29 czerwca 2001
Coraz bardziej nam sie tu podoba. Tuz kolo przystani rozciaga sie jeden z wielu parkow Townsville, z niesamowitymi drzewami wypuszczajacymi korzenie z galezi prosto w dol i rozrastajacymi sie czasem w jedno skupisko wielu polaczonych ze soba drzew. Wzdluz plazy ciagnie sie dlugi pas piknikowo rekreacyjny z zadbana trawka (po ktorej mozna chodzic, siedziec, lezec), miejscami do barbeque (samopodgrzewajacymi sie plytami za nacisnieciem
przycisku), placami zabaw dla dzieci, sciezkami zdrowia, parkiem wodnym, kilkoma otwartymi basenami, itd... Wszystko ogolnodostepne, bez zadnych oplat.
Kontaktujemy sie z Servasowym hostem. Sid mieszka poza miastem (30 km, tutaj to nic nieznaczacy dystans). Przyjezdza po nas swoim dzipem. Obwozi nas po miescie, wjezdzamy na potezna skale, Castle Hill, gorujaca nad miastem i podziwiamy panoramiczny widok na Townsville, Magnetic Island oraz cala okolice - dosyc rozlegle przedmiescia, a potem juz polpustynne pustkowie. Domek Sida polozony jest w buszu, tuz obok Aligator Creek National Park i tam najpierw na chwile jedziemy i... widzimy nasze pierwsze kangury!
Wieczorem podczas kolacji z Sidem i jego sasiadka Mandy poruszony zostaje delikatny temat australijskich Aborygenow. Faktem jest, ze Aborygeni zyli sobie spokojnie i w harmonii z natura przez tysiace lat na tym kontynencie, nie uwazajac ziemi za swoja wlasnosc, bo jak ziemia moze nalezec do czlowieka? Czlowiek nalezy do ziemi. Przybyli biali, stwierdzili, ze skoro nie ma widocznej cywilizacji, prawa, itd. to mozna uznac kontynent za niezamieszkaly... wszyscy znaja tragiczna historie. Nasi gospodarze mowia, ze teraz za to jest odwrotnie, teraz biali sa dyskryminowani. Aborygeni popelniajac po pijanemu wykroczenia przewaznie nie sa za nie karani, bo nie znaja "prawa bialego czlowieka". Wiekszosc z nich nie chce juz wrocic do tradycyjnego zycia w buszu, ale nie chce/nie moze dostosowac sie do bialej cywilizacji. Dostaja podobno mase pieniedzy od rzadu jako rekompensate, prowadza najnowoczesniejsze modele samochodow, ktore porzucaja na poboczu, kiedy skonczy sie benzyna... Rozne wersje tej samej historii, ciezko dyskutowac.
30 czerwiec 2001
Wybieramy sie z samego rana do parku Aligator Creek. Nie ma tam niestety aligatorow, tak tylko nazywa sie strumien. Sa za to kangury. Cala masa kangurow i innych... nie moge sobie przypomniej jak to po polsku... "kieszonkowcow...?" Nie... - torbaczy! Tak, cala masa roznych torbaczy, skubiacych sobie spokojnie trawe, podnosza tylko glowe podchodzisz, obserwuja przez chwile i jesli nie zblizasz sie za bardzo powracaja do skubania, jesli czuja sie zagrozone, oddalaja sie w podskokach. Jeden szary kangur siedzi sobie tuz obok pola kampingowego i zupelnie nie przejmuje sie ludzmi. Podchodzimy blisko i robie kangurowi sesje fotograficzna. Daje sie nawet dotknac, widac jak sprawia mu przyjemnosc, jak Chopin drapie go po glowce. Australia...!
Idziemy wzdluz granitowych skal nad sporym strumieniem, nawet teraz, w porze suchej jest wystarczajaco wody w niektorych miejscach na poplywanie wsrod skal. Ten rejon kontynentu ma dwie glowne pory roku: sucha i mokra. Mozna tez bardziej precyzyjnie wyroznic szesc por roku: wczesna sucha, srodkowa sucha, pozna sucha, wczesna mokra, srodkowa mokra, pozna mokra.
1 lipca 2001
Lepiej nie moglismy trafic. Syd przechodzi samego siebie w goszczeniu nas. Pracowal jako profesjonalny szef kuchni w hotelowej restauracji, wiec zna sie na rzeczy i przygotowuje nam wysmienite, pieknie podane dania, choc sam nie uczestniczy w tych ucztach. Mowi, ze sam jada tylko wtedy, kiedy ma ochote jesc, a zdarza mu sie to raz na kilka dni. Ale lubi przyrzadzac cos dla innych. Dzis rano daje nam swoja Toyote Landcruiser - poteznego dzipa z napedem na cztery kola, abysmy pojechali sobie na market do miasta.
Co niedziele glowny deptak Townsville zajety jest przez przerozne stoiska. Lokalne rekodzielo, bizuteria, obrazy, wypieki, slodycze, owoce, warzywa. Do tego mozna zrobic sobie masaz, powrozyc z kart, poogladac zonglerow, posluchac grajkow, posmiac sie z zartow brodatego dziadka z akordeonem.
Nasyciwszy sie marketem jedziemy (jak wygodnie miec samochod!) na "strand", ciagnacy sie ze dwa kilometry wzdluz plazy pas rekreacyjny, gdzie dzis, w niedziele, mieszkancy Townsville calymi rodzinami urzadzaja sobie pikniki, bawia sie na placach zabaw, jezdza na wrotkach, graja w pilke, plywaja w otwartych basenach. Robimy sobie grzanki z avocado na grillu, gdzie po nacisnieciu przycisku automatycznie rozgrzewa sie blacha. Coraz bardziej nam sie tu podoba. Potem jedziemy przejechac sie po okolicy i widzimy jeszcze wiecej roznych parkow.
2 lipca 2001
Syd zawozi nas do AIMS - Australian Institute of Marine Science (Australijski Instytut Badan Morskich), gdzie Dave, jego sasiad, ktory tam pracuje, oprowadza nas po instytucie, pokazuje rozne sprzety, warsztaty, maszyny do podwodnych badan, wykresy z fazami wzrostu koralowca, ktory ma rozne tempo przyrostu w roznych fazach ksiezyca.
Ogladamy krewetki w specjalnych zbiornikach oraz ryby przy pomoscie w oceanie tuz za instytutem. Karmimy je chlebem, ktory Syd kupil specjalnie w tym celu. Sam rzadko kiedy je chleb, kupuje go glownie dla konia sasiada i czasem dla ryb. Syd obwozi nas dalej swoim Landcruiser'em po okolicy. Jedziemy po szerokiej plazy - akurat jest odplyw.
Obserwujemy stadka malych niebieskich krabikow uciekajacych w strone oceanu lub zakopujacych sie piasku. Wieczorem odwiedzam Mandy, sasiadke Syda, artystke, ktora zainspirowana nasza podroza tez pragnie podrozowac po swiecie.
Jutro chcemy sie wybrac na Magnetic Island.
3 lipca 2001
Magnetic Island - te magnetyczna nazwe nadal wyspie Kapitan Cook, kiedy to zeglujac w poblizu w 1770 roku, wydawalo mu sie, ze kompasy jego statku dziwnie sie zachowywaly. Nasz pierwszy stop w Australii to wlasnie stop na Magnetic Island. Troche absurd, ze trzeba zlapac samochod, aby dostac sie na wyspe, ale to jedyna dla nas mozliwosc - promem samochodowym - kierowca placi 115$ za zamochod i moze zabrac do szesciu pasazerow bez dodatkowych oplat. Zabiera nas mila kobieta z Brisbane. Przyjechala tu na krotki urlop, robiac w trzy dni pare tysiecy kilometrow. Nie tylko zabiera nas na wyspe, ale i zaprasza do siebie do Brisbane.
Mniej wiecej polowe wyspy zajmuje park narodowy, druga polowa jest zamieszkala przez jakiej 2500 osob w kilku miasteczkach/osadach wzdluz wschodniego wybrzeza i jedynej drogi. Jedziemy do Horseshoe Bay, ladnej rozleglej zatoki z wieloma jachtami. Stad odbieraja nas Servasowi gospodarze, Terrie i Graham i zawoza do siebie do Nely Bay. Prowadza B (Bed and Breakfast - nocleg ze sniadaniem), wiec oprocz licznych gosci servasowych maja tez platnych gosci. Jednych i drugich zapraszaja na wieczorny posilek, wiec poznajemy Glen i Johna z Perth, ktorzy zapraszaja nas do siebie, jak bedziemy w poludniowo-zachodniej Australii.
4 lipca 2001
Dzien pieszej wedrowki po wyspie, ktora prowadzi nas przez pol wyspy, wzgorzami porosnietymi tropikalnym lasem. Po drodze do ruin fortu (pozostalosc z II Wojny Swiatowej) spotykamy misia koala siedzacego na galezi drzewa eukaliptusowego. Obserwuje nas przez chwile jak go obserwujemy, potem odwraca leniwie glowe i zasypia. Podobno koale spia ok. 20 godzin na dobe!
Dochodzimy do zatoczki Arthur Bay z przyjemna plaza i koralowce, w wodzie. Wyprobowujemy kupiona wczoraj maske i rurke. Rewelacja! Gdyby nie to, ze woda dosyc chlodna (jest przeciez zima), nie wychodzilabym z niej do konca dnia. Przechodzimy kolejne wzgorze i nurkujemy raz jeszcze - teraz w zatoce Florence i widzimy innego rodzaju korale i jeszcze kolorowsze ryby. Dochodzimy pieszo do Horseshoe Bay i juz po zmroku lapiemy stopa z powrotem do domu. Prawdziwe wakacje na tropikalnej wyspie.
5 lipca 2001
Zostajemy jeszcze jeden dzien, bo Graham potrzebuje pomocy przy wykonczeniu nowowybudowanego domku-biura i Chopin zgadza sie mu pomoc. Wyjezdzaja z rana platni goscie, wiec dostajemy luksusowy pokoik z lazienka, weranda, itd. Terrie i Graham maja bardzo tropikalny ogrod z bananowcami, owocujacymi papajami, palmamai, itd, a do pol otwartej jadalni wkrada sie z ogrodu olbrzymie drzewo paprociowe. Pelno tu egzotycznych ptakow i kolorowych motyli, a w nocy obserwujemy jak sprytny possum (nie wiem jak to po polsku - wszedobylski, wszystkojedzacy futerkowy zwierzak) wspina sie po pniu drzewa i zjada dojrzala papaje. Pozyczam dzis od Terrie rower i jade ponurkowac w dwoch roznych miejscach.
6 lipca 2001
Chopin konczy jeszcze przed poludniem prace konstrukcyjne z Grahamem, wiec opuszczamy wyspe dopiero po lunchu. Zabiera nas na prom mloda, podrozujaca po Australii vanem parka z Anglii. Zakladamy sobie dzis konto w banku ANZ, aby nie wozic ze soba gotowki. To zajmuje nam sporo czasu, wypelniamy cala mase papierow i kiedy wychodzimy z banku jest juz dosyc pozno. Chcielismy dzis ruszyc w strone Cairns, na polnoc, ale wyglada na to, ze ruszymy dopiero jutro. Dzis tylko lapiemy stopa poza centrum i rozkladamy sie na noc w parczku.
