Dzień 24.
Dzień 24. 20-VII

Los mojej wyprawy wisi na włosku. Wstałem jeszcze po ciemku i ruszyłem ostro naprzód. Od rana padało i jechałem cały mokry. Zatrzymuje mnie młody milicjant, ale jest bardzo miły, daje mi na drogę polskie drażetki (jak one tu trafiły?). Zasuwam cały czas pod górę. Normalnie wolno mi do Gruzji wjechać dopiero za trzy dni (tak mam wizę wystawioną), więc chciałem jeszcze w góry ruszyć, ale nigdzie żadnej mapy nie mogę dostać i w ogóle to bardzo dzika okolica. Od 9 do 16 jadę ostro pod górę. Po drodze mijam jakąś siarkową okolicę, bo śmierdzi okrutnie. Panuje tutaj też jakiś kult rycerza na rumaku (św. Jerzy ?). Wszędzie jego pełno, rysunki i pomniki.
W końcu zajechany dojeżdżam na wysokość wyższą niż najwyższy szczyt Tatr. Widoczki przepiękne. Podjazd był morderczy, po drodze wysiadły dwa Kamazy i kierowcy bawili się w mechaników. Zbliżam się do granicy (kończy się asfalt). Zatrzymuje mnie wojsko i mówią, że dalej mnie nie przepuszczą. Fuck. Psuje to moje plany całkowicie. Kupiłem zapasy i chciałem przez Gruzję w dwa dni przejechać. Trochę mnie to podłamało, ale jadę do drugiej granicy która jest za kilka kilometrów. Jak tam się zjawiam momentalnie wzbudzam zamieszanie wśród czekających ludzi. Granicy strzegą potężne bramy i uzbrojeni żołnierze. Robi się niezłe zamieszanie. Wszyscy chcą wiedzieć co to za koleś na rowerze. Atmosfera jest przyjazna, ale w momencie kiedy podaję polski paszport od razu mi mówią, że nie mogę tędy przejechać. Nie podali mi nawet powodu. Ludzie wstawili się za mną, ale nic z tego. Po prostu kazali jechać na następne przejście graniczne (trochę ponad 140 km). Teraz to naprawdę się wkurzyłem. Zaskoczyli mnie niesamowicie. Siedem godzin pod górę darłem. Momentami miałem dość, ale jakoś tu dotarłem, a tu takie rozczarowanie...
O dziwo nie jestem załamany. Przypomina mi się jakiś wiersz mówiący o tym, że dużo będzie jeszcze okazji żeby się martwić. Humor mi się poprawia, bo pogoda jest dość ładna i czeka mnie wspaniały zjazd . Gdybym tu nie trafił to nie spróbowałbym kaukaskiego sera (podobno jedyny taki w Rosji, jak mówiła babcia u której jadłem kanapki, a ona opowiadała o swej ojczyźnie ze łzami w oczach), ani słonecznika w miodzie, który po prostu był przecudny.
Po zjeździe byłem już całkiem szczęśliwy tak mi adrenalinka podskoczyła. Na dole podpite grupki, tu i tam mnie pozdrawiały (to była niedziela więc wódka lała się strumieniami). Jedni pokazali mi jakieś siarkowe źródełko które podobno miało wspaniale orzeźwiać(odbijało mi się po nim 2 dni). Dalej kolejny raz nie mogłem wymigać się od picia wódki. Stanąłem w świętym miejscu (właśnie pod ogromnym, wystającym ze skały pomnikiem rycerza na koniu) wśród grupki Rosjan. Jeden koniecznie chciał rozmawiać o religii, więc ulotniłem się jak najszybciej. Leżę teraz na olbrzymim polu rumianku, świerszcze pięknie grają, a za mną wznosi się Kaukaz. Jutro jeszcze raz spróbuję przez niego przejechać.


Dzień 25. 21-VII
No to ładnie. Poraz kolejny nie wpuścili mnie do Gruzji. Granicy tej nie mogą przekraczać obywatele państw trzeciej strony, czyli między innymi Polacy. Nie wiem co teraz zrobię. Jestem niedaleko od sporej miejscowości Władikałkaz. Może pojadę do Soczi pociągiem, a później uda mi się przepłynąć promem do Turcji, albo z powrotem do domu ? Wszystko zależy od tego czy mi kasy i chęci wystarczy.
Na granicy wszyscy mnie polubili. Właściwego przejścia strzegły dwie stalowe bramy które obsługiwali uzbrojeni żołnierze. Jeden z strzegących pierwszej bramy (z karabinem na ramieniu) przejechał się na moim rowerze. Przez UKFkę powiedzieli, że mnie nie mogą przepuścić. Nie dałem łatwo za wygraną. Byłem zdecydowany i bardzo mi zależało na przekroczeniu tej granicy. Stałem uparcie i nie chciałem wracać.
Zapewne tylko dzięki temu, że dojechałem tu na rowerze przepuścili mnie w końcu przez pierwsze dwie bramy do właściwej granicy. Tam, dość młodzi urzędnicy, kobiety i mężczyźni, wszyscy mnie obeszli i wypytywali o moją podróż. Jednak granicy nie mogłem przekroczyć mimo, że posiadałem wizę do Gruzji. Spędziłem tam z dwie godziny i obchodzili się ze mną nad wyraz miło, ale niestety...trzeba się wycofać. Dostałem świeżego chleba, oranżadę na drogę i musiałem wracać niestety.
Ruchu na tej "międzynarodowej" drodze prawie nie ma. Jest mnóstwo patroli wojskowych. Od jednych dostałem następną wałówkę i już mi się humor poprawił. Wracałem tak powoli nie spiesząc się i rozmyślając co teraz zrobię, a tutaj zatrzymuje mnie dość wesoły patrol. Rozmawiamy z dwie minuty i nagle koleś co przede mną stoi wyciąga pistolet z kabury, celuje gdzieś w góry i krzyczy do mnie :"padarzdij (padnij)". Reszta żołnierzy także chwyta za broń. Wystraszyłem się niemiłosiernie i już mam skakać do rowu, ale spostrzegłem, że coś jest nie tak. Przeczekałem jeszcze kilka sekund i wyszło na jaw. Chcieli mnie nabrać ! Niemal im się udało. Śmiejemy się, naprawdę mnie rozbawili. Po tej sytuacji zapominam już o problemach jakie wynikły dzisiaj. Nie przejmuje się już tym co zrobię teraz. Jakoś się ułoży na pewno.
Jadę dalej. Rozmowa w języku rosyjskim idzie mi już tak dobrze, że niektórzy pytają się mnie o moją narodowość. Na granicy spotkałem dwóch Szwajcarów. Im także nie udało się przekroczyć przejścia (nawet pierwszej bramy).
I co ja teraz zrobię z trzema chlebami .....



Dzień 26. 22-VII
Z sufitu leci muzyczka, stopę chłodzi mi zimne piwko. Pode mną dwie Rosjanki (jedna w ciąży). Jest zabawnie. Zawsze to jakieś nowe doświadczenie. Gdzie jestem ? Otóż w rosyjskim pociągu prującym do Moskwy. Piwko mają słabe, ale przynajmniej zimne. A jak tu trafiłem ? Po dojechaniu do Władikałkazu, na deptaku zatrzymała mnie straż miejska. Podchodzimy na ławki i rozmawiamy sobie z 5 minut. Są zachwyceni, tłumaczą mi gdzie dworzec i kafejka internetowa, a na koniec jeden z nich idzie do auta i przynosi dla mnie dwie butelki wódki. Odmawiam tego prezentu, ale oni nalegają i tak trafiam na dworzec z litrem wódki w sakwach. Tutaj kolejna niespodzianka. Rozkład jazdy jakiś kosmiczny, wszystko w cyrylicy i do tego kolejki okrutne do kasy. Nic nie rozumiem. Przed dworcem zahaczam jednego kolesia i zasypuje go pytaniami. Okazuje się, że koleś potrafi tu wszystko załatwić, ale kasuje za to 100 rubli. Nie mam wyboru i przystaję na to. Zresztą wydawał się całkiem w porządku. Okazuje się, że najbliższy pociąg za dwa dni, a na ten za 3 godziny nie ma miejsc. Jednak koleś wszystko załatwia jakoś. Omijamy nawet szczegółową kontrolę z wykrywaczem metali i pakuję się z rowerem do pociągu (za którego nie musze płacić o dziwo). I tak jadę sobie i sączę piwko. Odpoczywam sobie teraz, ale wysiąść muszę w nocy w miejscowości Armawir (to tam skasowali mnie 10 $ za brak rejestracji).

Słońce już wzeszło, a ja jestem w pociągu do Soczi. Za chwilę będę przejeżdżał koło miejsca gdzie kiedyś nocowałem (kto by pomyślał, że będę tu drugi raz). Jadę cały brudny i spocony. Skóra z nosa zeszła mi już całkowicie, a na ustach pojawiły się małe pęcherzyki z krwią. Strasznie to boli, zwłaszcza rano jak się je otwiera i skóra pęka. Ale co ja się tu będę żalił...

Zajechałem po południu do Soczi. Miasto strasznie komercyjne. Jest tu wszystko jak przystało na rosyjska miejscowość wypoczynkową. Od zdjęć z wielbłądem po loty na spadochronie za motorówką. Siedzę sobie teraz nad morzem, kilka kilometrów za miastem, nogi moczę w cieplutkiej wodzie i wsuwam arbuza (którego zhandlowałem za te flaszki). Przede mną zachodzi słońce. Kupiłem bilet na jutro na prom. Kosztował fortunę (1600 rubli), ale nie było wyjścia. Mogę mieć później problem z kasą, ale na razie się tym nie przejmuję. Tak więc jutro powinienem być w Poti jeśli żadnych problemów na granicy nie będzie.
Rozmawiałem z jednym Rosjaninem, który powiedział, że jacyś Polacy zginęli na Elbrusie. Strasznie mnie to zaszokowało. Jeszcze kilka dni temu tam byłem, zastanawiam się czy ich widziałem. Góry są naprawdę niesamowite.


Dzień 27. 23-VII

Ciekawym ile razy jeszcze będę w kilwater patrzył. Siedzę sobie na rufie wodoloto-złomu. Po prawej jeden sympatyczny Gruzin i góry Kaukazu, po lewej butla z propanem, a za nami chmura dymu. Prom spóźnił się 3 godziny i mam nadzieję przed zmrokiem przekroczyć granicę w Poti. Przed chwilka znowu musiałem pić wódkę z jakimś dzianym Rosjaninem i dentystką Turczynką. Strasznie trzęsie ten wodolot, dawno już powinien na żyletki pójść. Płynę razem z tymi dwoma Szwajcarami, co spotkałem ich ostatnio na granicy z Gruzją. Przy wejściu na pokład musiałem jeszcze w łapę dać za rower i tym sposobem zostało mi 165 $.
Odległość, którą bym zrobił w jeden dzień rowerem robię pociągiem i wodolotem w trzy dni. Mijamy Abchazję.


Dzień 28. 24-VII
Zanim dopłynąłem do Poti musiałem jeszcze z elektrykiem pić wódkę zagryzaną krewetkami - dobrze, że mam w miarę mocną głowę, ćwiczyło się :). Na przejściu granicznym nie było większych problemów. Ruszyłem w Gruzję. Całkiem przyjemnie się zdziwiłem, ludzie kulturalni i sporo młodzieży. Ściemniło się szybko i byłem zmuszony spać w takim domku dla ratowników na plaży, bo burza rozpoczęła się przepotężna. Niemal zmiotło budkę z plaży. W nocy budzi mnie trzech gości. Mają groźne miny, ale jak im wyjaśniam kim jestem i co tu robię to odchodzą, pozdrawiają i pozwalają mi tam nocować.
Dzisiaj od rana jadę w deszczu. Wszystko mi przemokło, ręce wyglądają jak po kilkugodzinnym leżeniu w wannie. Po drodze złapałem gumę, bo drogi tutaj nie są w najlepszym stanie i jedzie się jak przez wielki ogród botaniczny. Musiałem się męczyć w tym deszczu z klejeniem dętki. Ludzie po drodze mnie pozdrawiają, a ja cały przemoczony sunę przed siebie. W końcu dotarłem do Turcji. No i udało się. Niby to Azja już, a jakby trochę bardziej europejsko. Na granicy jeden Turek od razu poczęstował mnie gorącą herbatą. Wiza kosztowała 10 $, wydawana jest na miejscu. Nie było problemu.

Wieczór. Znowu ucierpiałem dzisiaj przez moją niedokładność. Cały dzień ostro padało (nawet nie wyobrażałem sobie, że może tutaj tak padać ). Wszystko mi zamokło, bo niedokładnie popakowałem rzeczy w worki (które były dziurawe). Najbardziej szkoda mi map i śpiwora.
Właśnie słychać jakąś modlitwę z megafonu zamocowanego na meczecie. Nocuję tuż nad morzem i fale mocno hałasują. Do Istambułu mam około 1300 km, ale jutro chcę w drugą stronę pojechać, zobaczyć jak sytuacja z górami Kackar. Tureckie miasta, przez które przejechałem do tej pory to właściwie wielkie bazary. Mnóstwo sklepów, właściwie same sklepy (ale nie maja musli do mleka, ani mapy gór). Nie mogę na razie połapać się z tutejszą walutą. Turcja (po poprzednich krajach) wydaje mi się całkowicie bezpieczna. Ludzie są uczciwi i jest całkiem sympatycznie.


Dzień 29. 25-VII
Siedzę na wysokości 2200 m. w pewnej chacie. Na środku stoi piec i suszy się mój śpiwór. Jest tu trochę Turków. Przyjechali w góry. Jeden z nich tylko mówi po angielsku, to przewodnik. Z chęcią mi pomaga i pokazuje na mapach jak wejść na KackarDagi. Jutro będę próbował. Zostawię tutaj rower.
Od rana jadę cały czas pod górę. Prawie 12 godzin zajęło mi dotarcie tutaj od poziomu morza. To był naprawdę ogromny wysiłek, później skończył się asfalt i prowadziłem rower 9 km pod górę. Od pewnej wysokości mam cały czas mżawkę. Taka pogoda też ma swój urok. Doceniamy wtedy kawałek suchego ubrania. Aparat też mokry, mam nadzieję że nic mu nie będzie.
Tak mi się wydaje, patrząc na mapę, że KackarDagi to taki punkt zwrotny mojej wyprawy. Najbardziej oddalony punkt od domu i Agatki. No dobra idę się pobawić w kucharza (ogórkowa z ryżem).




Dzień 30. 26-VII

Fragment listu :
No i kochana Agatko, za moment z każdym krokiem będę bliżej Ciebie. Siedzę na wysokości 3932 m. na najwyższej górze tureckiego pasma Kackar. Nawet jest dość ciepło. Widoczki ograniczają przelewające się chmury, ale posiedzę tu trochę. Dokonałem polskiego wpisu do księgi na szczycie (nie było takowego). Wejście zajęło mi 9 godzin, więc pewnie będę po ciemku wracał do namiotu, rozbitego dwa tysiące metrów niżej. Pokonałem odległość wyższą niż w dniu ataku na Elbrusa. Mam nadzieję, że zejdę bezpiecznie, bo droga nie była taka łatwa. Przepięknie jest w górach, ta przestrzeń i cisza której nigdzie indziej nie można doświadczyć. Na szczycie stoi mała turecka flaga, z którą się fotografuję w mojej koszulce CCCP (zakupionej w Soczi). Wsuwam kanapkę z czekoladą, od której już mi się rzygać chce. Coraz więcej chmur, za chwilę nic nie będzie widać.



Wieczór. Jestem skonany. Ledwo pisać mogę. Prawie 16 godzin samego marszu. Dwa kilometry w pionie w górę i dwa kolejne w dół. Przy schodzeniu pogoda się zepsuła zupełnie. Poślizgnąłem się na śniegu i zjechałem kawałek rozcinając sobie rękę. Potem się zgubiłem, ale mimo wszystko udało się i już pije sobie herbatę z cytryną. Ale jestem skonany, zupełnie mi się nic nie chce. Ale trzeba coś zjeść w końcu.


Dzień 32. 28-VII
Strasznie mnie siły dzisiaj opuściły. Przejechałem 30 km i jestem skonany.
Wczoraj zjechałem z gór nad morze, 50 km z górki bez pedałowania. Później opona mi się rozpruła i szyłem ją przed jakimś meczetem. Towarzyszyło mi dwóch młodych Turków, którzy nie potrafili pojąć, że ja ani słowa nie rozumiem. W pierwszej większej miejscowości (Rize) kupiłem nową oponę, made in Turkey i po zmianie ruszyłem dalej. Do Trabzon wjechałem już po zmroku. Byłem ciekaw tego miasta w którym podobno kwitnie nocne życie. Wieczorem nie mogłem znaleźć dobrego miejsca na nocleg, do tego padało cały czas, więc się nie wyspałem.
Drugi dzień dokucza mi już straszny ból w lewym ramieniu, nie mogę go w ogóle zginać do tyłu. Nie wiem co to jest, ale dość mocno boli. Musiałem chyba w nocy jakoś krzywo leżeć, albo to po jednym z upadków podczas schodzenia ze szczytu przedwczoraj. Mam nadzieję że szybko przejdzie, bo z rana ból naprawdę jest paraliżujący.
Teraz siedzę na betonowym klocku i suszę rzeczy, bo wreszcie wyszło słońce. Trochę mnie przeraża odległość, którą muszę jeszcze pokonać.


Dzień 33 do 39. od 29-VII do 4 VIII

W tym momencie skompensuje wydarzenia zawarte w tym przedziale czasowym, a to dlatego, że zaginął mi gdzieś dziennik wyprawy i jeden z listów wysyłanych do Agaty.
Droga przez Turcję okazała się dłuższa, cięższa i piękniejsza niż przypuszczałem. Początkowo jechało się dość łatwo. Droga biegła wzdłuż morza bez specjalnej różnicy poziomów. Często mogłem jechać nową drogą nie dopuszczoną jeszcze do użytku. Deszcz padał jeszcze dwa dni, ale później zaczęły się prawdziwe tureckie upały (które całkiem dobrze znosiłem). To co mi się bardzo podobało to sklepy z chlebem. W każdej miejscowości jest coś takiego, zawsze można dostać świeży ciepły chleb. Na jednym z przylądków (Burnu) spotkałem holenderskiego nauczyciela jadącego do Japonii na rowerze. Miał już za sobą niemal 10 tyś kilometrów. Niesamowity koleś, pogadaliśmy chwilę i każdy ruszył w swoją stronę. Tempo miałem dobre i wydawało mi się że lada dzień dojadę do Europy. Jednak najtrudniejsza część podróży rozpoczęła się dopiero za miejscowością Samsun. Rozpoczęła się górzysta część wybrzeża. Strome i długie podjazdy w połączeniu z palącym słońcem okazały się nie lada sprawdzianem dla mojego organizmu. Wybrzeże jest tam przepiękne, cały czas klify, góry, i nieliczne zatoczki z krystalicznie czystą wodą. O dziwo obszar ten nie jest praktycznie w ogóle skażony turystycznie. Wszystko pięknie, ale żeby przejechać wzdłuż takiego wybrzeża wypociłem chyba ze 100 litrów. Wstawałem wcześnie rano, żeby zdążyć przed upałem, ale na nic się to zdawało. Temperatura jest tak wysoka, że już o 7 rano musiałem pić ogromne ilości wody, żeby uzupełniać to, co ze mnie ściekało strumieniami.
Droga (na której ruch samochodowy praktycznie nie istnieje) prowadzi cały czas w górę i w dół. Zdarzały się takie podjazdy, którym po prostu nie dawałem rady (co nie zdarzyło się do tej pory).Wtedy po prostu zakładałem sandały i w samych majtkach mozolnie wędrowałem do góry, zatrzymując się na jeżyny. Za to zjazdy w dół rekompensowały mi trochę ten wysiłek, osiągałem prędkości 70 km/h i straciłem wówczas całkowicie tylnie klocki hamulcowe.
Przy drodze, bardzo często ze skał wyciekają czyste źródła, które są odpowiednio zagospodarowane i tworzą takie przyjemne poidełka, w których doskonale można się schłodzić. Z wodą więc nie było problemu. Trafiałem też na przepiękne plaże (których w tej części Turcji jest niewiele). Powstają jedynie u ujścia rzeczek. Miejsca takie naprawdę zapierają dech w piersiach, krystalicznie czysta woda i potężne klify.
Takie ukształtowanie terenu utrzymało się do miejscowości Zonguldak. Myślałem, że to już nigdy się nie skończy. Na 20 km wybrzeża przypadało 30 km serpentyn po klifach. Mimo to wspaniale wspominam ten odcinek trasy. Udowodniłem wtedy sobie bardzo wiele.
Tak czy owak, stwierdzam, że był to najcięższy pod względem fizycznym odcinek trasy. Gdy pojawiły się drogowskazy na Istambuł, było już lżej, ale na drogę powróciły samochody.


Dzień 41. 06-VIII

"Welcome in Europe" przywitał mnie napis po drugiej stronie mostu (Bosforusa) łączącego Azję z Europą w Istambule. No i mamy jak w Europie, pojawiły się supermarkety, autostrady i korki uliczne. Wjechać do tego potężnego miasta było łatwo, ale wewnątrz ruch samochodowy jest ogromny. Jedynie w centrum, pośród ogromnych meczetów jest trochę spokoju. Pokręciłem się tam trochę pomiędzy turystami, odwiedziłem Blue meczet i ruszyłem na zachód, wzdłuż Morza Marmara. W Istambule (centrum), byłem już drugi raz (niemal dokładnie rok temu na statku), więc orientowałem się dość dobrze. W końcu jednak trzeba było opuścić miasto i wtedy zaczęła się straszna męka. Trzeba jechać główną drogą i aby wydostać się terenu zabudowanego, musiałem zrobić 60 km. Najgorsze jednak to, że dopadło mnie jakieś dziwne osłabienie. Upał, podjazdy i mnóstwo samochodów sprawiły, że ledwo co pedałowałem. Resztkami sił doczołgałem się w całkiem przytulne miejsce, strumyczek, polanka, drzewo, ślicznie. Teraz leżę sobie, mam trochę gorączkę, nie mogę nic jeść a trzeba. Wypiłem litr herbaty, leżę. Świerszcze pięknie grają, księżyc coraz większy. Mam nadzieję jutro wstać zdrów. Zostało mi ponad 200 km do Bułgarii i 3 miliony tutejszej waluty (co starcza na 3 chleby i mleko). Przyjrzałem się dokładniej mapie. Czeka mnie jeszcze długa droga przez góry. Dzisiaj pękło 5000 km.
Wczoraj nie pisałem, bo spałem bez ogniska na plaży (z której rano nie mogłem się wydostać bo zamknęli bramę). Chciałem nocować w zupełnie innym miejscu, ale okazało się, że na mojej drodze jest jednostka wojskowa. Wkurzają mnie czasem te mapy, dzisiaj znowu musiałem robić dodatkowe kilometry przez niedokładność mapy.
Ale chwila zadumy...Wspaniała podróż. Naprawdę nie żałuje ani kilometra, tylko trochę tęsknię...Wieczory i poranki są przepiękne. To wspaniałe uczucie, które ogarnia mnie po kolacji... nic nie robić, wyciągnąć obolałe nogi i wsłuchiwać się w dźwięki wokoło. Tylko czasem trzeba cielsko ruszyć i do ogniska dorzucić (co właśnie czynię).


Dzień 42. 7-VIII
Niesamowite spotkanie dzisiaj. To już przesada. 10 metrów dalej sika właśnie koleś, który jedzie rowerem dookoła świata. Pochodzi z Kanady, ma 53 lata, na imię ma Rene, jest już w podróży 3 lata i ma za sobą 42 tysiące kilometrów. Z domu ruszył na południe przez Amerykę, Meksyk i tak dalej, Argentyna, Brazylia, później cała Afryka i teraz Europa. Spotykamy się w Turcji, On jedzie do Iranu i dalej na wschód. Nocujemy w tym samym miejscu, za małym meczetem. Jakiś Turek postawił nam po piwku i zostaliśmy już tutaj. Jest woda, ale ogniska nie można tu rozpalać. To po prostu przesada, że go spotkałem.
Niesamowity koleś. Rozmawiamy po angielsku, rozkładamy powoli nasz dobytek. Ja gotuję ryż na resztce gazu. Cały dzień nic prawie nie jadłem i w ogóle głowa mnie bolała, ale tereny przepiękne dzisiaj przeciąłem. No i gotujemy sobie razem kolację. Niesamowite figle sprawia ten świat. Rene opowiada mi swoje przygody, tak wiele doświadczył. Po śmierci żony wsiadł na rower i pojechał...Strasznie się cieszę z tego spotkania.





Dzień 43. 8-VIII
Dzisiaj pożegnanie z Morzem Czarnym, które towarzyszyło mi dość długo. Piwko, ciasteczka, ciepły piasek, duży księżyc. Nie spodziewałem się, że dojadę dziś do Burgas, przeprawa przez graniczne góry była dość ciężka. Kusiło mnie odwiedzenie kafejki internetowej, więc się sprężyłem i dojechałem. Rene opowiadał mi, że w Meksyku miał 53 stopnie i jechał, więc inaczej już patrzę na tutejsze upały, trochę też się przyzwyczaiłem.
Tuż za granicą spotkałem parę z Ameryki jadącą do Azji, na poziomych rowerach ! (nogi trzyma się z przodu i leży właściwie na takim specjalnym siedzeniu. (ich strona: http://www.wainwrightschool.com/worldtour ). Przejechałem się kawałek takim rowerem, strasznie ciężko utrzymać równowagę.
Mam zamiar dzisiaj trochę na gwiazdy popatrzeć (jak nie zasnę po tym piwku) i jutro wyspać się porządnie, nie spieszyć się z rana.


Dzień 44. 9-VIII
Ale numer. Okazało się, że nocowałem na plaży nudystów. Wstaję rano, prześliczny wschód słońca, ale czuję się nie najlepiej. Do tego mokry śpiwór, bo wszystko rosa pokryła. Robię herbatę, kąpię się, wyleguję, a tu schodzi się wokół coraz więcej golasów. I tak leżę sobie w moich górskich okularach, patrzę w słońce i czekam, aż śpiwór wyschnie.
Wieczór. W różnych miejscach się spało, ale dzisiaj to już przesada. Leżę sobie, a cztery metry dalej, gryzą trawę i kręcą dupami, czarne, owłosione świnie. Dotarłem nad ten zalew z nadzieją na kąpiel i czystą wodę (na mapie wygląda podobnie jak zalew soliński). Rozczarowałem się niestety i nie dość, że woda to błoto, to wszędzie łażą te świniaki i hałasują. Ale nic, miejsce mimo to jest naprawdę ładne. Chyba zanosi się na ostrą burzę, trzeba rozbić namiot, który ostatnio rozkładałem w wschodniej Turcji.
Nie wiem czy powinienem pisać tu o tym , ale miałem dzisiaj największe rozwolnienie w moim życiu. Myślałem, że jelita wywracają mi się na drugą stronę. Od rana bolał mnie brzuch, prawie nic nie jadłem, później niepotrzebnie śliwki, lody i woda. No i zaowocowało to totalną masakrą, ledwo się tu dotoczyłem. Osłabiony jestem mocno, ale już piję miętówkę, kukurydza piecze się na ognisku i jest dobrze. Jeszcze chwila a czarne chmury przykryją słońce, a ja wstawiam ryż i kolejną herbatkę.


Dzień 45. 10-VIII
To lubię, wspaniałe uczucie...Relaksik na polance, obok soczysty arbuz, suszy się pranie i drzewo uzbierane. Prześliczne miejsce na odpoczynek. Do Rumuni pozostaje 60 km. Forma moja na niskim poziomie, ciągle czuję się osłabiony, jeść nie mogę zbyt wiele, bo mi brzuch wydyma. W południe zatrzymałem się na chwilę w lesie i po prostu zasnąłem. Dobra, czas się zabrać za jakąś kolację.




Dzień 46. 11-VIII
Jestem w Rumuni, leżę w moim namiociku, słucham basowych grzmotów przechodzącej burzy i mam całkiem dobre samopoczucie. Nie padało od zachodniej Turcji. Zapomniałem już co to uczucie chłodu, a tu dzisiaj z rana nieźle przyszroniło (musiałem nawet rękawiczki założyć). Będę chyba musiał polar wydobyć gdzieś z dna sakw.
Przez Bułgarię, dzięki odrobinie szczęścia i dobrze zaplanowanej trasie, przejechałem dość szybko i przyjemnie, bez katowania się jakimiś masakrycznymi podjazdami. Całkiem fajny kraj i ludzie też przyjaźni. Z większością, bez problemu można się po rosyjsku dogadać. Często mnie pytali, czemu już Polacy nie chcą do nich przyjeżdżać jak kilkanaście lat temu.
Teraz zobaczymy co odkryje przede mną Rumunia. Po dzisiejszym dniu mogę stwierdzić, że mają najgorsze drogi i najładniejsze dziewczyny. Asfalt, jeśli jest, to taki, że lepiej jechać z boku po piaskowym poboczu, ale za to niektóre dziewczyny mają prześliczną, cygańską jakby urodę. Od jutra, jak dobrze pójdzie zaczynają się góry. Na granicy spotkałem Polaków na motorach, mówią że do domu 1800 km, ups. Dawno już w namiocie nie spałem. Dobranoc.


Dzień 48. 13-VIII
Dzisiejszy dzień wzbogacił mnie o nowe doświadczenie. Mój układ pokarmowy chyba ma już dość, nic nie trawi, wszystko przeze mnie przelatuje, ale nie będę szczegółów przytaczał. Te problemy w Bułgarii to była pestka w porównaniu z tym co dzieje się teraz.
Nie jem wiec i nie piję, jestem strasznie odwodniony i osłabiony, ale powolutku, bez mocniejszych wciśnięć na pedały, jadę do góry. Po drodze gdzieś nad strumykiem, zwinąłem się po prostu w kłębek i tak przeleżałem ze dwie godziny. Jakby tego było mało, złapałem jeszcze gumę. W takich chwilach pomaga jakaś dobra piosenka...
Wbrew wszystkim złym duchom zmieniłem dętkę i dotarłem nad prześliczny zalew (który spokojnie może konkurować z naszym solińskim). Miejsce w którym leżę, wygląda jak z baśni. Woda zielona, góry, wokół cisza (droga po drugiej stronie zalewu), jest prześlicznie.
Wczoraj nic nie pisałem, bo rozmawiałem długo z jednym Rumunem. Fajny koleś, młody nauczyciel, jak odjeżdżał to zaparł się, że chce mi dać trochę pieniędzy i nie szło odmówić. Niesamowitych ludzi spotykam podczas tej mojej wycieczki.
To co w Rumunii rzuca się najbardziej w oczy, to ogromna ilość zaprzęgów. Jest ich mnóstwo na drogach i dzięki temu to ja wyprzedzam, a nie jestem wyprzedzany. Czasem wóz ciągną nawet krowy. A tymczasem trzeba cos z moim brzuchem zrobić, bo długo tak nie pociągnę. Zjem trochę spalonego chleba, powinno pomóc.


Dzień 49. 14-VIII
Dzięki wspaniałemu rumuńskiemu wynalazkowi, jakim jest pół kilogramowa czekolada o kostkach po 50 gram, oraz mojej zaciętości, udało się zdobyć najwyższy szczyt Rumunii. Nie mogłem po prostu przejechać obok, był tak niedaleko...
Ale po kolei; po nocy z przebojami brzuchowymi, ruszyłem przez najfajniejszą górską drogę jaką kiedykolwiek jechałem. Niemal 5 godzin serpentynami pod górę i wjechałem na 2000 m. Gdybym wiedział jak wygląda ta droga... To był naprawdę ogromny wysiłek. Kierowcy pozdrawiali mnie z podziwem. Tuż przed tunelem zostawiam rower (w spalonych domkach - stare schronisko) i ruszam ambitnie (po przepakowaniu sprzętu) na Moldoveanu, najwyższy szczyt Rumuni. Po godzince jestem już na głównej grani rumuńskiego pasma. Jakiś turysta z mapą przestraszył mnie mówiąc, że to dwa dni drogi (ale chyba nie znał mojego tempa). No i o zmierzchu jestem całkowicie wykończony, ale stoję na szczycie. Tutaj będę nocował. Trochę niespokojny jestem o pogodę w nocy.


Dzień 50. 15-VIII
O 10 w nocy niewiadomo skąd grzmoty i zaczyna padać. Serducho mi wali, bo pioruny uderzają niedaleko. Wystraszony schodzę 20 metrów poniżej szczytu. Nic więcej nie mogę zrobić, bo ciemno jak w d....Latarki brak. Na szczęście, burza przeszła bokiem, wyszedł księżyc i przespałem się do rana.
Wróciłem do mojej stęsknionej bestii, przepakowałem rzeczy, przejechałem tunel pod główną granią (na wysokości 2023 m) i wspaniałymi serpentynami zjechałem na dół. Tarcze hamulcowe zmieniły kolor, tak się rozgrzały. Niesamowity to był zjazd, mnóstwo zakrętów i droga biegnąca pod wyciągiem górskiej kolejki. Teraz leżę w namiocie koło niewielkiej rzeczki. Nici z kolacji, bo pada przeokrutnie i grzmi potężnie dookoła. No ale zjechałem z gór i jestem już w Transylwanii. Coraz bliżej domu i kolejna góra na koncie.


Dzień 51.16-VIII
Soboty rozpoznaję po sporej ilości pędzących, ozdobionych, trąbiących aut, czyli ulubiony dzień tygodnia na wesela. Zrobiłem dzisiaj kawał ciężkiej trasy. Opuściłem góry, ale Transylwania okazała się niezmiernie pofałdowana, podjazdy, zjazdy itp., mimo to jedzie się całkiem fajnie i przyjemnie, jeszcze ze dwa dni i powinienem do granicy dojechać.
Kupiłem sobie od babci jakieś warzywa i dostałem chili gratis. O w mordę, takiej ostrej kolacji to jeszcze nie było, zionę ogniem, ale kukurydza na zagrychę już prawie gotowa. Brakuje mi chyba jakiś soli czy coś, bo złapały mnie takie dziwne zakwasy w łydki (albo po prostu za ostro się skatowałem w górach).
Rumuńskie upały nie są aż takie straszne po zaprawie w Turcji. W Transylwanii ludzie jakby bardziej przyjaźni i standard życia jakby trochę wyższy. Czasem mijam cygańskie wioski, faceci noszą takie jakby góralskie kapelusze, a kobiety szerokie czerwone spódnice. Fajnie to wygląda, kiedy mijam tylko w ten sposób ubranych ludzi.


Dzień 52. 17-VIII
Kolejny dzionek przeżyty całkiem fajnie. Upał był niemiłosierny, a ja myślałem, że skoro przejechałem całą Turcję, to tutaj mogę już bez koszulki zasuwać. Jak bardzo się myliłem. Teraz cierpię.
Powróciła moja fizyczna forma, podstawa to dobrze się odżywiać. Teraz leżę w lesie (czyli miejscu gdzie lubię nocować najbardziej), naładowałem się makaronem z sosem, 3 kukurydze, i ryż z rodzynkami na rano już czeka.
W chwilach takich jak ta, gdy siedzę sobie przy ognisku, obracam kukurydzę, odpoczywam, to tak dziwnie mi jakoś, że podróż dobiega końca, ale jak pomyślę, że niedługo spotkam cel mojego życia, to cieszę się niemiłosiernie. Będzie super, ale na pewno nie raz zatęsknię za takimi podróżami, gdy będę siedział w Gdyni przed komputerem. Przyszedł właśnie jakiś biały pies, myślałem że to wilk, ale na kukurydzę chyba ni ema ochoty, to sam sobie zjem...



Dzień 53. 18-VIII
Zaczynam już powoli łapać wstręt do tej kukurydzy, od jutra skreślam ją z mojego jadłospisu. A tymczasem na liczniku już gryfiński czas, co oznacza, że jestem na Węgrzech. Kraj płaski niczym stół do ping-ponga i jedzie się przez niego szybko, ale i dość nudno. Wioski straciły też swój urok i wyglądają niczym przeciągające się osiedla. Zrobiłem dzisiaj kawał drogi, bo chcę czym prędzej dostać się do kraju, gdzie jest przepyszne ciemne piwko, czyli Słowacji. Już mi ślinka cieknie. Strasznie tu gorąco, aż się cały spociłem podczas jedzenia. Jezior tu brakuje, a tak bardzo mam ochotę wskoczyć do jakiegoś. Leżę sobie teraz pod drzewem co to ma liście do wyliczanki "kocha-nie kocha". Odpoczywam.
Czasem widzę się w jakiejś szybie i robię wtedy takie minki groźne. Śmieję się wtedy sam z siebie. To niesamowite, jeszcze kilka dni, maksymalnie tydzień. Spoglądam na mapę, masakra, patrzę wstecz, przepięknie.


Dzień 54.19-VIII
Ale ja lubię takie chwile. Ciemne piwko, majtki suszą się wyprane, woda na makaron się grzeje, rzeczka płynie sobie wartko od wieków, rower zmęczony leży obok, płomyki strzelają, a ja rozkoszuję się chwilą. Dotarłem dzisiaj do Słowacji. Granica to tylko formalność (przekroczenie zajęło mi 30 sek.).
Ciemne piwko w samo południe nie było najlepszym pomysłem, bo powaliło mnie na dobrą godzinę. Zamieniłem złotówki i pozostałe dolary i żyje sobie jak król teraz. Na kolacje pyszne leczo z makaronem. Słowacja jest bardzo górzysta, więc jazda nie jest łatwa, ale przez góry jedzie się całkiem przyjemnie. Pozostała mi już tylko droga na północ. Nie mogę uwierzyć, że to już naprawdę końcówka. Od Turcji chyba myślałem o "tmawym" piwku a ono strasznie rozleniwia, nawet mi się makaronu zamieszać nie chce.


Dzień 55. 20-VIII
Przepięknie. Dotarłem pod samiutkie Tatry Wysokie. Leżę ze 2 km na południe od Tatrzańskiej Polanki i za mną prezentuje się przepiękna panorama potężnych gór. Leżę na sporym pastwisku i rozkładając statyw wpadłem w krowią niespodziankę (ale podobno to przynosi szczęście). W Popradzie kupiłem sobie nowe wkładki do butów, dokładną mapę i jutro będę próbował zaatakować Gerlacha. Musi się udać. Dobra leczo gotowe, gaz skończył się definitywnie, czas na ucztę.


Dzień 57. 22-08-2003
No i udało się ! Życie naprawdę jest niesamowite. Siedzę właśnie na Gerlachu, jest 6 rano, tusz zamarza w długopisie. Prawie nic nie widać, co chwila tylko się przejaśnia, ale uczucie, że siedzę na najwyższym tatrzańskim szczycie, o którym od tylu lat marzyłem, sprawia że radość mnie rozpiera.
A jak tu dotarłem. Wczoraj z mojej polanki dojechałem (częściowo doprowadziłem) rower do schroniska Horski Hotel (1670 m), gdzie przetransformowałem się w górskiego turystę i zostawiłem rower. Nie spiesząc się wszedłem na Polski Grzebień (2200m) i najpierw na górę na prawo (Vychodna Vysoka 2428m), a później granią w lewo w stronę upragnionego szczytu. Pogoda mnie nie rozpieszczała. Gdy padał grad, albo deszcz siadałem po prostu na plecaku w jakimś bezpieczniejszym miejscu i przykrywałem się cały kurtką. Musiałem bardzo ostrożnie się poruszać. Skała była bardzo śliska, mgła i chmury często zakrywały drogę, którą tak łatwo można było zgubić, a to mogło prowadzić do tragedii. W miarę możliwości szedłem cały czas po grzbiecie grani. Było naprawdę ciężko. Mijałem miejsce gdzie zgubiłem się 3 lata temu (wtedy okolice Lavirowej Wieży próbowałem ominąć z prawej strony i walcząc o życie, zszedłem stamtąd do Doliny Białej Wody), ale tym razem wycofałem się w porę. O zmroku, mocno umęczony docieram do Zadniego Gerlacha. Czasem w przejaśnieniu widać już bliski Gerlach. Coś się wtedy we mnie gotuje, jakby coś dosłownie łapało mnie za fraki i tam ciągnęło. Jednak górę bierze rozsądek, za chwilę zrobi się całkowicie ciemno, więc dokonuję wpisu na szczycie, wsuwam skromną kolacyjkę i kładę się kilka metrów pod szczytem modląc się o dobrą pogodę w nocy. Na szczęście udaje mi się przetrwać do świtu. Wstaję skostniały, ruszam powoli, jeszcze odrobina wysiłku i sukces. Jestem tutaj. Jem stary chleb z miodem, smakuje przepysznie. Czuję się wspaniale. Nie potrafię tego opisać. Nie wiem czy to dlatego, że jestem tu, czy dlatego, że nic nie powstrzyma mnie już przed powrotem. Wystarczy już tylko zejść. Ale ja kocham życie...


Dzień 58. 23-VIII
Jestem tak szczęśliwy i przepełniony energią, że po zejściu ze szczytu dopedałowuję do Zakopca, skąd PKP do Gryfina i prosto do Agatki do Steklna pędzę. Zastaję ją na drodze i po prostu zapominam wszystko gdzie ja byłem. Przesada. Wskakujemy w ubraniach do jeziora i nic już nie jest ważne. Jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. I tak już pozostanie na zawsze !
Trochę szczegółów na koniec. Pokonałem 6800 km. rowerem, około 2500 km. koleją w Polsce i Rosji i z 250 km. wodolotem. Nawet nie policzę ile kilometrów w pionie przeszedłem i przejechałem. Udało się zdobyć Elbrusa 5642 m, Soviecki Voin 4100 m, w górach Kaukazu. KackarDagi 3932 m w tureckich górach Kackar, najwyższą górę Rumunii Moldoveanu, oraz Tatrzańskiego Gerlacha. Wyprawa trwała dokładnie 58 dni i kosztowała mnie około 400 $. Kończę już te nudy, pozdrawiam wszystkich czytających do końca, wsiadam na rower (już bez hamulców praktycznie) na którym się tak dziwnie bez obciążenia jedzie i jadę do najfajniejszej dziewczyny świata i zmykamy na jakieś ognisko. Aaaaaaaaaaaaaaa !!! Naprawdę się udało !