Wstajemy przed 7.00.

Wstajemy przed 7.00. Już wcześniej obsługa hoteliku budzi wszystkich pukaniem do drzwi i głośnym „Good morning!”. Prysznic, trochę pakowania i schodzimy na śniadanie. Podobnie jak wczorajszą kolację jemy je na tarasie z widokiem na Mekong. Wczoraj powiedziano nam, że łodzie do Luang Prabang odpływają o 9.00. Przychodzimy na przystań o 8.40, a o 9.15 łódź już rusza. Obok czekają kolejne, jedna już także cała wypełniona turystami. Łódka, którą dziś płyniemy jest dużo wygodniejsza od wczorajszej – zamiast ciasno ustawionych ławek są nawet wygodne lotnicze fotele (na które my się już nie „załapujemy”) oraz składane drewniane krzesła, znacznie wygodniejsze od wczorajszych ławeczek. Po obu stronach rzeki – wzgórza porośnięte soczystą zielenią. Pogoda zmienna – trochę słońca, trochę deszczu. Przepływamy koło jaskiń Pak Ou – łódź podpływa bardzo blisko i widać posążki Buddy stojące wewnątrz. Stąd już tylko godzina do Luang Prabang. Na miejscu jesteśmy około 17.00. Z przystani ruszamy w stronę centrum miasta. Oglądamy 2 hoteliki, z których jeden jest ładny i czysty, ale trochę drogi, a drugi tani , ale straszna nora. Idziemy więc do Phonothavy Guesthouse, o którym przed wyjazdem znalazłam pozytywne opinie w internecie. Opinie się potwierdzają - pokoje są skromne, ale czyste, z łazienkami. Cena za pokój 2-osobowy: 200 bahtów (ta waluta jest tu chętnie przyjmowana) za noc.
Prysznic i ruszamy do centrum miasta na nocny bazar. Jest to po prostu jedna z głównych ulic Luang Prabang, zamykana wieczorem dla ruchu, gdzie sprzedawcy rozkładają na ziemi swoje kramy. Miejsce jest uczęszczane głównie przez turystów, ma jednak pewien urok. Na stoiskach – piękna szale, miejscowa odzież, wódka ze żmiją lub skorpionem wewnątrz butelki, pamiątki. Na końcu targu – stoiska z jedzeniem. Nam przypadł do gustu lokal na świeżym powietrzu, z czymś w rodzaju szwedzkiego stołu – dostawało się talerz i za 5.000 kipów nakładało do woli miejscowych potraw. Do tego zimne Beer Lao – smakowało wybornie!