Malawi nie było w planie na naszej trasie, ale plany są po to, aby je spontanicznie zmieniać.
Malawi nie było w planie na naszej trasie, ale plany są po to, aby je spontanicznie zmieniać. Nie byłem więc przygotowany do tego kraju, nie za bardzo wiedziałem co zobaczyć I gdzie warto pojechać. Pierwszy problem pojawił się już na granicy, kiedy to po seryjnej wymianie uśmiechów z celnikiem oświadczono nam, iż Polacy do Malawi potrzebują wizę (chociaż ponad 40 innych narodowości NIE). Zupełnie nie na żarty nam było, kiedy dowiedzieliśmy się, iż nie można jej otrzymać nawet na granicy. Zrobiło się trochę nieprzyjemnie i wściekli w nieprzyjaznej atmosferze skierowaliśmy się już z powrotem do posterunku Zambii – jednak podczas marszu zawrócono nas i oficer graniczny w akcie łaski wystawił nam zaświadczenie z prawem wjazdu do Malawi, gdzie w ciągu 5 dni mieliśmy obowiązek stawić się w biurze imigracyjnym w celu zakupienia wizy. Także znowu udało się nam i mimo przeciwności biurokratycznych wjechaliśmy do kraju.

W Lilongwe trochę odreagowałem, spędzając ciekawą sobotnią noc z lokalnymi w jednym z muzycznych klubów. Ucieszył nas również widok restauracyjek różnych kuchni świata, gdzie tanio i smacznie odmieniliśmy nasza nieco już nużącą codzienną afrykańską dietę. Następnie po załatwieniu wizy skierowaliśmy się w kierunku Jeziora Malawi – głównej atrakcji kraju.




Jezioro? – kto by pomyślał – jest tak duże, że wygląda jak morze, tyle że ze słodka woda. Płynącym raz w tygodniu promem postanowiliśmy dostać się na jedną z odległych wysp. Jeszcze w porcie zabawną sytuację wprowadził kasjer, który to nie chciał nam sprzedać biletów na klasę ekonomiczną, dopóki nie pójdziemy na pokład i nie zobaczymy warunków podróży na własne oczy – zwykle wtedy turyści zmieniają zdanie i przenoszą się do wyższej klasy. Nas jednak tłok nie przeraził I jako jedyni biali zostaliśmy na dolnym pokładzie statku. A wcale nie było aż tak źle, bo udało nam się w tym tłumie tuż za składem towarowym na wolnym powietrzu znaleźć kawałek podłogi – trochę nas w nocy podeptano, ale zdrzemnąć się udało. Ciekawy również był rozładunek i zejście na stały ląd – pływające bagaże towarowe (beczki z paliwem, drewno, słomiane maty itd) wrzucano prosto do jeziora, które kilkaset metrów dryfowały w stronę wyspy. O podróżnych natomiast walczyły łódeczki podpływające w rywalizacyjnym szale do burty, skąd zabierały klientów na plażę (statek nie mógł podpłynąć przy płytkim dnie).




Na wyspie Likome zaznaliśmy trochę relaksu – kemping znajdował się z dala od wrzasku cywilizacji, otoczony wzgórzami porośniętymi majestatycznymi baobabami wśród palm i intensywnych w kolorze kwiatów bugenwilli. Z namiotu wystarczyło parę kroków po piaszczystej plaży, aby zanurzyć się w ciepłej i przejrzystej wodzie jeziora.

Informacje praktyczne:

Malawi – wjazd 11 sierpień 2007, pobyt przez 4 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 61 € na osobę, wliczając:
Wiza – 15 €, obowiązek wcześniejszego ubiegania się o wizę w ambasadzie.
Jedzenie – 11€
Transport – 13 €, przejazd drogowy 1.2 € za 100km, pokonaliśmy 647 km
Nocleg – namiot od 1.5 do 2 € od osoby
Inne – 18 €

Afryka całościowo:
Odwiedziliśmy 26 państw w 31 tygodni, przemierzyliśmy 34,653 km