Wieści niosły, że granice Gwinei zostały zamknięte.
Wieści niosły, że granice Gwinei zostały zamknięte. Informacje były jednak sprzeczne, postanowiliśmy więc sprawdzić to na granicy osobiście. No i cóż, wpuszczono nas!

Radość jednak nie trwała zbyt długo, gdyż jak się okazało, transport w kraju był bardzo ograniczony. Z powodu licznych manifestacji przeciwko panującemu prezydentowi zamknięto wszystkie instytucje publiczne, wliczając szkoły, szpitale i stacje paliw.

Do pierwszej wioski jeszcze dojechaliśmy taksówką, ale po 24-godzinnej bezczynności pozostało nam zatem ruszyć dalej z buta. 27 kilometrowy odcinek do miasteczka Koundara podzieliliśmy na wieczór i poranek, noc spędzając u napotkanych ludzi.


Dziewczynka Fula


Jednak dzień następny, 14 lutego, nie zapowiadał się najpiękniej Czym bardziej zbliżaliśmy się do Koundary, tym głośniejsze i częstsze słyszeliśmy strzały. Jak już rozpoznaliśmy także odgłos karabinu maszynowego, zniknęły złudzenia, ze to polowanie na zwierzęta. W serca wtargnął strach, przypomniały się filmy i opisy międzyplemiennych rzezi. A miejscowi przecież cały czas nazywali sytuacje "guerre", czyli wojna.

Co robić, wracać do Gwinei Bissau, bez wizy? Próbowaliśmy zasięgnąć informacji, no i wytłumaczono nam, że problemów w kraju jest sporo, ale nie powinny dotyczyć turystów. Jednak podczas wojny różne ludzkie instynkty są uwalniane, woleliśmy tego nie sprawdzać Z braku wyboru doszliśmy do Koundary, gdzie wojsko zabrało nas do strefy zamkniętej dla cywilów (centrum miasteczka). Tam uspokoiliśmy się dopiero po kontroli dokumentów i pomału przyzwyczajaliśmy się do ciągłych głośnych strzałów, które okazały się sposobem demonstracji siły, jak i również formą zastraszenia społeczeństwa Hmmm, w tym roku zorganizowałem Ewelinie dosłownie wystrzałowe Walentynki.

Żandarmeria oznajmiła nam, iż przemieszczanie się po kraju jest ograniczone z powodu wprowadzonego stanu wojennego, jak i godziny policyjnej trwającej od 18 do 12 dnia kolejnego. Nam jednak zezwolono na przemieszczanie, z tym, że żaden publiczny środek transportu nie funkcjonował. Zaoferowali podwiezienie, ale ceny były nie do zaakceptowania. Kryzys - paliwo w cenie.

Naturalnie nie szukaliśmy już więcej kłopotów i postanowiliśmy zmienić plan naszej trasy. Pojedziemy zatem do Mali przez Senegal (uratowała nas wiza wielokrotnego wjazdu), w końcu do pierwszego miasteczka w Senegalu jest zaledwie 90 kilometrów.

Po przeczekaniu największego upału ruszamy znowu pieszo, na północ. Mamy sporo szczęścia, gdyż po 2 godzinach zabiera nas gościu na swój konny zaprzęg. Także oprócz transportu mamy również zapewnioną gościnę w jego wiosce, wliczając nocleg w tradycyjnej okrągłej chacie krytej strzechą. Wspólny posiłek, a rano odwiedzamy całą wioskę. Powitań było tak dużo, że nie daliśmy rady już wyjechać z wioski, bo nie zdążylibyśmy już przekroczyć granicy przed godziną policyjną. Cóż, kolejny dzień relaksu.


Nasz transport


Za to kolejnego dnia ruszamy już wcześnie rano. Było cudownie - tylko koń, nasz woźnica i my na pustej czerwonej dróżce. Pięknie, ale do czasu, bo cały dzień jazdy drewnianym wozem po wertepach może obić nawet pulchne pośladki, a cóż dopiero moje. W nocy ja już nic nie widziałem, a koń galopował.

Cali szczęśliwi, po 4 dniach tułaczki po peryferiach Afryki, wracamy na turystyczny szlak, ostatecznie nadrabiając dystans w nieplanowanym pociągu z Senegalu do Bamako w Mali.

Informacje praktyczne:

Gwinea - wjazd 12 luty 2007, pobyt 4 dni
Koszt pobytu 48€ na osobę, wliczając między
innymi:
Wiza - 32€, miesięczna, w Dakarze, od ręki
Transport na opisanej trasie - 1€ na os (głównie
piesze przejście), 82 km
Noclegi - raz za gościnę poproszono 0.5€ od osoby
Wyżywienie - 6€
Inne - 9€ (podziękowania za bezpłatną gościnę, w
formie produktów spożywczych)

Afryka całościowo:

6 krajów, 35 dni
Łącznie pokonaliśmy 6520 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu,
noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone
przez dni podróży po Afryce wynosi 16€ dziennie