Nie zaczynamy od zwiedzania jak co dzień.

Nie zaczynamy od zwiedzania jak co dzień. Trzeba zaplanować dalszą podróż, a wciąż nie wiemy czy do Royal Chitwan National Park mamy jechać w ciemno, na własną rękę, czy mamy wykupić pakietową wycieczkę, w którymś z biur podróży, do czego jesteśmy namawiani. Chodzimy od biura do biura, pytamy o szczegóły. Chyba jednak pojedziemy na własną rękę. Popołudniu zwiedzamy. Najpierw jedziemy do Pashupatinath - najważniejszej hinduskiej świątyni Nepalu. Wiemy, że niehinduistom wstęp do świątyni jest zakazany, ale chcemy zobaczyć kremacje nad brzegiem świętej rzeki Bagmati. Na miejscu każą nam zapłacić po 250 rupii od łba za wejście. Stanowczo za dużo. 500 rupii to ponad dwie doby hotelowe w Kathmandu dla naszej dwójki. Polak jednak potrafi; jakimiś ścieżeczkami i pomościkiem dostajemy się na miejsce, omijając budki z biletami. Chyba jesteśmy z tego dumni. Nie wiem czy powinniśmy.

Siedzimy na brzegu rzeki pod drugiej stronie ghatów kremacyjnych. Na drugą stronę mamy raptem 20-30 metrów. Bagmati w tym miejscu to, w porównaniu z Gangesem, malutki strumyczek. Oglądamy ceremonię kremacji. Jest już jednak ciemno, po zachodzie słońca i zdjęcia z pewnością nie będą pierwszorzędnej jakości. Oglądamy przejmujące wydarzenia, jak rozpacz kobiet przy stosie płonącego członka rodziny. Troszeczkę czujemy się jak intruzi. W szarówce wędrujemy około pół godziny do Bodhnath - największej w Nepalu i jednej z największych na świecie stup buddyjskich. Jest już ciemno, modlą się mnisi, gdzieś w tle słychać buddyjskie mantry. Czuć atmosferę Tybetu. Wyjątkowo klimatyczne miejsce. Szkoda, że jest już ciemno i nie możemy zrobić zdjęć. Musimy tu jutro przyjechać ponownie.