Rano konsternacja, jeszcze w namiocie słyszę, że ktoś blisko się krząta.

Rano konsternacja, jeszcze w namiocie słyszę, że ktoś blisko się krząta. To właściciel jednego z ogródków, przed którego furtka stoją nasze namioty. Wbrew oczekiwaniom nie przepędza nas, wręcz przeciwnie, częstuje dopiero, co zebranymi warzywami: papryka, pomidory i ogórki wystarczą nam chyba poza dzisiejszym śniadaniem, na kilka następnych dni.
Zastanawiamy się jak bylibyśmy potraktowani w którymś z polskich miast. A samo miasto, Targu Muresz to stolica mniejszości węgierskiej w Rumunii, poświęcamy mu chwilę uwagi ze względu na nietypową kolorową secesję. Z miasta wyjeżdżamy w kierunku północnym do Reghin oddalonego o 35 kilometrów kolejnego miasta założonego przez niemieckich osadników. Krótki postój i ruszamy dalej. Winnice ustępują miejsca jabłoniowym sadom, z czego korzystamy z rozsądnym umiarem, niestety chyba nie dość rozsądnym, bo po paru kilometrach przeczuwam kłopoty żołądkowe.
W takim stanie i w upale nie jedzie się przyjemnie, ale mam nadzieje, że to szybko minie.




Późnym popołudniem robi się chłodniej i dzięki temu można jeszcze trochę pokręcić. Po drodze mijają nas kuriozalne tabory cyganów. Tak jak kiedyś przemieszczali się konno, tak teraz zamiast kolorowych wozów mają równie kolorowe stare dacie wypełnione po sufit poduszkami, dziećmi i całą resztą. Często zatrzymują się przy drodze gdzie rosną jakieś jadalne owoce, wtedy wysypuje się cała ta dzieciarnia z samochodu, często jest ich pięcioro lub więcej, najadają się jak szarańcza, w tym czasie ich matka w kolorowej spódnicy i chustce na głowie przezornie zbiera te same owoce do kosza a ojciec, ubrany zawsze na czarno z szerokim czarnym kapeluszem pali papierosa oparty o swój samochód. To jeden z tych obrazków, których nie zapomnę z tej wyprawy.
Po jednym z podjazdów, na przełęczy Teaca spotykamy parę Holendrów podróżujących po Rumunii dużym kempingowym samochodem, dzielimy się wrażeniami i odpowiadamy na wiele pytań o codzienność podróży na rowerach. Po chwili wspólnej kontemplacji widoków oświetlonych pomarańczowym już o tej porze światłem słonecznym, żegnamy się rumuńskim ?buna ziua. Zjeżdżamy w dół do miasteczka Bistrica gdzie mamy zamiar przenocować. Zdaje się, że popełniliśmy ten sam błąd co wczoraj, szukając miejsca pod namiot w mieście. Chcemy się ukryć przed mieszkańcami nad samą rzeką o tej samej nazwie co miasto, ale miejscowi sami przychodzą i nas zapraszają na trawnik przed domem mówiąc że nad rzeką nas zaleje woda.
Dostajemy czystą wodę do picia i drewno na ognisko, a nawet benzynę na rozpałkę. Jest znów przyjemnie, choć trochę za bardzo cywilizowanie wokół.