Postanowiliśmy dziś odpocząć po tygodniu jazdy po 100 kilometrów dziennie.

Postanowiliśmy dziś odpocząć po tygodniu jazdy po 100 kilometrów dziennie. Jest piękna pogoda i śniadanie mam ochotę zjeść tak jak prawdopodobnie robią to miejscowi. Na podwórku osłoniętym ciężkimi od owoców winoroślami jajecznica z bakłażanem i czarka morelowej czujki z mocną kawą, tak wyobrażam sobie niedzielny rumuński poranek i nawet jeśli się mylę, to jest pysznie. Pierwszą rzeczą, którą musimy dziś zrobić, to oczywiście zwiedzanie miasta, a w zasadzie starej jego części na wzgórzu otoczonym pełnym kręgiem murów obronnych. Bajkowe, krzywo stojące pięćsetletnie kamieniczki robią ogromne wrażenie, każdy zapamięta to miejsce, jeśli raz tu będzie. Ani jednego śladu nowoczesności, no może poza aparatami na szyjach Japończyków i dużej ilości Włochów. Przechodzimy przez całe stare miasto aż na wzgórze kościelne a nawet dalej, bo zwiedzamy też stary saski cmentarz, na który nie docierają już żadne zorganizowane wycieczki. Wracamy na Piaca Cetacii, czyli rynek pełniący dziś funkcje targu z pamiątkami. Dominują niestety koszulki z Drakulą, który tutaj się urodził, ale jest też sporo oryginalnych wyrobów ludowych, niestety po ?niemieckich? cenach. Naszą uwagę zwraca Rumunka w średnim wieku, która słowami ?ja liublju Krakow przekonuje Elizę do drobnych zakupów. Nie odmawiamy sobie również kufla zimnego rumuńskiego piwa. Wracamy do naszej gospodyni, aby się pożegnać i znów jesteśmy w drodze. Nie mamy zamiaru jechać daleko, tym bardziej, że widoki wokół są niesamowite, wdrapywanie się w górę i długi zjazd w dół, i znów góra ? dół. Jedzie się przyjemnie i po 55 kilometrach serpentyn dojeżdżamy do miasta Targu Muresz. Słońce już zachodzi i uświadamiamy sobie, że może zrobiliśmy błąd nie zatrzymując się na nocleg na jakiejś dzikiej prowincji, ale na szczęście znajdujemy ogródki działkowe gdzie nie powinniśmy nikomu przeszkadzać. Rozpalamy ognisko z duszą na ramieniu, bo mamy widok na osiedle mieszkaniowe, więc też jesteśmy widoczni. Nie trwa to jednak długo, chmary komarów przepędzają nas spać. Po zamku Hunedoara i Sighisoarze, przed nami jeszcze jeden cel naszej wyprawy, Maramuresz.