku rozrywki, takiego jak Legoland lub Disneyland. Nie udaĹo nam siÄ wczeĹniej, wiÄc teraz, gdy prawie po drodze znalazĹ siÄ ten duĹski, nie mogliĹmy siÄ juĹź wycofaÄ. Bilety kupiĹem przez Internet (http://www.legoland.dk/ 3 x 239 DKK) co okazaĹo siÄ bardzo dobrym rozwiÄ zaniem, biorÄ c pod uwagÄ zawijane kolejki do kas. To przecieĹź juĹź zaczÄĹy siÄ wakacje, a poza tym byĹa sobota, w Danii teĹź wolna. Niestety zaliczyliĹmy jeszcze jednÄ kolejkÄ, bo za parking nie moĹźna byĹo zapĹaciÄ z góry przez Internet. Ale sam Legoland nas nie rozczarowaĹ.
Zrobione z klocków LEGO makiety, gĹównie skandynawskich atrakcji turystycznych, poruszajÄ ce siÄ statki, samochody, samoloty i pociÄ gi, mosty zwodzone i inne elementy codziennego Ĺźycia, w otoczeniu miniaturowych drzewek, krzaczków i kwiatów robiÄ wraĹźenie. Poza tym to jednak park rozrywki, z którego korzystajÄ caĹe rodziny z mimo wszystko trochÄ mĹodszymi dzieÄmi. Górskie i wodne kolejki w tematycznych parkach przenoszÄ rozemocjonowanych dorosĹych i maĹych pasaĹźerów w Ĺwiat Dzikiego Zachodu, Piratów z Karaibów, Ĺredniowiecznych Rycerzy i Fantastycznej PrzyszĹoĹci. AĹź czĹowiek ĹźaĹuje, Ĺźe sam nie ma tych kilkudziesiÄciu lat mniej albo dzieci w wieku szkoĹy podstawowej. Z tych atrakcji korzysta siÄ w cenie biletu, a kolejki oceniane automatycznie liczone sÄ w minutach (od 5 zaraz po otwarciu przez najdĹuĹźsze zauwaĹźone 20 minut do bezlitosnej informacji, Ĺźe miejsc juĹź do koĹca dnia nie bÄdzie). Z miejsc, które zatrzymaĹy nas na chwilÄ dĹuĹźej, jedno byĹo bardziej wyjÄ tkowe. Kilkuosobowe zespoĹy dorosĹych i dzieci miaĹy za zadanie zmieniÄ siÄ w druĹźyny straĹźackie i ugasiÄ poĹźar w oknie swojego domku. StraĹźackimi samochodami o napÄdzie rÄcznym (podobnym do kolejowej drezyny) musiaĹy dojechaÄ na miejsce „poĹźaru”, a potem przy pomocy rÄcznie zasilanych pomp i sikawek wlaÄ odpowiedniÄ iloĹÄ wody do „palÄ cego siÄ” okna. ZaangaĹźowanie wszystkich czĹonków zespoĹu i ogromna rywalizacja miÄdzy zespoĹami udzielaĹa siÄ takĹźe widzom (takim jak my). W ramach odpoczynku przy kilku scenach moĹźna zrelaksowaÄ siÄ oglÄ dajÄ c przedstawienia dla dzieci i nie tylko, w których aktorzy popisujÄ siÄ takĹźe sprawnoĹciÄ fizycznÄ (np. skoki do wody) i prestigitatorskÄ zrÄcznoĹciÄ . DuĹźe trawniki w gĹÄbi parku zapraszaĹy do rodzinnego piknikowania i grillowania. Kosze piknikowe, znane nam raczej z amerykaĹskich filmów, sÄ tam przedmiotem normalnym i wykorzystywanym praktycznie, a widok kilkunastoosobowej rodzinny wokóĹ kocyka bÄ dĹş stolika obok dymiÄ cego grilla nie jest niczym zaskakujÄ cym. My nie byliĹmy do tego przygotowani, wiÄc zaczÄliĹmy przymierzaÄ siÄ do skorzystania z jednej z wielu restauracji lub barów na terenie. Jednak po wizycie w sklepie (LEGO-SHOP) i zjedzeniu na szybko ogromnych naleĹników z czekoladÄ postanowiliĹmy okoĹo 14 wracaÄ do Odense. ByliĹmy jednymi z nielicznych opuszczajÄ cymi Legoland o tej porze, ale nasz limit percepcji zabawek juĹź siÄ wyczerpaĹ. W pamiÄci mieliĹmy takĹźe widok uroczej i cichej starówki w Odense i zapach potraw z restauracyjek tamĹźe.
Po póĹtorej godzinie jazdy (benzyna po 11,28 DKK/l) i krótkim odĹwieĹźeniu w motelu znaleĹşliĹmy siÄ znowu na bruku w Odense. Tym razem nasze zainteresowanie budziĹy szyldy restauracji i menu wystawione przed wejĹciem. Nie znajÄ c miejscowych przysmaków, trochÄ nie chcÄ c ryzykowaÄ, zdecydowaliĹmy siÄ na pizzeriÄ „Mammas Ristorante” (Klaregade 4, 5000 Odense C). I to byĹ naprawdÄ dobry wybór. WĹoskie jedzenie smakuje niezaleĹźnie od szerokoĹci i dĹugoĹci geograficznej, a parujÄ ce talerze z pizzÄ lub ravioli opróĹźniĹy siÄ bĹyskawicznie. Smaczne i duĹźo. Ta prawda potwierdziĹa siÄ, gdy w ciÄ gu kilkunastu minut pustawa wrÄcz wstÄpnie restauracja zapeĹniĹa siÄ goĹÄmi, z których wiÄkszoĹÄ rezerwowaĹa stoliki wczeĹniej, a z lady wydajÄ cej zamówione na wynos potrawy co chwila znikaĹy stosy paczek.
Pogoda tego dnia jakby chciaĹa siÄ dopasowaÄ do wieczornych nastrojów i zasnuĹa niebo ciemnymi chmurami, z których co chwila próbowaĹ, na szczÄĹcie maĹo skutecznie, padaÄ deszcz. Nie byĹa to jednak miĹa perspektywa na kolejny dzieĹ, w którym mieliĹmy pokonaÄ rekordowe prawie 800 km, po autostradach co prawda, ale szwedzkich, wiÄc na czas samej jazdy liczyliĹmy prawie 9 godzin. W takich nastrojach poĹoĹźyliĹmy siÄ do ĹóĹźek, ale bezstresowo „wychowywane”, prawdopodobnie szwedzkie dzieci biegajÄ c po póĹnocy po motelu, nie koniecznie dawaĹy nam spaÄ. Niezapomniane wraĹźenie pozostawiĹa takĹźe bezsprzecznie zdumiona twarz ojca owych dzieci, do którego zwróciĹem siÄ w koĹcu z proĹbÄ o ciszÄ. Jak on moĹźe zwróciÄ uwagÄ swoim dzieciom ?!!!
DzieĹ 4 - 29 czerwca 2008 (niedziela) Odense – Malmö - Södertälje (793 km)
Trasa w Mapy Google
Rano nie mogliĹmy siÄ doczekaÄ na Ĺniadanie, które skandynawskim zwyczajem w weekend podawane byĹo dopiero od 8:00. Takich jak my byĹo wiÄcej, bo szkoda byĹo czekaÄ w motelu, gdy przed TobÄ dĹugÄ drogÄ . SpotkaliĹmy tam maĹĹźeĹstwo Polaków wracajÄ cych juĹź do Polski, dwie pary Holendrów po piÄÄdziesiÄ tce na motocyklach zwiedzajÄ cych EuropÄ i niespotykanie spokojnych Szwedów ze swoimi równie „spokojnymi” dzieÄmi. My spieszyliĹmy siÄ jeszcze dlatego, bo w Malmö czekali na nas kuzyni MaĹgosi , z którymi mieliĹmy spotkaÄ siÄ przed i po Mszy Ĺw. (o 11:00) w katolickim (ewenement) koĹciele. A z Blommenlyst do Malmö jest 212 km i dwie dĹugie pĹatne przeprawy mostowe.
Tu jeszcze dygresja na temat przygotowaĹ. do wyprawy. W ich trakcie szukaĹem takĹźe, gdzie bÄdziemy mogli pójĹÄ do koĹcioĹa na MszÄ Ĺw. niedzielnÄ . W sumie mieliĹmy byÄ w drodze przez trzy niedziele, a trasÄ moĹźna próbowaÄ dopasowaÄ do katolickich koĹcioĹów i terminów Mszy Ĺw. W sumie jednak nie byĹo to trudne. Internet i tym razem staĹ siÄ nieocenionym ĹşródĹem informacji, tak Ĺźe wstÄpnie w kaĹźdÄ niedzielÄ mogliĹmy byÄ na Mszy Ĺw. w katolickim koĹciele i to odprawianej w jÄzyku polskim. WidaÄ, Ĺźe Polacy rozproszyli siÄ równieĹź po caĹej Skandynawii, a za nimi i ich duszpasterze.
W koĹcu udaĹo siÄ i ruszyliĹmy. Na szczÄĹcie groĹźÄ ca deszczem w sobotÄ pogoda przestaĹa straszyÄ i sĹoĹce oĹwietlaĹo nam drogÄ przez DaniÄ. Przejazd przez Wielki BeĹt moĹźliwy jest od 1998 roku przez dwa kolejne wiszÄ ce mosty o dĹugoĹci ponad 6 kilometrów kaĹźdy. Budowa tej przeprawy byĹa antraktem przed budowÄ jeszcze dĹuĹźszej nad i pod kolejnÄ cieĹninÄ dzielÄ cÄ DaniÄ od Szwecji tzn. Sundu, oddanej do uĹźytku w roku 2000. Obie przeprawy sÄ ogromnÄ atrakcjÄ turystycznÄ , a ze wzglÄdów gospodarczych trudno nie doceniÄ zwĹaszcza roli tej drugiej. PrzestrzeĹ widoczna z mostu oraz dobrze oĹwietlony, szeroki tunel nie przyniosĹy zĹych odczuÄ. WrÄcz przeciwnie zachwyt i kolejny element do ukĹadanki dobrych wspomnieĹ z wyprawy. UkĹadanki, która dopiero zaczynaĹa siÄ wypeĹniaÄ. Przejazd przez obie cieĹniny jest pĹatny i kosztuje odpowiednio 205 i 260 DKK za samochód.
Bez kĹopotu (oczywiĹcie prowadzeni przez na razie niezawodny GPS) dotarliĹmy do koĹcioĹa Zbawiciela (Vår Frälsare) na Erik Dahlbergsgatan 28 w Malmö (http://www.katolik.nu/varfralsare/index.htm). Msza Ĺw. po szwedzku po raz kolejny udowodniĹa, Ĺźe religia jest ponadnarodowa i nikt nie ma kĹopotu w czynnym uczestnictwie. ChoÄ jÄzyk szwedzki jest zupeĹnie obcym (nawet dla znajÄ cych angielski i niemiecki) to staĹe czÄĹci Mszy Ĺw, sama liturgia, a nawet czytania (ĹwiÄto Ĺw. Piotra i PawĹa) byĹy oczywiste i zrozumiaĹe. Po bĹogosĹawieĹstwie duĹźo osób udaĹo siÄ do parafialnej kawiarenki, gdzie wolontariusze sprzedawali wĹasnego wyrobu ciasto, herbatÄ, kawÄ i soki, a rodzinna atmosfera skĹaniaĹa do dĹuĹźszych rozmów. Niestety nasz napiÄty tego dnia harmonogram nie pozwalaĹ na dĹuĹźszÄ przerwÄ i musieliĹmy poĹźegnaÄ sympatycznych kuzynów i ich polskich i szwedzkich przyjacióĹ. UmówiliĹmy siÄ jeszcze na obiad w drodze powrotnej (trasa biegĹa znowu przez Malmö) i po zatankowaniu benzyny na poleconej stacji (cena niĹźsza o ok. 5%, 13,49 SEK/l) pojechaliĹmy dalej.
Do wieczora (byĹa 13:00) mieliĹmy pokonaÄ jeszcze ok. 500 km. Na szczÄĹcie caĹa trasa to szwedzkie autostrady z prÄdkoĹciÄ przelotowÄ ok. 110 km/h, wiÄc nie byĹo niepokoju o nasz plan. Po drodze przez urocze lasy i malownicze wzgórza mieliĹmy mijaÄ jedno z najwiÄkszych jezior Szwecji (i Europy), znane z lekcji geografii jezioro Wetter o powierzchni 1893 km2 i dĹugoĹci ponad 120 km. Droga biegnÄ ca przy samym brzegu jeziora na doĹÄ wysokiej skarpie pozwalaĹa na podziwianie wspaniaĹej panoramy. Tak piÄknej, Ĺźe gdy wspiÄliĹmy siÄ jeszcze wyĹźej, postanowiliĹmy bez wzglÄdu na wszystko, zatrzymaÄ siÄ w przydroĹźnym zajeĹşdzie i jedzÄ c obiad podziwiaÄ dalej. W miejscowoĹci Gränna, a wĹaĹciwie caĹkiem nad niÄ ,
w eleganckim zajeĹşdzie z hotelem (Hotel Gyllene Uttern, S-563 92 Gränna), na werandzie widokowej zjedliĹmy super obiad i poczuliĹmy siÄ jak angielskim filmie z wyĹźszych sfer. Tylko nasze podróĹźne stroje nie pasowaĹy do tej atmosfery – olejne portrety na Ĺcianach, zbroje rycerskie w kÄ tach, kelnerzy i kelnerki na kaĹźde skinienie dolewajÄ cy herbatÄ lub podajÄ cy pyszny szwedzki chleb. Warto byĹo, a w koĹcu to przecieĹź imieniny Piotra. Tak zeszĹy nam kolejne kwadranse, Ĺźe dopiero ok. 17:45 wsiedliĹmy do samochodu i zaczÄliĹmy goniÄ drogÄ. Do hotelu byĹo jeszcze 270 km.
Södertälje osiÄ gnÄliĹmy po jeszcze jednym krótkim przystanku ok 20:15. ZakwaterowaliĹmy w hotelu z sieci „Scandic”, która oferuje w caĹej Skandynawii turystyczny poziom i powtarzalny standard za niewygórowanÄ cenÄ. Tym razam byĹ to Scandic „Södertälje” Verkstadsvägen 7, 151 38 Södertälje (http://www.scandichotels.se/sodertalje) gdzie za 940 SEK opĹacone wczeĹniej w Polsce dostaliĹmy dwuosobowy pokój z dostawkÄ (ĹóĹźko w szafie). Widok na parking firmy Scania z setkami ciÄĹźarówek moĹźe nie byĹ krajobrazowo piÄkny, ale mimo to doĹÄ ciekawy. Prognoza pogody w szwedzkiej telewizji nie byĹa optymistyczna – deszcz i burze nad Sztokholmem, ale nie byĹo warto martwiÄ siÄ na zapas. Tym razem nikt i nic nie przeszkadzaĹo nam w mocnym Ĺnie. Pobudka miaĹa byÄ rano o 7:00.
DzieĹ 5 - 30 czerwca 2008 (poniedziaĹek) Södertälje – Sztokholm – Uppsala - Sundsvall (424 km)
Trasa w Mapy Google
WyspaliĹmy siÄ jednak trochÄ dĹuĹźej i po Ĺniadaniu w szwedzkim bufecie (najbardziej podobaĹo siÄ to Ani, bo mogĹa wreszcie wybraÄ sobie do jedzenia to co lubiĹa i tyle ile chciaĹa) nie caĹkiem zgodnie z planem, ale o rozsÄ dnej godzinie (9:30) wyjechaliĹmy do Sztokholmu (33 km). Prognoza pogody siÄ niestety sprawdzaĹa, ale wyposaĹźeni w kurtki i parasole postanowiliĹmy siÄ nie przejmowaÄ. Po kilku kóĹkach przez rozkopane centrum Sztokholmu zaparkowaliĹmy przy nabrzeĹźu Skeppsbrokajen 100 metrów od zamku królewskiego na Gamla Stan (Starym MieĹcie). OpĹaty w szwedzkim parkomacie udaĹy siÄ tylko dziÄki pomocy uczynnego tubylca (tubylki ?!). ZbliĹźaĹa siÄ 11:00 wiÄc postanowiliĹmy obejrzeÄ ciekawe miejsca na starówce, a zamek zaczÄ Ä oglÄ daÄ od uroczystej zmiany warty odbywajÄ cej siÄ codziennie o 12:15. W ten sposób znaleĹşliĹmy siÄ w Storkyrkan (katedrze sztokholmskiej) liczÄ cym blisko 700 lat najwaĹźniejszym dla Szwedów koĹciele. W nim odbywajÄ siÄ wszystkie uroczystoĹci dworskie tzn. koronacje, chrzty, Ĺluby i pogrzeby rodziny królewskiej. Potem zdeptaliĹmy wÄ skie uliczki z sympatycznymi kamieniczkami, rynek Stortorget, Prästgatan, Mårten Trotzigs Gränd (najwÄĹźsza uliczka w mieĹcie, mniej niĹź metr szerokoĹci) i wróciliĹmy na plac zamkowy. PrzebijajÄ ce siÄ przez czarne chmury sĹoĹce dawaĹo nadziejÄ, Ĺźe jednak szwedzka prognoza bÄdzie równie „trafiona” jak polska. StanÄliĹmy blisko
jednego z posterunków. Dziewczyny uznaĹy, Ĺźe tam bÄdzie najlepiej (moĹźe wartownik byĹ najprzystojniejszy), bo mnie byĹo wszystko jedno. Ze swojej wysokoĹci, z wyciÄ gniÄtej w górÄ rÄki i tak film byĹby dobry. Z autokaru wysiadĹa orkiestra, po placu krÄciĹo siÄ coraz wiÄcej galowo ubranych ĹźoĹnierzy. Pojedyncze krople deszczu nie zniechÄcaĹy nikogo. Nad turystami pojawiĹy siÄ parasole, ale na dĹugo to nie wystarczyĹo. Krople zamieniĹy siÄ w ulewÄ, a grzmoty i bĹyskawice nie pozostawiaĹy zĹudzeĹ. Biegiem pod najbliĹźszy dach, który okazaĹ siÄ przedsionkiem zwiedzanej juĹź katedry. Jedyny raz, wĹaĹnie w Sztokholmie, pogoda popsuĹa nam plan wycieczki. RozszalaĹa nad Sztokholmem burza nie pozwalaĹa nam ruszyÄ siÄ dalej przez prawie godzinÄ. WspóĹczuliĹmy tylko ĹźoĹnierzom, którzy chcÄ c nie chcÄ c przy dĹşwiÄkach moknÄ cej orkiestry musieli odbyÄ tÄ uroczystÄ zmianÄ warty. Gdy deszcz tylko trochÄ zelĹźaĹ, a potoki wody na uliczkach przybraĹy formÄ strumyków przemieĹciliĹmy siÄ do zamkowych komnat, ale niestety czas goniĹ. ZobaczyliĹmy tylko skarbiec zamkowy z koronami szwedzkich królów i zrabowanymi w Polsce w czasie szwedzkiego potopu zĹotymi kielichami. PiÄkne, ale znowu pozostaĹ niedosyt. JuĹź zauwaĹźyliĹmy, ze to uczucie bÄdzie nam towarzyszyÄ przez caĹe trzy tygodnie.
Gdy znaleĹşliĹmy siÄ w samochodzie nasze plany musiaĹy ulec zmianie. Na obiad postanowiliĹmy pojechaÄ do Uppsali (kolejne 75 km), Ĺźeby tylko wyrwaÄ siÄ z pochmurnego i dalej groĹźÄ cego deszczem Sztokholmu. I na dobre wyszĹo. ChoÄ ĹźaĹowaliĹmy mile zapowiadajÄ cych siÄ nastrojów Gamla Stan w Sztokholmie, ale mieliĹmy nadziejÄ na takĹźe fajnÄ akademickÄ atmosferÄ Uppsali. Nie zawiedliĹmy siÄ.
Na ulicach miasta byĹo peĹno mĹodzieĹźy, maĹo turystów i mimo poniedziaĹku nastrój jakiegoĹ festynu. Tak wĹaĹnie wpĹywa na to miasto znany Uniwersytet i jego studenci. Z parkingu koĹo dworca do katedry droga wiodĹa nas przez centrum miasta. MijaliĹmy wiele restauracji i barów, ale Ĺźadna nie przyciÄ gnÄĹa naszego wzroku ani zapachy naszych nosów. Dopiero przed samÄ katedrÄ zauwaĹźyliĹmy znajomy napis „Lunchmeny” i wejĹcie do restauracyjki w nic nie mówiÄ cym budynku o Ĺososiowej elewacji. Po krótkich negocjacjach z kelnerkÄ zamówiliĹmy szwedzkie przysmaki. Dopiero wtedy rozejrzeliĹmy siÄ wokóĹ i okazaĹo siÄ, Ĺźe znowu trafiliĹmy w dziesiÄ tkÄ. Restauracja Domtrappkällaren (S.t Eriks Gränd 15, 753 10 Uppsala, http://www.domtrappkallaren.se/) mieĹci siÄ zabytkowych pomieszczeniach, których czÄĹÄ datuje siÄ nawet na XIII wiek, a caĹoĹÄ nie póĹşniej niĹź na wiek XVI. Kilka pomieszczeĹ stanowiĹo wiÄzienie dla studentów, którzy wyĹamywali siÄ z uniwersyteckiej dyscypliny. Wystrój nawiÄ zuje do tamtych czasów, a sama restauracja dziaĹa w tym miejscu od 1930 roku. Umiarkowane ceny (zwĹaszcza w Lunchmeny) i smaczne dania dopeĹniĹy caĹoĹci. Anegdotyczny jest tylko nasz wybór dania, majÄ cego byÄ wg kelnerki szwedzkÄ specjalnoĹciÄ . OkazaĹy siÄ nimi prawie swojskie placki ziemniaczane z przysmaĹźanym bekonem i konfiturÄ z Ĺźurawin (Raggmunkar med hemrimmat fläsk och lingon). Bardzo smaczne i duĹźe porcje po 85 SEK.
Z peĹnymi brzuchami poszliĹmy oglÄ daÄ gotyckÄ katedrÄ. Jeden z dwóch najwiÄkszych koĹcioĹów w Skandynawii (obok Nidarosdomen w Trondheim) stanowi koĹcióĹ katedralny protestanckich arcybiskupów Szwecji. PiÄkna gotycka architektura, surowe protestanckie wnÄtrze, groby wielkich Szwedów (m.in.. Ĺw. Eryka, wielu królów, Katarzyny Jagiellonki i Karola Linneusza) i wspaniaĹe wielkie witraĹźe. Znowu zaczÄ Ĺ poganiaÄ nas czas, parkingowy zegar i kilometry do przejechania. OkoĹo w póĹ do piÄ tej opuĹciliĹmy sympatycznÄ UppsalÄ, zatankowaliĹmy benzynÄ (13,74 SEK/l) i udaliĹmy siÄ drogÄ do Sundsvall (jeszcze ponad 300 km). Niestety koĹczyĹy siÄ juĹź autostrady i choÄ drogi szybkiego ruchu sÄ takĹźe dobrej jakoĹci, to ograniczenia prÄdkoĹci i jednak nie zawsze dwupasmowe jezdnie w obie strony zmniejszyĹy naszÄ szybkoĹÄ. Po drodze mijaliĹmy Gävle, Söderhamn i Hudiksvall, ale poza przeczytaniem o nich w przewodniku i krótkim postoju na przydroĹźnym parkingu nie mieliĹmy okazji ich poznaÄ. Nocleg znowu w Scandicu. Tym razem „Sundsvall Nord” (Värdshusbacken 6, 856 50 Sundsvall – http://www.scandichotels.se/sundsvallnord). Pokój na parterze, a dostawka w formie znanej z kolejowych kuszetek i dostÄp do internetu (WiFi) w cenie. TrochÄ taniej niĹź poprzednio, ale zapĹaciÄ teĹź trzeba byĹo z góry w Polsce.
DzieĹ 6 - 1 lipca 2008 (wtorek) Sundsvall - Umeå - Skellefteå (395 km)
Trasa w Mapy Google
Trasa niby coraz krótsza, ale autostrady skoĹczyĹy siÄ wĹaĹciwie poprzedniego dnia, wiÄc i planowany czas jazdy trochÄ dĹuĹźszy. Wreszcie wyspaliĹmy siÄ prawie do woli, bo do 9:00. Po tradycyjnym Ĺniadaniu w formie szwedzkiego bufetu zaĹadowaliĹmy bagaĹźe do samochodu i ruszyliĹmy w drogÄ. Tym razem nie spodziewaliĹmy siÄ wielu atrakcji, ale szwedzkie wybrzeĹźe BaĹtyku, po którym mieliĹmy jechaÄ jest samo w sobie bardzo piÄkne. Tu bÄdziemy mieli okazjÄ minÄ Ä pierwszy nasz fiord, bo i nad BaĹtykiem sÄ takie zatoki. Zgodnie z przewodnikiem, w mijanym po drodze Härnösand miaĹ byÄ skansen, ulubiona forma muzealna MaĹgosi. SkrÄciliĹmy nawet do miasta i próbowaliĹmy kierowaÄ siÄ drogowskazami (bo w GPS-ie wĹród wielu przydatnych miejsc skansenu nie byĹo), ale roboty drogowe i objazdy skierowaĹy nas w koĹcu w ĹlepÄ uliczkÄ. Czas nas nie goniĹ, wiÄc nawet nie byĹo szkoda. ObejrzeliĹmy maĹe szwedzkie miasteczko z okien samochodu, a na koniec poczekaliĹmy przy zwodzonym moĹcie na przepĹywajÄ ce pod nim akurat dwie Ĺźaglówki.
JadÄ c dalej dotarliĹmy do ujĹcia rzeki Ångerman, jednej z najdĹuĹźszych rzek Szwecji (ponad 420 km). Przerzucony nad niÄ wiszÄ cy most (Höga Kusten bron), którego przÄsĹo jest trzecie pod wzglÄdem dĹugoĹci w Europie. PiÄkny widok z wysokiego brzegu, od którego most wziÄ Ĺ swojÄ nazwÄ (Höga Kusten tzn. wysoki brzeg) przyciÄ ga turystów. Parking, punkt widokowy i hotel umieszczone sÄ tak, aby wszyscy mogli podziwiaÄ wspaniale komponujÄ ce siÄ w naturÄ dzieĹo czĹowieka. Liczba zdjÄÄ tego mostu w internecie i w Google Earth potwierdzajÄ , Ĺźe rzeczywiĹcie warto. My teĹź doĹoĹźyliĹmy swoich kilkadziesiÄ t fotek z tego miejsca. ZwĹaszcza, Ĺźe przeĹwietlane sĹoĹcem ciemne chmury stanowiĹy wspaniaĹe tĹo.
Kolejnym przystankiem miaĹa byÄ Umeå, ale jakoĹ nie mieliĹmy nastroju na szczegóĹowe zwiedzanie tego miasta brzóz i poprzestaliĹmy na samochodowej rundzie przez ulice oraz oglÄ daniu tysiÄcy biaĹych drzew z okien auta. SprzyjajÄ ca w tym miejscu pogoda pozwoliĹa na wybór dĹuĹźszego wariantu naszej trasy. WĹaĹnie w Umeå skrÄciliĹmy z miÄdzynarodowej trasy E4 na krajowÄ drogÄ 364, która wg przewodnika miaĹa byÄ ciekawsza widokowo i krajoznawczo. Wybór potwierdziĹ siÄ caĹkowicie. Zamiast juĹź nuĹźÄ cej trasy szybkiego ruchu z setkami goniÄ cych samochodów przez niekoĹczÄ ce siÄ lasy, wÄĹźsza droga teĹź przez lasy i miÄdzy jeziorami. Ale jakby bliĹźszymi i samochodów duĹźo mniej. A mijane wsie z wiĹniowymi domkami z biaĹymi oknami zupeĹnie bez pĹotów teĹź byĹy czymĹ nowym. Nawet lejÄ cy deszcz, choÄ przelotny, ale taki, Ĺźe wycieraczki nie nadÄ ĹźaĹy, nie pogarszaĹ nastroju. Po przejechaniu wzdĹuĹź malowniczego jeziora Bydgetrasket, gdy poczuliĹmy, Ĺźe nasze ĹźoĹÄ dki domagajÄ siÄ posiĹku na trasie (ok. 15:15) pojawiĹo siÄ maĹe miasteczko – Burträsk (http://www.burtrask.com/). W przewodniku przeczytaliĹmy, Ĺźe jest w nim nawet maĹy skansen, co od razu dodaĹo mu w oczach MaĹgosi dodatkowy atut.
ZajechaliĹmy do centrum ☺ i zobaczyliĹmy dwa drogowskazy: „Burträsk Värdhus” i „Pizza”. WybraliĹmy to pierwsze– brzmiaĹo bardziej miejscowo (Värdhus tzn. karczma). Znowu udaĹo nam siÄ wspaniale. Akurat o tej porze tego dnia moĹźna byĹo zjeĹÄ obiad w postaci szwedzkiego bufetu. A wyrozumiaĹa kelnerka przyjÄĹa do wiadomoĹci, Ĺźe moĹźna sprzedaÄ maĹÄ porcjÄ takiego obiadu. W duĹźych garnkach i brytfannach, pod aluminiowÄ foliÄ , na podgrzewaczach znajdowaĹy siÄ ĹwieĹźe szwedzkie klopsiki, duszony kurczak, gotowane (!!!!) warzywa i ziemniaki. Obok bufet saĹatkowy i lada z napojami. Nie piszÄ juĹź o wyborze chlebów. Syci i zadowoleni podjechaliĹmy kawaĹek do obiecanego skansenu – kilku maĹych domków wyposaĹźonych w stare przedmioty codziennego uĹźytku i ubrane w ludowe stroje manekiny, stojÄ cych nad kolejnym uroczym jeziorem. Ekstremalny pieszy mostek wiszÄ cy na wysepkÄ pokonaliĹmy tylko z AniÄ (tzn. Piotr), ale spacer po przykoĹcielnym cmentarzu juĹź razem. Do dziĹ nadal nie wiemy, jaka jest wymowa maĹych figurek ptaszków na wielu pĹytach nagrobnych. SpotykaliĹmy siÄ z nimi takĹźe na cmentarzach w Norwegii. ĹwiecÄ ce i grzejÄ ce sĹoĹce dopeĹniĹy szczÄĹcia i juĹź w takim nastroju dojechaliĹmy ok. 17:00 do Skellefteå. Po drodze jeszcze spotkaliĹmy piÄknego zielonego starego SAAB’a, za którym „pogoĹ” teĹź sprawiĹa nam trochÄ radoĹci :D. Stacja benzynowa – 13,99 SEK/l i kolejny Scandic – tym razem caĹkiem nowoczesny (Scandic Skellefteå, Kanalgatan 75, 931 78 Skellefteå – http://www.scandichotels.se/skelleftea) z przeszklonym, wielopiÄtrowym atrium zaskoczyĹ nas bardzo. Okna pokoju wychodziĹy nie na dwór tylko wĹaĹnie na to wewnÄtrzne atrium, a ĹwieĹźe powietrze byĹo tylko w postaci klimatyzacji. Nie narzekaliĹmy za bardzo, ale ten hotel, choÄ najnowoczeĹniejszy, postawiliĹmy na ostatnim miejscu wĹród odwiedzonych. I pod wzglÄdem wygody spania, i pod wzglÄdem sympatycznego nastroju i klimatu (cena za pokój dwuosobowy z dostawkÄ – 890 SEK). A do ciekawostek z tego dnia to moĹźna jeszcze dodaÄ problemy z prawidĹowym wymówieniem nazwy miasta, w którym nocowaliĹmy. Po szwedzku wymawia siÄ to [schellefte] z bardzo niesĹyszalnym S. Dopiero po powrocie do Polski nauczyĹem siÄ poprawnie wymawiaÄ tÄ nazwÄ. Nic nie mówiÄ teĹź o naszym samochodzie, ale co moĹźna pisaÄ, gdy sprawia siÄ znakomicie. ZaĹadowany po brzegi bagaĹźnik, trzy osoby w Ĺrodku, a silnik ciÄ gnie w kaĹźdych warunkach dobrze. Tempomat i automatyczna skrzynia biegów uĹatwiajÄ kierowcy prowadzenie, zwĹaszcza na uporzÄ dkowanych szwedzkich drogach. W szeĹÄ dni przejechaliĹmy juĹź ponad 3 000 km, a ja nie czuĹem siÄ wcale zmÄczony prowadzeniem samochodu.
DzieĹ 7 - 2 lipca 2008 (Ĺroda) Skellefteå - Arvidsjaur – Arjeplog - Røkland (404 km)
Trasa w Mapy Google
Tego dnia mieliĹmy dotrzeÄ do jednego z celów naszej wyprawy, czyli za koĹo polarne. PiÄknÄ „SrebrnÄ drogÄ ” (krajowa 95) w poprzek Laponii mieliĹmy dojechaÄ znad BaĹtyku nad Morze PóĹnocne, na drugÄ stronÄ PóĹwyspu Skandynawskiego, juĹź do Norwegii. DzieĹ zaczÄ Ĺ siÄ jak co dzieĹ. Ĺniadanie w szwedzkim bufecie, przed przerwÄ na kilka dni, nie wzbudziĹo juĹź emocji. W planie na ten dzieĹ mieliĹmy ranne zakupy w Skellefteå. Ze znalezieniem supermarketu nie mieliĹmy trudnoĹci. SieÄ COOP jest popularna w caĹej Skandynawii. To takie nasze „SpoĹem”, ale bez ideologicznych przekĹamaĹ. Po uzupeĹnieniu samochodowej „spiĹźarni”, ruszyliĹmy w deszczu na póĹnocny zachód, w kierunku granicy norweskiej. OpuĹciliĹmy brzeg BaĹtyku i przez lasy, powoli wznoszÄ cÄ siÄ drogÄ dojechaliĹmy do Arvidsjaur. Tu przerwa na odwiedzenie Lappstaden - tradycyjnej wioski Saamów z XVIII w. Saamowie to wĹasna nazwa plemion zamieszkujÄ cych LaponiÄ. W ciÄ gu ostatnich kilkudziesiÄciu lat Saamowie wybijajÄ siÄ na samodzielnoĹÄ pod wĹasnÄ flagÄ , z wĹasnym jÄzykiem i kulturÄ . Od Arvidsjaur obok flagi szwedzkiej pojawiaĹa siÄ flaga Saamów w kolorach niebieskim, czerwonym, zielonym i ĹźóĹtym. Lappstaden to wioska kilkudziesiÄciu maĹych drewnianych domków z koĹca XVIII wieku, na co dzieĹ nie zamieszkanych, ale uĹźywanych przez ich wĹaĹcicieli na ĹwiÄto narodowe Saamów tzw. "Storstämningshelgen", które jest obchodzone w ostatni weekend w sierpniu kaĹźdego roku. W zupeĹnie pustej wiosce spotkaliĹmy jeden z symboli Laponii tzn. wiewiórkÄ. CiemniejszÄ niĹź nasze rude i bardziej puszystÄ , ale tak samo jak nasze ciekawskÄ i fotogenicznÄ . Niestety deszcz przegoniĹ nas i wiewiórkÄ.
W dalszÄ drogÄ piÄknÄ 95-tkÄ prowadziĹa nas coraz lepsza pogoda. SĹoĹce przebiĹo ciemne warstwy chmur i oĹwietlaĹo piÄkne krajobrazy leĹnych jezior i skalnych rumowisk. PojawiĹy siÄ pierwsze wzgórza, bÄdÄ ce zapowiedziÄ gór stanowiÄ cych granicÄ Szwecji i Norwegii. Nagle, wĹród coraz niĹźszych Ĺwierków i powyginanych sosen, zobaczyliĹmy pasÄ ce siÄ stado reniferów. Przygotowani przez lekturÄ przewodników, nie zdziwiliĹmy siÄ, Ĺźe na szyi miaĹy obroĹźe, a w uszach kolczyki. ByĹy to pasÄ ce siÄ dziko, ale hodowlane zwierzÄta, puszczane prawie wolno w lecie i dokarmiane w zimie. W ten sposób zaliczyliĹmy, w oswojonej postaci, drugi symbol Laponii. Znudzone pozowaniem do dziesiÄ tek zdjÄÄ renifery, spokojnym truchtem, po wygodnej drodze pobiegĹy dalej.
Po kolejnych kilkudziesiÄciu kilometrach coraz bardziej uroczej trasy, oĹwietlonej peĹnym sĹoĹcem i ĹwieĹźej po niedawnym deszczu, dotarliĹmy do Arjeplog. Po zatankowaniu (benzyna w Szwecji jest taĹsza niĹź w Norwegii, a byĹa to ostatnia stacja benzynowa przed granicÄ – 14,11 SEK/l) poszliĹmy do Muzeum Srebra (Silvermuseet i Arjeplog – http://silvermuseet.arjeplog.se/). Jest to miejsce gdzie zgromadzono przedmioty zwiÄ zane z Ĺźyciem Saamów, ich kulturÄ i dziedzictwem. Kilka tematycznych wystaw, wĹród których najlepiej czuĹa siÄ MaĹgosia. Ulubiona forma skansenu i Ĺźycia codziennego przedstawionego w prawie realnej postaci. Mnie zaciekawiĹy kolory tradycyjnych ubiorów Saamów, Ĺźywe granaty i czerwienie z elementami jaskrawej ĹźóĹci i zieleni. Wszystko w ĹwieĹźo rozbudowanych salach przy budynku dawnej szkoĹy (?). Obok kilka znanych nam juĹź z formy chatek Saamów. Ciekawe doĹwiadczenie. Po zwiedzaniu wpisaliĹmy siÄ do ksiÄgi pamiÄ tkowej (wĹród innych wiele polskich wpisów !!!) i poszliĹmy na szybki obiad. Tu niestety nie mamy czego polecaÄ. ZwykĹa pizza w lokalu prowadzonym przez czarnoskórego Szweda i w drogÄ. Do KoĹa Polarnego.
DzieĹ 8 - 3 lipca 2008 (czwartek) Røkland - Mo i Rana - Følling (482 km)
Trasa w Mapy Google
DzieĹ musieliĹmy zaczÄ Ä doĹÄ szybko bo trasa goniĹa. Niby tylko 480 km, ale Norwegia to nie Szwecja i obowiÄ zuje ograniczenie do 80 km/h. Ĺniadanie z suchego prowiantu zabranego z Polski, herbata i kawa w kawiarni przy kampingu, szybkie pakowanie i w drogÄ. Jeszcze tylko kilka sĹów z bardzo przyjaznÄ wĹaĹcicielkÄ , która burzyĹa stereotyp zamkniÄtego Norwega i jedziemy na poĹudnie do Følling. Droga E6 przebijaĹa siÄ przez doĹÄ strome góry, ale biegnÄ c wzdĹuĹź rzeki poza piÄkniejÄ cymi z kilometra na kilometr widokami, nie wymagaĹa zbytniej uwagi. Po ok. 50 km. dotarliĹmy ponownie do koĹa polarnego. Norwegowie podeszli do sprawy zupeĹnie inaczej niĹź Szwedzi i postanowili zarabiaÄ pieniÄ dze na atrakcji turystycznej - Polarsirkelen.
Ciekawe architektonicznie centrum turystyczne (http://arctic-circle.no/), duĹźy parking dla samochodów i autobusów, szlak do cmentarza jeĹców wojennych budujÄ cych tory kolejowe, pomniki i pĹaty Ĺniegu przyciÄ gaĹy wszystkich przejeĹźdĹźajÄ cych w pobliĹźu. Ten Ĺnieg to oczywiĹcie byĹ naturalny, ale moĹźna byĹo mieÄ wraĹźenie, Ĺźe i oto zadbali zapobiegliwi Norwegowie. TrafiliĹmy akurat na ciÄ gnÄ cy na Nord Cap rajd starych Skód, wĹród których wysĹuĹźone 1000 MB zaliczane byĹy do mĹodszych. ByĹy tam stare Oktawie i Felicie, a nawet jakieĹ modele terenowe i chyba przedwojenny model taksówkowy (?). Zawsze podziwiaĹem takich ludzi z pasjÄ . ZrobiliĹmy kilkadziesiÄ t pamiÄ tkowych i krajobrazowych zdjÄÄ, odwiedziliĹmy duĹźy sklep z pamiÄ tkami (gĹównie dla Ani), nie kupiliĹmy za jedyne 50 NOK od osoby certyfikatu przekroczenia koĹa polarnego i po wysuszeniu nóg zamoczonych chodzeniem po roztapiajÄ cym siÄ na sĹoĹcu w 25 oC Ĺniegu, ruszyliĹmy dalej.
Zgodnie przewodnikiem i wczeĹniej zbieranymi informacjami droga E6 idÄ ca w równej odlegĹoĹci pomiÄdzy granicÄ a Morzem PóĹnocnym miaĹa byÄ monotonna i raczej bez atrakcji turystycznych. W zwiÄ zku z tym nasz plan podróĹźy tym razem nie zakĹadaĹ trasy turystycznej. DodajÄ c jeden, dwa dodatkowe noclegi moĹźna byĹo wybraÄ jazdÄ drogÄ 17 (zamiast 480 – 770 km) wzdĹuĹź wybrzeĹźa, z wielokrotnymi przeprawami promowymi i prawdopodobnie piÄknymi widokami. Ale los chciaĹ inaczej. Po ominiÄciu przemysĹowego Mo i Rana oraz równie nieciekawego Korgen musieliĹmy nagle zmieniÄ trasÄ, gdyĹź na drodze wyrósĹ drogowskaz „Objazd”. ZaczÄliĹmy wspinaÄ siÄ w górÄ omijajÄ c remontowany akurat 8 km Korgfjelltunnelen i pokonywaÄ niespodziewanie (dla nas) urokliwÄ Europavegen. OkoĹo 14 po dotarciu na przeĹÄcz Korgfjellet naĹadowani widokami poczuliĹmy delikatny gĹód. ZatrzymaliĹmy siÄ przed „Korgenfjellet kro & motell” (http://www.korgenfjellet.no/), w którym za ĹredniÄ norweskÄ cenÄ (ok. 120 NOK/os) zjedliĹmy smaczny obiad. Anegdotyczny byĹ fakt, Ĺźe nie znajÄ c norweskiego (bĹÄ d) i sĹabo tĹumaczÄ c angielski kelnerki (jeszcze wiÄkszy bĹÄ d) zamówiliĹmy coĹ co wydawaĹo siÄ duszonÄ cielÄcinÄ . OkazaĹo siÄ potem (po siÄgniÄciu do rozmówek), Ĺźe byĹ to stek z Ĺosia. W ten sposób „spotkaliĹmy” kolejny symbol póĹnocnej Skandynawii. Tu teĹź zjedliĹmy pysznego pieczonego Ĺososia (na zimno!?) z ziemniakami, warzywami (na ciepĹo) i surówkÄ (teĹź na zimno). Po sesji zdjÄciowej w wykonaniu MaĹgosi i Ani, ze stadem sympatycznych, pasÄ cych siÄ przy i na drodze owiec i baranów (wĹród których byĹy i czarne) wsiedliĹmy do samochodu. Zjazd z przeĹÄczy byĹ kolejnym testem samochodu przed serpentynami w Ĺrodkowej Norwegii, zdanym równieĹź i przez kierowcÄ bez bĹÄdu. Po powrocie na E6, dalsza droga raczej byĹa zgodna z oczekiwaniem, doĹÄ spokojna i bez wiÄkszych atrakcji. Mijane krajobrazy byĹy piÄkne, ale juĹź porównywalne do wczeĹniej mijanych, wiÄc nie wzbudzaĹy zachwytów. W planie mieliĹmy wariantowÄ jazdÄ po odcinku przywoĹywanej juĹź 17 (Kystriksveien – http://www.rv17.no/) z Grong przez Namsos do Steinkjer, ale póĹşna pora i zmÄczenie materiaĹu ludzkiego nie pozwoliĹy na realizacjÄ.
OkoĹo 20:00 dotarliĹmy do Føllingstua Camping (http://www.follingstua.com/) gdzie w luksusowych warunkach (drewniany domek z dwoma pokojami, antresolÄ , aneksem kuchennym, peĹnÄ ĹazienkÄ ) i z widokiem na wspaniaĹe jezioro Snåsavatnet spÄdziliĹmy „biaĹÄ noc”.
Kolejny raz przekonaliĹmy siÄ, Ĺźe Norwegowie trzymajÄ siÄ danego sĹowa. Domek, jak i wszystkie inne noclegi zamówiĹem wczeĹniej przy pomocy internetowych portali rezerwacyjnych. Potwierdzone zamówienie opiewaĹo na cenÄ 590 NOK za noc, co okazaĹo siÄ byÄ cenÄ poza sezonem. W sezonie kosztuje to 780 NOK, ale wĹaĹciciele bez Ĺźadnych wÄ tpliwoĹci stwierdzili, Ĺźe za bĹÄ d portalu nie mogÄ odpowiadaÄ ja i wziÄli na siebie potencjalnÄ stratÄ. Miejsce nad jeziorem polecam, bo okolica urokliwa i spokojna, a wielbiciele Ĺowienia ryb, pieszych wÄdrówek lub fotografowania szerokich krajobrazów majÄ tam czego szukaÄ. Na szczÄĹcie wczeĹniejsze przestrogi o ogromnych i zjadliwych komarach i innych natrÄtnych owadach nie sprawdziĹy siÄ i tym razem.
DzieĹ 9 - 4 lipca 2008 (piÄ tek) Følling – Trondheim - Dombås (331 km)
Trasa w Mapy Google
JuĹź o 8:00 ostre sĹoĹce w oknie zakoĹczyĹo nasz smaczny sen. Po Ĺniadaniu z polsko-szwedzkich zapasów i pakowaniu w coraz wyĹźszej temperaturze (o 9 rano w cieniu byĹo juĹź ok. 25 oC) bardzo cywilizowanÄ drogÄ (oczywiĹcie E6) ruszyliĹmy w kierunku Trondheim. Tankowanie na pierwszej norweskiej stacji po 13,58 NOK/l potwierdziĹo fakt, Ĺźe w Norwegii ropÄ i turystami stojÄ cej, ani benzyna ani podróĹźowanie do najtaĹszych nie naleĹźy. Tego dnia mieliĹmy w planie zwiedzanie tego starego miasta, w którym koronowano pierwszych królów Norwegii. Po drodze minÄliĹmy pole bitwy pod Stiklestad (1030). Jest to miejsce uwaĹźane przez Norwegów, jako miejsce zjednoczenia Norwegii i poczÄ tek jej historii.
OkoĹo dwunastej, po zapĹaceniu 35 NOK za wjazd do miasta i kilku kóĹkach po centrum Trondheim zaparkowaliĹmy na wielopoziomowym parkingu niedaleko Olav Tryggvasons gate i Prinsens gate. Bez GPS-u krÄ ĹźylibyĹmy pewnie jeszcze dĹuĹźej, albo stanÄli dalej. Z doĹwiadczeĹ wĹasnych uwaĹźam, Ĺźe majÄ c niewiele czasu na zwiedzanie miasta, warto korzystaÄ z takiego rozwiÄ zania (70 NOK za cztery godziny).
Kilka minut poĹwiÄcone w banku na zakup koron i ruszamy dalej. KorzystajÄ c z piÄknej pogody Trondheim zwiedzamy na piechotÄ zgodnie z planem przygotowanym przez AniÄ. To ponad tysiÄ cletnie miasto, zwane pierwotnie Nidaros, byĹo kilkukrotnie stolicÄ paĹstwa i obecna stolica Oslo jest przy nim jak duĹźo mĹodszy brat. Munke gate doszliĹmy do Torget, zwyczajowego miejsca targowego, obecnie piÄknego placu ze statuÄ Olava Tryggvasona, zaĹoĹźyciela miasta i dziesiÄ tkami straganów z kwiatami i innymi towarami dla turystów. StÄ d juĹź tylko kilka kroków do gotyckiego Var Frue kirke (KoĹcióĹ Naszej Pani), odbudowanego po poĹźarze w XVIII wieku z barokowym wnÄtrzem i oĹtarzem. Krótkie zwiedzanie i idziemy w kierunku kompleksu Nidarosdom (Katedry Nidaros i paĹacu arcybiskupiego http://www.nidarosdomen.no/). Gotycka ĹwiÄ tynia, najwiÄksza w caĹej Skandynawii, jest miejscem pochowania Olafa II, który w Norwegii wprowadziĹ chrzeĹcijaĹstwo. Kamienny koĹcióĹ wzorowany na angielskiej katedrze w Cantenbury robi ogromne wraĹźenie. Bogate, jak na gotyk i obecny protestancki charakter, wnÄtrze, krypta peĹna kamiennych pĹyt nagrobnych, oĹtarz Ĺw. Olafa i koncerty muzyki koĹcielnej – to wszystko skĹada siÄ na niezapomniany nastrój. MĹodzi wolontariusze, jako wielojÄzyczni przewodnicy, z zapaĹem opowiadajÄ o historii, zabytkach i ciekawostkach tego miejsca. Zaraz obok katedry mieĹci siÄ paĹac arcybiskupi pierwotnie z XIII wieku. TrochÄ zdziwiliĹmy siÄ widzÄ c nowe budynki powiÄ zane ĹciĹle z kamiennymi Ĺcianami, niskie wejĹcia przez grube mury zamkniÄte szklanymi drzwiami i inne historyczne elementy wbudowane we wspóĹczesne i nowoczesne ramy. Ale to teĹź ma swoje zalety, a archeologiczna ekspozycja przedstawiajÄ ca Ĺźycie w Ĺredniowiecznym paĹacu zainteresowaĹa nas bardzo. Z dziedziĹca paĹacu moĹźna wejĹÄ do muzeum wojskowego (które ominÄliĹmy z braku czasu) i do podziemnej wystawy regaliów norweskich. Katedra Nidaros jest miejscem koronowania królów Norwegii. Ostatnia koronacja miaĹa miejsce w 1991 gdy na tron wstÄpowali obecny król Harald i królowa Sonia. W sumie razem na bilety wydaliĹmy doĹÄ duĹźo (bilet rodzinny za 200 NOK), ale warto byĹo. ZmÄczeni upaĹem i juĹź trochÄ gĹodni (byĹo po 14) ruszyliĹmy w kierunku Bryggene i Gamle bybro (nabrzeĹźy i starego mostu). Kolejne znane turystycznie i z przewodników miejsce. Ale po krótkim podziwianiu i uwiecznianiu na elektronicznych kliszach, instynkt przypomniaĹ o sobie. Nie skorzystaliĹmy z polecanych w bedekerach restauracji na nabrzeĹźu i weszliĹmy do skromnie ogĹaszajÄ cej siÄ kredowym napisem na czarnej tablicy, knajpki „BAKLANDET SKYDSSTATION” (http://www.skydsstation.no/). W zupeĹnie pustej restauracyjce zamówiliĹmy „Fiskesuppe” (zupÄ rybnÄ ) oferowanÄ jako MIDAG (lunch menu) za „jedyne” 158 NOK za porcjÄ. Jak póĹşniej oceniliĹmy, byĹo to najsmaczniejsze norweskie danie. DuĹźe, nie rozgotowane kawaĹki ryby i warzyw w gorÄ cym rybnym wywarze udekorowane krewetkami i zieleninÄ , podane w miseczce na talerzyku z ciemnym chlebem i odrobinÄ masĹa. WspaniaĹy wyglÄ d, rewelacyjny smak i peĹne ĹźoĹÄ dki stanowiĹy peĹnÄ kompozycjÄ. Sympatyczny wystrój wnÄtrz zajmujÄ cych parter zwykĹego, piÄtrowego, drewnianego domku dopeĹniaĹy nasze wraĹźenia.
Po obiedzie, w palÄ cym sĹoĹcu (jakby nie skandynawskich, ale Ĺródziemnomorskich klimatach), poszliĹmy dalej w kierunku Kristiansten fortress (fortecy), górujÄ cych nad miastem fortyfikacji z XVIII wieku. Po drodze szliĹmy ostrym podejĹciem wzdĹuĹź kolejnej turystycznej ciekawostki Trodheim – wyciÄ gu dla rowerów, z prÄdkoĹciÄ 2 m/s wpychajÄ cego rower z rowerzystÄ na 130 metrów wyĹźej poĹoĹźonÄ ulicÄ. Po krótkim krÄ Ĺźeniu wokóĹ (z braku dokĹadnego planu) weszliĹmy na teren umocnieĹ. Jak zawsze na najwyĹźszym miejscu staĹ maszt z flagÄ norweskÄ , a wokóĹ grupki biwakujÄ cych ludzi, korzystajÄ cych z piÄknej pogody i zielonych trawników. Widok na Trondheim rzeczywiĹcie wspaniaĹy. PoĹoĹźone nad fiordem i wijÄ cÄ siÄ rzekÄ miasto z charakterystycznymi punktami katedry i wieĹźy telekomunikacyjnej (Tyholttårnet) wyglÄ da piÄknie wĹaĹnie z tej góry. Warto byĹo siÄ wdrapaÄ nie zaleĹźnie od skwaru i peĹnych brzuchów. StÄ d juĹź tylko powrót przez sympatyczne uliczki do samochodu i jak zawsze z pewnym niedosytem opuĹciliĹmy miasto.
MieliĹmy zamiar zrobiÄ jeszcze trochÄ zakupów spoĹźywczych w markecie COOP na przedmieĹciach, ale nie najlepiej zaprogramowany GPS za póĹşno wskazaĹ skrzyĹźowanie i minÄliĹmy centrum handlowe. Trudno siÄ mówi. Jeszcze przed 17:00 udaĹo nam siÄ zauwaĹźyÄ maĹy markecik w mijanej miejscowoĹci i uzupeĹniliĹmy zapasy. Przed nami byĹo prawie 200 km, z czego ostatnie 80 przez dzikie ustronia Dovrefjell-Sunndalsfjella nasjonalpark (parku narodowego). Celem byĹo Dombås, a teren parku zaczyna siÄ zaraz za Oppdal. Jeszcze przed Oppdal zatrzymaĹem siÄ na kilkuminutowy odpoczynek na przydroĹźnym trawiastym parkingu. Zaspana córka wyszĹa z samochodu na kawaĹek ĹÄ czki i ledwo schyliĹa siÄ, natychmiast znalazĹa czterolistne koniczyny. UznaliĹmy to za dobrÄ wróĹźbÄ na dalszÄ drogÄ. DrogÄ kolejnych niesamowitych widoków i wraĹźeĹ. Dzikie, skaliste wzgórza, puste przestrzenie poroĹniÄte gdzieniegdzie niskimi krzakami, tundrowÄ trawÄ i mchami, pĹaty Ĺniegu, maĹe oczka czarnych jezior i spadajÄ ce nitki wodospadów byĹy naszymi towarzyszami przez tÄ drogÄ. Co jakiĹ czas chata dla turystów ryzykujÄ cych piesze wÄdrówki zakĹócaĹa te widoki. CzuliĹmy siÄ jak na bezkresnym pustkowiu i tylko droga biegnÄ ca prawie prosto do horyzontu przypominaĹa nam o cywilizacji. Z rzadka pojawiajÄ ce siÄ terenowe samochody dopeĹniaĹy naprawdÄ niesamowitego nastroju. Kolejne miejsce, które warto by zobaczyÄ z bliska, pieszo przemierzajÄ c wÄ skie ĹcieĹźki.
Do Dombås dotarliĹmy okoĹo 19:00 doĹÄ Ĺatwo trafiajÄ c do Dombås Vandrerhjem (http://www.trolltun.no/) poĹoĹźonego w kompleksie stacji narciarskiej Trolltun. Za 900 NOK dostaliĹmy duĹźy pokój surowo wyposaĹźony w dwa piÄtrowe ĹóĹźka i wĹasnÄ ĹazienkÄ. W recepcji, w poĹoĹźonym obok Trolltun Gjestegård, przywitaĹ nas goĹcinny wĹaĹciciel, który zorientowawszy siÄ, Ĺźe jesteĹmy z Polski, uĹźyĹ kilkunastu sĹów po polsku (!!!). Po spacerze po okolicy poĹoĹźonego na zboczu oĹrodka, wĹród drewnianych figur paskudnych trolli, szybko wróciliĹmy do pokoju. NastÄpnego dnia czekaĹ nas (w zaleĹźnoĹci od dobrze zapowiadajÄ cej siÄ pogody) najciekawszy etap naszej wyprawy. Najciekawszy, ale dĹugi i wymagajÄ cy, wiÄc mimo biaĹej nocy poszliĹmy spaÄ. Jako ciekawostkÄ dodam, Ĺźe dostaĹem siÄ do internetu korzystajÄ c z poĹÄ czenia WIFI do jakiegoĹ niezabezpieczonego hot-spota wystawionego prawdopodobnie przez wĹaĹciciela stojÄ cego niedaleko wozu campingowego.
DzieĹ 10 - 5 lipca 2008 (sobota) Dombås - Lom – Dalsnibba - Stryn - Dragsvik - Gudvangen (520 km)
Trasa w Mapy Google
Pobudka wczeĹnie i po zamówionym w hotelu Ĺniadaniu, juĹź o 8:30 ruszaliĹmy w drogÄ. PiÄkna pogoda (kolejny dzieĹ !) pozwoliĹa nam na realizacjÄ najdĹuĹźszego wariantu zaplanowanej trasy. Najpierw w dalszym ciÄ gu drogÄ E6 przez Dovre do Sel. CaĹy czas w dóĹ, co dopiero pokazaĹo nam jak wysoko byliĹmy, wzdĹuĹź kotliny miÄdzy górami dojechaliĹmy do miejsca, gdzie poĹźegnaliĹmy siÄ z dotychczasowym szlakiem, towarzyszÄ cym nam od koĹa podbiegunowego. W maĹej miejscowoĹci zjechaliĹmy na wÄ skÄ asfaltowÄ szosÄ, która nagle (po maĹo widocznym ostrzeĹźeniu) przeszĹa w szutrowÄ , jeszcze wÄĹźszÄ drogÄ. Na domiar wszystkiego szutrówka byĹa w remoncie, biegĹa przez las, ostro i prosto w dóĹ. Ĺťona i córka, jeszcze delikatnie zaspane, obudziĹy siÄ natychmiast, a ja doceniĹem swój samochód, który po przeĹÄ czeniu na tryb rÄcznej zmiany biegów, wymagaĹ wĹaĹciwie tylko dobrego trzymania kierownicy. OkoĹo 10 km takiej jazdy byĹo ciekawym wstÄpem do dzisiejszej trasy. Kolejne 40 km byĹo tylko podziwianiem wysokich lasów, dĹugich jezior w kotlinie i rysujÄ cych siÄ w oddali zaĹnieĹźonych gór. Po drodze mijaliĹmy grupki kolarzy, szykujÄ cych siÄ do corocznego, lokalnego wyĹcigu, co ze wzglÄdu na coraz bardziej strome podjazdy wydawaĹo nam siÄ przedsiÄwziÄciem doĹÄ ekstremalnym. JuĹź po 10:00 dotarliĹmy do Lom, gdzie z daleka witaĹ nas piÄkny stavkirke (koĹcióĹ sĹupowy). KoĹcioĹy tego typu, charakterystyczne dla Norwegii, w swojej pierwotnej formie byĹy prawdopodobnie ĹwiÄ tyniami wikingów, a gdy chrzeĹcijaĹstwo staĹo siÄ religiÄ panujÄ cÄ , byĹy budowane ku czci nowego Boga. Drewniane od Ĺcian do dachów, wykaĹczane runicznymi zdobieniami i najbardziej znanymi gĹowami smoków na koĹcach kalenic, zachowaĹy siÄ w niezmienionym ksztaĹcie w niewielu miejscach, ale i nowe norweskie koĹcioĹy nawiÄ zujÄ do tej tradycji. ZobaczyliĹmy wiÄc budowlÄ jakby podobnÄ do czegoĹ, co widzieliĹmy juĹź wczeĹniej i to w Polsce. Ale oczy nas nie myliĹy, Jeden z takich koĹcioĹów zostaĹ przeniesiony w XIX w. do Karpacza i zĹoĹźony od podstaw. Chodzi oczywiĹcie o koĹcióĹek Wang mylnie traktowany przez niektórych turystów jako ĹwiÄ tynia z dalekiego wschodu.
ObeszliĹmy majÄ cy 850 lat budynek, ale do Ĺrodka juĹź nie weszliĹmy. ZniechÄciĹ nas tĹumek japoĹskich turystów, obwieszonych aparatami i ĹźywioĹowo zachwycajÄ cych siÄ zabytkiem. Czas goniĹ nas dalej. W Lom zaczyna siÄ droga 55, podobno (nie dane nam byĹo tym razem sprawdziÄ) najpiÄkniejsza widokowa droga, z wyznaczonych w Norwegii narodowych dróg turystycznych (www.turistveg.no), Sognefjellet – droga Sognefjell. My jechaliĹmy dalej drogÄ 15 w kierunku na Stryn, wzdĹuĹź górskiej, wartko mknÄ cej rzeki Otta. Po mniej wiÄcej póĹ godzinie jazdy zatrzymaliĹmy siÄ przy kampingu Dønfoss, co juĹź z norweskiej koĹcówki „foss” wskazywaĹo na jakÄ Ĺ formÄ wodospadu. I rzeczywiĹcie nie zawiedliĹmy siÄ. Z hukiem i grzmotem rwÄ ca rzeka, przeĹamujÄ ca siÄ na wystajÄ cych z turkusowej wody skaĹach rozbijajÄ cych nurt w wodny pyĹ, robiĹa rewelacyjne wraĹźenie. W sumie byĹ to pierwszy widziany przez nas w Norwegii taki przeĹom. A i sam kamping doĹÄ ciekawie wykorzystaĹ poĹoĹźenie w skalnym przeĹomie. Basen byĹ po prostu nieckÄ , oddzielonÄ od rzeki kamiennÄ groblÄ i kÄ piÄ cy mogli mieÄ wraĹźenie, Ĺźe pĹywajÄ w górskim strumieniu. I oczywiĹcie wszÄdzie obecne trolle.
Dalej drogÄ 15 aĹź do miejscowoĹci Grotti, gdzie drogowskazy zachÄcaĹy do kolejnego szlaku turystycznego, Gamle Strynefjellsvegen (starej drogi Strynefjell), ale i tym razem nie skorzystaliĹmy z zaproszenia. CiÄ gnÄĹa nas jak magnes perspektywa widoku fiordu Geiranger ze szczytu góry Dalsnibba. ZboczyliĹmy z goĹcinnej 15 na drogÄ 63 – na Geiranger i wzdĹuĹź zamarzniÄtego (lipiec, +20oC !!!) jeziora Djupvatnet wĹród oĹnieĹźonych szczytów i zboczy, coraz wÄĹźszÄ szosÄ , dojechaliĹmy do znanej mi z opisów, pĹatnej (75 NOK) szutrówki (drogi Nibbevegen) na górÄ. Moje pasaĹźerki nie byĹy caĹkiem przygotowane na takÄ jazdÄ, ale i ja czuĹem siÄ jak na próbie ekstremalnej jazdy. WÄ ziutka, bez Ĺźadnych barierek, szutrowa droga przyczepiona do zbocza, z rzadko pojawiajÄ cymi siÄ mijankami i ostro, serpentynami biegnÄ ca do góry. Z poziomu ok. 1050 metrów do 1476 metrów n.p.m. w ciÄ gu ok. 2 km. Ale warto byĹo. Samochód i pasaĹźerowie zdali egzamin. Jeszcze przed szczytem, na doĹÄ duĹźej poĹaci Ĺniegu wypatrzyliĹmy stado wÄdrujÄ cych reniferów. ChoÄ zatrzymaÄ siÄ nie byĹo raczej gdzie, to pomiÄdzy kolejnymi zakrÄtami udaĹo siÄ je sfotografowaÄ.
Na samym szczycie parking i platforma, z zapierajÄ cym dech w piersiach widokiem. W dole rozpoĹcieraĹ siÄ najsĹynniejszy chyba i rzeczywiĹcie urzekajÄ cy Geirangerfjord. PiÄkna pogoda pozwalaĹa zobaczyÄ go w caĹoĹci. MaleĹkie Ĺźuki peĹznÄ ce po zboczu okazywaĹy siÄ byÄ samochodami mozolnie pokonujÄ cymi kolejne metry w góry, maĹe kropki – ludĹşmi juĹź niĹźej próbujÄ cymi podziwiaÄ piÄkno widoku, a kreski na morskiej wodzie – stateczkami turystycznymi umoĹźliwiajÄ cymi zachwyt tym dzieĹem przyrody z samego doĹu. ByĹo poĹudnie, ale temperatura nie przekraczaĹa 10oC. Ani to, ani ostry wiatr nie przeszkadzaĹo w gorÄ czkowym chĹoniÄciu pejzaĹźy oraz uwiecznianiu na fotografiach i filmie. OtaczajÄ ce to wszystko oĹnieĹźone góry dopeĹniaĹy niezapomnianej caĹoĹci. WszÄdzie kupki z kamieniu ustawiane na pamiÄ tkÄ przez turystów. WĹród tychĹźe spotkaliĹmy takĹźe i Polaków. Sympatyczne maĹĹźeĹstwo – sami zaproponowali, Ĺźe zrobiÄ nam zdjÄcie – jedno z niewielu, na którym jesteĹmy razem we trójkÄ. Obok parkingu sklepik z pamiÄ tkami i sĹodyczami, maĹa wystawa (pĹatna :(, wiÄc zrezygnowaliĹmy) i WC. (Dalsnibba Senteret)
Czas goniĹ, wiÄc jedziemy z powrotem. Ĺatwo powiedzieÄ, ale trudniej wykonaÄ. Pod górÄ jakoĹ Ĺatwiej. Ale cóĹź – skrzynia biegów w tryb manualny i do doĹu. Dobrze, Ĺźe MaĹgosia zdecydowaĹa siÄ nakrÄciÄ tÄ drogÄ przy pomocy kamery i zajÄĹa siÄ filmowaniem, bo ekstremalna jazda po wÄ skich skalnych serpentynach, wĹród innych, nie koniecznie wprawnych uĹźytkowników drogi, byĹa nie lada wyzwaniem. Widoki rekompensowaĹy ucisk siedzÄ cej na ramieniu duszy.
Zostawiamy po prawej stronie drogÄ do Geiranger i jedziemy dalej drogÄ 15 na Stryn. Coraz dĹuĹźsze tunele nie robiĹy na nas juĹź wraĹźenia, ale widoki (sĹowo, które pojawia siÄ czÄsto w opisie, ale bez niego nie byĹoby o czym pisaÄ) caĹy czas na najwyĹźszym poziomie emocji. PrzejechaliĹmy raptem kolejne 30 km i juĹź „musieliĹmy” siÄ zatrzymaÄ. W czasie zjazdu kolejnymi serpentynami wraĹźenia uciekaĹy za szybko. JadÄ c dalej wzdĹuĹź jeziora Strynevatnet mijamy Jostedalsbreen Nasjonalparksenter – Centrum turystyczne lodowca Jostedal. Lodowiec mamy w planie kolejnego dnia, wiÄc zostawiamy je bez Ĺźalu. Stryn, miejscowoĹÄ turystyczna, peĹna ludzi, samochodów i kolorowych reklam nie robi na nas dobrego wraĹźenia po raczej nieskaĹźonych ludzkÄ dziaĹalnoĹciÄ przejechanych kilometrach. Szybko tankujemy benzynÄ (13,88 NOK/l) i zmieniajÄ c plany, postanawiamy obiad zjeĹÄ gdzieĹ dalej. Szosa 60 wije siÄ wzdĹuĹź brzegu Faleidfjord (odnogi Nordfjord) przez kolejne turystyczno-wypoczynkowe miasteczka. Na szczÄĹcie doĹÄ niespodziewanie odbija od wody i ostro w górÄ (kolejne serpentyny) dociera do grzbietu góry, gdzie odnajdujemy nietypowy, bo wybudowany w nowoczesnym stylu hotelik i restauracjÄ (Karistova Hotell – http://www.karistova.no/). Widok z okien od stolika znakomicie przyprawia nam podane dania miejscowej kuchni. Dobrze po 15:00 ruszamy dalej i po ostrym (nic nowego ☺) zjeĹşdzie, wzdĹuĹź biegnÄ cej gĹÄbokÄ dolinÄ rzeki jedziemy miÄdzynarodowÄ E39 na poĹudniowy zachód. Po okoĹo godzinie skrÄciliĹmy w lewo w zaczynajÄ cÄ siÄ tu drogÄ 13, biegnÄ cÄ aĹź do Stavanger. Naszym celem jednak byĹo nie to odlegĹe miasto (prawie 500 km na poĹudnie), lecz przejechanie poczÄ tkowym jej odcinkiem, kolejnym z turystycznych szlaków Norwegii. Niespodziewanie doĹÄ, zaraz za wioskÄ Vallestad, po lewej stronie szosy zobaczyliĹmy kolejne spienione wody rzeki (jak siÄ okazaĹo – Gaula). ZjechaliĹmy z szosy, ale nie trafiliĹmy na parking, tylko na polnÄ drogÄ biegnÄ cÄ wprost przy rwÄ cej wodzie. CiekawostkÄ byĹa mini elektrownia wodna czerpiÄ ca energiÄ ze spadajÄ cej wody.
Na kolejnym odcinku, coraz ciekawszej widokowo, pnÄ cej siÄ ostro w górÄ przez malutkie wioski przycupniÄte nas stokach, drogi spotkaliĹmy siÄ z nieznanÄ z polskich dróg sytuacjÄ . JadÄ cy przed nami kierowca autokaru, widzÄ c, Ĺźe biedzimy siÄ jadÄ c powoli za nim i nie mogÄ c go w Ĺźaden sposób, z powodu licznych zakrÄtów, wyprzedziÄ, po prostu zatrzymaĹ siÄ na kolejnej mijance i gestem daĹ znaÄ abyĹmy pojechali przed nim. I dziÄki temu uprzejmemu kierowcy mogliĹmy zachwycaÄ siÄ nowymi widokami na kolejnych serpentynach, którymi zjeĹźdĹźaliĹmy w kierunku do Sognefjord i miejscowoĹci Dragsvik. Coraz niĹźsze sĹoĹce juĹź na pomaraĹczowo oĹwietlaĹo zbocza po przeciwnej stronie kotliny, kĹadÄ c dĹugie cienie na wodzie. Z Dragsvik do Vangsnes przepĹynÄliĹmy promem (samochód z kierowcÄ i dwójkÄ pasaĹźerów – 118 NOK).
Te kilkanaĹcie minut odpoczynku dla kierowcy staĹo siÄ dodatkowÄ atrakcjÄ dla nas wszystkich. PiÄkna pogoda, zachodzÄ ce sĹoĹce i spokojna woda fiordu zachwyciĹy nas kolejny raz tego dnia.
Po wylÄ dowaniu okoĹo 19:00 po drugiej stronie fiordu poczuliĹmy, Ĺźe do celu juĹź coraz bliĹźej. Nie spodziewaliĹmy siÄ jednak, Ĺźe nie tak bardzo blisko i Ĺźe czekajÄ nas jeszcze kolejne atrakcje widokowe i krajoznawcze. Najpierw wzdĹuĹź brzegu przez miejscowoĹÄ Vikøyri, a potem dalej drogÄ 13 na poĹudnie. Z zafascynowaniem patrzyliĹmy na mijanych mĹodych ludzi, biegnÄ cych pod górÄ po jezdni na nartorolkach. Kolejne oĹnieĹźone góry nie byĹy juĹź czymĹ nowym, ale jazda przez wyciÄte w Ĺniegu wÄ wozy (na kilka metrów wysokie Ĺciany ze Ĺniegu po obu stronach jezdni), biorÄ c pod uwagÄ temperaturÄ okoĹo +20oC i lipiec, robiĹa duĹźe wraĹźenie. Znowu zamarzniÄte jezioro (Skjelingavatnet), rewelacyjne serpentyny pod górÄ i spadajÄ ce tuĹź obok wodospady, tunele, pasÄ ce siÄ dosĹownie wszÄdzie owce i wykuty w skale przejazd (jak te ĹnieĹźne Ĺciany wczeĹniej), serpentyny w dóĹ i kolejny wodospad (Sendefossen) – minÄliĹmy w drodze do Vinje, w którym skrÄciliĹmy juĹź na drogÄ E16 prowadzÄ cÄ wprost do Gudvangen. Po caĹym dniu (byĹa juĹź 20, choÄ sĹoĹce nie zamierzaĹo wcale zajĹÄ do koĹca) nie mieliĹmy juĹź wĹaĹciwie, jak zachwycaÄ siÄ widokami kolejnej doliny, otaczajÄ cych jÄ gór i spĹywajÄ cych z nich nitek wodospadów. Bez refleksji minÄliĹmy Stalheim (mieliĹmy w planie zobaczyÄ go kolejnego dnia) i wijÄ cÄ siÄ po brzegach rzeki Nærøydalselvi drogÄ , uparcie dÄ ĹźyliĹmy do wynajÄtego domku. Na miejsce (Gudvangen – Ramsøy) dotarliĹmy okoĹo 20:30, gdzie oczekiwaĹ na nas wĹaĹciciel z ĹźonÄ .
Po krótkim instruktaĹźu obsĹugi i wpĹaceniu kaucji (600 NOK) objÄliĹmy na tydzieĹ pomalowany na czerwono, drewniany, piÄtrowy dom z trzema sypialniami, dwoma salonami, kuchniÄ i dwoma Ĺazienkami, w peĹni wyposaĹźony w stylu norwesko-anglosaskim. (Novasol: dom N23095)
Ten najdĹuĹźszy w podróĹźy dzieĹ, peĹen zaskakujÄ cych i zapierajÄ cych dech w piersiach widoków, krajobrazów i nowych dla nas przeĹźyÄ, po przejechaniu ponad 500 km zakoĹczyĹ siÄ wreszcie wĹasnorÄcznie zrobionÄ kolacjÄ i zachwytem nad tym co widzieliĹmy za oknem – perspektywÄ we wspaniaĹy fiord oĹwietlony wreszcie zachodzÄ cym sĹoĹcem, kĹadÄ cym ostatnie promienie na szczytach okalajÄ cych dolinÄ.
DzieĹ 11 - 6 lipca 2008 (niedziela) Gudvangen - Bergen - Gudvangen (300 km) Trasa w Mapy Google
Po poprzednim dniu trudno byĹo wstaÄ zgodnie z planem, ale piÄkna pogoda (powtarzam siÄ, ale towarzyszyĹa nam wĹaĹciwie caĹy czas) i plany na ten dzieĹ uĹatwiĹy decyzjÄ. OkoĹo 9.30 po Ĺniadaniu i rannej, przydomowej sesji fotograficznej jechaliĹmy do Bergen. Spokojnie i bez emocji przejechaliĹmy prawie 200 km drogÄ E16 do Bergen. Bez emocji nie oznaczaĹo, Ĺźe po drodze nie byĹo widokowo-turystycznych atrakcji. Krajobrazowe wspomnienia przytĹumiĹy zachwyt wzbudzany oĹwietlonymi, jeszcze nisko stojÄ cym sĹoĹcem, zboczami dolin, urwiskami nad kolejnym fiordami (Bolstadfjord i Veafjord – odnogami Hjeltefjord) i biegnÄ cÄ znów nad samym brzegiem wody, krÄtÄ szosÄ . Przed miastem bramki opĹat za wjazd – 15 NOK w monetach przygotowanych wczeĹniej uĹatwiĹo sprawny przejazd.
Po standardowym krÄ Ĺźeniu po uliczkach (mimo GPS), zaparkowaliĹmy na kilkupoziomowym parkingu podziemnym prawie w samym centrum miasta (EUROPARK, Markeveien 7). Bergen przywitaĹo nas nietypowÄ dla siebie, ostro sĹonecznÄ aurÄ (jest to miasto, które ma najwyĹźszÄ ĹredniÄ opadów w Norwegii i w którym Ĺrednio raz na dzieĹ pada deszcz). Kolejne zwiedzanie wedĹug opracowanej przez AniÄ trasy rozpoczÄliĹmy od placu króla Olafa V i dalej w kierunku na póĹnocny wschód do Torget.
Bergen, jedno z najstarszych miast w Norwegii (okoĹo 1070 r.) i obecnie drugie pod wzglÄdem wielkoĹci, byĹo jednÄ ze stolic Norwegii (XII-XIV w.). Od XIV wieku jedno z wiodÄ cych miast hanzeatyckich. Kupieckie tradycje miasta dominujÄ i dziĹ w jego charakterze, a wiÄkszoĹÄ zabytków ma hanzeatycki rodowód. Niestety czÄste poĹźary spowodowaĹy, Ĺźe jedynie kilka budynków pochodzi z okresu wczeĹniejszego niĹź XVIII-XIX wiek. W centrum Bergen, przy samym porcie znajduje siÄ targ rybny, gdzie moĹźna kupiÄ wszelakiego rodzaju ĹwieĹźe i wÄdzone ryby i owoce morza.
OczywiĹcie nie mogliĹmy siÄ powstrzymaÄ i za jedyne 20 NOK kupiliĹmy buĹkÄ z wÄdzonym Ĺososiem. Na bardziej odwaĹźne rybne wynalazki nie mieliĹmy jednak ochoty, choÄ kusiĹy kolorami i ksztaĹtami na rewelacyjnie czystych straganach. Zaraz obok stoisk ze spoĹźywczymi darami morza znajdujÄ miejsce takĹźe sprzedawcy innych morskich i nie tylko typowo norweskich wyrobów: skóry fok, reniferów i polarnych lisów i wilków, dziergane na drutach swetry i szaliki oraz mnóstwo innych gadĹźetów dla turystów. Bryggen (http://www.stiftelsenbryggen.no/), zarejestrowana na liĹcie Ĺwiatowego dziedzictwa UNESCO, dzielnica portowa bogatych, niemieckich kupców, skĹadajÄ ca siÄ z drewnianych domów o kolorowych elewacjach, najbardziej zainteresowaĹa MaĹgosiÄ, fankÄ ciekawych, drewnianych form architektonicznych. Za fasadami kryĹy siÄ dĹugie (nawet ponad 100 metrów) domy, pomiÄdzy którymi w wÄ ziutkich przejĹciach odnaleĹşÄ moĹźna wejĹcia do restauracji, knajpek, sklepików i maĹych muzeów. To miasto od samego poczÄ tku wydawaĹo nam siÄ duĹźo bardziej nastawione na Ĺwiatowych turystów niĹź zwiedzane niedawno Trondheim. IdÄ c dalej wzdĹuĹź nabrzeĹźa i mijajÄ c kolejne kolorowe frontony, doszliĹmy do leĹźÄ cego trochÄ na uboczu koĹcioĹa Mariackiego (Mariakirken). Najstarszy oryginalny budynek w Bergen, pochodzÄ cy z pierwszej poĹowy XII wieku, jest jednym z najsĹynniejszych romaĹskich koĹcioĹów w Norwegii. Niestety obejrzeliĹmy go tylko z zewnÄ trz, bo akurat byĹ zamkniÄty dla turystów (niedziela, godzina 13:30). Dalej nasza przewodniczka poprowadziĹa nas do kamiennej twierdzy Bergenhus (http://www.nasjonalefestningsverk.no/bergenhus) z XIII wieku ze sĹynnÄ Håkonshallen (salÄ Hakona IV – najwiÄkszÄ salÄ królewskiej rezydencji w XIII wiecznym Bergen) i wieĹźÄ Rosenkrantz z 1560 roku górujÄ cÄ nad wejĹciem do portu. Przy kasie do muzeum (http://www.bymuseet.no/) z zaskoczeniem dowiedzieliĹmy siÄ, Ĺźe w cenÄ biletu (40 NOK – doroĹli, 20 NOK – studenci, dzieci bezpĹatnie) wliczone jest zaproszenie do muzealnej kawiarni na filiĹźankÄ kawy. Po obejrzeniu ciekawej ekspozycji i widoku Bergen z wieĹźy, taka kawa i ciastko byĹy miĹym przerywnikiem w zwiedzaniu.
Po 14:00 doĹÄ sprawnie przemaszerowaliĹmy z powrotem przez Bryger, Torget, niedaleko Byparken, aby dojĹÄ do koĹcioĹa Ĺw. PawĹa (Nygårdsgaten 3; http://bergen.katolsk.no/) na MszÄ Ĺw. o godzinie 15:00. W tÄ niedzielÄ po polsku. Nawet odprawiajÄ cy MszÄ Ĺw. ksiÄ dz w czasie kazania podkreĹliĹ niezwykĹoĹÄ sĹonecznej pogody.
Po liturgii poczuliĹmy bardziej cielesne potrzeby i zaczÄliĹmy szukaÄ miejsca na obiad. Przy mijanym juĹź wczeĹniej placu Króla Olafa V wypatrzyliĹmy doĹÄ klasycznie wyglÄ dajÄ cÄ restauracjÄ Dickens (http://www.dickensbergen.no/ Kong Olav V's Plass 4), gdzie w niedzielne popoĹudnie w ramach przedĹuĹźonego lunchmeny zamówiliĹmy dla MaĹgosi Bergensk Fiskesuppe (zupÄ rybnÄ , nie tak smacznÄ jednak jak w Trondheim), dla Ani Dickens burger (niby prosty hamburger, ale z frytkami pionowo wĹoĹźonymi w szklaneczkÄ i ogromnÄ iloĹciÄ saĹatki) i dla mnie Laks Lunch (ĹosoĹ z frytkami i saĹatkÄ ). Do tego herbata. Wszystko smaczne, ale bez rewelacji, za skromne 545 NOK, co na standardy norweskie i poĹoĹźenie restauracji byĹo i tak bardzo tanie. OkoĹo 17:00, z daleka patrzÄ c na katedrÄ Ĺw. Olafa, wróciliĹmy do samochodu obawiajÄ c siÄ coraz ciemniejszych chmur nadpĹywajÄ cych znad morza. I ten dzieĹ meteorolodzy mogli zaliczyÄ do deszczowych w Bergen, ale my byliĹmy juĹź w drodze powrotnej do Gudvangen. OkoĹo 20:00 dotarliĹmy na miejsce, gdzie wreszcie dogoniĹa nas ulewa i widziany z okna fiord nabraĹ dramatycznego wyglÄ du. HuczÄ ce po dachu strumienie wody z deszczu i spadajÄ cych ze zbocza, pod którym staĹ nasz dom, wodospadów nie przygnÄbiĹy nas bardzo. MaĹgosia kontynuowaĹa sesjÄ zdjÄciowÄ stylowych wnÄtrz domu, a my z AniÄ robiliĹmy kolejne zdjÄcia widoków zalewanych falami burzowego deszczu.
DzieĹ 12 - 7 lipca 2008 (poniedziaĹek) Gudvangen - Aurland - Voss - Gudvangen (230 km)
Trasa w Mapy Google
Rano, po nocnej burzy i ulewie pozostaĹy juĹź tylko niezbyt gÄste chmury, a oĹwietlajÄ ce mokre jeszcze skalne zbocza nad fiordem sĹoĹce, fantazyjnie dodawaĹo uroku i tak piÄknym widokom. OczywiĹcie, zanim ruszyliĹmy na zaplanowanÄ na ten dzieĹ wycieczkÄ, zrobiliĹmy kolejne dziesiÄ tki zdjÄÄ. Uwiecznione zostaĹy miÄdzy innymi stateczki pĹywajÄ ce po fiordzie oraz pĹynÄ ce po urwiskach ostre cienie chmur przeganiane przez wiatr. Z porannych wiadomoĹci telewizyjnych dowiedzieliĹmy siÄ skÄ d bierze siÄ haĹas na drugiej stronie fiordu, zaraz przy porcie. OkazaĹo siÄ, Ĺźe nocna burza byĹa przyczynÄ osuniÄcia siÄ lawiny na jedynÄ drogÄ prowadzÄ cÄ do wsi Bakka, a rumor powodowaĹy ciÄĹźkie maszyny robocze próbujÄ ce usunÄ Ä ciÄĹźkie gĹazy.
Tego dnia w planie nie mieliĹmy Ĺźadnych intensywnych wraĹźeĹ i chcieliĹmy potraktowaÄ go raczej odpoczynkowo: kilkadziesiÄ t kilometrów po okolicach, spoĹźywcze zakupy i zatankowanie benzyny.
Pierwszy etap to 30 km do Aurland (Aurlandsvangen), maĹego miasteczka gminnego bÄdÄ cego dobrym miejscem do rozpoczynania wycieczek w góry i przystaniÄ w wyprawach po fiordzie. KorzystajÄ c ze sĹonecznej pogody pojechaliĹmy dalej w górÄ, do platformy widokowej na wysokoĹci 500 m n.p.m. Po pokonaniu stromych i jak zwykle wÄ skich serpentyn, które na zaprawionych juĹź do takiej jazdy pasaĹźerkach, nie zrobiĹy wiÄkszego wraĹźenia (moĹźe poza okrzykami typu: „Jaki piÄkny widok! Otwórz okno i zatrzymaj siÄ !”) dojechaliĹmy do parkingu przy platformie widokowej. PoĹudniowe sĹoĹce doĹÄ Ĺatwo pokonywaĹo rwÄ ce siÄ chmury, a rozpoĹcierajÄ cy siÄ widok na leĹźÄ cy ponad 500 metrów poniĹźej Aurlandsfjord sprawiaĹ oszaĹamiajÄ ce wraĹźenie. Platforma zbudowana jest w formie kilkunastometrowego pomostu otwartego na fiord, zamkniÄtego jedynie szklanÄ szybÄ na koĹcu, prawie niewidocznÄ . Spojrzenie w dóĹ byĹo jedynie dla odwaĹźnych, ale bezkresny horyzont z gĹÄbokÄ rysÄ fiordu i chmury na wysokoĹci oczu rekompensowaĹ potencjalne ryzyko.
Nie wróciliĹmy tÄ samÄ drogÄ , lecz postanowiĹem pojechaÄ przez Snøvegen (drogÄ ĹnieĹźnÄ ), nieczynnÄ w zimie i rewelacyjnÄ widokowo (wedĹug przewodników). RzeczywiĹcie polecamy ten szlak. Na dole byĹo ok. 20-25oC, a na pĹaskowyĹźu, pomiÄdzy kilkumetrowymi zaspami Ĺniegu, raptem 5-6oC. Dzikie przestrzenie, wÄ ska wstÄ Ĺźka szosy i wszÄdobylskie owce na pozbawionej drzew i krzewów powierzchni, urozmaicanej gdzieniegdzie przez zamarzniÄte jeziorka i z rzadka pojawiajÄ ce siÄ czerwone domki z biaĹymi oknami i dachami zaroĹniÄtymi trawÄ – to byĹ krajobraz jaki spotkaliĹmy na tej drodze. OkoĹo godzinna podróĹź, którÄ warto odbyÄ choÄ raz, nie goniÄ c przez wybudowane niedawno skróty i uĹatwienia. Zjazd w kierunku do Lærdalsøyri, centrum gminy Lærdal prowadziĹ szosÄ przylepionÄ do zbocza malowniczo opadajÄ cej kotliny.
Teraz zawróciliĹmy juĹź drogÄ 5 i kolejno E16 do najdĹuĹźszego tunelu na Ĺwiecie, Lærdalstunnelen, majÄ cego 24,5 kilometra dĹugoĹci. Aby przejazd nie byĹ monotonny, co ok. 8 km wykuto w skale ogromne groty-sale, podĹwietlone w kolorach nieba i lasu, w których znuĹźone oczy mogÄ na chwilÄ odpoczÄ Ä od jednostajnego rytmu lamp oĹwietlajÄ cych tunel. Dla MaĹgosi, nie lubiÄ cej bardzo zamkniÄtych pomieszczeĹ, byĹo to nie lada wyzwanie, ale kaĹźdy juĹź kolejny tunel na naszej trasie nie robiĹ na niej wiÄkszego wraĹźenia. Wszystkie byĹy przecieĹź krótsze ☺, choÄ jeszcze tego samego dnia przejechaliĹmy Flenjatunnelen (6 km), Gudvangatunnelen (11,5 km) i skĹadajÄ cy siÄ z dwóch kawaĹków tunel pod przeĹÄczÄ Stelheim (2,5 km).
JadÄ c dalej drogÄ E16 minÄliĹmy ponownie Aurland, Flam, Gudvangen i wĹród ciemniejÄ cych deszczowymi chmurami gór pojechaliĹmy do Voss, gdzie zaplanowaliĹmy obiad, zakupy i tankowanie. Voss, duĹźa stacja zimowych sportów, leĹźÄ ce pomiÄdzy górami, nad jeziorem Vangsvatnet miasto. W lecie staje siÄ centrum turystycznym dla wypraw nad fiordy. W pobliĹźu miasta jest ĹşródĹo, z którego butelkowana w charakterystycznego ksztaĹtu opakowania, woda „VOSS” jest najdroĹźszÄ wodÄ mineralnÄ dostÄpnÄ w najbardziej luksusowych hotelach Ĺwiata. My jednak, przywiedzeni do tego miejsca bardziej przyziemnymi potrzebami, w gÄstniejÄ cym deszczu, szukaliĹmy miejsca do jedzenia i spokojnego parkingu (pĹatne miejsce przy ulicy – 10 NOK za godzinÄ) w pobliĹźu. Na gĹównym deptaku Voss, na ulicy Vangsgata jest wiele kafejek, barów i restauracyjek. DoĹÄ przypadkowo wybraliĹmy Ringheim Kafe (Vangsgata 32 http://www.ringheimkafe.no/index.jsp). Jedzenie nie specjalne – kuchnia wĹoska (?) albo grecka (?) – nie zapamiÄtaliĹmy. Ceny byĹy niestety turystyczne (co w Norwegii przekĹada siÄ na „wysokie”), wiÄc byliĹmy jedynie zadowoleni, Ĺźe zaraz wracamy do domu. ZrobiliĹmy szybkie zakupy spoĹźywcze w pobliskim sklepie „SPAR”. A na koniec wizyty w Voss, podeszliĹmy jeszcze do wyjÄ tkowego koĹcioĹa. Jednego z niewielu kamiennych norweskich koĹcióĹków, pochodzÄ cego z XIII wieku Vangskyrkja, z nietypowÄ oĹmiokÄ tnÄ wieĹźÄ i Ĺcianami o gruboĹci ok. 2 m.
Do Gudvangen wróciliĹmy ok. 18:00 i zanim dotarliĹmy do naszego domku, odwiedziliĹmy turystyczne centrum miejscowoĹci. Wybudowany w norweskim stylu oĹmiokÄ tny budynki, w formie ogromnego namiotu, mieĹci duĹźÄ restauracjÄ i sklep z pamiÄ tkami. W trochÄ mniejszym, stojÄ cym obok, jest ciekawy hotel z rÄcznie wykonanym wyposaĹźeniem w stylu wikingów. Wszystko dla turystów rozpoczynajÄ cych lub koĹczÄ cych w leĹźÄ cym obok porcie wycieczki po fiordzie. Nierzadko zdarza siÄ, Ĺźe do wÄ skiego fiordu (250-500 metrów) wpĹywajÄ wycieczkowe kolosy (np. Queen Elisabeth 2) o dĹugoĹci ponad 300 metrów i zabierajÄ ce ponad 1500 pasaĹźerów w luksusowych kabinach. Niedaleko byĹa teĹź stacja benzynowa (13,99 NOK/l) ze sklepem spoĹźywczym i myjniÄ dla TIR’ów.
DzieĹ o wyjÄ tkowo zmiennej pogodzie zakoĹczyliĹmy w ciepĹym domku, przed którym powitaĹy nas gospodarujÄ ce na pobliskiej ĹÄ ce owce, barany i kozy. RozpogadzajÄ ce siÄ niebo zainspirowaĹo dziewczyny do kolejnych zdjÄÄ wnÄtrza domku, a prawie przed póĹnocÄ , równieĹź jasnych razem, fiordu i nieba, rozdzielonych prawie czarnymi skaĹami.
DzieĹ 13 - 8 lipca 2008 (wtorek) Gudvangen - Flåm - Gudvangen (37,5 km statkiem i 21 km autobusem )
Trasa w Mapy Google
Niezbyt sĹoneczna, a nawet trzeba powiedzieÄ pochmurna pogoda nie nastrajaĹy do planowanej wczeĹniej wycieczki na lodowiec. Na fiordzie pojawiĹ siÄ jeden z wycieczkowców. MierzÄ cy raptem ☺ 155 metrów dĹugoĹci, szeĹciopiÄtrowy (nad liniÄ wody) „Silver Cloud” od rana zajmowaĹ miejsce na idealnie pĹaskiej wodzie fiordu. Motorowe Ĺodzie przewoziĹy chÄtnych pasaĹźerów na brzeg. PostanowiliĹmy i my skorzystaÄ z moĹźliwoĹci podziwiania fiordu od strony wody i zrealizowaÄ planowanÄ wycieczkÄ promem z Gudvangen przez Aurland do Flåm. Po 11:00 przez otwarty dziób, zaokrÄtowaliĹmy na prom ”Gudvangen” miejscowego przewoĹşnika ”Fjord1” (http://www.fjord1.no/ – 490 NOK za dwie osoby dorosĹe i do dwójki dzieci – bilet rodzinny) pĹywajÄ cy regularnie po tej trasie. Ponad dwugodzinna podróĹź poĹród stromych zboczy, ponad 1500 metrowych gór, po wÄ skim fiordzie stanowi jeden z etapów turystycznej trasy nazwanej ”Norway in nutshell”.
Mimo niezbyt wysokiej temperatury wiÄkszoĹÄ turystów, wĹród których wycieczki JapoĹczyków, Rosjan i prawdopodobnie innych nierozpoznanych nacji, ale i Polacy, zostaĹa na górnym pokĹadzie. DoĹÄ ostry wiatr nie przeszkadzaĹ fotoamatorom (wĹród których i nasza trójka) w cykaniu dziesiÄ tek i setek zdjÄÄ nieporadnie oddajÄ cych niesamowitÄ aurÄ jednego z najpiÄkniejszych fiordów – Nærøyfjord.
MinÄliĹmy „nasz” czerwony domek, który od strony wody wyglÄ daĹ jeszcze bardziej fascynujÄ co, przyczepiony do zbocza pod wysokÄ na przeszĹo 300 metrów pionowÄ , skalnÄ ĹcianÄ . Rejs promem lub statkiem nie jest jedynym sposobem na podziwianie fiordu od strony wody. DuĹźa grupa kajakarzy, których kajaki, maleĹkie wobec naszego promu ginÄĹy wprost na tle majestatycznych stromizn, zostawiaĹy na powierzchni wody jedynie kreski mikro kilwaterów. Prom podpĹynÄ Ĺ do mijanej na brzegu wsi Bakka, z charakterystycznym maleĹkim, biaĹym koĹcióĹkiem. PĹynÄliĹmy dalej napotykajÄ c rzadki na tych wodach jacht pod Ĺźaglami. Wiele nitek wodospadów spĹywajÄ cych po 500 metrowych zboczach urozmaicaĹo surowy wyglÄ d skalnych urwisk. Kolejny przystanek to przysióĹek Styvi, do którego nie ma innego dojazdu, jak tylko od strony wody. Tu poĹźegnaliĹmy kilkoro turystów, których celem byĹa piesza wÄdrówka z powrotem do Gudvangen. Zaraz po drugiej stronie fiordu nastÄpny pomost, ale statek nie przycumowaĹ do niego. Jedynie na koĹcu dĹugiego bosaka trzymanego przez marynarza pojawiĹo siÄ duĹźe pudĹo, które zostaĹo zrÄcznie postawione na deskach. OkazaĹo siÄ, Ĺźe byĹa to przesyĹka dla jednego mieszkaĹców Dyrdal lub dalej w gĹÄbi leĹźÄ cego Hjølmo, a prom sĹuĹźy jako jedyny Ĺrodek transportu dla ludzi, poczty i innych towarów. Woda zaczÄĹa siÄ marszczyÄ, a my na naszym statku dopĹynÄliĹmy do koĹca Nærøyfjord. PrzylÄ dek pomiÄdzy fiordami byĹ teĹź koĹcem wyprawy grupy kajakarzy, którzy wyciÄ gnÄ wszy kajaki na wysoki brzeg, odpoczywali przed drogÄ powrotnÄ . ZaczÄ Ĺ siÄ Aurlandsfjord, a na jego brzegu przywitaĹo nas Undredal, sĹynÄ ce z hodowli owiec. To tĹumaczyĹo, skÄ d na urwistych i prawie bez roĹlinnych zboczach pojawiĹy siÄ stada wylegujÄ cych i pasÄ cych siÄ (?!!!) biaĹych, brÄ zowych i czarnych owiec i kóz. W oddali, na kolejnym zboczu moĹźna byĹo spostrzec powiÄkszajÄ ce siÄ kolorowe domki Aurlandsvangen. Tu znowu wracaliĹmy do cywilizacji. Na brzegu staĹy ĹwieĹźo wybudowane pensjonaty, a po przyczepionej do stoku drodze jeĹşdziĹy samochody i ciÄĹźarówki. Po krótkim postoju w porcie kapitan skierowaĹ dziób promu do Flåm. Z odlegĹoĹci kilku kilometrów zobaczyliĹmy cumujÄ ce na fiordzie trzy duĹźe wycieczkowce. Tym razem to my poczuliĹmy siÄ lilipucim stateczkiem wobec dwustumetrowych i prawie dziesiÄciopiÄtrowych olbrzymów. ByĹy to „Discovery”, „Balmoral” i znany nam juĹź „Silver Cloud”, jako jedyny i ten najmniejszy przycumowany wprost do nabrzeĹźa. I nasz prom przycumowaĹ obok, wprost przy stacji kolejowej Flåm. PeĹni wraĹźeĹ, nasyceni wiatrem i ciÄĹźsi o megabajty zrobionych zdjÄÄ zeszliĹmy na brzeg. Po wizycie w kolejnym sklepie z norweskimi pamiÄ tkami, gdzie zaspokoiliĹmy potrzebÄ sprawienia prezentów naszym najbliĹźszym, poszliĹmy na peron. Jednak zniechÄceni przez pana Ramsøy’a, wĹaĹciciela naszego domku, nie postanowiliĹmy pojechaÄ jednÄ z „najwiÄkszych, turystycznych atrakcji Norwegii”, czyli Flåmsbana (http://www.flaamsbana.no/). Po iloĹci turystów wsiadajÄ cych do potÄĹźnych wagonów ciÄ gniÄtych przez jeszcze potÄĹźniejsze lokomotywy, oceniliĹmy trafnoĹÄ naszej decyzji. Widoki, nawet najbardziej fascynujÄ ce, nie mogĹy byÄ inne, niĹź te które juĹź oglÄ daliĹmy, lecz w bardziej naturalnych warunkach, bez setek ludzi wokoĹo. Nie podwaĹźam oceny bedekerów, ale to rzeczywiĹcie miaĹa byÄ „Norwegia w piguĹce”, a my mieliĹmy szczÄĹcie widzieÄ NorwegiÄ nie tylko w piguĹce.
Chmury nie rozwiaĹy siÄ, a my mieliĹmy juĹź ochotÄ wróciÄ do przytulnych pokoi z widokiem na fiord. Zakupy na obiad w miejscowym mini-markecie i na przystanek lokalnego autobusu, którego odjazd zaplanowany byĹ na 15:00. Za 2 razy po 46 NOK i raz 35 NOK w 20 minut znaleĹşliĹmy siÄ w Gudvangen. I tym razem na drodze do drzwi naszego domku staĹo stado brÄ zowo-czarnych owiec. W czasie, gdy MaĹgosia robiĹa domowy obiad, usiadĹem przy oknie na parterze i zapatrzyĹem siÄ na fiord. Na pytanie, o czym myĹlÄ, odpowiedziaĹem zgodnie z prawdÄ , Ĺźe zupeĹnie o niczym, tylko zapatrzyĹem siÄ na niewÄ tpliwy cud natury, jakim jest ten jÄzyk morza wrzynajÄ cy siÄ gĹÄboko w lÄ d miÄdzy strome góry.
KorzystajÄ c z tego, Ĺźe cienka warstwa chmur nie przytĹumiaĹa sĹonecznego ĹwiatĹa, wyszliĹmy z AniÄ na wieczorny spacer po okolicy. OczywiĹcie z nieodĹÄ cznymi aparatami fotograficznymi. To, co zostaĹo uwiecznione na zdjÄciach – bardzo piÄkne ujÄcia fiordu, pasÄ cych siÄ owiec, startujÄ cych ptaków, roĹlin na ĹÄ ce i w przydomowym ogrodzie, rdzewiejÄ cych Ĺladów cywilizacji nie mogÄ cej siÄ przeciwstawiÄ naturze – nie moĹźe oddaÄ rzeczywistoĹci, która na zawsze zostanie w oczach i w pamiÄci.
Po kolacji na spacer poszĹa teĹź MaĹgosia i doĹoĹźyĹa do naszej kolekcji swoje zdjÄcia z wieczornej sesji, której nie przeszkodziĹa póĹşna pora – ok. 21:30. ByĹo tak samo jasno jak przez caĹy dzieĹ. BiaĹe noce byĹy zjawiskiem, do którego zdÄ ĹźyliĹmy siÄ przyzwyczaiÄ przez te kilka dni.
DzieĹ 14 - 9 lipca 2008 (Ĺroda) Gudvangen – Årdalstangen – Øvre Årdal – Hjelle – Vetti – Borgund – Undredal - Gudvangen (270 km)
Trasa w Mapy Google
Rano obudziĹo nas sĹoĹce ostro oĹwietlajÄ ce przeciwlegĹÄ stronÄ fiordu i haĹas ciÄĹźkiego sprzÄtu porzÄ dkujÄ cego dalej osuwisko po lawinie. Plan na ten dzieĹ byĹ doĹÄ prosty: wypoczÄtym po przerwie samochodem objechaÄ turystyczne drogi w okolicy na wschód od Gudvangen, tzn. do Øvre Årdal, skÄ d godzinny spacer do Vettifossen, póĹşniej pĹatnÄ szutrowÄ Tindevegen (50 NOK) w poprzek masywu Jotunheimen i dalej Sognefjell albo do Lom i z powrotem, albo od razu przez Sogndal i promem zamknÄ Ä pÄtlÄ w Lærdal.
Przejazd przez tunele z Gudvangen przez Lærdal (zjazd z E16 na drogÄ nr 5) do Åretun (dalej drogÄ 53) uĹpiĹ AniÄ caĹkowicie. W sumie nie ma siÄ co dziwiÄ – na przejechane 65 km, przeszĹo 45 km w tunelach. My z MaĹgosiÄ nie mogliĹmy oderwaÄ oczu od panoramy fiordu oĹwietlonego poĹudniowym sĹoĹcem. Droga biegnÄ ca starym zwyczajem po samym brzegu Årdalfjorden, na póĹce pod skalnym urwiskiem, urzekaĹa jeszcze bardziej widokami pojawiajÄ cymi siÄ za kaĹźdym zakrÄtem. Nie mogliĹmy siÄ powstrzymaÄ, aby nie zrobiÄ postoju i oddaÄ siÄ pasji fotografowania.
Prawie nierealny bĹÄkit nieba, odbijajÄ cego siÄ w nieruchomej wodzie, ograniczonej skaĹami i oĹwietlonej stojÄ cym za nami, nad wysokim zboczem, sĹoĹcem komponowaĹ siÄ z zieleniÄ nadbrzeĹźnych brzóz. Na samym koĹcu fiordu minÄliĹmy raczej nieciekawe i przemysĹowe, choÄ malowniczo poĹoĹźone miasteczko Årdalstangen. Tu koĹczyĹo siÄ morze i zaczÄliĹmy wspinaÄ siÄ w górÄ wzdĹuĹź jeziora Årdalsvatnet do Øvre Årdal. Tu zostawiliĹmy krajobrazowÄ drogÄ 53 i przejechawszy przez miasteczko i most nad rzekÄ Utla, za wskazaniami GPS’u wjechaliĹmy w kotlinÄ Utadalen i wzdĹuĹź coraz wÄĹźszej i bardziej rwÄ cej rzeki dotarliĹmy do wioski Hjelle. Przed samÄ wioskÄ po prawej stronie huczaĹ Hjellefossen, którym szerokie masy wody spadaĹy z wysokoĹci ponad 100 metrów. PodeszliĹmy bliĹźej przez bujnÄ ĹÄ kÄ i nasycone drobinami rozbitej wody powietrze znowu staraliĹmy siÄ zatrzymaÄ w fotografii nasze emocje.
Z poĹoĹźonego kilkaset metrów dalej parkingu wyruszyliĹmy na wycieczkÄ (zgodnie z przewodnikiem 30-40 minutowÄ ) do najwyĹźszego wodospadu w Norwegii jakim jest Vettifossen (295 metrów). Coraz wÄĹźszÄ dolinÄ , otoczonÄ jeszcze bardziej stromymi zboczami, wzdĹuĹź niknÄ cej pod gĹazami i skalnymi póĹkami rzekÄ , zmienionÄ w rwÄ cy ostro górski potok o kolorze szmaragdów i turkusów, szliĹmy raz ostro pod górÄ, raz Ĺagodniej w dóĹ. Po póĹ godzinnym marszu, dokumentowanym dziesiÄ tkami zdjÄÄ, doszliĹmy do kolejnego, spĹywajÄ cego z lewej strony wodospadu, który podziwiaÄ moĹźna ze szlaku tylko z oddali – Avdalsfossen. Nie byĹ to jednak cel naszej wÄdrówki, która pod wpĹywem upalnej pogody stawaĹa siÄ coraz bardziej mÄczÄ ca. PoszliĹmy dalej i po zacienionej tym razem stronie doliny minÄliĹmy Hyljefossen – ostry przeĹom na towarzyszÄ cym nam potoku. Po kolejnych 45 minutach coraz bardziej forsownych (jak na nasze moĹźliwoĹci) podejĹÄ, nie wiedzÄ c, jak dĹugo jeszcze, zdecydowaliĹmy, Ĺźe nasze 30-40 minut koĹczy siÄ po ponad 1,5 godzinie i zawróciliĹmy.
Z perspektywy dzisiejszego pisania tej relacji wiemy, Ĺźe potrzeba byĹo jeszcze 30 minut, we wszystko, co napisane w przewodniku wierzyÄ nie moĹźna, a dalibyĹmy radÄ, lecz brakĹo pewnoĹci i przygotowania.
Humory poprawiliĹmy sobie kupujÄ c w sklepiku przy parkingu po wspaniale zimnym lodzie. Jednak przez czas poĹwiÄcony na tÄ, niezaplanowanie dĹugÄ wÄdrówkÄ (którÄ jednak warto byĹo odbyÄ, choÄby przez te setki zdjÄÄ – Ĺwiadków naszych zachwytów), nie mogliĹmy realizowaÄ wczeĹniejszych planów. Mimo to nie wróciliĹmy do domu najkrótszÄ i najprostszÄ drogÄ . W Øvre Årdal skrÄciliĹmy w prawo w drogÄ 53, która powiodĹa nas w górÄ, dzikÄ i skalistÄ kotlinÄ Tyedalen. Wysokogórski krajobraz, bÄdÄ cy odbiciem zostawianych z lewej strony najwyĹźszych w Norwegii gór Jotunheimen, urzekaĹ oczy. Rozrzucone w dalekiej perspektywie samotne turystyczne chatki z trawiastymi dachami przyciÄ gaĹy myĹli o prawie pustelniczym Ĺźyciu w dzikiej i surowej krainie. DuĹźe przestrzenie urozmaicone polodowcowymi jeziorami, z których najwiÄkszym mijanym byĹo Tyin (ponad 33 km2 ) z Ĺźalem zostawiliĹmy za sobÄ i wróciwszy do miÄdzynarodowej E16 skrÄciliĹmy w prawo w kierunku Lærdal. Droga wiodĹa wzdĹuĹź starego traktu królewskiego Kongevegen ĹÄ czÄ cego wschodniÄ i zachodniÄ NorwegiÄ. Po okoĹo 40 kilometrach, przed godzinÄ 17:00 zatrzymaliĹmy siÄ na duĹźym parkingu w pobliĹźu centrum turystycznego w Borgund Niedaleko znajduje siÄ jedyny stavkirke, który pozostaĹ do naszych czasów w nienaruszonym stanie (Borgund stavkirke).
CaĹkowicie drewniany koĹcióĹ zbudowany zostaĹ okoĹo roku 1180. Za 140 NOK kupiliĹmy rodzinny bilet i tym razem (w odróĹźnieniu od Lom) wyjÄ tkowo bez towarzystwa obejrzeliĹmy ten wspaniaĹy zabytek norweskiej architektury i od zewnÄ trz i od Ĺrodka. Obok starego koĹcioĹa znajduje siÄ czynny, murowany koĹcióĹ, którego architektura nawiÄ zuje do stylu stavkirke, i który jako tĹo na zdjÄciach podkreĹla wyjÄ tkowoĹÄ tego pierwotnego. W centrum turystycznym ciekawa wystawa poĹwiÄcona historii Borgund, stavkirke i caĹej okolicy. OkazaĹo siÄ jednak, Ĺźe nie samymi wraĹźeniami czĹowiek Ĺźyje i na widok skromnie, ale smacznie wyglÄ dajÄ cego bufetu poczuliĹmy ssanie w ĹźoĹÄ dkach. Szybko skorzystaliĹmy z oferty i napeĹniliĹmy puste brzuchy naleĹnikami z czekoladÄ .
W bĹogich nastrojach ruszyliĹmy dalej drogÄ E16, która niestety zapeĹniĹa siÄ innymi pojazdami, wĹród których najwiÄcej ciÄĹźarówek i autokarów zasadniczo zwalniajÄ cych i tak niezbyt szybkÄ jazdÄ (przypominam, Ĺźe w Norwegi obowiÄ zuje zasadniczo ograniczenie do 80 km/h). O wpóĹ do siódmej po raz drugi tego dnia pokonaliĹmy Lærdalstunnelen. MijajÄ c Flåm przypomnieliĹmy sobie o leĹźÄ cym trochÄ na uboczu Undredal, w którym, o czym czytaliĹmy wczeĹniej, jest najmniejszy stavkirke, mieszczÄ cy tylko kilkanaĹcie osób. Zaraz po kolejnym tunelu, odbiliĹmy w prawo w drogÄ 601 szerokoĹci co najwyĹźej jednego osobowego samochodu. Poprzez zielonÄ dolinÄ peĹnÄ ĹÄ k i pastwisk dotarliĹmy do celu. Widziane tym razem z brzegu, Undredal potwierdziĹo swoje przywiÄ zanie do hodowli owiec i kóz. Poza stadami pasÄ cymi siÄ w okolicy w centrum miejscowoĹci znajduje siÄ brÄ zowy pomnik kozy wystawiony przez wdziÄcznych mieszkaĹców. Drogowskazy do koĹcióĹka byĹy doĹÄ mylÄ ce, wiÄc nawet siÄ nie spostrzegliĹmy, jak przeszliĹmy przez przydomowy sad jakiegoĹ autochtona. Ciekawy budyneczek z pomalowanymi na biaĹo drewnianymi Ĺcianami, pochodzÄ cy z roku 1147,
niestety byĹ o tej porze (19:30) zamkniÄty, ale nie ĹźaĹowaliĹmy juĹź tego, bo po intensywnym, zwĹaszcza w spacery, dniu mieliĹmy ochotÄ jak najszybciej wracaÄ do naszego domku nad fiordem. Jeszcze kilka ujÄÄ fascynujÄ cych widoków na fiord i juĹź prosto do Gudvangen.
Po kolacji znowu podziwialiĹmy nienudzÄ ce siÄ widoki na fiord, tym razem oĹwietlane na graniach i szczytach przez zachodzÄ ce okoĹo 22:30 na czerwono sĹoĹce. Ale nie przedĹuĹźaliĹmy dnia, bo nastÄpny zapowiadaĹ siÄ jeszcze bardziej atrakcyjnie.
DzieĹ 15 - 10 lipca 2008 (czwartek) Gudvangen – Breheimsenteret (Jostedal) - Gudvangen (305 km)
Trasa w Mapy Google
Bezlitosna, zupeĹnie nie wakacyjna pobudka o 7:00 wyrwaĹa nas ze snu. Tak wczeĹnie, bo wyjazd spod domku nie póĹşniej niĹź o 8:00. W planie wyprawa na najwiÄkszy w Europie lodowiec Jostedalsbreen. W plecaki pakujemy, dotychczas tylko podróĹźujÄ ce z nami, buty do wÄdrówek, specjalne skarpety, rÄkawiczki, czapki i szaliki. TrochÄ po amatorsku (w koĹcu nimi jesteĹmy) szykujemy herbatÄ do termosu, sĹodkie przekÄ ski i zestaw podstawowy apteczki. PrzecieĹź pierwszy raz bÄdziemy na lodowcu. Pewnie moĹźna byĹoby siÄ tym mniej przejmowaÄ, ale nie kosztowaĹo nas to przygotowanie zbyt duĹźo. ZwĹaszcza, Ĺźe wyczytana wczeĹniej w Internecie instrukcja mówiĹa o tym wszystkim.
Zgodnie z planem wyjeĹźdĹźamy i pokonujÄ c znany zestaw tuneli na drogach E16 i 5 (te razem 40 kilometrów na 60 w sumie przejechanych), okoĹo 9:00 dotarliĹmy do przeprawy promowej z Fodnes do Mannheller. Bilety za 155 NOK i o 9:15 odbijamy od kei. Przed nami stoi taki sam (przynajmniej pod wzglÄdem koloru) VW Touran jak nasz. WyglÄ dajÄ ca na emerytów para Niemców wyciÄ gnÄĹa aparaty fotograficzne i podzieliĹa nasze zachwyty nad widokiem osĹonecznionego fiordu o tak wczesnej ☺ porze. Na promie pĹynÄĹa równieĹź wycieczka Polaków jadÄ cych niemieckim autokarem. Z ekwipunku mogliĹmy wnioskowaÄ, Ĺźe kierunek majÄ podobny do naszego – lodowiec. Po wylÄ dowaniu, dwupoziomowym tunelem przejechaliĹmy do Kaupanger i dalej do Sogndalsfjøra. Zaraz za mostem nad Barsnesforden skrÄciliĹmy w prawo w drogÄ 55 w kierunku Gaupne i Lom. Idealnie pĹaska powierzchnia wody, w której odbijaĹy siÄ malowniczo na zboczach usytuowane miasteczka, byĹy wspaniaĹÄ inspiracjÄ dla fotograficznej pasji MaĹgosi, która uwieczniaĹa lustrzane obrazy. W Gaupne towarzyszÄ cy nam od promu bliĹşniaczy Volkswagen pojechaĹ dalej drogÄ 55 na turystyczny szlak Sognefjell, którego nie dane nam byĹo zobaczyÄ poprzedniego dnia, a my w prawo na drogÄ 604 dolinÄ Jostedalen na póĹnoc. W pewnym momencie zorientowaĹem siÄ, Ĺźe tylko ja podziwiam widoki krÄtej doliny, bo moje pasaĹźerki obie dosypiaĹy wczeĹnie przerwany sen. Za miejscowoĹciÄ Sagarøy, po okoĹo 30 minutach jazdy droga 604 skoĹczyĹa siÄ, ale drogowskaz w lewo poprowadziĹ nas dalej na Gjerde i Nigards. Po kolejnych 5 minutach ostrym Ĺukiem pod górÄ i w lewo podjechaliĹmy na parking przy Breheimsenteret – Centrum Parku Narodowego Lodowca Jostedal (www.jostedal.com). Spod nowoczesnego w formie architektonicznej, ale pasujÄ cego do ostrych, górskich krawÄdzi i spÄkanego lodowca, budynku widaÄ byĹo biaĹy jÄzor Nigardsbreen spĹywajÄ cy kotlinÄ do niebieskiego jeziora. Szybko kupiliĹmy bilety na rozpoczynajÄ cÄ siÄ za godzinÄ (byĹo ok. 10:45) wÄdrówkÄ po lodowcu. SpoĹród kilku ofert wybraliĹmy „Blåistur-kort – Short Blue Ice Trip” za 3x390 NOK, najkrótszy spacer po lodowcu w peĹnym ekwipunku pod opiekÄ wykwalifikowanego przewodnika (www.bfl.no). Znowu do samochodu i pĹatnÄ drogÄ dojazdowÄ (25 NOK) dojechaliĹmy do parkingu koĹo przystani i magazynu wyposaĹźenia. Po zebraniu 10 osobowej grupy, wydaniu i dopasowaniu ekwipunku (raki, czekan i uprzÄ Ĺź) oraz podpisaniu oĹwiadczenia, Ĺźe udajemy siÄ na wycieczkÄ na wĹasnÄ odpowiedzialnoĹÄ, za mĹodym (tak do 25 lat) przewodnikiem poszliĹmy do Ĺodzi.
PiÄtnastominutowy rejs po podlodowcowym jeziorze Nigardsbrevatnet do miejsca najbliĹźszego czoĹa lodowca i dalej juĹź na piechotÄ. Kilkaset metrów po wyszlifowanych przez lód skaĹach i dotarliĹmy do czoĹa niebiesko-biaĹo-szarego lodowca, który dopiero teraz przytĹoczyĹ nas swojÄ wielkoĹciÄ . Jeszcze instrukcja chodzenia po lodowcu i poĹÄ czeni linÄ wkraczamy na zaskakujÄ co brudnÄ poĹaÄ. Od razu teĹź odczuliĹmy zasadniczÄ róĹźnicÄ temperatur. PoniĹźej, na goĹym, skalnym podejĹciu praĹźÄ ce sĹoĹce i wystarczaĹy krótkie rÄkawki T-shirt’ów. JuĹź piÄÄ metrów wyĹźej sĹoĹce Ĺwieci jak przedtem, ale zimno od lodu takie, Ĺźe kurtki, czapki, szaliki, rÄkawice wcale nie wydajÄ siÄ przesadÄ . Do tego wiatr na dole mile chĹodzÄ cy rozpalone czoĹa, tu wydaje siÄ zamraĹźaÄ, ciÄĹźkie od wspinaczki, oddechy. Od strony jeziora wycieczka nie wydawaĹa siÄ trudna, ale juĹź po kilkunastu minutach poczuliĹmy, Ĺźe dokonaliĹmy dobrego wyboru. Nie poszliĹmy na króciutki spacerek z dzieÄmi po samym brzegu lodowca, ale teĹź nie porwaliĹmy siÄ na dĹuĹźsze, kilkugodzinne wycieczki. Jednak miejska kondycja robi swoje. Przewodnik, po angielsku, opowiadaĹ o mijanych formach lodowych. WytĹumaczyĹ skÄ d na powierzchni tyle zanieczyszczeĹ – gĹównie jest pyĹ, kurz i odchody ptaków w lecie wychodzÄ ce na wierzch topiÄ cego siÄ lodu. Nie wynika to na szczÄĹcie jeszcze z ogólnego zanieczyszczenia atmosfery. Na kolejnym odpoczynku dowiedzieliĹmy siÄ, Ĺźe niestety i ten lodowiec coraz bardziej siÄ cofa, a zimowe przyrosty nie kompensujÄ letniego topnienia. ChoÄ jeszcze kilka lat temu czoĹo lodowca obejmowaĹo coraz wiÄkszy obszar. Globalne ocieplenie? A moĹźe chwilowe anomalia pogodowa?
Na pytanie, skÄ d niebieski kolor lodu, zwĹaszcza tego, po którym pĹynÄ strumienie wody, teĹź uzyskaliĹmy odpowiedĹş. Po wpĹywem sĹoĹca pod lodem wytapiajÄ siÄ puste komory z cienkÄ warstewkÄ wody, a ozon znajdujÄ cy siÄ w powietrzu wnikajÄ c pod powierzchniÄ nadaje taki kolor. Raki przyczepione do butów i czekany w rÄkach niejednokrotnie przydawaĹy siÄ w ratowaniu przez upadkiem. Gdy po przeszĹo godzinie zaczÄliĹmy wreszcie schodziÄ w dóĹ, kolejne zachwyty wzbudziĹy niebieskie leje w lodzie, w które z hurkotem wpadaĹa woda. Widoki na kotlinÄ i prawie zielone, z tej perspektywy, jezioro dopeĹniaĹy peĹni wraĹźeĹ. Lodowiec nie jest staĹÄ formÄ i codziennie moĹźna spodziewaÄ siÄ na nim innego ukĹadu szczelin, komór pod powierzchniÄ i innych niespodzianek, stÄ d spacer po lodowcu bez przewodnika jest niebezpieczny i w zwiÄ zku z tym niemoĹźliwy. ZmÄczeni, a z duĹźÄ satysfakcjÄ i zadowoleniem po dwóch godzinach zeszliĹmy na skaĹy. PoczuliĹmy siÄ pewniej i stabilniej. Droga powrotna do Ĺodzi wydawaĹa siÄ jeszcze bardziej ekstremalna przez kontrast zimna i upaĹu. Po powrocie do samochodu okazaĹo siÄ, Ĺźe byĹo 25 oC w cieniu.
OkoĹo 16:00 wróciliĹmy do centrum turystycznego, gdzie przy herbacie zjedliĹmy przygotowane w domu kanapki i kupione za zaskakujÄ cÄ cenÄ (bo takÄ samÄ jak w markecie w okolicach Gudvangen) lody. Po wpóĹ do piÄ tej ruszyliĹmy w drogÄ powrotnÄ do naszej „chatki”. Tym razem, zmÄczone, ale naĹadowane emocjami, towarzystwo zachwycaĹo siÄ jeszcze mijanymi krajobrazami zalesionej doliny. Krótki postój w Sogndalsfjøra na zatankowanie benzyny (13,01 NOK/l) , promowa przeprawa przez Sognefjorden (kolejne 155 NOK), zestaw ☺ tuneli z zakupami w Aurlandsvangen i po stromym, szutrowym podjeĹşdzie wróciliĹmy do czerwonego domku nad fiordem. Zadowoleni ze wspaniaĹego dnia, okoĹo 20:30 zasiedliĹmy do ciepĹej, warzywno-owocowej kolacji przygotowanej przez MaĹgosiÄ. NastÄpnego dnia mieliĹmy wreszcie trochÄ odpoczÄ Ä i program byĹ mniej intensywny.
DzieĹ 16 - 11 lipca 2008 (piÄ tek) Gudvangen – Stalheim - Tvindefossen - Bakka - Gudvangen (80 km)
Trasa w Mapy Google
Wreszcie wyspani, wstaliĹmy okoĹo 10:00 i po spokojnym Ĺniadaniu wyruszyliĹmy na poĹźegnalny samochodowy spacer po okolicy. Pierwszy etap to Stalheim, przeĹÄcz pomiÄdzy Gudvangen i Voss. Prowadzi na niÄ droga z najbardziej stromym podjazdem – okoĹo 10 % na prostych odcinkach i do 15 % na zakrÄtach. Dotychczas jeĹşdziliĹmy nowymi tunelami pod przeĹÄczÄ , ale teraz kierownica mocno w dĹonie i gaz do dechy. Gdyby nie to, Ĺźe droga wÄ ska i pomiÄdzy zaroĹlami, nie byĹaby juĹź niczym emocjonujÄ cym, a tak byĹa ukoronowaniem serpentyn, po których jechaliĹmy w Norwegii. Na górze zaparkowaliĹmy niedaleko znajdujÄ cego siÄ tam hotelu. Architektonicznie nic specjalnego, ale poĹoĹźenie rewelacyjne. Nie ma siÄ co dziwiÄ, Ĺźe w tym samym miejscu od 1885 roku odbudowywano kolejne hotele, na miejscu poprzednich niszczonych przez poĹźary.
ZaszliĹmy do Ĺrodka, bo to jedyne moĹźliwe miejsce do podziwiania panoramy doliny Nærøy, która rozpoĹciera siÄ znad urwiska.
WewnÄ trz trochÄ ocalaĹego wyposaĹźenia z poprzedników stoi poĹród caĹkiem nowoczesnego wystroju. UsiedliĹmy w hotelowej kawiarni, przy stoliku z piÄknym widokiem na góry i dolinÄ. Razem z AniÄ podeszliĹmy do bufetu, gdzie mĹoda kelnerka przyjÄĹa od nas zamówienie – po angielsku. Za chwilÄ zwróciĹem siÄ do córki, aby wybraĹa sobie herbatÄ – po polsku. Na twarzy kelnerki pojawiĹ siÄ szeroki uĹmiech – w ten sposób to dogadamy siÄ szybciej, powiedziaĹa po polsku. OkazaĹo siÄ, Ĺźe jest studentkÄ turystyki z Krakowa, po raz kolejny dorabiajÄ cÄ sobie w czasie wakacji w tym hotelu. Nie byĹa jedynym cudzoziemcem, a wĹaĹciwie naleĹźaĹa do wiÄkszoĹci obsĹugi hotelu, bo Norwegiem byĹ chyba tylko szef (3 herbaty x 30 NOK !!!).
Z hotelowego tarasu wyszliĹmy do ogrodu i nad krawÄdĹş prawie stupiÄÄdziesiÄciometrowej przepaĹci. Kolorowe kwiaty uspokajajÄ co dziaĹaĹy po spoglÄ daniu w dóĹ, na pĹynÄ cy w dole strumieĹ i samochody jadÄ ce bÄ dĹş szybko po trasie do tuneli pod nami, bÄ dĹş z mozoĹem wspinajÄ ce siÄ po stromych serpentynach.
ĹatwiejszÄ drogÄ w kierunku Voss zjechaliĹmy do trasy E16. Po lewej stronie zostawialiĹmy jezioro Oppheimsvatnet. MaĹgosi przygotowanej do fotografowania, tym razem udaĹo siÄ zrobiÄ kilka ujÄÄ ciekawej chatki, która za dach i jednÄ z Ĺcian miaĹa ogromny pĹaski gĹaz, skaĹÄ pod kÄ tem wystajÄ cÄ ze zbocza. Po 20 minutach zaparkowaliĹmy przy widowiskowym wodospadzie o trzech uĹźywanych zamiennie nazwach: Tvindefossen, Tvinnefossen lub Trollafossen. Z oglÄ danego w norweskiej telewizji (nawet zrozumieliĹmy !!?!), programu krajoznawczego, dowiedzieliĹmy siÄ, Ĺźe woda spadajÄ ca z ponad 150 metrów szerokimi strumieniami, pochodzi prawdopodobnie z tego samego ĹşródĹa, co ta butelkowana po 10 $ w Voss.
SkorzystaliĹmy z jednej z rad niekonwencjonalnej prezenterki TV. Nie poszliĹmy daleko w realizacji jej pomysĹów i nie kÄ paliĹmy siÄ nago w odmĹadzajÄ cym „prysznicu”, a jedynie wykazaliĹmy siÄ oszczÄdnoĹciÄ i wziÄliĹmy ze sobÄ duĹźÄ butelkÄ na wodÄ. W rozbryzgujÄ cej siÄ na kamieniach wodzie razem z AniÄ wspiÄliĹmy siÄ do miejsca, gdzie woda swobodnie spadaĹa z góry i napeĹniliĹmy 1,5 litrowÄ butelkÄ. W koĹcu, po odliczeniu ceny oryginalnych flaszek, „zaoszczÄdziliĹmy” ☺ pewnie jakieĹ 20 $. CaĹÄ ekspedycjÄ po wodÄ uwieczniaĹa z doĹu MaĹgosia.
OkoĹo 13:00 zawróciliĹmy w kierunku Gudvangen. PostanowiliĹmy odwiedziÄ naszÄ gospodyniÄ, która przy gĹównej uliczce miejscowoĹci, w biaĹym drewnianym domku, prowadziĹa sklepik z rÄcznymi wyrobami pamiÄ tkarskimi. ZachÄcaĹ nas do tego wczeĹniej jej mÄ Ĺź, wrÄczajÄ c wizytówkÄ sklepiku. RzeczywiĹcie byĹo bardzo sympatycznie. ZostaliĹmy poczÄstowani kawÄ i herbatÄ oraz naleĹnikami z truskawkami. Przez ponad póĹ godziny, korzystajÄ c z znanych zasobów sĹów angielskich i niemieckich, opowiadaliĹmy o sobie nawzajem. Z opinii o oschĹoĹci Norwegów po raz drugi w czasie naszej wyprawy nic nie zostaĹo. Potem obejrzeliĹmy oryginalne wnÄtrze domu wypeĹnionego miejscowymi produktami i nie typowymi pamiÄ tkami. Na pewno nie byĹy to seryjnie produkowane souveniry, których peĹno w sklepikach przy turystycznych atrakcjach, tylko autentyczne starocie. Zachwycona MaĹgosia zrobiĹa kolejnych kilkadziesiÄ t zdjÄÄ. OdjeĹźdĹźajÄ c zostawiliĹmy chyba zadowolonÄ z odwiedzin paniÄ Ramsøy.
Dziewczyny myĹlaĹy, Ĺźe wracamy juĹź do domku, ale ja wykorzystaĹem przewagÄ kierowcy i pojechaliĹmy jeszcze dalej. KoĹo portu minÄliĹmy oczyszczony juĹź z efektów lawiny plac przeĹadunkowy i wolnÄ od gĹazów wÄ skÄ jezdniÄ wjechaliĹmy na drogÄ do Bakka. ChciaĹem zobaczyÄ nasz fiord z drugiej strony. DojeĹźdĹźajÄ c do tunelu – raptem 1750 metrów, nie spodziewaĹem siÄ, Ĺźe napotkamy kolejnÄ atrakcjÄ. Tunel nie byĹ oĹwietlany. WraĹźenie niesamowite. Ĺťeby choÄ trochÄ odstresowaÄ MaĹgosiÄ i wĹasnego lepszego samopoczucia jako kierowcy, zapaliĹem dosĹownie wszystko co ma do dyspozycji nasz samochód, wĹÄ cznie ze ĹwiatĹami przeciwmgielnymi i awaryjnymi. I tak jeszcze dĹugo po wyjeĹşdzie z ciemnoĹci, MaĹgosia nie mogĹa dojĹÄ do siebie. Na szczÄĹcie widok naszego domku z drugiej strony fiordu zrekompensowaĹ trochÄ ten stres. Kilka kilometrów do samego Bakka wiodĹo kolejnÄ drogÄ o szerokoĹci jednego samochodu, z mijankami co kilkaset metrów. Co jakiĹ czas mijaliĹmy odgarniÄte z drogi kamienie i gĹazy, pozostaĹoĹci niedawnej lawiny. Inna niĹź dotychczas perspektywa, z której oglÄ daliĹmy fiord potwierdziĹa naszÄ dotychczasowÄ opiniÄ na temat wspaniaĹoĹci tego miejsca.
Po domowym obiedzie, w czasie którego doĹÄ rzÄsiĹcie, ale krótko popadaĹ deszcz, zrobiliĹmy sobie kolejne sesje zdjÄciowe fotogenicznego domku, ogródka i oczywiĹcie fiordu. Wieczorem juĹź tylko pakowanie, bo ze smutkiem spostrzegliĹmy, Ĺźe to juĹź nasza ostatnia noc w Gudvangen, a przed nami juĹź droga powrotna do Polski. WpisaĹem nasz pobyt do pamiÄ tkowej ksiÄgi goĹci w grubych drewnianych okĹadkach. OpisaĹem na „tylko” jednej stronie naszÄ wyprawÄ i zauroczenie NorwegiÄ . Szybko poĹoĹźyliĹmy siÄ spaÄ, bo w planie byĹa pobudka o barbarzyĹskiej godzinie 6:30 i wyjazd przed 9:00 w kierunku do Oslo.
DzieĹ 17 - 12 lipca 2008 (sobota) Gudvangen – Oslo - Larkollen (427 km)
Trasa w Mapy Google
Budziki we wszystkich telefonach ustawione na 6:30 zapiszczaĹy prawie równo. Za oknem, nad fiordem unosiĹy siÄ malownicze mgĹy
odbijajÄ ce siÄ od nieruchomej tafli wody, a na skalnych urwiskach pojawiĹy siÄ ostre cienie niskiego sĹoĹca. Niestety romantyczne widoki mogliĹmy podziwiaÄ tylko mimochodem. Pakowanie walizek i toreb, potem samochodu zakoĹczyliĹmy w planie i ok. 8:30 byliĹmy gotowi do wyjazdu. Zgodnie z umowÄ z firmÄ Novasol mieliĹmy opuĹciÄ domek przed 9:00. Naszego gospodarza nie byĹo jednak widaÄ. PodeszliĹmy do jego, niedaleko stojÄ cego domu, ale i tam gĹucha cisza. TrochÄ zaniepokojony siÄgnÄ Ĺem za sĹuchawkÄ. I niestety caĹy, przewspaniaĹy pobyt w Gudvangen zakoĹczyĹ siÄ nieprzyjemnie. WĹaĹciciel nie widziaĹ problemu w tym, Ĺźe kaucjÄ odda nam za dwa tygodnie, media rozliczy teĹź zaocznie, a w ogóle to o co chodzi ?! Po bezskutecznej próbie poĹÄ czenia siÄ z dyĹźurnymi (wg umowy) oddziaĹami Novasol w Norwegii i w Danii, oraz podliczeniu planowanych rachunków, postanowiliĹmy wyruszyÄ w dalszÄ podróĹź bez rozliczenia.
ZapisaliĹmy stany liczników i trochÄ zestresowani opuĹciliĹmy Gudvangen. W milczeniu pokonaliĹmy ostatni raz Gudvagentunnelen i za Aurlandsvangen zjechaliĹmy w prawo w drogÄ 50. WybraĹem tÄ drogÄ do Oslo, aby przynajmniej w czÄĹci ominÄ Ä doĹÄ tĹocznÄ , jak na warunki norweskie, miÄdzynarodowÄ E16, a korzystajÄ c z rewelacyjnej, w dalszym ciÄ gu, pogody podziwiaÄ kolejne krajobrazy. CiÄ gnÄ cÄ wzdĹuĹź rzeki Mørkedøla drogÄ zaczÄliĹmy wspinaÄ siÄ na kolejny pĹaskowyĹź leĹźÄ cy pomiÄdzy Hardangervidda (najwiÄkszym górskim pĹaskowyĹźem w Europie) i masywem Jotunheimen. Po kilkunastu kilometrach zaliczyliĹmy nastÄpny drogowy „wynalazek” – ostre, wÄ skie serpentyny, czÄĹciowo schowane w sĹabo oĹwietlonych tunelach, a w nich chowajÄ ce siÄ przed nocnym chĹodem, lub poĹudniowym skwarem owce. Jako kierowca bardziej musiaĹem zwracaÄ uwagÄ na te ruchome przeszkody na i tak trudnej trasie, ale moje pasaĹźerki juĹź mogĹy zapomnieÄ niedawne przykroĹci i zachwycaÄ siÄ panoramÄ doliny z leĹźÄ cym coraz bardziej poniĹźej piÄknym jeziorem. Jedynym, co zakĹócaĹo niemal idealny widok, byĹy kable wysokiego napiÄcia wychodzÄ ce z wodnej elektrowni, korzystajÄ cej z duĹźego spadku wody. Przez grzbiety Grindsfjellet i Hovdungafjellet przeprawiliĹmy siÄ nowymi, kilkukilometrowymi tunelami. Dalej na poĹudniowy-wschód jechaliĹmy prawie po pĹaskim terenie wzdĹuĹź duĹźego jeziora Strandavatnet, w którym odbijaĹy siÄ gÄstniejÄ ce chmury. Powoli zjeĹźdĹźaliĹmy w dóĹ i okoĹo 11:00, niestety w padajÄ cym gÄsto deszczu, dojechaliĹmy do miejscowoĹci Hol. Tu na chwilÄ zatrzymaliĹmy siÄ na parkingu, przy bardzo ciekawym stavkirke, którego dach zrobiony byĹ z duĹźych pĹyt Ĺupka, a Ĺciany jak w innych koĹcioĹach tego typu byĹy z ciemnego drewna. Z powodu nieciekawej pogody i goniÄ cych nas planów, nie wysiedliĹmy z samochodu i zdjÄcia robiliĹmy przez uchylone okna.
Dalej skrÄciliĹmy w lewo w drogÄ nr 7, która wiodĹa juĹź przez nizinne okolice Hallingdal, w kierunku Oslo. MijajÄ c kolejne koĹcioĹy sĹupowe, (lecz juĹź nie tak stare i interesujÄ ce), przez ciekawÄ z przyczyn jÄzykowych miejscowoĹÄ Gol, krÄtÄ drogÄ w juĹź nie górskiej dolinie, doĹÄ czyliĹmy z powrotem do E16. Przewidywania, co do wiÄkszego ruchu, sprawdziĹy siÄ i nie mogÄ c wykorzystaÄ maksymalnej, dopuszczalnej w Norwegii prÄdkoĹci 80 km/h, w mimo wszystko sprawnie poruszajÄ cej siÄ kolumnie samochodów, spokojnie jechaliĹmy w kierunku naszego dzisiejszego celu. OkoĹo 14:30, na 60 km przed Oslo postanowiliĹmy zgodnie z planem zjeĹÄ obiad. Na obwodnicy Honefoss, w niczym siÄ nie wyróĹźniajÄ cej, przydroĹźnej gospodzie – barze szybkiej obsĹugi (Ringerike Gjestegård – www.ringerike-gjestegaard.no) zjedliĹmy szybki, lecz mimo to smaczny obiad za wyjÄ tkowe 350 NOK.
W Oslo, na bocznej uliczce Thor Olsens gate, zaparkowaliĹmy o 15:30 (w sobotÄ od 14:00 postój w centrum Oslo jest juĹź bezpĹatny) i na piechotÄ ruszyliĹmy na krótkÄ eksploracjÄ, juĹź pogodnej i sĹonecznej, stolicy Norwegii. Po kilkunastu minutach doszliĹmy do gĹównego deptaka, Karl Johans gate, gdzie trochÄ przeraziĹ nas tĹum turystów i gwar wielkomiejskiej ulicy. ByliĹmy juĹź odzwyczajeni, po bardziej odludnych terenach póĹnocnej Szwecji oraz póĹnocnej i Ĺrodkowej Norwegii, od takiej atmosfery. PopisujÄ cy siÄ akrobaci i aktorzy, malujÄ cy na chodniku i na duĹźych kartach papieru graficy i malarze, stoiska ze sĹodyczami, przekÄ skami i pamiÄ tkami – to wĹaĹnie spotkaliĹmy w to sobotnie, letnie popoĹudnie. TrochÄ oszoĹomieni minÄliĹmy zasĹoniÄtÄ doszczÄtnie rusztowaniami katedrÄ i poszliĹmy w kierunku dworca kolejowego i portu, w którym w 12 kwietnia 2008 otwarto nowy budynek opery. Na terenie nieuĹźywanej juĹź czÄĹci doków zbudowano (poniĹźej planowanych kosztów i przed czasem !!!), fascynujÄ cy nowoczesnoĹciÄ , biaĹy jak lód budynek. I to lodowe skojarzenie byĹo jak najbardziej sĹuszne – projektanci wzorowali siÄ na formie góry lodowej wypiÄtrzajÄ cej siÄ z morza. Szklane Ĺciany i udostÄpniony do spacerowania dach z biaĹego marmuru staĹy siÄ nowÄ atrakcjÄ Oslo. W duĹźym kontraĹcie do surowych widoków dzikich fiordów i skalnych urwisk, ten twór wspóĹczesnej cywilizacji, zrobiĹ na nas niesamowite wraĹźenie, a panorama Oslo z samego szczytu wzbudziĹa podziw dla miasta. Foyer, równie nowoczesne jak forma zewnÄtrzna, klimatyzowanym wnÄtrzem daĹo nam chwilÄ wytchnienia od znowu upalnego dnia.
Po krótkim odpoczynku, wróciliĹmy na tĹoczny pasaĹź. MinÄliĹmy Stortinget – budynek norweskiego parlamentu,
z daleka zobaczyliĹmy Rådhuset – miejski ratusz, w którym odbywajÄ siÄ uroczystoĹci wrÄczenia pokojowej nagrody Nobla i dotarliĹmy na drugi koniec Karl Johans gate, gdzie na wzgórzu górujÄ cym nad miastem znajduje siÄ paĹac królewski (den Kongelige Slot). Klasycystyczny trzypiÄtrowy budynek, którego budowÄ ukoĹczono w 1849 jest czÄĹciowo udostÄpniony dla zwiedzajÄ cych. WokóĹ paĹacu rozstawione sÄ warty honorowe ĹźoĹnierzy w tradycyjnych strojach. ZniĹźajÄ ce siÄ sĹoĹce dawaĹo znaÄ, Ĺźe czas goni, wiÄc sprawnie obeszliĹmy paĹac wokoĹo i wróciliĹmy do samochodu. JuĹź po 19:00 znaleĹşliĹmy siÄ na jednym z wielkich parkingów przy Frognerparken. Ten duĹźy park, poĹoĹźony na zachód od centrum Oslo, wykorzystywany przez mieszkaĹców do weekendowego wypoczynku, znany jest przede wszystkim jako park Vigelanda. Ponad 200 rzeĹşb tego norweskiego artysty zgromadzone na terenie miejskiego parku przyciÄ ga setki tysiÄcy turystów. PrzedstawiajÄ ce nagie ludzkie postacie, splÄ tane w nierealny sposób, zastanawiajÄ , budzÄ kontrowersje, a dla nas byĹy kolejnym elementem ukĹadanki pod nazwÄ Norwegia. Odurzeni zapachem setek kwitnÄ cych w peĹnej krasie róĹź i wcale nie wieczornym sĹoĹcem okoĹo 19:40 zamknÄliĹmy drzwi samochodu i ruszyliĹmy dalej na poĹudnie, w kierunku granicy norwesko-szwedzkiej.
Po prawie godzinnej jeĹşdzie z zawrotnÄ prÄdkoĹciÄ dochodzÄ cÄ do 110 km/h (norweskie autostrady – E6), zjechaliĹmy w prawo na drogÄ 119, którÄ doĹÄ szybko dotarliĹmy do leĹźÄ cego przy ujĹciu Oslofjorden, Larkollen. Tu w Støtvig Hotell (Larkollveien 801; N-1560 Larkollen – www.stotvig.no;) mieliĹmy zamówiony nocleg. W Ĺadnie poĹoĹźonym nad morzem (fiordy dalej wcinajÄ ce siÄ gĹÄboko w lÄ d, nie majÄ tu juĹź tak stromych i wysokich skalnych brzegów) hotelu za 800 NOK dostaliĹmy klucze do maĹego, przytulnego pokoiku na poddaszu z widokiem na marinÄ i morze. ChoÄ zegarki mówiĹy, Ĺźe czas spaÄ (22:00) poszliĹmy jeszcze na spacer do portu jachtowego. PiÄkny widok na wysepki na fiordzie oĹwietlone dopiero zachodzÄ cym sĹoĹcem i spokojne wody morza, w których odbijaĹy siÄ elegancie jachty i pĹynÄ ce w oddali promy stanowiĹy piÄknÄ oprawÄ wieczornego spaceru. Poza wysokimi chmurami na dalekim horyzoncie nic nie zapowiadaĹo zmiany pogody. W dobrych nastrojach wróciliĹmy do pokoju, na ostatniÄ noc w Norwegii.
DzieĹ 18 - 13 lipca 2008 (niedziela) Larkollen - Malmö - Kopenhaga (600 km)
Trasa w Mapy Google
Rano obudziĹ nas lejÄ cy deszcz, którego krople uderzajÄ ce w dach, przenikliwym werblem nie pozostawiaĹy zĹudzeĹ co do pogody. OkoĹo 8:00 zeszliĹmy do caĹkowicie pustej restauracji na Ĺniadanie i zaraz potem, po spakowaniu samochodu, w rzÄsistej ulewie, akompaniamencie burzowych pomruków i iluminacji bĹyskawic, opuĹciliĹmy tak miĹo zapowiadajÄ ce siÄ poprzedniego dnia miejsce. Na szczÄĹcie, jeszcze przed granicÄ , starĹem wycieraczkÄ ostatnie krople z szyby samochodu. Przez graniczny Iddefjorden prowadzi nowy, oddany do uĹźytku w 2005 roku most Svinesundsbrua – ostatni pĹatny w NOK przejazd (20 NOK) w malowniczy sposób spina Ĺukiem dwa wysokie brzegi. Dwa kilometry na wschód leĹźy stary most (równieĹź pĹatny), który dla wielu osób podróĹźujÄ cych do Norwegii przed 2005 rokiem wpisywaĹ siÄ mocno w pamiÄÄ, jako ten pierwszy punkt w krainie fiordów. Dla nas byĹo to ostatnie spojrzenie na NorwegiÄ, z którÄ odtÄ d ĹÄ czÄ nas niezapomniane wraĹźenia i fascynujÄ ce wspomnienia.
PomknÄliĹmy dalej, rozpÄdzajÄ c siÄ do zapomnianej juĹź szybkoĹci 130 km/h, która na szwedzkich autostradach jest oczekiwanÄ normÄ . Zaraz za granicÄ zajechaĹem na stacjÄ benzynowÄ , przestawiajÄ c siÄ na sporo niĹźszÄ cenÄ szwedzkiej benzyny (13,79 SEK/l). DoĹÄ nagle i niezgodnie ze wskazaniami GPS, stanowcze drogowskazy zaĹźÄ daĹy zjechania z wygodnej czteropasmowej szosy. Przez kilkadziesiÄ t kilometrów, w sznurku innych pojazdów zmniejszyliĹmy ĹredniÄ prÄdkoĹÄ podróĹźnÄ ostroĹźnie jadÄ c bocznymi drogami przez maĹe miasteczka. O tym co byĹo przyczynÄ tak dĹugiego objazdu dowiedzieliĹmy siÄ dopiero póĹşniej. OkoĹo za piÄtnaĹcie dwunasta, znów juĹź na autostradzie po piÄknym wiszÄ cym moĹcie minÄliĹmy Byfjorden Nie mieliĹmy jednak czasu rozglÄ daÄ siÄ na boki i poza krótkim postojem przy markecie w okolicach Göteborga, w którym kupiliĹmy drobiazgi dla kuzynów MaĹgosi, staraliĹmy siÄ nie zwalniaÄ juĹź tempa. Wieczorem mieliĹmy byÄ w Kopenhadze.
W okolicach Helsinborg, po 14 dniach i przeszĹo 5 000 kilometrach w samochodzie, zamknÄliĹmy pÄtlÄ naszego objazdu wokóĹ póĹwyspu Skandynawskiego, a przynajmniej jego czÄĹci. Ok. wpóĹ do trzeciej dojechaliĹmy do Malmö. Tu po krótkim poszukiwaniu po osiedlowych uliczkach znaleĹşliĹmy siÄ u przesympatycznych Justyny i PawĹa, którzy zaprosili nas na obiad. Po przeszĹo dwóch tygodniach Ĺźywienia siÄ w gospodach i restauracjach, bÄ dĹş na chybcika wĹasnorÄcznie przyrzÄ dzonym jedzeniem, domowy obiad w szwedzko-polskim stylu byĹ bardzo miĹÄ odmianÄ . Dwugodzinna wizyta skoczyĹa siÄ jednak szybko, a my po zatankowaniu do peĹna (moĹźe wystarczy do Polski), przez znanÄ juĹź przeprawÄ mostowo-tunelowÄ pod cieĹninÄ Sund wjechaliĹmy do Danii i wokoĹo Kopenhagi dojechaliĹmy do jej póĹnocno-zachodnich przedmieĹÄ – Ballerup.
Lautruppark Hotel (Borupvang 2; 2750 Ballerup – www.lautruppark.dk – trzyosobowy pokój za 910 DKK) okazaĹ siÄ biznesowym hotelem w biurowo-uniwersyteckiej okolicy. Szybkie wypakowanie, przebranie i o 19:00 byliĹmy juĹź przed odlegĹÄ o kilka kilometrów kaplicÄ Ĺw. Antoniego (Skt. Antonie Kirke, Frederikssundsvej 225, Brønshøj www.vorfrueogsktantoni.dk), gdzie uczestniczyliĹmy w Mszy Ĺw. po polsku. TrochÄ zmÄczeni postanowiliĹmy jednak zrobiÄ wieczorny spacer po starym centrum Kopenhagi – København. ZaparkowaliĹmy zaraz za Rosenborg Have (Ogrodem Rosenberg) i korzystajÄ c z pogodnego i jasnego wieczoru (20:20), poszliĹmy w kierunku paĹacu Amalienborg. Kolejnej rezydencji kolejnego panujÄ cego króla, którÄ mieliĹmy okazjÄ zobaczyÄ. OĹmiokÄ tny plac zabudowany czterema takimi samymi rokokowymi paĹacami. Przed nimi nieodĹÄ czna warta honorowa w futrzanych czapach przy czerwonych, oĹmiokÄ tnych budkach, robiÄ cych wraĹźenie jak z bajki. IstniejÄ ce w jednym z paĹaców Muzeum PaĹacowe, byĹo juĹź oczywiĹcie nieczynne, ale mieliĹmy peĹnÄ ĹwiadomoĹÄ, Ĺźe do tego miejsca naleĹźy przyjechaÄ jeszcze raz. Prosto przez plac doszliĹmy do portu kontrastujÄ cego nowoczesnoĹciÄ z zabytkowymi budynkami. W dali, przy nabrzeĹźu Inderhavnen staĹ kilkunastopiÄtrowy pasaĹźerski liniowiec przewyĹźszajÄ cy wszystkie okoliczne budynki raczej nisko zabudowanego centrum. WzdĹuĹź nabrzeĹźa Amalienhaven dotarliĹmy do tÄtniÄ cego Ĺźyciem, mimo coraz póĹşniejszej pory, Nyhaven – ulicy nad portowym kanaĹem wcinajÄ cym siÄ w Ĺrodek miasta. Stare kamienice, jako jedne z niewielu ocalaĹy z czÄstych poĹźarów.
Nastrojowe knajpki i restauracje peĹne turystów opanowaĹy wszystkie partery i mieszczÄ c siÄ w budynkach wyszĹy w postaci kolorowych ogródków na ulicÄ. Po kanale pĹywaĹy barki, których sternicy wyczyniali cuda przepĹywajÄ c pod niskimi mostkami i manewrujÄ c kilkudziesiÄciometrowymi Ĺodziami w wÄ skim, przez stojÄ ce przy brzegu jachty, kanale. Barki to obecnie kolejna atrakcja dla turystów, którzy z przewodnikiem i przy muzyce (od jazzowej do ludowej) z poziomu wody chcÄ obejrzeÄ miasto. Kolorowe kamienice, podobne do tych, które znamy z GdaĹska, fotogenicznie ustawiĹy siÄ w szeregu oĹwietlone coraz bardziej czerwonymi promieniami sĹoĹca.
DochodzÄ c do koĹca Nyhaven dotarliĹmy do Konsens Nytorv – Nowego Placu Królewskiego, z centralnie poĹoĹźonym pomnikiem króla Christiana V, paĹacami Charlottenborg i Thott, Teatrem Królewskim oraz osiemnastowiecznym hotelem D'Angleterre. ChĹonÄliĹmy atmosferÄ wieczornej Kopenhagi, ale siĹ juĹź brakĹo. WróciliĹmy do samochodu, Ĺźeby moĹźe jeszcze przy jego pomocy zobaczyÄ wiÄcej. Po dwóch kóĹkach po jednokierunkowych uliczkach zaparkowaliĹmy znowu, przy H.C. Andressens Boulevard prawie naprzeciw Tivoli – zaĹoĹźonego 1843 parku rozrywki. Na zegarkach 22:00, a z alejek parku dobiegaĹy odgĹosy wspaniaĹej zabawy. My skrÄciliĹmy jednak w drugÄ stronÄ i minÄ wszy Ratusz (Radhuset) w stylu wĹoskiego renesansu, z ponad stumetrowÄ wieĹźÄ , weszliĹmy na Strøget – najdĹuĹźszy handlowy deptak w Europie (ponad 1,2 km). W zwiÄ zku z tym, Ĺźe nie byĹo naszym celem robienie zakupów, ani nawet oglÄ danie oferty setek sklepów i sklepików, mogliĹmy cieszyÄ siÄ miĹÄ i nie nadÄtÄ atmosferÄ ĹźyjÄ cego jeszcze o tej porze miasta. MalujÄ cy portrety artyĹci, wykĹadali swoje prace wprost na ulicy, inni przygrywali na instrumentach oczkujÄ c na hojnoĹÄ przechodniów. Mimo wszystko póĹşna pora pozwalaĹa nam na doĹÄ swobodny spacer. WiedzieliĹmy, Ĺźe w godzinach bardziej szczytowych i turystycznych, przez tÄ w miarÄ nie szerokÄ ulicÄ trudno siÄ przecisnÄ Ä. Po kilkunastu minutach skrÄciliĹmy w prawo, tak aby powoli wracaÄ juĹź do auta. Na kolejnych uliczkach ludzi byĹo jeszcze mniej, ale na mijanych placykach i w kawiarnianych ogródkach w okolicy uniwersytetu widzieliĹmy bawiÄ cych siÄ ludzi. W kolejnym zauĹku usĹyszeliĹmy ĹźydowskÄ muzykÄ, a zaraz potem zobaczyliĹmy wysypujÄ cy siÄ z lokalu (CafeTeatret; Skindergade 3 – www.cafeteatret.dk) tĹumek podrygujÄ cych ludzi. Wraz z animatorami caĹej zabawy uczyli siÄ jakiegoĹ Ĺźydowskiego taĹca.
Prawie o wpóĹ do jedenastej doszliĹmy do Rundetarn – okrÄ gĹej wieĹźy z siedemnastego wieku, zbudowanej pierwotnie jako obserwatorium astronomiczne, a obecnie wykorzystywanej jako punkt widokowy. Na 36 metrowÄ wieĹźÄ ponoÄ wjechaĹ konno car Piotr Wielki, a caryca Katarzyna kazaĹa wwieĹşÄ siÄ tam karetÄ . 16-metrowa Ĺrednica budynku z szerokimi schodami uprawdopodabnia tÄ opowieĹÄ. WĹród staromiejskich zabudowaĹ spotkaliĹmy kilka zupeĹnie nowoczesnych w formie obiektów maĹej architektury, np. pomniki zgniecionej puszki na piwo (pewnie Tuborg), papierosowego peta i innych wytworów wspóĹczesnej cywilizacji. PodĹwietlane przez zupeĹnie juĹź zachodzÄ ce sĹoĹce chmury nad czarnymi sylwetkami wieĹź i zabytków Kopenhagi staĹy siÄ tematem fotograficznych sesji moich dziewczyn, a ja podziwiaĹem to juĹź tylko przez szybÄ samochodu, ostroĹźnie kierujÄ cego siÄ do hotelu, gdzie dotarliĹmy dobrze po 23:00.
Tak jak po krótkiej wizycie w Gamla Stan w Sztokholmie, przerwanej przez siĹy natury i jeszcze bardziej pobieĹźnej wizycie w Oslo nie pozostaĹo nam uczucie niedosytu, tak po spacerze przez wieczornÄ KopenhagÄ postanowiliĹmy sobie (no moĹźe ja postanowiĹem), Ĺźe tu trzeba przyjechaÄ specjalnie jeszcze raz. Tak wĹaĹciwie DaniÄ to liznÄliĹmy w czasie tej podróĹźy jak nie odpakowany cukierek przez papierek. Ale wszystko przed nami.
A tego dnia mieliĹmy ostatni nocleg za granicÄ przed sobÄ i do domu jeszcze ponad 1000 km w samochodzie i na promie.
DzieĹ 19 - 14 lipca 2008 (poniedziaĹek) Kopenhaga – Gedser – Rostock – Rzepin (522 km)
Trasa w Mapy Google
Po intensywnej niedzieli w poniedziaĹek wstaliĹmy dopiero ok. 9:00 i po Ĺniadaniu w hotelowej restauracji dopiero ok. wpóĹ do jedenastej wyruszyliĹmy w ostatniÄ w czasie tej wyprawy zagranicznÄ trasÄ. Zgodnie z planem mieliĹmy jeszcze pewien zapas czasu na powrót do centrum Kopenhagi. JadÄ c przez duĹźo ciaĹniejsze ulice, minÄ wszy kompleks cytadeli (Kastellet), dotarliĹmy na maĹy parking przy sĹynnej siostrze warszawskiej syrenki.
RzeĹşba z brÄ zu powstaĹa w 1913 roku w pracowni Edvarda Eriksena jest ucieleĹnieniem „MaĹej syrenki” z baĹni Andersena. TĹumek turystów z kilku autokarów doĹÄ skutecznie utrudniaĹ zrobienie choÄ kilku Ĺadnych ujÄÄ, ale w koĹcu udaĹo siÄ. TÄ samÄ drogÄ wokóĹ twierdzy, na terenie której znajdujÄ siÄ m.in. mijany przez nas koĹcióĹ garnizonowy, widoczny ponad drzewami zabytkowy wiatrak i prowadzÄ ce do niej dwie bramy, zawróciliĹmy do samego centrum i przejechaliĹmy przez caĹkiem juĹź zatĹoczone ulice w poprzek Nyhaven, po nabrzeĹźu i obok parku Tivoli. W ten sposób poĹźegnawszy siÄ z KopenhagÄ skierowaliĹmy siÄ do obwodnicy, a z niej autostradÄ na poĹudniowy zachód. Potrójna numeracja dróg (E20, E47 i E55) skoĹczyĹa siÄ po kilkudziesiÄciu kilometrach. Dalej jechaliĹmy caĹkiem na poĹudnie. O wpóĹ do pierwszej przez kolejny wiszÄ cy most opuĹciliĹmy ZelandiÄ, najwiÄkszÄ wyspÄ Danii i wjechaliĹmy na Falster, z której z portu w Gedser odpĹywaĹ prom do Rostocku. Po kilkunastu kilometrach zjechaliĹmy z autostrady w lewo, za kierujÄ cÄ siÄ w tÄ stronÄ drogÄ E55. Przez doĹÄ tĹoczne Nykøbing, drogÄ coraz bardziej przypominajÄ cÄ polskie szosy przez maĹe miasteczka, okoĹo piÄtnaĹcie po dwunastej dotarliĹmy na przystaĹ promowÄ w Gedser.
Po sprawdzeniu wczeĹniej zarezerwowanych i zapĹaconych biletów (www.scandlines.de – 70€) zostaliĹmy ustawieni w doĹÄ krótkiej na razie kolejce do wjazdu na prom. Praktycznie punktualnie o 13:00 wjechaliĹmy na pokĹad Kronprins Frederik i dziesiÄÄ minut póĹşniej razem z kilkuset pasaĹźerami odbiliĹmy od brzegu.
Prawie bezwietrzna pogoda i rzadkie chmury, nie zasĹaniajÄ ce blasku sĹoĹca dawaĹy nadziejÄ na spokojnÄ podróĹź. Na górnym pokĹadzie byĹo doĹÄ maĹo pasaĹźerów, ale my kontynuowaliĹmy nasze fotograficzne pasje. Z AniÄ skorzystaliĹmy z pokĹadowego bufetu (jakieĹ proste frytki), a resztÄ duĹskich koron wydaliĹmy w sklepie wolnocĹowym na sĹodycze i piwo (duĹskie Tuborg) w jakiĹ nieprawdopodobnych okazjach. Po powrocie na otwartÄ przestrzeĹ z ciekawoĹciÄ obserwowaliĹmy duĹźy ruch statków w tej czÄĹci BaĹtyku, miÄdzy innymi pĹynÄ cy z Rostocku do Gedser drugi prom Scandlines i kuter niemieckiej straĹźy przybrzeĹźnej. CaĹkiem stresujÄ ce dla MaĹgosi okazaĹo siÄ oczekiwanie na wyokrÄtowanie. W zamkniÄtej i koĹyszÄ cej siÄ Ĺadowni, w samochodzie stojÄ cym prawe na styk z innymi pojazdami minuty dĹuĹźyĹy siÄ bardzo. PomyĹleliĹmy juĹź niestety po czasie, Ĺźe dziewczyny mogĹy zejĹÄ ze statku na piechotÄ i do samochodu wsiÄ ĹÄ dopiero na brzegu. Ale trudno. OkoĹo 16:00 w minorowych nastrojach znaleĹşliĹmy siÄ z powrotem w Niemczech.
Niemiecka autostrada bÄdÄ ca kontynuacjÄ trasy E55 doprowadziĹa nas aĹź za Berlin. Po drodze, w anonimowej gospodzie zjedliĹmy nie wyróĹźniajÄ cy siÄ niczym obiad. Pierwszy drogowskaz do granicy Polski przywitaliĹmy z nieukrywanÄ ulgÄ , lecz niestety na tym odcinku E30 wĹaĹnie remontowano jednÄ z jezdni autostrady i ruch odbywaĹ siÄ tylko po jednej stronie. „Rozkraczona” ciÄĹźarówka dopeĹniĹa szali goryczy. Policji kierujÄ cej ruchem nie byĹo i tylko wyjÄ tkowy rozsÄ dek kierowców, którzy sami wpadli na pomysĹ ruchu „jeden samochód w tÄ stronÄ, drugi w przeciwnÄ ”, nie doprowadziĹ do totalnego korka. Nasze zaskoczenie myĹleniem i wspóĹpracÄ uĹźytkowników drogi byĹo tym wiÄksze, Ĺźe przecieĹź poĹowa z nich to byli Polacy. Jak widaÄ wyjazd juĹź za granicÄ kraju wspomaga wyobraĹşniÄ.
Przekroczona granica byĹa juĹź tak drobnym epizodem, Ĺźe prawie jej nie zauwaĹźyliĹmy. Tylko sygnaĹy w telefonach komórkowych o odzyskaniu zasiÄgu sieci podstawowego operatora i rozmowy z naszymi Mamami byĹy tego faktu wyraĹşnym potwierdzeniem. Tankowanie znowu za zĹotówki (4,91 zĹ/l) i okoĹo 20:00 zameldowaliĹmy siÄ w Kaliskim Hotelu Ratuszowym w Rzepinie (ul. Wojska Polskiego 1; 69-100 Rzepin – www.hotelkaliski.pl/ratuszowy/index.html). CaĹkiem polskie realia. PĹatnoĹÄ z góry w gotówce, pokój, w którym czysta poĹciel na ĹóĹźkach kontrastowaĹa z przesiÄ kniÄtymi dymem papierosowym kotarami na oknie wychodzÄ cym na brudne podwórko i to wszystko za skromne :( 210 zĹ bez Ĺniadania. ByĹ i jaĹniejsze strony. W urzÄ dzonej w polsko-szlachecko-wĹoskim stylu ☺ restauracji, kelnerki potrafiĹy wykazaÄ siÄ konstruktywnym myĹleniem i na naszÄ proĹbÄ o kolacjÄ nie na ciepĹo, podaĹy nam zestawy Ĺniadaniowe (ĹwieĹźe i smaczne). Lokalnego kolorytu dodawaĹy próby podrywania tychĹźe kelnerek przez trzech mĹodych Murzynów (?!!!) i nocne haĹasy rosyjskiej wycieczki, która przyjechaĹa póĹşno a wyjechaĹa wczeĹnie. Jednak byliĹmy juĹź zadowoleni, Ĺźe polska prezenterka opowiada o pogodzie w Polsce, a jutro bÄdziemy spali we wĹasnych ĹóĹźkach.
DzieĹ 20 - 15 lipca 2008 (wtorek) Rzepin – Warszawa (500 km)
Trasa w Mapy Google
Bez poĹpiechu, ale i bez zbÄdnego ociÄ gania siÄ wstaliĹmy ok. 9:00 i po ostatnim hotelowym Ĺniadaniu w czasie naszej wyprawy, juĹź o 10:30 opuszczaliĹmy Rzepin. KilkanaĹcie minut spÄdzone na przejeĹşdzie kolejowym, stanowiĹy epilog naszych sesji fotograficznych. Ostatnie ujÄcia zrobiĹa MaĹgosia uwieczniajÄ c przydroĹźne stoiska z plastikowymi i ceramicznymi krasnalami oraz innymi ogrodowymi „ozdobami”, bÄdÄ cymi jeszcze caĹy czas eksportowym hitem przy granicy niemieckiej. 250 kilometrów po caĹkiem dobrej autostradzie, mijamy przedmieĹcia Ĺodzi i od Rawy Mazowieckiej trasÄ „katowickÄ ” to doĹÄ znana trasa, którÄ dotarliĹmy do domu. Warszawa przywitaĹa nas wspaniaĹÄ pogodÄ , jakby potwierdzajÄ c, Ĺźe ta wyprawa miaĹa byÄ wĹaĹnie pogodna. ZanotowaĹem, Ĺźe o godzinie 17:00 zamknÄliĹmy juĹź caĹkiem naszÄ wielkÄ pÄtlÄ, otwierajÄ c pilotem bramÄ garaĹźowÄ i wnoszÄ c bagaĹźe na drugie piÄtro. WszÄdzie dobrze, ale w domu najlepiej – znane, ale prawdziwe. ZwĹaszcza dla takich nie do koĹca wprawnych podróĹźników, którzy lubiÄ mieÄ swoje kÄ ty i chodziÄ po znanych ĹcieĹźkach.
ChoÄ mnie przeszĹa myĹl, Ĺźe warto byĹoby tam jeszcze wróciÄ. MoĹźe w zimie na przylÄ dek PóĹnocny, Ĺźe by zobaczyÄ zorzÄ polarnÄ …
… na razie myĹl przyszĹa i zaraz poszĹa. Na razie ☺.
JuĹź po powrocie
„21 dni, 15,5 stopnia na póĹnoc, 15,7 stopnia na zachód, 8 150 kilometrów w samochodzie, ponad 6 godzin naproĹźach, 8 hoteli, 2 kempingi, hotel, domek nad fiordem, setki wodospadów, kilkanaĹcie fiordów, dziesiÄ tki jezior, strome górskie serpentyny, najdĹuĹźsze tunele i mosty, sĹoĹce o póĹnocy, cztery stolice, raki i czekany na lodowcu, klocki Lego i lapoĹskie renifery, piÄÄ walut, szeĹÄ jÄzyków, jedenaĹcie tysiÄcy zdjÄÄ, 7 godzin filmów i co najwaĹźniejsze tysiÄ ce minut z zapartym przez wraĹźenia tchem. Tylko tyle po wyprawie Ĺźycia.”
Takim tekstem opatrzyĹem piÄÄdziesiÄciostronicowy album ze zdjÄciami z tej podróĹźy, który przygotowaliĹmy zaraz po powrocie. Oddaje on rzeczywiĹcie w jednym zdaniu to co przeĹźyliĹmy, ale napisanie relacji dla siebie i dla bliskich, z którymi chcieliĹmy podzieliÄ siÄ naszymi wraĹźeniami byĹo konieczne. Tak Ĺźeby nie zapomnieÄ, a przy okazji przeĹźyÄ jeszcze raz. ZajÄĹo mi to czas od wrzeĹnia do kwietnia. OczywiĹcie z przerwami, ale zawsze miaĹem w pamiÄci te wspaniaĹe dni.
PodsumowujÄ c naszÄ wyprawÄ muszÄ dodaÄ, Ĺźe warto byĹo drobiazgowo siÄ przygotowaÄ, z dokĹadnoĹciÄ nie tylko do zarezerwowanych hoteli i promu, ale trasy, którÄ kaĹźdego dnia mieliĹmy pokonywaÄ kolejne kilometry. Na tej trasie oznaczyĹem ciekawe miejsca (w tym takĹźe godziny otwarcia muzeów) i waĹźne informacje (np. o stacjach benzynowych na póĹnocy i rozkĹadach promów). Niektóre trasy opracowane byĹy wariantowo, w zaleĹźnoĹci od pogody i naszego samopoczucia. Plan finansowy obejmowaĹ wszystkie moĹźliwe do przewidzenia wydatki od noclegów, przez ceny biletów wstÄpu, opĹaty parkingowe, przejazdów (w tym benzyny) i promów, po potencjalne koszty posiĹków i kupowanego w sklepach jedzenia. Wszystko rozpisane na dni, walutÄ i tak w ogóle peĹny „Cash flow”. Takie przygotowanie, na które poĹwiÄciĹem wiele popoĹudni przez kilka miesiÄcy, zostaĹo zdyskontowane bezstresowym PodróĹźowaniem, takim wĹaĹnie przez duĹźe „P”. Niemcy i Skandynawia, pod wzglÄdem jakoĹci informacji i przewidywalnoĹci sytuacji sÄ wdziÄcznym miejscem, na wykonanie wĹaĹnie takich samorealizujÄ cych siÄ planów. A plany wydatków sprawdziĹy siÄ z dokĹadnoĹciÄ do 2,5%. To chyba dobry wynik.
Kolejnym wnioskiem, który moĹźemy wysnuÄ, jest to, Ĺźe nie koniecznie trzeba poruszaÄ siÄ po najbardziej polecanych w przewodnikach, turystycznych trasach. OczywiĹcie, majÄ c mniej czasu na przygotowanie i pobyt, moĹźe to byÄ jedyny sposób zobaczenia piÄkna takich miejsc, ale nie wÄ tpiÄ, Ĺźe nasze wraĹźenia i moc wspomnieĹ nie jest mniejsza. Na przykĹad podróĹź ze Strynu do Ballestrand przez dopiero co planowanÄ trasÄ turystycznÄ pozwoliĹy nam napawaÄ siÄ równie piÄknym krajobrazem bez koniecznoĹci przepychania siÄ miÄdzy setkami innych – co pewnie byĹoby nam pisane, gdybyĹmy zrealizowali przejazd pociÄ giem z Flåm do Myrdal.
Dobrym wyborem okazaĹ siÄ kierunek naszej jazdy. Najpierw Szwecja i na póĹnoc, a powrót z póĹnocy przez NorwegiÄ. Poziom wraĹźeĹ narastaĹ z kaĹźdym dniem. Kierunek odwrotny mógĹ spowodowaÄ delikatne zniechÄcenie, Ĺźe ciekawe miejsca juĹź widzieliĹmy, teraz to juĹź coraz nudniej. Na pewno nie mogliĹmy narzekaÄ, Ĺźe kolejne dni byĹy mniej ciekawe. Jednak fiordy Ĺrodkowej i poĹudniowej Norwegii sÄ najbardziej widokowymi miejscami spoĹród tych, które udaĹo nam siÄ zobaczyÄ.
Przygotowanie wyposaĹźenia zajÄĹo nam równieĹź trochÄ czasu. JechaliĹmy w lecie, ale doĹwiadczenie innych wskazywaĹo, Ĺźe zwĹaszcza w Skandynawii moĹźna spodziewaÄ siÄ kaĹźdej pogody, wiÄc wziÄliĹmy ubrania na kaĹźdÄ okolicznoĹÄ. My trafiliĹmy na lato stulecia, ale kurtki i czapki przydaĹy siÄ na lodowcu. Na szczÄĹcie opowiadania nt. uciÄ Ĺźliwych komarów i innych owadów pozostaĹy tylko opowiadaniami. Samochód sprawiĹ siÄ znakomicie, a pojemnoĹÄ bagaĹźnika pozwoliĹa nie ograniczaÄ siÄ pod wzglÄdem iloĹci ubraĹ. MogliĹmy pozwoliÄ sobie praktycznie na to, Ĺźe pranie i to tylko w ograniczonym zakresie, zrobiliĹmy dopiero w domku w Gudvangen. Przejechane kilometry nie byĹy Ĺźadnym problemem dla auta. Ĺrednie spalanie w granicach 8 l/100km i Ĺźadnych mniejszych czy wiÄkszych awarii oraz brak zmÄczenia kierowcy potwierdziĹy jakoĹÄ samochodu.
Wyprawa bez jej dokumentowania byĹaby tylko jej poĹowÄ . Te ogromne iloĹci zdjÄÄ sÄ przeglÄ dane do dziĹ i nie zajmujÄ tylko miejsca na dyskach twardych. KilkanaĹcie z nich wisi w powiÄkszeniu na Ĺcianach naszego mieszkania, a nawet w moim pokoju w pracy. SprzÄt fotograficzny i filmowy sprawiĹ siÄ takĹźe bez zarzutu, a jedyne uwagi dotyczyĹy tylko tego, Ĺźe nam brakowaĹo jeszcze wprawy w zrobieniu takich ujÄÄ, które uwieczniĹby to co widzieliĹmy.
Drobny problem z wĹaĹcicielem domku, nie oddanÄ w terminie kaucjÄ i brakiem wsparcia ze strony firmy „Novasol”, zakoĹczyĹ siÄ szczÄĹliwie. PieniÄ dze znalazĹy siÄ na koncie, a rekompensata ze strony firmy (po kilku pismach e-mailem i rozmowach przez telefon) pokryĹa straty wynikajÄ ce z róĹźnic kursowych. W sumie nic nieznaczÄ cy incydent.
BYĹO REWELACYJNIE !!!
PS. A dziĹ (kwiecieĹ 2009), w zwiÄ zku z nieprzewidzianym splotem wydarzeĹ (Portugalia znowu nie wypaliĹa), szykujemy siÄ do kolejnej wyprawy na póĹnoc Europy. Tym razem ponad trzy tygodnie przez LitwÄ, ĹotwÄ, EstoniÄ, FinlandiÄ, NorwegiÄ do przylÄ dka PóĹnocnego (w zimie nie wyszĹo ☺ ) i z powrotem po niewidzianych rejonach Norwegii na kamping w okolicach Stavanger, DaniÄ i Niemcy do domu. MyĹlÄ, Ĺźe kolejnÄ relacjÄ teĹź uda nam siÄ spisaÄ po udanej wyprawie.Bibliografia:
Przewodniki
-
„Norwegia” praktyczny przewodnik, wyd. Pascal 2007
-
„Norwegia” PodróĹźe marzeĹ, Biblioteka Gazety Wyborczej 2007
-
„Skandynawia Norwegia – Szwecja – Finlandia, Baedeker 2007
-
„Szwecja” PodróĹźe marzeĹ, Biblioteka Gazety Wyborczej 2007
-
„Berlin” Udany Weekend, Michalin i Wydawnictwo BezdroĹźa 2007
-
„Dania”, Marco Polo, 2007
Mapy
-
Norwegen 1:600 000, freytag & berndt, 2007
-
Norwegen Süd, 1:250 000, freytag & berndt, 2007
-
Norwegen Mitte 1:250 000, freytag & berndt, 2007
Ogólne
Paliwa w Europie, Ceny paliw, PZM INFO Serwis
http://www.pzmtravel.com.pl/paliwa-w-europie.html
Dania
AktualnoĹci Dania.pl
http://www.dania.pl/
Danske Kroer & Hoteller - Visitkort
https://www.krohotel.dk/en/findkro/hotel/visitkort/NaesbylundKroogHotel
Disneyland - hotele, bilety wstÄpu
http://www.sunkisstravel.com/parki/legolandvilage.html
http--www.visitdenmark.pl
http://www.visitdenmark.pl/
Øresundsbron – private
http://osb.oeresundsbron.dk/frontpage/?lang=1
Szwecja
http--www.visitsweden.com-
http://www.visitsweden.com /
Links - SWEDEN.SE
http://sweden.se
Scandic
http://www.scandic-hotels.com/SiteHomePage
Szwecja - Wakacje, Przewodnik i PodróĹźe Po Szwecji
http://www.wakacjezprzewodnikiem.pl/europa/szwecja-przewodnik.html
Norwegia
Accommodation Norway Fjord Pass
http://www.fjord-pass.com/default.asp
AktualnoĹci Norwegia.pl
http://www.norwegia.pl/
Aurland og Lærdal Reiselivslag - Home
http://www.alr.no/
Bergen - The Official Bergen Internet Site
http://www.visitbergen.com/
Ferry in Norway
http://www.fjord1.no/
Fjords of Scandinavia
http://www.fjordsofscandinavia.com/ny/
Fjords.com - Fjord Norway.
http://www.fjords.com/fjordpics.htm
Fotografie - Konrad Konieczny
http://www.norwegofil.pl/galeria/
GoNorway - Accommodation Nordland
http://www.gonorway.no/
Jostedalen Breførarlag
http://www.bfl.no/
Jostedalen Photo Gallery
http://www.jostedal.com/album1/index.htm
Norske Turistveger
http://www.turistveg.no/index.asp?lang=eng
Norske Vandrerhjem
http://www.vandrerhjem.no/
Norway.com
http://www.norway.com/
Norwegia – Jak dotrzeÄ - Onet.pl Przewodnik
http://przewodnik.onet.pl/1248,1597,280603,notka.html
Norwegia - oficjalna strona w Polsce
http://www.amb-norwegia.pl/
Norwegia - Portal miĹoĹników Norwegii
http://www.norwegofil.pl/
Norwegia - przewodnik, informacje praktyczne, podróĹźe, turystyka
http://www.odyssei.com/pl/travel/norwegia.php
Norwegia - trzy pÄtle samochodem
http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,82269,407719.html
Norwegia - Zwiedzaj Ĺwiat - wczasy, wycieczki, podróĹźe, wyjazdy
http://www.zwiedzajswiat.pl/norwegia
Ruteinfo.net Engelsk
http://en.ruteinfo.net/
Sognefjord - The official guide to Sognefjorden
http://www.sognefjord.no
Statoil - Stacje w Skandynawii
http://www.statoil.pl/statoil/index.jsp?place=Menu01&news_cat_id=152&layout=17
Subiektywne Przewodniki - relacje z podróĹźy, recenzje noclegów
http://przewodniki.info/index.php?/component/option,com_deeppockets/task,catShow/id,4/Itemid,81/
Tindevegen – fjellvegen mellom Årdal og Turtagrø
http://www.tindevegen.no/
Turystyka w Skandynawii Norwegia
http://www.wirtual.com.pl/podroze/norwegia.html
vegvesen.no - Norwegian Public Roads Administration
http://www.vegvesen.no/
VisitOSLO.com
http://www.visitoslo.com
Welcome to the stavechurches by the Sognefjord
http://home.loopme.com/fortidsminneforeningen/sites/fortidsengelsk/go.cfm?id=66595
Zobacz nasze propozycje
-
-
ebook
(27,45 zł najniższa cena z 30 dni)
28.55 zł
54.90 zł (-48%) -
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
-
-
ebook
(2,00 zł najniższa cena z 30 dni)
2.07 zł
3.99 zł (-48%) -
-
-
książka
-
ebook
(53,40 zł najniższa cena z 30 dni)
55.18 zł
89.00 zł (-38%) -
