Już siedząc przy drodze zjedliśmy śniadanie i wzajemnie przygotowywaliśmy się na to, że czekając na jakiś transport możemy tu spędzić cały dzień, bez skutku.

Już siedząc przy drodze zjedliśmy śniadanie i wzajemnie przygotowywaliśmy się na to, że czekając na jakiś transport możemy tu spędzić cały dzień, bez skutku. W niedzielę mało kto wybierał się w taką daleką drogę jak podróż do Sludlianki. To prawie 400 km. Ale szczęście się do nas uśmiechnęło. Już około 10 zatrzymał się biały Nissan, którym kierował poznany przez nas wczoraj u Nicolaia mężczyzna. Żenia - przedstawił się.

W pierwszym momencie nie bardzo mi się to podobało, bo poprzedniego wieczoru sprawił na mnie wrażenie strasznego gbura, ale po krótkim czasie okazał się fantastycznym towarzyszem podróży. Był właścicielem Turbazy w górach Chmar Raban i pracownikiem służb ochrony przyrody w Dolinie Tunkińskiej, mającym naprawdę dużą wiedzę na temat przyrody i życia w regionie. On wreszcie odpowiedział nam na te wszystkie pytanie, która nasuwały się nam podczas podróży do Orlika, a na które odpowiedzi nie znajdzie się w przewodniku.

W pewnym momencie, kiedy przejeżdżaliśmy obok jednego ze świętych miejsc, Żenia zapytał, czy mamy jeszcze tą wódkę, którą wczoraj kupiliśmy. Zaproponowaliśmy mu myśląc, że chce się napić. Ale on nie przyjął poczęstunku - okazało się, że po prostu nie należy wieźć zamkniętej butelki wódki, bo bogowie mogą się obrazić a wtedy "maszyna budiet płocho jechat". Trzeba złożyć Bogom ofiarę...Żenia przestrzegał tego Buriackiego zwyczaju, chociaż sam przecież był Rosjaninem.

Podróż zabrała nam cały dzień – ponad 10 godzin jazdy, ale paradoksalnie byłam mniej zmęczona niż po podróży z Katowic nad morze...Fakt, że przez kilkaset kilometrów minęliśmy zaledwie kilka wiosek sprawia wrażenie, jakby pokonany dystans był kilkakrotnie krótszy. A poza tym, w miłym towarzystwie czas szybko upływa!