Turist busem (czytaj: zwykłym lokalnym autobusem, zatrzymującym się gdzie popadnie co 5 minut i zabierającym wszystkich lokalsów z tobołami) dotaszczyliśmy się po paru godzinach do granicy z Indiami.

Turist busem (czytaj: zwykłym lokalnym autobusem, zatrzymującym się gdzie popadnie co 5 minut i zabierającym wszystkich lokalsów z tobołami) dotaszczyliśmy się po paru godzinach do granicy z Indiami. Do Indii przedostaliśmy się wspólnie z Polką Anitą i jej chłopakiem Holendrem, którzy przemierzyli do tej pory szlak przez Rosję, Mongolię, Chiny, Tybet do Nepalu. Przekroczyliśmy wspólnie granicę, załatwiliśmy formalności i wzięliśmy dżipa do Gorakhpuru, z którego oni maja zamiar pojechać do Varanasi, a my nocnym pociągiem do Delhi. I tu zaczyna się pierwsza część naszej przykrej przygody pt. "kolej indyjska". Pieprzony bileciarz w okienku na dworcu w Gorakhpurze sprzedaje nam dość drogi bilet na I klasę. Chcąc nie chcąc, bierzemy go, choć droższy jest od 2nd class sleeper, którą zawsze podróżujemy, kilkukrotnie, ponieważ w drugiej klasie ponoć nie ma miejsc. Spory wydatek jak na Indie, ale przynajmniej przejedziemy kilkanaście godzin "z klasą". Okazało się jednak, że sprzedano nam za tyle pieniędzy sam bilet bez miejscówki. Wsiadamy do pociągu, który rusza i okazuje się, że do pierwszej klasy musimy jeszcze dopłacić 2400 rupii, czyli prawie 200 PLN od osoby! Inaczej się nie da, ponieważ jest to kuszetka, nie ma miejsc siedzących i gdzieś musimy się podziać. Klnąc na wszystkie strony na Hindusów, którzy nie po raz pierwszy wpuścili nas w maliny (specjalnie upewnialiśmy się czy jest to pełny bilet na pierwsza klasę!), po dodatkowych perturbacjach dokupujemy bilet, który pozwoli nam przejechać trasę w tzw. 3AC, czyli klimatyzowanej klasie II. Jak dla nas jest tu zdecydowanie za zimno, ale otuleni kocami zasypiamy.