Następnym naszym celem była Nazca, a dokładniej jej tajemnicze linie położone na płaskowyżu.

Następnym naszym celem była Nazca, a dokładniej jej tajemnicze linie położone na płaskowyżu. Przedstawiają one różne rysunki, lecz ze względu na spore wymiary widoczne sąa tylko z góry. Wynajęliśmy więc samolot i całą trójką, wraz z pilotem, manewrowaliśmy w powietrzu tak, aby ze wszystkich stron oglądnąć najciekawsze z nich. Po 30 minutach lotu miałem już dość jakichkolwiek przechyłów i cieszyłem się, gdy wróciłem z powrotem na ziemię. Duże wrażenie zrobił na nas także
cmentarz sprzed 1400 lat, gdzie mogliśmy zobaczyć dobrze zachowane mumie.
Wieczorem pojechaliśmy na kolejny szalony rajd, tym razem bardziej przyziemny, a mianowicie szybko jeździliśmy motorowym wehikułem po pustynnych wydmach koło Iki, co dostarczyło nam wielu emocji (szczególnie strome zjazdy w dół). Próbowaliśmy także zjeżdzać o własnych siłach, stojąc na desce. Trochę to się różni od zimowego snowboardu i zaliczyliśmy kilka akrobatycznych wywrotek na piasku, ale zabawa była przednia.
Później dotarliśmy do Pisco, gdzie wypłynęliśmy na wyspy Ballestas na Pacyfiku, które są zamieszkane m.in. przez kolonie lwów morskich, pelikanów i kilka pingwinów. Ciekawostką jest, iż na wyspach tych eksploatuje się guano, czyli ptasie odchody, które Peru eksportuje - no i tak kręci się biznes odchodowo - dochodowy.
Lima się nam nie podobała. Odebrałem tylko z hotelu swój sprzęt wspinaczkowy, który miesiąc wcześniej przywiozła i zostawiła mi tutaj koleżanka Basia i ruszyliśmy dalej.
Dojechaliśmy do Huaraz, bazy wypadowej w śnieżne góry Kordyliery Blanki. Najpierw byliśmy na trekingu. Niestety nie ma żadnych map topograficznych wybranego przez nas terenu (rejon Huapi), tak więc ze śmieszną mapą turystyczną, ze zbyt ciężkimi plecakami, sporo błądziliśmy i nieźle naszukaliśmy się odpowiedniej grani czy przełęczy (najwyższa 5100 m n.p.m.). Przez 3 dni nie spotkaliśmy ani jednego człowieka, nawet tubylca. Niestety jest teraz pora deszczowa, więc moknęliśmy każdego dnia. Jednak otaczające nas piękne sześciotysięcznej wysokości ośnieżone górskie masywy dodawały uroku ciężkiemu marszowi.
Niestety po powrocie wraz z Sebastianem miałem problemy żołądkowe, dreszcze oraz gorączkę. Po 3 dniach poczuliśmy się już dobrze i nie chcąc tracić dobrej aklimatyzacji, wynajęliśmy przewodnika i ruszyliśmy atakować sześciotysięcznik Tocllaraju, jedną z nielicznych możliwych wyższych gór dla nie-profesjonalistów podczas pory deszczowej. Związani liną, w rakach i z czekanem w ręku już drugiego dnia wkroczyliśmy na lodowiec, gdzie rozbiliśmy obóz II. W nocy mieliśmy ruszać w stronę szczytu. To jednak my musieliśmy budzić przewodnika, który mimo idealnej pogody szukał pretekstu, aby nie ruszyć w górę. Rano wkurzeni zeszliśmy więc z powrotem prosto do agencji, a gdy tam nie chciano oddać nam pieniędzy, na policję. Policjanci wyrazili zainteresowanie sprawą i okazało się, że przewodnik nie miał odpowiednich uprawnień, doświadczenia i bał się góry. Sporządzono protokół, ściągnięto nam odciski palców i sprawę skierowano do sądu. To właśnie jest Peru, piękny kraj, lecz można zostać oszukanym na każdym kroku: na przejazdach, w sklepie, w restauracji, a nawet w agencjach.
Wcześniej w górach mieliśmy też mały wypadek, o którym wspomnę. Podczas gotowania kolacji, przez własną nieostrożność, w przedsionku namiotu wybuchła mi butla gazowa. Z Sebą szybko ugasiliśmy ogień, lecz drugi większy wybuch, odrzucił nas aż na tył namiotu, blokując wyjście ścianą ognia. Przez ten moment wewnątrz namiotu (myślę, że trwało to ok. 5 sekund), przeszły mi przez głowę setki myśli. Pamiętam, że szukałem noża, aby ciąć namiot, ale nagle, nie wiem jakim cudem, gdzieś koło ognia wyczołgałem się na zewnątrz, tak jak moi partnerzy. To nauczyło mnie zmieniać butle gazowe na zewnątrz! Poza przypalonami rzęsami i namiotem (nie spłonął, bo był mokry) na szczęście nikomu nic się nie stało.
Rozstałem się już ze znajomymi, którzy pojechali do Santiago, skąd lecą na naukę do Sydney. Ja kontynuuję swoją podróż na Alaskę, dziękując Dorocie i Sebastianowi za towarzystwo - powodzenia w Australii i do zobaczenia tam za 5 miesięcy.