Kurcze, co to za urlop, na którym piąty dzień z rzędu wstaję przed wschodem słońca!

Kurcze, co to za urlop, na którym piąty dzień z rzędu wstaję przed wschodem słońca! Obiecuję sobie, że to już ostatni raz i następnego dnia nie dam się obudzić wcześniej niż o 12 w południe. Czas pokaże, że z moich obietnic nic nie wyjdzie...

Drogą znaną nam już sprzed dwóch dni docieramy do Bethel, tam przechodzimy odprawę paszportową. Celnicy gwatemalscy próbują wmówić nam i naszym współtowarzyszom, że przy wyjeździe z tego kraju należy uiścić dodatkową opłatę w wysokości 10 USD. Rozpoczyna się długa dyskusja, z której rozumiemy tylko tyle, że opłata ta ma niby być pobierana tylko na morskich i lotniczych przejściach granicznych, a w Bethel nie ma ani jednego, ani drugiego (w zasadzie jest rzeka, która kiedyś wpadnie do morza... :) W końcu, po półgodzinnej wymianie argumentów celnicy ustępują i wyjeżdżamy z Gwatemali nie płacąc za to ani grosza. Przepływamy łódką na drugą stronę rzeki, dostajemy kolejne pieczątki w paszportach i z powrotem wjeżdżamy do Meksyku.

Wydaje mi się, że gdyby ktoś się uparł, to bez większych problemów przekroczyłby tą granicę w obie strony bez posiadania paszportu ani żadnych innych dokumentów. Po obu stronach odprawa odbywa się w taki sposób, że pasażerowie wychodzą z busa, podchodzą kilkadziesiąt metrów do budynku straży granicznej, pokazują paszporty, załatwiają inne formalności, wracają do busa, podjeżdżają kawałek do rzeki i wsiadają do łódki. Nikt nie sprawdza, czy wszyscy przeszli przez odprawę i mają stempelki w paszporcie, więc teoretycznie można tylko udawać, że załatwiło się wszystkie formalności i bez płacenia wszystkich podatków wjazdowo – wyjazdowych wjechać do drugiego kraju. Ciekawe tylko, co zrobiłaby tamtejsza policja po stwierdzeniu nielegalnego przekroczenia granicy?

Do Palenque dojechaliśmy ok. 16, poszliśmy na dworzec autobusowy i sprawdziliśmy godziny odjazdów autobusów do Meridy. Wybraliśmy ten, który wyjeżdżał o 22 (tym razem był to autobus drugiej klasy). Kupiliśmy bilety, zostawiliśmy bagaże i poszliśmy na ostatni spacer po mieście, odwiedzając po drodze naszą ulubioną pizzerię.

Wieczorem wróciliśmy na dworzec i spotkaliśmy na nim parę Polaków, widzianych kilka dni wcześniej podczas zwiedzania ruin Palenque. Okazało się, że oni też jadą na Jukatan tym samym autobusem, co my. Zawsze to miło podróżować z rodakami, szczególnie, że towarzyszyła nam także butelka margharity ;-)