Rano, po dość dobrze przespanej jak na pociąg nocy, uderzamy prosto do Tourist Information Office na New Delhi Railway St., aby kupić bilety kolejowe na nasz ostatni odcinek podróży.

Rano, po dość dobrze przespanej jak na pociąg nocy, uderzamy prosto do Tourist Information Office na New Delhi Railway St., aby kupić bilety kolejowe na nasz ostatni odcinek podróży. Długo debatujemy co by tu jeszcze zobaczyć. Do zagospodarowania mamy 4-5 dni. Są to właśnie te dni, o które skrócił nam się pobyt w Ladakhu. W końcu decydujemy: jedziemy najpierw do dalekiego Jaisalmeru, leżącego na pustyni Thar przy granicy z Pakistanem, daleko, bo prawie dobę jazdy pociągiem z Delhi. Stamtąd wyruszymy do Jaipuru, a w przeddzień naszego wylotu meldujemy się po raz ostatni w stolicy Indii. Popołudniu znów pędzimy na dworzec i tu zaczyna się druga część naszej przykrej kolejowej przygody. Nikt nas nie poinformował, że dworzec Delhi, z którego mamy odjechać do Jaisalmeru to nie New Delhi, na którym kupowaliśmy te bilety, a od którego zaczynaliśmy i na którym kończyliśmy dotychczasowe podróże, tylko Old Deli na północy miasta. Gdy się orientujemy do odjazdu pociągu pozostaje 20 minut. Żaden z taksiarzy nie podejmuje się ryzyka dotarcia w tak krótkim czasie do tego dworca. W ten sposób runął nasz plan intensywnego wykorzystania ostatnich dni w Indiach. Pozostaje zwrot wszystkich biletów, co kosztuje nas prawie 500 rupii i kupienie biletów do stolicy Rajastanu - Jaipuru.



W nocy w pociągu prawie nie śpię. Boje się złodziei i tego, że prześpimy Jaipur, w którym mamy być "coś około 5 rano". Jak widać opatrzność nad nami czuwała, gdyż w Jaipurze meldujemy się już o 4. Budzę Madzię, w pośpiechu pakujemy się i uciekamy z pociągu. Piąta nad ranem to nie najlepsza pora na szukanie noclegu. Wszyscy śpią, zaspanych portierów w hotelach ciężko dobudzić. W pierwszych trzech hotelikach nie ma miejsc. Ceny też są dość wysokie. Zdarza nam się to w tym kraju po raz pierwszy. W końcu znajdujemy dach nad głową. Przed południem ruszamy zwiedzać miasto. Najpierw głównie "by foot", później wynajmujemy na parę godzin rikszarza. Różowe miasto nie robi na nas jakiegoś specjalnego wrażenia. Największa atrakcją są wielbłądy pracujące jako siła pociągowa na ulicach. Jutro pojedziemy do fortu-pałacu Amber, oddalonego o kilkanaście kilometrów od Jaipuru, popołudniu może pójdziemy do kina na reklamowany przez kilka osób hinduski hit "Saleem Namaste", a wieczorem oglądniemy paradę otwierającą lokalne święto.