No i jak na razie nosorożca nie upolowaliśmy.

No i jak na razie nosorożca nie upolowaliśmy. Co prawda, na wycieczkę na słoniu wyruszamy dopiero jutro, niemniej jednak już dzisiaj, przed zachodem słońca, z naszym przewodnikiem wyruszyliśmy do dwóch miejsc, w które nosorożce lubią o tej porze dnia przychodzić. Nie zobaczyliśmy jednak nic poza jakąś wydrą, orłem i małym szczurkiem. Zobaczyliśmy za to ładny zachód słońca. Nasz przewodnik, mimo że "wykupiony" jest dopiero od juta postanowił chyba trochę dorobić proponując nam, jak mówił, darmową wieczorną wycieczkę. Nie zobaczyliśmy jednak nosorożców, więc nie dostał za to żadnych pieniędzy, Mówiąc okrutnie: "No rinos, no money".

Przyjechaliśmy do Sourahy, wsi przy samej granicy przy Royal Chitwan National Park z opóźnieniem. Po drodze z Kathamndu trafiliśmy na jakiś wypadek i kosztowało nas to trochę czasu. W dodatku autobus turystyczny stworzony był chyba dla krasnoludków. Siedzenia naprzeciw były tak blisko, że już po chwili bolały kolana. Do tego znów korki i upał. Po przyjeździe do wioski rzuciła się na nas zgraja naganiaczy. Jeszcze czegoś takiego nie przeżyliśmy. Najpierw Madzię (ja ściągałem z dachu autobusu plecaki), a później także i mnie zaatakowali reprezentanci chyba wszystkich hoteli w okolicy. Krzyczeli jeden przez drugiego i próbowali wcisnąć nam w łapy wizytówki czy ulotki swego hotelu. Nie wiem jak w tym tumulcie wybraliśmy w końcu Jungle Sunset Camp. Jak się później okazało, chyba całkiem dobrze. Już po chwili siedzieliśmy w odkrytym dżipie, który po kilkunastu minutach dowiózł nas od hotelu przepięknie położonego na samą rzeką, za którą zaczyna się park narodowy. Zaoferowano nam usługi miejscowego przewodnika, który długo opowiadał o możliwych wycieczkach i ich cenach. W końcu postanowiliśmy, że wcześnie rano następnego dnia zaczniemy canoeingiem, a następnie zrobimy wycieczkę po dżungli z przewodnikiem. Popołudniu na grzbiecie słonia wyruszymy na poszukiwanie nosorożców. Będzie nas to w sumie kosztowało około 170 PLN, jutro wieczorem będziemy już wiedzieć czy było warto. Jeszcze ciekawostka: gdy Madzia zapytała się naszego przewodnika czy można się bezpiecznie wykąpać w rzece przepływającej przez dżunglę i obok naszego hotelu odpowiedział, że tak, sam się w niej często kąpie. Gdy M. zapytała czy w rzecze żyją jakieś zwierzęta, odpowiedział: "Just crocodiles".

Wieczorem, po zachodzie słońca postanowiliśmy się jeszcze przejść po wioseczce, ale zaraz zrobiło się całkowicie ciemno i mieliśmy sporo problemów z dotarciem do naszego hotelu. Trochę pobłądziliśmy po ciemku, ale jakoś się udało, chociaż trzeba przyznać, że M. zaczęła się lekko bać nosorożców, które ponoć zakradają się w nocy do wioski i zjadają rolnikom płody. My żadnym płodem jednak nie jesteśmy i obeszło się bez przygód.