Kanapki na drogę, plecaki do bagażnika i ruszamy.

Kanapki na drogę, plecaki do bagażnika i ruszamy. To pierwsza nasza eskapada poza Europę. Skład ekipy – ten sam od zawsze, sprawdzony podczas wielu podróży z namiotem, doborowy, rodzinny.
Zimowa noc, ale droga czarna. Za to Drezno w śniegu. Stąd odlatujemy.
Parkujemy naszego druha „Cytrusa” przy Karl-Marx Strasse – stąd do lotniska spacerkiem niecałe 10 minut, a postój – w przeciwieństwie do parkingów przy lotnisku – jest darmowy.

Jesteśmy ze sporym wyprzedzeniem – wylot mamy o 6.45, a jest dopiero po 2.00 . Budynek lotniska stoi jednak otworem, jest gdzie usiąść, a nawet ułożyć się do drzemki. Ruch zaczyna się dopiero nad ranem, gdy w kolejnych okienkach rozpoczynają się odprawy podróżnych.
Przychodzi i nasza kolej – odprawa bez problemów, karty pokładowe w dłoń i niebawem siedzimy już w samolocie. Ten lot nie trwa długo – mamy przesiadkę w Norymberdze. Tam około godziny oczekiwania i kolejny samolot – już do Hurghady.

Lądujemy ok. 14.00 – witaj Afryko!
W hali przylotów są kantory – można od razu wymienić pieniądze. Narazie wymieniamy tylko 100 USD, podejrzewając (i słusznie!), że kurs lotniskowy może nie być najkorzystniejszy.
Odprawa paszportowa, odbiór plecaków z taśmy i wychodzimy na zewnątrz.
Chcemy pieszo wyjść z terenu lotniska i dojść do głównej ulicy, a potem złapać jakiegoś busa. Nie jest to jednak takie proste – zostajemy zatrzymani przez umundurowanego jegomościa, który po angielsku zna tylko jedno słowo: „Problem”. Nie bardzo wiemy, jaki problem ma na myśli. Po chwili dołącza do niego kolejny, z podobnym zasobem słów. Zatrzymuje się przejeżdżająca taksówka, a jadący w niej pasażer Egipcjanin wracający z Niemiec tłumaczy, iż po terenie lotniska nie można spacerować ot – tak sobie. Fakt, poza nami nikt tam nie wędrował – po turystów czarterowych przyjeżdżają autokary, obok jest też postój taksówek. Uzgadniamy, że zabierzemy się tą samą taksówką do Al Dahar – starej części Hurghady. Oczywiście od razu uzgadniamy też cenę, targując się, jak na kraje arabskie przystało.

Taksówka jest specyficzna i egzotyczna – stare kombi, w którym w bagażniku dostawiono dodatkowe fotele, okna otwarte chyba raz na zawsze, a z wyglądu niezły złom. Dowozi nas pod wskazany adres, klucząc wąskimi uliczkami i pytając raz po raz o hotel Sea View, przy którym chcemy wysiąść. Niedaleko tego hotelu znajduje się inny (ze znalezieniem go taksówkarz miałby niewątpliwie jeszcze większy problem), w którym zaplanowaliśmy nocleg. Gdy wysiadamy taksówkarz chce nieco więcej pieniędzy za przejazd niż ustaliliśmy, naszą odmowę przyjmuje jednak z charakterystyczną dla swej nacji pogodą ducha. I teraz, i parokrotnie później w podobnych sytuacjach odnoszę wrażenie, iż tubylcy zawsze z zasady próbują naciągnąć turystę, ale brak powodzenia nie budzi w nich agresji i przyjmowany jest ze spokojem. Podobnie jest z wydawaniem reszty – nagminne jest wydawanie zbyt mało, jednak spokojna interwencja zawsze skutkuje.

Dochodzimy do hotelu Sea Waves, oprócz nas nie ma chyba innych gości, dostajemy pokój z łazienką, uzgadniamy cenę na 45 EGP/pokój 4-osobowy ze śniadaniem. Oczywiście cena wyjściowa była wyższa, a recepcjonista argumentował, że mają teraz „wysoki sezon” (w styczniu??!!). Zostajemy także zaproszeni na herbatę, którą pijemy na dachu z jednym z hotelarzy (do końca nie udało nam się dociec kto tam jest kim). Wszystko jest tak jak miało być – słońce, dach turystycznego hoteliku, a z niego widok na Morze Czerwone.

Idziemy na spacer – trochę brzegiem morza, trochę zapuszczając się w miasto. Nieopodal hotelu jest coś w rodzaju publicznej plaży, ale nieciekawej i przypominającej raczej klepisko. Samo miasto też nie jest ani specjalnie ładne, ani specjalnie ciekawe. To co piękne i ciekawe, kryje się tu – jak przekonaliśmy się pod koniec naszej podróży – nie na lądzie, ale pod wodą.