Bardzo fajny i długi dzień.

Bardzo fajny i długi dzień. Wstaliśmy o 5.30 żeby zobaczyć Taj Mahal o wschodzie słońca, a o 20.45 wsiedliśmy w pociąg do Varanasi i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zaśniemy.

Trochę się zhinduszczyliśmy. Większość typowych dla Indii rzeczy, które już widzieliśmy, nie robi na nas dużego wrażenia. To chyba dobrze, ponieważ mam na myśli głownie te negatywne zjawiska. Staliśmy się też bardziej niegrzeczni i bezpośredni w stosunku do miejscowych, głównie naciągaczy, żebraków i wszelkiej maści sprzedawców. Nie chce nam się odpowiadać na ich zaczepki, olewamy ich, robimy sobie z nich jaja albo opowiadamy jakieś głupoty wymyślone na miejscu. W sumie jest przez to znacznie weselej. W końcu jak mawiał Himilsbach: "Jak długo można pierdolić te same głupoty?". Myślę, że z czasem będziemy mieć coraz to nowsze odpowiedzi na pytania o zawód, cel przybycia do Indii, długość pobytu wiek, stan cywilny, imiona oraz narodowość.

Taj Mahal o wschodzie słońca. Całkiem przyjemny budyneczek, z bliska wygląda chyba najlepiej. Jak na budynek wygląda zaskakująco pięknie, ale jak powszechnie wiadomo za architekturą nie przepadamy i zdecydowanie większymi cudami świata są dla nas niektóre wyjątkowe miejsca stworzone prze naturę. Zdecydowanie największym "cudem świata" jest dla nas natomiast to, że krowa, która przez kilka czy kilkanaście lat żywi się śmieciami i workami foliowymi jeszcze żyje. Jak to jest możliwe? Cena wjazdu do TM to osobny rozdział. Pawie 60 PLN od osoby to rozbój w biały dzień, szczególnie że Hindusi płacą tylko 1,5 PLN. No cóż, i tak każdy obcokrajowiec zapłaci skoro przyjechał już dla tego cudu świata często z innych kontynentów.

A teraz coś o hinduskich trikach:
1. kupując bilet do Taj Mahal dostaje się dodatkowo możliwość zwiedzania m.in. Czerwonego Fortu w Agrze, Baby Taj Mahal i opuszczonego miasta Fatehpur Siki.
Specjalnie upewniliśmy się co do tego u pani bileterki. Niestety okazało się, że w ramach tego biletu mamy tylko zniżki na ww. atrakcje w wysokości jakiegoś superdodatkowego taksu od zabytków, a całą resztę, czyli co najmniej 90% wartości biletu musimy dopłacić z własnej kieszeni. Jawne i oficjalne chyba oszustwo!
2. złożono nam dzisiaj także następującą ofertę: pojedziemy do odpowiedniego lekarza, podpiszemy dokumenty, że dopadła nas jakaś choroba i byliśmy z niej leczeni i zainkasujemy po 2000 rupii (150 PLN) od łebka. Oczywiście chodzi o wyłudzenie odszkodowania od naszego ubezpieczyciela. Facet przekonywał nas, że to szybkie i pewne, zresztą miał doświadczenie w ubijaniu tego typu interesów właśnie z Polakami. Nie skorzystaliśmy tym razem. Możemy jednak powiedzieć: "nasi tu byli!". Wiwat Polonia i Hindustan!
3. sympatyczny rikszarz zaoferował nam sporą zniżkę za wynajęcie rikszy na kilka godzin, którą miał nas obwieźć po najważniejszych punktach Agry, jeżeli pojedziemy z nim do przynajmniej 2 sklepów, w których spędzimy po co najmniej 15 minut. Nie musimy nic kupować, wystarczy, że tam pobędziemy, pokręcimy się i będziemy udawać zainteresowanych niektórymi produktami. Na tę propozycję, chyba głównie z tego powodu, że i tak mieliśmy parę godzin do odjazdu pociągu oraz dodatkowo stanowiło to pewnego rodzaju śmieszną przygodę, postanowiliśmy przystać. Poszwędaliśmy się po burżujskich sklepach z niewiarygodnie drogimi, jak na Indie, produktami, udawaliśmy zainteresowanie zakupami, a nawet negocjowaliśmy zakup marmurowego stolika za 2000$. Biedny ekspedient już myślał, że zostanie "sprzedawcą miesiąca".
Skorzystałem też w jednym ze sklepów z ubikacji, do której po raz pierwszy w tym kraju wszedłem z nieukrywaną przyjemnością. Pan "toaletowy" otworzył mi drzwi, odkręcił kurek z wodą, podał mydło, a na koniec już czekał z jednorazowym, materiałowym ręczniczkiem abym mógł wytrzeć ręce. Niezły czad! Nasz kierowca też był nad wyraz zadowolony, gdyż zainkasował od każdego sklepu po 50 rupii za przywiezienie zagranicznych zakupowiczów. A to nie wszystko. Sklepy takie zliczają liczbę przywiezionych frajerów przez danego rikszarza i najlepszych promują na koniec roku specjalnymi nagrodami. Nasz spryciarz dostał za zeszły rok odtwarzacz DVD, a tym roku, jak sam dobrodusznie wyznał, był bardzo napalony na lodówkę. Zresztą okazał się bardzo śmiesznym facetem. Już przed pierwszym kursem wypalił sobie zioło, a następnie powtórzył to przynajmniej trzy kolejne razy. Po ziele ponosiła go fantazja: jeździł pod prąd zatłoczonymi ulicami, śmiał się od ucha do ucha i cały czas gadał. Trzeba powiedzieć, że czasem nawet sensownie.

Pod wieczór internecik, dobra kolacja w restauracji rekomendowanej przez Lonely Planet, a następnie riksza na podmiejski dworzec, skąd mieliśmy odjechać do Varanasi.