Rano budzi nas stado krów które zaglądają nam dosłownie do namiotów.

        Rano budzi nas stado krów które zaglądają nam dosłownie do namiotów. Wyskakujemy do rzeczki na poranną toaletę i w drogę. Jest słonecznie co nastraja nas optymizmem, żartujemy i głupoty nam w głowie. Przechodzimy przez Latorkę, dalej pod górę w poszukiwaniu słupków granicznych polsko-czechosłowackich. Mijamy kompleks zdewastowanych i opuszczonych schronisk, gawożymy z tubylcami. Idziemy już za słupkami. Przechodzimy obok pomnika żołnierzy węgierskich, pomnika żołnierzy polskich poległych w 1939r. Po drodze spotykamy grupkę ukraińców pasących krowy i prosimy o mleko. Niestety krowa nie chce dać mleka na pastwisku a ukrainiec łysawy około 30-sto letni zaprasza nas do siebie do domu... ??? Mam skrajnie sceptyczny podejście do tego pomysłu i jako najstarszy, czuję się odpowiedzialny za grupę. Dominika i Grzegorz pozostawiają decyzję mnie. Po dłuższej chwili rozmyślań (w końcu jest nas dwuch mężczyzn, żołnierzy) pomyślałem, damy radę i zgodziłem się. Iwan sprowadza nas z pastwiska około1 godziny pokazując (czyt. chwaląc się) swoje pola kartoszków, sady itp. Iwan jest kawalerem, posiada gospodarkę, świnie, kwokę z kurczakami, konie i wołu he he tzn. krowy. Iwan od razu zastrzegał,że nie chce żadnych pieniędzy. Powiedział, że chce nas ugościć i koniec. Był przyjaźnie nastawiony. Domostwo jego składało się z dwuch drewnianych chat, stodoły i stajni i chlewiku. Iwan zapobiegawczo, wyszedł nam naprzeciw i powiedział, że na ten okres co u niego zostaniemy jedna chawira jest do naszej dyspozycji, żebyśmy się nie martwili. Impreza była przednia. Jedliśmy i piliśmy do północy. Kosztowaliśmy wszelkich potraw swojskich, kiełbas, słonin, ziemniaków z sosami. Mnie i Grzegorzowi w to graj ale Isia nie dawała rady. Na nic się zdało ustawianioe kieliszka do góry dnem, na nic odsuwanie talerza, człowiek ruszył dwa razy widelcem i już Baba stała nad nim z pełną chohlą na dokładkę. I tak co rusz ktoś dochodził z samogonem z wioski bo głośnym się stało, że IWAN GOSPODARZ MA GOŚCI.... !!! Zaprawieni mocnymi trunkami za namową Iwana ruszyliśmy pojeździć na koniach. Doświadczenie w tej dziedzinie miała tylko Dominika więc ona jako pierwsza dosiadła wierzchowca, oczywiście bez siodła a za uzdę kawał sznura co koń dzierżył w paszczy swojej... . Ja byłem następny choć nigdy tego nie robiłem wychodziło mi świetnie. Nie skusił się tylko Grześ z sobie tylko znanych powodów. Późną porą poszliśmy do łóżek. Ja i Grześ spaliśmy jak zabici w przeciwieństwie do Dominiki która miała jazdę z żołądkiem po tym przymusowym obżarstwie. Isia w tą bezsenną noc się nie nudziła: mówiła, że ja sobie rytmicznie chrapałem a Grześ opowiadał jakąś historię o dziewczynie, czego rano się wypierał rękami i nogami. Tak czy owak dzionek zaliczamy jak najbardziej do udanych.