Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy na dworzec kolejowy i tu spotkało nas duże zaskoczenie: budynek był czysty i schludny, a w poczekalni, oglądając film na ogromnym telebimie, spokojnie siedział tłum podróżnych.

Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy na dworzec kolejowy i tu spotkało nas duże zaskoczenie: budynek był czysty i schludny, a w poczekalni, oglądając film na ogromnym telebimie, spokojnie siedział tłum podróżnych. Czułam się tu bezpieczniej niż na dworcu w Katowicach.
Samo miasto nie wywarło na nas jednak pozytywnego wrażenia. W upalny dzień po zakurzonych ulicach przejeżdżały tysiące samochodów, zostawiając za sobą kłęby spalin, a walące się domy sprawiały dość smętne wrażenie. Z drugiej strony, widać było jeszcze ślady dawnej świetności: ozdobne drewniane okiennice, drewniane, precyzyjnie wykonane i górujące nad domami kopuły cerkwi wyglądały sympatycznie. To było coś nowego, typowego dla tego regionu.
Ale ja byłam już jedną nogą w górach, więc od początku myślałam tylko o tym, żeby się stąd wydostać. Adaś śmieje się ze mnie, że zawsze chce być gdzie indziej, niż akurat jestem. To nieprawda, bo kiedy dotrzemy wreszcie w góry, gdzie nie ma tego tłumu i hałasu, gdzie można się napić wody z rzeki, będę zadowolona.

Jedną z rzeczy, która rzuciła mi się w oczy to niesamowite kontrasty: obok rozlatujących się autobusów z silnikami na wierzchu, przemykały małe busiki o jak najbardziej nowoczesnej linii. Zresztą, podobne wrażenia miałam często – tak, jakby Rosja istniała dwutorowo: jedna jej część jeszcze na starych zasadach, nieco już zdezelowana i bez perspektyw rozwoju, a druga, nowoczesna, na modłę zachodnią, ze wszystkimi korzyściami, ale przede wszystkim mankamentami komercjalizacji.

Dokładniejsze zwiedzanie miasta zostawiliśmy sobie na drogę powrotną, teraz nasze cele były prozaiczne: kupić mapę i wymienić pieniądze. O ile bank znaleźliśmy bez problemu, o tyle plany zakupu mapy zakończyły się fiaskiem. Wizyta w kilku kolejnych księgarniach szybko sprowadziła nas na ziemię. Atlas Doliny Tukińskiej, który obejmuje również szczyt Munku Sardyk nie był aktualnie dostępny, a mapy Sajanu Wschodniego nie było w ogóle. Stwierdziliśmy, że będziemy się tym martwić "jutro", bo na razie najbardziej zależało nam, żeby jeszcze tego samego dnia dojechać nad Bajkał. Co do jednego byliśmy zgodni: jakoś sobie bez tej mapy poradzimy.

Późnym wieczorem byliśmy już w Sludlaiance, nad Bajkałem. Autobus, który jechał do doliny Tunkińskiej, do Kyrenu, miał odjazd o 5.20 rano. My chcieliśmy dojechać aż do Mondów, więc kilkadziesiąt kilometrów, które dzieli je od Kyrenu, planowaliśmy pokonać stopem. Zadowoleni, bo na razie wszystko układało się po naszej myśli, udaliśmy się na krótki spoczynek nad brzegiem Bajkału, żeby skoro świt, a właściwie jeszcze przed świtem, wyruszyć dalej.