Wozimy się po Kathmandu i okolicznych miejscowościach taksówkami jak paniska.

Wozimy się po Kathmandu i okolicznych miejscowościach taksówkami jak paniska. Są dość tanie (trzeba się ostro targować), a w dodatku nie ma środka lokomocji dotychczas przez nas wykorzystywanego najczęściej, czyli autorikszy. Są co prawda rowerowe, ale jeżdżą tylko na ograniczonych trasach, po Thamelu czy starym Kathmandu. Dziś zwiedzaliśmy Patan, które kiedyś jako państwo-miasto konkurowało ostro z Kathmandu i Bhaktapurem o palmę pierwszeństwa w kotlinie Kathmandu. Durbar Square, tak jak i w Kathamndu, robi niesamowite wrażenie. Może nawet większe niż w stolicy. Tu także robimy spacer starymi uliczkami. Z Patanu wieziemy się taryfą do Swayambhunath, zwanej także Monkey Temple, buddyjskiej stupy stojącej na wzgórzu nieopodal stolicy. Pięknie, szkoda tylko, że słońce chowa się przez cały dzień za chmurami i zdjęcia wychodzą nieciekawe. Turystów zagranicznych, tak jak w Patanie czy starym Kathamandu, niewielu.
Fotografujemy mnichów, świątynię i małpy. Wieczór spędzamy buszując po sklepach ze sprzętem turystycznym. Niestety czujemy się zawiedzeni. Naczytaliśmy się, że można tu kupić dobry sprzęt w rewelacyjnych cenach. Nie wiemy skąd takie opinie. Większość towaru to podróbki, w dodatku wyjątkowo podłej jakości. Jak się dowiedzieliśmy, w samym Nepalu znajduje się kilkaset małych manufakturek, w których powstaje sprzęt outdoorowy, głównie z logo The North Face. Niektóre z nich mają jednak nawet problem z poprawnym podrobieniem logo producenta. Oczywiście wielu sprzedawców, jak mantrę powtarza zadnie, że są to wysokiej jakości oryginały. Ręce opadają.

W miarę jak coraz dłużej przebywamy w Indiach i Nepalu, staramy się niestety coraz bardziej chamscy w stosunku do lokalnych nachalnych handlarzy, rikszarzy, żebraków, przedstawicieli agencji trekingowych i turystycznych, świętych mężów baba i wszystkich innych naciągaczy, którzy nie dają nam przejść swobodnie kilku metrów po ulicy. Zwykle chcą pieniędzy (za wszystko, nawet za pokazanie ulicy, o którą się pytamy a która jest 20 metrów obok, zwykle jednak za nic - po prostu "give me 10 rupees"), albo chcą nas gdzieś zawieść, zaprowadzić lub opchnąć jakiś "badziew" w stylu fujarki albo "maści z tygrysa" usuwająceh wszelkie choroby, z AIDS i rakiem na czele. Często pytają też dla samego pytania: "which country?", choć więcej angielskich słówek już nie znają. Znudziło się nam więc ciągłe odpowiadania "poland" czy "jurop". Wciąż zmieniamy kraje, z których pochodzimy. Raz jest to Białoruś, a czasem Neverland. Jakiś czas temu naszą odpowiedzią na pytanie skąd jesteśmy stało się: "Spod Chełma". Niektórzy próbują powtarzać i kiwają ze zrozumieniem głowami. Jeden człowiek przebił jednak wszystkich mówiąć: "Spod Chełma? Very beautiful country!"