O 7.00 jesteśmy już z plecakami na śniadaniu w piekarni obok hotelu.

O 7.00 jesteśmy już z plecakami na śniadaniu w piekarni obok hotelu. Prosto stąd idziemy na dworzec autobusowy. Kupujemy bilety do Vieng Phoukha (20.000 kip / osoby), znajdujmy odpowiednie stanowisko i czekamy na przyjazd pick-up’a. Gdy nadjeżdża – nauczeni doświadczeniem z autobusem – od razu wsiadamy. Pojazd szybko się zapełnia. W maksymalnym „zaludnieniu” naliczyłam 22 osoby, plus oczywiście bagaże na dachu. Wyjeżdżamy – zgodnie z rozkładem – o 8.30. droga asfaltowa bardzo szybko się kończy i jedziemy piaszczystą trasą kolejno przez plac budowy, błoto, w którym auto zawiesza się podwoziem, przejeżdżamy przez rzeczki (bez mostów rzecz jasna), wioski i piękną dżunglę. Na miejscu, po przejechaniu 65 kilometrów, jesteśmy około 12.00.

Vieng Phoukha to mieścina pełna błota. Jesteśmy tu dziś jedynymi obcokrajowcami. Kwaterujemy się w Vieng Phoukha Guesthouse – drewniane pokoiki z moskitierami, zero elektryczności (tzn. kable są, ale na tym koniec w kwestii prądu), mycie przy kranie na zewnątrz. Cena za nocleg wynosi 35.000 kip za 4 osoby, czyli mniej niż 1 USD od łebka.
Szukamy biura z informacją o trekkingach, ale w kierunku wskazanym strzałką go nie ma. Krążymy po miejscowości, a gdy w końcu je znajdujemy okazuje się zamknięte. Jesteśmy zmartwieni, szczególnie gdy Marta zasięgnąwszy języka przynosi wiadomość, że to z powodu weekendu i że otwarte ma być dopiero w poniedziałek. Idziemy więc do lokalnego baru, gdzie wśród stolików spacerują kury i kaczki, i jemy jedyne serwowane tu danie – bardzo pikantną zupę z makaronem (5.000 kip za porcję). Naradzamy się co dalej – poza trekkingiem nie ma tu co robić, więc czekanie do poniedziałku zupełnie nam się nie uśmiecha. Idziemy jeszcze na bazar, kupujemy trochę owoców i postanawiamy raz jeszcze pójść do biura organizującego trekkingi.

Po kilku krokach ktoś zagaduje nas po angielsku, a to w tej miejscowości nie jest rzeczą zwyczajną! Już po chwili jesteśmy w znakomitych nastrojach – okazuje się, że rozmawiamy właśnie z jednym z przewodników prowadzących trekkingi! Wraz z Som Hakiem idziemy do biura – to ich nowa siedziba, przeprowadzili się zaledwie przed tygodniem i stąd jeszcze brak oznaczeń. W biurze zostajemy poczęstowani zieloną herbatą, Som Hak objaśnia nam zasady trekkingu, wypełniamy permity. Jest bardzo sympatycznie. Cena trekkingu jest zgodna z moimi informacjami z internetu: 27 USD od osoby za 2-dniowy „Khmu and Lahu trekking”. W siedzibie biura będziemy mogli zostawić zbyteczny bagaż. Wpłacamy pieniądze, zbiórka jutro o 7.30 w biurze.

Ucieszeni przebiegiem wydarzeń idziemy jeszcze na spacer. Potem wracamy do hotelu i – póki widno – przepakowujemy plecaki. Wieczór spędzamy przy świecach.