Dzień dziesiąty W poniedziałek nie od razu łapię okazję, ale po kilku godzinach trafiają się dziewczyny z samochodem. Bagażnik wyładowany linami, ubraniami, butami do wspinaczki, uprzężą

Dzień dziesiąty

W poniedziałek nie od razu łapię okazję, ale po kilku godzinach trafiają się dziewczyny z samochodem. Bagażnik wyładowany linami, ubraniami, butami do wspinaczki, uprzężą i metalowymi akcesoriami. Teraz jeszcze dochodzi słoń. Ledwo zamykamy klapę bagażnika. Dziewczyna jednym ruchem ręki zrzuca rzeczy z tylnego siedzenia, wsiadam i jedziemy. Trasa jest krótka - do Granady. Krótka tym bardziej, że rozgadana, roześmiana i już trzeba wysiadać. Jakaś baza TIR-ów przy lotnisku Santa Fe. W rowie znajduję porzucony, samochodowy fotel. Trochę zawilgocony, ale wygodniejszy niż barierka przy drodze. Kciukiem wskazuję na Murcię. Ciepło, słońce wysoko tylko odludnie, mały ruch i w większości to traktory. Porzucam więc fotel i lezę w stronę Granady. Mijam wjazdy i zjazdy aż znajduję ten odpowiedni. Bokiem sączy się strumyk, trochę bambusa, po żwirowej drodze drepczą pliszki, stadka wróbli ćwierkają na pobliskich krzakach i drzewach. Z tyłu huk lądujących i startujących samolotów pasażerskich.



Rano dostałem sms-y o mrozach w Polsce. Myślę jak im tam jest. Nocą temperatura sięga –250C. Grzejniki już nie wystarczają.
"Nie spiesz się z powrotem, żebyś nie trafił na te mrozy,..." – Czytam wiadomość od Płomyczka.
W Polsce śniegu po pachy, tory kolejowe pękają z zimna, komunikacja kuleje, a tutaj wystarczą długie spodnie i koszulka. Tam dobre buty, swetry, ciepła kurtka, gruba czapa, zaróżowione mrozem policzki i nosek Płomyczka – to widzę, gdy przymykam oczy i myślę: Co tam...?
Przede mną odcinek opustoszałych, kamienistych i suchych terenów, pomiędzy Granadą a Murcją i dobrze by było złapać okazję na jeden rzut. Jak najdalej.
Widocznie czasami wystarczy tylko pomyśleć, aby życzenie się spełniło. Muzułmanin, którego imienia nie pamiętam, jedzie sam i chętnie przystaje na moje towarzystwo. Właśnie ten najtrudniejszy odcinek. Tak jak chciałem – na jeden raz, do Murci. Nie zobaczyłem Alhambry, nie byłem w Sierra Nevada. Szkoda. Mogę za to nasłuchać się arabskiej muzyki do woli. Tak odmienna w rytmach, harmonii i w artykułowaniu tekstów. Kierowca ma sporą kolekcję kaset. Mało rozmawiamy, raczej oglądam okolicę. Mijamy opuszczone wsie, gdzie domy, w piaskowym kolorze, nie mają już dachów, drzwi i okien. Często brakuje im dużych fragmentów muru i wokół leżą suszone na słońcu cegły. Nie mogę dostrzec żadnych studni, rzek czy większych budynków. Brudno-żółte wzgórza z nadzieniem w postaci kępek traw sięgają po linie widnokręgu, po obu stronach drogi. Czasami nie ma nic oprócz pojedynczych słupów z linią – domyślam się - energetyczną albo telefoniczną. Trafiają się też opuszczone osiedla wydłubane w zboczach gór. Nieraz całe góry podziurawiono otworami drzwi i okien. Jednak zbyt daleko, żeby przyjrzeć się dokładnie, tym bardziej z szybko jadącego auta. Mniej więcej trzy-czwarte kolekcji kaset mamy przesłuchane, gdy docieramy do pierwszej przed Mursją, i jak do tej pory jedynej na tym odcinku, stacji paliwowej. Muzułmanin zaprasza na kawę. Pijemy w milczeniu przy barze i gapimy się w telewizor. Zanim rozstaniemy się, oglądam fragment rodziny i znajomych na zdjęciach kierowcy. Mocny uścisk dłoni, życzenia pomyślnej drogi i zostaję sam.
Słońce ma już kolor pomarańczy. Na parkingu stoi kilka dobrze zapowiadających się na jutro TIR-ów, ale teraz chcę przyjrzeć się aloesowi i jego kwiatu. Od dawna spostrzegam tę roślinę i wciąż nie miałem okazji zaspokoić ciekawości.
Ze środka gęstej, około półtorametrowej średnicy rozgwiazdy z liści aloesu, których szerokość sięga kilkunastu centymetrów, wyrasta wysoki na 3, 4 metry pień kwiatu. Wyglądem przypomina naszą sosnę. Co roku kwiat obumiera dając miejsce następnemu piętru liści w rozgwieździe i nowemu, coraz wyższemu pniu.
Zanim nastanie noc próbuję jeszcze złapać transport, jednak bez rezultatów. Czuję, że mój żołądek domaga się zajęcia. W przydrożnym barze nie znajduję niczego poza napojami i alkoholem. Przydałoby się trochę mleka i pieczywa. Coś się zorganizuje i poprawi gorącą zupką.
Jedynym, nie kamienistym miejscem pod namiot jest trawnik pod latarnią pośród TIR-ów. Zalegam syty. Co pewien czas włączają się automatyczne chłodziarki TIR-ów. Co pewien czas ziemia i namiot drży, gdy tuż-tuż obok przejeżdża 30 ton napędzane dudniącym silnikiem.