Dziś pobudka dopiero o 8.00.

Dziś pobudka dopiero o 8.00. W pobliskiej knajpce dla tubylców jemy jedyną serwowaną tam potrawę – noodle soup – i tak pokrzepieni wracamy do hotelu, by się spakować. Wieczornym autobusem zamierzamy wyjechać dziś do Luang Namtha. Oddajemy klucze, zostawiamy plecaki w hotelowej recepcji i wyruszamy z planem zakupienia zawczasu biletów autobusowych. Taksówką (dwuławkowym tuk-tukiem) jedziemy za 10.00 kip za 4 osoby (cena wywoławcza wynosiła 10.000 za 1 osobę) na dworzec południowy, z którego wyjeżdżają autobusy do Luang Namtha. Tu bez problemu kupujemy bilety – cena wynosi 80.000 kip od osoby. Spacerkiem wracamy do centrum miasta i idziemy do kafejki internetowej (100 kip/minutę) wysłać mail’e. Po obiedzie – spacerek nad Mekong. Trochę kręcimy się po targu, słuchamy bębnienia mnichów w jednej ze świątyń i odkrywamy kolejne, w których jeszcze nie byliśmy. Potem wracamy do hotelu po bagaże, a Krzysztof idzie po taksówkę (bez plecaków!). I znowu - z wyjściowych 10.000 kip od osoby cena spada na 15.000 za wszystkich.

Na dworcu jesteśmy przed 18.00. Planowo autobus powinien wyruszyć o 18.30, więc póki co obserwujemy załadunek bagaży do innych autobusów. Za luk bagażowy powszechnie służy tu dach, na którym układa się wszelkie bagaże – od jajek po motocykle. Gdy nadjeżdża nasz autobus jest już mocno zatłoczony – jedzie z Vientiane. Kolejne bagaże – w tym także nasze plecaki – wędrują na dach, a my tłoczymy się wewnątrz. Oprócz naszej czwórki dostrzegam tylko jednego białego – reszta to miejscowi. Miejsc jest oczywiście mniej niż pasażerów, a więc dla tych którzy nie mają już gdzie usiąść obsługa dostawia w przejściu między fotelami plastikowe taborety – a czeka nas całonocna jazda . Około 20.00 ruszamy. Po przejechaniu kilkuset metrów autobus zatrzymuje się – czas zatankować paliwo. Potem ruszamy ponownie.

Zaraz za miastem asfalt się kończy – nie widzimy tego, jako że jest już ciemno, ale wyczuwamy z łatwością – autobus skacze na wybojach i trzęsie niesłychanie. Co jakiś czas zatrzymujemy się, gdy ktoś wysiada. Taki przystanek wiąże się rzecz jasna z rytuałem ściągania z dachu bagaży – wyszukania tych właściwych, a potem zabezpieczenia pozostałych ponownie plandeką. Oczywiście trwa to trochę. Nad ranem jest dłuższy postój – kierowca czeka, aż się rozwidni. Na drodze zalegają bowiem miejscami osuwiska ziemi, na szczęście nigdzie droga nie jest zablokowana całkowicie i o świcie możemy jechać dalej. Ta jedna z głównych arterii komunikacyjnych północnego Laosu to po prostu gruntowa droga, utwardzona jedynie czymś w rodzaju grysu. Rano widoki są jednak bardzo ładne – chmury zalegające wśród wzgórz wyglądają bardzo malowniczo.