Dotarłem do Arequipy, bardzo ładnego kolonialnego miasta.

Dotarłem do Arequipy, bardzo ładnego kolonialnego miasta. Tutaj umówiłem się z dwójką swoich znajomych, z którymi studiowałem na krakowskim AWF. Tak więc do Kanionu Colca, jednego z najgłębszych na świecie, pojechałem już z Dorotą i Sebastianem. Pierwszą noc spędziliśmy w namiotach na dnie kanionu. Następny dzień przyniósł nam wiele niesamowitych widoków – stromo pnących się ścian gór, nad którymi szybowały kondory. Po kilku godzinach marszu i kąpieli w rzece, przyszło nam wdrapać się z powrotem na szczyt, jakieś 1200 metrów w pionie. Brakło nam wody, ale ochłodą upalnej wspinaczki były słodkie owoce kaktusa.

Następnym naszym celem był wulkan Chachani, 6075m n.p.m. Znajomi niestety byli bez odpowiedniej aklimatyzacji i drugiego dnia musieli się wycofać. Ja natomiast trochę błądząc, w końcu dotarłem na szczyt swojego pierwszego sześciotysięcznika. Wracałem już mocno zmęczony.

Cuzco to pięknie położone miasto z licznymi, wąskimi, krętymi, biegnącymi w górę i w dół uliczkami. Jednak naganiacze potrafią zepsuć ten nastrój, nie zaznasz ani chwili spokoju. Na siłę chcą ci coś sprzedać, kłamią i zrobią wszystko, abyś tylko zapłacił. Jeden z nich, nie wiedząc co sprzedaje (pośrednik), wciskał nam kit o raftingu oferując spływ w górę rzeki, pod prąd! Inny natomiast na pytanie w języku polskim: "Czy macie musztardę?", nic nie zrozumiawszy, twierdząco przytakiwał głową i krzyczał "Si". Przynajmniej było wesoło.

Spotkaliśmy tutaj dwóch Polaków i razem udaliśmy się na rafting. Spływ pontonem na rzece Urubamba z progami klasy IV przysporzył nam nieco emocji. Pojechaliśmy również konno pozwiedzać okoliczne ruiny.

W związku ze zmianą rządowych przepisów, na zezwolenie na treking do Machu Picchu trzeba czekać kilka dni. Do tego jest drogo, mnóstwo ludzi (nie można iść indywidualnie) oraz jest pora deszczowa. Zdecydowaliśmy się więc na przejazd pociągiem. Potwierdzam opinie, iż Machu Picchu jest cudownym miejscem. W tym zaginionym w dżungli inkaskim mieście można spacerować godzinami, wspinając się również na okoliczne szczyty.
Na terenie ruin przeczekaliśmy wszystkie wycieczki i tuż przed zamknięciem byliśmy prawie jedynymi zwiedzającymi. Rozpływająca się mgła dodawała tajemniczości temu wspaniałemu miejscu.

Wracając odwiedziliśmy poznaną na raftingu Amerykankę, która pracuje tutaj jako wolontariuszka. Zaoferowała nam wspólny wyjazd do małych wiosek, gdzie pracowała z dziećmi. Tam przyglądaliśmy się zwyczajnemu, a dla nas bardzo ciekawemu, życiu potomków Inków. Dla dzieci zrobiliśmy muzyczno-sportowe przedstawienie, był to dla nich szok – nie wiedziały, jak zareagować. Z osłupienia wyrwałem je dopiero, jak niechcący wpadła mi do rzeki ich piłka i popłynęła z nurtem. Na szczęście wyłowiliśmy ją kilkaset metrów dalej.

Był z nami także miejscowy i widząc nasze zainteresowanie kulturą i życiem jego przodków, zaoferował nam wyjazd w prawdziwie odizolowane tereny. Nie było chwili zastanowienia, rozpoczęliśmy przygotowania.