Rano zbieramy graty, jakoś się guzdramy, tak że na śniadanie nie starcza już czasu.

Rano zbieramy graty, jakoś się guzdramy, tak że na śniadanie nie starcza już czasu. Po drodze do biura kupujemy tutejsze herbatniki i o 7.30 spotykamy się na miejscu z naszymi przewodnikami – Som Hakiem i Chiang Singiem. Zostajemy poczęstowani kawą, podjeżdża pick-up i o 8.00 wyruszamy. Samochodem jedziemy może z pół godziny, po czym wysiadamy we wsi. Som Hak opowiada nam o plemionach zamieszkujących te tereny – Khmu, Lahu i Akha.

Dalej ruszamy pieszo. Lokalnym mostem, czyli rzadką bambusową kładką zawieszoną na linach przechodzimy nad dość szeroką rzeką. Piaszczystą drogą wśród ryżowych pól dochodzimy do wsi Lavu na posiłek. Jemy „na tarasie” lokalnej chatki. Jest kilka potraw – kawałki gotowanej kaczki, kasawa obtoczona w wiórkach kokosowych, pyszne „pączki” z nadzieniem z kasawy, ryż. Wkrótce ruszamy dalej. Dochodzimy do kolejnej rzeki – tutaj mamy przeprawić się łódką, czyli wąskim, chybotliwym czółnem, takim jakie wcześniej widzieliśmy na Mekongu. Na dziobie stoi miejscowy chłopiec, odpychając łódź bambusowym drągiem, potem my w kucki i przewodnicy. Odbijamy od brzegu i płyniemy z nurtem. Nagle dostrzegam węża, widzę go od tyłu – jest czarno-żółty i ma około 1,5 metra. Zmierza w stronę łódki niesiony prądem. Krzysztof który jest z przodu łodzi, widzi, jak wąż wystawia głowę wysoko nad wodę i syczy, gotowy do ataku. Chłopiec stojący na dziobie dostrzega to i kilkoma uderzeniami drąga zabija zwierzę. Nasi przewodnicy stwierdzą później, że wąż był naprawdę niebezpieczny.

Gdy wysiadamy na drugim brzegu Som Hak i Chiang Sing przygotowują z lokalnej rośliny środek przeciwko pijawkom, których jest tu sporo. Ucinają kawałek bambusa – tak powstaje naczynko. W nim rozdrabniają znane sobie zielsko, a całość uzupełniają wodą z pobliskiej kałuży. Patyczek zakończony szmatką, włożony do naczynka służyć będzie do smarowania pijawek i powodować ich odpadanie. Ruszamy. Idziemy przez las deszczowy wąziutką ścieżką, którą przechodzi ktoś „from time to time”, jak odpowiada Som Hak na moje pytanie o częstotliwość uczęszczania tego szlaku.

Las jest gęsty, miejscami Chiang Sing toruje przejście maczetą. Teren jest pagórkowaty, powietrze przesycone wilgocią, a ścieżka błotnista. Towarzyszą nam odgłosy owadów. Około 18.00 dochodzimy do wioski Lahu. Jest dość opustoszała – większość mieszkańców przebywa akurat na swych polach ryżowych. Na zboczu stoi chata przeznaczona dla uczestników takich eskapad jak nasza. Wewnątrz klepisko, stelaż, na którym układa się materace do spania, moskitiery (z dziurami wielkości pięści), ognisko, na którym przewodnicy przygotowują posiłki, zero elektryczności. Gdy zapada zmrok okolica pełna jest odgłosów owadów.