Opuściliśmy budzące ambiwalentne odczucia Delhi i pojechaliśmy pociągiem do Amritsaru - stolicy Sików i największego miasta stanu Punjab (Pendżab).

Opuściliśmy budzące ambiwalentne odczucia Delhi i pojechaliśmy pociągiem do Amritsaru - stolicy Sików i największego miasta stanu Punjab (Pendżab). Męcząca 8h podróż w upale upłynęła bez większych niespodzianek, nie licząc umilających nam czas transwestytów, Sikhów wiążących na głowie turbany ze szmaty wielkości flagi sektorówki ze stadionu Wisły i sprzedawców żarcia oferujących różnego rodzaju potrawy, których nazw ani składu nie byliśmy w stanie rozszyfrować. Skusiliśmy się jedynie na kilka butelek wody i pepsi oraz coś, co wydawało nam się znajome, czyli placki przypominające węgierskie czy słowackie langosze. Stanowiło to pewnego rodzaju 2.etap procesu przechodzenia z jedzenia polsko-zachodniego na hinduskie, które chcieliśmy, aby przebiegało raczej stopniowo, a którego etapem nr 1. było skonsumowanie dzień wcześniej w delhijskim McDonaldsie zestawu Maharadża Menu. Jeszcze jednym zjawiskiem, zaobserwowanym z okien pociągu, o którym nie można było nie wspomnieć, jest swoboda z jaką Hindusi podchodzą do intymnej sytuacji, jaką jest dla nas stolcowanie, zwane także kupszczeniem. Nigdy w życiu nie widzieliśmy tylu gołych tyłków a także wylatujących z nich żółtych (czy to po curry?) klocków. Zjawisko nasilało się zdecydowanie na obrzeżach stolicy, a liczba pojedynczych a także grupowych (tak, tak - część Hindusów oddaje się tej czynności w grupie - zawsze można w trakcie pokonwersować) obsrańców powodowała zawrót głowy.

Z Amritsaru udaliśmy się od razu autorikszą do odległego o ok.30 km jedynego przejścia granicznego łączącego Indie z Pakistanem, na jedyną w swoim rodzaju ceremonię oficjalnego zamykania granicy o zachodzie słońca. Zmyleni co nieco informacjami z przewodnika oraz uzyskanymi od Hindusów, przezornie zameldowaliśmy się na miejscu jakieś 3 godziny przed czasem, które upłynęły nam na konsumpcji kolejnych miejscowych wynalazków kulinarnych, uśmiechaniu się do wszystkich lokalsów nie spuszczających nas z oka oraz kupowaniu akcesoriów, których noszenie przysporzyło nam nowych przyjaźnie nastawionych znajomych, czyli flagi Indii oraz daszko-czapek w kolorach narodowych. Ceremonia - czad! Oba państwa, żyjące przecież wciąż oficjalnie w stanie wojny, stroją piórka i pokazują, które z nich jest silniejsze, za pomocą takich środków jak: ilość zgromadzonych widzów-uczestników po swojej stronie, głośność krzyków, szybkość chodzenia i wysokość podnoszenia nóg swoich wystrojonych żołnierzy granicznych i dziesiątki innych niuansów. Jest też wodzirej, który podgrzewa atmosferę zachęcając do wznoszenia patriotycznych, może także i antypakistańskich okrzyków. Dzisiaj jednak, ponoć wyjątkowo liczna publika, była tak nabuzowana, że wodzirej musial ją wręcz stopować. W przeciwnym razie część osób była gotowa do przekroczenia granicy i własnoręcznego pokazania Pakistańczykom kto ma rację. Ceremonia trwa ok.1,5 h i gromadzi, szczególnie po stronie hinduskiej, tysiące osób! I tak każdego wieczoru! Naprawdę ciekawe i barwne wydarzenie, jedyne w swoim rodzaju. Inną ciekawostką, obrazującą poziom cen i biedę Indii, jest to, że gdy autorikszarz, który zawiózł nas na granicę, karnie czekał na nas przez kolejnych kilka godzin, a następnie odwiózł kolejno na dworzec po plecaki i dalej przez gigantyczny korek do Złotej Świątyni, zrobił prawie 100 km i stracił na to ponad 6h, dostał za całość przysługi niewiele ponad 15 PLN wydawał się naprawdę szczęśliwy.




Wieczór minął nam na zwiedzaniu Złotej Świątyni, świętego miejsca Sików, położonej na wyspie pośrodku jeziora, pokrytej 750 kg złota, otoczonej pięknymi białymi budynkami i świątyniami. Całość robi imponujące wrażenie! Noc, lśniąca na złoto świątynia odbijająca się w wodzie, setki modlących się, śpiewy. Miejsce niesamowite! Jedni pielgrzymi wychodzą, inni wchodzą, jedni się modlą i śpiewają, inni już śpią rozłożeni na posadzkach. Do tego rytualne kąpiele w jeziorze. Miejsce rewelacyjnie klimatyczne.