Przepedałowaliśmy już 300 km na północ od Helsinek, relacji ciąg dalszy...

Przepedałowaliśmy już 300 km na północ od Helsinek, relacji ciąg dalszy...

Ryga była naprawdę piękna, może tylko za dużo turystów. Oczywiście, jak wszędzie, wzbudzaliśmy sensację, chyba nikt tam jeszcze nie widział psa na przyczepce, my zresztą również. Dzięki bezbłędnej nawigacji Mareczka udało nam się szybko wydostać z tego wielkiego miasta.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej, chcąc zrobić sobie skrót, stanęliśmy oko w oko z szeroką rzeką, nie mieliśmy więc innego wyjścia, jak przeprawić się przez nią mostem kolejowym. Z bijącymi sercami przemykaliśmy po torach, tylko Fibi wydawał się niczego nieświadomy. Na szczęście udało się, pociąg przejechał jakieś 5 min po nas :)



Tak dotarliśmy nad Morze Bałtyckie. Noc na wydmach i rozstaliśmy się z Łotwą. W porównaniu z Litwą są tam gorsze drogi, ale za to znacznie lepiej oznaczone; jest też trochę drożej. Bardzo dobry jest charakterystyczny ciężki, miodowo-kminkowy, czarny jak heban chleb.

Siódmego dnia podróży dotarliśmy do Estonii. Tam zastaliśmy już drogi rowerowe, ale niestety nie najlepszej jakości, do Tallina dotarliśmy więc główną drogą. Kraj ten wydawał nam się już jakby bardziej skandynawski: charakterystyczna architektura, no i niestety ceny. Przezornie nie odzywaliśmy się w sklepach po rosyjsku, jak nam radziły nasze znajome Łotyszki.



Tallin przywitał nas deszczem, przemknęliśmy przez 44 światła (!) i już byliśmy w porcie. Kupiliśmy bilety na prom i dalej zwiedzać przepiękne stare miasto. Znowu sporo turystów.

Gdy tylko wsiedliśmy na prom zrobiło się ładnie. Fibi na szczęście nie musiał jechać w jakiejś okropnej klatce (czego się obawialiśmy). Znowu przemknął niezauważony, równie dobrze mógł jechać bez biletu.

Po trzech godzinach przywitaliśmy Skandynawię. Z bijącymi sercami, ściskając w dłoniach wszelkie możliwe świadectwa zdrowia, zaświadczenia o szczepieniach 5 lat wstecz i inne papierki wystawione przez znajomego weterynarza podchodziliśmy do odprawy celnej. I tu kolejne zdziwienie. Pan celnik uśmiecha się do nas, zerka w paszporty, puszcza oczko i życzy przyjemnej podróży. I NAWET NIE PYTA O PSA. Wszystkim, którzy nam mówili, że do Skandynawii nie wjedziemy z psem, krzyczymy głośno niech żyje Unia Europejska!!

W Helsinkach byliśmy po 19, nie było więc zbytnio czasu na zwiedzanie, a miasto nas zaskoczyło, bo okazało się przepiękne. Całe wybrzeże to jedna wielka przystań jachtowa, wszędzie drogi dla rowerów, wszystko śliczne, mnóstwo ludzi na rowerach i na rolkach, no i zabytki. W osłupienie wprawiła nas monumentalna, biała jak śnieg, katedra luterańska stojąca na wzgórzu w samym centrum miasta. Podobno druga co do wielkości na świecie. W środku tak ascetyczna, że aż nas zamurowało. W pamięci mieliśmy jeszcze widzianą kilka godzin wcześniej w Tallinie cerkiew prawosławną pełną ikon, obrazów i złota. A tu tylko jeden obraz na całą olbrzymią katedrę, coś niesamowitego.

Ale czas już był na nas. Żeby się nie zgubić przy wyjeździe z miasta, chcąc niechcąc, wjechaliśmy na autostradę. I tam zatrzymała nas policja, bo rowerami nie można jeździć po autostradzie, ale na szczęście wzięli nas tylko za szaleńców z psem na przyczepce i skierowali do następnego zjazdu :)

Jazda przez Finlandię okazała się bardzo słoneczna, jednak dużo cięższa z powodu bardziej górzystego terenu. Teraz jesteśmy 300 km na północ od Helsinek. Finowie są tutaj już trochę bardziej otwarci niż na wybrzeżu. Niemal cały czas jedziemy lasem, kąpiąc się od czasu do czasu w licznych jeziorach. Wieczorami regenerujemy siły, szykując się na coraz cięższe podjazdy, a spokój zakłócają nam jedynie komary.







Pozdrawiamy
Marek, Agata i Fibi