Dzień ósmy
Dzień nieśmiało budzi się błękitami, gdy idę w stronę dworca autobusowego. Gdzieś obok hotelu Octavio. Człowiek w kasie informuje, że bilety kosztują niecałe 2 euro, a sprzedaje je kierowca. Autobus linii numer 1, do La Línea de la Concepción. To miasto graniczące z Gibraltarem.
Około godziny 9 jestem na miejscu. Rozmawiam z kierowcą jak dojść do przejścia granicznego. To niedaleko. Krótki marsz pustymi ulicami. Jest sobota i większość La Línea jeszcze śpi, albo przygotowuje śniadania. Przechodzę przez dwupasmową ulicę i kilkanaście metrów dalej podaję paszport brytyjskiemu celnikowi. Zwykła formalność. Żadnych stempli. Wychodząc z posterunku oglądam czarno-białe fotografie przedstawiające historię tego zakątka Europy.
Dotarłem na Gibraltar! Jakoś to do mnie nie dociera jeszcze. Jestem w miejscu, gdzie występują jedyne dziko żyjące małpy Europy – magoty – i specjalnie tu po to przyjechałem. Prawdopodobnie to było również ostatnie schronienie neandertalczyków, gdy kilkadziesiąt tysięcy lat temu, między innymi i Europę opanował homo sapiens.
Mam już dosyć smaku wody z kranu, z Algeciras i pragnę kupić w automacie butelkę mineralnej. Na przeszkodzie stają jednak napisy na maszynie, które informują, że urządzenie przyjmuje tylko funty gibraltarskie. Moje euro jest mało przydatne. Inna waluta i inny język (na szczęście ruch samochodowy jest prawostronny). Przechodząca obok kobieta zauważa moje zakłopotanie i za chwilę dostaję oszronioną butelkę czyściutkiej i smacznej wody. Nie wiem jak mogę dziękować, ale nie chcę zapeszyć ofiarodawczyni. Dziękuję uprzejmie i wychodzę na biegnący w poprzek półwyspu pas startowy dla samolotów, który oddziela przejście graniczne od miasta. Po prawej spostrzegam wzmocniony kamieniami brzeg Zatoki, a nad nim krążące mewy. Kieruję się w jego kierunku idąc wzdłuż lotniska. Po kilku krokach słyszę za sobą czyjś głos:
Mister! Hallo, mister!!!
Za mną biegnie człowiek w wojskowym mundurze. Krótko uświadamia, że tędy nie wolno chodzić. Przejście przez pas lotniska dozwolony jest tylko w poprzek, pomiędzy wymalowanymi liniami. Wracam grzecznie na wydzielone przejście. Przede mną ostrzy się w chmurach szczyt skały półwyspu powstałego 50-kilka milionów lat temu, kiedy Afryka zderzyła się z Europą. Sięgam ręką po aparat i z kieszeni wylatuje kartka z wczoraj spisanym planem drogi powrotnej do Polski. Wiatr pędzi notatkę po lotnisku, a ja gonię ją objuczony plecakiem. Co kilkanaście metrów już prawie ją dopadam, ale wiatr jest szybszy ode mnie. Kilkadziesiąt metrów dalej rezygnuję z pościgu.
Dochodzę do miasta. Staram się domyślić którędy iść, aby znaleźć miejsce z małpami. W sumie nie wiadomo dokładnie skąd magoty, nazywane też małpami berberyjskimi, wzięły się w Europie. Jedna z teorii mówi, że przywiózł je około 711 r berberyjski wódz Tarik, jako maskotki dla swojej świty.
Trafiam na poglądową mapkę półwyspu. Mam zamiar dotrzeć do rezerwatu, choćby miało to zająć dzień marszu. Wchodzę w główną ulicę. Mijam Bramę Wodną, a za nią kolorowy ryneczek ze stolikami i zabytkową armatą. Potem małe uliczki pełne sklepików. Przypadkowo napotkanego, starszego człowieka pytam o drogę. Ten, widząc mój plecak, radzi wziąć taksówkę, bo wędrówka zajmie mi bardzo dużo czasu.
Taksówkę? Nie, plecak nie stanowi problemu, a czasu mam sporo. – Dziękuję i ruszam we wskazanym kierunku.
Przechodząc obok sklepiku ze starymi zdjęciami, moją uwagę przyciąga seria fotografii ze ślubu Yoko Ono i John"a Lennon"a. Pobrali się właśnie tutaj. Wchodzę do środka i oglądam czarno-białe zdjęcia oblepiające wszystkie ściany, regały i gabloty. Zagaduję sprzedawcę o drogę do małp. On potwierdza opinię przechodnia. Daleka droga i wielki plecak. Do rozmowy włącza się mężczyzna, który również zaciekawiony jest zawartością sklepu. Ponad czterdziestoletni blondyn, w starym swetrze, dżinsach i czapce z daszkiem.
Idź do informacji turystycznej. Tam dostaniesz więcej wiadomości. Możesz poprosić o mapkę i może będziesz mógł zostawić na przechowanie bagaż.
A jak tam trafić?
Najbliższy punkt informacji jest tuż za rogiem, ale nie wiem czy dziś będzie czynny.
Tak, jak przewidywał sprzedawca, punkt informacyjny jest nieczynny. Zdaje się, że po drodze widziałem jeszcze jeden i był otwarty. Wracam na rynek. Wtem mija mnie mężczyzna ze sklepiku ze zdjęciami.
Cześć, jestem Mark. Jeśli chcesz mogę cię zaprowadzić.
Dziękuję, z przyjemnością!
Mark jest tu od ponad dwóch tygodni. Pochodzi z Australii. Przeczytał już wszystko, co zdołał znaleźć w tutejszej bibliotece na temat historii Gibraltaru. Obszedł go dokładnie i zwiedził, co się dało. Teraz ma sporo czasu, z którym nie wie co zrobić i chętnie mi pomoże.
Pójdziemy do informacji. Tam postaramy się o mapkę i zobaczymy, czy będziesz mógł zostawić plecak.
To byłoby świetnie, bo czuję się jakbym nosił... słonia na plecach.
Gdyby okazało się, że nie zechcą przechować, twego hmmm... słonia, to może chciałbyś go zostawić w moim samochodzie? Stoi niedaleko, na parkingu, mieszkam w min. Będzie lżej chodzić po skałach.
O.K., fajnie. Jeśli nie będzie przeszkadzać, to chętnie skorzystam.
Wracamy szybkim krokiem na rynek. Chciałbym jak najszybciej znaleźć się na skałach, u góry. Rozmawiamy kto kim jest, skąd pochodzimy i co porabiamy. W punkcie turystycznym czekamy w kolejce. Zrzucam plecak, siadamy przy stoliku, a Mark rysuje na mapce, gdzie znajdę bezpłatne wejście na ścieżkę, prowadząca do rezerwatu. Zaznacza też parking i na nim jego auto. Wypytuję o magoty. Czy jest ich wiele, czy trudno na nie natrafić i gdzie? Mark wyjaśnia, co i jak. Opowiada także o tutejszych grotach i jaskiniach. Z początku niezbyt ufny, szybko przekonuję się do Australijczyka. Jego wypowiedzi są jasne, czyste i konkretne, a sposób bycia przyjazny. Widać, że Mark nie miał od dłuższego czasu z kim pogadać. Teraz jakby nadrabia zaległości. Nadchodzi nasza kolej, ale kobieta z obsługi z przykrością odmawia przyjęcia mojego słonia. Trudno. Postanawiam obejrzeć samochód Marka i tam zdecydować, co zrobię z bagażem.
Parking jest jednym z wielu położonych na zachodnim brzegu półwyspu. Ten jest chyba największy. Wiele samochodów. Auto Marka to stary Renault Espace przerobiony na mieszkanie z kierownicą po prawej stronie. Kuchenka, łóżko, całe mnóstwo najbardziej potrzebnych rzeczy i dosłownie biblioteka książek. Wygląda na to, że mogę ze spokojną głową zostawić u niego plecak. Szybko wyciągam aparat, statyw i obiektywy, a do środka wrzucam kurtkę. Słońce jest coraz wyżej i martwię się, jakie światło spotkam na górze. Czy nie będzie zbyt ostre?
Mark, ja będę chciał zrobić zdjęcia zachodu słońca, ale, do której godziny mogę cię niepokoić? Czy 7 lub 8 wieczorem, nie będzie za późno?
Nie ma problemu. Przejdę się też po okolicy, coś zjem, a wieczorem będę tu, na miejscu. Chcę jeszcze poczytać. Udanych ujęć i do zobaczenia wieczorem.
Z lekkim niepokojem oddalam się od samochodu, ale gnany chęcią zobaczenia zwierząt wychodzę z parkingu, w kierunku szlaku. Kilka stromych, wąskich uliczek, zakrętów i jestem u wejścia. Z przejęcia zapomniałem zabrać zapasowych akumulatorków do aparatu i czegoś do jedzenia. Butelka wody i torebka cuksów, to wszystko.
Szlak zaczyna się długimi schodami. Przyglądając się pod odpowiednim kątem, widać namalowaną na nich flagę Wielkiej Brytanii. Chodnik pośród kamienic i posiadłości wnet kończy się przechodząc w kamienistą ścieżkę. Dalej wychodzę na asfaltową drogę. Wije się wokół skał i umożliwia dojazd do domków położonych wyżej, a także do punktów widokowych na szczytach. Podążam na wyczucie, byle do góry. Zatrzymuję się na jakiś czas przy przyczółku artyleryjskim "Devil"s cap". Dwa potężne działa z 1902 roku, ukryte w betonowym bunkrze, wyglądają na Zatokę Gibraltarską. Wieszam się na lufie i zaglądam do wewnątrz. Mają już gwint prowadzący pociski, ale jeszcze prosty, nie spiralny. Od strony zamka działa, lufy zaczopowano drewnianymi kołkami. Trudno wyobrazić sobie, jak tak niezwykłe miejsce można było przekształcić w obiekt militarny.
Asfaltowa serpentyna wiedzie w miejsce, nad którym przebiega kolejka linowa. Małp wciąż nie ma. Podziwiam stąd port, kolor morza i przezroczystość wody. Niedaleko rośnie drzewo (później zidentyfikowany jako jeden z gatunków eukaliptusów), ma ciekawe kwiaty i owoce. Kolejne egzemplarze do kolekcji, jaką zbieram dla kumpla, pasjonata i hodowcy roślin. Jego ogród w Szczecinie kryje niejedną rzadkość. Czekam aż wagonik kolejki będzie przejeżdżać nad drogą. Pode mną latają mewy białogłowe, a z zarośli dochodzą śpiewy rudzików. Na magoty chyba jeszcze za nisko, może spotkam je wyżej. Nadjeżdża wagonik. Łapię go w kadrze i kątem oka widzę jakieś brązowe, futrzaste zwierzę siedzące na murku okalającym drogę.
- No nie! To stary magot! – Siedzi jakieś 20 metrów ode mnie spoglądając na zatokę. Drżącymi rękami wyjmuję lustrzankę, zakładam obiektyw i montuję do statywu.
- Żeby tylko nie uciekł. – Myślę zwijając się jak w ukropie. Małpa zeskakuje z murku i powoli... podchodzi w moim kierunku! Nie jestem w stanie teraz myśleć nad poprawnością kadru. Po prostu rozgrzewam migawkę. Stary samiec ma "twarz" w bliznach. Zapewne pamiątki z lat, gdy był młodszy i prowadził "zażarte dyskusje" z innymi samcami w stadzie. Podchodzi tak blisko, że aparat nie jest już w stanie nastawić ostrości. Co chwila obrzuca mnie krótkim, czujnym spojrzeniem. Chwytam statyw, przechodzę spokojnie kilkadziesiąt metrów wyżej i powtarzam serię zdjęć. Magot znowu mnie mija i znów przenoszę się dalej. Taki cykl powtarza się kilka razy. Aparat jest już trochę rozgrzany, a ręce spokojne. Wybieram ciekawsze ujęcia i lepsze światło. W pogoni za zwierzęciem docieram na mały plac. Do samca wkrótce dołącza młoda samica z potomkiem. Mama-małpa wynajduje smakowite rośliny, a maluch ją naśladuje. Odkładam na chwilę aparat i przyglądam się całej trójce. Samica niby nie zwraca uwagi na malucha, ale to tylko pozory. Daje mu pole do uczenia się samodzielności. Młody magot wynajduje te same rośliny, które wybiera jego mama, ale sam stwierdza, co jest smaczne i co nadaje się do zjedzenia.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wiele tu jest cech, które my – ludzie wynieśliśmy od naszych przodków. Spojrzenia małp niosą znacznie więcej ekspresji i uczuć niż spojrzenia, na przykład psa, sarny albo jelenia. Przecież w końcu gdzieś, kiedyś nasze drogi się rozeszły. Teraz wy macie ciepłe futro i smaczne roślinki, a ja ochrony przed zimnem tylko gdzieniegdzie, a do jedzenia... cukierki.
Maluch podchodzi do mamy i wtula się w nią bezpiecznie. Ona ogarnia go ramionami, przegląda jego futerko dokładnie i łuska z pasożytów. Ileż czułości i miłości! Nawet nie śniłem o takich ujęciach. Światło jest miękkie mimo wysokiego słońca. Wszystko idzie świetnie i mam apetyt na więcej. Daję spokój trójce małpek, idę dalej.
Nie pamiętam, od kiedy mam niechęć do chodzenia popularnymi i wydeptanymi szlakami. Wydaje mi się, że człapiąc asfaltem nie idę swoją drogą. Rozglądam się za zapomnianymi lub zwierzęcymi ścieżkami. Chyba coś znalazłem. Ta kamienista, zarośnięta nitka będzie teraz moja. Pnie się znacznie bardziej stromo i wąsko, ale za to ciekawiej. Zza krzaków i kamyków wyskakują kwiaty i kaktusy. Częściej i bliżej niż przy asfalcie odzywają się ptaki. Co pewien czas, ze środka rozgrzanej słońcem ścieżki, umyka jak strzała jaszczurka. Ścieżka robi zwrot o prawie 180 stopni i robi się bardzo wąska. Z jednej strony rozrośnięte krzaki, a z drugiej, stromizna skały. Tam, gdzie jest trochę prześwitu, widzę na ziemi wydeptane ścieżki. Z pewnością nie ludzką stopą. Tylko czekać, aż zobaczę kolejnego magota. Krzaki zarastają coraz szczelniej moją dróżkę. Daję w nie nura i staram się rozchylić na boki łokciami. Brnę i brnę, i zastanawiam się, jak skończę tę dreptaninę.
Niespodziewanie zarośla rzedną i przede mną rozpościera się szeroka półka na zboczu skały. Wyścieła ją kożuch koniczyny. Zieloność aż tryska, kłuje w oczy. Przeciwległy koniec półki przecina wiekowy, kamienny mur, biegnący od miasta na szczyt. Za murem przepaść z dnem w karłowatych drzewkach i krzakach. Tu odsapnę chwilę. Oglądam schody. Są właściwie częścią muru i tylko, co jakiś czas, zabezpieczone metalową barierką. Mur jest popękany, z odpryskami po pociskach, w których zagnieździły się krzaki.
Intuicja dobrze mnie wiodła. Przy niedalekim krzaku, na murze, siedzi małpa. Zamyślona i smutna. Chyba mnie jeszcze nie spostrzegła. Chcę zejść do niej bliżej. Małpka opiera pyszczek o gałęzie krzaka, zapatrzona w dal, na Morze Śródziemne. Jestem na tyle blisko, żeby zrobić serie portretów. Spogląda na mnie spokojnie, bardzo smutno, niemal depresyjnie. Czyżby spotkała ją jakaś tragedia? Mam chęć ją pogłaskać i pocieszyć. Schodzę jeszcze kilka stopni i mijam wypowiadając słowa otuchy. Choć mnie nie rozumie, mam nadzieję, że intonacją słów wyczuje moje współczucie. Gdy robię następne zdjęcia małpa trochę się ożywia. Może potrzebowała jedynie czyjegoś towarzystwa. Zmienia pozycję, przeciąga się. Wtem widzę niesamowity temat na zdjęcie. Magot łapie się łapą na stopę. Niby normalny i zupełnie zwyczajny gest, jednak obiektyw wyłapuje coś, czego nie widać gołym okiem. Zwykły gest, a jednak... Trochę poniżej, na murze dostrzegam inną małpę. Śpi na dobre w pełnym słońcu. Jakby na sygnał budzi się i ziewa przeciągle, wkładając jednocześnie do pyszczka garść liści. Żuje, ale ziewanie nie daje jej spokoju. Wygląda to przekomicznie. Tłumię śmiech naciskając spust aparatu. Po chwili moją uwagę przyciągają wrzaski i łomot metalowych barierek o kilkadziesiąt metrów powyżej miejsca gdzie stoję. Jakiś rwetest wśród stada. Stada, bo spostrzegam już dwa, trzy i w końcu cztery magoty. Jeden goni drugiego. Uciekające zwierzę przechodzi obok mnie po schodach. Mijamy się o kilka centymetrów. Wydaje się zawstydzone, może zrobiło coś niestosownego. Patrzy na mnie co kilka kroków, jakby upewniało się, czy nic mu nie grozi z mojej strony. Wracam na półkę. Być może złapię jakąś akcję albo walkę. Hałasujący jeszcze samiec jest naprawdę duży. Pohukuje groźnie i szczerzy kły. Przechodząc obok spuszczam wzrok. Lepiej nie patrzyć w oczy rozłoszczonemu zwierzęciu. Może to odczytać jako agresję. Sytuacja się uspokaja. Siadam z boku, na koniczynie i przyglądam się małpom. Nie wiem dlaczego, ale zewsząd zaczynają schodzić się coraz to nowe osobniki. Po pół godzinie jest już kilkanaście sztuk. Przechadzam się pomiędzy nimi. Zrywam garść koniczyny i kładę ją obok jednego, siedzącego na murze. Nie wyraża zainteresowania. Odchodzę kilka kroków i spoglądam za siebie.
- Ciekawe czy przyjmie? A jednak! – małpka właśnie pałaszuje garść mojej koniczyny. No to chyba mam kumpla, a może kumpelkę?
Coraz więcej magotów gromadzi się na półce. Pojawia się matka z małym. Dołącza do nich starsza samica. Maluch zaczepia starszą i po chwili cała trójka fika koziołki, przedrzeźnia się, pociąga za kończyny, pohukuje i popiskuje. Zabawa na całego! Wszystko dzieje się zaledwie kilka metrów ode mnie. Do zabawy dołącza samiec, ale jego zamiary są nieco inne. Starsza małpa odsuwa się na bok i w końcu odchodzi. Młodsza samica i samiec rozpoczynają, zaobserwowany już poprzednio rytuał. Samica wypina się a samiec obwąchuje jej narząd rodny. Jeśli samica pachnie odpowiednio samiec daje jej znak głośnym mlaskaniem i cmokaniem. Potem oba osobniki przystępują do zabawy, zgoła innej niż ta przed momentem. Przyjemności nie trwają jednak długo – przerywa je swoją obecnością duży samiec, jak sądzę przywódca stada. Porządek musi być!
Cały czas siedzę opodal, a magoty krążą wokół. Mam je przed sobą, przechodzą za plecami lub obok. Skubią koniczynę, trawę, siedzą, łuskają sierść, wymieniają spojrzenia. Pełno tu gestów i mimiki, których nie nadążam notować w myślach. Tak ulotne, krótkie i subtelne. Zdawkowe spojrzenia, wydymanie i rozciąganie warg, pokazywanie zębów i pomrukiwanie. Chciałbym tu zostać dłużej i studiować ich zachowanie.
Z całego stada najbardziej ruchliwy jest młody. Jak to dziecko, ludzkie czy zwierzęce, ciekawe jest wszystkiego. Dotknąć, spróbować, sprawdzić. Teraz jego uwagę przyciągnął mój polar wiszący na słupku. Ciągnie go i zaraz zrzuci na ziemię. Na drugim słupku zostawiłem futerał od aparatu z kartami pamięci i filtrami, a obok stoi statyw. Podchodzę do młodego z matką i delikatnie acz stanowczo uwalniam kurtkę. Lepiej będzie jak zarzucę ją na plecy i zbiorę manele w jedno, bardziej bezpieczne miejsce. Sprawdzam kieszenie i przypomina mi się o cukierkach. Żołądek od dawna mam pusty, więc pora go czymś zająć. Foliowa torebka ze słodkościami szeleści w kieszeni. Na słupku, na wprost mnie siedzi małpa.
Czy ktoś mierzył kiedyś długość małpich łap? Czy z badań wynikło, że są one nieprzewidywalnie długie?
Nie mogąc dogrzebać się cuksów w kieszeni wyciągam je. Jakże ułomne jest ludzkie oko! Nie nadąża rejestrować błyskawicznego ruchu ofutrzonej łapy i wtem torebka ze słodkościami znajduje się w dwóch dłoniach. Mojej i małpiej. Patrzę zaskoczony na magota, a on równie zdziwiony spogląda na mnie. Szeroko otwarte oczka jakby zdawały się mówić:
No co? Przecież te cukierki są dla mnie, czyżby nie? Czyż nie przyniosłeś ich i nie wciągnąłeś po to, aby mi je dać? Dlaczego trzymasz je tak kurczowo? Puść torebkę! Puszczaj, one są moje!!!
Ciekawe jak zdziwiona, ludzka twarz odczytywana jest w zwierzęcym rozumie? Ja ciągnę, on ciągnie. On siedzi zdziwiony, dlaczego nie puszczam. Ja stoję zaskoczony skąd wzięła się jego łapa. Torebka nadrywa się. Sięgam drugą ręką (jak dobrze, że miałem ją w pobliżu i wolną) do zaciśniętych palców makaka. Odginam je powoli i spokojnie. Silna dłoń!
To nie jest dla małpek. Cukierki nie są dobre dla ciebie. Są niezdrowe.
Chowając nieodpowiednie dla małp jedzenie postanawiam być bardziej czujny. Żołądek musi poczekać. Zajmę się nim później. Tymczasem zebrawszy blisko siebie manele siadam na koniczynie i ponownie przyglądam się zachowaniu zwierząt. Zaskoczony magot wciąż siedzi na pobliskim słupku patrząc na mnie jakby z niedowierzaniem. Mam nadzieję, że nie upomni się o "dary", bo siedzę pod min, jakiś niecały metr od słupka. Mija kilka minut zanim schodzi na ziemię, ale nie przestaje mnie obserwować. A nuż nadarzy się okazja przechwycić szeleszczącą torebkę.
Sytuacja wraca do normy. Posuwa się nawet dalej, do stopnia, o którym mogłem tylko marzyć kiedy, jako srajtek, znikałem na podmokłych łąkach (pamiętam falujący pode mną kożuch murawy, a każdy krok rozchodził się kręgami po jego powierzchni) lub trzcinowiskach po to, aby poznać, potem uczyć się, a w końcu zrozumieć czym oddycha, jak żyje to, co mnie otacza. Oto jedna z małp siada bardzo blisko mnie. Zwrócona bokiem, jedną łapą zrywa kiście koniczyny i wkłada do pyszczka, a drugą łapę... kładzie na mojej nodze. Zamieram w bezruchu, aby jej nie spłoszyć. Może to przypadek? Może nieświadomy gest? Nie mogę oprzeć się chęci pogłaskania jej. Przyjmuje to naturalnie, prawie nie zwracając na mnie uwagi. Dotykam jej głowy i pleców. Miękkie, puszyste futerko. Magot po prostu siedzi, opiera się o mnie łapą i zajada koniczynę. Może to ten kumpel z murka? Pryska bańka – granica między mną a nimi.
Mam jeszcze trochę drogi do ostatniego szczytu półwyspu i zamierzam zdążyć tam przed zachodem. Dochodzę kamiennymi schodami na grań. Potem do kawiarenki na środkowym szczycie. Kawiarenka pierwotnie była punktem obserwacyjnym, dającym kontrolę nad statkami przepływającymi przez Cieśninę. Szybko jednak zrezygnowano z tego pomysłu. Punkt zbyt często oblekały mgły i chmury.
Tu też są małpy, są też turyści i samochody. Na tarasie widokowym spotykam trójkę Polaków. Od jakiegoś czasu są w Madrycie, na szkoleniu i korzystając z dni wolnych przyjechali zwiedzić Gibraltar.
Do skrajnego, najbardziej na południe wysuniętego szczytu idzie się granią. Po lewej, grań kończy się prawie pionową, sięgającą 426 m n.p.m. ścianą, a po prawej stromym, porośniętym zboczem zbiegającym do miasta. Wąskie, wyszczerbione schodki wykute w kamieniu i mocno zarośnięte krzakami wiodą do kolejnego, byłego obiektu wojskowego. Tu na górze, w kilku pomieszczeniach było więzienie obsadzone garstką żołnierzy. Drewniane podłogi, otwory okienne już bez krat, na ścianach graffiti, grube stropy i ściany. Aż trudno uwierzyć, że w tak surowych i ciasnych warunkach więziono ludzi. Tylko, kto był tu więźniem – strażnicy, czy skazańcy?
Ścieżka obniża się przechodząc z kamiennej w gruntową. Potem wspina dając ostatnie już podejście do szczytu. Cóż mogłem tam znaleźć? Zamknięta stalowa brama, ogrodzenia, mury, zasieki z drutu kolczastego, radary i anteny, zabytkowe działa (chyba największe na półwyspie) skierowane w stronę Afryki. Znajduję ścieżkę z tabliczką ostrzegającą, że wchodzę na własne ryzyko. Dwustuletni szlak jest w bardzo złym stanie. Dociera do grani i spada po jej drugiej stronie, wzdłuż pionowej ściany. Kończy się obmywaną turkusowymi wodami plażą i, z tej wysokości, hotelikami i knajpkami dla mrówek. Tu, na górze poczekam na zachód. Jestem sam, w dole widać statki transportowe. Statki dla mrówek. Bryza marszcząca taflę wody sprawia, że Morze skrzy się srebrem. Niebo powoli ciemnieje i nadciągają chmury. Anteny i drut kolczasty zdają się rozpruwać obłoki, z którym za chwilę lunie deszcz. Mewy białogłowe szukają miejsca na nocleg. Lądują niedaleko, ale kiedy celuję w nie obiektywem zrywają się z krzykiem i odlatują. Wiatr uspokaja się. Słońce nabiera czerwonego koloru i od czasu do czasu pobłyskuje przez chmury.
Za plecami mam około 30 kilometrów do Afryki. W mglistym powietrzu widać jej wybrzeże. Pięćdziesiąt pięć milionów lat temu, podczas do dziś trwającej wędrówki kontynentów, gdy Afryka dobiła do Europy, wylot obecnego Morza Śródziemnego został zamknięty i oddzielony od wód Atlantyku. Minęło około 1000 lat nim Morze wyschło. Dno basenu coraz głębiej rzeźbiły wpływające doń rzeki, a delta Rodanu – obecnie okolice Marsylii – wyglądała jak Wielki Kanion w Ameryce Północnej. Po pewnym czasie, przez skalną tamę pomiędzy Oceanem a dnem Morza, zaczęła się sączyć maleńka strużka wody. Fale i sztormy stopniowo poszerzały strużkę, która nabrała rozmiarów rzeki. Od tego momentu przełamywanie tamy nabrało tempa lawiny. W basen Morza chlusnęły wody 1000 razy większe od wód dzisiejszej Niagary. Przez około 100 lat słuchać tu było jedynie grzmot, szerokiego na kilkadziesiąt kilometrów wodospadu, aż Śródziemne napełniło się.
Słońce zaszło już za ląd i temperatura gwałtownie spada. Dosyć zdjęć, czas zbierać się na dół. Spiesznym krokiem docieram do muru. To chyba najkrótsza droga do miasta. Przeskakuję barierkę z tabliczką "Nie przechodzić - niebezpieczeństwo" i szybkim tempem schodzę starymi schodami w dół. Wydaje mi się, że idę wieki. Bolą mięśnie nóg. Schody ciągną się w nieskończoność. Trzymam się muru, bo barierka ochronna to tylko wspomnienie. Docieram do chodnika. Uliczki, potem wiele zakrętów. Idę na pamięć. Ciemno, mało ludzi, szukam parkingu z autem Marka. Nic. Może przegapiłem? Trasę wzdłuż wybrzeża robię ze trzy razy. Ciągle coś mi nie pasuje. Ciągle nie mogę trafić, przypomnieć sobie czy to miejsce wyglądało tak, czy tak. Z pomocą przychodzi mi policjant. Idę we wskazanym kierunku. Ciągle nic. Wracam, pytam przechodnia. Po kilku słowach przechodzimy na język polski. Późna pora, pusta ulica, tysiące kilometrów od Polski i kogo zaczepiam? Polaka. On również spieszy się na statek, do portu. Wraca do Liverpoolu.
W końcu walę się ręką w łeb.
Przecież mam mapkę z zaznaczonymi miejscami. Zupełnie zapomniałem.
Mark rzeczywiście czyta książkę. Mocno się późniłem, przepraszam. Najważniejsze, że Mark jest i ma mojego słonia. Jedziemy na wschodnie wybrzeże i szukamy plaży osłoniętej od wiatru. Rozmowa przy chińskiej zupce. Ciekawi mnie jak wygląda Marka życie.
Rok Australijczyka podzielony jest na dwie półkule. Gdy na północy zaczyna się wiosna, Mark zostawia samochód u znajomych w Anglii i leci do Australii. Szuka pracy, wynajmuje mieszkanie, pracuje i oszczędza. Czasami przenosi się za pracą do innego miasta, w inną części kraju. Z nastaniem wiosny na południu, przenosi się na północ. Odbiera samochód i rusza w drogę. Za tydzień lub dwa będzie jechać do znajomych, do Portugalii. Tam pobędzie do początku marca i wraca do Australii.
A gdzie jest twoja żona, dzieci? – pytam.
Nie mam.
Ale masz jakąś rodzinę? Ojca, matkę?
Nie, nie mam. Ale mam starych przyjaciół w Anglii. U nich przechowuję samochód.
No a dom? Pewnie masz jakiś dom, mieszkanie w Australii?
To jest mój dom – odpowiada Mark, wskazując na samochód.
Mieszkam w nim od 10 lat.
Nagle oboje milkniemy. Trochę smutne. Wymieniamy się adresami. Podaję kartkę z adresem pocztowym, telefonem, e-mailem i w zamian dostaję jego kartkę. Tylko e-mail. No tak, w przypadku Marka to jedyny stały adres. Wirtualna skrzynka pocztowa.
Rano Mark podwiezie mnie na autostradę. Rozstawiam namiot na plaży. O rzut kamieniem szumią fale. Niebo gwieździste z odrobiną chmur. Wskakuję do śpiwora, bo jutro, zanim wyruszę, mam do sfotografowania wschód słońca.
No a przypływ? – Myślę przed zaśnięciem. – A niech tam! Będę się martwić, gdy poczuję, że pływam.
To był piękny dzień.
Zobacz nasze propozycje
-
-
książka
(20,90 zł najniższa cena z 30 dni)
20.90 zł
69.90 zł (-70%) -
-
-
książka
-
ebook
(29,94 zł najniższa cena z 30 dni)
32.43 zł
49.90 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
(34,50 zł najniższa cena z 30 dni)
44.85 zł
69.00 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
(23,94 zł najniższa cena z 30 dni)
25.92 zł
39.90 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
(23,90 zł najniższa cena z 30 dni)
23.90 zł
77.00 zł (-69%) -
-
-
książka
-
ebook
(41,40 zł najniższa cena z 30 dni)
44.85 zł
69.00 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
(35,94 zł najniższa cena z 30 dni)
38.94 zł
59.90 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
(47,40 zł najniższa cena z 30 dni)
47.40 zł
79.00 zł (-40%) -
-
-
książka
-
ebook
(17,90 zł najniższa cena z 30 dni)
17.90 zł
59.00 zł (-70%) -
-
-
książka
-
ebook
(41,40 zł najniższa cena z 30 dni)
44.85 zł
69.00 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
-
audiobook
(40,20 zł najniższa cena z 30 dni)
43.55 zł
67.00 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
(41,40 zł najniższa cena z 30 dni)
44.85 zł
69.00 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
(47,40 zł najniższa cena z 30 dni)
51.35 zł
79.00 zł (-35%) -
-
-
ebook
(30,05 zł najniższa cena z 30 dni)
30.15 zł
36.90 zł (-18%) -
-
-
książka
-
ebook
(41,40 zł najniższa cena z 30 dni)
44.85 zł
69.00 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
-
audiobook
(35,94 zł najniższa cena z 30 dni)
38.94 zł
59.90 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
(41,40 zł najniższa cena z 30 dni)
44.85 zł
69.00 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
(41,54 zł najniższa cena z 30 dni)
38.94 zł
64.90 zł (-40%) -
-
-
książka
-
ebook
(41,40 zł najniższa cena z 30 dni)
44.85 zł
69.00 zł (-35%) -
-
-
książka
-
ebook
(35,40 zł najniższa cena z 30 dni)
38.35 zł
59.00 zł (-35%) -
