Łowcy głów na początek Po trzech dniach utarczek z urzędnikami indyjskimi w końcu dostaliśmy upragnioną przepustkę. 10 czerwca 2001 r. to początek przygody w Nagalandzie, krainie w północno-

Łowcy głów na początek

 

 

Po trzech dniach utarczek z urzędnikami indyjskimi w końcu dostaliśmy upragnioną przepustkę. 10 czerwca 2001 r. to początek przygody w Nagalandzie, krainie w północno-wschodnich Indiach.

Po dotarciu i krótkim przystanku w Kotinie, stolicy krainy, do niedawna drugiej co do wielkości wiosce Azji, ruszyliśmy ku górom, na spotkanie z tradycyjnymi szczepami Nagów. Zamieszkują one górzysty obszar tuż przy granicy Birmy. Ich wioski rozsiane są wysoko na szczytach pasm, podzielonych dolinami, którymi spływają niewielkie strumienie. Jeszcze nie tak dawno Nagowie prowadzili ze sobą zaciekłe wojny plemienne. Zwycięstwo obwieszczały trofea z ludzkich głów. Obok dzieł rzemiosła i sztuki oraz instrumentów muzycznych, stanowiły one ozdobę wnętrz Morongów - domów plemiennych, w których gromadziła się wspólnota, by decydować o ważnych decyzjach w sprawie wioski. Dotarliśmy do dwóch takich wiosek - Konoma i Tobo. Wkrótce okazało się, że są one bazami partyzantki narodowo-wyzwoleńczej. Przygraniczne położenie sprzyjało nie tylko walce zbrojnej. Kwitł tu również przemyt birmańskiego opium. Nota bene jedno z głównych źródeł dochodu bojowników-wyzwolicieli. Wracających z dolin Nagalandu, przechwyciły nas indyjskie służby bezpieczeństwa. Nie tyle sama akcja zbrojna, której byliśmy obiektem, co wielogodzinne przesłuchania w podejrzeniu o szpiegostwo naprawdę wiele nas kosztowały. W końcu jednak udało się wyjaśnić nieporozumienie i zamiast skończyć na muszce karabinu, wylądowaliśmy w generalskim apartamencie.
 

 

 


Nasze monsunowe wesele

 

 

 

Po przylocie do Bombaju ruszyliśmy w miasto. Miało się już ku zachodowi słońca, gdy spacerując nad brzegiem oceanu spotkaliśmy Dzaynita. Był on jedną z tych osób, co do których wie się, że odczuwamy świat w podobny sposób. Któż mógł jednak przypuszczać, że nasz apetyt na przygodę i fantazja Dzaynita tworzyć mogą mieszankę niemal wybuchową! A więc stało się. Zapragnęliśmy wziąć tradycyjny ślub indyjski jeszcze tego samego dnia. Pomogli nam w tym siostra Dzaynita i jej przyjaciel bramin. Zapadał zmrok, a my mknęliśmy taksówką przez zatłoczone ulice Bombaju. Idąc z samochodu do świątyni, ubrani w tradycyjne stroje, czuliśmy się jak bogowie z Ramajany. Nasz orszak stanowiły tłumy wiernych, które nawiedziły świątynię z okazji święta Kriszny. Ceremonia była już przygotowana. Na świątynnym dziedzińcu płonął olbrzymi kopiec - sakrum uroczystości. Bramin powitał nas i wskazał przeznaczone nam miejsca. W rękach trzymaliśmy kwiaty i ofiarny pokarm, które wrzuciliśmy w ogień po tym, jak bramin namalował nam znaki sindury na czołach. Nie wiedzieliśmy, że tak pięknie rozpoczęty rytuał przerodzi się w mrożące krew w żyłach misterium. Ale to już temat na inną opowieść...

Porwanie w Kurdystanie

Namiot rozbiliśmy po zmroku, u stóp starego kurdyjskiego zamku Ishakapasy, wzniesionego przez wodza imieniem Ishak. Poranek podarował nam coś wyjątkowego. Rozpięliśmy zamek tropiku, a naszym oczom ukazała się piękna dolina z malutkim miasteczkiem Dogubayazit. Ponad wszystkim królowały bliźniacze szczyty Araratu (5137 m n.p.m.). Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę i minąwszy kilka wiosek, niewielkim dolnuszem dotarliśmy do miasta Sirt. W nim prowadzić mieliśmy badania etnologiczne, cel naszej wyprawy do Kurdystanu. Nie sądziliśmy, że młodymi naukowcami zainteresują się tureckie służby bezpieczeństwa. Zaskoczyli nas w hotelu, już po zmroku. Przesłuchania na posterunku przeciągały się i byliśmy niemal pewni, że kolejny świt zastanie nas w jakże odmiennych warunkach. Choć z trudem, przekonaliśmy ostatecznie funkcjonariuszy o nieszkodliwości naszej misji i gdy tylko nastał dzień ruszyliśmy do kolejnych zamieszkanych przez Kurdów terenów, wokół miasta Hasnkeyf. Mieliśmy nadzieję, że umundurowani stróże pozostali daleko, cóż byliśmy w błędzie...
 

 

 

 

 


Poczuć dżunglę

 

 

 

Cztery dni żeglugi po Oceanie Indyjskim i przed nami na horyzoncie pojawiły się pierwsze wysepki. Przepływając bliżej dojrzeliśmy zielony dywan palm okolony pasem złocistych plaż. Nie był to Raj, ale Nikobary, południowa część oceanicznego archipelagu. My zmierzaliśmy jednak na Andamany, do Port Blar. Do jego przystani zawinęliśmy wieczorem. Kilka dni postoju w stolicy i ruszyliśmy dalej, szlakiem egzotycznych wysp. Naszym celem była Middle Andaman i spotkanie z zamieszkującymi ją plemionami Jarawa. Po drodze zatrzymaliśmy się na malutkiej wyspie Long Island. Nie było tam żadnego pensjonatu i spodziewaliśmy się, że przyjdzie na spędzić noc w dżungli. Szybko jednak "białych" wypatrzył jeden z mieszkańców wyspy i wiedząc, że nie mamy dokąd pójść zaproponował nocleg we własnej chacie. Wieczór pełen opowieści, zapach dżungli wdzierający się przez otwarte okna, wszystko zapowiadało prawdziwą przygodę. Spędzony na wyspie czas naprawdę był bogaty w doświadczenia...

Teatr na wodzie

Kurs na Madżali, największą rzeczną wyspę świata leżącą na środku Bramaputry.

Wsiedliśmy na prom i ruszyliśmy z szarobrązowym nurtem Bramaputry. Porośnięty wysoką, soczystozieloną trawą brzeg wyłonił się nagle i niespodziewanie. Nad rzeką wygrzewało się stado bawołów, pośrodku którego, z rozpalonego ogniska wzbijał się gęsty dym. Gdy dobiliśmy do brzegu grupa hindusów, których odzienie stanowiły tylko przepasane na biodrach chustki, rozpoczęła wnoszenie na pokład glinianych dzbanów z mlekiem. Nocleg znaleźliśmy w satrze, będącej czymś w rodzaju indyjskiego klasztoru. Satry są miejscem, w których mieszkańcy odgrywają tradycyjne teatralne misteria. Niezależnie od wieku i pozycji zajmowanej we wspólnocie, każdy może wziąć w nich udział. Piekarz, pasterz czy chłop wieczorem przeistaczają się w książąt, wojowników lub demonów, bohaterów wspaniałego indyjskiego poematu Mahabcharaty...
 

 

 

 

 


Muzyka sfer

 

 

 

Chłodna bryza znad jeziora Khecapari, która powoli przez otwarte okna wypełniła pokój zbudziła nas ze snu. Mieszkaliśmy w klasztorze buddyjskim nieopodal tego pięknego jeziora. U stóp klasztoru leżała wioska Lepców, plemienia zamieszkującego Sikkin. Udaliśmy się do niej w poszukiwaniu czegoś na śniadanie. Miast pożywnej strawy, mieszkająca w przydrożnej chacie staruszka uraczyła nas czangiem. Alkohol dodał nam animuszu na resztę dnia, pełnego niezwykłych wrażeń. Spacerując "pochłanialiśmy" roztaczający się stąd jeden z najwspanialszych widoków na trzeci co do wysokości szczyt świata - Kanczendzange. Wieczorem była pełnia i z klasztorów zajmujących okoliczne wzgórza dochodziła nas niezwykła muzyka. Tak mnisi celebrują czas pełni. Wkrótce mieliśmy poznać jeszcze niejedną tajemnicę tego miejsca...