Noc w autobusie z Salty do La Quiaca (przygraniczne miasto w Argentynie).
Noc w autobusie z Salty do La Quiaca (przygraniczne miasto w Argentynie). 55 ARS (ok. 39 PLN)- 03.06.2008

Zimnica na maxa! :) Na dworcu autobusowym przygranicznym “wieje” Boliwia :)! Dla nas - egzotyczne - kobiety, no i oplata za kibelek ;)! Bagazowy od autobusu tez wymeczyl jakas “monetite” ;)…

W La Quiaca do granicy jest bliziutko i graniczne punkty kontrolne sa obok siebie (nie jak miedzy Brazylia i Urugwajem - vide poprzednie posty :)). Bez zadnych problemow przekraczamy granice i udajemy sie na autobus do Tupiza (10 BOB, ok. 3.30 PLN).

Organizacyjne: tak jak Ewie w Brazylii nie dzialaly karty, tak mi w Boliwii nie dziala VISA Elektron. Pokazuje komunikat, ze niewlasciwy PIN… Nieco wyprzedzajac rzekne, ze w Uyuni, Potosi, Sucre tez nie dziala… :(

W Tupizie polecam kibelek - co za niespodzianka po schludnej - jednak - Argentynie ;)!

Czas nagli, wiec nie zostajemy w Tupizie, choc mozna stad ponoc jechac na salar, ale drozej niz z Uyuni, no i na konikach tez w oklicy pogalopowac mozna! :)

Autobus z Tupizy do Uyuni (50 BOB, ok. 17.50 PLN). W tej czesci Boliwii nie ma szos asfaltowych… Piach, przez pustynie, kurzawa taka, ze koniec. Jest!!! Prawda-li to!!! Zaraz kolo mnie, miejscowke wykupila koza!!! ;) No i podzera mi nogawke od czasu do czasu ;)!

Zmieniamy autobus po drodze, a dojezdzajac jedziemy korytem rzeki… Wyschnietej oczywiscie ;)!

Organizacyjne: bierzcie worki, by w nie wlozyc plecaki. My nasze otrzymalismy w kolorze piaskowym po zaladowaniu ich do “luku bagazowego” (lepiej na dach :))!

Wreszcie dobijamy do Uyuni (14.000 mieszkancow). Jest juz pozno… Mnostwo straganow z naprawde ladnymi rzeczami: glownie czapy (15 BOB, ok. 5 PLN), rekawiczki (10-20 BOB, ok. 3.50-7 PLN), skarpety (15-20 BOB, ok. 3-7PLN), sliczne swetry (55-65 BOB, ok. 18-22 PLN).

Lokujemy sie w Alojamiento za 20 BOB / os. (ok. 7 PLN). Pokoj syfny: 2 wyra, stol, wieszak, no i chyba krzeslo… Zaskakujaco - posciele wydaja sie czyste… Niewazne: i tak spimy w spiworach, bo ziiimnoo!!! ;)

Wczesniej jednak wypytujemy o agencje podrozy, ktore organizuja wycieczki na salar. Jest wiele wariantow. My sie zdecydowalismy na trzy dni. Ceny od 65-90 USD. Nasz koszt to 75 USD. Mysle, ze 80-85 USD to norma. Trudno - nie da sie stopa na salar zlapac ;) - wspieramy przemysl turystyczny Boliwii! Pol placimy tegoz dnia, druga polowe jutro przed wyjazdem o 10.30!

Szybko spac, bo zimno! ;)

Uyuni. Alojamiento 20 BOB (ok. 7 PLN) / os. - 04.06.2008

Przed wycieczka mamy jeszcze kilka spraw do zalatwienia, ale - co wazne - jest tanio! :) Nie klamali ;)!

Sandwich z kurczakiem - 5 BOB (ok. 1.60 PLN)

Woda 2l - 5-6 BOB (ok. 2 PLN - nie tak tanio ;))

Ewa kupuje sliczny sweterek, a ja pozbywajac sie nieco wagi z plecaka za trzy koszulki (dziekuje VWP za darmowki) staje sie posiadaczem czapy, ktora to niby na poczatku miala byc pochodzenia boliwijskiego, zas pani zmienila zdanie, ze jednak z Peru, a po zakupie: “made in china” ;)! Ale z ladna podszewka ;)! Rekawiczki 10=>8 BOB (ok. 3 PLN).

Pod biuro agencji podjezdza jeep, ladujemy plecaki na dach i ruszamy! Jak sie pozniej okazalo, mielismy duzo szczescia, bo bardzo sympatyczni trafili nam sie towarzysze podrozy: starsi panstwo ze Szwajcarii (inz. ;) Alfredo i Helena), Szkot Neil o nazwisku calkiem nie szkockim (inz. ;) - wliczajac Ewe, juz trzeci! Ferguson) oraz - z nazwiska tylko - kolejny reprezentant krajow nordyckich (Osmundsen) - Asher z Wielkiej Brytanii, ktory mial pokrywajace sie z moimi zainteresowania: kung fu (ale tai-chi), gra na gitarze i nagrywanie muzy na kompie! Coz za mily zbieg okolicznosci! A na dodatek Alfredo to mistrz Aikido z 40-letnim doswiadczeniem! ;) A Helena, to nawet Vipassane znala! :)

Que lindo! ;) (”jak ladnie” ;))!

Dioni, nasz szofer i nobilitowany kucharz (bo tak naprawde, to panie gotuja, a nie kierowcy, oni tylko podaja strawe) zabral nas na cmentarzysko lokomotyw. Duzo zardzewialego zelastwa, jak glosil napis: “potrzebujacego mechanika z doswiadczeniem ;)”!

Zasadniczo cenie mocno luksus podrozowania samemu, gdzie nikt nie popedza i mozna “tak your time” :)…

Wiekszosc agencji turystycznych organizuje identyczne trasy wycieczek.

Zwiedzanie jest ekspresowe: 10-15 minut na fotki i wio dalej ;)!

Po rzeczonych 15-u minutach udajemy sie do wiochy, gdzie sie wyrabia duperele z soli, a takze do pobliskiego hotelu z soli & “muzeum” (szumnie nazwane), gdzie wstepnym jest zakup czegos ze sklepu…

No i glowna atrakcja naszej wycieczki, najwieksza Boliwii, jedna z najwazniejszych w calej Ameryce Poludniowej - Salar de Uyuni - najwiekszy na swiecie - 12.000 km2!!! Zaskakujaco wyglada lepiej na zdjeciach niz w rzeczywistosci! ;) Przystanek na Isla Inca Huasi, pelnej kaktusow (15 BOB, ok. 5 PLN), na srodku salara. Mozna sie wspiac na szczyt gorki i podziwiac salar-panoramix 360 stopni :)! Luksus jest: kibelek wliczony w cene biletu ;)! Milutki obiadek z lamy, na kamiennych stolach, na swierzym - milusi! ;)

Standardowym bajerem jest trzaskanie fotek mirazowych - jak sie uda wrzucic - zapraszamy do galerii! :)

Ogolnie warto - naprawde robi wrazenie!

Stamtad jadziem do San Juan de Rosario, gdzie mozna zwiedzic cmentarz za 5 BOB, ale bylo juz pozno i ciemnawo, przestaszylismy sie nie skusilismy sie ;)!

W cene wycieczki wliczony jest transport, spanie i jedzenie.

W oczekiwaniu na kolacje Asher wyciaga szachy i gram… 2h… Bylo blisko, alem zmoczyl… Ciesza mnie jednak slowa uznania ze strony zwyciescy, no i chyba nie wstyd przegrac z kims, kto wozi po calej Ameryce Poludniowej szachy ze soba, co?! ;) A “odwrotna wiktoria” zasluzona dzieki tatowej nauce: “kazda figura musi byc chroniona inna” ;)! Dzieki! :)

Hotelik jest zaskakujacy - prawdziwy z soli! Wyrka, stoly, tylko sedes nie ;)!

San Juan (ok. 3.800 m n.p.m.). Wycieczka - 05.06.2008

Dajemy po sniadanku na Laguna Cañapa i pol-aktywny wulkan Ollague (cos tam sie z niego dymi ;)).

Przy wstepie do Parku Eduardo Avarez (?) wykasowuja nas po 30 BOB (ok. 10 PLN), nie wliczonych w cene wycieczki. Bilet nalezy zatrzymac do dnia kolejnego.

Kolejna atrakcja wycieczki sa flamingi! Po drodze skanujemy kilka jeziorek. Do flamingow daleko, ale czego nie robi dobry zoom ;)!

Wienczy dzien (o ile dobrze pamietam) tzw. Arbol de piedra (”drzewo z kamienia”) - taka skala co to ma wiecej na gorze, niz na dole (w przeciwienstwie do pozostalych ;)).

Dobijamy do “refugio”, ale nie takiego jak w gorach, tylko zwyklej chaty na pustyni. Ma byc w nocy -20 st. Brrr…

Jeszcze przed zachodem slonca Asher prowadzi mini-trening tai-chi i wzajemnie sie nakrecamy, jakie to kug-fu jest bombowe ;)!

Czegoz to nie robi jedna flaszka rumu przezornie - na zimno - zakupiona w Uyuni (25 BOB, ok. 8.50 PLN)! Od razu wszyscy (6 osob!) sie rozgadali, Asher zaczal wszelkie bajery fizyczne demonstrowac, Alfredo jakowes Aikido-obrotasy, Helena - Zrodla Wiecznej Mlodosci, ale najsmieszniejszy byl Neil, gdy “zasnal”, jak mielismy “lewitowac” Helene. Jak sie mowi: “smiechu bylo, co nie miara (?)”! :))

Podsumowujac: 5 na 6 osob mialo cos wspolnego ze sztukami walk (wliczajac nas - sie wie)! :)

“Refugio” (4.110 m n.p.m.). Wycieczka - 06.06.2008

Mialo byc mega zimno, a wcale nie bylo tak zle! :) Nawet sie trzeba bylo z “klamotow”nieco rozplaszczyc! ;)

Mimo to nie spalo sie dobrze… W nocy sie budzimy, juz sie wydaje, ze rano, a tu 2 am… Ciezko zasnac… Pamietac trzeba, ze spalismy na ponad 4.000m!

Pobudka o 5.00-5.20 i bez sniadania, do lodowatego auta i w droge!

Jak bedziecie kupowac wycieczke upewnijcie sie, ze auto ma sprawne ogrzewanie (i najlepiej klime na dzien) :)!

Jedziemy ogladac buchajace gejzery… Wszyscy “kopnieci” po ciezkiej nocy, sniedzi siara i zimno jak cholera! Ludziska skacza przez sztucznie zrobiony gejzer, z ktorego oczywiscie najwieksza para bucha.

Zas do Laguna Verde i kolejnego wulkanu - Licacahur (nie tak malowniczy jak poprzedni). Chyba jednak - moze ze wzgledu na pore roku - nie zachwycily nas tak bardzo…

“Highlightem” tego dnia byla jednak kapiel w wodach termalnych: na dworze ok. zera, a w wodzie cieplutko! No i mozna sie nieco obmyc po spartanskich warunkach w ciagu ostatnich kilku dni ;)! Sniadanko w budyneczku - mniam mniam :)!

Teraz juz tylko 7h do Uyuni…

Po drodze jeszcze jednak atrakcja na pozegnanie: Pustynia Salvadora “Daly” (naprawde tak napisali ;) - kamloty na pustyni ;)!

Podsumowujac: chyba lepiej - ze wzgledu na telepanie sie w jeepie zbyt meczace - wziac wycieczke na 2 dni, a wykapac sie kolo Potosi w cieplych zrodlach, jesli tak akurat marszruta wyda :)!

Powrot do Uyuni. Jestesmy przemeczeni, autobus wlasnie uciekl (powrot ok. 17:30, autobus do Potosi o 18:00), nie chce nam sie siedziec kolejnych godzin w srodku lokomocji, no i ciepla woda pod prysznicem kusi ;). Zostajemy na noc w Uyuni (3.700 m n.p.m.) - cieply prysznic! :)))
07.06.2008 (sob.)

Uyuni. Hotel “Sajama”. 55 BOB / 2 os. (ok. 18 PLN)

Brrr… W lazience lod na umywalce ;!

Udajemy sie autobusem za 15 BOB (ok. 5 PLN) do Potosi. Wyruszamy o 9:50 (mialo byc o 9:30). Podroz trwa ok. 7,5 godzin. Mam juz serdecznie dosc uciskania siedzenia i nie konczacej sie trzesiaczki - droga szutrowa…

W sumie wyjechalismy z Salty o polnocy prawie piec dni temu. Nastepnego dnia dobilismy do Uyuni, po drodze na krotko zatrzymujac sie w La Quiaca (Argentyna) i Villazon (Boliwia). Zas do Tupizy i Uyuni. Nastepnie 3 dni prawie bez przerwy jezdzilismy jeepem po salarze m.in. Dosc… Koka nie pomaga… Czuje sie “a little bit dizzy”…

Mimo to, Potosi wydaje sie czarujace.

Zaczynamy od lokalnego przysmaku: kurczecia z patas (takie nasze “pyry”) ;) (11 BOB, ok. 3.5 PLN).

Zahaczamy tez o informacje turystyczna no i m.in. nas przestrzegaja… Bedziemy miec sie na bacznosci.

Udaje sie tez wejsc do kosciola Sw. Franciszka, bo akurat w soboty sa sluby, no i za darmo ;)!

Umieram… Na dzis koniec… Totalny zmulec… Choroba wysokosciowa. Do lozka i spac… :-I…

Potosi. Alojamiento “La Paz” (Calle Oruro). 20 BOB / os. (ok. 7 PLN)- 08.06.2008

Ojej… Ta noc byla ciezka… Wcale nie przez jakies alkoholowe ekscesy, tylko najprawdopodobniej przez wysokosc i moze jakowes zatrucie… Jak sie zasypialo, bylo zimno. W nocy x razy zmiana garderoby (ogolnie spanie w spiworze pod 2 kocami i narzuta ;)). Raz goraco, raz zimno… To do kibelka, to trzeba sie podniesc na chwile, by sie w brzusiu ulozylo… Wyro trzeszczy za kazdym “sie-przelozeniem”, a bylo ich chyba tysiace… No i niestety… Jeden ostrzegawczy beczek poszedl i zoladek wyrzucil kurcze z patas… Rzadko sie to zdarza, ale co poradzic… W koncu Potosi to najwyzej na swiecie polozone miasto - powyzej 4.000 m n.p.m….

Nie zwazajac zbytnio na niedobory snu (uwazam, ze nie ma sie co poddawac chorobie wysokosciowej, tylko dzialac tyle, ile wlezie - takie podejscie sie sprawdzilo na treku w Andach, w Chile ;)) udajemy sie do Museo de la Moneda (20 BOB, ok. 7 PLN). Wiadomo, ze wstepy do obiektow turystycznych sa zawsze drozsze dla obcokrajowcow, ale coz… Za fotografowanie wnetrz, badz filmowanie zycza sobie jeszce ze 20 BOB (boliwiany sa to ;)). Nawet przewodnika daja, co to czerstwymi tekstami rzuca pewnie przy kazdym oprowadzaniu (np. ze w towarzystwie tak pieknych dam, kiepsko po angielsku posuwa, ale ja i tak nie wierze, ze bez pan lepiej mowi, bo akcent mial zalosny ;)). Samo muzeum jednak calkiem, calkiem, gdyby nie zwarzyc na fakt, ze podobnie jak na salarach wciaz popedzaja… Sa i prasy do robienia siana, monety, nawet kilka obrazow, makabryczne mumie dzieci, troche innego zelastwa :)…

Jak to w takiej metropolii byc moglo, spotkalismy pare Szwajcarow, z ktorymi wycieczkowalim sie z Uyuni :)!

Kolejnym punktem programu sa kopalnie srebra - Cerro Rico, z ktorych slynie / slynelo Potosi. Ponoc swego czasu mialo wiecej mieszkancow, niz Paryz i Londyn (Potosi mialo ok. 160.000 mieszkancow, a pozostale dwa miasta ok. 60.000 i 100.000 mieszkancow). Nie bierzemy wycieczki za ok. 60 BOB (ok. 20 PLN), tylko autobusik za 1,20 BOB. Dowozi nas do kopalni. Dzis niedziela, co oznacza, ze malo gornikow na miejscu. Znajdujmy jednak jakiego weterana z 29-letnim doswiadczeniem, ktory nas oprowadza do wlosciach. Wyglada na duzy balagan… Ciekawe sa tablice informacyjne promujace troske o wspolpracownika, jakby mu sie umrzec mialo… Niestety… Nie wchodzimy do srodka, nie chcac sie umrusac za bardzo. Tio, czyli ichniego diabla, tez sobie darujemy, bo nie dosc, ze trzeba pono dwie msze dralowac, to “zlym” jakowyms czci oddawac nie chcemy ;)! Dziadzio sympatyczny oprowadza nas za 10 BOB (ok. 3 PLN), po drodze robiac flache z pobratyncami na kolejce wozacej surowce. Ogolnie smutno to wyglada… Kobiety z dziecmi gdzie niegdzie (?) przerzucaja… Cos?! Nie wiem, co to: srebro pewnikiem nie… Salwujemy sie busikiem do miasta (3 km).

Czuje sie wieeele lepiej… Serdeczne dzieki Ewie za opieke nade mna podczas nocnych rewolucji :)!

Szwedamy sie po tym slicznym miescie, gdzie naprawde czuc, ze jestesmy w Ameryce Poludniowej. Argentyna przy Boliwii, to zupelna Europa ;)!

Zycie toczy sie na ulicy, kobiety chodza w sukniach, rajstopach, getrach, kocach (mnostwo :) !) i trzewikach (a w nocy meeega zimno bywa), a takze w kapaluszach kultowych! Maja piekne czarne wlosy, zwiazane w dwa warkocze, na koncach ktorych dyndaja ozdobki :)! Maja raczej szerokie tylki (choc moze to od warstw sukni) i chudziutkie nozki ;)! Dzielne sa i troche mi ich zal: popylaja z dzieciaczkami na plerach i siatami wielgachnymi, kolorowymi na maxa :)!

Ludziska zuja liscie koki (my tez, bo pomaga na chorobe wysokosciowa).

Potosi jest naprawde ladne: wiele tu kosciolow z charakterystycznymi dzwonnicami w murach, placow, uroczych uliczek. Niestety nie wiadomo za bardzo, kiedy sa koscioly otwarte, ani kiedy sa msze… Katedra w remoncie… :( Udajemy sie za 15 BOB (ok. 5 PLN) do Sucre. Tym razem droga jest boska - asfalcik i tylko 3 h! :) Nie trzesie - jak blogo… Mniej wiecej godzine przez Sucre napada nas tona przekupek szturmujacych autobus, oferujacych mnostwo przysmakow (np. chicle con queso) po przystepnych cenach (np. 1 BOB, ok. 0.30 PLN).

W Sucre ewakuujemy sie z autobusu przed dworcem, idac za glosem rozsadku i ostrzezeniami Wolfganga, by nie brac taksowek z dworca, bo okradaja. Kilka “kwadr” dalej (jedna ma ok. 124m dlugosci) ladujemy u naszego niemieckiego hosta. Super sympatycznie (prawie jak zawsze) i ny-ny :)! Jak zwykle: Polska przegrala… Tym razem 2:0. I to z Niemcami, czyli rodakami naszego hosta…

Sucre. Wolfgang - 10.06.2008

Czesc dalsza dentysty… Polecam;):
Dr. Alvaro Bravo
Bolivar ·402
Telf. 6421277
[email protected]

Wolf pokazuje nam 1.200m2 dom… Bajka… Moze kiedys :)… Dawniej domy w kwadrch rozciagly sie od jednej ulicy, do drugiej.
Dom byl podzielony na kilka czesci, kilka tarasow o roznych funkcjach: ubojnia, ogrod, relaks…

Ewa kupuje bilet na 06.08.2008 do Madrytu, z Limy.

W ramach ogolnych protestow, nawet “mercado” nam zamykaja i nie mamy sie gdzie posilic…

W Sucre w zwiazku z ogolnym niezadowoleniem odbywa sie pokojowa demonstracja, ale strajki - blokady drog - trwaja wciaz…
Trudno przewidziec, jaki bedzie rozwoj sytuacji…

Koscioly sa otwarte ok. 7 ranp i ok. 19 na msze…
Naprawde odczuwa sie, ze maja swe lata…
Nieco w hiszpanskim stylu, z mnostwem krwi prezentujac Pasje…

Udajemy sie na przedstawienie folklorystyczno-taneczne: “Origenes” (we wtorki dla studentow dwoch - 85 BOB, ok. 15 PLN / os.).
Glowna “macherka” jest partnerka naszego gospodarza - Ampara.
Super!!! Polecamy! Wszystko mega profesjonalnie: taniec, dzwiek, muzyka, swiatlo, lokal :)))!
Drinki 15 BOB (ok. 5 PLN): pisco saure i chuflay ;)!

Sucre. Wolfgang - 11.06.2008

Kolejny dzien organizacyjny: zalatwianie formalnosci z ubezpieczeniem zabka, poczta, internet (slabo tu chodzi) i nieco zwiedzania!

Sucre. Wolfgang - 12.06.2008

Dzis pobudka o 6.00 i wreszcie sie nieco wyrywamy z miasta!
Udajemy sie na dworzec Yurac Yurac (”bialy bialy”) autobusem nr 1 (1 BOB, ok. 0.30 PLN).
Stamtad mialy jechac - wg info na informacji turyst. - autobusy / “camiones” (ciezarowki) do Chataquila - kaplicy polozonej w poblizu Sucre, z z trasa wypadowa na treki.
Fakt: transport byl, tylko musielim 2,5h czekac na odjazd - pojechalim ok. 10.30 ;) (6 BOB. ok. 2 PLN).

Kaplica taka sobie, obok “schron” dla pielgrzymow.
Nalezy zaznaczyc, ze ze wzgledu na ogolne zlodziejstwo, w Boliwii wszystko zamykaja (a w szczegolnosci koscioly)…
Ciekawym jest, ze na skalach za kaplica sa miejca kultu Indian - male oltarzyki…

Okolica jest natomiast nieprawdopodobna widokowo!!! W ciagu dwoch dni widzielismy skaly kolorow: zielonego, zoltego, brazowego, fioletowego, czerwonego i wiele innych!

Udajemy sie do miejsc, gdzie sa petroglify: Incamachay i Pumamachay. Ciekawe sa tylko Incamachay (malowidla pod swego rodzaju “daszkiem” kamiennym, ponoc 2.500 lat maja).
W Pumamachay pojawil sie nie wiadomo skad autochton i za otwarcie kraty, chcial 10 BOB (ok. 3 PLN).
Nalezy zaznaczyc, ze widac dokladnie tyle samo zza kraty, jak i bedac w srodku. Na dodatkek, bez WLASNEJ latarki nic sie nie zobaczy,a “straznik” takowa nie dysponowal…

W czasie naszych wedrowek napotkalismy tez inne malo przyjemne standardowe zjawisko, ze dzieci bezpardonowa, nawet nie prosza o slodycie (”dame pastilla”), tylko uzywaj trybu rozkazujacego…
Ludnosc wiejska natomiast dorosla, zyczy sobie pieniazki za foto…

Z malowidel poszlismy “skrotem” wzdluz rzeki, oczywiscie gubiac sie nieco i wiszac na prawie pionowych skalach… ;)
No coz, moze taki dowcip “straznika”, ktory nam wskazal ten skrot, za kare, ze nie chcielim dac drobnych i musial dralowac do chalupy po “cambio” (reszte)… ;)

Ale ostatecznie dotarlismy po ciemku do Chuanca, gdzie o dziwo byly swa sklepy i rozbilim sie przy Centrum Turystycznym.

Nalezy pamietac, ze trudno o obiektywny czas trekow… Nasze czasy raczej byly ponizej sredniej - moze przez bladzenie… ;)
Wspomniec tez nalezy, ze dorga w pewnym momencie po prostu sie oberwala…

Chuanaca. Namiot - 12.06.2008 .

Z Chuanaca udajemy sie do MArague, po drodze przechodzac bosymi stopami 20m lodowatej wody.
Wszystko jednakl wynagradzaja przepiekne widoki!
Mijamy wiesniakow, ich proste chaty, zwierzeta… Jest to rejon znany z przedzenia i wyrobow rzemislniczych tekstylnych.
Mozna zawitac do pierwszej lepszej chaty i jak sie zna quechua zagadac, czy nei maja czegos na sprzedaz ;)!

“Camiony” jezdza o nie wiadomo ktorych godzinach, ale raczej ok. 12-14 np. z Quila Quila i takze Chuanaca ponoc…

My po dotarciu do Maraguw i obejsciu calej wiochy, ktora z folderu wygladala bardziej interesujaco niz La Paz, stwierdzilismy, ze nic tu nie ma…
Sklep za 2h MOZE otwieraja i na transport do Sucre musielibysmy do jutra czekac…

Napatoczyl sie jednak jakowys jeep z turystami z Quebecku i dogadalim sie, ze nas zabiora do Sucre! Hurra! :)))
Po drodze fajne “miradory”, wizyta w chacie tkaczki i slady dinozaurow ;)!

W Sucre na mniam-ryneczku tojoria - kleic podobny do ryzowego i api - slodyczy mnostwo, ale poprawilim konkretem ;)!
Czasam nie wie sie, co sie zamawia. Gdy kosztuje to 10 BOB (3 PLN) na dwie osoby, jakos sie czlek nieglowi za bardzo… Najwyzej bedzie na zas! ;)

Sucre. Wolfgang - 14.06.2008

Wizyta na Recolecie, skad sie roztacza piekny widok na miasto.
Dzis chcemy wydostac sie z Sucre do La Paz (70 BOB, ok. 23 PLN), bo blokadami drog bardzo strasza… ;)

Btw: ponoc sa polscy ksieza w kosciele sw. Franciszka!

La Paz. Residencial M…? ;) (ul. Chuquisaca oraz Av. Pando) 40 BOB / 2 os. (ok. 13.50 PLN) - 15.06.2008

La Paz przywital nas jednym z lepszych wschodow slonca, jakie kiedykolwiek mialam okazje ogladac. Niebo na poczatku bylo w paski czerwono, fioletowo, niebieskie, zeby po chwili zaplonac zywym ogniem. Niesamowity widok ognia wylaniajacego sie zza gor. Samo miasto rowniez robi wrazenie. Jako najwyzej na swiecie polozona stolica (3.660 m n.p.m.) znajduje sie wsrod pieknych gor. Domy wznosza sie na ich zboczach i z daleka wyglada to naprawde malowniczo!

Na dworcu przyszedl czas na jedzonko. Dobilismy sie do straganu jednej z licznych bolivianskich kobiet serwujacych swoje sniadanka. Buleczka z mieskiem i gorace cacao, czy kawka - jak kto woli - (5 BOB, ok. 1.70 PLN). Z dworca (ostrzezeni wczesniej przez kobitke z kiosku, zeby z nikim nie rozmawiac tylko isc przez siebie) udalismy sie na poszukiwanie miejsca do spania. A po drodze do kosciolka na express-msze, z radosnymi spiewami o 8:00! J

Znalezlimy bliziutko centrum maly hotelik (Residencial) i udalam sie na godzinna drzemke.Wybylismy sie na miasto o 11. Szwedalismy sie po marketach nie odmawiajac sobie tutejszych specjalow. Polecamy comedory na Placu Alonso de Mendoza! J Weszlislismy tez do tutejszego Muzeum Koki (10 BOB, ok. 3 PLN). Miesci sie w malym lokalu. Mozna kupic rowniec karmelki z koki (polecam) w cenie 1 BOB (ok. 30 gr.) za sztuke. Niewielkie muzeum, ale duzo tresci. Mi sie podobalo!MW: Mercado Negro skusil Ewe spodniami bomba i takaz sama bluza ;)!Wieczorem dobilismy do kina na placu glownym - Indiana Jones IV! (10 BOB za osote, inne kina – nowsze – kosztuja 20-25 BOB). Zalapalismy sie jeszcze na koncowke Ironman. O 23 wracalismy do domu z dusza na ramieniu osiagajac szybkosc, ktora pozazdroscilby nam Korzeniowski. No bo tu niebezpiecznie…

MW: Nalezy pamietac, ze w La Paz zakonczyli swoja wyprawe LosWiaheros, po tym, jak ich brutalnie napdnieto (dlatego w ogole omijalim taksowki)…

La Paz. Residencial M…? ;) (ul. Chuquisaca oraz Av. Pando) 40 BOB / 2 os. (ok. 13.50 PLN) - 16.06.2008

Rano sniadanko w jednym z comedorow. Kawunie, ktora robia mieszajac przygotowana wczesniej esensje kawy, wody i mleka skondensowanego w proporcji 1:2:4, tak ze syci :). Juz nie dziwi nas wcale, ze pani ze straganu naklada szynke brudnymi rekami. Z obiadami robia tak samo. Arroz?? i juz dlon pani zanurza sie w garnku, by wydobyc z niego garsc ryzu, ktory od razu laduje na talerzu, a za nim salatka (tez rekoma) i co tam jeszcze byc moze.

MW: Probujemy odnalezc targ rzeczy uzywanych (Barrio Chino), ale okazuje sie, ze funkcjonuje tylko po poludniu i nasze lazenie na marne…

Odwiedzamy informacje turystyczna, ale pani za biurkiem nie bardzo potrafi udzielic nam informacji na temat tego, co ciekawego mozna zobaczyc w La Paz - troche to smutne… Wspinamy sie wiec na pobliski mirador… Przy koncu okazuje sie, ze przejscia nie ma, bo budowa trwa. Przy budowie kobiety z mezczyznami na rowni, taczki w dlon i zasuwaja (i to w tych swoich spodnicach rozlozystych!).

Wracamy do centrum szukajac mozliwie najtanszej oferty na wycieczke rowerowa na “Najniebezpieczniejszej Drodze Swiata!”. Troche sceptyczni, bo komercja straszliwa, ale jakas adrenalina w koncu! Ceny wahaja sie od 80 dolarow do ok. 40 - w zaleznosci od standardu roweru (260-440 BOB). My tam na rowerach swietnie sobie radzimy, wiec wybieramy opcje najtansza w firmie Astrid :)!

Cena obejmuje rozne cuda nie-widy jak: koszulki, plyty CD ze zdjeciami, obiad w hotelu w Coroico (z basenem) itp. Chcemy wynegocjowac nizsza cene zapewniajac, ze te zbytki nie sa nam potrzebne, ale niestety pakiet to pakiet. Na czyms zarabiac musza. Ale opuszczaja nieco cene (mamy w koncu w naszej ekipie najlepszego negocjatora ;)) i “suma sumarow” kupujemy wycieczke za 260 BOB (87 PLN).

Po takich ciezkich negocjacjach czas oczywiscie na zasluzony obiadek. Ladujemy po raz kolejny w ulubionym comedorze i upolowawszy w koncu wolne krzeselka delektujemy sie dwudaniowym daniem gigantem. I to wsystko za 6 BOB (ok. 2 PLN).

Jakos tak troche nam nudno w tym La Paz. Wchodzimy do Muzeum Instrumentow Muzycznych. Posiada kilka sal i automatyczne swiatla, o czym z duma informuje nas pani od biletow ;). Bogata ekspozycja, ale najwazniejsze, ze na niektorych z instrumentow widnieje napis “Se puede tocar”. No wiec plumkamy ile wlezie! J Nie przeszkadza mi wcale, ze nie potrafie grac na zadnym z nich. Jest bomba! Cymbaly i perkusja i jakies inne stwory :)!Po drodze na rynek natykamy sie na Muzeum Etnograficzne (gratis). Trzeba przyznac, ze naprawde dobrze zrobione. W kilku salach widnieja wystawy tekstylow, strojow do tancow rytualnych, masek, monet, pioropuszy (!), a nawet wystawa zdjec ziemniakow :)! (w Boliwi maja przynajmniej 200 roznych odmian ziemniakow!).MW: Organizacyjnie – ceny (1 BOB = ok. 30 gr.):

Susz – 1 BOB

Ciacha: 1.5-3 BOB

Kawa: 2.5 BOB

Bula: 1-2 BOB

Sok “completo” (¡!): 3 BOB

I-net: 2 BOB

La Paz. Residencial M…? ;) (ul. Chuquisaca oraz Av. Pando) 20 BOB / 2 os. (ok. 7 PLN) – znizka ;)! - 17.06.2008

Death Road ;)!

Pobudka z rana, i o 7:00 jestesmy odbierami przez minibus spod naszego hotelu. Wioza nas na sniadanko, gdzie spotykamy pare Holendrow i goscia z Izraela (duzo ich w calej Ameryce Poludniowej), ktorzy razem z nami beda robic wycieczke rowerowa.

O 8:00 wybywamy z La Paz. Godzine pozniej wysiadamy z busu na wysokosci 4.700 m n.p.m, aby dosiasc naszych rowerow i pognac w dol. Oczywiscie chwile trwa zanim zalozymy stroje, sprawdzimy i dopasujemy rowery i zrobimy zdjecia.

W koncu ruszamy. Przez pierwsze 20 min. droga jest asfaltowa i musze przyznac, ze mozna naprawde bardzo sie rozpedzic, a troche strach, bo hamulcom ufac do konca nie mozna. Kazdy zjezdza w dol wedlug wlasnych mozliwosci, ale nie mozna wyprxzedzac przewdnika L… Dalej zaczyna sie tzw. “ripio”, czyli piasko-zuzel. W miare przyzwyczajania sie do roweru pewnosc siebie rosnie. Smigamy na dol. Po prawej stronie caly czas mamy przepasc, a droga ma szerokosc 3-4 metrow. Widoczki przepiekne, bo juz tutaj zaczyna sie roslinnosc rodem z dzungli. Zielono, wilgotno i cieplo. Kilka przerw po drodze, zeby obejrzec krzyze z nazwiskami ludzi, ktorzy z tej drogi nie wrocili. Mowia ze rocznie ginelo tutaj 100 osob w wypadkach samochodowych. Od kiedy zamknieto ta droge 2 lata temu, srednia oczywiscie zmalala. Jedziemy sobie bardzo przyjemnie w dol. No i oczywiscie bez przygod sie nie obylo, bo napatoczyl sie jakis samochod jadacy powolutku przed nami. Chcialam go wyminac, ale nagle stanal, no a hamulec - jak juz mowilam - kiepski. Wslizgnelam sie pod samochod, robiac fikolka po drodze, w polowie ktorego znajoma dlon podniosla mnie na nogi. Co za refleks! ;) Na szczescie wiecej nerwow, niz szkod. Jedziemy dalej, az droga konczy sie na 1.200 m n.p.m., czyli przejechalismy w pionie mierzac 3.500 metrow :)! Oczywiscie nie jest to najniebezpieczniejsza droga swiata. Ochrzchona zostala tym tytulem z powodu liczby wypadkow jakie mialy tutaj miejsce, a na to z kolei mial wplyw bardzo duzy (niegdys) ruch (tak dla sprostowania ;)).Dowiezli nas do hotelu, gdzie pierwsze co zrobilismy to skok do basenu – brrrr ;)! O dziwo tutaj zaledwie 100 km od La Paz, piekne slonce, palmy, az pomyslelismy, ze normalnie Brazylia! Troche w basenie, a dalej pierwszy od dawna naprawde cieply i dluuuugi prysznic. I woda sie nie konczy! I prad nie kopie! Szalenstwo! Niech to trwa! ;) Mycie, pranie, szorowanie i “nowki-sztuki” zasiadamy do obiadku. Szwedzki stol, tak ze salatek dla innych za duzo nie zostalo ;)!Podroz z powrotem juz mniej ekscytujaca, choc podazamy ta sama droga, tyle ze w aucie. Przynajmniej zdjecia mozna zrobic. Po drodze samochod sie psuje - pasek klinowy peka - cokolwiek to znaczy. Dla mnie - laika samochodowego - tyle tylko, ze ciezko bedzie jechac dalej. Spedzamy ok. 40 minut czekajac, az kierowca upora sie z problemem. Uporal sie. Dojezdzamu ok. 19 do La Paz i jeszcze odbieramy obiecane koszulki i plyty CD.

MW: bede troche niemily oraz nie bede rekomendowal tej agencji turystycznej – Astrid, a to dlatego, ze nie wspomnieli, ze cd i koszulki trzeba odebrac w biurze, najlepiej dnia nastepnego… Moga przeciez wypalic plytki, jak jemy obiad, nie?! ;) Powinni tez nas odwiezc do domu, a po wizycie w biurze firmy, gdzie musielim odebrac nalezne nam klunkry (bo nastepnego dnia wyjezdzalim wczesnie rano), ulotnil sie transport i musielim z buta gnac do residenciala (po drodze bedac swiadkami, jak tubylec obcokrajowcowi wyrywa siate i myk! w nogi…). Podsumowujac – niebezpiecznie sie szwedac po ciemku I glupio by bylo, gdyby nam sie cos stalo wracjac z tak “znakomitej” wycieczki…

La Paz. Residencial M…? ;) (ul. Chuquisaca oraz Av. Pando) 20 BOB / 2 os. (ok. 7 PLN) – znizka ;)!

Raniutko pobudka po raz kolejny. Udalo nam sie zlapac od razu colectivo na Cementerio (cmetrzach w La Paz, w poblizu ktorego odjezdzaja autobusy do roznych miejsc Boliwii) i dalej autobus do Copacabana (15 BOB / os., ok. 3 PLN), tak ze o 7:00 siedzielismy juz spokojnie w swoich siedzeniach w busie. Na miejscu wyladowalismy ok. 10:00. Szybki rekonesans pobliskich residencjali i hoteli, i po zostawieniu czesci bagazy w Hostelu de la Luna w Copacabana udajemy sie pieszo w kierunku Yampupata.

MW: Droga wiedzie przez wies boliwianska i ciekawie obserwowac ludís przy ich codziennych zajeciach. Po drodze mija sie jakies groty i sa tez inne zabytki nie zaznaczone drogowskazami jednak… Najladniejsze sa jednak gipsy na jeziorze. Jedna z nich do zludzenia przypominala jakiegos stwora – vide galeria! ;)

Miejscowosc oddalona od Copacabana o ok. 17 kilometrow. Mielismy zamiar zlapac tam tansza lodke na Isla del Sol, a przy okazji nacieszyc sie “caminata” (droga). Spacerek zajal nam wiecej czasu, niz sie spodziewalismy, bo ok. 5 godzin. Juz przy wejscu na yampupatajska ;) plaze, zaczepil nas tutejszy dziadek proponujac lodke za 40 BOB, ok. 13.50 PLN (napedzana sila jego miesni). Tuz za nim stal kolejny, ktory proponowal motorowke za dwa razy tyle. Nieufni troche poszlismy rozejrzec sie w okolicy, czy przypadkiem nie ma czegos tanszego. Niestety okazalo sie, ze sa to jedyne dostepne transporty. Pozniej dowiedzielismy sie, ze na kazdy dzien inna osoba ma dyzur, czyli prawo do zarobienia 40 czy 80 BOB. Uzgodnilismy z dziadkiem, ze za 35 poplyniemy pod warunkiem, ze Michal bedzie wspomagal swoimi miesniami ;)! I tak po pol godzinie wioslowania znalezlismy sie na plazy Isla del Sol.

Na brzegu czekal juz dziewieciolatek proponujacy nam nocleg w “swoim” hotelu i posilek w “swojej” restauracji. Orientujac sie, ze 80 BOB za noc, to cena nie dla nas, podal nam cala oferte hoteli i hosteli w okolicy, az do 10 BOB za noc, przy okazji eskortujac nas do “centrum”, czyli najblizszych zabudowan. Ze spokojem powedrowalismy do jednej z restauracji z tarasem, z ktorego rozciagal sie wspanialy widok na jezioro Titicaca, z niesamowitym zachodem slonca. Kiedy raczylismy sie pstragiem (20 BOB, ok. 7 PLN) pejzaz zmienil sie prezentujac ksiezyc w peni i srebna tafle jeziora! Kilka fotek i ruszylimsy do hostelu. Znalezlimy jeden za 10 BOB za osote (ok. 3.30 PLN), bez prysznica, ale za to jak cieplo bylo ;)!

MW: probujemy tez ichniego przysmaku w plynie: “Inca Quina” (4 BOB). Tak sobie mysle, ze smieszna gra show: “Inca Cola” (adekwatny przysmak, tylko, ze w Peru) => “Coca Inka” => “kokaina” ;)…

Isla del Sol, Hostel przy kafei internetowej. 20 BOB / 2 os., z lazienka (niedzialajaca ;) - 19.06.2008

Rano ruszylimy zwiedzac ruiny. Za ta przyjemnosc, dwaj dziadkowie skasowali nas po 10 BOB (3.30 PLN).

MW: Smiesznie wygladali na maxa ;)! W srodku niczego, przy drodze, gdzie nic specjanego nie ma, troche niedolezni, dzielnie strzegli dziedzictwa kulturowego Boliwii ;)! Sympatyczni byli, ale juz nie pierwszy raz mamy wrazenie, ze w Boliwii nie wszyscy super szybko rachuja, a z drodnymi zawsze jest problem… Najlepiej, jak zawsze masz dokladnie odliczone, na kazda okazje ;)!

Droga do ruin trwala ok. 2,5-3 h. Po tym czasie przy drodze spotkalismy siedzaca na kamieniu kobiete, ktora sprawdzila nasze bilety i puscila nas dalej. Kilka metrow od niej, przy kamiennym stole siedzial mezczyzna. Na stole rozlozone mial przerozne rzeczy i kiedy podeszlismy zaproponowal, ze odprawi rytual za kilka bioliwianikow (!). Dalej zobaczylismy ruiny. Hmmm, co by tu nie mowic rozczarowaly nas bardzo, gdyz nie odrozniaja sie za bardzo od pozostalych kamlotow w Boliwii i sa to zaledwie ruiny jakis starych kamiennych domow… Ale, ze pogoda byla piekna i natura takowaz, zrobilismy sobie piknik :)! O 13:30 (o dziwo wszystkich, ktorych pytalismy podawali te sama godzine, wiec prawie bylismy pewni ze tak jest!) mielismy prom z pobliskiej plazy spowrotem do Copacabana (15 BOB, ok. 5 PLN). Dobilismy troche wczesniej. Chlopiec sprzedajacy bilety rzucil cene 20 BOB od osoby, na co slyszaca to para zaprzeczyla, ze bilety kosztuja 15 BOB. Tak zostalismy uratowani przed niezamierzonym napiwkiem dla biletera ;). Prom plynie z polnocnej czesci wyspy (Challapampa) o 13:30, ale zatrzymuje sie przy poludniowej plazy na poltora godziny, ladujac w Copacabana ok. 17. Cala podroz trwa wiec ok. 3,5 godziny.

W Copacabana zjawilismy sie w naszym Hostelu de la Luna. Dostalismy nawet pokoj z lazienka (20 BOB za dwie soby), zostawial jednak duzo do zyczenia, dlatego mimo zmeczenia wyszlismy na miasto :). Muzyka na zywo w restauracjach zaczynala sie wedlug afiszow o 8:30, wiec poniewaz bylo jeszcze wczesniej poszlismy na molo uraczyc sie wlasnej roboty Cuba Libre :) (15 BOB rum i 6 BOB Inca Quina).

Uderzylismy pozniej do jednej restauracji z muzyka na zywo na czterodaniowy obiad (salatkowy bufet+zupa+drugie danie+deser za 22 BOB czyli ok. 7.30 PLN :)). Spedzilismy tam troche czasu czekajac na ta muzyke, ale zapytany w koncu przez nas kelner odpowiedzial, ze nie wiadomo, o ktorej zagraja i czy na pewno. Przenieslismy sie wiec do innej knajpki, gdzie trojka facetow dawala rade na gitarze, bebnach, fujarkach i co tam znalezli pod reka :)!

Capacabana, Hostel de la Luna (20 BOB / 2 os., z lazienka, ale syfik) - 20.06.2008

O 6:30 budza nas jakies niesamowite, dzikie - i co by tu nie ukrywac - prostackie krzyki, ryki, trzaskania i bebnienia. Lezymy cierpliwie w lozkach czekajac, az towarzystwo sie uciszy. Myslalam, ze tak wlasnie koncza sobotnie noce Boliwijczycy, ale okazuje sie, ze tak tu niektorzy zaczynaja dzien. Jakos nie zapowiada sie na rychla cisze, wiec Michal nie wytrzymuje i wychodzi do miasta. Ja wtoruje mu po poltorej godziny, kiedy moja nadzieje na dospanie “jeszcze troche” znikaja calkowicie.

Mielismy w zamiarze zostanie w Copacabana do 19-ej, kiedy to odjezdza najtanszy wieczorny autobus do Cusco (80 BOB, czyli 26 PLN), okazuje sie jednak, ze w calej Copacabanie jest tylko jeden bankomat i to boliwijski, reagujacy tylko na odcisk palca. Pieniedzy, wiec nie wyplacimy, a w kieszeni mamy juz tylko kilka boliwianow. Dodatkowo zrazeni porannymi przygodami decydujemy sie na kombinowany sposob dotarcia do Peru.

Bierzemy wiec colectwivo do przygranicznej miejscowosci Kasani (2 BOB, 0.70 PLN), tam niezwykle latwo i przyjemnie przekraczamy granice. W koncu znajdujemy sie w Peru!

MW: nagle troche zaprawiony dziwnym akcentem slyszymy “czyscic buty” ;)! Mlody poliglota pucybut oferuje swoje uslugi ;)!

Jeden dolar to 2,8 sola. Wymieniamy wiec pieniazki (tutaj w Yunguyo bankomatow rowniez brak!), zeby starczylio do Puno i tam tez sie udajemy autobusem za 5 soli (PEN). W Puno szwedamy sie troche po miescie i bierzemy autobus do Cusco o 22:15 (10 PEN, a ceny wahaja sie az do 30!). Na miejscu (noc przebiegla niezwykle szybko z racji zmecznenia) ladujemy o 5 rano.

W rezultacie kombinowanym sposobem dostalismy sie do Cusco za 13 PLN, czyli 13 PLN zaoszczedzone :)!

MW ceny (1 PEN = 0.74 PLN):

I-net: 1 PEN

Kisiel: 0.5 PEN

Chuafe (ryz z miesem kurczecia): 5 PEN (restauracja)

Empanada: 2 PEN (super pychotka)

Sandwich: 1 PEN

Ciacho: 0.5 PEN

Kawa: 0.5 PEN